[D&D FR 3.5ed] W stronę zachodzącego słońca

Sesje skończone, zamknięte lub zmarłe śmiercią naturalną.

Moderatorzy: Moderacja, Mistrzowie Gry

[D&D FR 3.5ed] W stronę zachodzącego słońca

Postprzez dreamwalker » Pt lis 28, 2008 8:45 pm

Ostatnie promienie słońca lekko muskały białe ściany budynku, gdy doktor Jones, otrzepując buty ze śniegu, wszedł do środka taszcząc pod ramieniem ogromną tekę z dokumentami.
- Się masz - rzuciła mu przelotnie Hanna znad stosu papierzysk, których wypełnianiem zajmowała się jak co wieczór. Jones zajrzał na nie zza jej ramienia, tak jakby interesowało go to, co było tam napisane.
- Kolejne ciężkie przypadki? - zagadnął znów odrywając dziewczynę od pracy, a ta demonstracyjnie przetarła ręką czoło, jakby wypełnianie druków było robotą ponad jej siły.
- Coraz więcej ich robią, Stan - odparła posyłając doktorowi uśmiech
- Uważaj, bo sama takiego zrobisz - Jones wyraźnie był w dobrym humorze
- Jeśli tylko pewien doktorek odważyłby się powiedzieć mi coś miłego, to pewnie zaryzykowałabym - uśmiech Hanny poszerzył się jeszcze bardziej, ale zaraz potem Jones pospiesznie oddalił się w kierunku swojego gabinetu, mrucząc coś o pracy do zrobienia.
~Ta jasne.~ - pomyślała ironicznie Hanna - ~przecież masz dyżur. Nie masz nic do roboty. Znowu będziesz gadał z pacjentami zamiast pilnować, żeby ktoś się nie zabił.~
Posłała mężczyźnie długie spojrzenie, ale ten już się nie odwrócił, zostawiając dziewczynę jak zwykle wkurzoną takim obrotem spraw. A właściwie brakiem obrotu. Whatever.

[c]***[/c]

- Pacjent z sali numer dziewięć, James Clarkson. - Jones przeczytał głośno zapis na karcie choroby wiszącej przed drzwiami do sali. Zajrzał w okienko.
Białe ściany i sufit, brak okien, klamek również. I pacjent. James siedział na środku zapakowany w kaftan bezpieczeństwa, jego głowa zwisała bezwładnie, jakby było mu już obojętne co się z nim stanie. Hałas. Przyzwyczajony do wychwytywania subtelnych dźwięków słuch pacjenta bez problemów wychwycił odgłos kroków na korytarzu. Clarkson powoli podniósł głowę i spojrzał na doktora z przestrachem obserwującego poczynania pacjenta.
- Oddajcie mi moje mydło! - nagły głos i szybki skok pacjenta w stronę drzwi zaskoczyły Jonesa. Z przestrachem i obrzydzeniem cofnął się, by zaraz potem z zaciekawieniem oglądać z bliska zarośniętą twarz pacjenta z dziewiątki. Wczytał się w kartę choroby.
James Clarkson, lat 32. Mieszkaniec Arkham. Nauczyciel historii. Zatrzymany przez policję, gdy rzucił się na jednego z funkcjonariuszy z mieczem. Uważa, że jest hobgoblinem (co to jest?) Kazakiem (to chyba imię). Cały swój plecak miał wypchany mydłem. Jest do niego bardzo przywiązany.

Jones skinął głową, jakby chciał pokazać komuś stojącemu obok, że zapoznał się z historią choroby. Codziennie ten sam rytuał, znał te opisy na pamięć, a mimo to, wciąż go fascynowało, na jaką dziwną chorobę cierpią pacjenci. Nucąc cichutko jakąś melodyjkę zbliżył twarz znowu do przylepionej do zakratowanego okienka twarzy pacjenta. - Mam Twoje mydło - powiedział ledwie słyszalnym szeptem i pokazał wymownie na leżący pod ścianą korytarza plecak. Pacjent się uspokoił. Jones otworzył drzwi i wypuścił Clarksona, który złapał szybko swój skarb i pobiegł dalej korytarzem
- Tam gdzie zwykle, za pół godziny - szepnął jeszcze Jones, jakby sam do siebie. Pacjent i tak to usłyszał.

Z następnymi poszło już znacznie prościej. Michael King - podający się za największego podróżnika krain (ale jakich krain) - Armanda - wyszedł z sali, wpierw ostrożnie sprawdzając i pytając Jonesa po dwadzieścia razy, czy w okolicy nie ma wampirów, zombie, szkieletów i liczy (ale co liczy?). Niepewnie stawiając kroki, Michael powędrował w świetle księżyca korytarzem, dostawszy na drogę tę samą informację, to pacjent z dziewiątki.

~No, to już został ostatni~ - pomyślał Jones i z lękiem udał się do sali numer pięć, gdzie siedziała kobieta. Rzadkość w tym przybytku. Nazywała się... Z resztą to nieistotne. Podawała się za Gabriel D'Earte, szlachciankę. Według Jonesa, była najnormalniejsza z całej trójki, gdyby nie ciągłe wspomnienia o jakichś nienazwanych monstrach oraz (prawdopodobnie) miejscach zwanych Koarmyr (W sumie nie wiemy jak to się pisze) i Waterdeep. Jones rzucił jej suknię, w której po chwili Gabriela wyszła z sali, obdarzając lekarza uśmiechem, przy którym uśmiech Hanny wydawał się być wymuszonym grymasem, i ruszyła korytarzem obdarzona jak inni krótką informacją.

Jones usiadł na bujanym fotelu w otoczeniu trójki pacjentów szpitala. Mała świetlica rzadko gościła kogoś o tak później porze i światło w jej oknach mogłoby pewnie spowodować plotki o nawiedzaniu szpitala przez duchy. Gdyby tylko w okolicy były domy, z których ludzie mogliby obserwować bieg wydarzeń. Szpital Psychiatryczny w Arkham stał jednak na uboczu.
- Opowiadajcie - zagaił Jones, kładąc pióro na pierwszej stronie przygotowanego pliku kartek. Zapadła jednak cisza. Jak zwykle. Po piętnastu minutach zaczęło się. Rozpoczęła się opowieść.

[c]***[/c]

Rozdział pierwszy - tam i nie z powrotem

Pierwsze gobliny zauważyliście koło południa czające się w mrokach otaczających Was lasów. Dzielnie jednak nie dawaliście po sobie poznać, że o nich wiecie i dawaliście się obserwować zielonoskórym skautom ukrytym w koronach drzew.
- Do jaskini jeszcze z kilometr - powiedział leniwie Kazak i ziewając rozprostował ramiona, zauważając przy tym kolejnego skauta, którego pomysłowy kamuflaż zmyliłby każdego innego, ale nie hobgoblina. A przynajmniej tego hobgoblina.
Zapowiadało się ciekawie.

[c]***[/c]

Spotkali się przypadkiem. Tak jak setki podobnych im grup. Krążące po okolicach legendy o wielkim skarbie ukrytym w jaskini pośród lasów Tethyru uznali za dobrą monetę i dogadali się w karczmie na wspólną podróż ze względu na zwiększoną aktywność goblinów w okolicy. Nabyta mapa kusiła zaznaczonym czerwonym krzyżykiem miejscem wejścia do jaskini. Wyglądało to tak, jakby krzyżyk został dopisany stosunkowo niedawno. Cóż, opowieść o skarbie też nie jest stara i wyszła na światło dzienne w związku z rozbiciem jednej bandy goblinów, u których o dziwo, znaleziono mapę rozległego systemu jaskiń. Tą mapę również nabyli. Pewni swego ruszyli więc w lasy, nie przejmując się tym, że Ci którzy próbowali dotąd, nie wrócili.
Te jaskinie są rozległe - wyjaśniali ludzie - mogli zabłądzić, albo po prostu skarb jest tak daleko, że dotąd idą.
Młodzi odkrywcy nie martwili się tym. Wielkie bogactwo kusiło i ciągnęło do siebie wszystkich spragnionych pieniędzy i mocnych wrażeń.

