Armand
Theme
Armand nie odzywał się przez większość drogi ani słowem. Na plecach czuł uspokajający ciężar jego tarczy oraz plecaka, przy boku spokojnie podrygiwał jego wąski, kunsztownie zdobiony miecz. Był jeden wyróżniający tego osobnika z tłumu element - mianowicie ubiór. Czarne, skórzane spodnie, wskazujące, że mężczyzna ten spędził większą część swego życia na szlaku; długi, zniszczony już płaszcz z kapturem oraz pas, przy którym wisiały najrozmaitsze dziwactwa. W skórzanej kaburze znajdował się tam pistolet skałkowy, kilka dziwnych kulek, rzekomo pochodzących od drowów, jakiś drążek z przyciskiem, dziwne patyki i cała masa podobnych rzeczy.
Odkrywca naciągnął kapelusz na głowę, oparł rękę na rękojeści miecz i rzucił:
- Nie wiem jak wy, ale ja tam wchodzę.
Ominąwszy hobgoblina wszedł w głąb podziemi. Wyciągnął wprawnym ruchem miecz z pochwy, w lewą rękę ujął pistolet skałkowy i zrobił kilka kroków, do granicy ciemności. Nagle odwrócił się gwałtownie i powiedział:
- Ruszę na zwiady, wrócę za chwilę. Jakby co, krzyknę! - i wbiegł w ciemność jaskini. Wydawało się, że pierwsze metry są bezpieczne, lecz on nie widział zbyt dobrze w ciemnościach. Postąpił krok do przodu, pośliznął się na małych kamyczkach, powstał przygotowany na wszystko i wtedy...
Dopadły go wspomnienia z przeszłości.
[c]* * *[/c]
Młody Armand, jeszcze gołowąs, wchodzi do jaskini w towarzystwie dobrej przyjaciółki z dzieciństwa, elfki Kassandy i jej brata, Vhela. Przyszły odkrywca szedł z wyciągniętym mieczem, Kassandra śmiała się, a Vhela nie było widać. Był z przodu, gdzieś na zwiadzie. Nagle elfka "wpadła" na Armanda, pocałowała go w usta i wcale nie wydawała się tym speszona. On przyparł ją do skały i zaczęli się rozbierać. Kilka chwil później, w trakcie stosunku, Kassandra spostrzegła jakiś kształt w tunelu za nimi. Szybko okazało się, że to Vhel. Brat elfki miał na tyle przyzwoitości, aby pozwolić im spełnić się seksualnie, ubrać i dopiero wtedy podszedł.
- Tam jest zgraja goblinów, prawdopodobnie jeden czy dwa orki. Zmierzają w naszym kierunku. A po waszych odgłosach, nie trudno będzie im nas znaleźć.
Armand spojrzał na Kassandrę, pocałował ją i rzekł do elfów:
- To ja zawiniłem, więc ja przyjmę odpowiedzialność. Wywiodę gobliny w pole tak, abyście mogli bezpiecznie zejść głębiej i wykonać naszą misję. - mówiąc to odwrócił się i odbiegł.
Pół godziny później, kiedy wracał do jaskini szczęśliwy, że udało mu się wyprowadzić gobliny w pole, doznał szoku. Kassandra, elfka z którą jeszcze godzinę temu się kochał teraz była w niewoli. A jej brat, a jego przyjaciel, Vhel, leżał u jej stóp martwy i bez głowy. W przypływie opętania i dzikiej, zwierzęcej furii odkrywca porwał za miecz i zabił kilka goblinów, roztrzaskał furtę klatki Kassandry i kazał jej uciekać. Złapał bezgłowe zwłoki swego przyjaciela w ramiona i razem z elfką pognali przed siebie. Nie udało im się wypełnić misji, a to przez niego.
Pogrzebał przyjaciela dwa dni później. Na jego nagrobku wyrył słowa "
Mors ultima linea rerum", choć nie do końca wiedział co znaczyły. Teraz wiedział.
Śmierć kresem ostatnim wszystkiego, przyjacielu.
Potem odszedł.
[c]* * *[/c]
Odzyskał świadomość i powiedział głośno:
- Uwaga, tu jest strasznie strome zbocze. Radzę patrzeć pod nogi.
Ale, jako, że Armand Odkrywca zawsze wie najlepiej, postąpił krok naprzód. Zobaczył, że po stosunkowo wąskim wejściu, jama rozszerza się nieznacznie i zaczyna bardziej zdecydowanie opadać w dół, by potem ustabilizować się około pięciu metrów pod poziomem gruntu. Armand przekonał się o tym na własnej skórze, gdyż w panujących w jaskini ciemnościach nie potrafił uchwycić się solidnego kawałka skały i runął jak długi aż na sam dół - najpierw ślizgając się po pokrywających ziemię kamyczkach, potem lecąc już na łeb na szyję, by wreszcie zakończyć wszystko pokazowym przewrotem, którego i tak nikt nie widział. Gdy człowiek wstał i otrzepał się z kurzu zobaczył malutkie światełko, w miejscu gdzie za załomem skalnym było jedyne wejście i wyjście, jakie znał. Światełko jednak było zbyt nikłe by oświetlić jego drogę. Co najwyżej wskazać dobry kierunek.
- Cholerne kamienie. In medias res, miałem przeprowadzić zwiad. Idę dalej - szepnął Armand pod nosem. Podążył dalej,
nie zważając na to, że teren robił się coraz bardziej stromy. Jednak po kilku metrach stwierdził, że oddalił się już nadto, więc zaczął wracać na górę. Szedł zaraz przy ścianie, wymacując palcami kolejne dobre uchwyty i szło mu to całkiem dobrze, a przesuwanie nóg po ziemi zapobiegło ślizganiu się. Tak to dotarł kwadrans później na powierzchnię. W zakurzonych, przetartych w wyniku upadku ubraniach, ale cały i zdrowy.
- Teren jest stromy, na początku opada gwałtownie w dół, później nieco się stabilizuje, lecz nieznacznie. Więc proponuję, abym dalej to ja szedł przodem. Tyle tylko, że trochę ciężko jest mi prowadzić zwiad, nie widząc w ciemnościach. Przepraszam, czy ktoś z was jest magiem i mógłby mi pomóc w tej kwestii? Wszak, "amicorum omnia communia", czyż nie? - zapytał z przekąsem.