Ciemno wszędzie. Głucho wszędzie. Poza tymi świecami i lampami w piwnicy, rozjaśniającymi mroki niepewności nad burzą pięści i krzeseł roztaczającej się nad ich głowami. Nad głową Konrada. Drzwi głuche. Nikt się nie dobijał do środka. Wreszcie. Wreszcie spokój. Młodzieniec rzadko kiedy przebywał w miastach - tylko po raz drugi w Nacthhafen. Szum drzew, świergot ptaków i dudnienie dzięciołów to harmonia sfer niebieskich w porównaniu do tumultu, pijackich krzyków, dźwięku wybijanych zębów.
Konrad czuł się niepewnie w towarzystwie karczmarza, jego służek i dwóch nieznajomych. Ciasno, ciemno, pełno antałków piwa. Nagle spostrzegł, że but mu się rozwiązał.
~ Cholera, aż siedem razy będę musiał przeciągać cholewy! ~ . Traper zastygł w nieistniejącej w jego głowie mentalnej histerii. Języka w gębie jakby brak. Co powiedzieć? Cicho wszędzie. Niepewno wszędzie. Zgiąć się ciężko nie ma jak, miejsca brak. Wypinać bladych niewinnych bioder przy pannach nie wypada. Zimny pot oblał skromne czoło łucznika.
A jednak! W czasie, gdy karczmarz lał piwo do kufli, Konrad wykorzystał okazję i kucnął z niezwykłą gracją. Przyjrzał się swemu butowi jak myśliwy na swą zwierzynę. Dorodną, jak przycelowana strzałem z łuku. Siedem par dziur do przetknięcia sznurówką. Siedem. Tyle ile sfer niebieskich. Tyle ile grzechów głównych. Cóż za symbolika! Cóż za dekadencja pisarska! To nie przypadek, to Dar Sigmara! Jeno Młotodzierżca mógł obdarzyć młodzieńca darem obowiązku przetknięcia siedem par dziur sznurówką.
Konrad przypomniał sobie raz jeszcze dzieje, od Krypty aż do wejścia do karczmy. Zagrożenie. Eksploracja. Ucieczka. Pogoń. Noc. Elfka. Walka w obozie. Ucieczka. Kolejne obrazy śmigały mu przed oczyma wyobraźni niczym eony dla przedwiecznych. Młody podróżnik w przeciągu tych wielu godzin przeżył w życiu więcej, niż kiedy bronił swego domostwa przed złowieszczym niedźwiedziem. Ten zabił mu wuja. Ale został przeszyty. Dał drogę na Szlak. Szlak odnalazł Konrada.
Traper wziął sznurówkę. Długą niczym krótkie jego dzieje podróznicze. Własnoręcznie robione. I zatyka pierwszą dziurkę. Jedna z panien z trudem przełknęła łyk piwa w harmidrze krzeseł, pięści i zębów za drzwiami. I zatyka drugą dziurkę. Druga z panien dopiero teraz zauważyła fioletowe ślepia Konrada. I zatyka trzecią. Czwartą. Każdy post PBF musi mieć przynajmniej dwie strony A4, retrospekcję i kwintesencję sztuki jaką jest RPG. I piątą. I szóstą. To aż trzy pary zatknięte! Wciąż mało! Co za dynamika akcji! Co za gwałtowność! Cztery pary - osiem dziurek - zostało do zatknięcia. A jeszcze potem zawiązać sznurówkę! Ach, traumy nad traumami.
Przyszedł czas, by Konrad zażył chmielnego napoju. Nie zdążył zawiązać buta. Przerwał swą życiową katorżniczą sprawę i sięgnął po kielicha. Łyknął. Nie lubił tego wywaru (chrzczony bardziej niż święcona woda w świątyniach), ale jego nikła wiedza o zwyczajach miejskich nakazała mu wypić.
I raz kolejny wiązanie sznurowadeł. Dziewiąta dziurka. Trzecia panna poczuła się cieplej po piwie. Dziesiąta dziurka. Jedenasta dziurka. Zapiała kurka ogoniasta za drzwi - chyba jakiś najemnik dorwał się do składu i rzucił nią w ścianę. Dwunasta... Nie! Sznurówka została przerwana! Zdrada! Konrad w imieniu wszystkich konradów wiążących buty w piwnicy pod schodami pewnej karczmy stanął przed dramatem.
~ Zaszyć sznurówkę czy wyciągnąć nową - o to jest pytanie! ~. Sześciu nieznajomych sączyło piwo z kufli. Jedna wyciągnął nową. Zapomniał, gdzie w plecaku ma nici, a miejsca brak na wyciągnięcie tobołka niemiłosiernie ściskanego przez plecy Konrada. Zimny pot oblał jego czoło. I kolejne wiązanie. Pierwsza dziurka, druga dziurka, trzecia... trzynasta, czternasta! Przewlekanie zakończone! Imperium uratowane! Konrad z dumą bohatera Imperium zawiązał but tak mocno, jak nikt nigdy dotąd.
***
Ale co dalej? Konrad podrapał się po swej jasnobrązowej czuprynie. Fioletowe oczy śledziły poczynania karczmarza, trzech dziewek i dwóch nieznajomych w ciasnej komórce piwnicznej. Upewnił się, czy drugi but aby na pewno zawiązany. Tak. Tzeentch nie splatał tym razem mu figla. Tumult pięści, kufli, rozlanego piwa, zębów i tarmoszonych kransoludzkich bród wystarczył.
Przydało się odezwać raz jeszcze. Karczmarz nie szczędził swych nielicznych słów na zapytanie Konrada. Karczmarz - święty mąż w karczmie. Jak zły, doda coś niecnego do piwa czy jedzenia, albo wykopie do rynsztoka. Wypada coś powiedzieć.
Konrad chciał odczekać całą tą zawieruchę za drzwiami. Nie wiedział co z Dietrichem i Magnusem się dzieje.
~ Może walczą? Może uciekli? Może siedzą w swym pokoju? ~ Zimny pot oblał jego czoło. Znów zostawił swych kompanów, tak jak podczas północnej pory w Krypcie. Dzięki temu nikt o nim nie wie. Przynajmniej Konrad tak uważa. Jakby znów umknął największym nieprzyjemnością (ale przecież wiązanie sznurowadeł to e p i c k i p r o b l e m n i e b i o s!). Sprawdził, czy wciąż ma na sobie tobołek. Ma. Czy ma łuk i kołczan ze strzałami. Tak, dziewiętnaście strzał. Czy ma swój jednosieczny miecz? Dziewiczy, zbrodni nie popełnion. Nikt mu bukłaku ani liny nie podebrał. Aż dziw, że to wszystko ze sobą niesie! To zwyczaj wśród poszukiwaczy przygód - zawsze nieść wszystko ze sobą. Młodzieniec nie przekracza normy - nie niesie ze sobą halabard w kieszeniach, drabin oblężniczych w tobołku czy siedmiu kusz zawieszonych na plecach. Znajomy znajomych jego nielicznych znajomych znajomego znał takowych odważnych.
Znów Konrad jest sam. Bez znanej twarzy. Zimny pot oblał jego czoło na myśl o pannach karczemnych.
~ Nie, nie zagadam do nich. Nie wiem jak. Nie przy tylu ludziach, nie przy karczmarzu. O czym zresztą mógłbym rozmawiać? Lasu nie znają. ~ . Ważki problem znów stanął na głowie trapera. Powiedzieć coś czy nie powiedzieć? Tak czy owak, przeczeka aż do zawieruchy.
- Kogo ostatnio mogliby szukać ci najemnicy? Coś zdarzyło się ostatnio w mieście? - bezpiecznie zagadał jakby do karczmarza, ale do wszystkich. To najbezpieczniejsze. Nawet jeśli odpowie mu podobnie jak minstrel - zło nie zostanie popełnione. Zerkał co jakiś czas na dziewki, by ocenić, czy warte jego wzroku. Młodzieniec nieśmiałym jest. Kolczyk w jego uchu (za młodu zatknął go sobie dla zabawy - potem nie dał rady wyciągnąć) mienił się od nielicznego światła w komórce piwnicznej.
Sprawdził, czy but znów mu się rozwiązał. Jednak nie. Los jest łaskawy. A tumult pięści, kufli, rozlanego piwa, zębów i tarmoszonych kransoludzkich bród wciąż grał dysonans na harmidrze, harmider na dysonansie, kakofonię. Kto wie, może talerze poszły w ruch? Całe stoły? Trza zaczekać aż ucichnie. Hmmmm...