[c]***[/c]

- To tutaj - mruknął Kazak, spoglądając to na mapę, to na niezbyt duże wejście do groty. - Dalej jest trochę stromo, ale według mapy to tylko takie zejście i zaraz potem jest płasko. To jak, wchodzimy? - zagadnął spoglądając na towarzyszy, to na słońce, które już chyliło się ku zachodowi.
Ostatnio edytowano N lis 30, 2008 5:13 pm przez dreamwalker, łącznie edytowano 1 raz
Avatar użytkownika
dreamwalker
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 1509
Dołączył(a): Pn gru 19, 2005 10:39 pm
Lokalizacja: J-L k/Wrocławia
Płeć: Płeć określona - męska


Postprzez Corrick » So lis 29, 2008 1:02 am

Armand
Theme

Armand nie odzywał się przez większość drogi ani słowem. Na plecach czuł uspokajający ciężar jego tarczy oraz plecaka, przy boku spokojnie podrygiwał jego wąski, kunsztownie zdobiony miecz. Był jeden wyróżniający tego osobnika z tłumu element - mianowicie ubiór. Czarne, skórzane spodnie, wskazujące, że mężczyzna ten spędził większą część swego życia na szlaku; długi, zniszczony już płaszcz z kapturem oraz pas, przy którym wisiały najrozmaitsze dziwactwa. W skórzanej kaburze znajdował się tam pistolet skałkowy, kilka dziwnych kulek, rzekomo pochodzących od drowów, jakiś drążek z przyciskiem, dziwne patyki i cała masa podobnych rzeczy.
Odkrywca naciągnął kapelusz na głowę, oparł rękę na rękojeści miecz i rzucił:
- Nie wiem jak wy, ale ja tam wchodzę.
Ominąwszy hobgoblina wszedł w głąb podziemi. Wyciągnął wprawnym ruchem miecz z pochwy, w lewą rękę ujął pistolet skałkowy i zrobił kilka kroków, do granicy ciemności. Nagle odwrócił się gwałtownie i powiedział:
- Ruszę na zwiady, wrócę za chwilę. Jakby co, krzyknę! - i wbiegł w ciemność jaskini. Wydawało się, że pierwsze metry są bezpieczne, lecz on nie widział zbyt dobrze w ciemnościach. Postąpił krok do przodu, pośliznął się na małych kamyczkach, powstał przygotowany na wszystko i wtedy...
Dopadły go wspomnienia z przeszłości.

[c]* * *[/c]
Młody Armand, jeszcze gołowąs, wchodzi do jaskini w towarzystwie dobrej przyjaciółki z dzieciństwa, elfki Kassandy i jej brata, Vhela. Przyszły odkrywca szedł z wyciągniętym mieczem, Kassandra śmiała się, a Vhela nie było widać. Był z przodu, gdzieś na zwiadzie. Nagle elfka "wpadła" na Armanda, pocałowała go w usta i wcale nie wydawała się tym speszona. On przyparł ją do skały i zaczęli się rozbierać. Kilka chwil później, w trakcie stosunku, Kassandra spostrzegła jakiś kształt w tunelu za nimi. Szybko okazało się, że to Vhel. Brat elfki miał na tyle przyzwoitości, aby pozwolić im spełnić się seksualnie, ubrać i dopiero wtedy podszedł.
- Tam jest zgraja goblinów, prawdopodobnie jeden czy dwa orki. Zmierzają w naszym kierunku. A po waszych odgłosach, nie trudno będzie im nas znaleźć.
Armand spojrzał na Kassandrę, pocałował ją i rzekł do elfów:
- To ja zawiniłem, więc ja przyjmę odpowiedzialność. Wywiodę gobliny w pole tak, abyście mogli bezpiecznie zejść głębiej i wykonać naszą misję. - mówiąc to odwrócił się i odbiegł.
Pół godziny później, kiedy wracał do jaskini szczęśliwy, że udało mu się wyprowadzić gobliny w pole, doznał szoku. Kassandra, elfka z którą jeszcze godzinę temu się kochał teraz była w niewoli. A jej brat, a jego przyjaciel, Vhel, leżał u jej stóp martwy i bez głowy. W przypływie opętania i dzikiej, zwierzęcej furii odkrywca porwał za miecz i zabił kilka goblinów, roztrzaskał furtę klatki Kassandry i kazał jej uciekać. Złapał bezgłowe zwłoki swego przyjaciela w ramiona i razem z elfką pognali przed siebie. Nie udało im się wypełnić misji, a to przez niego.
Pogrzebał przyjaciela dwa dni później. Na jego nagrobku wyrył słowa "Mors ultima linea rerum", choć nie do końca wiedział co znaczyły. Teraz wiedział. Śmierć kresem ostatnim wszystkiego, przyjacielu.
Potem odszedł.

[c]* * *[/c]
Odzyskał świadomość i powiedział głośno: - Uwaga, tu jest strasznie strome zbocze. Radzę patrzeć pod nogi.
Ale, jako, że Armand Odkrywca zawsze wie najlepiej, postąpił krok naprzód. Zobaczył, że po stosunkowo wąskim wejściu, jama rozszerza się nieznacznie i zaczyna bardziej zdecydowanie opadać w dół, by potem ustabilizować się około pięciu metrów pod poziomem gruntu. Armand przekonał się o tym na własnej skórze, gdyż w panujących w jaskini ciemnościach nie potrafił uchwycić się solidnego kawałka skały i runął jak długi aż na sam dół - najpierw ślizgając się po pokrywających ziemię kamyczkach, potem lecąc już na łeb na szyję, by wreszcie zakończyć wszystko pokazowym przewrotem, którego i tak nikt nie widział. Gdy człowiek wstał i otrzepał się z kurzu zobaczył malutkie światełko, w miejscu gdzie za załomem skalnym było jedyne wejście i wyjście, jakie znał. Światełko jednak było zbyt nikłe by oświetlić jego drogę. Co najwyżej wskazać dobry kierunek.
- Cholerne kamienie. In medias res, miałem przeprowadzić zwiad. Idę dalej - szepnął Armand pod nosem. Podążył dalej, nie zważając na to, że teren robił się coraz bardziej stromy. Jednak po kilku metrach stwierdził, że oddalił się już nadto, więc zaczął wracać na górę. Szedł zaraz przy ścianie, wymacując palcami kolejne dobre uchwyty i szło mu to całkiem dobrze, a przesuwanie nóg po ziemi zapobiegło ślizganiu się. Tak to dotarł kwadrans później na powierzchnię. W zakurzonych, przetartych w wyniku upadku ubraniach, ale cały i zdrowy.
- Teren jest stromy, na początku opada gwałtownie w dół, później nieco się stabilizuje, lecz nieznacznie. Więc proponuję, abym dalej to ja szedł przodem. Tyle tylko, że trochę ciężko jest mi prowadzić zwiad, nie widząc w ciemnościach. Przepraszam, czy ktoś z was jest magiem i mógłby mi pomóc w tej kwestii? Wszak, "amicorum omnia communia", czyż nie? - zapytał z przekąsem.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 1670
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 10:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska/Polter
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Varmus » N lis 30, 2008 7:46 pm

Kazak

- A ten znów to samo... - skwitował Kazak wyczyny łowcy. Uśmiechnął się lekko i poszedł za Armandem.

Hobgoblin był przystojny jak na standardy swojej rasy. W praktyce oznaczało to to, że dało się na niego patrzeć bez obrzydzenia. Wysoki, o posągowych kształtach, wysmukły i poruszający się z wyraźną pewnością siebie, lustrujący otoczenie błyszczącymi piwnymi oczami Kazak budził w "inteligentnych" rasach specyficzne wrażenie. Członek rasy uznawanej za potwory, który budził gdzieś w głębi umysłu "cywilizowanych" brzydką świadomość, że oni i "potwory" wcale się tak bardzo nie różnią...

Kazak odgarnął z czoła długie, proste włosy koloru węgla i przewiązał sobie czoło wydobytą z kieszeni teatralnie długą, fioletową bandaną. Kosztowna peleryna takiego samego koloru, spinana złotym łańcuszkiem powiewała na wietrze, ograniczona na plecach przez dopasowany chlebak z brązowej skóry, nieco wytarty, ale solidny. Lekka plecionka z mithrilowych kółeczek spoczywała na kaftanie z miękkiej skórki, chroniącym przed zniszczeniem luźną, lawendową koszulę, wpuszczoną w wełniane bryczesy, których nogawki z kolei schowane były w cholewach wysokich butów z mosiężnymi klamerkami. Hobgoblin poprawił skórzane rękawice, wzmacniane na grzbietach dłoni, i sprawdził, czy puklerz z ciemnodrzewu przymocowany do lewego przedramienia dobrze się trzyma. Mocniej ścisnął krótką włócznię i dziarskim krokiem pomaszerował w stronę wejścia do jaskini.

Kazak zajrzał w głąb tunelu, uśmiechając się lekko, widząc, jak sławetny Armand Odkrywca dyskretnie rozmasowuje sobie tyłek, potłuczony przy niezbyt danym zejściu - czy raczej zjeździe - na dół.

- Teren jest stromy, na początku opada gwałtownie w dół, później nieco się stabilizuje, lecz nieznacznie. Więc proponuję, abym dalej to ja szedł przodem. Tyle tylko, że trochę ciężko jest mi prowadzić zwiad, nie widząc w ciemnościach. Przepraszam, czy ktoś z was jest magiem i mógłby mi pomóc w tej kwestii? Wszak, "amicorum omnia communia", czyż nie? - zapytał z przekąsem Armand.
- Jassssne, o Odkrywco, amikorum omnia komunia i tak dalej. Może więc będę szedł razem z tobą w pierwszym szeregu, skoro ja w ciemnościach widzę, hm? Uwaga, zjeżdżam! - odparł Kazak, po czym chwycił włócznię blisko grotu i wbił ją płytko w luźne podłoże, po czym używając ostrza broni jak hamulca, zjechał na dół skarpy w akompaniamencie chrobotu kamyków.
Avatar użytkownika
Varmus
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1145
Dołączył(a): Śr sty 18, 2006 6:52 pm
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Nefarius » N lis 30, 2008 10:40 pm

Gabriel

Młoda, rudowłosa niewiasta o wydatnych ustach i nadzwyczaj kobiecej figurze stanęła obok kompana, którego imię poznała całkiem niedawno. Armand był odrobinę bardziej ludzkim z dwójki kompanów Gabriel. Przez to budził u niej więcej zaufania. Ona była piękna. Bardzo. A zaś rasa hobgoblinów nie miała zbyt pozytywnej historii i opinii na swój temat. Gabriel wzięła głęboki wdech i oparła ręce na piersiach. Wejrzała kątem oka na hobgoblina. Wolała nie zostawać z nim sama, lecz też nie miała większej ochoty na wędrówkę po jaskini.

Gdy zielonoskóry odezwał się, kobieta uśmiechnęła się od niechcenia. Kiedy, jednak Kazak stwierdził, że pójdzie przodem kobieta poruszyła się nerwowo. Nie odzywała się, jednak Armad widział, że ona woli iść pomiędzy nimi, z hobgoblinem na czele. Być może czuła się tak bezpiecznie, a może po prostu nie chciała ryzykować. Jej szara suknia, nie wyglądała na zbyt wygodną do podróży. Do wojowniczki było jej, jednak daleko, więc dlaczego nie miała ubierać się wygodnie, a nie praktycznie. Suknia była o dziwo krótka. Za bardzo, jak na towarzystwo dwójki mężczyzn.

Faktycznie wyglądała wyzywająco, jeśli nie kusząco. Choć miała niespełna siedemnaście lat, Sune obdarzyła ją nieskazitelną urodą. Miała długie i jędrne nogi. Jej odstające pośladki przyciągały spojrzenia nie tylko towarzyszy. Jej niemały biust podskakiwał wraz z nią, gdy pokonywała kolejne przeszkody na swojej drodze. Gabriel miała miły dla ucha głos. Niezbyt dziewczęcy, zdecydowanie bardziej kobiecy. –Ruszamy, panowie?- rzekła krótko i na temat. Miała nadzieję, że Armand pójdzie za nią, lecz nie pokazywała po sobie w żadnym stopniu swoich obaw.
Avatar użytkownika
Nefarius
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 2902
Dołączył(a): Śr mar 08, 2006 7:39 pm
Lokalizacja: Eltabbar - stolica Thay
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Corrick » N lis 30, 2008 11:42 pm

Armand

Armand był pod wrażeniem Gabriel. Może nie była zbytnio podobna do Kassandry, ale z całą pewnością była ładna. I to bardzo. Miał tylko nadzieję, że się nie ślinił w tym momencie. Otarł dłonią usta. Nie ślinił się. Bardzo dobrze. Postanowił wykonać jakiś krok, więc powiedział:
- Pani wybaczy, ale nie mogę pozwolić, aby podążała Pani ostatnia. Jednakowoż nie może Pani zejść druga. Także proponuję, abyśmy zeszli razem, ramię w ramię. Później w tunelu będę ubezpieczał tyły.
Dziewczyna uśmiechnęła się kusząco. - Wybaczysz Armandzie, lecz dość czasu spędziłam na ojcowskim dworku, w otoczeniu szlachciców i bogaczy. Mów do mnie proszę prostą mową podróżnika. - rzekła, kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny. - Chodźmy więc. - dodała nie wiadomo dlaczego szeptem.
Armand miał tylko nadzieję, że się w tym momencie nie dostał ataku ślinotoku. Oblizał językiem spiechrznięte wargi. Całe szczęście, że nie zaczął się ślinić. Uśmiechnął się do Gabriel i zaczął ją powoli i bezpiecznie sprowadzać w dół, jedną ręką trzymając się ściany, a drugą trzymając kobietę.
- Jeśli można spytać, to czy mógłbym wiedzieć, skąd pochodzisz? Ja sam jestem Tethyrczykiem, choć co prawda zostałem wychowany przez elfy.
- Jestem z Cormyru! - rzekła z dumą nabierając poważnego wyrazu twarzy, jakby chciała udawać jakiegoś szlachetnego rycerza na rumaku. - Mnie wychowali lokaj i opiekunka, więc nie wiele się różnimy od siebie. - rzekła uśmiechając się uroczo, przygryzając do tego subtelnie usta.
Pan Odkrywca poczuł jak w jego spodniach zaczyna brakować miejsca. Zaczął się tępo wpatrywać w biust Gabriel. Po chwili jednak otrząsnął się i miał nadzieję, że tego nie spostrzegła.
- Czy nie masz czasem elfich korzeni? W Cormyrze to dosyć powszechne, o ile dobrze pamiętam - uśmiechnął się najlepiej jak potrafił. Miał nadzieję, że uda mu się ją tym oczarować.
- Elfich? - spytała uśmiechając się urokliwie. - Nie, raczej nie, ale niektórzy mówią mi, że mam coś z driady, czy rusałki. - kontynuowała pochylając głowę co chwila od uśmieszków.
- Muszę się z nimi zgodzić, Gabriel. Masz niezwykłą urodę - Armand postanowił być szczery - Ja wiem, że o takie rzeczy się nie pyta, lecz ile masz lat? Z tego co widzę, jesteś niezwykle młoda, choć niebywale dojrzała jak na swój wiek...

~ Nie ma więcej niż dwadzieścia lat...~

Dziewczyna spojrzała Armandowi na usta, a po chwili głęboko w oczy. - No tak... Kobiet się o to nie pyta. - zaśmiała się dziecięco i skoczyła do przodu, jakby nie chciała kontynuować tematu jej wieku. - No chodź, bo nam pan Kazak ucieknie! - krzyknęła wciąż się uśmiechając.
Armand pacnął się otwartą dłonią w czoło. Jak mógł popełnić tak głupi błąd?! Przecież nie raz już... zresztą, co się stało to się nie odstanie. Postanowił jakoś to naprawić: - Idź, już, idź. Ja zostanę trochę z tyłu i będę pilnował Twoich pleców - mrugnął do niej - Porozmawiamy potem! - odwrócił się, wyciągnął miecz zza pasa i stanął w miejscu.
Kobieta jakby specjalnie zakołysała biodrami. A może po prostu miała taki sposób poruszania się. Tego nie wie nikt po za nią. Dziewczyna stanęła jakby wryta. Miał nadzieję, że się odwróci. Odwróciła się na chwilę i dobyła rapiera. Puściła Armandowi oczko i ruszyła do przodu za Kazakiem.
- Biegnij łanio, biegnij... - szepnął za nią, niespecjalnie starając się, aby tego niedosłyszała. Zasalutował swym wąskim mieczem do wyjścia z jaskini, odwrócił się i pobiegł za nią.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 1670
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 10:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska/Polter
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez dreamwalker » N lis 30, 2008 11:54 pm

Pieczara, w której się znajdowaliście w tej chwili była dość mała, a fakt że z całej trójki tylko Kazak widział w ciemnościach, potęgował klaustrofobiczne wrażenie uwięzienia. Hobgoblin rozejrzał się, by stwierdzić zaraz, że jedno jest tylko przejście dalej i w jego stronę skierował swoje kroki.

- No, dalej - poganiał Armanda i Gabriel
Ale ta dwójka tylko macała ściany (a czasem niby to przypadkiem siebie) w ciemnościach szukając drogi wyjścia. Kierowanie się głosem hobgoblina na nic by się zdało, bo w tym pomieszczeniu dźwięk miał wredny zwyczaj odbijania się od ścian i dochodzenia ze wszystkich stron jednocześnie, co jeszcze bardziej potęgowało uczucie beznadziei.

Kazak spojrzał na przejście dalej, by stwierdzić że przedstawiało ono istne dzieło sztuki w wykonaniu matki natury. Że też staruszka potrafi jeszcze czymś zaskoczyć ... Stalaktyty i stalagmity szczerzące się wkoło mniej więcej okrągłego przejścia, zdawał się być zębiskami ogromnego potwora, który leżał tu czekając na śmiałków, którzy sami wejdą do jego trzewi. A może rzeczywiście był to bardzo stary, tak stary że aż skamieniały, potwór? Do by wyjaśniało zniknięcia wcześniejszych awanturników. Kazak potrząsnął głową odganiając ponure myśli, co sprawiło, że część jego czarnych włosów opadła mu na czoło. Ostrożnie wybrał swoją drogę między kłami stalagmitów. Niby nie były ostre na końcach, ale gdyby tak na nie upaść, to przebiłyby jak nic hobgoblina na wylot. Ciekawe jak farciarz Armand między nimi szedł? - zastanawiał się hobgoblin. Pewnie nie szedł w tą stronę, tylko na ścianę. W komnacie słychać było głośny i dodatkowo potęgowany przez mały rozmiar pomieszczenia, śmiech jednego hobgoblina. Kazak przeszedł przez stalagmity i spojrzał na wciąż macającą ściany dwójkę. Ciekawe jak oni przejdą?
Avatar użytkownika
dreamwalker
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 1509
Dołączył(a): Pn gru 19, 2005 10:39 pm
Lokalizacja: J-L k/Wrocławia
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Varmus » Pn gru 01, 2008 8:37 pm

Kazak

Kazak spojrzał na towarzyszy. Świat widziany w ciemnościach był pełen odcieni szarości. Hobgoblin zastanawiał się, jakim cudem ludzie przetrwali tak długo bez tej przydatnej umiejętności. Ledwie jaskinia i nic nie widzą. A światła zwabiają wszystko, co się rusza i jest głodne. Nic dziwnego, że Podmrok nie należał do nich...

