[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Aktywne sesje w D&D.

Moderatorzy: Moderacja, Mistrzowie Gry

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Brilchan » Wt lut 21, 2012 1:31 pm

Aurpiner Jaad

- Nie musisz zaraz warczeć jak jakieś wilk - stwierdził lekko zdziwiony rekcją półdorwa - Może i racja, tam przynajmniej nikt nie będzie podsłuchiwać - dodał przypominając sobie o Young - Ti którzy mogą podążać jego śladem
Brilchan
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 2578
Dołączył(a): Śr cze 20, 2007 9:49 pm
Lokalizacja: Warszawa

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez thannis » Wt lut 21, 2012 1:32 pm

Rita Smith

Rita po raz pierwszy spojrzała na Auprinera wprost.
- Zapytam w świątyni Pana Poranka czy mogą zdjąć ten czar z maga, co Wy na to?

A potem zwróciła się do Tanisa.
- Nie robimy niczego niezgodnego z prawem, żeby knuć po - jak to określiłeś - spelunach. Ale skoro tak Ci zależy, to zgoda, spotkajmy się w tej Spłonionej Syrenie - nazwę tawerny wypowiedziała z pewnym przekąsem.
Avatar użytkownika
thannis
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1324
Dołączył(a): Wt maja 01, 2007 8:17 pm

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Brilchan » Wt lut 21, 2012 1:51 pm

Aurpiner Jaad

Widząc spojrzenie Rity nachylił się w jej stronę by wyjaśnić - Widzisz nie chodzi o spiskowanie, po prostu niektórzy w tej grupie posiadają nieprzyjaciół którzy podążają ich śladem i lepiej żeby karczmarz nie usłyszał gdzie się wybieramy a zapytaniem się w świątyni doskonały pomysł.
Ostatnio edytowano Wt lut 21, 2012 1:53 pm przez Brilchan, łącznie edytowano 2 razy
Brilchan
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 2578
Dołączył(a): Śr cze 20, 2007 9:49 pm
Lokalizacja: Warszawa

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez thannis » Wt lut 21, 2012 2:06 pm

Rita Smith

Rita słysząc słowa Auprinera pokręciła głową.
- Serio myślisz, że w Syrenie ściany nie mają uszu? Wierz mi, i tam i każdej innej karczmie mogą nas podsłuchać. Równie dobrze możemy rozmawiać na ulicy. Gdybym szła Twoim śladem, to obeszłabym każde miejsce - odparła.
Avatar użytkownika
thannis
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1324
Dołączył(a): Wt maja 01, 2007 8:17 pm

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Brilchan » Wt lut 21, 2012 2:35 pm

Aurpiner Jaad

- Zawsze wydawało mi się, że tego typu miejsca mają w swój statut wpisane dyskrecje. - mnich zastanowił się przez chwilę, po czym przypomniał sobie plotki, które słyszał o różnego rodzaju szpiegach w Organizacji i o swym przyjacielu z poprzedniego wcielenia, który stracił życie przez miłość do pewnej zdradzieckiej Calmishanki

- Z drugiej strony nie ma informacji, której nie da się kupić za odpowiednią monetę - stwierdził sentencjonalnie, po czym westchnął - Tak właściwe to jest mi obojętne gdzie pójdziemy, nie ciągnie mnie jakoś szczególnie do tej speluny, ale nie mam powodu żeby od niej uciekać

Psion był ważnie zmęczony tymi rozważaniami i wolał dostosować się do innych nim jego dawne paranoje znów podniosą swój obrzydliwy łeb i powstrzymają go przed jakimkolwiek działaniem ~W sumie na jedno wychodzi~ - zaśmiał się w duchu z własnej hipokryzji.

Mimo że utracił swą ojczyznę i brakło mu celu, nadal był żołnierzem i potrzebował rozsądnego dowódcy który wydawał by mu rozkazy
Ostatnio edytowano Wt lut 21, 2012 3:22 pm przez Brilchan, łącznie edytowano 2 razy
Brilchan
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 2578
Dołączył(a): Śr cze 20, 2007 9:49 pm
Lokalizacja: Warszawa

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Meathor Tasartir » Wt lut 21, 2012 6:43 pm

Meathor Tasartir

Meathor spojrzał na Amayena, który sprytnie zmanipulował strażników i gdy przejechali przez bramę skinął mu głową z uznaniem.

Wjechali do Wrót Baldura. Miejsca, w którym może być, a właściwie na pewno jest poszukiwany przez niemało osób. Nasunął kaptur jeszcze bardziej na twarz tak, że zasłaniał mu przed ludźmi oczy, gdy kierował głowę ku dołowi. Wiedział, że niektórzy ludzie mogą rozpoznać jego twarz.

Spojrzał na rozmawiających współtowarzyszy podróży i pokręcił delikatnie głową. Nie marnował słów na debaty na temat tego gdzie zatrzymać się dzisiejszego dnia. Gdy skoczyli rozmawiać, Meathor spokojnie przemówił:
- Mogę być tutaj poszukiwany. Pamiętajcie o tym tylko, proszę... I najlepiej nie zwracajcie się do mnie prawdziwym imieniem i nazwiskiem. A jeśli chodzi o miejsce narady. Myślę, że Spłoniona Syrena byłaby lepszy miejscem, ale... Jak chcecie.
Ostatnio edytowano Wt lut 21, 2012 6:43 pm przez Meathor Tasartir, łącznie edytowano 1 raz
Avatar użytkownika
Meathor Tasartir
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 374
Dołączył(a): Pt gru 02, 2011 3:17 pm
Lokalizacja: Gdańsk

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Morel » Wt lut 21, 2012 10:12 pm

Amayen Karrutt

- Dobra, spotkajmy się rano w Syrenie. Jak się nie pojawię to mnie nie szukajcie, bo pewnie będę już wąchał kwiatki od spodu. Skoro mamy wszystko ustalone - widzimy się rano.

Po tych słowach Amayen odwrócił się na pięcie i pociągnął konia za uzdę. Pierwszą rzeczą jaką zrobił było udanie się do dzielnicy kupieckiej i zaklepanie sobie pokoju w porządnej karczmie. "Dzban i bochen" nadawał się idealnie. Niezbyt wystawne miejsce, ale też nie speluna. Czysto, wypchane sienniki, dziewki karczemne nie miały robaków. Nadawało się. Nie miał zamiaru spać z resztą. Karendis cholernie go męczyła, a przebywanie z resztą przez tak długi okres strasznie męczyło Amayena. Dlatego postanowił posprawdzać co trzeba, ale jednocześnie odetchnąć nieco od pozostałych. W ostateczności - wiedział, gdzie się zatrzymali.
Czarnoksiężnik zostawił pod opieką konia, po czym szybko się odświeżył i przebrał. Kąpiel i czyste ciuchy podziałały na niego kojąco.
Kiedy przekąsił też co nieco, ruszył do Hełmu i Płaszcza - to miejsce chciał sprawdzić jako pierwsze.
Avatar użytkownika
Morel
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 3428
Dołączył(a): Śr mar 03, 2010 12:59 pm
Lokalizacja: Wrocław

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez thannis » Śr lut 22, 2012 2:08 pm

Rita Smith

Był wieczór. Aupriner i Karendis czekali na elegancko ubraną Ritę, która weszła do świątyni Lathandera. Była to dwupiętrowa kamienica, nad drzwiami której zawieszono wielki emblemat słońca podświetlony iluzjami tak, aby świecił. W środku było dość ciasno, bo niewiele miejsca wydzielono na centralną salę świątyni. Pośrodku znajdował się marmurowy ołtarz, spory posąg Pana Poranka i może cztery rzędy ławek po obu stronach. Od centralnej sali prowadziły drzwi do komnat kapłańskich i schody na górę.

Rita dostrzegła młodego mężczyznę w brunatnych szatach i krótko przystrzyżonych włosach, który zamiatał kamienną posadzkę. Na szyi miał symbol Lathandera.

Ukłoniła się lekko głównemu posągowi w wyrazie szacunku dla pana tego miejsca i podeszła do mężczyzny. - Dobry wieczór, czy mogłabym porozmawiać z przełożonym tego miejsca? - zapytała grzecznym tonem.
Młodzieniec przestał zamiatać: - O, witam panią w Domu Pana Poranka! Niestety ojciec Lantern udał się już na spoczynek. Może, ja mógłbym pomóc?
- Jeśli byłoby to możliwe, to bardzo bym się ucieszyła, a my nie musielibyśmy zakłócać odpoczynku ojca Lanterna - uśmiechnęła się Rita.
- Proszę usiąść - mężczyzna wskazał na jedną z ław. Samemu usiadł naprzeciwko.
Psionka usiadła.
- Mam dwie sprawy. Pierwsza to taka, że szukam pewnego młodego człowieka, barda, który jak wiem jest wyznawca Pana Poranka. Zaginął kilka dekadni temu i dwaj jego przyjaciele poprisili mnie o pomoc. Nazywa sie Vade Credo.
- przyjrzała się uważnie meżczynie.
- Vade Credo? Bard? - zapytał młody kapłan. Przez chwilę pogrążony był w rozmyśleniach: - A, taak! Pamiętam. Zjawił się tutaj ponad miesiąc temu i złożył hojną ofiarę. Od tamtego czasu nic o nim nie słyszałem.

Rita zmartwiła się.
- To niedobrze, taką miałam nadzieję, że dowiem się tutaj czegokolwiek o nim. Wszyscy się o niego bardzo martwią, nigdy dotąd nie zniknął na tak długo i obawiamy się najgorszego. Czy nie wie pan z kim mógł się spotykać, albo dokąd podążył?
Młodzieniec bezradnie rozłożył ramiona:
- Przykro mi, nawet gdyby o tym wspominał, to niewiele bym zapamiętał. To było ponad miesiąc temu...
- A czy często tu bywał, pamięta pan?
Młody kapłan podrapał się po głowie:
- Ciężko mi powiedzieć, widziałem go tylko raz w życiu. Zapadł mi w pamięć głównie dzięki kwocie, którą złożył w ofierze.
- Była aż tak duża? - zdziwiła się Rita.
- Tak. - Po chwili młodzieniec zorientował się, że nieco sobie pofolgował: - Znaczna, wie pani, nie powinienem mówić o takich rzeczach.
- Oczywiście, rozumiem. W takim razie przejdę do drugiej sprawy. Na trakcie ja i moi towarzysze natknęliśmy się na człowieka zaklętego w kamień. Chcielibyśmy mu pomóc, nie godzi się zostawiać nikogo w takich tarapatach, jednak nikt z nas nie potrafi rozproszyć zaklęcia jakim go obłożono. Czy może wy byście byli w stanie uratować tego nieszczęśnika? - spytała.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się do rozmiarów złotej monety:
- Spetryfikowany? Mógłbym na niego spojrzeć?
- Tak. Proszę za mną, mamy go na wozie - wstała. - Tylko uprzedzam, że moja towarzyszka może okazać się odrobinę nieprzyjemna, sporo w życiu przeszła, proszę jej nie mieć tego za złe... - powiedziała cicho.
- Aha - odparł kapłan i ruszył za Ritą. Gdy znaleźli się na dworze, dokładnie obejrzał posąg: - Hmm, jest pani pewna, że to zamieniony w kamień człowiek?
- Jestem. Jestem rzeźbiarką z zawodu, nie mogę się mylić. Proszę zobaczyć, nie ma żadnych śladów po dłucie, nawet w matowych miejscach, więc to nie jest kwestia dobrego polerowania. I te rękawy - nikt nie potrafiłby tak dokładnie obrobić kamienia... - wskazała.

Młodzieniec obejrzał dokładnie rzeźbę: - Myślę, że powinien zobaczyć to ojciec Lantern. Czy mogłaby pani zostawić u nas posąg do rana?

- Tak, oczywiście. Przyjdę półtorej godziny po wschodzie słońca, dobrze?

Przytaknął i zrobił nieszczególną minę: - Huh, ciekawe jak ja to zawlokę do środka...

- Mój przyjaciel panu pomoże - uśmiechnęła się do mnicha, który skinął głową w odpowiedzi. Razem z kapłanem chwycili posąg i ostrożnie zaczęli go nieść w stronę świątyni. W pewnym momencie, kiedy już prawie byli w środku, młody czciciel Lathandera lekko się poślizgnął i rzeźba zaczęła im się wyślizgiwać z rąk. Rita zareagowała natychmiast przyzywając astralny konstrukt, z którego pomocą już bez żadnych sensacji spetryfikowany mag znalazł się w świątyni Lathandera.

