- Mistrz Gry: dreamwalker
- Gracze: Asurmar, Fonox, L, MaWro, Laveris de Navarro, MunchKing, Varmus (Dokładny przydział graczy do cech przedstawiony jest w komentarzach)
- Konwencja: heroic
- System: Dungeons&Dragons 3.5
- Świat: Zapomniane Krainy
- Mechanika: używamy internetowej kostnicy
- Kontrola MG nad poczynaniami postaci: postać może robić cokolwiek, MG opisuje reakcje otoczenia.
- Częstość postowania: patrz komentarze
- Długość postów: Dobra forma i treść, w przypadku dialogu z NPC, proszę przeprowadzić go gdzieś indziej (GG/PM) i wkleić cały dialog.
- Poprawność i schludność postów: bez emotikon, BBCode używamy tylko do podkreślenia bardzo ważnych rzeczy, dialogów i myśli itp.
- Zapis dialogów: dialogi piszemy kursywą, wypowiedź zaczynamy i kończymy myślnikiem.
- Zapis myśli: myśli postaci piszemy kursywą, wypowiedź zaczynamy i kończymy tyldą.
- Sygnatury: wyłączamy sygnatury w notkach sesyjnych
[c]Przed napisaniem postu proszę o zapoznanie się z regułami zawartymi w komentarzach.[/c]
Noc powoli zapadała nad dachami Alaghon - stolicy Turmishu, gdy pewien chłopiec śpiący pod przykryciem ciężkiej puchowej kołdry, obudził się nagle z krzykiem.
***
Trupy, niekończące się pola trupów, tak jakby na bitwie tu stoczonej brała udział każda istota żyjąca gdzieś we wszechświecie. Zwłoki ludzi, elfów, niziołków i gnomów. Wymieszane z błotem piękne twarze planokrwistych i sterczące gdzieniegdzie olbrzymie truchła smoków. I on jeden. Szedł przez pobojowisko, ale czy na pewno? Jego stopy nie dotykały brudnych zwłok zaściełających ziemię. Jego oczy cały czas patrzyły w dal, ślizgając się między kilkoma widocznymi z daleka obiektami. Kayel jednak nie wiedział czym one są. Patrzył jak urzeczony na zbliżające się wielkie kłęby dymu. I czuł zimno. Tak jakby każdy z tych trupów nie tylko był chłodny ale i emanował śmiertelnym trupim chłodem chcąc zmrozić i zatrzymać tu każdego.
Jednak Kayel szedł dalej.
Był już blisko. Widział już pierwsze kontury zbliżającyc się obiektów wyłaniające się z obłoku pyłu. Nagle - Kayel zobaczył jak jedne ze zwłok ożywają. Zimna ręka trupa kieruje się prosto w stronę chłopca i łapie go za nogę. Kayel poczuł silne pociągnięcie w dół.
I obudził się.
[c]***[/c]
Zaalarmowana krzykiem dziecka, dobra matka wbiegła do jego pokoju, rozrzucając po drodze na boki zabawki, którymi zasłany był cały pokój. - Już spokojnie syneczku. Nic Ci nie będzie - mówiła cichym, uspokajającym tonem, tuląc synka w ramionach.
- Zamknij mordę, dziwko. I wypierdalaj. Chcę zostać sam!
Kayel do prawdy nie wiedział, jakim cudem te słowa wyszły z jego ust. Może i nie lubił się przytulać, ale żeby zaraz ... Łzy napłynęły mu do oczu, zaczął przepraszać, ale coś ciągle mu nie pozwalało. Coś ciągle budziło w jego duszy gniew - ~taak, ukarz ją za to, że śmie Ci przeszkadzać. Zabij. Zabij, Zabij!~
Głos w głowie nie dawała spokoju. Był natarczywy, nie znoszący sprzeciwu. Już wkrótce chłopiec biegał po całym pokoju, nie zważając na porozkładane zabawki. Tłukł głową w ściany i wrzeszczał, Matka płakała. W końcu jednak zebrała się w sobie i zabrała chłopaka do świątyni Lathandera.
- Opęŧanie - powiedział kapłan. Był wysokim człowiekiem, sprawiającym wrażenie inteligentnego i przyjaznego. Spojrzał spod swoich krzaczastych brwi na Kayela szalejącego po jego komnacie - Niestety, moja magia nic nie wskórała. Użyłem najsilniejszego czaru, jakiego mogłem. I nic. Wygląda na to, że istota, która go opętała nie jest duchem. Jest czymś dużo potężniejszym. Może nawet bogiem?
- Więc co ojciec proponuje? - spytała matka roniąc łzy na koronkową chusteczkę i patrząc na wybryki swojego synalka.
- Nie jesteśmy w stanie mu pomóc. W tej sytuacji wygląda na to, że trzeba go będzie zabić. Zanim nie będzie za późno. - kapłan wypowiedział te ostatnie słowa prawie szeptem. Bardzo powoli i bojaźliwie. Nagle zapadła cisza. Ze zdumieniem kapłan stwierdził, że Kayel nie rozrabia. Chłopak stał tyłem do kapłana i ciężko dyszał jak bo sporym wysiłku.
- Zabić? Zabić? Nikt mnie nie zabije! Nie macie prawa! - nawet nie zauważyli, że Kayel miał przy sobie mały nożyk. Chłopak rzucił się na wielebnego i wbił mu nóż w oko.
- Masz kurwa, psi synu! Nie będziesz zabijać niewinnych ludzi!
[c]***[/c]
Kayel obudził się wcześnie. Jak zwykle, drzwi do celi były już otwarte. Znów przyśniła mu się przeszłość. Dwa tygodnie. A trwały tyle co wieki. Kayel z satysfakcją zauważył, że tajemnicza siła, która go opętała osłabła. Czasem miewał bóle głowy, czasem wpadał w nerwy, ale poza tym wszystko było w porządku.
Nie wiedział, że esencja po sprawdzeniu możliwości chłopca, zagnieździła się nak głęboko, że nikt już jej tam nie znajdzie. Zlała się w jedno z jego jaźnią, zamazując niektóre wspomnienia i podpinając nowe. Nie miał prawa wiedzieć, że to co uznaje za swoje naturalne zachowanie jest tak na prawdę zachowaniem wymuszonym. Że stał się marionetką, a mistrz pociągający za sznurki schował się w jego własnym umyśle.
Kayel spakował do plecaka kilka przedmiotów, które posiadał. Należał kiedyś do obgatej rodziny. Teraz był żebrakiem. Przyjął to wszystko dziwnie dobrze ze stoickim spokojem. Tak, jakby stale ktoś szeptał mu na ucho: nie martw się, będzie dobrze. Chłopak jeszcze raz sprawdził zapięcie plecaka i udał się w stronę portu eskortowany przez strażnika.
[c]***[/c]
- MItsel Ahavi - przedstawił się kapitan statku "Morski kot", którym Kayel miał przepłynąć Morze Spadając Gwiazd i dotrzeć do Procampur w Vast - a więc to ty jesteś tym *specjalnym* ładunkiem? Hm? Mam już wyznaczonego dla Ciebie opiekuna. Z resztą - dodał nachylając się do ucha chłopaka - Przysłanego przez Twoich przyjaciół z lądu.
- To nie są moi przyjaciele. Oni...
[c]***[/c]
Pierwszy oddech, drugi trzeci. Bijące jak oszalałe serce Kayela powoli zwalniało do normalnej prędkości. Chłopak wychylił się zza winkla, aby upewnić się tylko, że goniący go słudzy kościoła Lathandera dalej są na jego tropie. I właśnie zobaczyli jak wychyla się by na nich spojrzeć. ~Szlag~
Kayel szybko wstał i pognał w długą krętymi uliczkami Alaghon. Szukał dobrego miejsca żeby się schować, ale chram Lathandera stał w nowszej części miasta. Wszystko ładnie powykańczane, żadnych dziur.
Kayel biegł oglądając się za siebie. Nawet nie zauważył, że znalazł się w ślepym zaułku. - To koniec - pomyślał, gdy nagle otworzyły się na ulicę jedne z drzwi. Kayel szarpał wcześniej za wszystkie klamki,a el były zamknięte.
- Masz kłopoty, mały? Pomóc Ci? - zapytał starszy człowiek z lampą oliwną w ręce. Kayel zdziwił się , bo był dzień. No chyba, że pomieszczenie, z którego wyszedł było jakąś piwnicą albo spiżarnią.
- Tak, Panie. Pomóżcie.
Drzwi zatrzasnęły się za Kayelem, zanim jeszcze ścigający go ludzie dotarli do zaułka.
- Wiedz, że uratowało CIę Bractwo Zimnych Sztyletów. Twoje życie należy teraz do nas. Czy zrobisz to, co ci rozkażemy?
- Tak, Panie
- Nasz człowiek w koszarach zapewni Ci schronienie. Za dwa tydonie wyruszasz do Vast. Tam czeka Cię nauka i zadanie. Jeśli się z niego wywiążesz, Twoje życie znół będzie należało do Ciebie
- Ale ja nie ...
- Nic nie szkodzi, Potrzebujemy dokładnie kogoś takiego jak ty.
[c]***[/c]
Kayel wszedł do swojej kajuty na statku. Oprócz szafy na ubrania i wszelkiego rodzaju inny sprzęt, był tam stół, dwa krzesłą i dwa łóżka. Na łóżku po prawej stronie siedział po turecku mężczyzna ubrany w płaszcz z kapturem. Jego głowa była opuszczona nisko i chłopak nie widział jego twarzy. Mężczyzna w końcu otrząsnął się z transu popatrzył na Kayela. Mimo, że podniósł głowę, chłopak dalej nie widział jego oczu. Tylko usta przecięte paskudną blizną.
- Nazywam się Garhelm. Będziemy podróżować razem.






