Rita SmithByła szósta rano. Mieszkańcy Wrót Baldura zaczynali dzień, krzątając się wokół swoich spraw. Niektórzy wstali już dawno, a inni jeszcze się nie kładli. Rita należała do tej pierwszej grupy. Przemierzała niespiesznie miasto, podziwiając jego architekturę i przyglądając się z ciekawością życiu żyjących tu istot. Jakże inne to było miejsce niż Silverymoon! Ale bardzo ciekawe, to pewne.
Zgodnie z danym słowem stanęła przed świątynią Lathandera półtorej godziny po wschodzie słońca. Poranne nabożeństwo skończyło się jakiś czas temu, a młody kapłan zamiatał chodnik przed wejściem.
- Dzień dobry! - powiedziała psionka.
-
O, witam! Ojciec Lantern obejrzał już posąg. Co więcej, chyba nawet rozpoznał maga...- Oo, to ciekawe! Któż to taki? - Rita nie ukrywała zdziwienia i ciekawości. Miała nadzieję, że ten mag to nikt kto by nastąpił na odcisk kapłanowi, bo bardzo chciała, żeby mężczyznę odczarowano.
Młodzieniec podrapał się po bujnej czuprynie i krzywo się uśmiechnął:
-
Może lepiej, żeby pani sama z nim porozmawiała?- Chętnie, zaprowadzi mnie pan? - uśmiechnęła się psionka.
Młody kleryk skinął ręką i zaprowadził Ritę do wnętrza świątyni. Ojciec Lantern nucił wesołą melodię pod nosem i zapisywał zwój. Za biurko służył mu ołtarz. Przełożony tego miejsca miał mlecznobiałe włosy, rosnące w gęstych kępkach po obu stronach głowy. Jego twarz zdobiła kosmata broda i szeroki uśmiech. Niestety pozostały mu już tylko cztery zęby.
Rita uśmiechnęła się do mężczyzny.
- Dzień dobry, ojcze, nazywam się Rita Smith i to ja poprosiłam wczoraj o pomoc w kwestii tego maga.
Kapłan uniósł rękę w geście "niech panienka da mi jeszcze chwilę", po czym jego piosenka dobiegła końca. Oczy posągu Lathandera rozbłysły mocnym blaskiem, a ojciec Latnern tryumfalnie uniósł zwój:
-
Haha! Udało się! Dzięki tobie, Panie, rzecz najjaśniejsza. - Duchowny zgiął się w pół przed posągiem, po czym lekkim, niemalże taneczny krokiem zbliżył się do Rity. Ucałował jej dłoń i nisko schylił czoło:
-
Ojciec Lantern, do usług kochana. Witam w domu Pana Poranka! To ty przyprowadziłaś naszego filutka? - Wskazał na znajdujący się w głębi głównej sali kamienny posąg.
Rita uśmiechnęła się i z westchnięciem pokiwała głową.
- Dokładnie tak. Doszły mnie głosy, że go ojciec rozpoznał nawet.
-
Tak... Rozpoznąłem... - Lantern cmoknął jakby niezadowolony, po czym rozłożył ramiona: -
Z całym szacunkiem dla kochanienkiej pani, ale ten tutaj, to straszny skurczybyk, jak to młodzi mówią. Miał sporo szczęścia, że trafił w dobre ręce.- Kto to? - rzuciła okiem na "skurczybyka", po czym znów zwróciła swoje czarne oczy na kapłana.
-
Robert Shadowspire. Z tego co wiem, para się złą magią i sprzedaje swe czary każdemu, kto ma odpowiednie pieniądze. Trudna sprawa...Rita spochmurniała. Nazwisko nic jej nie mówiło.
- Rzeczywiście trudna. Ale jego sytuacja obecnie jest nie do pozazdroszczenia mimo wszystko. Czy będzie pan w stanie go odczarować? -
Hm... - Zasępił się kapłan: -
Owszem, nikt nie zasługuje na taki los. Przykro mi to mówić, ale raczej nie liczyłbym na wdzięczność z jego strony. Zrobię co w mojej mocy, choć czar, który na niego rzucono jest potężny.Lantern chwilę popatrzył na maga:
-
A może bardziej przydałby się jako ozdoba do naszego ogrodu...?-
Ojcze! - Młodzieniec za plecami Rity chrząknął.
-
A tak, tak, prawda. Jak to się robiło... - kapłan przymknął oczy i zaczął wypowiadać słowa modlitwy do Lathandera. Wkrótce sale świątynną wypełnił lekki podmuch wiatru, a kamienna figura zaczęła nabierać kolorów.
-
O cholerka! Jeszcze nie jestem taki stary jak myślałem! - Ojciec Lantern ucieszył się chyba bardziej z tego, że wyszedł mu czar, niż z przywrócenia do cielesnej formy Shadowspire'a.
Rita uśmiechnęła się do ojca Lanterna i w milczeniu czekała na reakcję ożywionego maga.
-
Uh... - westchnął mężczyzna, po czym wciąż trzymając rozwinięty zwój w ręku osunął się na ziemię: -
Moja... głowa... - stękał leżąc na zimnej posadce.
- Długo będzie cierpiał? - spytała szeptem Lanterna.
-
Robert, żyjesz, he? - Lantern pochylił się nad magiem.
-
Yyy... co... gdzie ja jestem? - mag rozglądał się po świątyni.
-
Ta kobieta przywiozła cię do naszej świątyni.-
Przywiozła...? - Shadowspire spojrzał na Rite.
- Na wozie. Wolałam prosić o pomoc w odczarowaniu Ciebie niż udawać, że jesteś najlepszym dziełem jakie wyszło spod mojego dłuta - uśmiechnęła się krzywo.
Mag spojrzał na Lanterna: -
Odczarowaniu? Jakie dłuto? Ktoś mi powie co się stało i dlaczego jestem tutaj, a nie... tam gdzie być powinienem?- Nie wiem co się stało. Jedno jest pewne - ktoś Ciebie zaklął w kamień, sądząc po Twojej pozie - w trakcie rzucania czaru. Moi znajomi i ja znaleźliśmy Cię na trakcie do Wrót, więc zabraliśmy Cię ze sobą - wyjaśniła.
- Ojciec Lantern dzięki mocy Pana Poranka przywrócił Cię do normalnej postaci.
Mag zrobił niezbyt inteligentną minę: -
To... możliwe. - Przeniósł wzrok na Lanterna: -
Zapłacę ci później. Chwilowo jestem pod kreską, starcze.Starszy kapłan pokręcił głową i gestem zatrzymał szykującego się do upomnienia młodzieńca: -
Potraktuj to jako zapomogę chłopcze. Nie jesteś mi nic winien.Shadowspire otrzepał szaty i ponownie zwrócił się do Rity: -
Czy na trakcie byłem sam?Kobieta wzruszyła lekko ramionami.
- Nie licząc tych rzezimieszków, którzy pakowali Cię na wóz, pewnie chcąc sprzedać, to tak. Czy pamiętasz którego było zanim się znalazłeś tutaj?-
27 Flamerule. Rzezimieszków? Możesz ich opisać?- Czyli wczoraj. A co do rzezimieszków... - Rita opisała ich najlepiej jak potrafiła.
-
A to ścierwa! Zatłukę! - Robert uderzył pięścią w otwartą dłoń: -
No to dłużej nie zabieram wam, zapewne cennego czasu.Hola, nie tak szybko!
- Poczekaj sekundę, proszę - Rita wyjęła małą rzeźbę, popiersie przedstawiające Credo.
- Znasz może tego gościa? - podetkała mu je pod nos.
Robert zmrużył brwi i wbił wzrok w małą statuetkę: -
Pierwsze widzę. - Wzruszył ramionami.
- A czy w takim razie kojarzysz może nazwisko Credo? Vade Credo?-
Credo... Credo... Czy to nie czasem bard? Zdaje się, że jakiś grajek, tak.- Słyszałeś może dokąd się wybierał?Mężczyzna pokręcił głową: -
Nie mam pojęcia. Jeśli to wszystko, muszę spadać. Wypadałoby sprawdzić, czy w ciągu tego jednego zasranego dnia nie uznali mnie za trupa.- Z pewnością uznali. Ale zmartwychwstałeś. Gratuluję - Rita skinęła mu głową i straciła zainteresowanie mężczyzną. Odwróciła się lekko w stronę Lanterna, lecz nadal miała Shadowspire'a w zasięgu wzroku.
-
Tak więc idź w pokoju młodzieńcze i nie zapominaj, że nie każdy chcę srebrników za ocalenie cudzego tyłka! - Lantern wygonił Shadowspire'a ruchem dłoni. -
Kochanienka pani wybaczy za niego. Mówiłem - łachudra. Przykro mi, że ten bubek nawet pani nie podziękował...- Cóż, nie każdy miał jak widać możliwość wynieść z domu dobre wychowanie - odezwała się wspaniałomyślnie, kiedy mag wyszedł. Uśmiechnęła się do Lanterna.
- Zresztą, nieważne. Dziękuję za pomoc, ojcze. A właśnie - może wy coś wiecie na temat Vade? Szukam go na prośbę jego przyjaciół. Zniknął kilka dekadni temu i nikt nie wie, gdzie jest, co ich bardzo martwi...-
Vade Credo to dobry chłopak, nawet nie wiedziałem, że zaginął. Był tu u nas... - ojciec Lantern spojrzał na młodzieńca: -
...jakiś miesiąc temu - podpowiedział młodszy duchowny.
-
Wywodzi się z dobrej i pobożnej rodziny. Wszyscy wyznają Lathandera. - Kapłan pokiwał głową z uznaniem.
- Jest ojciec pewien? Jego brat, Senter, jest kapłanem Kelemvora - zdziwiła się.
-
No tak... prawda... - Starzec wyglądał tak, jakby uświadomił sobie coś oczywistego dla innych: -
Ale kiedyś był jednym z nas.- Opowiedz mi o tym, proszę - poprosiła, zaciekawiona.
-
Senter Credo był kiedyś kapłanem Lathandera i to całkiem zdolnym. Niestety, w którymś momencie musiał stracić wiarę, gdyż opuścił nasz kościół. Po paru latach ponownie wrócił do stanu duchownego i to jako pogromca nieumarłych-Kelemvoryta... Eh, Kelemvor to taki ponury bóg... Szkoda mi biednego chłopaka.- Szczęście, że nie wyznaje jakiegoś złego bóstwa, ojcze - Rita spróbowała nieco rozjaśnić myśli starca.
-
Racja, racja. Słuchaj kochanienka, strasznie mi głupio, że wychodzisz od nas z niczym, a przyszłaś z sercem pełnych dobrych intencji. Chciałbym ci coś podarować. - Starzec uśmiechnął się szeroko.
- Och! - sapnęła zaskoczona.
- Ależ nie trzeba!Starszy kapłan wygrzebał spod swojego złotego ornatu flakon o niebieskiej zawartości: -
Wypij to w chwili zagrożenia, a zapewniam, że wiara w twego boga cię ochroni. A teraz biegnij już, Credo sam się nie odnajdzie!- Co to takiego, ojcze? - spojrzała na zawartość.
-
Eliksir Tarczy Wiary. Dość potężny, na pewno ci się przyda.- Dziękuję bardzo! Myślę, że się przyda, oby nie za szybko - uśmiechnęła się.
- A jeśli będziecie szukali kiedyś rzeźbiarza, to się polecam na przyszłość - schowała flakonik, pożegnała się i wyszła.
Było przed siódmą. Do spotkania w Spłonionej Syrenie miała jeszcze dość czasu, żeby zajrzeć do świątyni Oghmy. Szybkim krokiem udała się zatem do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Wrót, gdzie bez problemu znalazła znajdujący się tuż obok pałacu książęcego piękny budynek z białego marmuru. Na miejscu poprosiła o mapy okolicy.
~ Gdzie ten łazęga mógł się udać? Przyjmijmy, że weźmiemy pod uwagę obszar w promieniu dekadnia od Wrót Baldura... Psionka bez problemu przeglądała podane jej mapy - w końcu była geografem z wykształcenia, a przynajmniej za takiego się uważała, skończywszy geografię i historię na uniwersytecie Pani w Silverymoon. Było to co prawda kilkanaście lat temu, ale coś nie coś pamiętała, a na pewno już jak czytać mapy. Znalazła kilka obiecujących lokalizacji, niektóre stanowiska "archeologiczne", dla profanów niewidoczne, wyglądały na nietknięte. A przynajmniej tak wynikało z map.
Rita natrafiła na wzmianki o szczególnie interesujących ruinach, położonych trzy dni na południe od Wrót Baldura. Najprawdopodobniej nikt ich jeszcze nigdy nie złupił. Są to ruiny starej magicznej wieży, w której właściciel Maverick Maravallon urządził sobie grób, ponoć zabierając mnóstwo magicznego sprzętu razem z sobą. Maravallon, o ile dobrze pamiętała, był magiem specjalizującym się w tworzeniu bereł, zmarłym w 1250 roku RD. Słyszała także, że do dziś można spotkać wyroby z jego symbolem, ale przede wszystkim - że Maravallon wypuścił na rynek komercyjny podobno ledwie z jedną trzecią tego, co zrobił. Reszta mogła znajdować się właśnie tam.
Pani Smith poczuła dreszcz zaciekawienia - gdyby była Vadem Credo, to właśnie tam by się udała. Inna sprawa - coś chyba ewidentnie poszło nie tak, skoro młody bard zniknął i nie dawał znaku życia. Cóż, zmarły mag musiał zastosować potężne środki obrony swojej własności...
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk dzwonu bijący na godzinę dziewiątą. Szybko przerysowała mapę, używając do tego celu włąsnego szyfru, aby nikt poza nią nie widział co właściwie widzi. Nie ufała swoim towarzyszom, więc wolała być niezbędna w tym, żeby - jeśli się zdecydują - na miejsce dostali się tylko dzięki jej wiedzy.
Przy wyjściu wrzuciła kilka złotych monet do skarbonki, pożegnała się grzecznie z kapłanami Oghmy i szybkim krokiem udała się do lunaparu.
Przybyła ostatnia. Bez cienia obrzydzenia zjadła zurri ubrane w strój kapłanki Lolth i posłuchała sprawozdania Amayena. Wreszcie przemówiła cicho, żeby nikt inny poza nią i towarzyszami tego nie usłyszał.
- Obiekt nie był widziany w świątyni Lathandera od miesiąca. Dał dużą ofiarę przed wyjazdem co może wskazywać, że chciał sobie zapewnić przychylność swego bóstwa. Statua maga okazała się niejakim Robertem Shadowspire'm. magiem parającym się wedle ojca Lanterna "złą magią". Zaczarowany został wczoraj. Nie wie gdzie może być nasza zguba - wzruszyła ramionami.
- Potem udałam się do świątyni Oghmy i znalazłam tam miejsce, które mogło zainteresować naszego ptaszka. Są to ruiny wieży należącej do pewnego maga, który przed 1250 rokiem zalał rynek magiczny swoimi berłami. Te ruiny mogły się wydać obiecujące dla osoby takiej jak nasz poszukiwany. Z mojej strony tyle. No chyba że was zainteresuje fakt, że jego brat kiedyś był kapłanem Pana Poranka.