Gdy drzwi świątyni zostały zamknięte Rita odwróciła się do towarzyszy.

- Niestety, nie dowiedziałam się niczego konkretnego. Za to nie musimy się martwić co zrobić z magiem tej nocy - zostanie tutaj, a rano obejrzy go przełożony tego kapłana. Powiedziałam, że przyjdę tu, kiedy skończą się poranne modły, więc mogę się spóźnić na spotkanie w Spłonionej Syrenie - wzruszyła ramionami.

Ruszyli w stronę karczmy razem z wozem. Psionka nachyliła się ku nim. - Nie widziano Credo od miesiąca. Zostawił w świątyni bardzo hojną ofiarę i to niestety wszystko...
Avatar użytkownika
thannis
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1324
Dołączył(a): Wt maja 01, 2007 8:17 pm

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Morel » Śr lut 22, 2012 2:47 pm

Amayen Karrutt

Hełm i Płasz znajduje się vis a vis największej świątyni w Wrót Baldura, która znajdowała się w najbogatszej dzielnicy miasta. Budynek zdobił pobłyskujący, miedziany szyld, a w okna wstawione były witraże. Stajnie były niesamowicie czyste. Cóż - pieniądze robiły swoje.
Kiedy Amayen zbliżał się do drzwi usłyszał dźwięki muzyki i zapach smażonego mięsa. Przy drzwiach nie ma klasycznego wykidajły, tylko strażnik w ładnym fioletowo - żółtym mundurze i rapierze przy pasie, który skinął czarnoksiężnikowi głową i grzecznie się uśmiechnął.

Sama gospoda dzieliła się na 2 izby. W pierwszej - można to nazwać częścią restauracyjną - są trzy długie stoły, przy których ramię w ramię siedzą klienci - iście rycerski klimat - było tam palenisko, nad którym leniwie kręcił się dzik i pierwszy bar.
W drugiej izbie był kolejny - mniejszy bar, parę okragłych stolików i podest - lub mała scena, na której aktualnie występowała trupa muzyków, grając na skrzypcach żwawą melodię w sam raz do wieczornego piwka. Gospoda tętniła życiem - można było zaobserwować, że wśród bywalców była głównie szlachta, rycerze i kapłani, na ścianach tarcze heraldyczne, skrzyżowane miecze...

Czarnoksiężnik przystanął przy barze. Czekał.
Wkrótce trupa skończyła kawałek, zaprasza gości na kufel piwa (tak jalby zajmowali się czymś innym), po czym członkowie zespołu również podchodzą do baru i zamawiają po kubku wina i odpoczywają przed następnym występem.

Amayen uśmiechnął się szelmowsko, po czym zakupił dzbanek wina i ruszył dziarskim krokiem w stronę muzyków.
Postawił go przed nimi i bezceremonialnie zapytał:
- Witajcie. Zastanawiałem się właśnie, czy nie moglibyście mi pomóc. Mam nadzieję, że ten skromny dzban wina będzie dobrym początkiem i zachętą do współpracy. Poszukuję pewnego mężczyzny, który - tak jak Wy - jest wspaniałym muzykiem. Credo. Był tutaj niedawno. Znacie go może?
krzypkowie uśmiechnęli się od ucha do ucha na widok dzbana wina:
- Ależ oczywiście! Credo to znany muzyk, często bywa we Wrotach - Amayenowi odpowiedział mężczyzna, z widoczną domieszką elfiej krwi. Miał długie włosy spięte czerwoną tasiemką.
Amayen skinął głową.
- Wiem. Jednak w tej chwili nie ma go w mieście. A ja mam dla niego pilne informacje. Przez opieszałość moich towarzyszy, nie zdążyłem dotrzeć do miasta na czas. A jego brat jest umierający. - Czarnoksiężnik zrobił zasmuconą minę.
- Dlatego moje pytanie brzmi - czy jesteście w stanie poratować mnie informacją, dokąd Credo mógł się udać? Muszę na prawdę się z nim skontaktować.
Pół elf wzruszył bezradnie ramionami: - Przykro mi, ale nie mam pojęcia. To w miare znany bard i pewnie z pół życia spędził w drodze. Ciężko mi powiedzieć, gdzie może teraz się znajdować. Być może wrócił do Waterdeep?
- Właśnie nie, ponieważ miałbym już informacje od ludzi jego brata. A nie wiecie może czym się zajmował ostatnio? Słyszałem, że swego czasu z olbrzymią pasją oddawał się archeologii. Może wyruszył na kolejną wyprawę? A może w jego życiu pojawiła się jakaś kobieta ?
Jeden z wygolonych na łyso członków trupy zagrał głos: - Chodzą słuchy, że ponoć nie wywiązał się z jakiegoś ważnego zlecenia. Tak przynajmniej słyszałem... Chodziło o jakiś artefakt, który miał dostarczyć bardzo bogatemu kupcowi. ale to tylko plotki.
- Czy ten kupiec pochodził z Wrót Baldura? To ktoś miejscowy? Nawet jeżeli to plotka to warto to sprawdzić.
- Nie wykluczone... Ale równie dobrze, mógłby być to ktoś z drugiego krańca Faerunu.
- Hmmm, dziękuję za pomoc. Mam już jakiś punkt zaczepienia. Ostatnie pytanie: czy wiadomo jest co to był za artefakt?
Łysy mężczyzna wzruszył ramionami: - Nie mam pojęcia. Mogę tylko zgadywać.
Amayen pokiwał głową.
- No nic, wielkie dzięki! I tak bardzo mi pomogliście!

Po tych słowach wyszedł z karczmy. Nie uzyskał wiele, ale to zawsze było coś i nawet trzymało się kupy. Jeżeli Credo był winny komuś pieniądze, to albo jego zleceniodawca albo już go dopadł, albo Credo się ukrywa. Tak czy siak - ciężko będzie go znaleźć.

Czarnoksiężnik skierował swoje kroki do miejsca o którym mówił Meathor. Karczma "Między gorzałą a zakąską" była lokalem o zgoła innej klienteli. Do uszu Amayena z dala dochodził odgłos potężnej libacji. Gospoda położona był na obrzeżach małego browaru. W powietrzu królowała woń chmielu i drożdży. Gdy czarnoksięznik otworzył go drzwi, jego uszy zaatakował hałas dziesiątek drących się gardeł.
~Pięknie.~ pomyślał czarnoksiężnik. Od razu zerknął na bar, bo tam powinien znajdować się Deepsteel. Lokal cały zapchany był stołami i pijaną klientelą. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na kolejnego poszukującego wrażeń Amayena. Bar znajdował się po drugiej strony gospody i wymagał od mężczyzny nie lada trudu by przecisnąć się przez tłuszczę. W końcu jednak mu się to udało. Znajdujący się za kontuarem krasnolud mruknął pod nosem: - Co podać?
- Ty jesteś Deepsteel? - Amayen bez ogródek odpowiedział. Ton krasnoluda nie był w stanie wywrzeć wrażenia na kolesiu pokroju czarnoksiężnika.
Brodacz zmierzył go beznamiętnym wzrokiem: - Ta. Wóda? Piwo?
Amayen uśmiechnął się.
- Informacje, szukam młodego Credo. Braciszek chciałby się z nim zobaczyć
- Nie znam. Zamawiasz czy zamiatasz? Ktoś w tle urządził konkurs bekania. Jeden z uczestników wczuł się do tego stopnia, że wielobarwny paw opuścił jego gardło.
Amayen pokręcił głową.
- Rozumiem, że będzie ciężko. Zamiatać to lubię tylko takie ścierwa jak Ty i reszta tej ferajny. A teraz bądź miły i powiedz co wiesz, bo czuje że zaczynam przenikać odorem tej nory.
- Masz dwie sekundy, żeby stąd wypierdalać. - odparł niewzruszony.
- Wystarczy mi jedna. Jeśli zobaczę za sobą kogokolwiek od Ciebie. Bądź pewien, że osobiście nakarmię Cię jego wnętrznościami. - syknął czarnoksiężnik i odwrócił się na pięcie, wychodząc. Brodacz nawet nie silił się na odpowiedź.

Kiedy Amayen wyszedł z karczmy, o mało nie odwrócił się, aby wykrzyczeć kilku przekleństw w Czarnej mowie. Okazało się, że ktoś podwędził mu sakiewkę z pieniędzmi. Czarnoksiężnik został bez grosza. Powiedzieć, że mężczyzna był zdenerwowany tym faktem to dość delikatne przedstawienie sprawy...

Amayen wrócił do swojego pokoju, za który na szczęście zdążył zapłacić wcześniej. Najbardziej zdenerwowało go to, że nie stać go będzie na żadną dziewkę, która mogłaby umilić mu noc, ani na nic do jedzenia. Czarnoksiężnik był na prawdę wściekły.
Avatar użytkownika
Morel
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 3428
Dołączył(a): Śr mar 03, 2010 12:59 pm
Lokalizacja: Wrocław

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez slann » Cz lut 23, 2012 5:00 pm

Karendis pociągnęła aupaza rękę. Najpierw udali się do świątyni poranka. Diablicę nie interesowały sprawy religijne. Gdy kobieta poszła, udała się z Aupem do najbiedniejszej dzielnicy. Łatwo było odnaleźć kilku żebraków, którzy wyglądali jak połączenie zombich z kościotrupami. Początkowo byli nieufni, ale gdy diabilica zaoferowała i opatrzenie wrzodów i parchów, z radością zgodzili się pomóc. Normalni poszukiwacze przygód prawdopodobnie by sie porzygali, ale Aup i Karendis wybitnie nie byli normalni. Niestety niczego się nie dowiedzieli. Jeden wprawdzie twierdził, że widział Credo, co rozbudziło nadzieje diablicy, ale potem dodał, że widział go odlatującego na złotym smoku, ku zachodzącemu słońcu. Rozczarowana Karendis z Aupem późnym wieczorem poszli na miejsce spotkania. Po drodze spotkała pewnego troglodytę-handlarza. Podeszła do niego i porozmawiali chwilę w podwspólnym. Ten wręczył jej ozdobne chitynowe pudełko. Uradowana niesła je przed sobą.
- To smakołyki. W podmroku można się o to pozabijać. Są pyszne - trajkotała.
slann
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 3437
Dołączył(a): Pt paź 14, 2005 11:35 am
Lokalizacja: Kowary

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez thannis » Pt lut 24, 2012 12:57 am

Rita Smith

Karendis z Aupem oddalili się w swoich sprawach, a Rita wróciła do karczmy. Kazała stajennemu nakarmić konia, a sama postanowiła posłuchać pieśni z których karczma była sławna. Z przyjemnością odnotowała, że wczesne kompozycje Corellego są tutaj znane, więc z rozkoszą zanurzyła się w tak dobrze znane dźwięki. Po skończonym utworze wróciła na chwilę do siebie, bo zbyt wiele wspomnień napłynęło i musiała ochłonąć. Potem zeszła na dół. Schodząc po schodachNagle zauważyła siedzącego kilka stolików dalej Maethora. Ubrany w czyste ubranie, najwidoczniej po kąpieli, spoglądał na Ritę i uśmiechał się zapraszająco.

- Dobry wieczór, Meathorze - Rita podeszła do niego po chwili wahania.
- Cóż za kulturalna kobieta z ciebie - uśmiechnął się - co myślisz o naszym towarzystwie, ja również nie znałem ich wcześniej. Podróżuję z nimi właściwie od kilkunastu dni.
- Pozwolisz, że zmilczę
- usiadła, uśmiechając się lekko. - Dość różnobarwna zgraja.
- Ech, to może opowiesz chociaż coś o sobie, jak nie chcesz o innych? Chętnie dowiedziałbym się z kim współpracuję?

Rita zamówiła dla siebie czerwone wino u przechodzącej kelnerki, wykorzystując tę chwilę by zdecydować, co może o sobie powiedzieć temu mężczyźnie.
- Coś o mnie? Jestem rzeźbiarką, znam się trochę też na budownictwie, zwłaszcza twierdz. Podążam w życiu za Sztuką umysłu.
- Sztuką umysłu? To za pomocą samego umysłu, można przyzwać takie coś jak ty to zrobiłaś? No nieźle nieźle.
- Można. Bardzo przydatne przyznam się, bo konstrukt robi co mu każę
- wzięła do ręki kieliszek i powąchała bukiet wina. Upiła łyk. - Dobre mają tu wino, miła odmiana po ostatnich dniach.
Meathor również zamówił to samo wino.
- W takim razie spróbuję. Jak mówisz, że dobre. No ja tam nie mogę się pochwalić żadnymi sztuczkami umysłowymi. - uśmiechnął się - ale jak chcesz się gdzieś włamać, bo ci się rzeźba spodoba to zawsze do usług.
- Hmm, być może kiedyś rozważę tę propozycję - kiwnęła głową, dziwiąc się w duchu, że mężczyzna mówi o tym tak lekko, tak otwarcie. - A... - zamilkła na chwilę. - A co Ty sądzisz o naszych kolegach i koleżance?

- No wiesz. W przeszłości pracowałem sam. I od razu natrafiłem na takich świrów. - charakterystycznie uderzył się przy tym otwartą dłonią w twarz. - Myślę, że z Tanisem będzie mi się najłatwiej dogadywać. W końcu niemalże ta sama profesja. Amayen to dziwak, do tego dochodzi jeszcze parę innych jego negatywnych cech. Aupriner, no cóż bardzo dziwny człowiek, zachowuje się czasami głupio, ale ogólnie wychodzi chyba na plus. Karendis wychodzi u mnie też na plus, jest w porządku. A tobie właśnie wyrabiam sobie zdanie - powiedział i oderwał oczy pd kielicha spoglądając Ricie prosto w oczy. Po chwili jednak wział kielich do rąk i upił kolejny łyk.

- Ciekawa jestem jakie
- upiła kolejny łyk. Piła bardzo mało, delektując się każdą kroplą napoju.
- Na razie zbyt mało miałem czasu na ocenę - uśmiechnął się - może za tydzień ci coś wyjawię, albo za dwa. Zobaczymy jak sobie poradzisz z jednej strony mając zwykłe niebezpieczeństwa charakterystyczne dla poszukiwaczy przygód, a drugiej Amayena zrzędzącego ciągle.
- Nie myśl, że traktuję to jako jakiś test - prychnęła lekko. - Ja po prostu chcę znaleźć naszą zgubę, upewnić się, że trafi do domu i wrócić do swojego zajęcia, czyli włóczenia się bez celu po świecie - uśmiechnęła się nieco... melancholijnie?
- Ależ oczywiście, nie myślę, ze traktujesz to jako jakiś test. Przecież ty chcesz tylko odnaleźć zgubę
- powiedział lekko przedrzeźniającym, acz przyjaznym tonem. - A co ciebie łączy tak właściwie z Credo?

Uśmiechnęła się cieplej w odpowiedzi na jego przedrzeźniania.
- A jeśli chodzi o Credo, to nic mnie z nim nie łączy. Po prostu oddaję przysługę jego przyjaciołom.
- Rozumiem. - odpowiedział krótko po czym upił ostatni łyk wina. Nic nie zostało w kielichu. - Rzeczywiście dobre to wino. No cóż chyba będę musiał kończyć tą arcyciekawą oraz przyjemną rozmowę, ale mam do wykonania swoje zadanie. A poza tym czy znalazłaś juz jakieś informacje we Wrotach?
- Nic poza tym, że nasza ptaszyna była bardzo hojna dla kleru swego bóstwa - wzruszyła ramionami. - Można by sie pobawić w dedukcję dlaczego.
- Ech, czyli właściwie nic... Może mi się poszczęści. No nic dzięki za rozmowę, teraz lepiej wiem z kim mam do czynienia. A Tanis już pewnie się niecierpliwi, żeby iść od Spłonionej Syreny.
- Przyjemnej
- puściła mu oko - wizyty.
- Dziękuję, choć mam raczej nadzieję na informację
- uśmiechnął się i odszedł od stołu do czekającego już Tanisa.

Po ich wyjściu Rita posiedziała jeszcze w sali głównej, obserwując, słuchając i zastanawiając się, czy jeszcze kogoś ciekawego spotka. Do czasu udania się na spoczynek miała jeszcze sporo czasu, co najmniej kilka godzin...
Ostatnio edytowano Pt lut 24, 2012 1:13 am przez thannis, łącznie edytowano 1 raz
Avatar użytkownika
thannis
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1324
Dołączył(a): Wt maja 01, 2007 8:17 pm

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Marcin19 » Pt lut 24, 2012 11:17 pm

Wieczór prędko przybrał barwy nocy, a na ulicach Wrót Baldura zapanowała pełna podejrzeń i niepokoju atmosfera. Zdawało się, że nawet bezpańskie psy patrzą na nich podejrzliwym wzorkiem. Na szczęście co rusz mijali uzbrojone w miecze i pochodnie oddziały straży miejskiej, co dawało jako takie poczucie bezpieczeństwa.

Elfia Pieśń okazała się bardzo schludnym przybytkiem, za odpowiednią kwotę oferującym wiele atrakcji. Pokaźny budynek miał dach kryty zieloną dachówką i stare mury porośnięte winoroślą. Na podwórzu Pieśni dominowała słodka woń dojrzewających winogron. Wnętrze gospody przypominało niewielką galerię sztuki, z misternie rzeźbionymi elfimi sprzętami i dużą liczbą obrazów na ścianach. Ricie spodobało się to miejsce, a muzyka, która się tutaj sączyła wprawiła ją w pozytywny nastrój. Kobieta rozglądała się poszukiwaniu jakiegoś źródła informacji...

W tym samym czasie Tanis i Meathor krążyli po mieście, również w poszukiwaniu śladów. Uzgodnili, że podobnie jak Rita, udadzą się do Elfiej Pieśni. Dziwny traf losu chciał, iż nie natrafili na siebie w gospodzie. Rita znajdowała się w jednej z bocznych sal, zaś spragnieni (informacji rzecz jasna) mężczyźni udali się od razu do baru. Za wypolerowanym blatem uwijał się dobrze zbudowany mężczyzna, z starannie przystrzyżonymi bokobrodami i przyczesanymi włosami. Za jego plecami widniała kratownica pełna butelek wina. Centralne pomieszczenie Elfiej Pieśni miało ściany wyłożone gładzonym kamieniem, który porastał bluszcz o małych, niebieskawych liściach. Panowie zamówili sobie po drinku i zajęli miejsca przy okrągłym stoliku.

Intuicja Tanisa ponownie dała o sobie znać. Po paru minutach spędzonych przy kufelku zimnego piwa, kątem oka dostrzegł mężczyznę o wyraźnie elfiej domieszce krwi. Miał jeździeckie bryczesy, białą koszulę, której rękawy były dopasowane do ciała rzemieniami i długie włosy spięte w koński ogon. Przy pasie zwisały mu szermiercze rękawice i długi puginał. Zamienił kilka słów z barmanem - najwyraźniej musieli się znać, gdyż pod koniec rozmowy pół elf zaśmiał się i poufale klepnął tamtego w ramię.

Tanis polecił Meathorowi zaczekać, po czym dołączył do nieznajomego. Gadka-szmatka, kolejka na koszt firmy i chwila kurtuazyjnej rozmowy wystarczyły pół drowowi by dowiedzieć się kilku rzeczy. Xavier powiedział mu, że Credo był we Wrotach dokładnie cztery dekadni temu (mężczyzna miał rewelacyjną pamięć), ale spędził w mieście zaledwie dwie doby. Jak zwykle wynajął pokój w Pieśni, z resztą Xavier nieźle go znał. Również był stałym bywalcem tego przybytku. Niestety pół elf nie miał pojęcia dokąd mógł udać się Vade.

Po skończonych łowach wszyscy znaleźli się w swoich pokojach. To był pracowity dzień i zasłużyli na odpoczynek. Sen zmorzył ich prędko.

Zgodnie z propozycją Tanisa, spotkali się rankiem w Spłonionej Syrenie. Lokal mieścił się w trzypiętrowej eleganckiej kamienicy. Wykidajło przy drzwiach wyglądał na skacowanego i wymęczonego. Nie zwrócił nawet uwagi na schodzących się z różnych części miasta podróżników. Wnętrze było urządzone w standardzie burdelowo-karczmiennym. Czuć było intensywną woń tytoniu i kadzideł. Sporo było dających prywatność loży i zakamarków. Goście (a pomimo wczesnej pory było ich całkiem sporo) siedzieli na miękkich, głębokich kanapach i pufach. Kelnerki ubrane były w rozcięte, wydekoltowane suknie i ciemne pończochy. W tym miejscu królowała moda na mocny makijaż, nazbyt kokieteryjny śmiech i... rude włosy. Wszystkie kobiety w Spłonionej Syrenie miały ufarbowane na rudo włosy.

Drużyna (choć niewidzialna ręka ściska gardło przy nazywaniu poszukiwaczy Credo w ten sposób) zebrała się w jednej z bocznych loży. Amayen chrząknął, gdy jedna z hojnie obdarzonych dziewczyn, złowiwszy jego spojrzenie, zaczęła poprawiać swój stanik.

Na stole pojawił się zamówiony dzbanek wina (czarnoksiężnik okazał się sknerą - nie dorzucił się nawet srebrną monetą do trunku!) i mogli przystąpić do rozmowy.
Ostatnio edytowano N lut 26, 2012 1:13 pm przez Marcin19, łącznie edytowano 1 raz
Avatar użytkownika
Marcin19
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1341
Dołączył(a): Pt maja 29, 2009 12:06 pm
Lokalizacja: Gorzów/Szczecin

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez slann » N lut 26, 2012 6:49 pm

Karendis Mimo protestów mnicha, zabrała go do Syreny

Lokal jej się od razu spodobał. Natychmiast zamówiła pokój dla siebie. Od razu zaniosła tam pudełko.
Potem usiadła na pufie i poprosiła o wino i jedzenie. Czekała. Tutejsze dziewczyny nie były chyba przyzwyczajone do tak niezwykłej klienteli. W końcu jakaś, zapewne nie ciesząca się zbytnią popularnością przysiadła się do diablicy. Była dla niej piła, {mimo nie najświeższego wyglądu diablicy), to też sprawy zaczęły nabierać tempa. W końcu Karendis wyciągnęła lutnię i zaczęła grać
- Ładne, nie? - zapytała po pierwszym utworze.
- Tak, nigdy nie słyszałam czegoś podobnego. - Rzekła głaszcząc ramię wiedźmy - Ale może zechciałabyś rozprostować kości? Znam się na masażu...
Karendis wyszczerzyła kły



Gdy jakiś czas potem diablica leżała śpiąc, dziewczyna podeszła do pudełka. Uniosła wieko i pobladła, po czym zbiegła na dół. Tymczasem Zgryz siał postrach wśród baldurskich kotów.

Rano zamówiła gorącą kąpiel. Szorowała się przez godzinę. Potem przygotowała czary i zeszła na dół.
Gdy wszyscy się zebrali, uroczyście postawiła pudełko na stole
- To Zurri. Wspaniały przysmak z podmroku. Bardzo drogi! Dla was zdobyłam - - rzekła i uniosła wieko. Oczom zebranych ukazały się larwy. Różnych rozmiarów, wszystkie ubrane w drowie ubranka z cukru. Nad stołem unosił się kwiatowy zapach. Karendis wzięła tłustą larwę w stroju matki opiekunki i wzieła ją do ust
- Pycha! Częstujcie się! - rzekła, a po jej brodzie spływał żółty sok
slann
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 3437
Dołączył(a): Pt paź 14, 2005 11:35 am
Lokalizacja: Kowary

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Corrick » N lut 26, 2012 10:16 pm

Tanis Orloara

Po długich poszukiwaniach i wielu zadanych pytaniach, w końcu Tanis złożył swoją głowę na poduszce. Chwilę wiercił się w pościeli, starając się zagłuszyć ćmiący ból nogi, po czym jednak udało mu się zasnąć. Nie wiedział ile czasu minęło, ale w którymś momencie otworzył oczy. Był spocony, a w pokoju na piętrze Pieśni było dość duszno. Postanowił wypić kilka kufli piwa, by swobodnie zasnąć. Jednak i to nie przyniosło senności.

Nieco podchmielony wrócił do pokoju, gdzie wciąż jednak panowała duchota. Postanowił otworzyć okno. Wkrótce, oprócz świeżego powietrza, w jego pokoju zawitało co jeszcze. Skądś z ulicy, do jego uszu dochodziła tajemnicza, intrygująca melodia. Ubrał się i poszedł sprawdzić, skąd dochodzą tak wspaniałe dla jego czułych uszu dźwięki.

Nie wiedział czy to sprawka alkoholu, czy zbyt wybujałej wyobraźni, ale na ulicy dostrzegł młodą dziewczynę w zwiewnej sukni. Zupełnie nie wzruszona późną porą, śpiewała i tanecznym krokiem płynęła przez skąpane w mroku ulice miasta. Wyglądała nieziemsko i bezbronnie w zestawieniu z brudnym brukiem i surowymi murami pobliskich kamienic.

Z wysokości piętra ciężko było mu to określić, ale jej drobna postura i pełne gracji ruchy upodabniały ją raczej do elfa niż człowieka. Postanowił zejść i spotkać nieznajomą muzę. Kiedy zszedł na dół, kobieta znikła za załomem ulicy. W powietrzu jeszcze przez chwilę unosił się jej dziewczęcy śmiech.

Musiał nieźle przyspieszyć kroku, żeby ją dogonić. Kiedy nieco się zbliżył dostrzegł, że oprócz błękitnej sukienki nie miał na sobie nic. Delikatny materiał jej ubrania lekko prześwitywał, ukazując młode, śwież dojrzałe ciało. Dziewczyna opierała się o zimny mur i snuła swą pieśń dalej. Gdy tylko Tanis postawił krok dalej, znów ruszyła swym tanecznym krokiem. Tym razem pół drow złowił jej zalotne spojrzenie spod długich, czarnych rzęs.
- Zatrzymaj się. - szepnął, mając nadzieję, że dziewczyna usłyszy jego głos. Czuł się oczarowany i faktycznie był. Na tyle, że zapomniał o Ariannie.

Wpadł w kolejną uliczkę i dostrzegł ją siedzącą na kamiennych schodach prowadzących do jednej z rezydencji. Założyła nogę na nogę i uniosła podbródek nieco do góry, prezentując długą szyję. Śpiewała spoglądając na pół drowa. Tym razem nie uciekała od niego. Kiedy skończyła śpiewać, oparła głowę na dłoniach i iskrzącym się wzrokiem spojrzała na Tanisa: - Podobała ci się moja pieśń?
- Bardzo. Gdzie się tego nauczyłaś? - zapytał, podchodząc nieco bliżej.
Dziewczyna zwinnie wspięła się na kamienną balustradę, jedną nogę opuszczając w dół, drugą zginając w kolanie. Jej zwiewna sukienka podciągnęła się do połowy uda: - Nauczyła mnie tego moja mistrzyni. Była Dawczynią Radości, tak samo jak ja.
- Kim są Dawczynie Radości? Nigdy o nich nie słyszałem. - jego lodowoniebieskie oczy były pełne zachwytu, a ręce lekko drżały.
Kobieta uśmiechnęła się widząc lekkie zdenerwowanie rozmówcy. Podciągnęła drugą nogę do góry i objęła je drobnymi dłońmi: - Dawcy i Dawczynie Radości, to kapłani Lliiry. Szukamy każdej odrobiny szczęścia i przyjemności w życiu oraz obdarowujemy nimi innych. - Dziewczyna zsunęła się z poręczy i zwinnie zeskoczyła na ostatni stopień. Była teraz na wyciągnięcie dłoni łotrzyka: - Jak ci na imię?
Odparł usilne pragnienie, aby rzucić się na nią i dać jej upragnioną radość, więc rzekł: - Jestem Tanis. A Ciebie jak zwą?
- Jestem Natalia. Widzę, że mamy coś wspólnego... - delikatnie dotknęła lekko szpiczastych uszu Tanisa. Przez plecy łotrzyka przebiegł dreszcz: - Też masz elfich przodków, Tanisie?
- Nie do końca. - uśmiechnął się - Nie zaliczyłbym drowów jako elfy. One nie wiedzą, co to piękno.
Spojrzała z troską na Tanisa: - Chciałbyś usłyszeć jeszcze jedną pieśń? Myślę, że mogła by ci przypaść do gustu.
- Z wielką chęcią posłucham. - na jego ustach pojawił się drapieżny uśmieszek.
- Usiądź, proszę. - Wskazała ostatni stopień schodów. Usiadł, zgodnie z jej poleceniem.
Ona zwinnie prześlizgnęła się za jego plecami. Zaczęła snuć pieśń, początkowo idylliczną i bezgranicznie piękną. Pół drow rozumiał zaledwie niektóre słowa, gdyż Natalia wykonywała ją w elfim. Wkrótce w utwór wdarła się drapieżna nuta. Niepokój zagościł w głosie pięknej kapłanki, a również ruchy jej ciała stały się bardziej dramatyczne. Popisywała się coraz trudniejszymi wokalizami i nie można było odmówić jej niezwykłego talentu. Gdy pieśń sięgnęła szczytu napięcia, ton jej głosu złagodniał po czym zapanowała atmosfera rezygnacji i osamotnienia. Dla pokreślenia nastroju niby-słabnąc, niby-tracąc motywację do dalszego tańca osunęła się obok pół drowa. Ostatnie słowa śpiewała wpatrując się w jego oczy. Nie zauważył nawet momentu, gdy jej delikatne palce wpięły się w jego włosy.
- Podobało ci się...? - zapytała nieśmiale, lekko gładząc jego kark.
Nie bardzo wiedząc co powiedzieć i też będąc pod wpływem mocnego impulsu, pocałował ją prosto w usta.
Przez chwilę poddawała się jego pocałunkowi, wodząc paznokciami po jego szyi. Rozkoszny dreszcz przeszył plecy łotrzyka. W końcu oderwała się od ust pół drowa i zwinnie uwolniła z jego ramion: - Znam więcej piosenek, wiesz? - zapytała filuternie.
- Może mogłabyś mnie nauczyć kilku z nich? - odparł pytaniem na pytanie, uśmiechając się.
Jej twarz rozpromieniła się. Pogładziła palcami jego policzek: - To wspaniałe Tanisie, ale wydaje mi się, że nic z tego nie wyjdzie. Jutro za pewne mnie już tu nie będzie... Ale, mogłabym ci coś ofiarować.
- Cóż to takiego? - jego głos nieco posmutniał.
- Kiedyś ofiarowała mi to moja mistrzyni... To zbiór elfich pieśni, pamiętających czasy gdy elfy były jedną rodziną, a słowo "drow" nic nie znaczącym zlepkiem liter. Może znalazłbyś wśród nich inspirację? To bardzo stare i piękne utwory...
- To bardzo piękne z Twojej strony. - uśmiechnął się. - A teraz cieszmy się chwilą. - ponownie ją pocałował.
- Tanisie. - Odparła bardzo oficjalnym tonem.
- Przepraszam. - odparł równie oficjalnym tonem.
Uśmiechnęła się i połaskotała go w bok: - Nie o to chodzi! Chciałam powiedzieć, że jesteś bardzo przyjemnym w obyciu pół drowem.
- Dziękuję. Niestety, dziedzictwo mego ojca ciągnie się za mną. - wyraźnie posmutniał. A może to była tylko gra? Któż zna skomplikowane umysły drowów?...
Kapłanka pocałowało go raz jeszcze, muskała jego pierś i pozwoliła jego palcom na swobodną wędrówkę po jej pięknym ciele. Gdy jednak sytuacja stała się nazbyt napięta, zwinnie znalazła się za jego plecami. Wbiła paznokcie w zbity węzeł mięśni pół drowa, aż jego twarz wykrzywił grymas bólu: - Cii, spokojnie - zaśmiała się i masowała dalej. Wkrótce ból ustąpił przyjemnemu ciepłu. Gładziła go po karku i drapała z tyłu głowy. Było mu tak dobrze, że przymknął oczy. Oparł głowę o jej pachnące udo... Odpłynął bardzo szybko. Kiedy się obudził, jego ciało było rozluźnione, a noga nawet nie dokuczała. Pod policzkiem wciśnięty miał niewielki tomik.

Wstał, otrzepał się i wrócił do Elfiej Pieśni. Wszedł po cichu do pokoju, otwarł tomik i zaczął go przeglądać. Był gęsto zapisany elfim alfabetem. Między wierszami tekstu odręcznie naniesione tłumaczenie we wspólnym. Były to bardzo stare elfie pieśni o wszelakiej tematyce. Znalazł wśród nich enigmatyczny rozdział Pieśni Klingi. Po bliższym przyjrzeniu się, półdrow zauważył, że to pieśni wojenne, o tematyce pojedynkowej, wzywające elfich bogów wojny.

Tanis słyszał niegdyś o elfich wojownikach, łączących w sobie magię i wojnę, ruszających do bitwy ze śpiewem na ustach. Gdy byli w swym transie, zwanym pieśnią bitwy byli niemalże niezwyciężeni. Położył tomik przed sobą, usiadł na podłodze i zaczął medytować, próbując śpiewać Pieśni Klingi. Początkowo szło mu to opornie, lecz po chwili odpłynął w takt bitewnych melodii, które stały się dla niego jasne.

Gdy się przebudził godzinę później, zapragnął oświetlić pokój. Specjalnie odłożył jedyny magiczny przedmiot daleko, po czym spróbował otoczyć takim samym płomieniem swój miecz. Widział, jak bracia jego ojca robili to samo. Po chwili koncentracji, udało mu się to zrobić. Obudziła się w nim drowia łatwość do magii. Po chwili odkrył, że zna również kilka innych prostych czarów, w tym kilka które mogłyby wywołać obrażenia u potencjalnych przeciwników. Jego oczy zapłonęły magią, a drapieżny uśmiech na twarzy zdradzał nowe siły.

Może kiedyś zostanie pierwszym półdrowem łączącym w sobie magię, walkę i pieśń? Jego umysł zapłonął tą wizją, dając mu w końcu błogi sen.

* * *


Gdy dotarł do Spłonionej Syreny, zamówił na spółę z towarzyszami dzban wina i podzielił się z nimi informacjami. Gdy Karnedis zaproponowała wszystkim Zurri, półdrow poczęstował się jednym robalem i uśmiechnął się do diablicy. - Serio, pyszne. Dawno takich nie jadłem. - westchnął ciężko. - Amayen, co wiesz? Rita, Ty? A Ty, Karendis? - zapytał wszystkich.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 2333
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 11:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez slann » N lut 26, 2012 10:35 pm

Karendis nie wiedziała czy cieszyć się z uprzejmości mieszańca... więc podchwyciła temat.
- Podobno Credo odleciał na złotym smoku... ale w tej histori coś śmierdzi. A ty Amayen? Częstuj się i mów!
slann
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 3437
Dołączył(a): Pt paź 14, 2005 11:35 am
Lokalizacja: Kowary

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Meathor Tasartir » Pn lut 27, 2012 2:12 pm

Meathor Tasartir

Meathor usiadł i zamówił wino. Gdy Karandis przyniosła pudełko po chwili wahania wziął larwę do ręki, przymknął lekko oczy i zjadł. Okazała się naprawdę dobra w smaku. Popił winem i słuchał co wszyscy mają do opowiedzenia.
Avatar użytkownika
Meathor Tasartir
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 374
Dołączył(a): Pt gru 02, 2011 3:17 pm
Lokalizacja: Gdańsk

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Morel » Pn lut 27, 2012 2:48 pm

Amayen Karrutt

Amayen wrócił do siebie. Był tak wściekły, że od razu rzucił się na łóżko i zasnął.
Rano przynajmniej był wyspany, a kąpiel poprawiła mu na powrót humor. O ile w przypadku Amayen można było powiedzieć o tym, że miał dobry humor....

-----

Kiedy dotarł na miejsce zajął miejsce przy wszystkich. Kiedy przyszło do płacenia po prostu wzruszył ramionami i powiedział, że nie ma pieniędzy.
"Przysmaku" od Karendis nawet nie tknął.
- Zacznijmy od Deepstela. Zajebali mi tam sakiewkę kurwa jebana mać. Spalę całą tą budę a tego pierdolonego krasnala nakarmię własnymi jelitami. Nic się nie dowiedziałem. Krasnolud rzekomo nie zna Credo. To tyle.
Czarnoksiężnik wziął potężny łyk.
- Jednak....Credo ponoć wisiał komuś kasę w mieście. Dlatego rzekomo nawiał. Nie wiadomo, komu tą kasę wisiał, ale ponoć miał odzyskać dla swojego pracodawcy jakiś przedmiot - artefakt. Nie udało mi się także ustalić co to było. Ale to już jakiś punkt zaczepienia. Opcje są dwie: albo zwiał z miasta, albo niedoszły posiadacz przedmiotu już go dorwał i czeka nas wykopanie ciała Pana specjalisty od wykopalisk.
Avatar użytkownika
Morel
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 3428
Dołączył(a): Śr mar 03, 2010 12:59 pm
Lokalizacja: Wrocław

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez thannis » Pn lut 27, 2012 4:51 pm

Rita Smith

Była szósta rano. Mieszkańcy Wrót Baldura zaczynali dzień, krzątając się wokół swoich spraw. Niektórzy wstali już dawno, a inni jeszcze się nie kładli. Rita należała do tej pierwszej grupy. Przemierzała niespiesznie miasto, podziwiając jego architekturę i przyglądając się z ciekawością życiu żyjących tu istot. Jakże inne to było miejsce niż Silverymoon! Ale bardzo ciekawe, to pewne.

Zgodnie z danym słowem stanęła przed świątynią Lathandera półtorej godziny po wschodzie słońca. Poranne nabożeństwo skończyło się jakiś czas temu, a młody kapłan zamiatał chodnik przed wejściem.

- Dzień dobry! - powiedziała psionka.
- O, witam! Ojciec Lantern obejrzał już posąg. Co więcej, chyba nawet rozpoznał maga...
- Oo, to ciekawe! Któż to taki? - Rita nie ukrywała zdziwienia i ciekawości. Miała nadzieję, że ten mag to nikt kto by nastąpił na odcisk kapłanowi, bo bardzo chciała, żeby mężczyznę odczarowano.

Młodzieniec podrapał się po bujnej czuprynie i krzywo się uśmiechnął:
- Może lepiej, żeby pani sama z nim porozmawiała?
- Chętnie, zaprowadzi mnie pan? - uśmiechnęła się psionka.

Młody kleryk skinął ręką i zaprowadził Ritę do wnętrza świątyni. Ojciec Lantern nucił wesołą melodię pod nosem i zapisywał zwój. Za biurko służył mu ołtarz. Przełożony tego miejsca miał mlecznobiałe włosy, rosnące w gęstych kępkach po obu stronach głowy. Jego twarz zdobiła kosmata broda i szeroki uśmiech. Niestety pozostały mu już tylko cztery zęby.

Rita uśmiechnęła się do mężczyzny.
- Dzień dobry, ojcze, nazywam się Rita Smith i to ja poprosiłam wczoraj o pomoc w kwestii tego maga.

Kapłan uniósł rękę w geście "niech panienka da mi jeszcze chwilę", po czym jego piosenka dobiegła końca. Oczy posągu Lathandera rozbłysły mocnym blaskiem, a ojciec Latnern tryumfalnie uniósł zwój:
- Haha! Udało się! Dzięki tobie, Panie, rzecz najjaśniejsza. - Duchowny zgiął się w pół przed posągiem, po czym lekkim, niemalże taneczny krokiem zbliżył się do Rity. Ucałował jej dłoń i nisko schylił czoło:
- Ojciec Lantern, do usług kochana. Witam w domu Pana Poranka! To ty przyprowadziłaś naszego filutka? - Wskazał na znajdujący się w głębi głównej sali kamienny posąg.

Rita uśmiechnęła się i z westchnięciem pokiwała głową.
- Dokładnie tak. Doszły mnie głosy, że go ojciec rozpoznał nawet.
- Tak... Rozpoznąłem... - Lantern cmoknął jakby niezadowolony, po czym rozłożył ramiona: - Z całym szacunkiem dla kochanienkiej pani, ale ten tutaj, to straszny skurczybyk, jak to młodzi mówią. Miał sporo szczęścia, że trafił w dobre ręce.
- Kto to? - rzuciła okiem na "skurczybyka", po czym znów zwróciła swoje czarne oczy na kapłana.
- Robert Shadowspire. Z tego co wiem, para się złą magią i sprzedaje swe czary każdemu, kto ma odpowiednie pieniądze. Trudna sprawa...

Rita spochmurniała. Nazwisko nic jej nie mówiło.
- Rzeczywiście trudna. Ale jego sytuacja obecnie jest nie do pozazdroszczenia mimo wszystko. Czy będzie pan w stanie go odczarować?

- Hm... - Zasępił się kapłan: - Owszem, nikt nie zasługuje na taki los. Przykro mi to mówić, ale raczej nie liczyłbym na wdzięczność z jego strony. Zrobię co w mojej mocy, choć czar, który na niego rzucono jest potężny.
Lantern chwilę popatrzył na maga:
- A może bardziej przydałby się jako ozdoba do naszego ogrodu...?
- Ojcze! - Młodzieniec za plecami Rity chrząknął.
- A tak, tak, prawda. Jak to się robiło... - kapłan przymknął oczy i zaczął wypowiadać słowa modlitwy do Lathandera. Wkrótce sale świątynną wypełnił lekki podmuch wiatru, a kamienna figura zaczęła nabierać kolorów.
- O cholerka! Jeszcze nie jestem taki stary jak myślałem! - Ojciec Lantern ucieszył się chyba bardziej z tego, że wyszedł mu czar, niż z przywrócenia do cielesnej formy Shadowspire'a.

Rita uśmiechnęła się do ojca Lanterna i w milczeniu czekała na reakcję ożywionego maga.

- Uh... - westchnął mężczyzna, po czym wciąż trzymając rozwinięty zwój w ręku osunął się na ziemię: - Moja... głowa... - stękał leżąc na zimnej posadce.
- Długo będzie cierpiał? - spytała szeptem Lanterna.
- Robert, żyjesz, he? - Lantern pochylił się nad magiem.
- Yyy... co... gdzie ja jestem? - mag rozglądał się po świątyni.
- Ta kobieta przywiozła cię do naszej świątyni.
- Przywiozła...? - Shadowspire spojrzał na Rite.
- Na wozie. Wolałam prosić o pomoc w odczarowaniu Ciebie niż udawać, że jesteś najlepszym dziełem jakie wyszło spod mojego dłuta - uśmiechnęła się krzywo.
Mag spojrzał na Lanterna: - Odczarowaniu? Jakie dłuto? Ktoś mi powie co się stało i dlaczego jestem tutaj, a nie... tam gdzie być powinienem?
- Nie wiem co się stało. Jedno jest pewne - ktoś Ciebie zaklął w kamień, sądząc po Twojej pozie - w trakcie rzucania czaru. Moi znajomi i ja znaleźliśmy Cię na trakcie do Wrót, więc zabraliśmy Cię ze sobą - wyjaśniła. - Ojciec Lantern dzięki mocy Pana Poranka przywrócił Cię do normalnej postaci.

Mag zrobił niezbyt inteligentną minę: - To... możliwe. - Przeniósł wzrok na Lanterna: - Zapłacę ci później. Chwilowo jestem pod kreską, starcze.
Starszy kapłan pokręcił głową i gestem zatrzymał szykującego się do upomnienia młodzieńca: - Potraktuj to jako zapomogę chłopcze. Nie jesteś mi nic winien.
Shadowspire otrzepał szaty i ponownie zwrócił się do Rity: - Czy na trakcie byłem sam?

Kobieta wzruszyła lekko ramionami.
- Nie licząc tych rzezimieszków, którzy pakowali Cię na wóz, pewnie chcąc sprzedać, to tak. Czy pamiętasz którego było zanim się znalazłeś tutaj?
- 27 Flamerule. Rzezimieszków? Możesz ich opisać?
- Czyli wczoraj. A co do rzezimieszków... - Rita opisała ich najlepiej jak potrafiła.
- A to ścierwa! Zatłukę! - Robert uderzył pięścią w otwartą dłoń: - No to dłużej nie zabieram wam, zapewne cennego czasu.

Hola, nie tak szybko!
- Poczekaj sekundę, proszę - Rita wyjęła małą rzeźbę, popiersie przedstawiające Credo. - Znasz może tego gościa? - podetkała mu je pod nos.

Robert zmrużył brwi i wbił wzrok w małą statuetkę: - Pierwsze widzę. - Wzruszył ramionami.
- A czy w takim razie kojarzysz może nazwisko Credo? Vade Credo?
- Credo... Credo... Czy to nie czasem bard? Zdaje się, że jakiś grajek, tak.
- Słyszałeś może dokąd się wybierał?
Mężczyzna pokręcił głową: - Nie mam pojęcia. Jeśli to wszystko, muszę spadać. Wypadałoby sprawdzić, czy w ciągu tego jednego zasranego dnia nie uznali mnie za trupa.
- Z pewnością uznali. Ale zmartwychwstałeś. Gratuluję - Rita skinęła mu głową i straciła zainteresowanie mężczyzną. Odwróciła się lekko w stronę Lanterna, lecz nadal miała Shadowspire'a w zasięgu wzroku.

- Tak więc idź w pokoju młodzieńcze i nie zapominaj, że nie każdy chcę srebrników za ocalenie cudzego tyłka! - Lantern wygonił Shadowspire'a ruchem dłoni. - Kochanienka pani wybaczy za niego. Mówiłem - łachudra. Przykro mi, że ten bubek nawet pani nie podziękował...

- Cóż, nie każdy miał jak widać możliwość wynieść z domu dobre wychowanie - odezwała się wspaniałomyślnie, kiedy mag wyszedł. Uśmiechnęła się do Lanterna. - Zresztą, nieważne. Dziękuję za pomoc, ojcze. A właśnie - może wy coś wiecie na temat Vade? Szukam go na prośbę jego przyjaciół. Zniknął kilka dekadni temu i nikt nie wie, gdzie jest, co ich bardzo martwi...
- Vade Credo to dobry chłopak, nawet nie wiedziałem, że zaginął. Był tu u nas... - ojciec Lantern spojrzał na młodzieńca: -...jakiś miesiąc temu - podpowiedział młodszy duchowny.
- Wywodzi się z dobrej i pobożnej rodziny. Wszyscy wyznają Lathandera. - Kapłan pokiwał głową z uznaniem.
- Jest ojciec pewien? Jego brat, Senter, jest kapłanem Kelemvora - zdziwiła się.
- No tak... prawda... - Starzec wyglądał tak, jakby uświadomił sobie coś oczywistego dla innych: - Ale kiedyś był jednym z nas.
- Opowiedz mi o tym, proszę - poprosiła, zaciekawiona.
- Senter Credo był kiedyś kapłanem Lathandera i to całkiem zdolnym. Niestety, w którymś momencie musiał stracić wiarę, gdyż opuścił nasz kościół. Po paru latach ponownie wrócił do stanu duchownego i to jako pogromca nieumarłych-Kelemvoryta... Eh, Kelemvor to taki ponury bóg... Szkoda mi biednego chłopaka.
- Szczęście, że nie wyznaje jakiegoś złego bóstwa, ojcze - Rita spróbowała nieco rozjaśnić myśli starca.
- Racja, racja. Słuchaj kochanienka, strasznie mi głupio, że wychodzisz od nas z niczym, a przyszłaś z sercem pełnych dobrych intencji. Chciałbym ci coś podarować. - Starzec uśmiechnął się szeroko.
- Och! - sapnęła zaskoczona. - Ależ nie trzeba!

Starszy kapłan wygrzebał spod swojego złotego ornatu flakon o niebieskiej zawartości: - Wypij to w chwili zagrożenia, a zapewniam, że wiara w twego boga cię ochroni. A teraz biegnij już, Credo sam się nie odnajdzie!
- Co to takiego, ojcze? - spojrzała na zawartość.
- Eliksir Tarczy Wiary. Dość potężny, na pewno ci się przyda.
- Dziękuję bardzo! Myślę, że się przyda, oby nie za szybko - uśmiechnęła się. - A jeśli będziecie szukali kiedyś rzeźbiarza, to się polecam na przyszłość - schowała flakonik, pożegnała się i wyszła.

Było przed siódmą. Do spotkania w Spłonionej Syrenie miała jeszcze dość czasu, żeby zajrzeć do świątyni Oghmy. Szybkim krokiem udała się zatem do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Wrót, gdzie bez problemu znalazła znajdujący się tuż obok pałacu książęcego piękny budynek z białego marmuru. Na miejscu poprosiła o mapy okolicy.

~ Gdzie ten łazęga mógł się udać? Przyjmijmy, że weźmiemy pod uwagę obszar w promieniu dekadnia od Wrót Baldura...

Psionka bez problemu przeglądała podane jej mapy - w końcu była geografem z wykształcenia, a przynajmniej za takiego się uważała, skończywszy geografię i historię na uniwersytecie Pani w Silverymoon. Było to co prawda kilkanaście lat temu, ale coś nie coś pamiętała, a na pewno już jak czytać mapy. Znalazła kilka obiecujących lokalizacji, niektóre stanowiska "archeologiczne", dla profanów niewidoczne, wyglądały na nietknięte. A przynajmniej tak wynikało z map.

Rita natrafiła na wzmianki o szczególnie interesujących ruinach, położonych trzy dni na południe od Wrót Baldura. Najprawdopodobniej nikt ich jeszcze nigdy nie złupił. Są to ruiny starej magicznej wieży, w której właściciel Maverick Maravallon urządził sobie grób, ponoć zabierając mnóstwo magicznego sprzętu razem z sobą. Maravallon, o ile dobrze pamiętała, był magiem specjalizującym się w tworzeniu bereł, zmarłym w 1250 roku RD. Słyszała także, że do dziś można spotkać wyroby z jego symbolem, ale przede wszystkim - że Maravallon wypuścił na rynek komercyjny podobno ledwie z jedną trzecią tego, co zrobił. Reszta mogła znajdować się właśnie tam.

Pani Smith poczuła dreszcz zaciekawienia - gdyby była Vadem Credo, to właśnie tam by się udała. Inna sprawa - coś chyba ewidentnie poszło nie tak, skoro młody bard zniknął i nie dawał znaku życia. Cóż, zmarły mag musiał zastosować potężne środki obrony swojej własności...

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk dzwonu bijący na godzinę dziewiątą. Szybko przerysowała mapę, używając do tego celu włąsnego szyfru, aby nikt poza nią nie widział co właściwie widzi. Nie ufała swoim towarzyszom, więc wolała być niezbędna w tym, żeby - jeśli się zdecydują - na miejsce dostali się tylko dzięki jej wiedzy.

Przy wyjściu wrzuciła kilka złotych monet do skarbonki, pożegnała się grzecznie z kapłanami Oghmy i szybkim krokiem udała się do lunaparu.

Przybyła ostatnia. Bez cienia obrzydzenia zjadła zurri ubrane w strój kapłanki Lolth i posłuchała sprawozdania Amayena. Wreszcie przemówiła cicho, żeby nikt inny poza nią i towarzyszami tego nie usłyszał.

- Obiekt nie był widziany w świątyni Lathandera od miesiąca. Dał dużą ofiarę przed wyjazdem co może wskazywać, że chciał sobie zapewnić przychylność swego bóstwa. Statua maga okazała się niejakim Robertem Shadowspire'm. magiem parającym się wedle ojca Lanterna "złą magią". Zaczarowany został wczoraj. Nie wie gdzie może być nasza zguba - wzruszyła ramionami.
- Potem udałam się do świątyni Oghmy i znalazłam tam miejsce, które mogło zainteresować naszego ptaszka. Są to ruiny wieży należącej do pewnego maga, który przed 1250 rokiem zalał rynek magiczny swoimi berłami. Te ruiny mogły się wydać obiecujące dla osoby takiej jak nasz poszukiwany. Z mojej strony tyle. No chyba że was zainteresuje fakt, że jego brat kiedyś był kapłanem Pana Poranka.
Avatar użytkownika
thannis
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1324
Dołączył(a): Wt maja 01, 2007 8:17 pm

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Morel » Pn lut 27, 2012 5:08 pm

Amayen Karrutt

Amayen podrapał się po brodzie.
- Wiadomo coś więcej na temat tej wieży? To faktycznie mogło być miejsce, z którego Credo miał odzyskać jakiś przedmiot. Jeżeli nic nie wskóramy u Deepsteela, to będzie to nasz najlepszy punkt zaczepienia.

Kiedy Rita wspomniała o bracie zaginionego, Amayen zmarszczył nieco brwi.
- Słuchajcie nie zrobiliśmy jednej podstawowej rzeczy, Ani pierwotna grupa, ani pozostali nie sprawdzili braciszka. Może wypadałoby nieco nadrobić zaległości?
Avatar użytkownika
Morel
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 3428
Dołączył(a): Śr mar 03, 2010 12:59 pm
Lokalizacja: Wrocław

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Corrick » Pn lut 27, 2012 5:19 pm

Tanis Orloara

Półdrow westchnął.
- Tak, wszyscy potwierdzają, że Vade wyjechał z miasta cztery dekadnie temu. Skoczę jeszcze do Deepsteela, może mi uda się coś od niego wyciągnąć. - posłał figlarne spojrzenie w stronę Amayena, ewidentnie robiąc sobie z niego jaja - Wieża jest dobrym punktem zaczepienia. Proponuję udać się tam jeszcze dziś - przynajmniej ruszyć w jej kierunku. Jeśli oczywiście, niczego lepszego nie znajdziemy. - pokręcił głową. - Proponuję zrobić konkretne zakupy. - tu znów posłał urwane, pełne uśmiechu spojrzenie w kierunku czarnoksiężnika - Kupić liny z hakami, pochodnie bo nie każdy widzi w ciemnościach tak dobrze, jak ja. - uśmiechnął się lekko - Choć ja posiadam większość z wymienionych rzeczy, jak przypuszczam, Meathor również. To rzeczy niezbędne w złodziejskim fachu. - błysnął oczami, rzucił na stół kilka miedziaków i dwa srebrniki i wstał. - No, komu w drogę, temu czas. Idę do Deepsteela.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 2333
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 11:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Meathor Tasartir » Pn lut 27, 2012 5:25 pm

Meathor Tasartir

Meathor posłuchał Rity i stwierdził:
- Rito, chyba jako jedyna dowiedziałaś się czegoś sensownego. Wieża rzeczywiście wydaję się, być miejscem do którego mógłby podążyć. W czasie gdy Tanis pójdzie do Deepsteela, ja zakupię coś na drogę. Jesli chcecie mogę zrobić zkaupy dla nasz wszystkich. - skończył półelf.
Avatar użytkownika
Meathor Tasartir
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 374
Dołączył(a): Pt gru 02, 2011 3:17 pm
Lokalizacja: Gdańsk

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Morel » Pn lut 27, 2012 5:31 pm

Amayen Karrutt

Amayen spojrzał na Tanisa i posłał mu kwaśny uśmiech.
- Też widzisz niewidzialnych Tanis? Fajnie - nie jestem sam.
Czarnoksiężnik spojrzał po wszystkich.
- To za ile się spotykamy?
Avatar użytkownika
Morel
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 3428
Dołączył(a): Śr mar 03, 2010 12:59 pm
Lokalizacja: Wrocław

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Corrick » Pn lut 27, 2012 5:35 pm

Tanis Orloara

- Dwie godziny po południu, przy głównej bramie w stronę Water. - rzucił półdrow przez ramię. - Zakupy zrobię sam. Planuję zdążyć. - posłał im jeszcze jeden krótki uśmiech, po czym wyszedł z Syreny i podążył w stronę karczmy "Między Gorzałką a Zakąską". Miał dziś wyjątkowo dobry humor - w końcu pracował w mieście.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 2333
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 11:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Meathor Tasartir » Pn lut 27, 2012 7:24 pm

Meathor Tasartir

Meathor odszedł od stołu również biorąc jeszcze jedną larwę do ust.
- Całkiem dobre Kerendis - pierwszy raz jadłem. - rzekł po czym odszedł.
Przed odejściem Rita zapytała go jeszcze czy zakupi dla niej łopatę oraz kilof. Meathor odpowiedział, że nie ma problemu na co Rita w odpowiedzi skinęła głową z leciutkim uśmiechem na twarzy

W mieście Meathor wiedząc, iż właściwie posiadają wszystko co jest potrzebne na drogę, a on sam ma jeszcze racje na tydzień oraz posiada tylko 20 sztuk złota kupił jedynie lampę górniczą oraz dokupił rację na dwa dni. Na końcu zaopatrzył się jeszcze w łopatę oraz kilof. Półtorej godziny po południu był już przy głównej bramie. Jego koń - Set objuczony stał machając na boki ogonem, a sam Meathor stojąc w cieniu, tak aby nie zwracać na siebie nie potrzebnej uwagi czekał na towarzyszy.
Ostatnio edytowano Wt lut 28, 2012 3:14 pm przez Meathor Tasartir, łącznie edytowano 3 razy
Avatar użytkownika
Meathor Tasartir
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 374
Dołączył(a): Pt gru 02, 2011 3:17 pm
Lokalizacja: Gdańsk

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez thannis » Pn lut 27, 2012 11:20 pm

Rita Smith

- Amayen - Rita przysiadła się do mężczyzny - powiedz mi, jakie wrażenie na Tobie zrobił starszy brat Credo?
Czarnoksiężnik znowu podrapał się po brodzie.
- Wiesz co, nie zastanawiałem się wcześniej, ale wydawał mi się cholernie wyniosłym kolesiem.
- Ja go niestety nie poznałam. Oczywiście, to może nic nie znaczyć, ale... A ta narzeczona, coś możesz o niej powiedzieć?
- Ona uważała, że bard się zmienił, braciszek jednakże - miał spore wątpliwości
- Ale jak zmienił? Na lepsze, znaczy, że po ślubie nie będzie się włóczył po świecie?
- Raczej nie do końca był przekonany o tym, że on w ogóle chce się żenić. Ta jego dziołcha strofowała go, jednak kapłan zapowiedział, że jeśli znajdziemy Vade'a a to wszystko okaże się jego wybrykiem to ma nie wracać. Ona w niego wierzyła - brat raczej już średnio.

Rita zamyśliła się. - Niezły przeskok z kapłana Pana Poranka do kapłana Kelemvora... Ale prawdopodobnie nie ma to żadnego związku z naszą sprawą. Jedno mnie dziwi - skoro Credo był winien komuś pieniądze, to dlaczego zamiast je oddać dał bardzo hojną ofiarę?
- Przeskok mógł być związany z ich ojcem. Ze słów kapłana można było wywnioskować, że jest umierający. Szuka brata też dlatego, aby ojciec mógł go zobaczyć przed śmiercią po raz ostatni.
Amayen na chwilę zamilkł:
- Wydaje mi się, że jeśli dowiemy się co takiego znalazł młody Credo to rozjaśni nam się nieco sytuacja i będziemy wiedzieć, dlaczego tak się zachował.

Rita kiwnęła głową.
- Pożyczyć ci trochę kasy? - spytała wstając.
Amayen uśmiechnął się krzywo
- Dzięki, jakoś sobie poradzę.

Kiwnęła krótko głową i wyszła.

Po wyjściu udała się do Elfiej Pieśni, zabrała swoje rzeczy i poszła sprzedać wóz i konia. Dostała 60 sztuk złota, więc podzieliła tę kwotę na sześć osób. Później osiodłała swoją czarną klacz i o odpowiedniej porze znalazła się przy bramie prowadzącej do Waterdeep.

Wręczyła każdemu jego działkę, na końcu dała ją Amayenowi patrząc mu w oczy, a były one na tej samej wysokości co jej.
- To NIE JEST pożyczka - uśmiechnęła się krzywo.
Ostatnio edytowano Wt lut 28, 2012 12:19 am przez thannis, łącznie edytowano 1 raz
Avatar użytkownika
thannis
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1324
Dołączył(a): Wt maja 01, 2007 8:17 pm

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Corrick » Wt lut 28, 2012 1:54 am

Tanis Orloara

Tanis po wizycie w Spłonionej Syrenie poczuł niemiłe ukłucie w piersi. Na jego szczęście (bądź nieszczęście) odczucie to nie było spowodowane fizyczną dolegliwością. Przypomniał sobie blond włosą piękność, która uwodziła go wczoraj swoimi słodkimi pieśniami. Chwilę później, przed jego oczyma pojawił się zadziorny uśmiech narzeczonej, którą pozostawił w Waterdeep. Musiał jednak przełknąć rozterki i skoncentrować się na zadaniu. "Między gorzałą a zakąską" było lokalem, do których przywykł. Roiło się w nim od podejrzanej klienteli, a co wytrwalsi już zaczynali tankować. Najwyraźniej nie obowiązywała tu zasada, w myśl której dżentelman nie pija przed dwunastą. Jego bystry pół drowi wzrok prędko dojrzał Gwoina Deepsteela, który czujnym okiem lustrował salę główną.
Półdrow podszedł do baru raźnym krokiem, rzucił kilka srebrników na blat i rzekł: - Kufel Twego najlepszego piwa, krasnoludzie.
Krasnolud parsknął pod nosem: - Najlepszego piwa we Wrotach! - odparł dumnie: - Kufel Rubinu dla ciebie. - Podał Tanisowi lekko czerwonawy trunek.
Półdrow pociągnął łyk. Posmakował. - Faktycznie, to najlepsze piwo jakie piłem we Wrotach. - pochwalił krasnoluda.
Ten uśmiechnął się krzywo: - Pewnie, że najlepsze! Ślęcza nad nim godzinami. Gdybyś wiedział, jak ciężko jest zdobyć szyszki chmielu spod Neverwinter... Z resztą, nie wiem czy to komplement z ust szpiczastouchego...
- Heh, gdybyś tylko wiedział, skąd przybyłem, na pewno uznałbyś to za komplement. - uśmiechnął się półdrow pod nosem i poprawił swą godność na stołku.
- Athkatla? - strzelił Gwoin.
- W drugą stronę przyjacielu. - podpowiedział Tanis.
Deepsteel chyba najwyraźniej powiązał kolor skóry rozmówcy z jego pochodzeniem. Przytaknął i wskazał na kufel: - Jako skończysz mogę ci dać coś z twoich stron. Mam trochę przemyconej gorzały z grzybów, od Szarych.
- Chętnie. Aczkolwiek przyszedłem tu także w interesach. - łyknął ponownie piwa.
- Interesach, hy? Czy powinienem cię znać?
- Mnie raczej niekoniecznie, ale moich znajomych już na pewno. - półdrow spojrzał na niego tajemniczo.
- No więc co to za znajomi. - Krasnolud spojrzał na pół drowa nieco znużony.
- Senter Credo. - Tanis spojrzał Deepsteelowi prosto w oczy.
- Credo powiadasz. - Krasnolud sprzedał piwo mężczyźnie, który mierzył chyba z metr dziewięćdziesiąt wzrostu.
- A owszem, Senter Credo. Kapłan Kelemvora z Waterdeep. Niegdyś znany zabójca nieumarłych i kleryk Lathandera. - Tanis rozkoszował się piwem.
- Smakuje?
- Jak już mówiłem, nie piłem lepszego od czasów urodzenia! Kupię od Ciebie kilka butelek na podróż. - Półdrow rzucił dwie złote monety na bar.
- Nie ma problemu. Za dwie sztuki złota dostaniesz całą skrzynie.
- Chcę raptem pięć butelek. Za całą skrzynię musiałbym zapłacić więcej. - mina półdrowa zdradzała, że jest on śmiertelnie poważny. - Uważam, że to Twoje piwo jest stanowczo zbyt tanie, jak na najlepsze piwo w całych Wrotach.
- Dobra, dobra. Przynieść ci teraz? - Mimo, że pochlebstwo nie było zbyt wyszukane, krasnolud nie dał tego po sobie poznać.
- Pięć flaszek, jak powiedziałem. Nie więcej. I może tej gorzały z grzybów, jedną flaszkę. - powiedział półdrow.
Gwoin skinął głową i na chwilę zniknął za barem. Wrócił z butelkami Rubinu i ciemną flaszkę: - To dla ciebie. Lepiej nie mieszaj. To gówno z grzybów ma wielką moc. - Krasnolud ni to chrząknął ni to się uśmiechnął.
- Sie wie. - uśmiechnął się. - Nie wiesz, gdzie udał się Vade? Jego brat go szuka, a wiem, że wczoraj był tu osobnik, który pragnie jego głowy.
- No dobra, widze, że tego tak nie załatwimy. Wiem, że ściemniasz i coś ostatnio zbyt często tutaj wypytują o Credo. Jeżeli chcesz go dopaść, spóźniłeś się i to o szmat czasu.
- Wiem, że wczoraj wypytywali Cię o Vade. I wiem również, że Senter jako na jedyny praktycznie trop, wskazał na Ciebie, krasnoludzie. A mogę przypuszczać, że Vade udał się cztery dekadnie temu do ruin wieży Mavericka Maravallona. Chcę go tylko przyprowadzić do Waterdeep, przed ołtarz. Bo chyba Ci powiedział, że się żeni? - uśmiechnął się zawadiacko.
- Dammbad, zastąp mnie. - Krasnolud zwrócił się do swojego pomagiera. - A ty chodź za mną. W tym cholernym mieście ściany mają oczy i szy, a nie zdziwiłbym się jakby widziały w ciemnościach.
Gwoin zaprowadził go za bar, gdzie znajdowała się niewielka i ciasna kuchnia. Wszędzie walały się skrzynki pełne Rubinu i innych trunków. Krasnolud wskazał na stołek, sam zaś oparł się o blat: - Teraz zadam ci parę pytań. Jeśli naprawdę chcesz pomóc Vade'owi, to odpowiesz na nie. Jeśli nie, odejdziesz stąd... pospiesznie.
- Byle z głową na karku. - półdrow posłał krasnoludowi pewny siebie uśmiech.
- Vade to mój przyjaciel i nie będe rozpowiadał o nim nikomu, kto na to nie zasługuje. Jeśli naprawdę zaginął, Senter musiał ci o nim trochę opowiedzieć. Kto jest narzeczoną Vade'a?
- Tori Lostdale - na całe szczęście półdrow miał doskonałą pamięć do nazwisk.
Gwoin skinął głową: - Na jakim instrumencie gra Vade?
Oj, tu już zaczęły się schody. Ale po chwili przypomniał sobie rozmowę z kobietą w Szuwarach i na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech: - Vade gra na flecie.
Gwoin spojrzał na niego podejrzliwie: - Jesteś pewien?
Zrobił zamyśloną minę, po czym dodał: - Może jeszcze starszemu bratu na nerwach. Ale to nie instrument muzyczny, więc tak, jestem pewien, że Vade gra na flecie.
- Dobrze, masz rację. - Gwoin przytaknął. Nalał do kieliszka gorzałki i wręczył ją Tanisowi: - Masz pewnie ci w gardle zaschło, he, he.
- Ale to nie ta z grzyba, co? - zapytał, nim łyknął kieliszek jednym haustem.
Wódka była mocna, ale za to krasnolud miał rację. Gwoin nie wyglądał na typa, który rzuca słowa na wiatr: - No dobra, co chcesz dokładnie wiedzieć i jak do cholery się nazywasz?
- Tanis Orloara, do usług. Czy Vade wyruszył do wspomnianej przeze mnie wieży? - zapytał od razu.
- Nie. Miał tam wyruszyć, ale sprawy się skomplikowały.
- To znaczy? - podniósł pytająco brew i odkapslował jedną z zakupionych flaszek piwa.
- Do wyprawy, o której mówiłeś przygotowywał się dość długo, ale w końcu odpuścił. Lochy, które miał zrabować były strzeżone przez cholernie zabójcze pułapki i wiele, wiele, wygłodniałego ścierwa. Miał to być to jego ostatni wypad, po tym jak miał osiąść przy Tori i braciszku w Waterdeep. Jakieś cztery dekadni temu spotkał się tutaj z wysłannikiem swojego zleceniodawcy. Ten niestety nie przyjął odmowy i polecił Vade'owi samemu wypowiedzieć zlecenie. Razem udali się wprost do kupca, który chciał zrabować ową wieżę.
- Czyli pewnie tam ruszyli. Świetnie, przebijać się przez hordy nieumarlaków... - westchnął Tanis, robiąc łyk piwa z flaszki. - A jak się nazywał ten kupiec?
- To potężny i wpływowy człowiek. Nazywa się Ulthar Foldir Piąty, jego pałac i faktoria kupiecka znajdują się w Suzail.
- Poważnie, Cormyr? - półdrow oklapł z sił. Jeśli dobrze liczył, zostało mu 7 albo 8 dni zdrowia. - Vade tam podążył?
- Tak, razem z tym wysłannikiem, Bruno jakiś-tam, nie pamietam dokładnie.
- Konno czy jakimś innym transportem?
- Wyjechali konno, ale to pierdolone 1200 kilometrów... Po drodzę wszystko mogło się wydarzyć.
- Na jego miejscu wolałbym przyjąć już to zlecenie, niż się tam tłuc...- westchnął półdrow.
- Wiesz, Vade był postawiony między misją samobójczą, a wydymaniem naprawdę wpływowego człowieka. Wolał wchodzić w nowe życie bez starych zobowiązań i to całkiem poważnych.
- Masz tu mapę? - zapytał nagle Tanis.
- Coś powinno się znaleźć. Zaczekaj chwilę. - Krasnolud wrócil do kuchni po około pięciu minutach (mniej więcej połowie butelki piwa, które było naprawdę wyśmienite): - Tu mam jakiś stary atlas Faerunu, nada się? - Podał Tanisowi: - Zamierzasz wyjechać za nim?
Tanis spojrzał na mapę. - Podróżowali we dwójkę czy z jakąś karawaną? - zapytał, by pogrążyć się w mapach. Po chwili rzucił następne pytanie: - Da się jakoś płynąć w górę rzeki Chionthar?
Krasnolud zerknął na mapę: - Wyruszyli sami, tak było najszybciej, a jak wiesz Vade spieszył się na ślub. Rzeka jest spławna, ale nie ma sensu podróżować nią w górę biegu. Jeśli masz szybkiego konia powinieneś dotrzeć do Cormyru w 20 dni.
- Przynajmniej bez żadnych niespodzianek. - półdrow westchnął. - Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak udać się na Most Boareskyr i tam na niego poczekać. Choć na jego miejscu, dojechałbym do Iriaebor i ruszył dalej rzeką, aż do Wrót. - Tanis uśmiechnął się szeroko. - Jeśli śpieszył się tak bardzo na ślub, to najszybsza droga. Według tego, niedługo powinien pojawić się we Wrotach i wynająć statek. - posłał krasnoludowi szeroki uśmiech.
- Zastanawia mnie, czemu nie poinformował swojej rodziny od tak długiego czasu?
- Jeśli był w Suazil, musiał mieć okazję. Choć, ja wyruszyłem z Waterdeep ponad dekadzień temu. Mogłem się po prostu rozminąć z informacjami.- wzruszył ramionami półdrow.
- Mhm. No dobra, masz jeszcze jakieś pytania? Przyznam, że siadło mi trochę na wątrobie to, że rodzina go poszukuje.
- Znasz może krasnoluda ze Skullportu zwanego Krukiem? Mogę przypuszczać, że na mnie poluje... - zapytał Tanis z kwaśną miną. Dalej nie dawało mu spokoju to, gdzie jest obecnie Credo.
- Jeżeli poluje na ciebie ktokolwiek ze Skullportu to tutaj raczej jesteś bezpieczny. To nie teren tamtejszych chłopaków. Chyba, że za twoją głowę obiecana jest jakaś nagroda.
- Przypuszczam, że pewnym zleceniem wydano na mnie wyrok - Tanis czuł się, jakby poraził go piorun. Że też dopiero teraz to zrozumiał. - Natknąłem się na bardzo dziwną pułapkę. Zresztą, nieważne. - mruknął po chwili.
Gwoin uniósł dłonie: - Lepiej nie wtajemniczaj mnie w sprawy gildii. Ja swoje płace i mam spokój.
- Nie należę do Złodziei Cienia. - Tanis uśmiechnął się kwaśno.
- Tutaj lepiej głośno nie wypowiadać tej nazwy. Płomienne Pięści dostają wysypki na dupie gdy ją słyszą. To dobrze dla ciebie - chyba, że chcesz zostać tu na dłużej.
- Nie, wyszedłem już z fachu, tak mi się wydaje. Chyba, że ktoś ma wrogów politycznych - posłał krasnoludowi kolejny kwaśny uśmiech. - To mi przypomina o pewnym pytaniu... Czy Vade miał we Wrotach jakiegoś znaczącego wroga?
- Vade? Wątpię, ale na pewno miał konkurencje. Mnóstwo tutaj poszukiwaczy skarbów i innych włazidziurów.
- Dlaczego więc nie podzielił się z kimś nagrodą? - westchnął. - A nazwisko Robert Shadowspire?
- A jest taki dupek. Z tego co wiem podnóżek Regefasta.
- Regefasta?

- Nie znasz Regefeasta? Widać, że od niedawna jesteś w mieście... To potężny mag, krezus i polityk. Mówią, że ma zastąpić jednego z wielkich książąt.
- Jaki jest w obyciu? Mógłby pomóc mi swoją magią? - zapytał, doznając nagłego olśnienia.
- Hu-hu! Zakładasz, że dostaniesz się do jego posiadłości? Wątpię, żeby zniżał się do poziomu zwykłych śmiertelników. Chyba, że masz bardzo mocne plecy. W to jednak wątpię - inaczej byś o niego nie pytał.
- A ktoś inny? Znasz jakiegoś czarodzieja godnego polecenia? - nie ustępował.
Krasnolud podrapał się po głowie: - Rozumiem, że chodzi ci o takiego do kupienia?
- Chodzi mi o usługę.
- Może spróbuj w Czarodziejskich Rozmaitościach? To najlepszy sklep dla magów na całym Wybrzeżu Mieczy. Pewnie czary też sprzedają.
- Dobrze. Masz może coś, co należało do Vade'a? To znacznie ułatwiłoby magikowi odnalezienie go. Przynajmniej tak mi się wydaje. - uśmiechnął się słabo i opróżnił butelkę.
- Nic nie przychodzi mi do głowy... Słuchaj, muszę wracać do klientów. Jak masz jeszcze jakieś pytania to wpadnij około trzeciej. Będe jadł obiad.
- Dobra, jeśli uda mi się coś ustalić bądź przypomnieć, przyjdę. Mogę pożyczyć na razie ten atlas? Udanego utargu. - życzył krasnoludowi i opuścił lokal. Nie było jeszcze południa, więc miał sporo czasu. Podążył więc do Czarodziejskich Rozmaitości.

Sam budynek przypominał wielobarwną bańkę, wykonaną z jakiegoś kryształu, albo szkła. Wyglądało, jakby z wnętrza dobiegały snopy różnokolorowego światła.
- Magowie i ich fanaberie. - mruknął pod nosem Tanis, po czym uśmiechnął się szeroko. Wszedł do środka.
Oczywiście wrota uchyliły się przed Tanisem same. Z wnętrza rozlał się czerwono zielony blask i dziwne zapachy, lecz półdrow brnął dalej.
Wnętrze bańki przypominało pomieszanie biblioteki, antykwariatu i laboratorium. W powietrzu furkotały mefity i różne chowańce, a w koło kręciło się mnóstwo magów przymierzających magiczne buty i wykrzykujących słowa rozkazu różdżek. Tanis poszukał wzrokiem kogoś, kto mógłby wyglądać na coś, w rodzaju sprzedawcy.
Nie musiał szukać długo. Nie dłużej jak po pięciu uderzeniach serca zjawił się przy nim mag o koziej brudce i pulsującym na fioletowo pasie. Cały objuczony był magicznym komponentami, a na oczach miał binokle.
- Eliksir, zwój, różdżka, szata? Cóż dla szanownego pana?
Tanis podrapał się po brodzie, chcąc wyglądać mądrzej, niż w rzeczywistości. - Na początek, chciałbym kupić standardowe komponenty magiczne. Widzi pan, objawiło mi się ostatnio kilka zdolności, związanych chyba z moim pochodzeniem. - wskazał na swą czarną skórę i elfie uszy.
- U, a, rozumiem. Myślę, że przydałaby się panu maść Czarciej Ciemności i trzy koncentraty rtęciowe. Myślę też o dwóch, nie... trzech magicznych katalizatorach. Jeżeli weźmie pan cały zestaw, zamkniemy się w zaledwie dwunastu tysiącach!
- Dziękuję bardzo, ale moje umiejętności są raczej... prymitywne. To zaledwie takie coś. - Tanis skupił się, a jego ręka otoczona została iluzorycznym płomieniem. - I niewiele bardziej skomplikowane czary.
- O, imponujące... To może sakwa z komponentami dla początkujących?
- O, właśnie o to mi chodziło. - Uśmiechnął się przepraszająco.
Gdzieś z tyłu pojawiła się iluzja ośmiornicy. Jej macki przechodziły przez kupujących magów wzbudzając pełnej zachwytu i podniecenia okrzyki. Mag podał cenę i wkrótce wrócił z niewielką skórzaną torbą, którą można było przerzucić przez ramię.
Tanis podał mu pięć sztuk złota, po czym zapytał: - Interesuje mnie osoba, specjalista od czarów wieszczących. Chciałbym kogoś zlokalizować, bardzo mi na tym zależy, a nie potrafię tego zrobić konwencjonalnymi sposobami.
- Wieszcz? Och, mogę pana umówić na seans, choć mag ma dość napięty grafik. Chciałbym tylko uprzedzić, że to dość kosztowne czary.
- To znaczy ile by kosztował taki czar? - zapytał półdrow.
- Rozumie, że chce pan kogoś szpiegować, tak?
- Nie szpiegować. Odnaleźć. A właściwie, to ustalić aktualne miejsce pobytu osoby, który jakiś czas temu wyruszyła w podróż.
- Jak dokładnie chce pan to miejsce ustalić?
- Chciałbym wiedzieć, w jakiej 'cel', nazwijmy tak poszukiwanego, jest mniej więcej okolicy. Nie interesuje mnie dokładna lokalizacja, jedynie określenie "z grubsza".
- Dla pana, nasz wieszcz dowie się tego za jedyne 500 sz! Przy czym bardzo przydałaby się rzecz należąca do osoby, którą chce pan odnaleźć, albo chociaż jej podobizna.
- Dobrze, gdy tylko znajdę rzecz należącą do tej osoby, wrócę. Proszę na razie nie rezerwować mi nic, nie jest to aż tak pilna sprawa - półdrow odwrócił się i wyszedł.

Ci magowie byli pierdolnięci. Z całą pewnością. Toż to zdzierstwo! Tanis nie miał pojęcia ile kosztuje taka usługa w Waterdeep, ale był pewien, że każdy czarodziej mógł to zrobić za marną stówkę. Ewentualnie dwie.

Ruszył na targ, gdzie w kuźni kupił rapier, obowiązkowo kazał pomalować ostrze na czarno. Sprzedał tam też swój wysłużony miecz. Kupił też krótkie, wykrzywione ostrze, nieco przypominające nóż, lecz z całą pewnością służące do cięć. Ot, w razie potrzeby. Zakupił dość żywności, by móc przeżyć następne dwa tygodnie, po czym ruszył pod bramę, poczekać na przyjaciół.
Ostatnio edytowano Wt lut 28, 2012 1:55 am przez Corrick, łącznie edytowano 1 raz
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 2333
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 11:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Morel » Wt lut 28, 2012 10:51 am

Amayen Karrutt

Amayen poszwędał się jeszcze nieco po mieście - nie miał już pomysłu na to, w jaki sposób i gdzie się udać. W końcu znalazł się na miejscu, w którym mieli się spotkać.

Rozmowa z Ritą nie dawała mu spokoju. Doprowadzała do dość niepokojących wniosków. Zwłaszcza jeżeli chodziło o Sentera. Coś tutaj cholernie nie grało i czarnoksiężnik był przekonany, że brat Vade'a był ważnym elementem tej układanki. Co bard miał ukraść, dla kogo? To były dwa podstawowe pytania, poza tym, gdzie się znajdował. Ale Amayena dręczyło też coś innego - dlaczego Senter porzucił Pana Poranka na rzecz Kelemvora? Czy wiązało się to z chorobą ich ojca?
I dlaczego, dlaczego do jasnej cholery miał przeczucie, że kapłan ich oszukał i coś tutaj bardzo śmierdziało....
Avatar użytkownika
Morel
Redaktor
Redaktor
 
Posty: 3428
Dołączył(a): Śr mar 03, 2010 12:59 pm
Lokalizacja: Wrocław

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez slann » Wt lut 28, 2012 4:22 pm

Karendis jadła z apetytem przysłuchując się pozostałym. Nie uszły jej uwadze dziwne spojrzenia rzucane przez Tanisa Amayenowi. "Skumali się w nocy czy co? ". Potem jeszcze komentarz o widzeniu niewidzialnych mruknęła
- Nie dość że dupek, to jeszcze urojenia ma - mruknęła.
Potem przysłuchując się dalszej rozmowie dodała.
- Ten braciszek wyglądał, jakby chciał sam przelecieć swą szwagierkę, i pewno marzy o kasie ze spadku. Te jego zlecenie też jest jakieś dziwne, bo tak w sumie nie opłaca nam się spieszyć. Gdybyśmy byli mondżejsi, to moglibyśmy zaszyć się na zadupiu i czekać se, żeby więcej kasy wydębić. Może o to mu chodziło? Na mnie już czas. Ale się na tej wieży obłowimy. . - rzekła i wyszła z burdelu. Najpierw udała się do sklepu, gdzie uzupełniła zapasy alkoholu i ziół, a także kupiła linę, lampę, miotłę, i dwie mikstury leczące. Potem udała się na miejsce spotkania.
slann
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 3437
Dołączył(a): Pt paź 14, 2005 11:35 am
Lokalizacja: Kowary

[D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez Corrick » Śr lut 29, 2012 5:33 pm

Tanis Orloara

Tanis czekał na wszystkich na miejscu, już godzinę przed wyznaczonym czasem spotkania. Gdy tylko pojawili się wszyscy, zaprowadził ich w jeden z bocznych zaułków i powiedział:
- Ekspedycja do wieży nie jest potrzebna. - spojrzał po wszystkich. - Dowiedziałem się od Deepsteela, że Vade cztery dekadnie temu spotkał się z wysłannikiem swego zleceniodawcy i pojechał do Cormyru, do Suazil osobiście odwołać swój udział w zleceniu. Zadanie dotyczyło splądrowania wieży, którą wskazała Rita. - współtowarzysze zdążyli zauważyć, że półdrow zamienił krótki miecz na zakrzywione ostrze i długi, wąski rapier. - Jednak Vade chciał się wycofać i ruszył konno do Suazil, aby samemu rozmówić się z kupcem. Podróż do Cormyru zajmuje mniej więcej 20 dni, jeśli przebiega bez przeszkód. Więc Vade powinien być tu lada dzień. Choć nie jestem pewien, czy nie podąży prosto do Waterdeep. - westchnął. - Czar, który powinien pomóc nam ustalić aktualne miejsce położenia Vade'a kosztuje pięćset złotych monet. Jednak i tak nie ma gwarancji, że czarodziejowi uda się ustalić dokładną lokalizację Credo. - mina półdrowa nie była zbyt wyraźna, jakby coś go trapiło.
Avatar użytkownika
Corrick
Współpracownik
Współpracownik
 
Posty: 2333
Dołączył(a): Cz cze 07, 2007 11:04 pm
Lokalizacja: Ruda Śląska

Re: [D&D 3.5 FR] O jedną Krainę za daleko

Postprzez slann » Śr lut 29, 2012 5:39 pm

- Ale ja chcem grabić skarby! W wieży dużo ich jest! Gupi Credo! To jakby nas okradł! - powiedziała diablica głosem dziecka. które nie idzie dowesołego miasteczka.
Ostatnio edytowano Śr lut 29, 2012 5:39 pm przez slann, łącznie edytowano 1 raz
slann
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 3437
Dołączył(a): Pt paź 14, 2005 11:35 am
Lokalizacja: Kowary

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do D&D - aktywne sesje

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości