[Autorski] The Law - UWAGA! SESJA 18+

Sesje skończone, zamknięte lub zmarłe śmiercią naturalną.

Moderatorzy: Moderacja, Mistrzowie Gry

Postprzez Famir » Pn lut 18, 2008 11:01 pm

Allelujah/Hallelujah

Allelujah wiedział, że wysadzenie całej zbrojowni było przegięciem – aczkolwiek bardzo fajnym i spektakularnym – gdyż mogli wykorzystać jej zawartość w iście destrukcyjnym celu, ale wysadzenie całego statku do cholery było już lekkie przegięcie. On rozumiał, że destrukcja była przyjemna, ale nawet moc niszczenia kierowała się pewną logiką a tu logiki nie było… Allelujah zaczął się zastanawiać czy choroby Lazarusa ograniczają się tylko do jego ciała… Allelujah podszedł szybko do panelu kontrolnego i zaczął stukać w klawisze szukając danych.
-Cofnięcie komendy niemożliwe… materiały wybuchowe jak i urządzenia nadzorujące proces są rozsiane po całym statku więc wyłączenie manualne również nie wchodzi w grę… Proponuję udać się do kapsuł ratunkowych jeśli nie chcecie podzielić losów zbrojowni.
Przez ułamek sekundy chłodną logikę jego umysłu zastąpiła chęć zabicia Lazarusa i to wystarczyło do uruchomienia reakcji łańcuchowej. To było można tylko porównać do wrzucenia pochodni do zajebiście wysuszonego lasu w środku lata w upalne popołudnie – łatwo sobie wyobrazić jak z małego ognia w przeciągu paru chwil robi się cholernie duży – z naciskiem na duży – ogień. Tutaj sytuacja była mniej więcej taka sama tylko znacznie bardziej niebezpieczna. Aura wokół istoty nazywanej przez ich lidera „Wojną” diametralnie się zmieniła – wcześniej była spokojna i niewzruszona niczym morze w spokojny bezwiewny dzień a teraz przypominała ogromną powódź… i to nie wody tylko gorącej lawy niszczącej wszystko co jej stanie na drodze. Wszystko co posiadałoby choć gram zwierzęcego instynktu normalnie zaczęłoby spieprzać jak najdalej się da, ale ludzie byli pozbawieni przywileju jakim był instynkt, ale nawet dla totalnego łoma ciężko było nie zauważyć, że szare spokojnie i stonowane oczy Allelujah zaczęły zmieniać barwę. Stały się szkarłatne niczym krew i do tego zdawały się świecić w ciemności – termin „oczojebne” nabierał tutaj nowego znaczenia – a do tego wyrażały istną chęć zabijania wszystkiego z bestialską okrutnością. Allelujah zaczął złośliwie chichotać, ale czy to był nadal Allelujah?
-Straciłeś czujność Allelujah… uwolnić mnie w takim momencie…. hehe…
-Hallelujah... nie teraz...
-Przykro mi… zamierzam się zabawić.
Zaczął chichotać uśmiechając się złośliwie i odwracając się do reszty, która zaczęła już – lub miała zamiar – uciekać do kapsuł, ale Hallelujah miał inne plany.
-O nie panowie i panie… już teraz wam mówię że co najmniej jedno z nas nie przeżyje dzisiejszego dnia, ale kto to będzie? Hahaha… Sprawdźmy!
Po czym zaczął wyliczać w rytm wyliczanki wskazując każdego po kolei w jej rytm nie pomijając przy tym swojej osoby.
-Ence pence, cztery ręce, idzie sobie smok w sukience. Elke trelke kartofelke, smok sie przebrał za modelkę! Cukier – pukier, wrona z krukiem, wiatr smokowi zwiał perukę! Raz, dwa, trzy! Time Stopa łapiesz TY!!!
Pech, szczęście, siła wyższa lub inne badziewie chciał by palec Hallelujah wylądował na osobniku o pseudonimie „Future”
-Oh my bad…
I jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki Pan Future przestał się ruszać zupełnie jakby nagle skamieniał. Ciekawe czy to przewidział? Nagle Hallelujah pojawił się koło niego klepiąc go po ramieniu.
-Wybacz, ale „future” podobnie jak „past” i „present” to moja domena. No cóż… życzę Ci… spokoju i ten ten tego… no wiesz…
Mówiąc spokoju miał oczywiście na myśli „spokój twój wieczny”. Poklepał go po raz ostatni w geście pożegnania po czym ruszył za wesołą grupką pana Marka. Po chwili dostrzegł, że „Mr. Smith” i ruda gdzieś znikli. Właśnie w tym momencie Ci co biegli za nim poczuli jakby nagle wystartowały tuż przed ich nosami F1. Nie minęła chwila a Hallelujach już był w jednej z kapsuł ratunkowych a procedury odpalenia jej zostały uruchomione. Zmęczony tym pojebanym dniem jeden z czterech poszedł spać…
Avatar użytkownika
Famir
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
 
Posty: 61
Dołączył(a): N maja 29, 2005 10:32 am
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Sierak » Wt lut 19, 2008 3:08 pm

Katherine Smith

Cała akcja poszła raczej bardzo łatwo, szybko i sprawnie... dla Niej. O ile Rage miał bliskie spotkanie ze ścianą, a Newman niestety stał na jego torze lotu, to kobieta nie złapała nawet zadrapania. A dwójka, a potem szóstka strażników leżała teraz połamana, nieżywa i połamana, nieżywa, zmasakrowana, czyli tak czy siak w niezbyt ciekawym stanie skupienia, który dało się określić na coś, między stałym, a ciekłym. Zdobyli jednak pokój kontrolny. Po chwili ruszyli w stronę mostka, Rage nie omieszkał klepnąć kobiety w tyłek... goły tyłek. Właściwie olała to już, właściwie to było całkiem przyjemne być na swój sposób adorowaną na takim wypizdowiu.

Cichą i przytulną atmosferę statku kosmicznego przerwało dość oczywiste zasygnalizowanie, że mają przeje... że statek ma wybuchnąć. Wszyscy jak jeden mąż rzucili się do kapsuł ratunkowych. Katherine za cholerę nie wiedziała, gdzie ma iść. Zdała się na Rage'a który powinien wiedzieć tutaj co i jak.
Teraz tylko sekundy decydowały o ich życiu.

-Rage, jak mnie stąd wyprowadzisz to obiecuję ci, że załatwię ci taki numerek, że przez następny tydzień ci nie opadnie.-
Somebody called for an exterminator?
Loading...
Avatar użytkownika
Sierak
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 2296
Dołączył(a): Pt maja 11, 2007 4:07 pm
Lokalizacja: D.G.

Postprzez VooDooFreak » Wt lut 19, 2008 9:15 pm

Marcus Taylor

W obliczu niemal całkiem spartolonego zadania sytuacja przedstawiała się całkiem nieźle. Przynajmniej - z punktu widzenia osób, które "zjebały". Mimo wszystko nie zostali zabici od razu przez resztę milusich uciekinierów ze statku. Co więcej - chyba zabijanie ich nie było w planach. Z tego powodu Marcus nieco odetchnął. Oddech był bardzo krótki i urwany. Mała żyłka zaczęła pulsować na jego skroni, by zaraz potem zmieniła swoje rozmiary na nieco większą. Nienawidził niepowodzeń. Nie był z siebie ani trochę zadowolony po tym całym zamieszaniu w zbrojowni. Był zdecydowanie w nastroju, by uciszyć cały ten hałas. Trudno znaleźć słowa opisujące wewnętrzną walkę jednego człowieka, który w sumie z wyglądu nie bardzo się wyróżniał. W tym konflikcie jednak zwyciężył głos należący do osoby trzeciej. Ktoś, kto tytułował się imieniem "Mark" wyrwał Marcusa z wewnętrznej batalii. W samą porę... na odpowiednie kroki. Marcus nie należał do elity atletycznej, więc by się nie zgubić musiał podjąć inny plan działania niż po prostu bieg z całą bandą. Dyskretnie spojrzał w głąb umysłu Marka. Uśmiechnął się do siebie i zaczął biec. Zdecydowaną przewagę nad resztą dała mu znajomość planów statku.
To wystarczyło, by dobiegł na czas.
Wbiegając do pomieszczenia, które było połączone z kapsułami bezpieczeństwa Marcus, po raz pierwszy od momentu przybycia na ten statek, pozwolił sobie na coś, co wyglądało jak lekki uśmiech.
Brakowało dużej części kapsuł, a mimo tego znalazła się jeszcze jedna, jakby specjalnie dla niego. Szybko zajął wyznaczone miejsce i odpalił nowy wehikuł.
Pozostało jedno pytanie:
Gdzie wyląduje?
Avatar użytkownika
VooDooFreak
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
 
Posty: 5
Dołączył(a): Pn gru 10, 2007 10:03 pm

Postprzez WitchDoctor » Wt lut 19, 2008 10:19 pm

Lazarus

Nie śpieszył się bardzo, według komputera kapsuł miało być pięćdziesiąt, co starczało aż nadto, szedł powoli aż wreszcie dotarł do miejsca, gdzie znajdowały się kapsuły ratunkowe. To co ujrzał po prostu go zszokowało. Otworzył szeroko usta. Nie została już żadna kapsuła, ani jedna pojedyncza. Wszystkie już dawno szybowały w stronę planety.
- Kurwa. Co to miało być do chuja... Ja rozumiem... Że nikt by nie chciał ze mną być w kapsule, ale?! Arghhh - zakrzyknął i rozejrzał się w koło. Pusto. Nadal żadnej kapsuły.
- No to...- podszedł do dźwigni, która zwalniała luk bagażowy.

~~Autodestrukcja nastąpi za 10...~~
~~9~~

Pociągnął za dźwignię. Momentalnie wyssało go do przestrzeni kosmicznej, ale nie czuł zimna, jego członki zaczęły kostnieć i zamarzać. Skostniałymi ustami zdołał jeszcze tylko wykrzyczeć, choć żaden głos nie wydobył się z jego gardła.
- GERONIMO! - i zaczął się śmiać.

~~3~~
~~2~~
~~1~~
~~I chuj.~~

Ten malutki żarcik programistów nie dotarł już do Laza, który wiedziony siłą wybuchu niby pocisk balistyczny leciał w stronę ziemi, z żalem zauważył, że leci po całkiem innej trajektorii niż jego "kompani".
~~Zdarza się.~~
Pozdrawiam.
Avatar użytkownika
WitchDoctor
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 773
Dołączył(a): Śr gru 19, 2007 6:25 pm
Lokalizacja: Żagań

Postprzez MunchKing » Śr lut 20, 2008 12:36 am

Wszyscy. Tak cwaniaczki, wy też!

Wszystko potoczyło się tak beznadziejnie…nie dało się opisać rozmiaru gówna w jakim wylądowała ekipa. Pierwszy do wylotu z kapsułami dobiegł…kontrowersyjnie, Marcus, który podejrzał i zapisał mentalnie plany okrętu. Nie tracił także czasu na takie pierdoły jak załatwianie sobie nowych ciuszków. W przeciwieństwie do niektórych. Natychmiast odpalił swoją kapsułę ratunkową, a dziurawy jak ser szwajcarski i migający jak choinka okręt pośpiesznie nabrał wielkości zabawki, tylko po to aby zniknąć całkowicie…
Kolejny był wojna, który mimo, że za cholerę nie znał ogólnego rozplanowania okrętu, to poruszał się równie szybko jak futurystyczny odrzutowiec, jego forma jako rozmyte, lustrzane odbicie. Choć zgubił się jakieś kilkanaście razy i tak zdążył na czas. I jeszcze miał go sporo w zapasie. Odbezpieczył kapsułę, wskoczył do środka. Kulisty obiekt zatrzasnął się na głucho i runął w ciemność kosmosu, zakłóconą poprzez błękit tornada stworzonego przez hiper przestrzeń…
Mark i nieznajoma miłośniczka ludzkiego mięsa dobiegli następni. Fan garniturów natychmiast wsiadł do wnętrza „szalupy”. Ta zatrzasnęła się na głucho i odleciała. Kątem oka mógł zobaczyć jak rudowłosa unosi lewą dłoń i bez słowa macha mu na pożegnanie, okazując lekki, niewinny uśmiech. Potem odwróciła się w stronę wejścia do „lokalu”, gdzież to stawiła się Katharine, Rage i srebrny pan. Zostały cztery kapsuły. Nie wiadomo kto był największym wrogiem. Wredna kur…panna lekkich obyczajów w postaci matematyki, czy każde z osobna. Rage całkowicie zignorował rudą, ujął za to Katharine za rękę i wrzucił ją do kapsuły, sam także wskakując do środka i odbezpieczając mocowania. Było nieco…erm…ciasno, tak właśnie. Te cacka nie były projektowane dla dwóch osób, co dopiero dla jednej która mogła robić za trzy i posiadała bagaż w postaci kobiety. Nie mniej jednak, drzwi powoli zaczęły się zamykać. Silver także ruszył w stronę szalupy...
I to był jego życiowy błąd. Rage nie mógł zrobić nic, mimo swojej ogromnej siły i wytrzymałości. Nie jeśli chciał dolecieć na miejsce w jednym kawałku. Zacisnął monstrualne pięści, dusząc się w bezsilnej złości . Oto bowiem, odziana na czarno, nieletnia, ruda kultystka, okręciła się wokół własnej osi, kiedy „siwy” mężczyzna przebiegał wokół niej. Próbował odwrócić się do tyłu. Wtedy też zobaczył zbliżające się z boku ostrze. Odbił je mimowolnie dłonią, a to posunęło po podłodze. Uśmiechnął się zadowolony. Zaś to był ostatni uśmiech w jego życiu. Drugi nóż bowiem, uderzył od dołu, przeniknął przez dół szczęki, wbijając się w język, podniebienie i mózg. Srebrne oczy rozwarły się szeroko, gardło zalał bulgot krwi. Jeden krok. Drugi, uderzenie o parkiet. Niedowierzanie oczu zastygłe na wieki. Ruda odetchnęła lekko. Następnie usiadła na martwym ciele i oblizała ostrze. Miała jeszcze minutę. Całkiem sporo czasu…
Ostatni wbiegł Lazarus. W ostatnim momencie zarazem. Ponieważ nikt nie pozostawił mu żadnych metod ucieczki…postanowił stworzyć własną. Wyskoczył natychmiast przez wyziew, prowadzący wprost w nicość i błękit…
Kapsuły wyszły z błękitu w regularny kosmos, mknąc wprost w kierunku jakiejś zielonej, niewielkiej planetoidy. Może zbyt zielonej i zbyt niewielkiej. Wejście w przestrzeń nastąpiło z gwałtownym szarpnięciem. Marcus niemal puścił pawia, Mark skrzywił się wiedziony niestrawnością. Wojna otworzył oczy i ziewnął. Katharine została rzucona na Rage’a, jednak jemu…obecnie nie w głowie były igraszki. Dziewczyna jeszcze nie widziała go w takim stanie. Był jak kamienny posąg. Pozornie zastygły i bez emocji, jednak jego mięśnie naprężone i napięte, dygoczące ledwie dostrzegalnie. Mord. Agresja. Zupełnie jakby ukształtowany był ze stuprocentowej nienawiści. Dziewczyna odczuwała irracjonalny lęk, modląc się, aby nie wyładował swojej furii na niej. Bo z pewnością nie odnalazła by w niej nic miłego. Chyba, że lubiła bliskie śmierci doświadczenia z możliwością zejścia w terminie natychmiastowym i nieodwołalnym. „Szalupy uderzyły o ziemię”…

Katharine i Marcus
Pośród dymu i iskier, kolos wypchnął dziewczynę z pojazdu, z subtelnością przejawianą przez tonę cementu. Sam siedział wewnątrz jeszcze chwilę, jakby nie przejmując się, że zaraz może zarumienić się na lekki brąz. Czarnula rozejrzała się dookoła. Było tu…cóż dużo mówić…pięknie. Wysokie drzewa, trawy, światło dochodzące z trzech słońc układu, zawieszonych na niebie jak ozdoby świąteczne. Wokół rozciągała się ściółka o charakterze leśnym. Nie było żadnych śladów cywilizacji. W tej samej chwili we wzgórze obok walnęła z pełnym impetem kapsuła Marcusa. Ten wypadł z niej, łapiąc głębokie hausty powietrza, jednak w gruncie rzeczy mając się…dość wesoło, bo wciąż był żywy. Po chwili podniósł się bez większych przeszkód. Nie odniósł żadnych obrażeń fizycznych. W oddali, na wzgórzu, trójce „rozbitków” udało się dostrzec dym…wydobywający się z jakiejś placówki badawczej.

Wojna, Mark, Rosiczka, Trucizna. Tylko mnie tam brakuje.
Oj, oj…ta pierwsza dwójka miała chyba równie przepieprzone lądowanie jak wampir wizytę w solarium, albo kot wizytę w fabryce bujanych foteli. Wojna wpieprzył się wprost w jakiś niewielki czarny budynek, który podczas zbliżania się znacznie stracił na swojej niewielkości i zamienił ją na kolosalność. Przebił się przez jakieś trzy pomieszczenia laboratoryjne, pustosząc sprzęt tam zawarty, fiolki, drzwi, okna…i chyba coś mięsnego. Zatrzymał się w…wielkiej, zaawansowanej technologicznie sali, niemal na środku. Po bokach (lewym i prawym, tak, tak) znajdowały się dwa pojemniki kriogeniczne, z zawieszonymi wewnątrz…”okazami”. Jeden, mężczyzna po prawej, zdawał się całkowicie ludzki. Drugi, okaz kobiecy, jeśli nie dziewczęcy…bo nie wiadomo, czy panna straciła cnotę, nie robił takiego wrażenia do końca, choć prawie. Długie, rude włosy falowały w przejrzystej, zielonej cieczy. Oczy pozostawały zamknięte. Wojna, mimo gówna w którym utknął, odetchnął głęboko. Żył. Cholera jasna, żył a sport w którym przed chwilą brał udział, był diablo ekstremalny. I wtedy…wtedy omal nie popuścił w gacie, bo właśnie w jego kierunku leciały…dwie kolejne kapsuły. Te jednak nie miały jak wyhamować i uderzyły centralnie w tą jego, rozpierdalając ją w drobny mak…na szczęście jego już tam nie było. Uff. Alleluja zachłysnął się powietrzem i walnął na cztery litery. Jeszcze tak ekstremalnie i często swoich mocy nie stosował. Mark i członkini nieznanego kultu, wygrzebali się ze zgliszczy…jednak w sposób świeży, nowy i pachnący, bez uszczerbku na zdrowiu. Każde z nich jednak otworzyło szerzej oczy, bo oto…rozbłysły…kolejne już dziś czerwone lampki, maszyneria w którą walnęły pody zgasła…a zielone breje z zawartością dwóch eksponatów, zaczęły się opróżniać. Było to niepokojące. Jednak nie tak jak fakt, że owe eksponaty właśnie otworzyły swoje przepiękne patrzałki…
My head is heavy, my limbs are weary,
And it is not life that makes me move.
Avatar użytkownika
MunchKing
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1288
Dołączył(a): Cz sty 27, 2005 9:12 pm
Lokalizacja: Częstochowa

Postprzez Sierak » Śr lut 20, 2008 4:09 pm

Katherine

Rage zachęcony ofertą "zapłaty" pognał czym prędzej w kierunku kapsuł ratunkowych. Katherine cały czas biegła za nim, po drodze mijając innych członków "rozpierdalator teamu". W końcu reszta pozostałych na statku zebrała się wokół ostatnich kapsuł. Kolos ignorując resztę wziął ze sobą czarnowłosą, po czym przygotował wszystko do odlotu. Reszta też się zbierała, w tym mr. Silver, który właśnie kierował się do ostatniej szalupy, gdy trafił mu się wcześniejszy prezent pod choinkę w postaci noża w podbródku. Czas jakby zamarł. Chwila, w której srebrny opadał na podłogę zdawała się dłużyć w nieskończoność i to bynajmniej nie z powodu jakiegokolwiek przywiązania Katherine do owego jegomościa. Powodem tego wszystkiego był Rage, którego można było w tej chwili przyrównać bez problemu do bomby atomowej, z wyjątkowo krótkim zapalnikiem.

No, to cała wycieczka się spierdoliła, przez ryżą pipę, która musiała wypróbować swoje nowe zabawki. Rage był naprawdę... nie w nastroju. Katherine zastanawiała się, czy doleci gdzieś, gdziekolwiek w jednym kawałku. Jednak doleciała. Świadczyło o tym donośne jebnięcie, które przerwało głębokie przemyślenia odnośnie swoich dalszy losów czarnowłosej.

Niedługo po "przylocie" została dosłownie wywalona na zewnątrz kapsuły, puchatek potrzebował samotności, siedział tam teraz taki samotny... sam... skulony... brakowało mu jeszcze tylko żyletek i czarnej grzywki nachodzącej na maskę. Kolejne donośne jebnięcie oświadczyło wszem i wobec, że druga kapsuła wylądowała na tej jakże... zajebistej planecie! Tak, takie były pierwsze myśli kobiety, kiedy ujrzała krajobraz. Drzewa, w ogóle wypas, a mogli wylądować na jakimś wypizdowiu. Z drugiej szalupy wyszedł jakiś mężczyzna. Czarnowłosa nie kojarzyła, by go pamiętała. Co do krajobrazu jeszcze, wydawało Jej się, że golizna, nie będzie nikomu tutaj przeszkadzać. Póki co podeszła do nowoprzybyłego.

-Nie kojarzę Cię zbytnio ze statku, ale po szalupie... a raczej tego co z niej zostało, jesteś od nas tak? Katherine. Proponuję się rozejrzeć, a po Rage'a wrócić później, musi sobie przemyśleć kilka rzeczy samotnie.-

Po czym podeszła do kapsuły, spoglądając na kolosa.

-Dorwiesz sukę, nie martw się o to. Póki co, my z tamtym nowym kolesiem idziemy rozejrzeć się po okolicy, jak znajdziemy coś ciekawego wrócimy po ciebie, ok?-

Po czym dała znak nowemu, że mogą już iść.
Somebody called for an exterminator?
Loading...
Avatar użytkownika
Sierak
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 2296
Dołączył(a): Pt maja 11, 2007 4:07 pm
Lokalizacja: D.G.

Postprzez Brat_Draconius » Śr lut 20, 2008 8:43 pm

Ruby
theme
Zatopiona w powoli uciekającej zielonej brei niewiasta była cokolwiek dziwna. Albinotyczna, wręcz nieludzko blada skóra kontrastowała z wściekle rudymi włosami. Sięgały one kostek, kojarzyły się z barwą świeżej krwi. Jednak najgorsze był fakt, że zdawały same się ruszać. Ruby przybyła ponownie do tego świata bo długiej drzemce.

Jej świadomość powracała, absorpcja została zakończona. Teren New Rushmore posłużył za solidny posiłek. Jednak coś tutaj było nie tak. Zajęło to za dużo czasu, stanowczo za dużo. Zegar biologiczny Ruby był niesamowicie dokładny choć odmierzał inny cykl niż godziny. No i nie pachniało tu jak na jadłodajni. Zapach kojarzył się raczej z tymi niemiłymi osobami co wtykały biednej nieszkodliwej dziewczynie igły w różne części ciała. Ruby otworzyła oczy jadeitowej barwy. Szkło! Skrzywiła się nieznacznie, zaczęła badać dłońmi kulkę w której się znalazła. Enzymy tego nie przetrawią... Czyli pozostają mniej odżywcze sposoby. Nagle coś przykuło uwagę Ruby. Ludzie, tu byli ludzie. Żywi i dość smakowicie wyglądający. Na myśl o jedzeniu rudej zaburczało w brzuchu. Pogładziła go dłonią. Popatrzyła na potencjalny obiad i pomachała łapką z rozbrajającą szczerością. W końcu nie była, aż tak głodna by bezmyślnie zabijać wszystko wokół. Jeszcze nie...

Zacisnęła małą piąstkę i uderzyła lekko w słoik. Oczywiście pojęcie lekko było dość względne. Takiego ciosu nie powstydziłby się nawet niejaki Tyson. Wzruszyła ramionami lekko rozczarowana.
- Nie lubię szkła. Szkło jest złe... - powiedziała do siebie. A przynajmniej tak myśleli zgromadzeni, jeśli to usłyszeli. Rzeczywistość szybko wyprowadziła ich z błędu. Na wysokości barku skóra dziewczyny wybrzuszyła się i rozsunęła ukazując mięśnie. Dziewczyna nawet nie drgnęła, mało tego! Na jej twarzy pojawił się błogi uśmiech i lekki rumieniec. Jakaś dziwna konstrukcja, zbitek mięśni i kości o wężowym kształcie. To wynurzyło się z otwartego w ciele portalu, który po chwili zasklepił się z lubieżnym mlaśnięciem. Groteskowy wąż wypełznął i czule owinął się wokoło ręki młodej kobiety. Cały czas się zmieniał. Mięśnie zaczynały pokrywać się skórą a ta kostnymi płytami. Głowa dotychczas bezkształtna uformowała się w groteskową paszczę niczym u minoga. Stworzenie wykonało nią kilka ruchów jakby dla wprawy, naprężyło się i...

Wystrzeliło niczym bełt z kuszy. Wczepiło się w szklaną bańkę nagle wypuszczonymi kolcami i zaczęło ciąć. Hałas był okropny. Widocznie ktoś dołożył starań by owy "słoik" był naprawdę pancerny. Niestety nie na wiele się to zdało. Bańka pękła. Pani Rosiczka uśmiechnęła się niewinnie ukazując bialutkie ząbki.
- Doberek, ma ktoś czekoladę? Głodna jestem... - rzekła wychodząc z pojemnika. Szczupła noga dotknęła metalowej podłogi która zaczęła syczeć niczym trawiona kwasem. - Ups, zapomniałam. - Syczenie ustało. Po chwili Ruby stała już całkiem na zewnątrz. Zdawała się nie przejmować faktem, że stoi przed całkiem obcymi osobami w stroju Ewy. - Ząbek, taś, taś. Choć no tu złotko i przywitaj się ładnie.
Ząbek, który jakby urósł przysunął się ze schowanymi kolcami i wpełzł na nogę swojej Pani, łasząc się niczym szczeniak. Popatrzył (o ile coś co nie ma oczu może patrzeć) po zebranych i zasyczał w kierunku drugiej rudej.
- Ząbek, spokój! Czemu warczysz na tą panią? Nie podoba ci się tak? Mówisz, że trzeba na nią uważać? Dobrze będziemy uważać. A tymczasem bądź dobrym zwierzątkiem i wracaj do budy.
Widocznie "Ząbek" był bardzo ułożonym zwierzątkiem bo zaraz po tych słowach wpełzł na plecy i schował się za zasłonę rudych włosów. Ruby popatrzyła się na zebranych.
- To macie tą czekoladę?
Avatar użytkownika
Brat_Draconius
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 422
Dołączył(a): Pn cze 19, 2006 11:57 pm
Lokalizacja: Zielona Góra/Sława

Postprzez Venomus » Śr lut 20, 2008 10:51 pm

Poison [Raphael Pytlak]
Theme

Ocalali uciekinierzy Oprócz seksownej, zielonoskórej dziewczyny ujrzeli też zawartość drugiej komory. W środku znajdował sie młody, na oko dwudziesto paroletni meżczyzna. Czarne włosy widac było zarówno na głowie jak i miejscach "intymnych" gdyż tak jak "Rosiczka" był on przetrzymywany nago.
Wydawał sie pogrążony w głębokim śnie. Wydawał było właściwym słowem...

W jego głowie wciąż huczało...Ogień, dźwięk, ból. Wszystkie te rzeczy uderzały w jego umysł niczym szpilki...kurewsko duże szpilki...
Czuł ból swojego towarzysza...czuł cierpienie w swoich trzewiach. Zarazem kochał jak i nienawidził łączącą ich więź...

Huk kapsuł spowodował, że Raphael gwałtownie się przebudził i otworzył oczy. -Co, gdzie, Maltis VII? Gdzie do kurwy nędzy jestem?...- krzyczał męzczyzna. Nie lubił być zamknięty. Czuł, że jego kompan jest gotowy. -Najwyższy czas-powiedział do siebie i wtedy...stało się coś dziwnego.
Zgromadzona grupa mogła zobaczyć jak płyn w komorze zaczyna bulgotac gdy ze wszystkich otworów na ciele młodzieńca zaczeła sączyć się jakaś dziwna ciecz. Przerażająca czerwono czarna maź wyłaziła dosłownie wszędzie. Oplatajac człowieka niczym druga skóra i zaczynając sie przemieniać. O dziwo mężczyzna nie odczuwał strachu z tego powodu. przez krótką chwilę mogliście zobaczyć na jego twarzy szaleńczy, wrecz maniakalno-ekstatyczny usmiech. Zaczął się śmiać. W pewnym momencie śmiech zmienił barwe, stal się jakby dwoma głosami połczonymi w jedno.
Usłyszeliscie walenie ze środka komory, Jedno,drugie, trzecie... Patrzyliscie zahipnotyzowani jak na pancernym szkle pojawiaja się sieci pękinięć rosnace z każdym uderzeniem. Za czwartym razem komora puściła. Wszędzie wokół słychac było brzęk szkła i plusk wylewajacej sie zielonej cieczy...
Istota która wyszła z resztek komory nie przypominała mężczyzny który wczesniej tam był. Właściwie prawie w ogóle nie przypominała człowieka.
Przed sobia mieliscie ponaddwumetrową istotę która pochodzila chyba z czyjegoś koszmaru. Stwór miał czerwono-czarną skórę, która wydawała się...żywa! Szpony na jego rękach bez wątpienia staniwiły rzecz z którą zadne z was nie miało ochoty się zapoznawać. To samo mozna powiedzieć o ogromnych zebiskach na pysku, spomiedzyktórych wywieszony był długi , osliniony jęzor o jakim moga marzyć kobiety w swych perwersyjnych marzeniach. Istota spojrzała na was swymi olbrzymimi oczami koloru mleka i zakrzyczał triumfalnie - Nareszcie, Poison jest znów wolny!-dwa głosy w jednym oznajmily głośno swój powrót doświata żywych.
Stwór wyszczerzył się do was jak do swojego nastepnego posiłku. Nagle skóra zaczeła sie zmieniać i ponownie formować. Tym razem przyjeła postać czarnego garnituru, z czarnym krawatem i krwiście czerwona koszulą. Istotnie pod tą ciecza krył się człowiek z komory.

-Wybacznie ten wybuch lecz my...to znaczy ja i mój "towarzysz" cieszymy się, że znowu możemy sobie...pohulać.- glos mężczyzny był tym razem normalny.
-Nazywam się Raphael, miło mi. Z kim mam przyjemność?-zapytał Poison przeczesując leniwie krótkie włosy. Rozejrzał sie po waszych twarzach zatrzymując wzrok przez dłuższą chwilę na zielonoskórzej dziewczynie.
- Łał, nie wiedziałem, że oprócz mnie trzymają tu takie ostre okazy...chetnie bym popielił twój ogródek, rosiczko...-zagwizdał i zlustrował dziewczę os stóp do głów nie omieszkając zawiesić oczu na tym i owym. -Hm, mineło już troche czasu odkad...-powiedział do siebie i ruszył w strone reszty "grupy".
Venomus- ostatni wierny sługa Myrkula.
"Know me and fear me. My embrace is for all and is patient be sure. The dead can always find you. My hand is everywhere - there is no door I cannot pass, nor guardian who can withstand me." - Myrkul
Avatar użytkownika
Venomus
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 318
Dołączył(a): Cz sie 11, 2005 10:29 pm
Lokalizacja: Poznań

Postprzez Nemo__ » Śr lut 20, 2008 11:58 pm

Mark

Mark miał wyjątkową skłonność do zostawiania śladów swojej obecności w miejscach, które chwilę później wybuchają. Miał skromną nadzieje, że to miejsce nie podzieli losu tamtych...nie, w sumie mogłoby, gdyby pogrzebało wraz ze sobą kanibalkę. Wtedy, gdyby sam znajdowałby się w zupełnie innym układzie, mógłby zgodzić się na potwierdzenie zasady "do trzech razy sztuka". Jeśli na tym właśnie polegała.
Nieważne.
Ruda przetrwała. Pech. Czasomieszacz również...tu już lepiej. Mark miał pewne zamiary odnośnie Alleluji, na szczycie których wbrew pozorom nie znajdowało się wypełnienie go samym sobą. Po chwili jednak (co było w prawdzie zupełnie nie związane z Allelują, jeśli o to chodzi) sytuacja skomplikowała się. Ta ogromna komplikacja polegała na powieleniu się rudych stworzeń, przez co Mark musiał zmienić system nazewnictwa wobec nich stosowany. Jednak, rozwiązanie wpadło mu do głowy szybko i zaiste, genialne było.
Ruda#1 od tej pory oznaczała rudą, a Ruda#2 również rudą, tyle że tą aktualnie w negliżu. Choć #2 była zupełną niewiadomą, otrzymała na starcie plusa za zwrócenie uwagi na oczywistą niecność #1, przez co być może się przyda niedługo. Och, i było jeszcze to drugie coś.
To coś akurat Marka zdegustowało. Z chłodem rozpoczął analizę, której wynik przeważyła jedna rzecz. Nie było to ani potencjalne zagrożenie na poziomie rudej (typ...mocy, jak oceniał Mark, był bardzo niebezpieczny), ani fakt że wyglądało na to, że ów Poison był niepewny emocjonalnie i psychicznie, przez co w każdej chwili mógł rzucić się mu do gardła. Och, nie. Choć to zapewne były bardzo znaczące argumenty. Również nie powodowała tego przemożna chęć uczynienia go częścią siebie, ani też pragnienie uniemożliwienia pożarcia R#1 jego mocy. Nie.
Czarę goryczy przelał fakt, że ich strój różnił tylko kolor koszuli. Trzeba było go...poznać. W najszybszy znany Markowi sposób.
-Mr.Raphael... Mark nieśpiesznie zaczął zmniejszać odległość między sobą, a...tym czymś. Za chwile, pozna mnie Pan bardzo dokładnie. Najdrobniejszą część mojej osoby. Ale do tego czasu...jestem Mark. O czekoladzie, porozmawiamy za chwilę, Miss R#2, erm...nieważne. Tylko załatwię coś z Mr.Raphaelem.
Poprawił krawat. Miał nadzieje, że Posion zrozumie, o co mu chodzi. Z resztą...
Niedługo to zweryfikuje. Zweryfikuje to w momencie, gdy jego dłoń zagłebi się w istocie Trucizny i oczyści ją, wypełniając sobą. Ale by to nastąpiło, musi najpierw odpowiednio go poturbować. Nie miał wątpliwości, że absorpcja innego mutanta może być odrobinę trudniejsza, niż zwykłej istoty. Ale tak czy siak, opór będzie...daremny już w chwili, gdy Mark zada pierwsze uderzenie. Odległość między nimi była na tyle mała, by spokojnie zdążył używając własnej siły i rozpędu cisnąć Raphaelem o najbliższą przeszkodę terenową, uderzając go pięścią w żołądek. A wtedy, zacznie...proces osłabiania jego siły woli, zadając serię potężnych uderzeń skierowanych na obszar całego ciała, z pięknymi zębami na czele (zgadywał, że do tego czasu tamten zdoła włączyć swoją formę) omijając jednak witalne punkty-nie chciał go zabić. Wtedy, gdy już będzie gotów, uczyni go sobą. Oczywiście, mogły zajść jakieś komplikacje po drodze...jednak Mark ufał, że połączenie siły z doświadczeniem pozwoli mu na szybkie uzyskanie przewagi.
WEAK. Let me show you a REAL punch-Akasaka
I'm not perverted! I'm just immensely fascinated!-Yadōmaru Lisa
Blacker than a moonless night, hotter and more bitter than Hell itself... That is coffee-Godot
Avatar użytkownika
Nemo__
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1066
Dołączył(a): N kwi 24, 2005 2:13 pm
Lokalizacja: Peterswald

Postprzez Famir » Cz lut 21, 2008 1:06 am

Allelujah

-K**wa...
Jedno słowo, które można użyć w niemalże każdej sytuacji - a już napewno kiedy w Twoją stronę lecą dwie kapsuły ratunkowe a Ty zdajesz sobie sprawę, że prawdopobieństwo, że zachamują lub zatrzymają się jest raczej znikoma. Na szczęście nawet bez swoich zdolności był bardzo szybki. Zmęczony usiadł na swoich czterech literah oddychając ciężko i gapiąc się swoimi siwymi oczami w podłogę.
-Cholera... Hallelujah... mógłbyś chociaż oszczędniej używać energie... cholera...
Użył dość sporo swojej energii i jedyne o czym myślał to walnąć się do wygodnego wyra i odpocząć parę godzin.... gdyby miał jakiś miecz pewnie nie musiałby szastać energią na lewo i prawo... Tak czy inaczej powoli podniusł głowę patrząc kogo tu za nim z kosmosu przywiało. O ile towarzystwo Marka było w miarę znośnie (widział już jego zdolności) to obecność rudej już niezbyt... (bo poza faktem że lubi jeść ludzkie mięso nic o niej nie wiedział. Skierował wzrok na dwoje osobników... niepokoiły go te zbiorniki w których byli zwłaszcza, że znał tą technologie aż za dobrze... czemu zawsze musi wpadać z deszczu pod rynnę? Po jakże nietypowej prezentacji (zawsze mu się wydawało, że tacy jak oni raczej zabiją niż się ładnie przedstawią... świat schodzi na psy...) wyrobił sobie opinie wynikającą z pierwszego wrażenia:
Mężczyzna - dwie osobwości... skąd Allelujah to znał... no problem w tym, że znał aż za dobrze i wiedział że takie jednostki są niestabilne i nieprzewidywalne. W jednej chwili pijesz z takim herbatę a w drugiej on pije Twoją krew - do eksterminacji.
Ruda - skłonności kanibalistyczne i kolor włosów sprawiały, że ta osoba zbyt źle się mu kojarzyła... ale dupa ładna mimo wszystko... - do eksterminacji... ale nie od razu
-That's not fun at all...
Problem polegał w tym że w obecnym stanie to oni mogli raczej ekterminować jego więc postanowił robić dobrą minę do złej gry... ale nie zamierzał im ufać a w szczególności mężczyźnie.
-Jestem Allelujah. Wiecie może jak to miasto... nie... jak ta planeta się nazywa i co to właściwie za miejsce?
Avatar użytkownika
Famir
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
 
Posty: 61
Dołączył(a): N maja 29, 2005 10:32 am
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez MunchKing » Cz lut 21, 2008 8:24 pm

Katharine i Marcus. Co by znowu jakiegoś hardkor dzerman stajl porno nie było, hem, hem…

Dwójka oddaliła się od dymiącej kapsuły, z tykającą, mięsną bombą atomową w środku. Rage wyglądał jakby dostał właśnie ataku katatonii, chociaż Marcus, który pośpiesznie przewertował jego myśli, szybko zdał sobie sprawę, że pozostawanie tu chociażby chwilę dłużej może być równoznaczne z zamienieniem się w tatar, bądź inną mięsną potrawę, i to w bynajmniej nie subtelny sposób, ponieważ kolos z subtelności nie słynął, o czym grupa mogła przekonać się nie tak dawno temu. Ruszyli więc przed siebie, chwilowo ignorując dymiący się kompleks laboratoryjny, oddalony o spory kawałek drogi od ich obecnej pozycji. Telepata, który miał (lub przynajmniej zdawał się mieć) nieco rozeznania w tych sprawach, wiedział czego szuka. Źródła wody i czegoś do jedzenia. Bo mimo, że planeta faktycznie była zajedwabiście piękna, jak zauważyła to Katharine, człowiek nie żył jedynie wrażeniami estetycznymi, więc należało zatroszczyć się o coś do picia i prowiant…dwójka szła tak dłuższą chwilę, jednak można powiedzieć, że miejsce docelowe, wyrosło przed nimi jak za pacnięciem czarodziejskiej różdżki. Jezioro było ogromne, woda zdawała się krystalicznie czysta. Mogli zobaczyć właściwie piasek na samym dnie, choć to było znacznie oddalone. Dało się dostrzec dużą ilość pływających ryb. Na okolicznych drzewach, rosły zachęcające, czerwono-pomarańczowe, koliste owoce z bulwami, które…przy odrobinie szczęścia mogły nie być trujące. Jednak szczęście było krótkotrwałe. Oto bowiem, jakiś cień poruszył się między kępami i skoczył wprost na czarnowłosą. Ta zareagowała niemal odruchowo, jednak jej lewe ramię i tak trysnęło krwią, która stworzyła wzorek na ziemi. Bestia odskoczyła. Wyglądała trochę skrzyżowanie kolosalnych rozmiarów psa z jakimś pokracznym modelem obcego zabójcy, z filmów klasy B dalekiej przeszłości. Brak skóry, czarno-czerwone umaszczenie, opadający ciężko ogon, dobrze widoczny kościec i mięśnie poprzecznie prążkowane. Stwór ryknął donośnie, szykując się do ponownego ataku…

Lazarus. Uwaga, tam na doleeeeee…
Leciał. Leciał przez kosmiczną pustkę. Nieco czasu minęło zanim dotarł chociażby do błękitnej łuny jaka oznaczała wyłonienie się z hiper przestrzeni, wprost w normalne mroki galaktyki. Czuł zimno jedynie przez chwilę, dopóki ciemność nie przerobiła go na mrożonkę. Potem było jedynie gorzej. Podczas wejścia w atmosferę, ciało które wcześniej zostało przerobione na produkt marki „Frosta”, jest poddawane dość ciężkiej przeprawie. Skóra odparowuje pierwsza, z początku powoli, jednak potem odpadając w dużych płatach i spalając się jeszcze przed tym, nim na dobre oddzieli się od reszty sylwetki. Skwierczenie tkanki poprzecznie prążkowanej także nie należy niestety do rzeczy miłych, o czym mógł się przekonać. Przebicie się przez sferę ognia dawało chwilową ulgę. Z naciskiem na chwilową. Uderzenie o ziemię sprawiło, że postać dosłownie rozleciała się na części pierwsze, roztrzaskana siłą grawitacji. Czarna jak smoła jucha rozlała się dookoła, lewa ręka udała się na dawno już zaplanowane wakacje, a głowa przypominała naleśnik. I to w zasadzie mógłby być koniec, gdyby Lazarus nie był dziś sobą…

Wojna, Mark, Rosiczka, Trucizna. Fredy Kruger i Jason Voorhees kazali przekazać, że spóźnił im się samolot...

No i w pizdu. I wylądował. I cały nikczemny plan też w pizdu. W taki oto sposób można było określić sytuację w wysoce filozoficzny sposób. Oto bowiem Mark dość subtelnie dał panu Poison do zrozumienia co o nim myśli. Zaś jego proces myślenia, zapewne wywołany podobnym ubiorem, wywołał tezy dość agresywne, które to zakładały dosłownie skapiszonowanie niefortunnego delikwenta i przerobienie go na schabowy. Jak pomyślał tak zrobił, wyprowadzając silny cios, prosto w szczękę tamtego. Symbiot zareagował odruchowo i okrył właściciela, zasłaniając jego aparycję, w innym wypadku głowa oddzieliła by się od ciała, bo cios mógł kruszyć z powodzeniem skałę. Trójka pięknych, bestialskich zębów oddzieliła się od istoty i rozprysła na proszek, jednak Poison, nim odleciał, machnął pazurami, tnąc Marka po brzuchu i uwalniając nieco posoki i powodując naprężenie się mięśni. „Agent” syknął cicho po nosem, jednak Symbiot i tak dostał mocniej, ponieważ cios rzucił nim o przeciwległą ścianę. Wojna stał tak przez chwilę, żałując, że nie ma popcornu, Rosiczka natomiast, bo nie posiadała czekolady. Nastoletnia kultystka przyglądała się wszystkiemu, widocznie zaintrygowana, nie wiedząc, czy powinna podjąć jakiekolwiek akcje, czy może, zostawić walczących w świętym spokoju. Na razie wybrała to drugie.
My head is heavy, my limbs are weary,
And it is not life that makes me move.
Avatar użytkownika
MunchKing
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1288
Dołączył(a): Cz sty 27, 2005 9:12 pm
Lokalizacja: Częstochowa

Postprzez Venomus » Pt lut 22, 2008 3:33 am

Poison [Raphael Pytlak]
Theme

Na chwilę przed pierwszym uderzeniem, symbiot szczęśliwie zareagował okrywając zywiciela i przyjmujac postac bojową. Nie zmieniło to jednak faktu, że uderzenie Marka wywołało spory efekt- mianowicie lot na pobliska scianę. Poison nie pozostawał jednak dłużny, żłobiac rany w boku człowieka w garniturze.

Bez wiekszego trudu symbiot podniósł sie z podłogi. Natarł na Marka wysyłając na spotkanie z nim macki swego kostiumu. Mężczyzna zrobił częściowy unik lecz było to za mało, macki owineły sie wokół jego stóp powalajac go na podłogę. Gdy Raphael myslał jak przeprowadzić atak dalej, Mark nie tracac czasu wykorzystał swą nadprzecietną siłę by rozerwac więżące go tentacle. Jedna z nich zamachnął sie na Poisona i wykopem z obu nóg posłał przeciwnika na ściane. Symbiot jednak zdołał przykleic się nogami do ściany i usmiechnął sie paszczą pełna kłów- pełnym garniturem gdyż te wybite zdążyły odrosnąć.
Tym razem Raphael postanowił przeprowdzic atak z dystansu, wystrzeliwując z ramienia kawałki symbiota które przybrały formę noży. Druga ręka wysłała macki po kawał aparatury z komór, wyrywajac ją i ciskajac w oponenta. Dzieki wrodzonemu instynktowi i świetnej sprawnosci Markowi udało się odturlac przed pociskami i maszynerią. Co wiecej wciąż trzymana w dłoniach macką, która nie wiedziec kiedy owineła się wokół szyi symbiota ściągnął rzeczonego w dół. Akurat by natrafic na pięści wojownika w garniturze ,po kolejnym locie tym razem zakończonym na resztkach zbiornika rosiczki. Symbiot podniósł sie bez chwili zwloki choć przez chwile w głowie Raphaela świat zawirował. Teraz Poison wpadł w furię. Kilkoma susami doskoczył do Marka Posyłajac swoje macki w jednym tylko celu- aby wypełnily jego, oczy, usta, nos, gardło, płuca...miały go usmiercic dusząc powolutku i bolesnie... Kolejny jednak raz szczęście i zwinnośc uratowały Marka który jednak przez kilka sekund zaczał się dusić. Zdołał odskoczyć na bezpieczną odległość kaszląc gwałtownie. Oszołomiony człowiek w garniaku przylgnąl do ściany z której wystawała uszkodzona rura grzewcza. Napiąl sie z całych sił i zdołał wyrwac żelastwo. Zaszarżował z pełnym impetem chcąc przebic symbiota i...przebił tylko bogu ducha winną ścianę. Poison zdolał przewidziec manewr oponenta i w ostatniej chwili odskoczył znajdując się teraz za jego plecami.
Mark zaczynał denerwowac symbiota nie na żarty. Poison postanowił wykonczyć przeciwnika brutalnie. Rzucił sie na niego z otwarta paszczą i wydłużonymi szponami chcą zakończyć walkę, jednak chybił jak przed chwila jego adwersarz takrze wbijajac sie w scianę, rozrywajac tylko nieznacznie jego garnitur! Zaskoczony takim obrotem sprawy. Raphaelowi mignąl widok stalowej rury. Chwilę potem świat zawirował mu przed oczami gdy oszołomony wycofał sie kilka kroków w tył. Oprzytomnial akutrat by zasłonic się przed drugim uderzeniem i rozwalił rure jednym uderzeniem pazurów. Mark z ledwościa odskoczył nie przygotowany na taki obrót sprawy.
Obydwaj przeciwnicy Zaczeli krążyc wokół siebie czekajac na dogodny moment do ataku.

-Całkiem nieźle, Mr. Mark. Żałowalbym gdyby taki smakowity mózg sie zmarnował...ciągniemy to dalej?- zapytał symbiot odrobine znużony pojedynkiem.
-Imponujace, calkiem imponujące. Ciągniecie tego dalej jest nieopłacalne...w tej chwili. Zbyt duża szansa ze gdy uzyskam nowe ciało, stare bedzie nie nadajace sie do uzytku. A lepiej nie zostawiac zbyt wiele padlinożercom...że się tak wyraże.- odparł wielbiciel garniturów.
- Muszę sie zgodzic...można to skończyć kiedy indziej. Na razie możemy sobie...dopomóc- podwójny głos symbiota brzmiał odrobine mniej bojowo.
-Wtedy pokaże panu, Mr.Raphael, jaka jest najwspanialsza rzecz w byciu mną. Czy sa tu jacys inni ludzie, Mr.Raphael?-zapytał Mark prostując sie i poprawiajac sobie krawat. Wyglądało na to, że walka została nierozstrzygnięta.

-Muszę się przyżnać, że od chwili mojego...przymusowego tu pobytu nic nie widziałem.- Poison przez chwile stał zamyslony z mackami nastroszonymi na wszystkie strony- Jednak, mój "towarzysz" nie wyczuwa nikogo żywego oprócz naszej...drużyny- stwierdził Raphael.
- -Pech. Jesli kogos wyczujesz, daj znac. Bedziemy...wdzieczni.
- My, czyli wszyscy, czy Pan i Pan?- zapytał symbiot szczerząc sie imponujacymi kłami.
-Pozostawmy to waszej wolnej interpetacji, Mr.Raphael.- rzekła Mark z tajemniczym uśmieszkiem.
- A zatem "my" uwazamy, że powinnismy przeszukac cały kompleks...odczuwam lekki głód świeżego móżdzku!- krzyknąl Poison oblizujac sie swym obslinionym jęzorem.
-Hah. Chyba bedzie musial Pan przejsc na tymczasowa diete wegetarianska, Mr.Raphael.- stwierdził bez zbytniego żalu mężczyzna.
-Na to wychodzi, Mr. Mark...mam nadzieje jednak, ze nie na długo...
-Im szybciej otworzy Pan te metalowe drzwi, tym szybciej z radoscia sie rozdzielimy, Mr.Raphael.
-W sumie po tak dlugiej samotnosci przyda nam się odrobina...towarzystwa...- rzucil beznamietnie Raphael.
-Witam Pana z otwartymi ramionami...moglbym zapewnic Panu brak jakiejkolwiek samotnosci na zawsze, ale mam dziwne wrazenie, ze nie skorzysta Pan.-skontrował Mark.
-Nie dziekuje...wole zachowac autonomie...na tyle na ile pozwala mi wiez z moim "przyjacielem"- powiedział z niesmakiem młody Pytlak.
-Jeszcze kiedys Pan zmieni zdanie.- rzucił niedbale Mark, poprawiając przekrzywione podczas pojedynku okulary.
Świat jest pełen niespodzianek, wiec kto wie...kiedyś...- rzekł z ironią symbiot.
-Ale kto moze to wiedziec, Mr.Raphael. Kto moze to wiedziec? rzucił na odchodne mężczyzna po czym ruszył w kierunku drzwi.
-Hm, skoro doszlismy do chwilowego konsensusu doradzam zając sie sprawą stalowych odrzwi...- ruszył za garniakomanem, jednoczesnie zwracając się do pozostałych nie odwracając głowy: -Czy reszta naszej małej grupki mogłaby sie przedstawić? Milo wiedzieć z kim się podrużuje...-.
Venomus- ostatni wierny sługa Myrkula.
"Know me and fear me. My embrace is for all and is patient be sure. The dead can always find you. My hand is everywhere - there is no door I cannot pass, nor guardian who can withstand me." - Myrkul
Avatar użytkownika
Venomus
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 318
Dołączył(a): Cz sie 11, 2005 10:29 pm
Lokalizacja: Poznań

Postprzez Brat_Draconius » Pt lut 22, 2008 9:15 am

Ruby
theme
Jak pan Trucizna zauważył kolor skóry kobiety zaczynał się zmieniać. Bladość zastąpiła zieleń. Do zieleni dołączył po chwili przezroczysty śluz pokrywający całe ciało za wyjątkiem twarzy. Maź zaczęła się krystalizować tworząc coś na kształt przylegającego do ciała czarnego stroju z żółtymi plamami. Dziewczyna odwróciła głowę i rzekła:
- Eee? R#2, Rosiczka? Ja Ruby jestem... O so chodzi jakby? - Ruby zrobiła dziwną i skonsternowaną minę. - I jestem głodna... Gdzie my tak przy okazji jesteśmy?
Ruby była zdziwiona. Sam metal, żadnego jedzenia. Chyba znowu ją złapali a ci tu mają coś wspólnego z tym, że się obudziła. Kolejny powód by ich nie zjadać. A wtedy ten od R#2, zaczął tłuc się z tym od Rosiczki. Ząbek zsunął się po cichu na ziemię i obserwował. Popatrzył pytająco na swoją panią ze zdziwionym wyrazem pyska.
- Widzisz ząbek to chyba przejaw walki o dominację w stadzie. Wiesz testosteron i takie tam. Tak wiem, że ty tego nie rozumiesz, ja też nie ale tak gadali w telewizji...
Ruby obserwowała walkę dalej. Organizm najwyraźniej został pobudzony tą nagłą falą przemocy. Świadczył o tym błogi uśmieszek i rumieniec oraz dalej kontynuowana rekonfiguracja. Na żółtych plamach zjawiły się kostne płyty. Przedramiona w miejscu łokci wytworzyły kostne ostrza długie na dobre piętnaście centymetrów i najpewniej mogące jeszcze wydłużyć się w razie potrzeby. Paznokcie zmieniły kolor na soczystą zieleń i również zaostrzyły się niepokojąco. Ale nie to było najgorsze. Ruby wyraźnie zaburczało w brzuchu. Bardzo wyraźnie. A Ząbek popatrzył się w stronę kultystki i zasyczał.
- Jak oni długo będą się tak bawić? - rzekła pani Rosiczka. Akurat wtedy Poison wspomniał coś o mózgach. - Mózgi dobre Panie Duże Zęby... Ruby będzie pamiętać by nie zjadać mózgów. - Poison z całego towarzystwa wydawał się najbardziej znośny, najbardziej zbliżony do tego co miała Ruby. - A Pan Garnitur nie ma palca... To da się naprawić!
Ząbek pokiwał z rezygnacją łbem. Ruby zaczynała mieć dobry humor a to źle wróżyło istocie która go popsuje.
Avatar użytkownika
Brat_Draconius
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 422
Dołączył(a): Pn cze 19, 2006 11:57 pm
Lokalizacja: Zielona Góra/Sława

Postprzez Famir » Pt lut 22, 2008 8:23 pm

Allelujah

Kiedy walki, pogaduszki i zabawy integracyjne zostały zakończone nie pozostało im nic innego jak ruszenie dalej i penetracja budynku. Mark dość łatwo otworzył drzwi prowadządze do korytacza... a raczej czegoś co kiedyś było korytarzem, a teraz wyglądało na scenografie do horroru klasy B. Tynk sypał się równo i bynajmniej nie ze starości - cała elektronika została jakby wyrwana lub w inny sposób zniszczona rury były powykręcane zupełnie jakby były z gumy. Uroku dopełniany porozrzucone tu i tam resztki ludzkiego ciała oraz zastygła krew. Krwisty odcień i ludzkie flaki dodawały temu miejscu także swoistego uroku. Normalni ludzie prawdopodobnie zemdleli by na taki widok, ale w tym towarzystwie chyba nikogo normalnego nie było.
-Tym razem to nie ja.
Usprawiedniwił się od razu Allelujah patrząc na Marka... w sumie to on wysadził zbrojownię i zniszczył część budynku, więc co niektórzy mogliby powysnuwać błędne, przedwczesne wnioski. Zaczęli iść korytarzem i wkróce dotarli do rozwidlenia prowadzącego do dwóch różnych pokoi. Oba wyglądały na pomieszczenia labolatoryjne, ale udodą dorównywały korytarzowi w każdym aspekcie. W jednym z tych pokoi nawet leżał profesorek, który dla badań stracił głowę - dosłownie, bo coś mu ją chyba odgryzło. Allelujah westchnął głęboka starając się znaleść wyjście z sytacji... był z dwoma kanibalkami, pseudo spiderman'em, który mógł oszaleć w każdym momencie i gościa przy którym "Mr. Smith" z "Matrix'a" wypada blado. Do tego ta wesoła grupka wylądowała w scenerii co najmniej oddających ich osobowość a on był osłabiony po akcjach na statku - jedym słowem było zajebiście.
-That's not fun at all...
Avatar użytkownika
Famir
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
 
Posty: 61
Dołączył(a): N maja 29, 2005 10:32 am
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez VooDooFreak » So lut 23, 2008 2:12 am

Marcus

W całym tym zamieszaniu było jasne, że to, czego wszyscy poszukują, nie jest tym samym, czego szuka Marcus. Nie obchodziło go, że ktoś tam, kogo ledwie na oczy w życiu zobaczył, wylądował niedaleko. To nie jest bal charytatywny, że wypada z kimś potańczyć. Prawdziwym przedmiotem zainteresowań powinno być przetrwanie na tej porośniętej planecie, w której pozbawiony wszelkiego gustu estetycznego (poza swoim własnym, który był mało wyrafinowany i czasem niezauważalny, ale pojawiał się, gdy tylko mógł spełnić swą rolę) Marcus czuł się nieswojo. Logiczne, że teren dostarczający pożywienia musi być też schronieniem dla jakichś stworzeń, które wykształciły możliwość ich zjadania. Już miał podjąć jakąś bardziej konstruktywną konwersację. Nawet chciał nadrobić pewne zaległości... Owszem, co racja - nie odezwał się ani słowem od momentu, gdy odeszli spod kapsuły - ale to było głównie dlatego, że po szybkim odczytaniu myśli, jakie krążyły po głowie Rage'a Marcus przyjął możliwość wystąpienia ataku szału spowodowanego dźwiękami jako bardzo prawdopodobną. Przez całą drogę Marcus nie tylko starał się zachować ciszę niezbędną do bycia niezauważonym w czasie całej drogi. Obmyślał również plan następnych działań, bo grunt to nie pozostawać całkiem pasywnym, przynajmniej jeśli chodzi o badanie nieznanego gruntu. Pomyślał, że trzeba jednak zamienić kilka słów, istnieje taka konieczność. Konieczność ta wynikała głównie z tego faktu, że samodzielnie miał dużo mniejsze szanse przeżycia, niż gdyby miał skorzystać z pomocy kobiety, która prawdopodobnie sama też dysponowała pewnym asortymentem niecodziennych umiejętności. Przeszkodą, w miarę solidną, był tutaj następny fakt - Marcus nie miał za grosz pojęcia o tym, jakie są właściwie. Szkoda było marnować cennej energii na przeszukiwanie i zdobywanie cennych informacji w umyśle kobiety. To się zwyczajnie nie kalkulowało - skoro mogli używając jej mniejszej ilości - porozmawiać. Tylko z tym ostatnim z kolei, wiązało się pewne ryzyko, jako, że Marcus nigdy nie był mistrzem przeprowadzania konwersacji. Starał się tylko "wiedzieć, co powiedzieć", a "zwyczajne" rozmowy sprawiały mu pewnego rodzaju... trudność. Postanowił jednak nie przejmować się zbytnio tym faktem. Jak już pomyślał wcześniej - to nie bal, tym bardziej charytatywny. Nie musi przestrzegać w pełni etykiety, czy innych zasad. Szybko jednak jego rozważania na temat obecnego położenia zostały wytrącone z kierunku dążenia myśli. Dotarli do jeziora, zobaczyli potencjalne jedzenie. To już coś. Teraz tylko trzeba było wybadać dwie rzeczy. Pierwsze - czy woda jest zdatna do picia (przez to rozumie się też BRAK obecności naturalnych drapieżników właśnie w niej). Drugie - czy owoce są zdatne do jedzenia. Aby to sprawdzić... nie było niestety lepszej metody, niż doświadczalna. Już zdążył ułożyć kolejny plan - zalgorytmizował problem sprawdzenia zjadliwości i sprawdzenia wody, ale i tutaj, z bezcennej koncentracji wyrwało go... coś. Bestia. Dziwne zwierzę. Co prawda takie zdanie Marcus przejawiał na temat większości istot, z którymi się spotkał (w tym oczywiście również i ludźmi), ale wyjątkowość tej istoty polegała na tym, że zdecydowanie... musiała pochodzić z tej planety. Wypadałoby jej nie zabijać z dwóch powodów. Wyglądało na zwierzę raczej stadne, o ile nie było największym drapieżnikiem, w co Marcus wątpił - i ostateczny argument: można było się nim posłużyć, by przepadać niektóre rzeczy. Wystarczyłoby, aby Marcus sprawił, że stwór się zacznie unosić, jak obiekt. Spróbował swoich sił. Celem było uniesienie bestii w ten sposób, by nie mogła się poruszać samowolnie. Gorzej, gdyby okazało się, że potrafi latać. Trzymanie jej w ryzach mogłoby wtedy zostać zakwestionowane. Jeśli jednak... nie potrafi poruszać się w powietrzu... na co z kolei szansa była duża... to telepata właśnie znalazł sobie obiekt doświadczalny.
Ciekawe, co to właściwie było za zwierzę. Miał tylko nadzieję, że jego towarzyszka nie rzuci się na nie w ślepej furii, co byłoby skrajną głupotą... ale z drugiej strony dopuszczał do siebie taką myśl, z uwagi na jej... stan psychiczny i zranienie. Również fizyczne. Szczerze mówiąc, po uwzględnieniu tego w planach, nawet by się nie "wściekał" w jego tego słowa znaczeniu, bo właśnie dodał do swego rozumowania kolejny fakt. To zwierzę mogło mieć naprawdę dobre mięso... cóż by się więc stało, gdyby to ono stanowiło pożywienie ? To wiązało się z pewnym ryzykiem, więc póki co... tylko obezwładnienie.
Avatar użytkownika
VooDooFreak
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
 
Posty: 5
Dołączył(a): Pn gru 10, 2007 10:03 pm

Postprzez Sierak » So lut 23, 2008 4:30 pm

Katherine

Kobieta i mężczyzna odeszli jak najdalej Rage, który mógł w każdej chwili zrobić taki berserk, że nie było by co z nich zbierać. Im dalej, tym lepiej, tak jest. Właściwie, to zapewne na pierwszy ogień poszedł by mężczyzna, ale tak czy siak lepiej nie kusić losu. Innymi więc słowy... z seksu nici. Fakt ten zadziałał na umysł Katherine niczym czerwona płachta na byka. Była w sumie w podobnym stanie, co Rage... zero przyjemności, tylko ta planeta pełna drzew. W jednej chwili wszystko straciło swoją barwę. Bo drzewa Jej niestety nie kręciły...

Głębokie przemyślenia odnośnie braku rozkoszy i pomysłów, na tego braku zastąpienie przerwało zwierze, które dosłownie "weszło" w czarnowłosą. Niestety po pierwsze, nie życzyła sobie, by jakiekolwiek zwierzęta w Nią wchodziły, a po drugie nie pyskiem i nie w ramię, a w c... co innego.
Zareagowała niemal natychmiastowo.

-Kurwa... masz szczęście, że nie jestem w jakiejś drogiej sukience zasrany kundlu! Ciekawe ile to się będzie regenerowało... wygląda całkiem nieprzyjemnie.-

Stwierdziła tonem naukowca, który nijak nie zna się na swojej pracy, czując, a właściwie to ledwo czując ramię. Piekło jak jasna cholera. Kobieta krwawiła... zaraz... krew się z Niej wylewała? Do tego ilościami, które spokojnie napełniły by kilka wanien, to chyba nie przez to zranienie? Krew poszybowała w kierunku pyska zwierzęcia.
Somebody called for an exterminator?
Loading...
Avatar użytkownika
Sierak
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 2296
Dołączył(a): Pt maja 11, 2007 4:07 pm
Lokalizacja: D.G.

Postprzez MunchKing » So lut 23, 2008 11:43 pm

Katharine i Marcus. Ujęcie drugie. Schować mi tą wazelinę…
Wielkie bydlę ryknęło donośnie, w sposób, który wyrwał lokalne ptactwo z drzew i skierował je wprost ku niemal bezchmurnemu niebu, w towarzystwie dużych pokładów lęku. Katharine miała nieodparte wrażenie, że bestia się z niej śmieje, choć ekspresja „zwierzęcia”, „owada”, czy krzyżówki obojga jaką stanowiło to cholerstwo zdawała się mieć ten rodzaj ekspresji wygrawerowany na pysku. Sycząc niemiłosiernie, w czymś na kształt odruchu obronnego, paskuda odskoczyła gwałtownie od wici krwi, które miały za zadanie dostać się do jego jamy gębowej, udusić od wewnątrz, bądź spowodować eksplozję. Cholerstwo było po prostu za szybkie, do tego rodzaju zagrywki, poruszało się jak miniaturowa błyskawica o kanibalistycznych skłonnościach. Drapieżca skoczył wprost na dziewczynę, nie dając jej szansy na jakikolwiek odwet, czy unik. Na całe szczęście, na pomoc przyszedł Marcus. Bestia…zastygła w powietrzu. Dosłownie, jakby ktoś wcisnął przycisk pauzy na odtwarzaczu. Sycząc i rycząc, przeklęty stwór próbował się wyzwolić, ale równie dobrze, mógłby próbować płynąć w zaschniętym cemencie. Tym razem krew bez problemów dotarła do jego jamy gębowej, wnikając do środka. Paskuda kwiknęła, zaś jej organy wewnętrzne eksplodowały jak balon napełniony wodą. Padła z plaskiem na ziemię, donośnie skrzecząc, jeszcze przez dobrą chwilę. Katharine i Marcus popatrzyli po sobie z zadowoleniem. Doskonale wykonana robota. Już mieli sobie pogratulować. Wtedy zaczęło się miniaturowe, rytmiczne trzęsienie ziemi. Coś dosłownie staranowało około kilkudziesięciu drzew, torując sobie drogę do oazy. Coś wyglądało jak zabite bydle, w wersji XXXX…XL. Przewyższało Marcusa i Katharine jakieś cztery razy, ubarwienie sugerowało też…znacznie starszy wiek, a zęby stanowiły dwuręczne miecze. Czyżby mamusia? Na domiar złego…pojawiły się także…kolejne trzy, milusińskie małe. Zupełnie jak to jedno, które musiało się zabłąkać.

Lazarus. We surrender! Boom! Headshot!
Kupa rozwalonego, na zmianę upieczonego, to zamrożonego mięsa, poczęła na powrót nabierać formy, która miała coś (choć niezbyt wiele) wspólnego z ludzkim ciałem. Połamane, rozpryśnięte kości scalały się w jedność, podgnite żyły nachodziły na swoje miejsce, czarna jucha bulgotać i tworzyć swoistego rodzaju skupisko. Połamana kukiełka, drgnęła, starając się podnieść do góry, na niciach, które posiadały więcej przecięć niż warsztat wytwórcy nożyczek. Udało się to jej. Po części. Skrząca błękitem kula nagle narodziła się w jego wnętrzu, rozdzierając dopiero co zrośnięte fragmenty organizmu i dosłownie sprawiając, że wyparowały. Przezroczysty okrąg z niebieską zawartością, także się rozwiał. Zgniły pan syknął donośnie z bólu, łapiąc się za miejsce, gdzie do tej pory znajdowała się jego wyparowana obecnie ręka i spojrzał ku górze. Odpowiedziała mu para czarnych okularów, bujna czupryna, dość dobrze zbudowana sylwetka i twarz która z równą dozą emocji mogła by obierać ziemniaki i robić pompki, co zabijać bez zmrużenia oka. Para dog-tagów kołysała się na szyi, przy czarnej, wojskowej koszuli. Kompletu doceniały glany i spodnie, także o charakterze militarnym. Lazarus uśmiechnął się. Coś strzeliło w jego żuchwie.
- Khah! Tylko na to cię stać?!
- Nie. To była tylko wizytówka.

Chodzący przydomek dla apatii, zacisnął dłoń po raz kolejny, sprawiając, że promienie słoneczne odbiły się od lśniącego, srebrnego mechanizmu na jego dłoni. Błękit otoczył Lazarusa. A ten zniknął. Nikt w zasadzie nie wiedział, że pojawił się wprost w jednym z okolicznych słońc. Nawet on. Temperatura tak szybko odparowała jego nadgniłe komórki myślowe. „Wojskowy” młodzian przytknął palec do ucha.
- Napotkałem…opór w drodze z Beta do Gamma…rozumiem. Kontynuujmy.
Przytaknął sam do siebie i zeskoczył ze skarpy na dół, wzbudzając tuman kurzu. Ruszył dalej lekkim truchtem. Ku niewiadomej.

Wojna, Mark, Rosiczka, Trucizna. Niestety, Mały, Dzielny Toster, nie dotrze na zjazd dziwolągów. Przykro mi.

Po dość udanej (choć zależy jak winno się definiować udaną) bitce, grupa zakopała topór wojenny i udała się do terminalu. Nie minęło wiele czasu a ciężkie, mechaniczne drzwi stanęły otworem. W sumie mieli szczęście. Istniała spora szansa, że ich awaryjne lądowanie mogło zniszczyć przewody energetyczne, zaopatrujące wrota w moc. Jednak tak się nie stało. Jednak to czego uświadczyli…sprawiło, że nie byli dłużej pewni swojej dobrej passy. Cały, długi korytarz bowiem, był zaścielony ciałami. A ciała owe przedstawiały dość oryginalny sposób śmierci. Rozerwane na pół, z wyrwanymi, odgryzionymi, lub zmiażdżonymi kończynami. Cokolwiek tędy przeszło, gustowało w białym mięsku. Mozaika posoki na ścianach nie była aspektem artystycznym, lub artysta po prostu cierpiał na autyzm. Po obydwu stronach, znajdowało się dwoje drzwi. Na końcu drogi zaś…niedziałająca winda. Wrota po lewo prowadziły do…czegoś na kształt…wylęgarni. Każde z pomieszczeń było porośnięte czarną, pulsującą, pseudo żywą naroślą. Jaja, które kiedyś znajdowały się w specjalnych kontenerach montowanych na ścianach, już dawno pękły, podobnie wiązki dogasającej obecnie, energetycznej klatki. Cokolwiek stąd uciekło…nie należało do rzeczy przyjemnych. Druga para wrót prowadziła do pokoju medycznego, oraz do jakiejś centrali. Znajdujący się wewnątrz, martwy naukowiec, leżał, bez łepetyny, tuląc do siebie klawiaturę monitora hologramowego. Ekran migał nerwowo, Dziewięćdziesiąt procent plików było uszkodzone, a Markowi udało się tylko potwierdzić, że…w istocie, coś tędy spieprzyło. Tylko nadal nie wiedział niczego na temat diety istoty. Rosiczka czuła się nieco niespokojna. Zupełnie jakby ktoś wziął jej geny…jej moc…zmodyfikował ją i nadał własną wolę. Nieładnie, och nie. Wojna i Trucizna…mieli sporo szczęścia. Oto bowiem…gruba blacha wrót, za ich drzwiami została rozerwana a stąpnięcie metalowej kończyny prawie rozgniotło dwójkę na miazgę. Jednak prawie robiło wielką różnicę. Stąd szczęście.
- Uwaga! Wykryto jednostki z potencjałem genu X na terenie placówki. Dostęp nieautoryzowany. Moce nieznane. Zalecana natychmiastowa eksterminacja. Wykonuję procedurę. Proszę personel o odsunięcie się. Dziękuję.
To mówiąc, kolosalne, metalowe bydle, które ryło głową sufit i przypominało coś w rozmiarze mamuta, zaś z wyglądu psa skrzyżowanego z czołgiem i kubłem na śmieci, rozpoczęło ostrzał z Gatling’a zamontowanego na brzuchu. Mark wielkim trudem zdołał zanurkować za biurko nim zyskał konsystencję konfetti. Zapowiadała się…ciekawa akcja.
My head is heavy, my limbs are weary,
And it is not life that makes me move.
Avatar użytkownika
MunchKing
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1288
Dołączył(a): Cz sty 27, 2005 9:12 pm
Lokalizacja: Częstochowa

Postprzez Venomus » N lut 24, 2008 2:11 am

Poison [Raphael Pytlak]
Theme

Po wejściu na korytarz za dzwiami, Poison gwizdnął z uznaniem.
- No,no...ktos tu miał dryg artystyczny. Niezła robota. W sumie po obrażeniach i typach ran mógłbm siebie posądzić o tą rzeź...gdyby nie to, że cały czas byłem przetrzymywany w komorze kriogenicznej. Ktoś o takich zdolnościach bojowych był wybitnie groźny...uważajcie jęsli chcecie żyć...
- zakomunikował wszystkim o swoich podejrzeniach.

Zobaczywszy wylęgarnie symbiot na moment znieruchomiał. Tak samo jak Rosiczka odczuł, że wykorzystano tu dna z jego kostiumu. -A więc te szmaty do tego nas potrzebowały!. Rosiczko...możliwe,że pobrali z naszych organizmów próbki z połączyli po modyfikacjach genetycznych. Sądzę, że naszych "dzieciaków" może byc całkiem sporo i nie sądze by potraktowali ulgowo swoich "rodziców".- zwrócił sie do Ruby.
Jego spojrzenie padło na naukowca bez głowy a raczej na projekrtor hologramów. - Mr. Mark, Allelujah...mam nadzieje, że ktoś z was zna sie na tym...wiekszość danych jest stracona ale 10% to zawsze coś. Może czegoś sie dowiemy o naszych...potomkach.-zwrócił się do męskiej części załogi.


Szedł obok Wojny gdy nagle...Kostium ostrzegł Raphaela o niebezpieczeństwie. W ostatniej chwili odskoczył widząc, że Allelujah zrobil to samo. Gdy wylądował Trucizna rozwarł paszczę i rozcapierzył pazury gotując sie na walkę. Widok wroga zdziwił go. Przez wyrwę w ścianie na ekipę patrzył kilkumetrowy mech wojenny najnowszej generacji z pancerzem z durastali i uzbrojeniem zdolnym rozsadzić całą tę baze ze dwa razy... nie jest dobrze.
Postanowił odegrać rolę przywódcy z racji wyszkolenia wojskowego i największej( przynajmniej obecnie) trzeźwości umysłu.
- Allelujah, nie wiem jaka masz moc ale lepiej ją teraz uaktywnij jesli jeszcze chcesz pożyć...Mr. Mark radze okrążyć stwora i chowac sie za przeszkodami....Ja i Rosiczka stanowimy obecnie najwiekszą siłę bojowa...No dobra Zielona dziewico...każ swemu "zwierzakowi" podkraść sie to tego Metal Gear wannabie żeby wślizgnąl sie w szpary miedzy płytami na szyji. Tam są obwody, może przepali je kwasem, pogryzie albo co...ty osłaniaj mnie i skorzystaj ze swoich pnaczy, macek...wszystkiego co masz, rozwal jego Galin guna zanim poszatkuje wszystkich. Ja...Ja pogadam z Puszką radykalnie...- gdy rozkazy były wydane Poison z krzykiem rzucił sie na mecha.
Skakał od ściany do ściany, strzelajac dla osłony ostrzami z symbiotu i zasłaniając sie złapanymi tu i ówdzie kawałkami złomu przed działkiem Olbrzyma. Gdy Rosiczka i reszta ekipy odwrócą uwage robota na chwile wykorzystał zdolnośc symbiota do maskowania modląc sie w duchu by mech nie byl wyposarzony w podczerwień ani miotacz ognia. Podkradł sie od tyłu wskakując najpierw na plecy potem na barki/szyje/ co tam to coś miało. Co prawda maskowanie przestało działać ale to nic. Teraz Poisonowi nie było już potzrebne. Sziedząc na mechu korzystał z własnej strategi wbijajac we wszystkie metalowe przewody wse szpony, przegryzał kable paszczą i wysyłał do środka macki symbiota w nadzieji, że znajdą sposób by rozsadzić maszynę od środka. Zastanwaiał się czy da radę tak samo zniszczyc działko.
- Nie grzebcie się! Potrzebna mi pomocna dłoń...Mr. Mark, Rosiczko...zapraszam do zabawy!- wrszeszczał Raphael do towarzyszy.
Venomus- ostatni wierny sługa Myrkula.
"Know me and fear me. My embrace is for all and is patient be sure. The dead can always find you. My hand is everywhere - there is no door I cannot pass, nor guardian who can withstand me." - Myrkul
Avatar użytkownika
Venomus
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 318
Dołączył(a): Cz sie 11, 2005 10:29 pm
Lokalizacja: Poznań

Postprzez Brat_Draconius » N lut 24, 2008 8:32 pm

Ruby
theme
Ruby była zniesmaczona, nie tyle kwestią użycia jej genów co czym innym... Tyle pożywienia zostało, takie marnotrawstwo. Nawet ta martwa wylęgarnia. Nie można było na to pozwolić. Tym bardziej, że była głodna a wiedzę często można zdobyć poprzez jedzenie. Zwłaszcza jak nazywasz się Ruby. Było trochę czasu, zarodniki były dobrym pomysłem. Ząbek wszak nie był tylko maskotką i wiedział co ma robić. Rozpylił zarodniki na wszystkie martwe ciała i obszar wylęgarni. A potem zaczął tworzyć zbiornik absorpcyjny, substancje odżywcze muszą zebrać się w jednym miejscu. A tymczasem należało coś zjeść.

Ruby podeszła do zwłok. Obiekt był kiedyś młodą kobietą, niestety głowa nie została zachowana. Włosy "Rosiczki" zaczęły się ruszać i wydłużać, pełzły w kierunku pożywienia. Oplotły denatkę szczelnie a na twarzy rudej znowu pojawił się rumieniec i bezwstydny uśmieszek. Cóż jedzenie zawsze sprawiało jej przyjemność. Trwało to chwilę. Włosy wróciły do poprzedniej długości. I wtedy pojawiło się to coś. Coś co chciało zrobić krzywdę, coś co chciało zepsuć jej humor. I zepsuło skutecznie...

Obiekt YS1666 pomimo faktu zeżarcia 55 tysięcznej metropolii, łącznie z budynkami i wyjałowieniem ziemi nie zaliczał się do psychopatów. Sterował nią wtedy niezwykle dotkliwy głód, skutek aktywacji genu X. Instynkty były niezwykle silną częścią jej osoby. Podobnie jak niechęć do zwykłej ludzkiej technologii, szczególnie tej co ma zrobić jej wiwisekcję. Mówiąc wulgarnie: Ruby się wkurwiła. Co było widać. Normalne zmiany następowały raczej powoli i zużywały mało jedzenia. To była przemiana błyskawiczna skoncentrowana na zniszczeniu celu i późniejszej absorpcji.

Ostrza na przedramionach wydłużyły się osiągając długość 50 centymetrów, niskie przeciągłe buczenie sugerowało, że są czymś więcej niż wyglądają. Sugerowało, że lepiej nie służyć za obiekt testowy ich ostrości. Długie i ostre paznokcie dosłownie zmieniły się w szpony. Pancerne płyty wykwitły na całym ciele. Rude włosy zaczęły falować sondując otoczenie, zaś po chwili skupiły się w coś na kształt ogona. Dolna szczęka "pękła" ukazując rzędy zębów i język przekształcony w miotacz kwasu. Nogi przy głośnym chrupnięciu zmieniły swój układ i konstrukcję, gdyby widział je archeolog napomknąłby coś o velociraptorze. Całe stworzenie, bo człowiekiem nazwać się tego nie dało pochyliło się i wytworzyło jeszcze coś na kształt dwóch macek zakończonych zaślinionymi paszczękami. Te ostatnie skurczyły się i wypluły we wroga kolce. Celem było działko, zaś kolce posiadały w sobie kilkanaście rodzajów enzymów trawiennych. Bestia pobiegła myląc sensory skrętami, skokami. Biegła w kierunku głównego uzbrojenia. Skok powinien pozwolić jej usadowić się na łączeniu działka i wytworzyć drogę do środka. Potem należało "wypluć" szybko dojrzewającego w jej klatce piersiowej małego kamikaze. Teraz nie był szkodliwy. Procesy zamieniające go w żywą bombę zaczną się dopiero po opuszczeniu ciała matki. Ząbek dostał feromonalny rozkaz by trzymać się z daleka od całej tej rozróby. Jeśli przeżyją Ruby będzie potrzebować tego jedzenia...
Avatar użytkownika
Brat_Draconius
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 422
Dołączył(a): Pn cze 19, 2006 11:57 pm
Lokalizacja: Zielona Góra/Sława

Postprzez Famir » N lut 24, 2008 9:31 pm

Allelujah

- Allelujah, nie wiem jaka masz moc ale lepiej ją teraz uaktywnij jeśli jeszcze chcesz pożyć...
- Wiesz mi, że jakbym mógł to zrobić to byś już dawno nie żył.
Odpowiedział trochę niegrzecznie, ale za to całkowicie zgodnie z prawdą szarooki – gdyby mógł swobodnie używać swoich mocy zabiłby napotkaną niedawno parę w chwili gdy zbiorniki zaczęły się opróżniać, ale stało się jak się stało i teraz przyszło im walczyć… właściwie to ciężko określić było czym tak naprawdę było to coś, więc przyjmijmy że będziemy go nazywać „strażnikiem”. Tak więc strażnik przybył – sądząc z jego wygenerowanych przez elektronikę słów – że raczej nie przyszedł tu na piknik (chyba, że daniem na pikniku miał być mały bad team). Allelujah pod odskoczeniu od stopy/odnóża strażnika zdjął szybko swój karabin i oddał strzał – pocisk energii wydobył się z lufy, ale zamiast przebić się przez strażnika… odbił się od niego i zaczął wracać niczym bumerang. Białowłosy szybko wykonał ruch al’a Neo – ciało zaczęło odchylać się do tyłu do momentu aż kąt nachylenia w kolanach wynosił 90.* Pocisk minął ciało tak blisko, że mężczyzna aż czuł ciepło energii – szczególnie kiedy śmignął tuż nad głową a konkretnie nosem. Ślepi pocisk poleciał dalej uderzając tuż koło głowy Marka.
-Sorry.
Powiedział Allelujah po czym przyłożył dłoń do ziemi i odbił się stopami od podłoża wychodząc z pozycji al’a Neo do całkiem innej – teraz stał na jednej ręce a kiedy ciało było wyprostowane ruchem ręki wprawił je w ruch obrotowy zmieniając pozycje o 180* tym samym będąc znów twarzą do strażnika. Oddał drugi strzał tym razem celując w jedną z trzech luf i tym razem pocisk się nie odbił a część uzbrojenia uległa zniszczeniu. Allelujah pozwolił swojemu ciału upaść do tyłu a kiedy było w połowie drogi do ziemi odbił się z ręki momentalnie wracając do pozycji stojącej. W tym samym momencie rosiczka okazała swój prawdziwy wygląd… hm… miał dziwne wrażenie, że gdzieś po budynku biega właśnie jej klon bawiąc się z naukowcami…
Avatar użytkownika
Famir
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
 
Posty: 61
Dołączył(a): N maja 29, 2005 10:32 am
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez MunchKing » N lut 24, 2008 10:08 pm

War, Mark, Ruby, Trucizna. Zawsze wiedziałem, że z was rozrywkowa grupka.

Strzał z działka energetycznego wojny, skutecznie urwał jedną z luf broni do eksterminacji ludności. Szkoda tylko, że zabłąkane wyładowanie pierwszego strzału, omal nie pozbawiło Marka głowy, nadając końcówkom jego włosów chrupki brąz. Rosiczka dość sprawnie poradziła sobie z resztą obrotowej śmierci, wystrzeliwując kolce, które przeszły przez działko jak nóż przez masło, powodując miniaturowy wybuch, który rozsypał resztki po ziemi. Zarówno zielona kanibalka jak i mężczyzna, którego odzieniem była forma obcego gatunku, zbliżyli się, aby dobić swój cel. Jednak mimo, że chodzący toster właśnie stracił działko, daleko mu było do stanu bezbronnego. Przekonał się o tym trucizna, który opadł ciężko na grzbiet kolosa, próbując przebić się do okablowania. Pazury ryły strukturę pancerza i prawie odniósł sukces. Jednak prawie stanowiło dość niebezpieczne słowo na polu bitwy.
- Próba przebicia warstwy wierzchniej. Podejmuję procedurę usunięcia zagrożenia.
I faktycznie, podjął. Przez cały pancerz gwałtownie przeszło wyładowanie błękitu, które raczej nie miało jedynie charakteru wizualnego. Użytkownik symbiotu przekonał się o tym natychmiast, kiedy błękitne wiązki wstrząsnęły jego ciałem i odrzuciły tak mocno, że odbił się od sufitu jak gumowa piłka. Metalowe odnóże trzasnęło go od boku, wysyłając wprost w kierunku Marka, który czuł się zapewne, jakby dostał kulą armatnią. Trucizna uderzył w biurko, które rozpadło się na drzazgi, w terminal, który podzielił się na części pierwsze, w ciało i w fana Matrixa. I w sumie dobrze się stało, bo nieco zamortyzowało to jego przelot, choć miłośnik czarnych okularów skończył właśnie z dużym kawałem drewna, wystającym z nogi, który nie stanowił szczytu estetyki. Rosiczka skoczyła ku przodowi, chcąc rozczłonkować maszynę. Jakież musiało być jej zdziwienie, kiedy z boku konstrukta nagle otworzyła się skrytka ukazując szereg przeciwpancernych rakiet i wystrzeliwując jedną z nich prosto w żołądek „obcej”. Ruch do przodu natychmiast został przerwany, zastąpiony gwałtownym, chaotycznym i znacznie szybszym w drugą stronę, z silnikiem ( i resztą pocisku) w brzuchu. Ruby przebiła się przez jedną ze ścian, lądując w pierwszej z wylęgarni.
- Prototyp Alfa rozpoznany. Podejmowanie czynności zapobiegawczych w celu wyplewienia zagrożenia. Wykonuję…
Wtedy pocisk wybuchł. Pancerz na tułowiu gwałtownie odparowało, jego fragmenty wbiły się we właściwą strukturę ciała. Wyglądała nieco jak jeż, który właśnie został naszpikowany szkłem zgniecionej butelki. Miała poważne trudności ze wstaniem. Nieco krwawiła. Jeżeli zaś chodziło o robota, mimo, że nieco porysowany, ze zniszczonym działkiem i (nieco) karoserią, zdawał się wciąż być całkiem…rześki, tak właśnie. W sumie najlepiej z konfliktu wyszedł Wojna, mimo chwilowego braku jakiejkolwiek mocy.
My head is heavy, my limbs are weary,
And it is not life that makes me move.
Avatar użytkownika
MunchKing
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1288
Dołączył(a): Cz sty 27, 2005 9:12 pm
Lokalizacja: Częstochowa

Postprzez Famir » N lut 24, 2008 11:05 pm

Allelujah

Rosiczka właśnie zrobiła im drzwi ewakuacyjne z tego pomieszczenia. Mały acz miły gest, nawet jeśli wymuszony przez rakietę typu ziemia-powietrze. Co ważniejsze jednak przydatny, bo zawsze dobrze jest mieć gdzie spieprzać jakby coś poszło nie tak. Allelujah popatrzył na pozostałych 5 rakiet przeciwpancernych i w jego głowie zrodził się chory pomysł, którego nie powstydziłby się Hallelujah a to dlatego że był on dość ryzykowny… przy najlepszym scenariuszu mech zostanie zniszczony a przy najgorszym cały budek wraz z całą zawartością. Ale żyje się raz a widok latających tu i ówdzie homo superior stał się lekko nużący więc wszystko zostało postawione na jedną kartę.
-Ci co chcą przeżyć niech lepiej spieprzają teraz od tego czegoś jak najdalej.
W tym co mówił nie było groźby a raczej suche stwierdzenie faktu. Wymierzył dokładnie w rakietę znajdującą się równo pośrodku pozostałych po czym powoli niczym snajper namierzający na cel…
-No to kurwa Amen i do przodu.
… pociągnął za spust a w stronę rakiet poleciała seria pocisków energetycznych. W tej samej chwili Allelujah rzucił się w stronę drzwi, które Rosiczka raczyła zrobić własnym ciałem. W biegu chwycił się krawędzi drzwi pozwalając by siła napędu posłała jego ciało na ścianę w drugim pomieszczeniu. Wten odbił się od niej stopami i zaczął lecieć w głąb pomieszczenia zakrywając twarz w geście obrony przed tym co mogło… co miał nadzieję, że nastąpi.
Avatar użytkownika
Famir
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
 
Posty: 61
Dołączył(a): N maja 29, 2005 10:32 am
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Venomus » Pn lut 25, 2008 12:18 am

Poison [Raphael Pytlak]
Theme

Wyładowania elektryczne przebiegły po ciele Poisona. Raphael czuł cierpienie sybiota, ból wdzierał mu się do mózgu. Ładunek odrzucił go z taką siłą, że odbil sie od sufitu. Gdy spadał w dół jedyne co widział to kończyna olbrzymiego mecha.
-Nie jest kurwa dobrz...- jedynie to zdążył powiedzieć zanim dostał potężnego strzała, takiego który sprawił, że trucizna zamienił się w spory czerwono-zarny pocisk. Bolesnie zauwazył, że po drodze rozwalil jakiś terminal, potem ogromne drewniane biurko, potem w Marka, potem stracił rachubę...
Gdy po chwili podniósł się z podłogi, zataczal się. W głowie mu chuczało i wiedział na pewno, że gdyby nie symbiot to jego ciało niw wyszłoby z tego lotu w jednym kawałku. No właśnie, lotu. Raphael stwierdził, że stanowczo za dużo dzisiaj latal jak na jeden dzień. Może powinien bardziej uważąć...
- Dziękuję, Mr. Mark za złagodzenie choć odrobine tego jakże bolesnego upadku. Kiedyś...choć wolałbym nie, postaram się zrewanżować-- powiedział symbiot do rozpłaszczonego na ziemi wielbiciela garniturów.
Odwracając sie z powrotem do mecha Poison był świadkiem jak Rosiczka odbywa lot liniami Przeciwpazerrocket airlines i laduje na lotnisku Ściana boczna/second room. Teraz naprawdę się wkurzył. Poison zdążył polubić Rosiczke, może nawet czuł do niej coś więcej...była mu bliska... a ten Metal Gear stanowczo za długo rozwala tą bazę. Symbiot zacząl rosnąć dostosowując się do silniejszego przeciwnika. Udało mu się zwiększyć swą wage dwukrotnie a gabarytami dochodził 3 metrom. J, że alluż miał zamiar ponownie rzucić się na bestie gdy spostrzegł Allelujah posłał serie energetycznych pociasków...prosto w pociski przeciwpancerne.
-Kuuurwa!- krzyknąl Raphael. Wolą zmniejszył się do pierwotnych rozmiarów i czym sił w symbiocie rzucil sie pędem w strone dziury w ścianie. Jedna ręką posłał macki do drugiego pokoju by znaleźć zaczepienie a druga strzelał na oślep ostrzami mając nadzieję, że te trafią w przeciwpancerne rakiety na wypadek jakby salwa Wojny nie starczyła do wybuchu. Miał też nadzieje, że reszta w sali nie pobiegła zaraz za nim bo może nadziac się na jego ostrza. Trudno, musżą uważć...life is brutal.
Gdy Poison znalazł sie już w drugim pomieszczeniu odwrócił się i złożył przed piersiami ręcę. Skupil całąswoja siłę aby macki symbiota utworzyły tarczę i zastugły...stwardniały. Miał nadzieję, że to wystarczy by przetrwać wybuch... Zastanawiał sie czy nie przylepic sie do sufitu al w tych pomieszczeniach był on za nisko, no i nie było juz czasu...
Venomus- ostatni wierny sługa Myrkula.
"Know me and fear me. My embrace is for all and is patient be sure. The dead can always find you. My hand is everywhere - there is no door I cannot pass, nor guardian who can withstand me." - Myrkul
Avatar użytkownika
Venomus
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 318
Dołączył(a): Cz sie 11, 2005 10:29 pm
Lokalizacja: Poznań

Postprzez Brat_Draconius » Pn lut 25, 2008 12:43 am

Ruby
theme
Stopień gniewu nagromadzonego u rudej zaczął gwałtownie wzrastać, żaden blaszak nie będzie nazywać jej prototypem! Instynkt i podświadomość oraz coś czego geny odziedziczyć nie pozwalały: rogata dusza z ułańską fantazją kombinowały nad kolejną przemianą. Robot popełnił dwa błędy w walce z Ruby. Pierwszym był fakt, że nie unicestwił jej od razu. Drugim było posłanie jej do pomieszczenia gdzie Ząbek zdążył stworzyć plechę i zbiornik odżywczy. Macka, a raczej zmodyfikowany język podążyła do miejsca z życiodajnymi substancjami. Wysysała je szybko i łapczywie, niczym komar na skraju śmierci głodowej. Organizm zanalizował i zaabsorbował odłamki pocisku które utkwiły w ciele. Lepszy byłby pancerz tego metalowego gnojka ale nie można mieć wszystkiego...

Nagle zmysły wychwyciły ostrzeżenie od tego na A.
~O żesz... Niefajno.~
Pomyślała Rosiczka i zmieniła priorytety. Zrezygnowała z humanoidalnego kształtu zmieniając się w wężowatą istotę z dwoma potężnymi odnóżami grzebnymi i sześcioma znajdującymi się w spoczynku modliszkowatymi narzędziami zagłady. Wygląd pierwotny można łatwo odzyskać, wyparowanie zaś to coś bardzo nieprzyjemnego. Nie było czasu nawet by wytwarzać tarczę chroniącą, byłoby to marnotrawienie energii i czasu. Rosiczka zaczęła kopać tunel w głąb. Nie liczyło się jak daleko liczyło się by uniknąć wybuchu i innych zagrożeń. Enzymy były błogosławieństwem, zaś ostrza na "koparkach" gwarantowały niezłe wspomaganie. Ząbek wiedziony feromonalnym rozkazem podążył za swą panią. Jeśli wybuch nastąpi to lepiej odkopywać się przez gruz niż oberwać falą uderzeniową. A jeśli mecha - gnój nie padnie... To jest nań pewien sposób który może zadziałać całkiem ładnie. A jak dopadnie tego kto za to wszystko jest odpowiedzialny... To przedstawi go znajomym bo sama jest zbyt mało sadystyczna w zadawaniu śmierci.
Avatar użytkownika
Brat_Draconius
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 422
Dołączył(a): Pn cze 19, 2006 11:57 pm
Lokalizacja: Zielona Góra/Sława

Postprzez VooDooFreak » Pn lut 25, 2008 2:38 am

Marcus Taylor

Marcusowi bynajmniej nie uśmiechała się wizja, w której się z naleźli. W tej wizji bowiem po małego przyszła mamusia. Marcus w życiu nie widział większej istoty. To było nieporównywalne z czymkolwiek, o czym słyszał. W dodatku rozmiary wcale nie oznaczały jakiegoś ubytku. Zdawało się być wręcz przeciwnie. Wszystkie miały tą samą budowę anatomiczną, co trudno było sobie wyobrazić, ale w końcu... nie musieli. Ani Marcus, ani kobieta. Wszystko to było fascynujące i imponujące. Normalnie, gdyby jego życie nie wchodziło w grę, Marcus chętnie by poznał umysły tych stworzeń, by w końcu je sobie podporządkować. Byłyby całkiem użyteczne jako marionetki, miały ogromny potencjał bojowy.
Jednak nie miały dobrych intencji.
To była tylko chwila, moment, ułamek sekundy. Marcus postanowił sprawdzić działać. Co prawda, nie był zbyt przyzwyczajony do podejmowania nagłych decyzji, zwłaszcza na obcej planecie, w skafandrze o nie do końca znanych właściwościach i karabinie laserowym w ręku. Jednak cóż... można było powiedzieć, że jego wyczucie, od kiedy skoczyła mu adrenalina przy ataku pierwszego dziwnego stworzenia, również wzrosło. Powoli rosła mu świadomość działania w terenie i w walce. Nadal jednak trzeba było popracować nad kondycją fizyczną... która nie była przesadnie ostrzona. Jednak kondycja mentalna... była o wiele wiele WIELE ponad możliwości normalnego człowieka. Tak więc zaczął od jej wykorzystania. Szybko, w sumie dość pobieżnie, przewertował zawartości umysłów wszystkich, którzy się pojawili.
Szukał dość konkretnie. Czego się boją. Początkowym planem było, by te stworzenia mogły sobie dość realnie wyobrazić obraz tego, czego same się boją i uciec. Szkopuł w tym, że bały się Matki. Ta największa istota tutaj przedstawiała klasę średnią... była czymś w rodzaju pół-matki. Przerażające. Zaiste...
Zmiana planów. Marcus natychmiast pomyślał o tym, by wykorzystać dużą przewagę największego (największej)? nad resztą. Aby to zrobić, trzeba by ją kontrolować... ale żeby ją kontrolować...
Sprawdził w jaki sposób płyną myśli w tym stworze. Nie spodobało mu się to, co zobaczył. Wzory były praktycznie nie do odgadnięcia, nie dla kogoś, kto pierwszy raz z czymś takim obcował. To było zupełnie inne od tego, w jaki sposób nawet "normalne" zwierzęta myślały. Mniejsze osobniki przejawiały taką samą aktywność, lecz w mniejszym stopniu i od biedy mógłby kontrolować jednego. Jednak czas na działanie był już zbyt mały, by przemyśleć jakiś konkretny plan dotyczący czegoś takiego.
Jedynym wyjściem został taktyczny odwrót. Tylko w którą stronę?
Marcus rozejrzał się szybko po całej okolicy. Zwierzęta są przystosowane do gonienia ofiary na takim terenie więc... pozostał jeszcze jeden wybór.
Użył siły swego umysłu, by podnieść swój własny ciężar. I wbiegł na rzekę, jak gdyby nigdy nic.
Ach. Kobieta. Podobno to straszny kłopot... ale nie było teraz czasu na ceregiele czy inne rozważania, bo żadne zemsty kreatury zbliżały się bardzo szybko.
Pomógł więc i jej, nie do końca wiedząc, czy nie wstrząśnie nią za mocno, jeśli będzie biegać z nim po wodzie. Więc za pomocą telekinezy przeniósł ją najszybciej jak tylko mógł i dał chwilę, by się przyzwyczaiła.
-Biegnij. Nie pytaj.
Nigdy nie lubił mówić za dużo.
Zwierzęta zwolniły znacznie... o ile można to było tak nazwać. Teraz były duże szanse ucieczki. Biegli przez jezioro, nie oglądając się za siebie aż do samego środka wody stojącej. Teraz należałoby ułożyć kolejny plan.
Avatar użytkownika
VooDooFreak
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
 
Posty: 5
Dołączył(a): Pn gru 10, 2007 10:03 pm

Postprzez MunchKing » Pn lut 25, 2008 9:55 pm

Run, run, run Marcus ruuuun! No i Kath też, tak, tak…
Dwójka zdecydowała ratować się ucieczką, co było…mądrym, w zasadzie bardzo mądrym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę, że liczba, jak i rozmiar szczęk przepełnionych ostrymi jak miecze zębiskami, najzwyczajniej w świecie znacznie przewyższała tą, ludzi, którzy mogli stanowić główne danie dzisiejszego dnia. Bądź…zaledwie przystawkę. Dzięki nadzwyczajnym umiejętnościom mentalnym mężczyzny, który został przez życie pokrzywdzony estetycznie, udało się w tempie błyskawicznym pokonać jeziorko. Takiego szczęścia nie miały jednak pokemony prowadzące pościg, oto bowiem…odkryto ich słabość. A jeśli nie słabość, to przynajmniej niedoskonałość. Mimo, że nie tonęły w wodzie jak kamienie (a szkoda, zaiste), to zdawały się poruszać w niej, jak muchy w smole. Katharine i Marcus zdążyli przebiec dobre pięćdziesiąt metrów, nim największa paszcza pojawiła się za nimi. Zaś te mniejsze, były zbyt zmęczone po owej eskapadzie, aby chociażby pokusić się na kontynuowanie pościgu. Stanowiło to jednak kiepskie pocieszenie, bo o to za nimi pojawiła się kolumbryna mięcha, która trzęsła całym krajobrazem. Właściwie nie było możliwości ucieczki. Potwór zbliżał się, nadrabiając dość szybko wcześniej straconą odległość. Jego szczęki rozwarły się, i zacisnęły na Katharine, bezwzględnie, rozrywając ją na strzępy. Nico nie pomogła moc kontroli krwi, której kolos (płci jak się zdawało żeńskiej), najzwyczajniej w świecie nie posiadał. Przynajmniej w ludzkim znaczeniu tego słowa. No dobrze. A teraz na poważnie. Taki scenariusz, jak najbardziej mógłby być aktualny, gdyby oto coś, co z powodzeniem mogło być wichrem niewidzialnych żyletek, lub niedostrzegalnych dla oka, mieczy, nie świsnęło wprost w stronę łba behemota, powodując erupcję błękitnej cieczy, która obryzgała wybawioną z opresji „damę” od stóp do głów, nadając jej wygląd przemoczonej do suchej nitki. Rozległ się odgłos gwizdnięcia, ktoś aż zaniósł się śmiechem, inny wydał cichy chichot. I oto Dwójka niefortunnych rozbitków spostrzegła, że nie jest sama. Oto bowiem, na grudce terenu, która górowała nad ich głowami, znalazły się trzy sylwetki. Rudy w okularach zanosił się z zadowolenia, tajemniczy młodzieniec o czarnej czuprynie ze srebrno-białą grzywką stał w środku tej dziwnej formacji „trzech muszkieterów”, mając na twarzy grymas, który mógł być zarówno ukontentowaniem, jak i mało subtelną sugestią odpierdolenia się. Trzeci i ostatni, był znacznie starszy od dwójki młodych bojowników, sprawiał wrażenie trzydziestu lat, dystyngowania. Ubiór także odbiegał od normy, bo o ile tamci nosili taktyczny, on paradował w garniturze. Papieros opuścił usta, podobnie jak dym, natomiast szkła okularów błysnęły przebiegle, kiedy się uśmiechnął.
- O proszę. A wywiad uparcie twierdził, że nikt nie przeżył…
- Zaraz to naprawię sir.

Rzucił z sadystycznym zadowoleniem rudy i zacisnął pięść. Marcus z trudem uskoczył, w ostatniej sekundzie przechwytując część potoku myślowego młodziana. Katharine jednak nie miała tyle szczęścia, bo oto błękitno-przezroczysta kula nicości pojawiła się tuż przed nią. Dziewczyna próbowała wykonać unik, jednak…udało się tylko połowicznie. Oto bowiem, emanacja pożarła kawałek jej ręki, dosłownie odparowując mięśnie i kawałek kośćca. Dodatkowo niosła ze sobą, tak wiele bólu, że było to nie do zniesienia. Czarnula padła na ziemię, krzycząc w niebogłosy, jak zarzynana.
- Poczekaj Zeeke…Może ci dobrzy ludzie, powiedzą nam coś interesującego. Nie trzeba…od razu ich zabijać.
Arystokrata uniósł dłoń, natomiast ryży hultaj opuścił swoją, nieco…rozczarowany. Pan i władca gromady wydawał się nie przejmować leżącą na ziemi pannicą, która praktycznie wyła z bólu, pośród własnej, uwolnionej posoki. Przykucnął nieznacznie na skarpie i mruknął w stronę Marcusa, ponownie zaciągając się dymem.
- A więc jak będzie panie…
Tu zrobił przerwę, aby dowiedzieć się imienia.
- Czy pan, jak i pańska…nieco mniej piękna wybranka, zechcecie z nami kooperować w zgłębianiu tajemnic tego miejsca?
Zadał dość…retoryczne pytanie. Ale przynajmniej dawał jakąś możliwość i wybór. Nie odgryzał od razu nogi, ręki i głowy jak inni…goście tego miejsca.

Mark, Wojna, Rosiczka, Trucizna. Brr! Zimno tam u was!
Wybuch co prawda nastąpił, ale w odniesieniu do zachowania całej gromady (która nieco przeceniła taktyczny odwrót), był jakiś taki…mały i nieistotny. Poison nie poczuł żadnej siły kinetycznej na swoich mackach. O ogniu też nie można było rozprawiać. Może to i lepiej, bo przecież wiedział doskonale, że jego „strój” miał tendencje do palenia się jak las podczas miesięcznej suszy. Nieśmiało rozchylił roztoczoną zasłonę, żeby zdać sobie sprawę, że…żadne gigantyczne płomienie, czy eksplozje likwidujące trzy-czwarte piętra raczej nie będą miały tu dziś miejsca. Nie mniej jednak, rzeczą, która natychmiast go uderzyła, był przejmujący chłód…wnętrze korytarza z którego nawiali wyglądało trochę (bardzo) jak lodówka. Powietrze było ciężkie i lodowate, zdawało się nieść sobą drobinki zimna. Mechaniczny kolos, przez moment stał zastygnięty i skostniały, jak coś, co spędziło więcej lat w spiżarce niż przeżyło podczas normalnego biegu lat. Skuł go lód. Pociski, które przechowywał, niosły ładunek kriogeniczny, a jedyny wybuch jaki zaistniał stanowił zapewnie ten zbiorników paliwa. Naprężenie struktury stało się zbyt duże, łepetyna molocha oderwała się od reszty budowy i roztrzaskała w drobny mak, rozsypując zamrożone przewody, procesory i układy. Wszystko wokół było pokryte taflą lodu, swoistej krystalicznej śmierci. Chłód wdarł się nawet w połowie do wylęgarni, zabijając wszelakie życie dziwnych narośli w nietypowej reakcji łańcuchowej umierających komórek. Terminal był w zasadzie nieużyteczny, bo nie dość, że Poison roztrzaskał go swoim „lądowaniem”, to temperatura i rozchodząca się ściółka lodu zabrały jakiekolwiek szanse dowiedzenia się czegokolwiek o tym kompleksie badawczym. Choć podejrzeń było wiele, grupa nie posiadała w zasadzie jakichkolwiek, solidnych faktów. Posiadali jeszcze co prawda możliwość skorzystania z windy…jak i schodów, jednak co właściwie mieli szanse znaleźć na niższych poziomach, pozostawało zagadką…
Ciekawym aspektem graficznym okazała się być także, mała ruda. Która po prawdzie…straciła nieco ze swej małości i rudości, jednak o tym potem. Nieco irytujące było to, że całą potyczkę w zasadzie spędziła stojąc i podziwiając innych. Nie było to spowodowane strachem, bo takiego nie czuła od niej Rosiczka, co więcej nie czuła w zasadzie jakichkolwiek emocji, może z wyjątkiem biernego zaciekawienia, jakby dziewczę było najzwyczajniejszym widzem w spektaklu i mało obchodziło ją, co właściwie stanie się z głównymi bohaterami. Potrafiła zatroszczyć się o siebie, o czym świadczyło purpurowe pole energii, w kształcie kulistym, które otoczyło ją, gdy inni ratowali się niedawno ucieczką. Gdy wrócili zaś…opadło, wraz z drobinami lodu. Należało odnotować także fakt, że owe pole uratowało także Marka. W przeciwnym razie, był by mrożonką marki Smith, martwą jak dodo. Rzeczywiście, straciła wiele ze swej rudej czupryny i niewielkiej budowy ciała. Oto bowiem jej włosy stały się znacznie dłuższe i srebrne. Oczy nabrały tego samego koloru. Sylwetka osiągnęła dojrzałość w przeciągu kilku sekund, pozostała smukła, giętka i seksowna choć…posiadała karnację azjatycką. Były to zmiany mogło się zdawać czystko kosmetyczne, jednak…sugerowały Markowi i Wojnie dość dobitnie, co stało się z azjatyckim więźniem, jak i „Srebrnym”, który nigdy nie doleciał w kapsule na miejsce. Szata czerni, która do niedawna była zbyt duża, teraz doskonale pasowała. Kanibalka uśmiechnęła się nieznacznie, choć…nic nie powiedziała.
Najważniejszy jednak był fakt, że posiadali chwilę spokoju. Spokoju, za który Wojna mógłby zapewne zabić. Potrzebował odpoczynku. Właściwie wszyscy potrzebowali, w mniejszym, lub większym stopniu. Alleluja padał z wycieńczenia, choć nie został ranny, Trucizna był cały poobijany i czuł napięcie i zdrętwienie kończyn, natomiast Ruby…właśnie kończyła wymontowywać resztki kriogenicznych ozdobników z żołądka. Pozostawało mieć nadzieję, że owy przerośnięty toster, który ich zaatakował, był unikatem…
My head is heavy, my limbs are weary,
And it is not life that makes me move.
Avatar użytkownika
MunchKing
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1288
Dołączył(a): Cz sty 27, 2005 9:12 pm
Lokalizacja: Częstochowa

Postprzez Nemo__ » Pn lut 25, 2008 11:51 pm

Mark

Mark nie lubił specjalnie drewna, które przekracza swoje kompetencje. Człowiek na drewnie, powinien siedzieć. Bądź leżeć. A nie zastanawiać się, czemu właśnie wielkie "drzazgi" nawiązują intymną znajomość z jego nogą. No cóż, Mr.Marku, trzeba było zapewnić sobie wsparcie facetów w czerni, czyli samych siebie. Tak, miał szczerą nadzieje, że znajdzie kogoś, kogo będzie mógł przekonać do swojej wizji świata...tyle, że żeby do tego doszło, przydałoby się przetrwać. A Mark, od pewnego czasu, nie był przyzwyczajony do działań solo. Naprawdę, ograniczenie samego siebie do jednego egzemplarza...musiało skończyć się jak najszybciej. Czuł się jak w tej przysłowiowej klatce.
A był w klatce wcale nie przysłowiowej, bo energetycznej. I wcale nie tak nielubianej, jak ta przysłowiowa. Och nie, ta akurat była bardzo, bardzo sympatyczna. W przeciwieństwie do osoby, która aktualnie była posiadaczką pakietu mocy tarczowej nowej generacji. Intrygujące...jaki z charakteru był poprzedni jej właściciel? Tego zbyt szybko się nie dowiedzą. Być może nigdy. Lepiej, aktualnie, nie zadzierać z Rudą. Mark wstał, rozglądając się ostrożnie po okolicy. Zimna Wojna, co? Przeszedł kilka kroków, dochodząc jednak do wniosku, że lepiej najpierw zająć się fragmentem erotycznych marzeń ekologów tkwiącym w jego nodze. A najlepszym miejscem do tego była najbliższa ściana, o którą można byłoby spokojnie się oprzeć. Zajął się żmudną robotą, wzdychając lekko.
Pechem niezwyczajnym był fakt, że wszystkie ewentualne cuda i czary z udziałem terminala zostały w przeszłości tak dalekiej, jak epoka lodowcowa.
Cóż uczynić?
-Więc...jakieś plany odnośnie następnych posunięć? Wydaje mi się, że chwila odpoczynku, a następnie mały zwiad, nie zaszkodzą...pozostaje pytanie, czy rozdzielamy się przy windzie i schodach, czy wszyscy ruszamy jedną drogą?
Próbował, hm, zignorować fakt odnośnie zmiany postury i ogólnego image Kanibalki. Co byłoby jeszcze intrygujące, przydatne, błyskotliwe? Nie miał aktualnie pomysłów.
-Dobrym posunięciem byłoby też sprawdzenie, kto jeszcze z uciekinierów zdołał tutaj dotrzeć. Większa szansa, że będziemy mogli w końcu rozdzielić się na stałe, jeśli będziemy współpracować jeszcze tutaj. Dysponujecie jakimś skutecznym zwiadem, który pozwoliłby...zminimalizować szanse na ponowne spotkanie takie jak to?
Irytujące drewno. Bardzo irytujące drewno.
WEAK. Let me show you a REAL punch-Akasaka
I'm not perverted! I'm just immensely fascinated!-Yadōmaru Lisa
Blacker than a moonless night, hotter and more bitter than Hell itself... That is coffee-Godot
Avatar użytkownika
Nemo__
Zespolony z forum
Zespolony z forum
 
Posty: 1066
Dołączył(a): N kwi 24, 2005 2:13 pm
Lokalizacja: Peterswald

Postprzez Sierak » Wt lut 26, 2008 12:01 am

Katherine

Powiedzenie z deszczu pod rynnę było idealne, jeżeli zastosować je w stosunku Katherine i kolegi telepaty. Ledwo zdjęli jednego dziwnego stwora, a pojawiło się... no właśnie. Sytuacja, w której obecnie się znaleźli była zajebiście nie ciekawa. Zamiast dość małego, niebezpiecznego stworka teraz mieli na karku jebitnego, uber niebezpiecznego. Byli w dupie, głębokiej, ciemnej, śmierdzącej, cuchnącej, zasranej dupie.
W głowie telepaty błyskawicznie zrodził się genialny plan! Uciekać! Katherine była jak najbardziej za, przynajmniej do czasu, aż dobiegli do dość sporej rzeki. Marcus okazał się być czymś więcej, niż pomysłodawcą strategicznych odwrotów. Zdziwiona jak cholera czarnowłosa mimowolnie przeleciała nad rzeką, lądując po drugiej stronie.

-WTF?-

Jednak rozkazano Jej biec dalej, to też tak zrobiła. Po krótszej, a właściwie przez atrakcje jakie oferowała dłuższej chwili matka jebitnych bestii została dosłownie rzecz ujmując zownowana. Właściwie to też złe określenie, ona została zmasakrowana... jak i ręka Katherine po chwili.


-Kurwa!-

Zdążyła tylko krzyknąć. Widziała, kto Jej to zrobił, spojrzała na jego prawą rękę, w tej chwili oprócz tego, że kuresko bolała Ją ręka, a właściwie jej brak, mężczyzna tracił całkowicie dopływ krwi do prawej ręki. Katherine była zbyt skupiona na braku kończyny, by odpowiedzieć.
Somebody called for an exterminator?
Loading...
Avatar użytkownika
Sierak
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
 
Posty: 2296
Dołączył(a): Pt maja 11, 2007 4:07 pm
Lokalizacja: D.G.

Postprzez Famir » Wt lut 26, 2008 1:14 am

Allelujah

I powiało chłodem… cholernie zimnym… wkurzającym… irytującym chłodem.
-That’s not fun at all…
Trzęsąc się z zimna Allelujah wysłuchał co Mark ma do powiedzenia, ale szczerze mówiąc… miał to gdzieś – jedyne o czym marzył to sen wyżerka…. właśnie! Wypadałoby coś zjeść i tak zamierzał zrobić mimo że jedyną rzeczą w pobliżu były resztki czegoś co było ludźmi. Mężczyzna podszedł do jednego z trupów i chwycił go za nadgarstek wykonując silny i szybko ruch, który oddzielił całe ramie od reszty ciała – w końcu mięso to mięso… nie był jednak przyzwyczajony do jedzenia surowizny więc na razie wziął ją ze sobą ku eskapadzie po reszcie budynku. Nie minęło dużo czasu kiedy znaleźli ogromny warsztat pełen najróżniejszych narzędzi elektronicznych.
-W końcu szczęście nam dopisało!
Podszedł do palnika i zaczął nim smażyć ramie, które zabrał. Po paru minutach po całym pomieszczeniu rozległ się przyjemny dla zmysłów zapach pieczonego mięska. Allelujah usiadł sobie w roku przystępując do konsumpcji pokarmu… nie brzydził się tym, że jadł mięso ludzkie, w końcu to on nawet nie był człowiekiem mimo że część organów jego i homo sapiens była taka sama lub podobna. Po posiłku ziewnął.
-Proponuje byśmy zrobili sobie przerwę…. Trzeba odpocząć po spotkaniu z tamtą konserwą… Dobranoc…
Po czym poszedł w kime… sen miał jednak lekki… pewnie z powodu Ru… to znaczy Silver w wersji female. Miał złe przeczucia… na szczęście 5 godzin snu minęło bez większych komplikacji a co ważniejsze Allelujah poczuł, że możliwość używania jego zdolności wróciły! Biorąc pod uwagę towarzystwo zajebiście mu to poprawiło nastrój – w końcu przestał czuć się jak ofiara. Rozmarzonym wzrokiem zerknął w kierunku warsztatu.
-To do roboty…
Przez kolejne pięć godzin robił coś czego nikt poza nim pojąć nie mógł: bawił się elektroniką… składał i rozkładał różne rzeczy jakby coś tworzył. Nikt nie wiedział co on robi tyle czasu, ale gdy skończył wszyscy zobaczyli, że na jego prawym przedramieniu znajduje się stalowy karwasz – po co to było i co robiło? Można by zgadywać, ale chyba nikt nie chciał tego sprawdzać na własnej skórze… Allelujah zaczął szukać czegoś w warsztacie i w końcu chyba znalazł to czego szukał – 5 ogromnych sztabek jakiegoś metalu a uśmiech od ucha do ucha na jego twarzy świadczył że czuł się jakby dostał prezent prosto z nieba.
-Marsjańska stal! To naprawdę mój szczęśliwy dzień!
Włożył trzy sztabki to jakiegoś urządzenia po czym sam wrócił do majstrowania przy elektronice rozpoczynając pracę nad kolejnym narzędziem destrukcji… w niektórych kwestiach po prostu był pracocholikiem.
Avatar użytkownika
Famir
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
 
Posty: 61
Dołączył(a): N maja 29, 2005 10:32 am
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Brat_Draconius » Wt lut 26, 2008 1:24 am

Ruby
theme
Ruby przebiła się nieco w dół akurat tyle by uniknąć, niczego? Chłód? Chyba odwrót taktyczny był nieco na wyrost. Cóż poradzić? Rosiczka nigdy nie znała się na technologii. Jak coś robiło wrażenie niebezpiecznego to zostało zwykle przerabiane na pokarm.

Ząbek wylazł tuż za panią, z deczka wkurzony, tak wkurzony, to że wyglądał jak psychopatyczny kuzyn minoga nie znaczyło, iż jego mózg był na podobnym etapie rozwoju. Nikt nie lubi jak jakaś hiper zima rozpieprza jego ciężką pracę. Trzeba było nadrobić. Mniej finezyjnymi sposobami niż plecha. Skierował się w stronę ciał. Rzygnął małą, białą larwą. Jedną, drugą, trzydziestą, setną. No może było ich mniej ale była to istna armia. Stworki podpełzły do rozczłonkowanych ciał i wbiły w nie swoje aparaty gębowe, wpuściły enzymy i zaczęły wysysać przetworzoną masę. Pęczniały przy tym niczym dorodne i przeźroczyste kleszcze. Tak całą tą odżywczą breję było widać aż za dobrze. Osobom o słabych żołądkach musiało zagrać to na nerwach.

Imć minóg podpełzł w kierunku Pana Garnituru taszcząc w pysku kolejne robakowate cholerstwo. To było dłuższe i czarne, niczym wij lub inne paskudztwo. Robak wypełzł i skierował się w stronę kawałka drewna. Nastawił czułki, sondował położenie kawałka drewna i kliknięciami przekazywał informacje Zębatemu. Ten z kolei chwycił kawał drewna. Zabezpieczył jego położenie. Wijowate coś, wypuściło kilka skalpelowatych odnóży i wpełzło na nogę. kilkoma szybkimi ruchami wycięło nacięcie w kawałku drewna do którego wlazło. Dziwna, przypominająca porost substancja którą stał się wij zaczęła wyżerać drewno a jednocześnie blokowała krawienie.

Tymczasem Ruby wśród chrzęstu pękającej endodermy, rozrywanych ścięgien i wypływających wnętrzności wynurzyła się z węża. Forma była bliska temu co zaprezentowała w czasie pobytu w kapsule, jednak okrywało ją dość gęste lecz bezbarwne i krótkie futro. Armia larw natychmiast zaczęła przetwarzać niepotrzebną na chwilę obecną zbroję na substancje odżywcze. Ruda tymczasem bezceremonialnie oderwała jedną z larw od skostniałego trupa, oderwała jej głowę i wyssała zawartość. Po czym schrupała calusieńką pustą już skorupkę, z charakterystycznym dla siebie błogim grymasem, oderwała następną, zamyśliła się. Popatrzyła się w stronę reszty grupy.
- Głodny ktoś?
Po chwili przypomniały jej się słowa Pana Garnituru.
- A co Pan Garnitur ma na myśli? Coś co lata, szybko wszędzie biega, wybucha w odpowiedniej chwili? Da się zrobić tylko niech trochę zjem... Ząbek przestań szczerzyć się na Panią Srebrną, idź rozgryzać blaszanego słonika.
Ząbek zaprzestał szczerzenia się na panią R#1 i polazł zeżreć pozostałości robota. Nieco innym sposobem. Tym razem po prostu zaczął zjadać metal, kable i cholera wie co jeszcze i wydalać czarne sprasowane grudki, przypominające racje żywnościowe. Nikt wolał nie pytać co z tego będzie...
Avatar użytkownika
Brat_Draconius
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 422
Dołączył(a): Pn cze 19, 2006 11:57 pm
Lokalizacja: Zielona Góra/Sława

Następna strona

Powrót do Pozostałe gry RPG - archiwum

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości