Niestety nie z zachwytu.
Niby, że kreskówka i niby że dla dzieci i niby że fajna i w ogóle... Ale jakoś tak, od samego początku coś mnie żarło. Jest sobie Artur, Artur ma Dziadka, który jest nie wiadomo gdzie, jest sobie jego Babcia i pies i są niby jakieś tajemnicze Minimki, których genezę przemilczę, żeby nie zepsuć oglądającym niespodzianki - niestety raczej rozczarowującej. Coś się tam niby dzieje, że zły człowiek, że niespłacone długi, że to, że tamto i wreszcie nasz bohater trafia do magicznej krainy rzeczonych Minimków i...
I w tym momencie po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego co mnie gryzie. Co mnie żre w tym filmie i co chwilę nieprzyjemnie kole.
Otóż, reżyser się śpieszy. Ma na myśli tyle motywów, tyle kawałów, tyle wydarzeń, że nie potrafi ani ich odpowiednio wprowadzić, ani należycie zakończyć, ani sensownie połączyć jedne z drugimi, no po prostu straszne. Efekt jest taki, że rzeczy sie po prostu dzieją. I co najbardziej widoczne i uciążliwe wszyscy wszystkich znają, zapewne dlatego, że nie mieliby przecież czasu poznać się w filmie. W dodatku ma się wrażenie, że wydarzenia dzieją się tylko tam, gdzie znajduje się kamera i wszyscy na nią czekają. Krainę toczy armia złego (innego złego
), ale nikt z nią specjalnie nie walczy. Po przybyciu bohatera zaraz wyrusza on oczywiście, żeby to zło pokonać. Przez przypadek poznany nie-wiadomo-kto wie o całej wyprawie i oczywiście pomaga itd. itp. Po prostu "deus ex machina" pełną gębą i w co drugim ujęciu.
Drugą rzeczą, która mnie dobiła, to niespójność estetyki filmu z tematyką. Film niby dla widzów młodszych, główny bohater liczy sobie dziesięć wiosen, fabuła prosta, liniowa i bez większego sensu, a tu co i rusz jakieś aluzje, krępujące sytuacje, napięcie między przedstawicielami płci przeciwnej, słowem nic, co mogłoby zostać zrozumiane, czy odpowiednio docenione przez dziesięcioletniego widza. Animatorzy odwalili kawał dobrej roboty i przy lepszym scenariuszu, skierowanym może do nieco starszego, powiedzmy szesnastoletniego widza wiele można by z tego pomysłu wykrzesać, ale tu? Dowcipy sytuacyjne, widoczne nawiązania chociażby do Gwiezdnych Wojen, dowcipy i gry słowne (polski dubbing był niezły, oryginalnego nie było mi dane wysłuchać), oraz pełna dziewczęcego seksapilu postać żeńska... wszystko wydało mi się zupełnie nie na miejscu przy fabule, której dziury rażą, jak podejrzewam nawet dziesięcioletnią publiczność.
Coś jeszcze umknęło mojej pamięci. Nie mogłem sobie przypomnieć dlaczego zanotowałem sobie w myśli, że film chętnie bym zobaczył. Chciałem nawet iść na niego do kina, ale u mnie w miasteczku długo nie grali, a potem umknął mej uwadze i ujrzałem go dopiero na DVD. Przypomniałem sobie co to było dopiero, gdy zniesmaczony oglądałem napisy końcowe w poszukiwaniu, no właśnie. W poszukiwaniu reżysera.
Luc Besson
No szczena mi opadła. Naprawdę wstydziłby się puszczać takiego gniota pod swoim nazwiskiem. Te kilka jego filmów, które widziałem naprawdę mi się podobało. Że nie wspomnę nawet o genialnym, według mnie "Leonie".
Wiem, że jeżeli chodzi o filmy dla dzieci to jego debiut (chyba), ale mam wrażenie, że potraktował dziecięcą publiczność bardzo nieładnie. Z jednej strony nie dopracował scenariusza (na miejscu wymyśliłem prosty sposób w jaki można by załatać największą ziejącą w nim dziurę) licząc na to że dzieci tego nie zauważą, z drugiej natkał w film dużo całkiem dojrzałego humoru, który też nie był do nich skierowany.
Albo jestem już po prostu za stary...