- Uważajcie, kochasie, pełno ty stalagmitów i stalaktytów. Macajcie otoczenie, nie siebie nawzajem. Albo zapalcie sobie jakieś światło. - mruknął z rozbawieniem Kazak. - Dobrym pomysłem może być przywiązanie się do siebie liną, w razie, gdyby któreś z nas nagle wlazło w rozpadlinę... - hobgoblin zerwał grotem włóczni pajęczynę z paskudnym włochatym pająkiem i rozdeptał go z satysfakcją. Szkoda, że nie widział tego żaden drow... To zawsze ich prowokowało.
Avatar użytkownika
Varmus
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1145
Dołączył(a): Śr sty 18, 2006 6:52 pm
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Nefarius » Wt gru 02, 2008 12:53 pm

Gabriel

Młoda dziewczyna miała dość zgryźliwości trzeciego, brzydkiego kompana. Miała wielką ochotę kopnąć go w zielony zadek, tak, żeby spadając odbił się nim o wszystkie pułki skalne po drodze. To, na szczęście była tylko jej wyobraźnia, bo tak naprawdę była dobrą osobą. Ba. Nawet współczuła hobgoblinowi, że urodził się tak daleki od ideału, jakim była ona. Zaś na wzmiankę o wyczarowaniu sobie światła zareagowała, jak na życzenie. Swoją małą dłoń położyła Armandowi na oczy, zbliżyła się ku jego twarzy i szeptem niemal zanuciła.
-Świetliste promyki, jak szemrzące strumyki, zaleją wnet całą jaskinię.
Dadzą nam światło i oślepią tę, zieloną świnię…
-

Nad jej głową pojawiła się zaś sporych rozmiarów kula, białego światła. Po kilku chwilach otwarła oczy i powoli cofnęła dłoń z twarzy Armanda. Ich oczy były przyzwyczajone do ciemności i takie nagłe spotkanie z intensywnym światłem mogłoby się skończyć krótkotrwałą ślepotą. Gabriel przechyliła głowę w bok, oparła ręce na piersiach i uśmiechnęła się złośliwie do Kazaka.
-Przynajmniej to dla ciebie mogę zrobić Kaziu…- rzekła i ruszyła do przodu. –No, co tak się dziwisz? Prowadź mości traperze!- dodała znów złośliwie się uśmiechając.
Avatar użytkownika
Nefarius
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 2902
Dołączył(a): Śr mar 08, 2006 7:39 pm
Lokalizacja: Eltabbar - stolica Thay
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Corrick » Wt gru 02, 2008 7:43 pm

Armand

Odkrywce zawsze dziwiła magia. I to, jak niepozorne istoty nią władają. Pokręcił głową, złapał mocniej miecz i podziękował bezgłośne Gabriel. Poczekał, aż się nieco oddali, po czym zajrzał do swojej sakwy. Miał nadzieję znaleźć tam jakiś zestaw złodziejski, szczególnie coś, co mogłoby pozwolić na zamontowanie jakiejś zmyślnej pułapki czy alarmu. Jednak niczego takiego tu nie znalazł.

Wzruszył ramionami, złapał jakiś kamień i ustawił go gdzieś na środku zejścia, tak, że gdyby spadł, zrobiłby wielki hałas. Podparł go innym, mniejszym. Sądząc, że to jakkolwiek pomoże, odwrócił się i pognał za resztą drużyny.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 1670
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 10:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska/Polter
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Varmus » Śr gru 03, 2008 12:38 am

Kazak

- Zawsze mnie ciekawiło, Gabriel, dlaczego mówicie na nas "zielonoskórzy", skoro nasza skóra jest płowobrązowa... - mruknął pobłażliwie Kazak. - W sumie oślepienie i świnia też się nie zgadzają. Może mamy czwartego towarzysza podróży?- hobgoblin uniósł brew i uśmiechnął się sardonicznie. - Ale starczy złośliwości, chodźmy dalej... - mruknął, chwytając mocniej włócznię i zagłębiając się w czeluście jaskini...
Avatar użytkownika
Varmus
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1145
Dołączył(a): Śr sty 18, 2006 6:52 pm
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez dreamwalker » So gru 06, 2008 10:47 am

Kazak przeszedł ostrożnie przez wyobrażające kły jakiegoś wielkiego stwora stalaktyty i zagłębił się w jaskinię. Nieustannie podążali za nim Armand i Gabriel, korzystając z rzuconego przez dziewczynę czaru.

Droga przebiegała wciąż jednym korytarzem, który jednakże wciąż wił się i skręcał jak wielki najeżony kolcami stalaktytów i stalagmitów labirynt. Czasami słychać było kapiącą gdzieś wodę. Czasem zielone oczy nietoperzy błysnęły groźnie w mroku. Ten wygląd pieczary nietknięte ludzką (czy jakąś inną) ręką i brak śladów obozowisk i postojów innych poszukiwaczy przygód napawł lękiem, czy może nie żyje tutaj coś, co zjadło wcześniejszych gości, a wy macie po prostu sporo szczęścia, że nie znalazło jeszcze Was.

W końcu ekspedycja dotarła do większej pieczary, w której były ślady bytności innych poszukiwaczy przygód. Tu i tam leżały posłania, rozrzucone namioty, pozostawione ubrania, broń i mocno nadpsuta żywność. W obozowisku widać było ślady walki. Gabriel oparła się o ścianę jaskini. Nogi strasznie ją bolały. Armand, mimo hardej miny, też czuł że idą już długo i przydałby się odpoczynek. Czy jednak odważycie się spędzić noc w obozowisku, które niedawno okazało się zgubą dla innych poszukiwaczy przygód?

Kazak przejrzał pobieżnie obóz. Najdziwniejsze było to, że nie znalazł żadnych zwłok.
Może istoty napadające podróżników zabrały zwłoki i przyjdą jeszcze by zaprać stąd resztę przedmiotów i złapać w ten sam sposób kolejnych poszukiwaczy przygód?
"Whenever you find that you are on the side of the majority, it is time to pause and reflect." - Mark Twain
Avatar użytkownika
dreamwalker
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 1509
Dołączył(a): Pn gru 19, 2005 10:39 pm
Lokalizacja: J-L k/Wrocławia
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Nefarius » So gru 06, 2008 4:27 pm

Gabriel

Rudowłosa dziewka oparła się o kamienną półkę sapiąc przy tym dość mocno. Lubiła wszelakie podróże, jednak nie miała pojęcia, że skradanie się wąskimi korytarzami jaskiń może być takie trudne i wymagające pełnej uwagi. W końcu jeden zły krok i można było złamać sobie nogę, potykając się na śliskim kamieniu. Gabriel przycupnęła sobie przy jednym z kilku namiotów, które pozostały po dawnych zwiedzających. Aż bała się pomyśleć, co mogło ich spotkać, że nawet ubrań nie pozbierali.

Dziewczyna wejrzała na swoim towarzyszy i zmierzyła wzrokiem. Sami wyglądali, jakby nie byli pewni, co do tego miejsca. Sami pewnie w duchu zastanawiali się, czy iść dalej, czy skorzystać z pozostałości do odpoczynku, jednocześnie ryzykując, że samemu pozostawi się po sobie tylko kilka rzeczy i nic więcej. –Mój czar, wiecznie działać nie będzie. Musimy coś wymyślić.- oznajmiła, po czym wzrokiem zaczęła wodzić po ziemi szukając jakiś pochodni czy latarni.
-Magia, magią pokonana! Już nie jest w tajemnicy więcej trzymana.- zanuciła po chwili, cicho rudowłosa, by dowiedzieć, się czy nie ma gdzieś w tej jamie jakiejś magii.
Avatar użytkownika
Nefarius
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 2902
Dołączył(a): Śr mar 08, 2006 7:39 pm
Lokalizacja: Eltabbar - stolica Thay
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Corrick » So gru 06, 2008 6:49 pm

Armand

Kiedyś, jeszcze wśród elfów, Armand pracował jako zwiadowca. Wydawało mu się, że wie, co znaczy przejść kilka kilometrów ciągle się skradając. Wydawało mu się, że pokonywał takie dystanse nieraz, często w trudniejszym środowisku niż jaskinia, bo w lesie. Mylił się.

Gówno wiedział. Albo jego organizm nie przyzwyczaił się do skradania, co było wielce prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego talent do wpadania w kłopoty. Była jeszcze druga możliwość – po prostu się zestarzał, mimo, że nie podobała się zbytnio odkrywcy. Przeciągnął się i zabrał się za sprawdzanie pieczary.

Nie była duża, jakieś trzydzieści stóp, może parę więcej. Przyjrzał się uważnie. Żadnych śladów krwi, pęknięć w ścianie, szkieletów, zero trupów.
~ A jednak patrzę na obóz. Ktoś musiał go rozłożyć, bystrzaku! ~ skarcił się w myślach.

Klnąc, na czym świat stoi, wyruszył na obchód pieczary. Nie minęło pięć minut, a okrążył ją trzykrotnie. Nic nowego. Żadnych śladów krwi, jedynie nowy siniak na stopie, kiedy kopnął się w skałę, którą wziął za mały i nieszkodliwy kamyk. Co też go pokusiło, że sprzedać pochodnie? A, pamiętał już. Była okazja, jakiś krasnolud sprzedawał rakiety śnieżne, a on nie miał niczego, czym mógłby zapłacić. Wymienił się więc za pochodnie. Tylko nie rozumiał jednego. Po jaką cholerę mu pięć par rakiet śnieżnych...?

- Proponuję, aby ktoś stanął na czatach. Jeśli ktoś ma jakąś pochodnię, mógłbym sprawdzić korytarz dalej, ale skoro Kazak widzi w ciemności, on może to zrobić. Prawda...? – zapytał z nutką ironii w głosie.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 1670
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 10:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska/Polter
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Varmus » So gru 06, 2008 11:43 pm

Kazak

- Ależ oczywiście, o Odkrywco. - odparł Kazak, po czym dokładnie obejrzał całe obozowisko. Następnie zajrzał do korytarzy, które tu prowadziły. Gdy wrócił, podzielił się z towarzyszami swoimi spostrzeżeniami.

Nie było tego jednak wiele. Praktycznie nic. Kazak pozwolił działać towarzyszom.
Ostatnio edytowano Cz gru 11, 2008 7:11 pm przez Varmus, łącznie edytowano 1 raz
To, że jestem "online", niekoniecznie znaczy, że tak jest.
Avatar użytkownika
Varmus
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1145
Dołączył(a): Śr sty 18, 2006 6:52 pm
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Nefarius » Cz gru 11, 2008 5:14 pm

Gabriel

Dziewczyna rzuciła czar, dzięki któremu miała rozpoznać wszelaką magię, której oznaki musiały się teraz pojawić. Dziewczyna wstała i oparła ręce na biodrach, rozglądając się dookoła. Nie wyczuwała nic szczególnego w okolicy. Niewiasta zmrużyła oczy i zatrzymała spojrzenie na kupie łańcucha i kilku innych niepotrzebnych, zardzewiałych rzeczy. Malutki błysk magii. Dziewczyna podeszła do tego miejsca, rozkopując rękami skupisko niepotrzebnych rzeczy.

Gabriel uśmiechnęła się szeroko. Znalazła ona emanujący magią, kamień. Rudowłosa wiedziała, co to za rzecz. Słyszała o niej nie raz z opowieści trubadurów i przeróżnych awanturników. Na jej twarz wpełznął złowieszczy uśmiech. Schowała ona kamień do kieszeni i wejrzała na towarzyszy. –No, co? Kto kombinuje ten żyje! Ha!- uśmiechnęła się, wzruszając rękami. Jej oczy zabłysły złowrogo. Nie miała żadnych złych zamiarów, po prostu ucieszyła się, że wpadła na taki pomysł, by zbadać obecność magii. –To, co robimy?- dodała na koniec uśmiechając się szczerze do dwójki kompanów.
Avatar użytkownika
Nefarius
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 2902
Dołączył(a): Śr mar 08, 2006 7:39 pm
Lokalizacja: Eltabbar - stolica Thay
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Corrick » N sty 04, 2009 8:37 pm

Armand

Widząc, że ktoś musi coś zrobić, a nikt nie wie co, usiał na najbliższym kamieniu. Rzucił: - Proponuję, abyśmy chwilę odpoczęli. Według moich rachunków, wędrujemy tu już z kilka godzin. Sądząc po tym, co widziałem w kilku innych jaskiniach, może tu być jakaś dziura, przez którą wpływa światło z zewnątrz. Trzeba tylko poczekać do świtu, a się przekonamy. Ja bym proponował odpocząć dwie albo i trzy godzinki, a potem ruszyć na dalszą eksplorację jaskini. - dyskretnie roztarł lewą łydkę, co mógł zauważyć tylko Kazak, po czym kontynuował - Dużo łatwiej by się nam poruszało, gdybyśmy mieli jakieś źródło światła. Nie chciałbym zostać zmuszonym do radykalnych środków, takich jak palenie odzieży czy innych części ekwipunku, lecz nie będziemy robić przystanków co parę godzin, gdy Twój czar przestanie działać - zwrócił się do Gabriel - Dlatego proponuję, abyśmy poszukali czegoś, co mogłoby nam zastąpić pochodnie. W ostateczności możemy błądzić po omacku lub spalić kilka przedmiotów. O ile będziemy mieli czym rozpalić ogień...

Zdjął płaszcz, ułożył go na ziemi i rzucił: - Nie wiem jak wy, ale ja skorzystam z kilku chwil spokoju i się zdrzemnę. - ziewnął - Na waszym miejscu zrobiłbym to samo, bo czeka nas, jak się domyślam, dosyć długi spacerek. Miło spędzonego czasu życzę. - odwrócił się. Wiercił się jeszcze przez kilkanaście minut, po czym zmienił pozycję, oparł się o kamień, zamknął oczy i zasnął.

Przynajmniej tak się wydawało.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 1670
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 10:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska/Polter
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez dreamwalker » Śr sty 14, 2009 3:04 pm

Kazak był naturalnym kandydatem na pierwszego stróżującego. Co się dziwić? Hobgoblin pokazał już, że kto jak kto, ale on nie ma problemów z eksploracją takich podziemi. Armand i Gabrielle trochę się obawiali, czy tez sprytny goblinoid nie obrabuje ich i nie zniknie w mroku jaskiń, ale nieśpiący aby to sprawdzić Armand, w końcu jednak zasnął.

Pierwszy kamień uderzył w głowę, w okolicy nasady czaszki. Hobgoblin wstał i rozejrzał się wkoło. W ciemnościach mogły się czaić różne stworzenia. Kazak pospiesznie obudził Armanda, który odsunął go ręką i sam zajął się budzeniem Gabrielle. Tym czasem kamienie padały nadal i rozjuszony Kazak ruszył w ciemność, aby odnaleść tajemniczych dowcipnisiów. Czy raczej rabusiów. Albo morderców. Kogokolwiek odpowiedzialnego za te kamienie. Zaraz potem, on i Armand padli na ziemię i zaczęli beztrosko chrapać leżąc na ziemi. Jedyna Gabrielle, która oparła się mocom zaklęcia, zlokalizowała jego źródło, ale kilka uderzeń pałką w głowę pozbawiło ją przytomności.

***

Kraty. Grube zardzewiałe kraty, za którymi pustka korytarza wywołujące klaustrofobiczne poczucie samotności i osaczenia. Trzy prycze w małej celi, na których leżeliście były chyba jedynymi sprzętami, w które była wyposażona. Nie licząc dziury w podłodze w rogu, której smród mówił za siebie do czego służyła.
Żadnych okien, czy luftów. Przyciężkie powietrze i lekkość ubrania ograbionego ze wszystkich ozdób. O normalnym ekwipunku nie wspominając.
Mimo wszystko, czuliście że wasze uwięzienie to sprawa istot inteligentnych - dobrze zaplanowane pojmanie, kanalizacja, warunki lepsze niż w niejednym więzieniu świadczyły o tym dobrze. A najlepiej - trzy tace z posiłkami, które spoczywały na podłodze przed kratą, nietknięte przez szczury czy karaluchy.

Może nie bardzo kosztowna, ale praktyczna i chyba czysta, cynowo-miedziana zastawa, na której spoczywało dla każdego kilka pajd ciemnego chleba, szuszone mięso, jakiś owoc i czerwony płyn w kuflu - cienkie wino.
Avatar użytkownika
dreamwalker
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 1509
Dołączył(a): Pn gru 19, 2005 10:39 pm
Lokalizacja: J-L k/Wrocławia
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Varmus » Cz sty 15, 2009 1:24 am

Kazak

- Mmmmrrrglbh.

Kazak podniósł się ziemi i rozejrzał po celi, w której się znajdował. Wspomnienia wróciły lawinowo.

Był na warcie. Dostał kamykiem w głowę. Obudził Armanda i Gabriele. Dostał kolejnym, większym kamykiem. Tak, dwa guzy na potylicy potwierdzały tę wersję. Potem pobiegł w ciemność. I zasnął.

- Magiczne usypianie... nienawidzę tego. - mruknął Kazak, rozcierając bolącą głowę.

Zaczekał, aż reszta oprzytomnieje.

***

- Zabrali wam broń. - stwierdził Kazak, kontemplując drzwi do celi, drapiąc się po brodzie. Nie tknął jedzenia ani wina. Mogły być zatrute. Hobgoblin stwierdził, że poczeka, aż Armand czy Gabriele zjedzą i zobaczy, czy przeżyją.

- Na szczęście moja broń jest ode mnie o grubość myśli. - powiedział zagadkowo Kazak, kucając i obmacując dokładnie drzwi. Raczej nic tu nie wskóra. Pozostało czekać...

- Nie podglądać. - mruknął z uśmiechem, po czym odwrócił się tyłem do towarzyszy, rozpiął rozporek i użył dziury w podłodze do celu, w którym została wykonana, po czym położył się na pryczy. - Gabriele, mogłabyś użyć swojego magicznego fiu-bździu i sprawdzić, czy jedzenie i picie nie jest zatrute.

Pozostało czekać.
Avatar użytkownika
Varmus
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1145
Dołączył(a): Śr sty 18, 2006 6:52 pm
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Nefarius » Cz sty 15, 2009 1:28 pm

Gabriel

Kiedy doszła do siebie, pierwszą rzecz jaką poczuła był cholerny ból głowy, choć to raczej nie on był powodem mroku w pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Młoda niewiasta pogładziła się delikatnie po potylicy, gdzie tkwił sporych rozmiarów guz. ~Tak kobietę potraktować…~ pomyślała, lecz po chwili zrobiło jej się lekko na duchu, gdy doszło do niej, że nie czuje żadnego bólu w okolicach kroku. Na szczęście nikt jej nie tknął. Gabriel usiadła na pryczy, gdzie wcześniej ktoś ją usadowił. Nie miała przy sobie żadnej swej broni, ani nic po za tym. Jej magia? Owszem mogła im pomóc.

Kobieta wstała i rzuciła krótkie spojrzenie w miejsce, z którego padł głos hobgoblina. Jej nietęga mina świadczyła o wciąż doskwierającym bólu głowy. –Nie. Nie potrafię sprawdzić, czy jedzenie jest zatrute… Ale…- rzekła po cichu, po czym skoncentrowała się na grubych, zardzewiałych kratach, które oddzielały ich od niby wolności. Gabriel przykucnęła sobie, nie spuszczając wzroku z krat. –Niech za pomocą magii otworzy się zamek! Niech dzięki magii, wejdę na wolności ganek…- zanuciła po cichu, po czym dotknęła dłonią krat, z nadzieją, że czar podziała…
Avatar użytkownika
Nefarius
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 2902
Dołączył(a): Śr mar 08, 2006 7:39 pm
Lokalizacja: Eltabbar - stolica Thay
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Corrick » Śr sty 21, 2009 11:55 pm

Armand

- Aby odnaleźć ruiny Ascalhornu, musisz udać się do jaskiń we wschodniej części Zielonego Matecznika. Gdzieś tam, w pobliżu Gór Gwiezdnej Iglicy, znajduje się sieć jaskiń, a w niej portal prowadzący wprost do jednego z największych miast najstarszego imperium ludzi i elfów - Ascalhornu. Musicie bowiem wiedzieć, drodzy uczniowie, że potęga Ascalhornu nie pochodziła wyłącznie od naszej, poniekąd utalentowanej magicznie, rasy, lecz również od krótko żyjących ludzi. Bez urazy, Armandzie... - w tym momencie młody odkrywca przestał słuchać Szacownego Historyka Dur'ella i zainteresował się latającymi niedaleko motylami. Były naprawdę piękne. Jego rozmyślania przerwała Kassandra, dając mu mocnego kuśkańca w żebra. Człowiek zwrócił swe spojrzenie na Dur'ella i przeprosił go. Chwilę potem siedział już na koniu, a Kassandra stała koło niego. Nachylił się do niej z siodła, pocałował, a ona podała mu swój miecz i tubę, w której zapisane były wskazówki, co do położenia magicznej twierdzy jej przodków.
- Ty nie jedziesz? - zdziwił się Armand.
- Nie, zostanę tutaj. Muszę jeszcze pochować brata... - odparła niepewnie Kassandra.
- Nie martw się o mnie. Wrócę, obiecuję. - pocałował ją po raz ostatni i pocwałował w stronę zachodzącego słońca. Odwrócił się jeszcze w siodle, zasalutował swej ukochanej i popędził konia. Mimo tego, że był dość daleko od niej, widział, że płacze. Wręcz czuł jej spadające na ziemię łzy.
Uśmiechnął się smutno. Pozostawił ukochaną, lecz czekała go przygoda!

[c]* * *[/c]

- Kurrrr... wa...
Armand nie został potraktowany łagodnie. Ktokolwiek odważył się go budzić, musiał mieć dobry powód. Roztarł oczy tylko po to, aby chwilę później znów zapaść w ciemność.

[c]* * *[/c]

- Przynajmniej są w miarę wygodne prycze. - Armand podsumował całą sytuację jednym zdaniem. Jednak widząc, że nie wskóra tu nic swoim czarnym humorem, poniechał tej strategii. Rozejrzał się po pomieszczeniu, chcąc znaleźć wskazówkę gdzie się znajdują, poza tym, że w celi. Tutaj trzeba było specjalisty, kogoś, kto potrafił otworzyć zamek, czy odnaleźć ukryte przejście. Tak się składało, że Armand nie był nowicjuszem, jeśli chodziło o taką robotę. Wstał, roztarł skronie i począł przeglądać swoje ubrania. Nie zostawiono mu nic - począwszy od miecza, który podarowała mu Kassandra - jego ukochana Kassandra! - poprzez plecak, w którym przechowywał większość swego nie wszędzie legalnego (a w zdecydowanej większości państw, które odwiedził - nielegalnego) ekwipunku, aż po dwa ukryte w butach sztylety. Może choć zostawili mu ten woreczek z tą dziwną, błyskającą kulą w rękawie? Wsunął doń rękę i...
- Jest dobrze. Nie zabili nas od razu, więc mamy chwilę czasu, na wymyślenie jakiegoś planu ucieczki. Kazaku, co to znaczy, że "Twoja broń jest w zasięgu myśli"? Jesteś w stanie przywołać Twą włócznię telepatią? W każdym razie, daje nam to pewną przewagę, o której przeciwnicy nie wiedzą. Można wywnioskować, że są to istoty cywilizowane, a przynajmniej zdolne do myślenia, jak hobgobliny czy niedźwiedźżuki. Bez urazy, Kazaku. Jeśli nie ludzie. Możliwe, że porwali nas dla okupu. Jeśli tak, można spróbować z nimi pertraktować. Jeśli mamy być przeznaczeni na ofiarę, dla jakiegoś bóstwa, możemy uciec podczas, gdy będą nas stąd wyprowadzać. Tak czy inaczej, musimy mieć plan działania. - powiedział Armand nieco głośniejszym szeptem. Wstał z pryczy, narzucił kapturem na głowę i podszedł do drzwi.
- Teraz sprawdzimy, jak dobra jest ta Twoja magia, Gabriele - błysnął zębami i zabrał się za robotę. Przekręcił dwa razy jakimś dziwnym pręcikiem, najprawdopodobniej wyrwanym z materaca, potem puknął otwartą dłonią w kawałek druta. Armand uśmiechnął się szeroko:
- Teraz powinno być na pewno otwarte.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 1670
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 10:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska/Polter
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez dreamwalker » Cz sty 22, 2009 12:46 am

Gabrielle wypowiedziała formułę zaklęcia i dotknęła zamka, słysząc zbawienne kliknięcie mechanizmu. To jednak nie wystarczyło. Gdy dziewczyna spróbowała pchnąć albo pociągnąć kraty, aby je otworzyć, okazało się, że jest to niemożliwe. Mimo, że pozornie nic ich nie trzymało ze sobą, jakaś niewidzialna siła spajała je tak mocno, że ani drgnęły gdy kobieta siliła się na prezentację wyniku swoich czarów.

~Nieźle~ - Gabrielle usłyszała głos w głowie. Lękliwie rozejrzała się po celi, ale żaden z kompanów nic nie mówił. Z resztą, ten głos na pewno nie pochodził od żadnego z nich. Był zimny, wręcz złowieszczy, chociaż czuć w nim było też pewną satysfakcję. Jakby radość, że dziewczyna jednak podjęła walkę - ~ale to nie wszystko~ - kolejne słowa wypowiadane przez głos nie były już tak wielkim szokiem. Dziewczyna znów wzdrygnęła się słysząc je. Zdecydowanie, nie da się do tego głosu przywyknąć. Zwłaszcza, gdy dochodzi z wnętrza Twojej głowy.

Armand rozejrzał się po celi, jednak wszystko co mógł zobaczyć, zobaczył na pierwszy rzut oka. światło jednak nie dochodziło do wszystkich zakamarków celi. Być może Kazak dostrzegłby coś ciekawego tam, gdzie zawodziły oczy człowieka?

Podszedł do krat, ale nie miał tam już nic do roboty. Gabrielle otworzyła zamek, ale nie dało to wiele. Mężczyzna chwilę posiłował się z kratami, ale nie doszedł wcale do lepszego rezultatu niż dziewczyna. Nagle, jego próby przerwała dźwięk kroków dochodzących z oddali korytarza. Odgłos powolnych kroków, który nieustannie przybliżał się do Waszej celi.

W końcu, stanął przed Wami, oddzielony jednak nadal kratami, starszy mężczyzna ubrany w schludną, choć niezbyt kosztowną szatę, z dystynkcjami, które w tej chwili nie kojarzyły Wam się dosłownie z niczym. Był to okrąg z wpisanym weń sześciokątem, który widniał wyszyty na szacie w okolicy serca i pagony na ramionach z czerwonymi kwadrami bez wypełnienia. Starszy człowiek popatrzył na Was wnikliwie, co ujawniło pokrywającą jego twarz gęstą siatkę zmarszczek. Potem wrócił do normalnej, neutralnej miny i przemówił.

- Nowy nabytek, prawda? Pewnie nie znacie jeszcze panujących tu zasad, więc o nich opowiem. Po pierwsze - nie zabijamy się nawzajem. Po drugie - nie zabijamy personelu. Po trzecie - nie uciekamy. Złamanie którejkolwiek z zasad karzemy śmiercią - staruszek uśmiechnął się dobrotliwie, jakby tłumaczył dzieciom zasady zachowania się przy stole - witamy w centrum badań nad nowymi czarami. Codziennie ktoś z Was zostanie zabrany do laboratorium, gdzie przeprowadzimy na nim nasze eksperymenty. W tym samym czasie reszta może robić co zechce w obrębie kompleksu. Tak - wypuszczamy Was z tych cel. I tak nie uciekniecie.
Avatar użytkownika
dreamwalker
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 1509
Dołączył(a): Pn gru 19, 2005 10:39 pm
Lokalizacja: J-L k/Wrocławia
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Corrick » Cz sty 22, 2009 9:16 pm

Armand

~ No to zajebiście.

Centrum badań nad nowymi czarami? Co to, na cycki Beshaby, ma być? Nielegalna organizacja, chroniąca swe eksperymenty przed magami z Amnu czy Calimshanu? Miał nadzieję, że się mylił.
- Posłuchaj no, panie kolego. Centrum badań nad nowymi czarami czy nie, mamy chyba prawo nie wyrazić zgody na takie traktowanie. A już na pewno mamy prawo wiedzieć coś o całej tej twojej organizacji. - Armand nie był w szampańskim nastroju, o nie. Przepchnął się do krat, złapał je i potrząsnął z całej siły. Nic to nie dało, bo też nie miało. Jeno odrzuciło Armanda. Odkrywca trzasnął w ścianę, aż się posypał kurz i tynk. Jednak zacisnął tylko zęby i nic nie powiedział, ba!, nie pokazał po sobie krzty bólu. Tylko wąsko ukierunkowaną nienawiść, w stosunku do starca. Jednak wstał, usiadł na łóżku, zrzucił kapelusz na oczy i zignorował staruszka, dając swym towarzyszom pole do popisu. On zrobił co mógł.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 1670
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 10:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska/Polter
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Varmus » Pt sty 23, 2009 2:53 pm

Kazak

Hobgoblin podniósł się z pryczy.

- Jak rozumiem, masz... macie zamiar zmienić nas w niewolników, laboratoryjne szczury do testów? - Kazak spytał zimno mężczyznę za kratami. Pytanie retoryczne. Nie wymagało odpowiedzi. Obok przeleciał Armand i gruchnął o ścianę. Hobgoblin rzucił starcowi bardzo nieprzyjemne spojrzenie zza zwężonych oczu.

- Wielu próbowało mnie zniewolić, nikomu się nie udało. Jestem żołnierzem, starcze. Wiem, co to tortury, ból, beznadzieja. Nie utrzymacie nas tutaj na smyczy. Możecie tę smycz jedynie wypuścić... lub mieć ją wyrwaną z ręki. Kto wie, czy nie z ręką. - Kazak uśmiechnął się paskudnie, upewniając się, że informacja została przekazana pomyślnie. - To tylko kwestia czasu.

Hobgoblin odwrócił się plecami do starca, dumnie wyprostowany. Nigdy nie okazuj słabości. To było credo hobgoblinów. Kazak zawsze był mu wierny.

Kazak postanowił też, że gdy tylko ciemiężyciel odejdzie, dokładnie przeszuka celę. Może oczy hobgoblina zobaczą więcej, niż słabe patrzałki człowieka.
Avatar użytkownika
Varmus
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1145
Dołączył(a): Śr sty 18, 2006 6:52 pm
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez dreamwalker » Cz sty 29, 2009 5:26 pm

- Pytania. Nic tylko pytania i czcze przechwałki. - staruszek z niesmakiem pokiwał głową. Popatrzył po Was, a jego wzrok zatrzymał się na Armandzie. Twarz starca wykrzywiła się w jakimś uczuciu będącym wymieszaniem nienawisci i strachu. Zabrzęczały klucze wyciągane w kieszeni.

- Ty - powiedział wskazując na Armanda - idziesz jako pierwszy
Armand uśmiechnął się zawadiacko i wyszedł licząc na to, że może na zewnątrz w drodza uda mu się coś osiągnąć Kazak rzucił się za nim, ale został mu tylko kawałek szaty przyciela w dłoniach, gdy próbował go powstrzymać. Armand przeszedł przez kraty. Kazak już nie. Z niepokojem i zdziwieniem szarpał żelazne pręty aż do otarcia skóry, ale nie mógł się nadziwić temu co się stało.

- Żeby Wam nie było smutno dostaniecie kogoś nowego - staruszek uśmiechnął się słowieszczo i wskazał na przedziwną postać zamieszkującą celę obok, która jak dotąd wydawała Wam się być pusta.

- Łapy na kraty! - wrzasnął nagle staruszek i istota, pewnie przyzwyczajona do takiego traktowania, położyła ręce na żelaznym pręcie przecinającym kraty poziomie i dała się zakuć w kajdany. - wszystkie łapy - wrzasnął jeszcze raz i kolejna para rąk wychyliła się zza krat. Staruszek tak zaabsorbował sie transferem więźnia, że nie zauważył jak wymyka mu się Armand. Nie zareagował na to w ogóle i po chwili wiedzieliście dlaczego. Dobitnie uświadomił to Wam żałosny krzyk przerażonego człowieka - proszę, nie, nie zabijajcie mnie! - który usłyszeliście gdy tylko Armand zniknął za załomem korytarza.

Tymczasem obcy był już w Waszej celi a staruszek zdejmował mu kajdanki, które bardzo zacisnęły się na rękach istoty, gdy ta próbowała się z nich uwolnić.

Staruszek prychnął na te próby z pogardą, odwrócił się pięcie rzucając tylko ironicznie - To jest Stabby, Wasz nowy przyjaciel - i odszedł. Po chwili nie słychac już było jego kroków. Jak również niczego innego. Zapanowała niezręczna cisza. Gabrielle była bliska płaczu, Kazak uderzał pięścią w ścianę celi, systematycznie krusząc kiepskiej jakości tynk. Po chwili jednak zabawa się skończyła, gdy dobił się do cegły. Tylko czteroręki stał przed drzwiami celi, jakby nie wiedział o co tak właściwie chodzi. Po chwili refleksji, to właśnie na nim skupiła sie uwaga Kazaka i Gabrielle.
Avatar użytkownika
dreamwalker
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 1509
Dołączył(a): Pn gru 19, 2005 10:39 pm
Lokalizacja: J-L k/Wrocławia
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Suldarr'essalar » Cz sty 29, 2009 8:18 pm

K'Kriq

"Nowy" więzień stał przy kratach i rozcierał obie pary nadgarstków. Był lekko przygarbiony, a jego insektoidalne nogi zgięte, przez co wydawał się dorównywać wzrostem Kazakowi. "Stabby" miał na sobie jedynie przepaskę biodrową, do której kiedyś przymocowane były różne sakwy, być może bronie i trofea. W tej chwili, swobodnie z biodrówki zwisały luźne sznurki. Czymś, co dalej wyróżniało współwięźnia od reszty był ciemnożółty chitynowy pancerz, który osłaniał całą istotę, dwie pary rąk, mniejsze dolne i potężne, zakończone większymi pazurami górne.
Głowa była zwykłą, choć monstrualnie większą wersją głowy modliszki. Insektoidalne, złożone oczy, szczęki, czułki.
Na prawej nodze dało się zobaczyć wyblakły magiczny tatuaż "Stabby McStabberton". Widocznie czarodziej dla zabawy wytatuował czterorękiemu przezwisko.

Modliszkowy stwór lustrował obojętnie celę i więźniów. Co jakiś czas poruszał czułkami i wydawał dziwny dźwięk swoimi szczękami.
-K'Chi'q - Trudno powiedzieć, czy to tik, czy może pytanie do pozostałych?

-K'Chi'q - I znów, w równych półminutowych odstępach czasu...

-K'Chi'q
Avatar użytkownika
Suldarr'essalar
Arcypsion
Arcypsion
 
Posty: 9447
Dołączył(a): So maja 28, 2005 9:27 pm
Lokalizacja: 127.0.0.1
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Varmus » So sty 31, 2009 1:28 am

Kazak

Kazak zacisnął zęby, słysząc krzyk. Cholera. Lubił Armanda, naprawdę go lubił. Bawił hobgoblina swoimi manieryzmami. Jeśli prędko się stąd nie wydostaną, on i Gabriele skończą tak samo.

A także nowy.

- Cześć. - mruknął Kazak, słysząc kolejne "k-czik". Zauważył tatuaż i przeczytał go na głos. - Stabby McStabberton? Coś mi się nie wydaje, by to było twoje prawdziwe nazwisko.

K'Chi'q.

- Mówisz we Wspólnym? Sprechen Sie Goblinkinde? Cokolwiek? Zresztą, możemy zapoznawać się później. Jestem Kazak, to jest Gabriele, a facet, którego wyprowadzili, to Armand. Musimy się stąd wydostać, jeśli nie chcemy skończyć, jak on. I uratować go, jeśli żyje, a taką mam nadzieję. - Kazak bardziej głośno myślał, niż mówił do kogokolwiek w szczególności.

K'Chi'q.

- Ka-czi-ku, tak, wiem, wiem. Wolałbym coś, co mogę zrozumieć. Pomóż mi dokładnie przeszukać tę celę, może uda nam się odnaleźć coś...kolwiek. Gabriele, pomóż nam! - powiedział Kazak, zaglądając pod prycze. Miał zamiar przeszukać każdy cal tej celi, choćby to miało zająć tydzień. Musiało tu być coś przydatnego. Zawsze jest. Strażnicy są zbyt durni, a skazańcy zbyt sprytni, by nie było.

*** *** ***
Biorę 20 w teście Przeszukiwania. Byłoby miło, gdyby Gabriele i K'Kriq pomogli, zawsze to bonus do testu...
Avatar użytkownika
Varmus
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1145
Dołączył(a): Śr sty 18, 2006 6:52 pm
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Suldarr'essalar » So sty 31, 2009 11:36 am

K'Kriq

- K'kriq - Tym razem odpowiedź była inna. Insektoidalny stwór jakby lekko skłonił się. Spojrzał uważniej na Gabriele. Trochę przypominała elfa. Trochę przypominała posiłek. Nie ten syf, którym go karmiono.
Spojrzał na Kazaka i rozłożył ręce.
- Tu nic nie ma. - K'kriq odezwał się we wspólnym, choć brak "ludzkiej" konstrukcji gardła znacznie zniekształcał niektóre wyrazy.
- K'Chi'q, zaraz otworzą cele i będzie można wyjść. - thri-kreen spokojnie przeszedł przez cele, przyglądając się czy faktycznie nic w niej nie ma i czy faktycznie Gabriele nie jest elfem.
Avatar użytkownika
Suldarr'essalar
Arcypsion
Arcypsion
 
Posty: 9447
Dołączył(a): So maja 28, 2005 9:27 pm
Lokalizacja: 127.0.0.1
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez dreamwalker » So sty 31, 2009 5:18 pm

Armand biegł przez korytarz dziękując wszystkim znanym mu bogom za to, że miał okazję aby zbiec. W oddali widział już staruszka, którego jednak niezbyt zaniepokoił uciekający więzień. To powinno dać Armandowi do myślenia. Ale nie dało. Człowiek biegł dalej, nie zważając na to, że pakuje się prosto w łapy jakiejś bestii. Rzędy ostrych zębów zagrały drgającym światłem w półmroku oświetlanym jedynie pochodniami przymocowanymi do ścian.

- Proszę, nie zabijaj mnie! - krzyknął Armand czując, że w wyniku przyspieszenia przemiany materii, jego organizm naładował mu gacie do pełna. Potem jednak zapadła ciemność nim zdołał zrobić cokolwiek innego.

Obudził się z bolącą głową. Ale i czystymi gaciami. Zaraz zaraz. Gaci na sobie nie miał. Przynajmniej swoich. I gdy ruszył rękami i nogami, aby opuścić to niegościnne miejsce z jakimś światłem bijącym mu prosto w twarz zdał sobie sprawę, że nie bardzo może. Rozkrzyżowany jak rozgwiazda leżał na czymś ustawionym pod kątem do podłogi.

~Mam nadzieję, że nie nastawali na moją cnotę~ - Armand poczuł jak mu wraca humor. Razem z nim wróciła złość. Otworzył usta by krzyczeć, jednak żaden dźwięk nie wydobywał się z nich. Właściwie żadnego dźwięku nie było słychać w powietrzu. Poczekał chwilę. potem drugą. Gdy to się wreszcie znudziło, poczuł nagle że dźwięki wracają.

- Bądź grzeczny i powtarzaj za mną a wrócisz do celi - głęboki męski głos o usypiającej tonacji, sprawiał wrażenie, że dochodzi zewsząd. Armand nie miał wyboru. Nie wiedząc co ma właściwie zrobić, aby się zgodzić, po prostu skinął głową na ile mu na to pozwalały metalowe obręcze. Głos zaśmiał się ukontentowaniem. Armand zobaczył lecący w jego stronę niebieski pocisk. Gwałtownie zaczął szarpać nogą, którą podczas przemowy głosu jakoś udało mu się wyciągnąć z niezbyt dobrze zamkniętej obręczy, ale nic to nie dało. Stracił świadomość zanim zdąrzył przypomnieć sobie, do jakiego boga wypadałoby się pomodlić w takiej chwili.


***

Kazak, Gabrielle i Stabby wyszli z cel, które otworzyły się same krótko po tym jak nowy lokator celi to przepowiedział. Zdumieni szliście korytarzami więzienia, którym razem z Wami zaczęło podąrzać coraz więcej ludzi i nie tylko. Obawialiście się, że może Was spotkać to samo co Armanda, jednak gdy wyszliście za załom korytarza, przed Wami ukazała się wielka jaskinia, a w niej z pół setki osób, zajmujące się najprzeróżniejszymi rzeczami. Byli tutaj karczmarze z piwem i kuflami, przedstawicie profesji, cechów i wolnych zawodów. Z dziwkami włącznie, które na swoje potrzeby wygospodarowały mały korytarz wychodzący z jaskini. Gdy weszliście do jaskini, podeszło do Was kilku strażników i każdy z Was dostał 100 sztuk złota. Nie widzieliście, żeby dostawali je inni, a więc pewnie był to dar dla nowych więźniów. Zapewne finansowany ze sprzedaży ich ekwipunku. Stabby również dostał sakiewkę, mimo że jest już tutejszy. Kto wie, może był problem ze sprzedaniem jego sprzętu?

Jedno na prawdę Was niepokoiło. Nie widać było żadnego innego wyjścia. Ani po drodze ani teraz. Znaczy, że przez obsługę używane są jakieś tajemne drzwi. To wcale nie ułatwiało sprawy.
Avatar użytkownika
dreamwalker
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 1509
Dołączył(a): Pn gru 19, 2005 10:39 pm
Lokalizacja: J-L k/Wrocławia
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Suldarr'essalar » So sty 31, 2009 7:39 pm

K'Kriq

Wypuszczony z celi, thri-kreen zdecydowanie bardziej żywo reagował na otoczenie. Z uwagą, lub zainteresowaniem oglądał otoczenie. Z oczywistych względów, dziwki nie interesowały go w ogóle. Zastanawiał się intensywnie nad tym, jak można stąd uciec. Broń nie była konieczna, ale wojownik musiał mieć pewność.
- Macie czym walczyć w razie czego? - spytał zerkając na swych nowych towarzyszy. - Ustalmy co tutaj jest prawdziwe i dokąd prowadzą te korytarze. Musi tu istnieć wyjście.
Rozejrzał się uważnie.
Kreen poruszał się szybko i zręcznie. Kazak z Gabriele ledwo dorównywali mu kroku.
- Udało mi się sprawdzić kilka korytarzy i wszystkie są puste - powiedział K'Kriq pokazując górną lewą ręką fragment jaskini.
- Widzę tu dwie możliwości. Albo wyjście jest w najbardziej strzeżonym miejscu, albo pozornie najmniej strzeżonym. Ci - tu przerwał, zastanawiając się przez chwilę - k'kchrk'czk - zadźwięczały żuwaczki, thri-kreen wskazał ręką na ludzi - k'kchrk'czk - powtórzył z irytacją K'Kriq - k'.. farmerzy, w końcu przypomniał sobie słowo - nie ufam im. Część może być strażnikami tego zasuszonego starca.

K'Kriq zatrzymał się i spojrzał na dwójkę współwięźniów. - Chyba, że macie jakiś plan?
Avatar użytkownika
Suldarr'essalar
Arcypsion
Arcypsion
 
Posty: 9447
Dołączył(a): So maja 28, 2005 9:27 pm
Lokalizacja: 127.0.0.1
Płeć: Płeć określona - męska

Postprzez Varmus » Pt lut 06, 2009 7:42 pm

Kazak

Kazak schował pieniądze w przemyślnie wykonanej wewnętrznej kieszeni w koszuli. To miejsce było... interesujące. Miasto, wielkie podziemne miasto laboratoryjnych szczurów pozostawionych swojemu losowi do czasu, gdy laborant nie zechce któregoś zabić w imię swoich eksperymentów...

Z zadumy wyrwał go klekot Stabby'ego.

- Zawsze mam czym walczyć. Urodziłem się z bronią w ręku. Większym problemem może być pancerz i czary Gabriele. Rozpoznanie to dobry pomysł. Żołnierz na obcym terenie to martwy żołnierz. Potem... Hm. Spróbujmy zorganizować sobie jakiś sprzęt. Mamy razem... trzy setki sztuk złota, liczę razem, bo siedzimy w tym razem. Czy na "noce" wracamy do cel, czy musimy poszukać sobie jakiegoś miejsca na bazę? - to pytanie skierowane było do insektoidalnego stwora, który żył tu przecież dłużej.

Kazak wypuścił powietrze z gwizdem.

- No i musimy dowiedzieć się, co się stało z Armandem.
Avatar użytkownika
Varmus
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1145
Dołączył(a): Śr sty 18, 2006 6:52 pm
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Płeć określona - męska

Następna strona

Powrót do D&D - archiwum

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości