Zrodzony z fantastyki

 
Awatar użytkownika
Sierak
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2296
Rejestracja: pt maja 11, 2007 4:07 pm

czw sty 10, 2008 1:51 pm

Rasiel Rikumai

Staruszek odpowiedział Githowi, jakże zachwycał się kulturą istoty, jakże była to piękna dyskusja, jakże Rasielowi zrobiło się niedobrze.
Szlag go trafiał, no naprawdę nie mieli co robić tylko gadać z jakimś ledwo żywym capem. W dodatku to całe zachwycanie się sobą nawzajem. Żenada.

Nagle ów cap zwrócił się do naznaczonego, wytykając mu brak kultury, z powodu olania całego powitania i pozwoleniu sobie, by spocząć. Miecznik uśmiechnął się, słysząc jak staruszek wspomina o młodych kościach. Było to faktycznie zabawne zważając na to, że naznaczony miał za sobą kilka dziesięcioleci, a może stuleci? Tak ten czas leciał, kiedy się nie starzało.
Na początku miał zamiar dalej olewać ogrodnika, jednak pokusił się o odpowiedź, mimo tego dalej siedział.

-Hmh... przedstawiłem się, to powinno wystarczyć, a nie zdziwił bym się, gdyby moje kości były dużo starsze od twoich starcze. To, że nie mam czachy zamiast twarzy nie oznacza wszakże, że nie jestem stary. Co do szacunku zaś... oczekujesz go od mieszkańca otchłani? W takim razie powodzenia...-

Po czym czekał na odpowiedź rozmówcy. Właściwie to nie czekał. Miał nadzieję, że starzec szybko się ulotni i nie będzie torował drogi. Gdzieś z tyłu dało się słyszeć uderzenie. Coś najwyraźniej poznało najważniejszą tajemnicę życia... i już nie polata. Cóś... na szczęście był to problem tego czegoś...
 
Awatar użytkownika
Agnostos
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2259
Rejestracja: śr paź 05, 2005 9:47 pm

pt sty 11, 2008 12:22 am

Epizod I
Odsłona IV

ciąg dalszy

- Aaa, raczył się odezwać wreszcie. Więcej niż słowem jednym, więcej niż zdaniem całym!

Zdawało się, iż staruszek cmokał, lecz dochodził waszych uszu jedynie nieprzyjemny klekot żuchwy.

- No, no, Miecznik bez Miecza, co na Hadesie zagubił już wszystko prócz swej buty. Ach, ty biedaku… toż nie wiesz, że On stara się przejąć wszystko? Twe więzy z Otchłanią słabną i nie zmienisz tego, nawet opuszczając to miejsce. Już wkrótce nie będziesz miał prawa nazywać siebie mieszkańcem Otchłani. Otchłań się sama o Ciebie upomni… lecz nie jako o mieszkańca... ale więźnia.


- A teraz powiem Ci coś w sekrecie… jeśli miecza swego rychło nie odnajdziesz, szybko zatracisz resztkę swych więzi, rychło w czas i przyzwać nie będziesz mógł niczego prócz gazów z twych przepełnionych żółcią trzewi. Mało tego – to ty staniesz się marionetką, którymi się tak chętnie wysługiwałeś i na każde Jego wezwanie stawać będziesz do boju, przyzywany na każde słowo… posłuszny i pokorny, ubezwłasnowolniony!

Kościsty podbródek zatrząsł się jakoby ze śmiechu. Szkoda, że nie każdemu mogło być w tej chwili równie wesoło. Gdybyście bowiem podzielali tę szczerą radość, może choć na krótką chwilę dałoby się odmienić szare i ponure oblicze Plutonu. Zabawna myśl.
 
Awatar użytkownika
Sierak
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2296
Rejestracja: pt maja 11, 2007 4:07 pm

pt sty 11, 2008 2:07 pm

Rasiel Rikumai

Prześmiewczość w głosie staruszka była tak mocno zauważalna, że nawet totalny idiota zdał by sobie sprawę, że się z niego nabijają. Rasiel miał ogrodnika w naprawdę głębokim poważaniu i nie miał ochoty z nim więcej rozmawiać.
Nagle jednak słowa starca wyrwały go z tego osłupienia. Zerwał się na równe nogi.

-Skąd to wszystko wiesz!? Kim jest On? I skąd wiesz o moim orężu? Co wiesz o istocie zwanej Eikeronem? Mów...-

Cienie wokół zebranych niebezpiecznie zadrgały popędzane zdenerwowaniem Rasiela. Kim był ten mężczyzna, że tyle o Nim wiedział? Czyżby był uosobieniem jednego z władców otchłani? Miecznik musiał wydobyć z niego te informacje, za każdą cenę...
 
Awatar użytkownika
Agnostos
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2259
Rejestracja: śr paź 05, 2005 9:47 pm

ndz sty 13, 2008 11:54 pm

Epizod I
Odsłona V


Zapadła głucha cisza. Tylko konary skrzypieć zaczęły cichutko, jakby łkały. Dziwne, gdyż wiatr najlżejszy nie mącił trupiego spokoju tej krainy. Tajemniczy nieumarły ogrodnik spozierał na was z czeluści swych oczodołów. Nagle wzniósł ręce do góry, jakby w błagalnym geście wzywać począł nieznane wam moce.

- Żałośni, żałośni i nudni jesteście! Achh gdyby nie siła, która was tu przywiała… bylibyście nikim… nie wyszlibyście z mego gaju żywi ani nieumarli. Ale teraz, teraz… i tak będziecie musieli zapłacić trybut! Trybut za przejście na tę drugą stronę!

Nagle gaj poczerniał jeszcze bardziej, szczątki drzew poczęły uginać się od wiatru piekielnego, który teraz nieoczekiwanie zaczął wyć i skowyczeć zwalając małego gnoma z nóg pierwszym swym uderzeniem.

Chwilę potem drzewa zaczęły pękać, czemu towarzyszyły jaskrawe błyski i huki straszliwe. Każdemu rozdarciu kory towarzyszyła siła ogromna, napór, eksplozja, jakby coś się spod niej wydobywało z mocą wielką. Drzazgi latały wszędzie dookoła wypełniając powietrze, a wy padaliście na ziemię, by uniknąć ciosów odrywających się, wystrzeliwujących wręcz w waszym kierunku gałęzi. Rachel legła, nieomal rozłupana wpół potężnym konarem.
Strzaskane Niebiosa również nie zdążył się uchylić, a jego jedyne skrzydło zostało odrąbane jakimś magicznym ciosem pobliskiego drzewa. Legło u jego stóp, krwawiąc słabo i drgając, jakby próbowało się poderwać do lotu. Makabrycznego widoku dopełnił potężny konar, który wbił się w klatkę piersiową niebianina. Deva, wydając cichy jęk, spróbował ostatkiem sił uleczyć swe śmiertelne rany. Bezskutecznie, to przeklęte miejsce uniemożliwiło nawet najpotężniejszą próbę zaleczenia…

Kładąc się pokotem na ziemi, by uniknąć podobnego losu, nawet nie spostrzegliście, że wnet wszystko znów zamarło, uspokoiło się. Wasz tajemniczy ogrodnik stał cały czas w tym samym miejscu. Teraz jednak wyglądał odrobinę inaczej. Jakaż to potężna magia zaślepiła was, że nie spostrzegliście mocy jaką dzierżył? Dopiero teraz, kiedy taka stała się jego wola.

Spojrzeliście na Kościeja. Z popękanych i roztrzaskanych drzew napływały do niego duchy, uwięzione w tym oliwnym gaju. Dusze przeklęte i zniewolone, całkowicie poddane jego woli. Wydawało wam się, jakby ze zmasakrowanego ciała Niebios, które w tej chwili były Strzaskane jak zapewne nigdy dotąd, również wydobyła się malutka iskierka, która posłusznie powędrowała do rąk Władcy Tej Krainy.

- WASZYM TRYBUTEM ZA WSTĄPIENIE DO MEJ KRAINY NIECH BĘDZIE TA, KTÓRA PASUJE DO NIEJ, JAK NIKT INNY!

Głuchy, dudniący głos niemalże rozrywał wasze czaszki od środka. Kościej spojrzał na Irenę, wampirzycę, co ledwo powstrzymywała swój głód. Nie zdążyła nawet nic wyrzec, zawyła tylko, kiedy koścista ręka wyprysła spod ziemi i wyrwała z jej ciała to, co można było chyba nazwać duszą, po czym samo ciało rozsypało się w proch, niczym nie różniący się od szarego piachu pokrywającego te pustkowia.

- TRYBUTEM ZA JEDNĄ JEDYNĄ DUSZĘ, KTÓRĄ BYĆ MOŻE POZWOLĘ WAM STĄD WYPROWADZIĆ BĘDZIE NATOMIAST TEN, KTÓRY NAJBARDZIEJ NIE PASUJE ANI TU, ANI DO ŻADNEGO ZE ZNANYCH MI ŚWIATÓW!

Mówiąc to wskazał na Gharrela, który właśnie się podnosił i strzepywał ze swego kombinezonu okruchy gleby. Posłyszeliście jakoby świst pary wydobywającej się z gnomiego czajnika, gdy woda wrzeć już zaczyna. Szybka pękła, metalowe okucia poczęły gnąć się i stapiać. W końcu cała konstrukcja rozsypała się, lecz właściciela wewnątrz już nie było.

- A JEŚLI NIE BRAK WAM ODWAGI I POZNAĆ CHCECIE ODPOWIEDZI NA PYTANIA, ZAPRASZAM JA WAS. POWYMIENIAMY SIĘ DALEJ!

To rzekłszy postąpił krok naprzód w waszą stronę. Zapadły ciemności. Gdy poczęliście odzyskiwać wzrok i zmysły, nie było go już w zasięgu wzorku, a wy poczuliście dotkliwy brak. Uczucie to było prawie tak silne jak w chwili, w której opuściliście zimną toń Styksu. Najwyraźniej znów ubyło wam czegoś jeszcze… pamięci, wspomnień? Co jeszcze dziwniejsze, choć mniej dotkliwe dla was, gaj zniknął. Nie zostało po nim śladu. Teraz dopiero spostrzegliście, że kilkaset stóp przed wami rozpościerała się ściana wysoka aż po niknące w wiecznych mrokach niebiosa. A na jej skraju najbliższym wam, para odrzwi potężnych zdawała się zachęcać i zapraszać was do środka.

Została was już tylko piątka. Odpowiedzi na wiele spośród nurtujących was pytań, były w zasięgu ręki. Trzeba było jednak odważyć się po nie sięgnąć, ryzykując tejże ręki odrąbanie…

[c]Main theme music: Underground Wastes[/c]
 
Awatar użytkownika
Sierak
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2296
Rejestracja: pt maja 11, 2007 4:07 pm

pn sty 14, 2008 8:58 pm

Rasiel Rikumai

Mężczyzna stał wyczekując z zaciśniętymi pięściami odpowiedzi. Takowa jednak nie nastąpiła. Ogrodnik prowadził z drużyną jakąś chorą grę, której warunki wyznaczał sam.
Nagle zaczął swoje przedstawienie, błagalne wołanie o pomoc do niebios, mające na celu podkreślenie beznadziejności położenia podróżników. Gdyby nie siła... jaka siła!?
Rasiel momentalnie odwrócił się w stronę skulonej wiedźmy. Kim ona była? Bo chyba nie było tutaj mowy o jakiejkolwiek innej sile.

Nagle wiatr zerwał się. Drzewa zaczęły pękać. Kawałki kory wysadziły policzek prawom grawitacji, zamiast opadać, wystrzeliwując w stronę podróżników. Gnom został rzucony niczym kukła przez straszliwą wichurę. Rasiel i reszta momentalnie padli na ziemię chroniąc się przed poszatkowaniem przez kawałki drzew. Jednak nie wszyscy...

Jeden z aniołów nie miał niestety za grosz refleksu. Najpierw stracił skrzydło, zaraz potem życie. I te istoty chciały konkurować z demonami? Ledwo pozostali legli na ziemi, wszystko ucichło.
Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na staruszka, który teraz był zupełnie inną istotą. Potęga kościeja była tak wielka, że dusze same zdawały się lgnąć do jego istoty, pożywiając go, sprawiając silniejszym.

Kilka sekund później wampirzyca należała do historii rozsypując się w proch. Następny był kontrukt, to on miał duszę? Zaprawdę dziwna była to istota... ale cóż... była.

Kościej postąpił krok naprzód, najwyraźniej nie zamierzając poprzestać zabawy. Pytania... w końcu co było więcej do stracenia, niż to co miecznik stracił dotychczas?

-Kim jest Eik...-

Starzec zniknął. Rasiel był na siebie wściekły, że nie udało mu się wydobyć odpowiedzi na nurtujące go pytania. Stali na polanie, przed Nimi znajdowała się brama.
Było bezpiecznie. Korzystając z chwili spokoju, miecznik najzwyczajniej w świecie wstał i podszedł do trójki, która zginęła śmiercią chwalebną.
Zaczął rozglądać się za rzeczami, które mogli ze sobą nosić. O ile dobrze pamiętał, niebianin miał ze sobą jakiś miecz... tylko który? Heh, wampirzyca pewnie też bezbronna nie chodziła, a jak coś to zawsze zostawał konstrukt ze swoimi miotaczami... lepsze to niż nic.
 
Awatar użytkownika
dreamwalker
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2250
Rejestracja: pn gru 19, 2005 9:39 pm

wt sty 15, 2008 5:57 pm

Sir Fantarin Kain de Reno
Ogrodnik. Pan tego gaju, Gaju Furii. Mistyczny opiekun tego miejsca, czy też tyran? Pan nad panami, władający nad swoją posiadłością bez skrupułów? Czy te drzewa żyją? Gnom przypatrywał się im, wszedł na moment w gaj i patrzył an drzewa, ledwie słysząc słowa ogrodnika. Wyschnięty gaj oliwny, zgniłe owoce. Życie? Gnom nie słyszał lepszego żartu i śmiałby się w każdych innych okolicznościach. Tylko nie takich.

Wrócił i znów swą uwagę skupił na postaci. Szkielet. Z włosami? W najdziwniejszych koszmarach sennych czy też księgach mieniących się strasznymi i straszliwymi, gnom nie słyszał nigdy o czymś takim. Ta sylwetka, równiez była śmieszna, grostestkowa. Jednak nie tutaj. Bo tutaj - wiele rzeczy nabierało sensu. Wiele rzeczy dziwnych i niezwykłych TU - mieniło się normalnymi. Tak naturalnymi, że gnom dziwiłby się ze ślepoty i głupoty swych towarzyszy. W każdych innych okolicznościach. W każdych innych.

Ale szkielet. Ogrodnik. Kim on jest? Do czego zmierza? Jakaż siła rzuciła go w ten niegościnny skraj ziemi na zapomnianym przez bogów planie? A może gościnny? A może niezapomniany. Gnom z lekiem popatrzył po swoich towarzyszach widząc różne reakcje na pojawienie się dziwnej postaci. Najbardziej zdziwiła go reakcja wiedźmy. Ta, która jeszcze przed chwilą zdawała się być gnomowi wszechpotężnym wszechwiedzącym bytem, pod którego jarzmem przyjdzie mu spędzić resztę życia i nieżycia, nagle wydała się istotą słabą. Wręcz zlęknioną. Wręcz istotą, nad która tajemniczy Ogrodnik panuje bez najmniejszego wysiłku. ~Skoro tak, co on może zrobić ze mną?~

Fantarin myślał. Nagle jednak jego myśli zostały brutalnie przerwane przez huragan? zawieruchę? armagedon? Grunt, że wiatr wiał tak silny, że przewrócił gnoma, który zanim upadł wykonał jeszcze kilka fikołków w tył. Gnom patrzył z niepokojem, jak wokół szaleją gałęzie i drzaagi, jak najpotężniejsi z jego drużyny kładą się na ziemi. Jak niektórzy z nich giną. Zabici przez los? Nie, przez Ogrodnika.

Dudniące słowa pod czaszką, krótkie omdlenie.

- Nie lekceważ Ogrodnika, de Reno - powiedział człowiek w kapturze. Gnom rozejrzał się. Był w Sigil, przed własnym lokalem, a zakapturzony odwrócił się i miał iść. Stukot jego sandałów odbijał się echem pod czaszką gnoma, jak niegdyś (wczoraj? Rok temu? Wiek temu? W przyszłości?) głos Ogrodnika. Człowiek jednak obrócił się na pięcie, w jednym skoku znalazł się przy gnomie i wcisnął mu w rękę metalową kulkę, ciepłą, jej ciepło pochodziło od wnętrza.
- To Ci pomoże. Tylko wykorzystaj to mądrze. Nastepnym razem, Ogrodnik może zarządać czegoś od Ciebie.
Człowiek zniknął w tej samej chwili.

Gdy sir Fantarin się obudził, wkoło dalej stali jego towarzysze, Gnom wstał i spojrzał na bramę. Ogromne wrota przed nimi. W ręce nic nie trzymał. Sen.
~Właśnie. Zdrowy sen dobrze by mi zrobił. W tych warunkach jednak to niewykonalne. Każda sekunda spędzona tu dłużej oznacza nieuchronne zbliżanie się do zagłady.~
Gnom otrzepał się z ziemi i drzazg i stanął wśród towarzyszy. Tak jak oni patrzył an wrota, a w jego sercu zaświtała iskierka nadziei. Uczucia, którego gnom dawno nie znał. Uczucia, o którym zapomniał.
~Może to moc wiedźmy jeszcze nie wróciła.~
Korzystając z chwili, gnom wyjął z podręcznej sakiewki kałamarz i pióro. Wielkimi, zamaszystymi literami napisał sobie na wnętrzu lewej dłoni. "Zawsze jest nadzieja."
Był gotowy by ruszać dalej.
 
Awatar użytkownika
Azrail
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 480
Rejestracja: pt sty 14, 2005 9:09 am

śr sty 16, 2008 12:58 am

Azrael

Azrael kroczył powoli pośród gaju drzew obumarłych, co swe gałęzie ku szaremu niebu wyciągały. Martwe drzewa zdawały się łkać delikatnie, jakby użalając się nad losem okrutnym, co uwięził je w tym pozbawionym kolorów świecie. Wiatr zawodził cicho wśród ich bezlistnych koron, niosąc ze sobą ciche szepty dusz umęczonych. Pomiędzy poczerniałymi konarami zdawały się czaić istoty dziwne, co wciąż każdy krok niebianina obserwowały. W tym lesie ponurym, anioł czul się osaczony, wciąż rozglądał się nerwowo, poszukując wrogów, którzy na jego życie mieliby czyhać. A niepokój goszczący w jego sercu wzrastał wraz z każdym kolejnym krokiem, przybliżającym go do istoty, co aura czystego zła emanowała…

[c]***[/c]
Azrael spojrzał wprost w ziejące pustką oczy Kościeja, co Suirebanem kazał się zwać. Anioł zanurzył się w strumień własnych myśli i rozważań, zastawiając się, kimże może być owa istota przeklęta. Istota, która emanowała aurą zła czystego, potężną i przytłaczającą. Istota, na której widok wiedźma pokraczna poczuła strach tak wielki i paraliżujący, że nawet słowa wykrztusić nie mogła. Istota która nazywała ten ponury zagajnik domem. I wtedy zrozumiał… Oto stali przed samym Naberiusem, jednym z wcieleń samego Cerbera, strażnika Królestwa Zmarłych!

Rozważania Azraela zostały nagle przerwane, gdy Naberius zawezwał magie potężną i plugawą, a wokół nich rozpętało się prawdziwe piekło… Anioł przykucnął nisko, osłaniając ciało swymi potężnymi, białymi skrzydłami, chroniąc je przed przecinającymi powietrze, ostrymi kawałkami drewna. Niebianin odniósł podczas tej magicznej zamieci tylko niewielkie zadrapania, podobnie jak większość jego towarzyszy… Z wyjątkiem jego rodaka, którego ciało leżało w stale powiększającej się kałuży krwi, groteskowo przebite potężnym konarem poczerniałego drzewa. Dusza jego, podobnie jak setki innych dusz udręczonych, uwięzionych dotychczas w martwych drzewach, została wchłonięta przez Kościeja, któremu jednak wciąż było mało, mało śmierci…. Nieumarły zażądał bowiem trybutu w postaci dusz kolejnych istot, a na swe ofiary wybrał wampirzycę i konstrukta spoza tego świata. Zginęli oni w mgnieniu oka, zabici wolą pana tej krainy, a ich dusze, o ile takowe posiadali, powędrowały w jego kierunku. Wtem zapadła ciemność…

Świadomość nagle powróciła do Azraela, który budził się właśnie z dziwnego snu, zesłanego na nich przez Naberiusa. Anioł poczuł w duszy dziwną pustkę, jakby ponownie utracił jakąś cząstkę samego siebie, jakby przeklęty Kościej podobnie jak Styks zabrał mu cześć jego wspomnień, cześć jego życia.

Azrael spojrzał gdzieś w dal… Na krawędzi horyzontu majaczyła wielka, szara ściana, sięgająca niebios samych. Widział ją już wcześniej, gdy szybował wśród przestworzy tej ponurej krainy, jednak dopiero teraz mógł doświadczyć jej prawdziwego ogromu i majestatu. Zaś w mur ten przeogromny, została wbudowana brama o odrzwiach potężnych. Anioł ruszył wolnym krokiem w stronę owej bramy, bramy za której drzwiami mógł znaleźć odpowiedzi na dręczącego go pytania, za którymi mógł odnaleźć swe przeznaczenie…
 
Awatar użytkownika
Ar0n
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 652
Rejestracja: pn gru 12, 2005 9:41 pm

czw sty 17, 2008 4:17 pm

Amalcus

~Być może... jednak kto feruje wyroki...~

Gith z przyjemnością wyśmiałby swego towarzysza miecznika widząc tak diametralną zmianę w jego zachowaniu, przechodzącą z arogancji i dumy w desperację czy wręcz rozpacz, jednak ciężkie to było zaiste w sytuacji jaka powstała...

Dwójka z głowy, wzdrygnął się, widząc całe to przedstawienie. Dziadyga z pewnością był szaleńcem, ale tak jak podejrzewał, jego moc w tym konkretnym miejscu była niemal nieograniczona.
I po co mu ten głupi trybut? Nieważne, dość, że to co mówił potwierdziło tylko pewne przypuszczenia. W to wszystko zamieszane są jakieś MOCE. Niewątpliwie. W jakimś celu? Czy tylko z powodu chorej zabawy, gry kukiełek?
No i co z tą wiedźmą? Rzeczywiście, bezpieczną droge wybrała, nie ma co.

Podróżnikiem znowu owładnęło dziwne uczucie... Coś jakby przejmujące zimno. Jakby tysiące czarnych szponów wyciągało łapska po jego dusze, a każdy pozbawiał go jej fragmentu.

- Na co czekamy? Skoro szkieleta już nie ma ruszajmy naprzód. Opłakiwać zmarłych będziemy później, a na pomstę raczej nie mamy szans. Prowadź wiedźmo. - rzekl, dzwoniąc przy tym zebami. Z zimna czy niepokoju?
 
Awatar użytkownika
Agnostos
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2259
Rejestracja: śr paź 05, 2005 9:47 pm

czw sty 17, 2008 8:16 pm

...a Wiedźmy ni widu.

Przysięglibyście, że widzieliście jeszcze kątem oka, jak padała odrzucona przez konar, który ją zdrowo rąbnął. Zbyt zajęci byliście troską o własne żywoty w tamtej chwili, pełnej łomotów i turbulencyj, by spamiętać szczegóły. Faktem jest jednak, że wasza przewodniczka zniknęła. Śladu jej ewentualnych zwłok również nie znać po okolicy. Kolejne zdarzenie, jakie dopisujecie do listy nie-do-końca-wyjaśnione, żeby powiedzieć najoględniej.


Do waszych głów zaczęły przychodzić tym ciemniejsze myśli. Nie wiadomo jak długo jeszcze będziecie musieli polegać tylko i wyłącznie na sobie. Wasze grono uszczupliło się już znacząco... Ilu to was było na początku? Dzieiwięciu? Ośmiu..?

A ilu Hades zamierzał jeszcze pochłonąć?

Potrzebowaliście współpracy ponad wszystko. A na pewno współpracy ponad zdawkowe wypowiedzi i komendy, jakimi dotychczas siebie zdążyliscie poraczyć. Z widocznym aż nadto dobrze skutkiem.
 
Awatar użytkownika
dreamwalker
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2250
Rejestracja: pn gru 19, 2005 9:39 pm

ndz sty 20, 2008 1:38 pm

Sir Fantarin Kain de Reno

Gnom skulił się w sobie. Poczuł jak znów ogarnia go rozpacz i beznadzieja. Jak chłodne macki wyławiają z jego umysły dobre myśli jak ...
~Ej, nic mi nie jest~
Gnom nagle wstał i rozejrzał się. Wiedźmy nie było. Inni towarzysze byli równie zdziwieni.
I co teraz robić?
- Wwwiedźmy już nie ma, ppproszę panów. - powiedział drżącym głosem, zwracając się do bytów, z którymi w tej chwili dzielił swoją niedolę. - z jednej strony to dobrze, bo głowa nie boli, z drugiej - gnom zawiesił głos, przełknął ślinę i popatrzył na majaczące w oddali wrota - zostaliśmy sami i nie wiemy, co zrobić dalej. Dokąd iść? Czy te wrota są celem naszej wędrówki? - gnom popatrzył dookoła. Pustka. Tylko wrota były charakterystycznym punktem krajobrazu i jedynym sensownym punktem odniesienia - panie Amalcusie, panie Azraelu...panie Rasielu? - dodał to ostatnie z nieco wiekszym lękiem w głosie - co z nami będzie?
 
Awatar użytkownika
Azrail
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 480
Rejestracja: pt sty 14, 2005 9:09 am

wt sty 22, 2008 12:03 am

Azrael

Azrael wpatrywał się czas dłuższy we wrota majestatyczne, co niemal szarego nieboskłonu sięgały. Potężna brama zdawała się być jedynym wyjściem z tej mrocznej, pozbawionej życia i kolorów krainy, jedyna nadzieją na zakończenie tego przeklętego koszmaru.

Azrael wpatrzony w bramę tajemniczą i pogrążony w miriadzie własnych myśli, ledwie dostrzegł towarzyszy swej niedoli, którzy dołączyli do niego u stóp wrót. Anioł lubił samotność, jednak w tym świecie mrocznym, prowadziła go ona wprost w ramiona szaleństwa. Cicho odetchnął więc z ulgą, gdy poczuł bliskość innych, żywych istot, której tak bardzo brakowało mu, gdy szybował samotnie po szarych przestworzach tej ponurej krainy.
- Oto stoimy przed bramą Królestwa Umarłych, portalem pomiędzy dwoma światami… – rzekł anioł teatralnym głosem, mącąc ciszę tego miejsca – Sam Naberius, władca tej mrocznej krainy, wskazał nam owe odrzwia, wskazał nam dalszą drogę… - niebianin oderwał wzrok od wrót, spojrzawszy po twarzach swych towarzyszy i… zamilkł.

Celstiański wojownik teraz dopiero spostrzegł, że wśród nich nie ma wiedźmy szkaradnej, ich przewodniczki pośród pustkowi tej krainy. Zniknęła pośród burzy chaosu, jaką Naberius wywołał w swym gaju drzew oliwnych i nie pojawiła się już ponownie. Czyżby ta groteskowa istota spotkała się wreszcie ze śmiercią? Nieumarły pan tej krainy czy tez kapryśny los zesłał na nią koniec? A może wcale nie umarła, lecz uciekła w lęku przed Kościejem? A może znikniecie to tylko część jej planu podstępnego? Jakikolwiek nie byłby powód jej zniknięcia, nie ulegało wątpliwości, że wiedźmy, jak słusznie zauważył gnom, po prostu nie było.
- Tak, wiedźmy już nie ma. – rzekł cicho, niemal do siebie anioł - Zostaliśmy sami pośród tych mrocznych pustkowi. Pięć samotnych istot, których żywoty w niezrozumiały sposób zostały ze sobą związane… – rozmyślał niebianin na głos, po czym dodał jeszcze - Musimy wspólnie podjąć teraz ważne decyzje. Decyzje, które zadecydują o naszej przyszłości.

Azrael wpatrzył się w szary bezkres jałowych równin, zamyśliwszy się na czas dłuższy, po czym ponownie skierował swe oczy srebrne na towarzyszy niedoli.
Proponuję przyjąć zaproszenie Naberiusa i przekroczyć owe odrzwia potężne. Pan Krainy Śmierci zdaje się być istotą o niewyobrażalnej wręcz potędze i ogromnej wiedzy. Z pewnością zna odpowiedzi na wiele naszych pytań. A cóż, wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę z tego, że gdyby chciał naszej zguby, już dawno leżelibyśmy martwi, a dusze nasze powiększyłyby jego kolekcje… - powiedział anioł głosem niezwykle poważnym i spokojnym – Decyzja należy jednak do was…
 
Awatar użytkownika
Sierak
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2296
Rejestracja: pt maja 11, 2007 4:07 pm

pt sty 25, 2008 1:47 pm

Rasiel Rikumai

Mężczyzna bez jakichkolwiek zahamowań obszukał trupy.
Przy ciele anioła, obecnie brutalnie zmasakrowanego znalazł srebrny miecz. Mimo, że nie był najwyższych lotów, dało się nim walczyć, to też schował go do pustej pochwy na ostrze. Przy ciele konstrukta zaś znalazł jego miotacze światła. Wziął jeden i przewiązał kawałkiem liny przez plecy.

Po wzbogaceniu się o kilka rzeczy wstał i bez słowa ruszył w kierunku bramy. Odwrócił się za siebie. Wiedźmy nie było. I dobrze, po cholere im teraz to stare babsko.
Nie zwracając uwagi na resztę skierował się przed siebie.
 
Awatar użytkownika
dreamwalker
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2250
Rejestracja: pn gru 19, 2005 9:39 pm

pt sty 25, 2008 9:36 pm

Sir Fantarin Kain de Reno

Iść przed siebie - przeznaczenie i największe przekleństwo każdego poszukiwacza przygód. Ten, kto widział świat, nie zagrzeje nigdzie długo miejsca, ten kogo wezwała droga, jest dla świata stracony. Równie stracony jak gnomi kucharz, stojący właśnie w tej chwili nieopodal Bramy. Bramy, której otwarcie okupione zostało drogo śmiercią towarzyszy podróży. Ale tak to już jest - droga nie jest dobra dla wszystkich, przetrwają tylko najlepsi ... albo najgłupsi ... albo nikt, stopniowa eliminacja sięgnie po każdego. ~Tak~, przypomniał sobie gnom,~każdy musi umrzeć i każdemu jednaka śmierć pisana. Śmierć ciała. Co zaś z duszą? Ta może zostać zniewolona. W bardzo nieprzyjemny sposób. Może dołączyć do dusz Gaju Furii..~ - może stać się z nią wiele gorszych rzeczy, których gnom nie chciał sobie nawet wyobrażać.

Anioły, słudzy demonów, istoty z innych światów - takich to towarzyszy zgotował mu los. Towarzyszy tak różnych, ale i tak do siebie podobnych w swej Żądzy. Żądzy przeżycia, wygrania z losem w znaczone karty. Co z tego, że los ogrywa nas za każdym razem? Pokusa wygranej jest silniejsza od rozsądku. Tak jak zew drogi. Nogi gnoma ruszyły się i poczęły nieść Fantarina w stronę bramy. Przeznaczenie? Może i przeznaczenie. Mimo wszystko jednak był to jedyny fragment krajobrazu, na którym dało się zaczepić wzrok. Fantarin nie chciał wracać, nie przez Gaj Furii i jego wszechpotężnego strażnika śmierci. Nie chciał wiedzieć, jakiej zażąda on ceny od powracającego gnoma.

Stanie w miejscu nie było wyjściem. Tak jak nie było wyjściem łapanie się za głowę, gdy w kuchni kipiała zupa z czerwonych kalafiorów - tu trzeba było działać i ratować wszystko co gnomowi drogie, a więc na początek - wspomnienia, myśli, radość życia, pamięć. Co z nią? Fantarin pamiętał coraz mniej. Powoli, acz nieustępliwie, w jego wszystkich wspomnieniach dominował ponury krajobraz, który widział przed oczami. Gdy zamknął oczy widział go. Bał się spać, by znowu nie zawładnęły nim koszmarne wizje. Tak, czasem prorocze sny to przekleństwo, szczególnie gdy nie wiadomo, co tez jest prawdziwym proroctwem, a co li tylko klapsem od losu.

I znowu los. Los, droga, wieczność. Tak, cała wieczność upłynęła od wyjścia z Gaju Furii. Mięśnie się zastały, jakby gnom nie stał tu 5 minut, ale pięćset lat. Czas stanął, a może pędził jak oszalały? Jedno jest pewne - to co definiuje czas, co go napędza i co jest jego jedynym miernikiem, to własne poczynania. Ruch świadczy o postępie, postęp rodzi nadzieję, nadzieja - niepewność jutra, czy tu w ogóle jest jakieś jutro?

Gnom strząsnął z siebie natrętne myśli, zamknął na chwilę oczy, aby zaraz je otworzyć w obawie przed tym co się może stać, Szedł powoli, acz nieustępliwie, nie patrząc na otoczenie. Na kamienie, które formowały się w głowy jego przyjaciół, na piasek, który zdawała się pokrywać świeża krew, na niebo które zwiastowało burzę, która i tak nigdy nie nadejdzie.

- Chodźmy przed siebie. Po prostu przed siebie. Naberius wskazał nam drogę i jest to jedyna, jaką teraz mamy do wyboru. - gnom powiedział cicho, jednak dostatecznie głośno by zrozumieli to towarzysze - jesteśmy zdani tylko na siebie. Musimy sobie zaufać. - kolejne mądre zdanie, wypowiedziane przez kogoś, kto w tej drużynie złożonej z mędrców nie ma prawa głosu - nazywam się sir Fantarin Kain de Reno, jestem gnomem ze świata zwanego Faerun, znam wiele profesji, trochę magii, uczyłem się sztuk walki. Jeśli mogę Wam się przydać do czegokolwiek... Musimy nawzajem sobie pomagać. Inaczej zginiemy. - ostatnie słowa gnom wypowiedział już niemal niesłyszalnie i w tym samym momencie potknął się o wyjątkowo duży kamień leżący na ziemi, ale złapał równowagę. Bezwiednie popatrzył w dół. Kamień miał kształt jego głowy, Fantarin zamrugał oczami i zobaczył normalny kamień o nieregularnych kształtach -Moje siły słabną. Wasze zapewne też. Musimy szybko się z tego wydostać.

Znów brak radości, tylko żelazna determinacja. Słabnąca z każdym krokiem, pobudzana tylko przez nieliczne wspomnienia, które gnom stale wynajdywał w najdalszych zakamarkach swojego umysłu. Na długo tych wspomnień nie wystarczy.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

pn mar 17, 2008 10:45 am

Elkaldimer Mos'Amro Krosh'Na'Vrak

Wszystko działo się niezwykle szybko. Przed obliczem grupy pojawił się osobnik, który wyglądem idealnie komponował się z miejscem, w jakim się znajdowali. Nazywał się ogrodnikiem i z początku wydawał się miły, uprzejmy i zaciekawiony zbiorowiskiem. Z początku. Jego oblicze szybko przemieniło się w Kościeja o niezwykłej aurze. Fale przeróżnych emocji wzbudzał jego widok, towarzystwo jego jestestwo. Był niezwykle potężny. Tak, że nawet wspólnymi siłami grupa nie mogła mu w najmniejszy sposób zaszkodzić.

Krajobraz nagle poczerniał, stał się bardziej mroczny niż wydawałoby się, że to możliwe. Z wszystkich stron, w kierunku poszukiwaczy pędziły gałęzie z drzew mrocznych jakiś. Nie były to jednak byle, jakie gałęzie targane wichrem silnym z świata śmiertelników. Odłamki drzew pędziły z taką siłą i prędkością, że trudno było je dostrzec. Kilka kawałków uderzyło w upośledzonego brakiem skrzydła devę. Jego anielskie ciało padło w drgawkach, przebite kawałkiem konara.

Czerwony wejrzał się za siebie i ujrzał gnoma, który porwany wiatrem traci równowagę. Diabeł już chciał złapać go swym biczem, gdy wyczuł, że i w jego kierunku pędzi odłam drzewa mrocznego. Bez sekundy namysłu, prawicą swoją chwycił za topór ogromny i zamachnął się nim przed siebie, rozczłonkowując na pół kawałek gałęzi, która z niezwykłym trzaskiem straciła się gdzieś za plecami diabła. Niestety nawet diabeł nie miał takiej szybkości i refleksu by uniknąć kolejnych zderzeń z odłamami.

Czart zdołał się tylko zasłonić lewym przedramieniem. Gdyby tego nie zrobił, czaszka jego mogłaby pęknąć na drobny mak. Rozległ się straszny krzyk. Diabeł padł na plecy z roztrzaskaną ręką, spoglądając nienawistnie na pędzące kawały drzew.

Nagle nastąpiła cisza i spokój. Żywy trup i nieprzeciętnej mocy zniknął a odłamy drzew już nie fruwały w powietrzu. Czerwony podniósł się do pozycji półleżącej, a następnie siedzącej. Jego twarz ukazywała wielkie zdenerwowanie i rozdrażnienie. Teraz wiedział, że głupio zrobił. Mógł od razu paść na ziemię a nie próbować walczyć. Diabeł pogładził się po ręce, która na szczęście dzięki niezwykłym piekielnym mocom powoli wracała do pierwotnego stanu zdrowia. Czart rozejrzał się przed siebie i na boki. Nie widział ni wiedźmy, ni wampirzycy. Oczom jego natomiast ukazały się wielkie wrota.

Wrota, które miały być przejściem do innego świata, według Azraela. Niebianin wyszedł z propozycją przyjęcia zaproszenia kościotrupa. W zasadzie miał rację. Znacznie zmniejszona grupa nie miała wiele do stracenia. Diabeł wstał z ziemi, otrzepał z pyłu łuskowatą skórę i spojrzał na gnoma, oraz na Rasiela, czy z nimi wszystko w porządku. Gnom był ważnym członkiem grupy, gdyż jako kucharz mógł w pierwszorzędny sposób zapełnić zawsze pusty żołądek diabła. Rasiel natomiast był jak na razie jedynym godnym przeciwnikiem z całej grupy i szkoda by było, gdyby po wygranej walce z Elitarnym wojownikiem Piekieł padł powalony jakąś gałęzią.

Czart podrapał się pazurem z palca wskazującego po skroni i wzruszył ramionami (a przy tym błoniastymi skrzydłami). Jego zachrypnięty głos rozległ się w momencie gdy wszyscy inni milczeli.
-Dobra, szkoda gadać. Ruszcie dupska i idziemy! A Ty aniołku prowadź…- rzekł bies.
 
Awatar użytkownika
Agnostos
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2259
Rejestracja: śr paź 05, 2005 9:47 pm

pn mar 17, 2008 9:20 pm

Epizod II
Odsłona I


Wieczność, wieczność całą zdawało się trwać przekraczanie muru. Poprzez monumentalną bramę, wkraczaliście do tej krainy, której podwoje dla nieznanych wam celów otworzył chyba on sam – Strażnik o wielu imionach. Ten, który niejedną moc powstrzymał przed wkroczeniem do Serca Hadesu, choć nikt nie widział tak naprawdę, z czyjego polecenia pełnił swą służbę.

Azrael wyglądał w złowrogim cieniu rzucanym przez niebotyczną strukturę jak szary pielgrzym, którego zwisłe bezwładnie skrzydła uginają się pod ciężarem najniższego Mroku tego przeklętego planu.

Amalcus niczym cień ostrożnie przesuwał swą wychudzoną sylwetkę wzdłuż podwojów bramy. Jego głęboko osadzone oczy wypatrywały uważnie zagrożeń, a umysł starał się postrzec i przewidzieć to, co dla oczu widocznym być nie mogło.

Rasiel ze zrezygnowanym i znów pozornie bezbarwnym wyrazem swej demonicznej twarzy posuwał się zaraz za nim. Czy kompani pamiętali, jak bardzo zmienił się na pierwsze słowo Naberiusa, o ile to był rzeczywiście sam Naberius, dotyczące jego zaginionego oręża?

Elkaldimer stąpał ciężko, odgłos jego kroków obijał się echem, które zniekształcane przez moc ciemnego kamienia opasającego tę krainę, jęczało i wyło wręcz przechodząc w rytmiczne dudnienie. Diabeł pomyślał przez chwilę, że to kamień odbija echem bicie jego własnego serca.

Sir Fantarin dreptał dzielnie na końcu. Rzucał niespokojnie oczkami to na lewo, to na prawo. Czuł dobrze, jakie szaleństwo popełnia i cały czas powtarzał to sobie w duchu.

**********

Gdy tylko ostatni przekroczył odrzwia, które dla waszej percepcji zdawały się być tunelem bez końca, usłyszeliście jakoby zgrzyt ciężkiego, mosiężnego klucza. Gnom odwrócił się, lecz przejścia nie było. Zniknęło. Tylko szara płaszczyzna nieruchomego kamienia rozciągająca się tak daleko, jak tylko wzrok wasz sięgać pozwalał. Gnom rzucił się przed siebie w powrotnym kierunku, lecz to nie była iluzja. Kamień był twardy, a spotkanie z nim najprawdziwsze i bolesne.

Przed wami z pozoru nic nowego. Krajobraz ten sam. Tylko pył pod waszymi stopami jakby bardziej zszarzały, a skały i kamienie bardziej ostre. Suche konary drzew przyozdabiały rozpościerający się wokół widok. Gdzieniegdzie dostrzegaliście pojedyncze cyprysy, wznoszące się wysoko ku szaremu nieboskłonowi. Jednak zamiast zielonego listowia miały szaro-brunatne pęczki kolców i cierni. Sterczały tak każdy samotny, sztywno i cicho. Pustka tego miejsca uderzyła w was ze zdwojoną siłą. Jakoś wcześniej nie była odczuwalna tak… boleśnie jak teraz.

Aż zaczęliście sobie zadawać pytanie –
~Czy jest tu ktokolwiek?

I wtedy dosłyszeliście jakby przytłumione głosy ludzkie, niewyraźne i żalące się na swój los. I dźwięk bzyczenia owadów, setek niewidzialnych much, wraz z którymi omiotła was chmura trupiego odoru. Słodkiego i odurzającego.

Elkaldimer spojrzał na swą rękę, coś w niej cały czas ściskał… sporych rozmiarów kamień, ten sam, który dostał od Wiedźmy… teraz jednak nie był już czerwony, jakby został wypruty ze swego koloru… czy to burza wzniecona przez Kościeja, czy może raczej przekroczenie granicy ostatecznej śmierci wyblakło wszelki jego odcień? Nie to było jednak dziwne… Kornugon nie przypominał sobie, aby cały czas miał tę błyskotkę w ręku. Przecież jedną ręką dzierżył bicz, a druga została zdruzgotana, więc niemożliwym było, aby zdołał w niej cokolwiek utrzymać, w dodatku zupełnie nieświadomie…

Lecz wtedy zaczęło się…

Z ziemi wokół was wypryskiwać zaczęły zwłoki. Pojedyncze korpusy wyłaniające się powoli i bezwładnie. Aż w końcu nie byliście w stanie ogarnąć już wzrokiem całego pola leżących pokotem umarłych. Wszystko się nieznacznie uspokoiło, lecz w jednym miejscu zwłok przybywało więcej i więcej. Staczały się i przewalały jedne na drugie, bezwładnie podlegając sile grawitacji. I ku waszemu przerażeniu, zaczęły formować mglisty, enigmatyczny kształt. Ręka do ręki, noga do nogi, zwłoki jaszczuroludzi, nag, niziołków, ogrów i dziesiątek innych ras… oraz setki takich, których nie sposób było sklasyfikować, zlepiały się ze sobą i wznosiły coraz to wyżej i wyżej. Piekielny taniec śmierci, przy którym Słup Czaszek był tylko mierną próbą stworzenia zabawki mogącej budzić trwogę pierwszaków.

Ostatecznie makabryczny taniec ustał, a przed wami jawiła się gigantyczna sylweta przypominająca trzygłową bestię. Oczy każdego łba to były głowy cyklopów, zęby tworzyły szeregi łusek i pancerzy ze smoczych i gadzich korpusów, uszy przypominały nietoperze skrzydła najpotężniejszych demonów.

Bestia stała bez ruchu. Jej kształt na wpół materialny, choć może to po prostu chmura nieomal namacalnego odoru sprawiała, że zdawał się falować i drgać delikatnie.

W waszych głowach ozwał się donośny głos, ryk ani trochę ludzkiego nie przypominający.

- ZADAJCIE SWE PYTANIA. KAŻDY Z WAS JEDEN. KAŻDY JEDNO. A POTEM… POWYMIENIAMY SIĘ…
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

pn mar 17, 2008 10:27 pm

Elkaldimer Mos'Amro Krosh'Na'Vrak

Raz po raz czart oglądał się za siebie czy mały śmiertelnik nadążą i czy nie grozi mu jakieś niebezpieczeństwo. Diabeł rozglądał się zaintrygowany dookoła. Jego oczy z zaciekawieniem wodziły po całej okolicy. Obraz jakby pochłonięty monotonią nie zmieniał się od dłuższego czasu. Poszukiwacze szli dziarsko przed siebie, gdy nagle nastąpiła jakaś konkretna zmiana.

Z każdego miejsca na około, z łona tej jałowej ziemi wyrastały trupy. Przeróżne, nawet takie, których Czerwony na oczy nie widział. Ba! Nawet o nich nie słyszał. Diabeł zrobił kilka kroków w tył, tak by kucharz był bezpieczny i w razie ataku nieumarłych nic mu nie groziło. Diabeł chciał już złapać za trzon swego topora, gdy zorientował się, że trzyma coś w dłoni.

Okazało się, że jest to niezwykły kamień, jaki dała mu wiedźma podczas pierwszego spotkania z nią. Kamień jednak stracił swój kolor i nie był tak przyciągający wzrok jak wcześniej. Bies sekundę zastanawiał się jak to możliwe, że niedawno miał ręce zajęte bronią, a teraz w jednej szponiastej łapie trzyma kamień. Przecież w drodze za bramą nie sięgał po niego, przynajmniej nie był świadomy.

Ciał nazbierały się setki a może i więcej. Dookoła, wszędzie trupy. Dopiero kilka uderzeń serca później zaczęło dziać się coś nowego. Ciała poczęły zlepiać się w jedną ogromną konstrukcję.

-Cerber…- wycedził przez zaciśnięte zęby diabeł. Nigdy sobie tak nie wyobrażał tejże istoty, która mogła mierzyć się mocą nawet z bogami. Diabeł unosił powoli głowę mierząc wzrokiem od stóp do głów (dosłownie). Istota swoim majestatem wywołała wszechobecną ciszę, której nawet wycie wiatru nie mogło zaciszyć. Jej głos rozbrzmiał łamiąc milczenie.

- ZADAJCIE SWE PYTANIA. KAŻDY Z WAS JEDEN. KAŻDY JEDNO. A POTEM… POWYMIENIAMY SIĘ…- rzekł. Czart spojrzał z wymuszonym uśmiechem na gnoma i prychnął pod nosem próbując jakoś wyluzować sytuację.
-Ta… Babci sranie…- uśmiechnął się trochę szerzej ukazując szereg pożółkłych kłów, po czym spoważniał, gdy jego wzrok wrócił na trzygłowego strażnika. Nie interesowało go w tej chwili, że nikt go nie bardzo rozumie (może po, za Rasielem), gdyż wciąż mówił w języku piekieł. Diabeł przełknął ślinę. Nikt nie palił się do zadawania pytań. Kto by chciał. Czart wystąpił z grupki o krok. Skupienie, jaki tliło się na jego twarzy było z goła widoczne. Być może wiedźma wiedziała, że do tego spotkania dojdzie, i właśnie, dlatego podarowała grupie swój kamień. Może tak chciał los. Nie było, nad czym się zastanawiać. Diabeł wystawił w górę dłoń, w której dzierżył wyblakły kamień jakby miała to być ofiara.
-Czym jest Uv àjéd?- rzekł bez pardonu i jakby bez zastanowienia. Miał tylko nadzieję, że istota przyjmie w zapłacie kamień…
 
Awatar użytkownika
Agnostos
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2259
Rejestracja: śr paź 05, 2005 9:47 pm

pn mar 17, 2008 11:33 pm

Diabeł wykazał się odwagą nielada nawet jak na przedstawiciela swej rasy. Stał z wyciągniętą łapą, na której spoczywał nieruchomo kamyk wciąż teraz bezbarwny. Nawet rosła sylweta Kornugona wydawała się mikrą w porównaniu z trójgłowym kolosem.

Mimo że diabeł nie przestawał uparcie mówić wyłącznie w swoim języku, wszyscy doskonale słyszeliście i rozumieliście go, jakby wypowiadał się w najczystszym wspólnym. Czy to była moc tego miejsca, czy magia Bestii, nie byliście w stanie stwierdzić.

-Czym jest Uv àjéd?

Ku waszemu niedowierzaniu, ponownie dosłyszeliście głos wewnątrz waszych głów. Był równie pusty i nieludzki, lecz tym razem nie dudnił tak złowieszczo. Brzmiał raczej niezwykle ostro i dobitnie, jakby każde słowo było dobierane starannie i ostrożnie.

- Uv àjéd jest rysą. Rysą na linii czasu. W nieskończonej historii planów przebrzmiewają wydarzenia wielkie i niezrozumiałe, które odmieniają bieg losu w sposób nieprzewidziany i wbrew życzeniom najpotężniejszych. Gdy Siostry Światła i Ciemności dały początek swym braciom i siostrom, gdy Półplan Grozy zamknął swe podwoje od zewnątrz i od środka, gdy Pani zrodziła się ze swego cienia, jakby istniała od zawsze… te i wiele innych wydarzeń, wszystkie one tworzyły rysy w niewidzialnej materii czasu. A ty i reszta twych kompanów, trafiliście na jedną taką rysę. Nie z przypadku. Z własnej winy. Z winy swych czynów, które nitkami zupełnie nieistotnymi albo też grubymi wiciami powiązane muszą być ze Źródłem tej właśnie rysy, skazy czasu. Z zaburzeniem, które będzie was ścigać poprzez plany, które będzie podążać za wami aż naturalny, pierwotny bieg wieloświata nie zostanie przywrócony. A powrót ten najprościej osiągnąć w jeden sposób – wymazując wasze dusze, gasząc wasze śmieszne esencje. Tylko wtedy naprawione będzie mogło zostać to, czego naprawić już się nie da.

- Uv àjéd jest poza mną, poza wszystkim. Jest odwróceniem i zaprzeczeniem. Próbą cofnięcia niewłaściwego nurtu czasu, wyschniętego koryta, ślepego zaułku. Posługiwać się może siłami i magią planów, posługiwać się może życiem najlichszych robaków i wolą boskich mocy. Nigdzie nie sposób przed nim uciec. Można tylko odczytywać znaki i próbować przeżyć… odrobinę dłużej.

Znów zapadła cisza. Staliście bladzi, jeszcze bardziej wyblakli. Elkaldimer też, ze swą ręką wciąż wyciągniętą, tak że krew niemal zupełnie z niej odpłynęła. Cerber jednak nie kwapił się po zapłatę za swą odpowiedź. Najwyraźniej jeszcze nie teraz.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

wt mar 18, 2008 9:20 am

Elkaldimer Mos'Amro Krosh'Na'Vrak

Kolejna cecha, która świadczyła o niezwykłej potędze Cerbera. Potrafił przekazywać swoje myśli innym, nie przez uszy, lecz bezpośrednio do umysłu. Czart spotkał się niegdyś z demonem, który również władał podobnymi mocami. Były to tak zwane psioniczne siły. Demon miał ogromny mózg, który pomagał mu w ten sposób działać. Ten tutaj nie miał takiej mózgowiny, i z pewnością nie skończy jak wspomniany Tanar’ri.

Odpowiedź była natychmiastowa. Słowa wywoływały dreszcze przy kręgosłupie biesa. Diabeł pierwszy raz od bardzo dawna stracił znaną jego rasie pewność siebie. Pojawił się niepokój i obawy. Więc siła, która wszystkich sprowadziła w to miejsce, jest tak straszna, tak potężna, że leży nawet po za wieloświatem?

Cerber wyjaśniał wszystko bardzo dosadnie. Używał skomplikowanych słów, które diabeł musiał szybko analizować w głowie, choć skupienie w tym momencie było nie lada wyczynem. Słowa mówiące, że zebrani tutaj, są powiązani ze źródłem skazy czasu. To wszystko było bardzo dziwne. Istota, która uwolniła grupę mówiła strzeżcie się Uv àjéd. Ale jak się tego strzec, skoro, każdy z osobna jest jakoś powiązany z tym wszystkim.

Choć diabeł nie był jakimś młodym zwykłym, szeregowcem w armii Batoru, przeżył wiele, to jednak to wszystko wciąż zdawało mu się trudne do zrozumienia. Nie potrafił wielu rzeczy wyjaśnić i miał szczerą nadzieję, że ktoś zrobi to za niego. „A powrót ten najprościej osiągnąć w jeden sposób – wymazując wasze dusze, gasząc wasze śmieszne esencje. Tylko wtedy naprawione będzie mogło zostać to, czego naprawić już się nie da.” Właśnie te słowa najbardziej utkwiły w pamięci czarta. Chciał zaraz zaprotestować i krzyknąć, w jaki inny sposób można osiągnąć powrót. Doszło jednak do niego, że cerber wyraźnie podkreślił, że każdy ma przydzielone jedno pytanie.

Diabeł znów przełknął ślinę i odwrócił głowę spoglądając z lekkim zmieszaniem na swych kompanów. Jego usta były lekko powykrzywiane od wiadomości, jakie przed chwilą usłyszał. Dopiero po chwili ciągnący dalej cerber lekko wyjaśnił sytuację. „Uv àjéd jest poza mną, poza wszystkim. Jest odwróceniem i zaprzeczeniem. Próbą cofnięcia niewłaściwego nurtu czasu, wyschniętego koryta, ślepego zaułku. Posługiwać się może siłami i magią planów, posługiwać się może życiem najlichszych robaków i wolą boskich mocy. Nigdzie nie sposób przed nim uciec. Można tylko odczytywać znaki i próbować przeżyć… odrobinę dłużej.” Więc to próba cofnięcia niewłaściwego nurtu czasu, próba odwrócenia!

Diabeł podrapał się po głowie, kiedy usłyszał, że znaki można tylko odczytywać i próbować przeżyć, odrobinę dłużej. Choć cerber nie dał znaku, co chciałby w zamian za informacje, diabeł i tak ścisnął dłoń w pięść i z głuchym plasknięciem padł na ogoniasty tyłek. Bies mówił sam do siebie pod nosem, jednak ktoś o dobrym słuchu pewnie go słyszał.
-I co? Niedługo koniec? Tak po prostu? Umrę i wszystko wróci do normy? Gówno! Za dużo do zrobienia, żeby jakaś tam rysa na czasie od tak miała się mnie pozbyć. Jestem Elkaldimer Mos'Amro Krosh'Na'Vrak! Członek Czerwonej Elity, doborowy zabójca demonów i nie dam, żeby jakaś rysa w czasie się mnie pozbyła! Tutaj! Trzeba! Czegoś! Więcej!- wycedził przez zęby ściskając dłonią powietrze, jakby chciał coś zmiażdżyć.
 
Awatar użytkownika
Sierak
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2296
Rejestracja: pt maja 11, 2007 4:07 pm

śr mar 19, 2008 9:50 pm

Rasiel Rikumai

Rysa w czasie? TO był powód, dla którego jeszcze egzystowali? Tylko tyle? To była pomyłka? Jednak, ich zniknięcie, a przynajmniej Jego zniknięcie. Nie został ugodzony włócznią, nie został trafiony zaklęciem diabła, po prostu zniknął. Jakkolwiek Cerber był straszliwą istotą, mężczyzna poszedł w ślady diabła, samemu wysuwając swoje pytanie.

-Więc to wszystko, czym jesteśmy? Przypadkiem? Ścigani przez przeznaczenie? Musimy zyskać potęgę, by się mu przeciwstawić lub możemy zginąć równie dobrze teraz. Teraz ja mam pytanie. Kim jest Eikeron? Moje ostrze, to jedyna rzecz której potrzebuję do obrony przed każdym przeciwnikiem. Potrzeba mi tylko tego, kim on jest i co zrobił z moim ostrzem, abym mógł je odzyskać. To wszystko, czego potrzebuję.-

Stał wyprostowany przed kościejem, czekając na odpowiedź, która mogła zaważyć nad Jego przeznaczeniem. Jakim cudem? Jak to było możliwe? Co Oni mieli z tym wszystkim wspólnego i jaką rolę mieli w tym odegrać? Jedno było pewne. Rasiel nie miał zamiaru umierać jeszcze przez długi czas, a z pomocą legionu i swojego ostrza będzie w stanie przeciwstawić się nawet samemu, pieprzonemu przeznaczeniu.
 
Awatar użytkownika
Agnostos
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2259
Rejestracja: śr paź 05, 2005 9:47 pm

czw mar 20, 2008 2:44 am

Cerber czekał, czekał cierpliwie aż Rasiel zakończy swą pochopną wypowiedź.

- Jedno... Tylko jedno... Pytanie...

Twe inne pytanie zostało wypowiedziane pierwej.

Spostrzegliście wtedy Rasiela, jak wypowiadał pierwsze zdanie... było to co najmniej dziwne i łudząco podobne do uv àjéd z tym wyjątkiem, że nie towarzyszył mu przejmujący dreszcz grozy.

"Więc to wszystko, czym jesteśmy?"...

Film powrócił do swego normalnego biegu i Cerber beznamiętnie kontynuował, rozbrzmiewając pośród waszych myśli.

- Rysy w multiwersum, gdy już się pojawią, rozcinają całą jego strukturę, przebiegają przez wszystkie plany. Nie są jednak przypadkowe. Sięgają zawsze tam, gdzie były przyczyny, okoliczności i niteczki prowadzące choćby najbardziej zawiłymi drogami do źródła. Każdy z was musiał się znaleźć w pobliżu jednej z takich rys, takich nitek. Każdy z was wpadł w peknięcie czasu, gdyż w tym jednym konkretnym momencie jego dusza, jego istota przechodziła w inny stan... czy to była śmierć i wędrówka na miejsce ostatecznego spoczynku, czy wskrzeszenie - a więc podróż w przeciwnym kierunku, czy podróż międzyplanarna, czy uwięzienie duszy przez magię lub zjawisko inne... to nie ma już teraz znaczenia...

- Wasze dusze zostały bowiem złączone jedną skazą. Klątwą uv àjéd, jak kilku zapomnianych mędrców zechciało ją nazywać. Kilka dusz splecionych żałośnie... nieświadomych odgrywanej przez się tragedii...
...a to jeszcze nie wszystko, czym jesteście... wojowniku.


Zapadła chwila ciszy i poczuliście na swej skórze ciężki zatęchły wiatr, jakby oddech monstra, wzdychającego nad waszym losem.

- Gdy ktokolwiek z powiązanych klątwą uv àjéd umiera, nie tylko jego dusza zostaje na zawsze odłączona od multiwersum. Zabiera ze sobą cząstkę pozostałych przeklętych. Część ich wspomnień, wiedzy, umiejętności... czyniąc resztę coraz bardziej bezbronną i podatną na zniszczenie. Tak jak utwór choćby najpiękniej skomponowany traci swój rytm i sens, gdy zaczyna się z niego wymazywać pojedyncze dźwięki, tak wy jako ofiara przekleństwa jesteście jednym. Duszami splecionymi, by aż do ostatniego akordu grać jedną melodię. Symfonię Dusz. Oto wszystko, czym jesteście.

Rasiel pozostał sam na sam z zapadłą teraz ciszą. Stracił. Stracił tak oczywistą okazję, by bezbłędnie dowiedzieć się wszelkich szczegółów losu jego zaklętej broni artefaktu, który splatał egzystencję potężnych otchłannych bytów...
Jego twarz cała zaczęła drgać w konwulsjach. Obok Elkaldimer wciąż jeszcze nie podniósł swego cielska z ziemi, słuchając uważnie i trzymając łapska zaciśnięte w potężne pięści, jakby chciał się na nie mierzyć ze swym losem.

Oto był obraz brzemienia wiedzy, pod którym bezradnie uginali się najstraszliwsi wojownicy.

Po prostu... Plany.
 
Awatar użytkownika
dreamwalker
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2250
Rejestracja: pn gru 19, 2005 9:39 pm

czw mar 20, 2008 9:25 am

Sir Fantair Kain de Reno

Sir Fantarin patrzyl z lękiem na to co się dzieje. Oto stał przed nimi Cerber. mityczna bestia, potwór, myśląca istota, prawie bóg? Cóż, z pewnościa ktoś potężny, a w tej krainie czujący się jak u siebie w domu.

Cerber kazał im zadawać pytania. Po jednym. Fantarin pomyslał, że może nie jest to tejemniczy djinni z butelki spełniający życzenia, ale ... okazja jest świetna by dowiedzieć sie czegoś o własnym losie. O tym dokąd gnom zmierza i czym jest.

Rysa, powiązane losy, mędrcy. To wszystko nie trzymałoby sie kupy opowiadane w jakiejś Faeruńskiej tawernie. Ale tu było prawdziwe. Tak prawdziwe, że aż złowrogie. Gnom rozglądał się na boki, nie widząc jednak nic, co mogłoby zwrócić jego uwagę. Nic oprócz Cerbera. Stwora, który czekał na pytanie, gotowy na nie odpowiedzieć niby djinni z butelki. Co jednak da odpowiedź skoro jest tajemnicza i enigmatyczna? Co da poznanie prawdy jeśli dotarcie do jej sedna może zająć śmiertelnikowi eony? Czy prawda nie zawładnie jego życiem? Czy nie stanie się niewolnikiem przepowiedni? Fantarin bał się. A jego strach potęgowany był przez złowrogą aurę tego miejsca. Nerwowo zaciskał palce na fałdach szaty, przegryzał do krwi wargi, cały czas próbując rozpaczliwie pomysleć życzenie. Pytanie. Prośbę. Próbując znaleść w umyśle Początek. Początek, od którego może zacząć się jego odnowa. ~Jestem kucharzem, podróżnikiem, błaznem, zwykłym nikim. Co ja tu do cholery robię?~

- Powiedz mi, szanowny Cerberze, czy jest możliwa ucieczka z miejsca, z którego nie ma ucieczki? Miejsca, które więzi swoich gości na wieki jak ogórki w wekach? Miejsca, którego szare pustkowia wypalają dusze, aż jego goście stają się bezrozumnymi potworami, w których sercach mieszka wieczna noc? Tego miejsca?
 
Awatar użytkownika
Azrail
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 480
Rejestracja: pt sty 14, 2005 9:09 am

pt mar 21, 2008 12:15 am

Azrael

Azrael ostrożnie przekroczył monumentalne wrota, które sam Cerber, pan tej krainy ponurej, otworzył przed nimi na oścież. Nieskończenie długa zdawała się ta z pozoru krótka podróż, zupełnie jakby czas płynął tu znacznie wolniej. Nie pierwsze była to jednak anomalia jaką napotkali w tej dziwnej krainie, toteż niebianin nie przejął się tym specjalnie ani nie zaprzątał sobie i tak już umęczonego umysłu kolejnymi rozważaniami. Szedł tylko przed siebie, pragnąc tylko jak najszybciej wyrwać się z tego przeklętego miejsca… W końcu dotarł do wylotu tego tajemniczego tunelu, a widok jaki za nim się rozpościerał pozbawił niebianina resztek nadziei i wiary.

Niebiański wojownik błądził przez chwilę wzrokiem po ponurym krajobrazie, który niczym niemal nie różnił się od tego, którego zmuszony był oglądać przez ostatnie godziny. Tylko wszystko było jeszcze jakby bardziej… martwe. Wrota za nimi zaś zamknęły się z głuchym trzaśnięciem, rozpływając się w powietrzu zupełnie jakby nigdy tam ich nie było. A może rzeczywiście nie było, może wszystko było tylko iluzją, złudzeniem? Anioł dotknął ręką muru… Poczuł chłód, tak prawdziwy, namacalny. A więc nie było już odwrotu, nie było drogi powrotnej. A zresztą… do czego niby mieliby wracać?

Azrael ruszył więc bez słowa żadnego w drogę, idąc przed siebie w bliżej nieokreślonym kierunku. Metalowe buty jego pozłacanej zbroi z cichym dudnieniem rytmicznie uderzały o ziemie, unosząc w górę drobiny pyłu i łamiąc wystające wszędzie kolczaste gałęzie. Wędrówka nie trwała jednak zbyt długo…

Anioł zatrzymał się nagle, słysząc wokół siebie dziwne, przytłumione dźwięki i czując mdły zapach śmierci. Ziemia wokół niego zaczęła dziwnie drgać i pulsować. Gdy tylko spod ziemi wyskoczył na powierzchnię pierwszy żywy trup, anioł niemal bez namysłu cisnął w niego strumieniem świętej energii, która przybrawszy postać srebrnej błyskawicy, pomknęła w stronę nieumarłego. Trup w mgnieniu oka rozpadł się na kawałki, a jego krew zabarwiła szarą ziemię na czerwono. Niebianin przygotował się już do kolejnego ataku, gdy ujrzał że podobnych stworzeń są tu dziesiątki, a może nawet setki. I najwyraźniej wcale nie miały zamiaru atakować przybyszów.

Celestiańki rycerz obserwował makabryczny taniec żywych trupów z zadziwieniem i niepokojem, z podziwem i zniesmaczeniem. Ciała zdawały łączyć się ze sobą w groteskowych pozycjach, zlewając się w jeden wielki twór. Gdy ten dziwny rytuał się zakończył, stanęła przed nimi bestia o trzech głowach. Cerber sam w swej pierwotnej postaci.

Azrael usłyszał nagle donośny głos Cerbera, potężny ryk rozbrzmiał echem w jego umyśle. Jedno pytanie… Oczy anioła zalśniły na chwilę krwistym szkarłatem, jego dłonie zacisnęły się w pięści, usta otworzyły by wypowiedzieć pytanie które od dawna formowało się już w jego umyśle „Kim jest ta istota przeklęta, co sprowadziła na niego ten okrutny los, co uwięziła jego duszę w Styksie by cierpiała tam po wsze czasy?” Nim jednak zdążył cos powiedzieć, pierwej swe pytanie zadał diabeł. Odpowiedź jaka nadeszła, całkowicie załamała i tak zdecydowanie zrezygnowanego już anioła.

Z Cerbera opowieści wynikało bowiem, że za ich uwięzienie w tej mrocznej krainie odpowiada Uv àjéd, rysa na linii czasu. Zaprawdę, trudno było pojąc to o czym mówił Strażnik Umarłych, nawet dla oświeconego i znającego metafizyczne podstawy WIeloświata niebianina, wiedza ta trudna była do przyswojenia. Jednak to co najbardziej zabolało anioła to fakt, że wyimaginowana potężna i zła istota, która rzekomo była odpowiedzialna za wszelkie ich cierpienia i krzywdy, tak naprawdę nie istniała. Motywacja, jaką niewątpliwe była chęć wywarcia zemsty na ich ciemiężycielu, nagle znikła, została rozwiana niczym szary pył tych ponurych pustkowi.

Azrael spojrzał w dal na bezkresne jałowe równiny Krainy Umarłych, zastanawiając się w duchu jakie pytanie zadać może Cerberowi.
- W jaki sposób można zdjąć klątwę Uv àjéd? – rzekł anioł głosem spokojnym i poważnym, w którym delikatnie pobrzmiewała jednak nuta nadziei – Możliwe jest uwolnienie się spod brzemienia klątwy, czy też wyrok został już wydany, a my skazani na śmierć i zapomnienie?
 
Awatar użytkownika
Agnostos
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2259
Rejestracja: śr paź 05, 2005 9:47 pm

pt mar 21, 2008 3:05 pm

Bestia Podziemi upiornymi oczami zdawała wodzić się po zuchwałych podróżnikach i każdą odpowiedzią coraz bardziej utwierdzać ich w przekonaniu, że ich położenie jest tragiczne.

Gdy gnom wyrwał się ze swoim, z pozoru błahym i prostym pytaniem, trzy pary ócz spoczęły na nim właśnie.

- Czy ucieczka możliwą jest? W tym miejscu są miriady wrót prowadzących do innych światów. Także tu - wokół nas, ukrytych przed waszym, lecz nie moim wzrokiem. Jak wzrokiem sięgnąć portal za portalem - tak wygląda całe multiwersum, jeśli chce się je tak widzieć. Większość z nich zapięczetowana, klucze do większości zaginione bądź nigdy nieistniejące. Lecz spośród milionów wszystkich, wciąz istenieje wiele dróg, które są czynne...

Przerwał na chwilę, nuta nadziei, która przebrzmiewała z tej wypowiedzi była aż podejrzanie optymistyczna.

- Jednak dla was to nie ma znaczenia. Możecie zbiec stąd na drugi koniec multiwersum, pozwiedzać wszystkie plany, a i tak nie cofniecie nieuchronnego. I tak wrócicie tu, do mnie. Dokładnie na jeden krótki moment nim wasze dusze wymazane zostaną z księgi żyjących, traficie do mnie, bym mógł pożywić się waszym cierpieniem. A chwilę potem przestaniecie istnieć gdziekolwiek.

Tego bardziej już można się było spodziewać. Każda kolejna odpowiedź coraz bardziej gasiła wasze nadzieje i przykuwała was do tego miejsca. Gnom jako najmniej obyty z planarnymi mocami zwykły śmiertelnik odczuł to jak dotąd najbardziej. Wpatrywał się jak w transie w postać Cerbera. Z bladej, zaczynającej jakby szarzeć twarzy poczęły sączyć się strużki łez. Kompani nie zauważyli tej drobnej przemiany, lecz Fantarin Kain de Reno tonął już w swych mrocznych refleksjach. Nie mogąc i nie chcąc się nawet poruszyć, stawał się jednym z Szarością.

Dreamwalkera proszę o niepostowanie bez konsultacji.

Azrael zadał swe pytanie chwilę później. Zapadła grobowa cisza. Monstrum zdawało się przeżuwać zgniłe korpusy w swych paszczach, przeszukując pokłady wiedzy...

- W jaki sposób można zdjąć klątwę Uv àjéd? ... NIE WIEM! Trafiło do mnie wielu takich, którzy polegli z jego przyczyny, lecz żaden któremu by się udało.
Wiem za to co innego. Wiem o istnieniu jednej istoty, jednego bytu w całym multiwersum, który pomimo klątwy uv àjéd żyje po dziś dzień. Możecie spróbować go odszukać. Możecie też odnaleźć innego, który znalazł sposób i byłby w stanie umknąć przed uv àjéd... ale nie chciał. Albo możecie odszukać tego, który korzystając z waszej słabości karmi się waszymi wspomnieniami i tam odszukać rozwiązania. Trzy ścieżki, trzy potężne istoty. A każda niemożliwa do odnalezienia... buahahahaha... hik!


Na skutek demonicznego śmiechu jeden z cyklopich łbów służących chwilowo za potężną gałkę oczną Cerbera zsunął się po wilgotnych, półpłynnych mocowaniach z rozkładajaćego się korpusu kałamarnicy czy innego krakena i uwiązł w jednej z paszczęk.
 
Awatar użytkownika
dreamwalker
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2250
Rejestracja: pn gru 19, 2005 9:39 pm

wt mar 25, 2008 7:58 pm

sir Fantarin Kain de Reno

Rozpacz, beznadzieja. Dno melancholii. Co czuje ktoś kto nic nie czuje? Co czuje ktoś, czyje serce spala się destrukcyjnym płomieniem beznadziei? Czy jest ratunek dla gnoma targanego wichrami losu? Fantarin usiadł na ziemi, przytulając głowę do kolan. Wkoło wciąż majaczyły różne zwidy. Każdy kamień wyglądał jak głowa kogoś, kogo znał, każdy oddech brzmiał jak ostatni, każdy odgłos był niczym odgłos stóp uderzających o kamienną podłogę. Stukotu stóp bez butów czy ciała, stukotu złowrogiego kościeja, Pana Śmierci. Fantarin zasłonił się ręką słyszać, nie w tej chwili czująć całym sobą świst kosy nad jego głową. Świst złowrogi, lecz nieprawdziwy. Mary senne i dzienne, rozpacz, zwidy.

- Nie, nie, nigdzie nie idę - wrzeszczał opentańczo sir Fantarin Kain de Reno, odganiając od siebie niewidzialne widma. Jak się ruszyć z miejsca będąc otoczonym przez złowrogie kształty? Jak ruszać gdy ciemność, mrok, mgła zasnuwająca swą gęstą jak mleko materią nie tylko pole widzenia, ale i myśli. Iść czy nie iść? Nie iść. Odpowiedź była oczywista. Nagle jednak gnom wstał. Otrzepał się, jakby strząsał z siebie robactwo, z rozbieganymi oczami podszedł do Amalcusa.

- Mędrcze, wróżbiarzu, czyż nie widzisz, że nie ma dla nas stąd ratunku? Czyż nie widzisz, żeśmy skazani na niebycie w tej krainie? Na wieczne opętanie i potępienie w mroku i ciemności? Czyż Twój światły umysł nie widzi tak oczywistych prawd?
Potem gnom podszedł do diabła, jego również zaczął zagdaywać swą mową szaleńca - panie, wielki jesteś i silny, a nie możesz nic tutaj poradzić. Weź na wzgląd jak wielkie potęgi spętały nas tutaj, zostawiając na wieczne pohańbienie? Czyż nie jest oczywiste, że nieśmierć wieczna nam tutaj pisana. Wieczna egzystencja w nieegzystencji? Wiczna wegetacja w ... - gnom jednak padł na ziemię nim zdołał dokończyć. Był wyczerpany, skrajnie zmęczony, głodny. Po chwili co prawda wstał po chwili, ale tylko usiadł i nic już nie mówiąc kołysał się w tył i w przód wodząc wzrokiem po wyniszczonej okolicy.

- Ja tu zostaję - tym razem głos gnoma był żałosny, nie szalony. Jego żałość była tak przejmująca, że Amalcus mimowlnie się wzdrygnął i odwrócił wzrok od gnoma.
- Nie ma ratunku, nie ma ratunku, nie ma... - słowa powtarzane jak mantra tylko pogłębiły poczucie beznadziejności u towarzyszy, dotąd chowane na dnie świadomości. Tylko cerber złowieszczo szczerzył swoje kły w grotestkowo przerażającym uśmiechu.
 
Awatar użytkownika
Azrail
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 480
Rejestracja: pt sty 14, 2005 9:09 am

wt mar 25, 2008 11:27 pm

Azrael

Azrael wzrokiem beznamiętnym wpatrywał się w górującą nad nim groteskową sylwetkę Cerbera, myślami odpływając gdzieś daleko poza krawędzie świadomości. Szarość wlewała się w jego umysł i duszę, z każdą kolejną sekundą, z każdym kolejnym zdaniem wypowiadanym przez Pana Umarłych czuł jak pogłębia się w nim uczucie beznadziei i niemocy. Ostanie ślady jakichkolwiek uczuć czy emocji powoli gasły, zdmuchiwane niczym płomień świecy przez delikatne powiewy eterycznego wiatru. Koniec był blisko…

Niebianin powoli zamknął oczy pogrążając się w cichej kontemplacji, wysiłkiem woli ostatnim starając się oczyścić umysł z beznadziejnych myśli i odzyskać jasność myślenia. Ostatnie słowa Cerbera wciąż rozbrzmiewały echem w głowie anioła. Dawały mglista wizję ich dalszych losów, pewną wskazówkę co kolejnego kroku, jaki powinni postawić na swej ścieżce. Wszystko było jednak tak bardzo zagmatwane, tak niejednoznaczne. Kim były osoby o których mówił Straznik? Jak znaleźć je wśród dziesiątek światów i planów Muliwersum? Niemożliwe, zupełnie niemożliwe. Lepiej jednak zginąć próbując odmienić swe przeznaczenie, niż poddać się mu bez walki. Najpierw jednak… musza się wydostać z tej przeklętej Krainy Śmierci, nim szarość pochłonie ich bezpowrotnie.

Celestiański wojownik wpatrzył się w ponury krajobraz Krainy Śmierci, poszukując pośród tych szarych pustkowi jakiejś drogi ucieczki. Wytężał wzrok starając się dostrzec te setki portali, o których mówił Cerber, magicznych wrót do innych światów. Nic. Tylko szara pustka. Byli więc skazani na dalszą mozolną wędrówkę po tych ponurych równinach…

Azrael powoli odwrócił się i spojrzał pytającym swych towarzyszy niedoli, tych nielicznych których nie pochłonął jeszcze Hades. Ilu ich było na początku?, zastanawiał się anioł, przywołując mgliste wspomnienia z początku ich wędrówki, która zdawała się trwać całe wieki. Ludzkiego barda pochłonęło szaleństwo, duszę wampirzycę i konstrukta Kościej zagarnął do swej kolekcji, a Devę zabiła wywołana przez niego burza, gnom powoli popadał w zupełny obłęd, a gityanki był już właściwie cieniem swej dawnej osoby, snuł się tylko za nimi, nie odzywając się od niepamiętnych czasów… Tak naprawdę została ich już tylko trójka. Anioł strącony z niebios, elitarny żołnierz baatezu i naznaczony przez demony. Ostatnie trzy akordy w tej ponurej symfonii…
 
Awatar użytkownika
Agnostos
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2259
Rejestracja: śr paź 05, 2005 9:47 pm

śr mar 26, 2008 3:36 am

Zaczynało się robić ciekawie. Odpowiedzi Cerbera, choć prawdziwości ich nie mogliście zweryfikować, były nie tylko intrygujące, ale wręcz przypieczętowywały wasz nędzny los. Na dodatek gnom najwyraźniej postradał już większą część swego rozumu, a gith zatopiwszy się w swych rozważaniach przestawał powoli kontaktować ze światem zewnętrznym. Trudno było stwierdzić, co było gorsze. Tak czy inaczej tylko jego pytanie mogło teraz rzucić nieco światła na całą sytuację.

Nie zdążył go jednak zadać, kiedy waszą uwagę odwróciło śmieszne terkotanie. Jakby jakiś natrętny niewidzialny mechanizm próbował przedostać się do was nie wiadomo skąd. Po chwili mogliście już namierzyć dokładnie źródło dźwięku, tym bardziej że w miejscu tym zmaterializowała się chmura srebrnej, lekko połyskującej substancji. Ku waszemu srogiemu zdziwieniu wyłonił się z niej mężczyzna.

Zdziwienie na jego twarzy było może odrobinę mniejsze niż to na waszych. Był dość chudym co by nie rzec wiotkim osobnikiem. Czy to na skutek srebrnawej mgiełki, czy może raczej magii tego planu jego postać wydawała się niemal przezroczysta, jakby w pełni nie zdążyła lub nie była w stanie się tu zmaterializować. Interesujące wydawało się uposażenie tego podróżnika. Amulety na jego szyi zdobione były jasnymi kamieniami o dziwacznych kształtach i jeszcze dziwniejszej tendencji do iskrzenia się i skupiania resztek światła tego planu w niestworzone wzorki. Kurta jego pospinana była zaciskami z bliżej nieokreślonych metali oraz aż obwisła od ciężaru brosz zdobionych w runopodobne wzory. A przy pasie w oczy rzucały się od razu pęczki drobnych, ale mogących budzić zaciekawienie przedmiotów przypominających klucze, laski cynamonu, matowe słoiczki z tajemniczą zawartością i sam Ao wie co jeszcze.

Po chwili człek doszedł do siebie i nieśmiało was zagadał:

- Heh, nie wyglądacie na dajmońskich szpiegów… ani nawet na łupieżczą bandę z Otchłani. Widać nie trafiłem najgorzej, choć odnoszę wrażenie, że Hades dziwnie się ostatnio zmienia.

Przerwał by zbadać waszą reakcję, próbując się zarazem uśmiechnąć blado.

- Jestem Candrian, Candrian Illbourne – obieżysfer, co domem nazywa miejsce, w którym wyrzucił go ostatni portal.

Spojrzał w tym momencie hardo na wciąż niewzruszoną, kamienną sylwetkę Cerbera. Zerkał na niego kątem oka od samego swego przybycia, lecz, na co nie zwróciliście od razu uwagi, wcale nie przejmował się zbytnio obecnością tej istoty, co było o tyle dziwne, że wielu nie zawahałoby się nazwać ją planarną mocą.

- Nie wierzcie temu, co próbował w was wsączyć. Być może posiada wiedzę wszystkich, którzy umarli i tu trafili bądź przebywali tu zbyt długo, lecz wypowiada tylko takie słowa, które przykuwają nieświadomych wędrowców do Plutonu mocniej niż jakikolwiek łańcuch. Poza tym, to jest tylko żałosna projekcja – Bestia chyba w całej szarej historii tego planu nigdy nie ujawniła się osobiście…

To powiedziawszy splunął na ziemię, wypluwając przy okazji srebrny pył, który począł już drapać lekko Candriana w gardle. Schylił się powoli i chwycił leżący u jego stóp kamyk rozmiarów piąstki dziecka. Jakby na potwierdzenie swych słów cisnął okruchem z całej siły w stronę Trzygłowego. Jeden z psich łbów musiał się lekko skłonić, aby uniknąć razu prosto w oko, tak że ostatecznie kamień z głośnym plaskiem wbił się w miejsce, które można by zwać czołem środkowego łba.

Powietrze momentalnie rozedrgało się od dobywającego się z ziemi pomruku.

A wy mogliście zacząć się dziwić jak osoba, która zdaje się być ledwo co materialną i półprzezroczystą może w jednej chwili zrobić się jeszcze bardziej blada i biała jak czyszczona arkadyjskim wapnem ściana.

Kolejnym akcentem był niewyobrażalny podmuch. Krwistoczerwony jęzor, który wysunął się ze środkowej paszczy i nieomal bezbłędnie ugodził świeżo przybyłego, zuchwałego wędrowca. Candrian uchylił się przed pewną śmiercią, lecz i tak powalony został na ziemię, a jego ubrania, uposażenie i skóra aż skwierczały, wypalone przez piekielnie wysoką temperaturę i jakąś palącą substancję, która właśnie wyżerała kolejną warstwę szykownej odzieży tkanej z włosia cienistego mastiffa.

Candrian podniósł umorusaną od wypalonego, czarnego gruntu twarz. Z posklejanymi, popalonymi na wpół włosami i utkwionymi gdzieś w dal oczami, z których wyzierała niekłamana determinacja przemieszana z paniką, rzucił wam nieśmiało, najwyraźniej od siły uderzenia pomieszało mu się, w jakim akcencie planarnym chciał to rzec:

- Run, you fools…
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

sob mar 29, 2008 11:32 am

Elkaldimer Mos'Amro Krosh'Na'Vrak

Diabeł trzymał się szponiastymi łapami za głowę, wpatrując się w jałową ziemię przed sobą. Jego mina świadczyła o kompletnym załamaniu, oraz braku jakiejkolwiek nadziei. Bies rozmyślał, o tym, że razem z grupką tych osobników jest skazany na śmierć. Mogła nadejść w każdej chwili i w różnoraki sposób.

Jego rozmyślania zostały przerwane przez dziwaczny dźwięk, jaki przeszywał ciszę panującą w tym miejscu. Czart podniósł głowę i rozejrzał się jakby szukając źródła odgłosów terkotania? Tak to właśnie był taki dźwięk, jakby w pracowni jakiegoś krasnoluda czy rasowego kuzyna drużynowego kucharza.

W powietrzu pojawiła się chmura srebrnego pyłu, i dziwacznej substancji. Diabeł wiedział, że to jakiś portal, czy coś w ten deseń, choć sam przemieszczał się przez nieco inne, robiące lepsze wrażenie. Z niecierpliwością spoglądał w srebrzystą chmurą, czekając na istotę, która miała się z niego wyłonić. Możliwe, że to właśnie śmierć po nich idzie?

Nie. To był jakiś mężczyzna o dość ludzkich rysach twarzy. Osobnik przez chwilę jeszcze zdawał się prześwitywać i nie w pełni zmaterializować, dzięki czemu można było go porównać do ducha, jakiego. Mężczyzna zdawał się nie być zaskoczony za bardzo tym, że właśnie znalazł się tu a nie gdzie indziej. Ba! Po chwili nawet raczył się odezwać.

-Heh, nie wyglądacie na dajmońskich szpiegów… ani nawet na łupieżczą bandę z Otchłani. Widać nie trafiłem najgorzej, choć odnoszę wrażenie, że Hades dziwnie się ostatnio zmienia. Jestem Candrian, Candrian Illbourne – obieżysfer, co domem nazywa miejsce, w którym wyrzucił go ostatni portal.- Rzekł. Diabeł wejrzał kolejno na swych towarzyszy niedoli, z lekkim zdziwieniem. Co go interesował jakiś pajac z wisiorami, i kupą błyskotek, błyskotek obliczu nieuniknionej śmierci?...

Dziwne jednak było to, że osobnik ani odrobinę nie bał się istoty Cerbera, stojącej tuż nad nim.
- Nie wierzcie temu, co próbował w was wsączyć. Być może posiada wiedzę wszystkich, którzy umarli i tu trafili bądź przebywali tu zbyt długo, lecz wypowiada tylko takie słowa, które przykuwają nieświadomych wędrowców do Plutonu mocniej niż jakikolwiek łańcuch. Poza tym, to jest tylko żałosna projekcja – Bestia chyba w całej szarej historii tego planu nigdy nie ujawniła się osobiście…- dodał po chwili, rzucając Cerberowi wyzywające spojrzenie. Ten głupiec chyba uciekł z jakiegoś planarnego domu dla obłąkanych, czy coś?
Mało tego. Mężczyzna podniósł kamień i rzucił nim wprost w czoło jednej z głów bestii! Diabeł z wrażenia otwarł oczy i rozdziawił gębę. W powietrzu rozniosło się warczenie, pewnie uchodzące z gardzieli trójgłowego.

Mężczyzna, który właśnie przybył nabrał dziwnego koloru. Tak jakby wpadł do słoja z pyłem ze sproszkowanych kości. Jego skóra nabrała odcieni łusek białego smoka. Zuchwalec w mgnieniu oka został straszliwie ukarany przez ogromną bestię, która niemalże całego go spaliła. Ledwo żywy osobnik podniósł się i przez zaciśnięte zęby rzekł do grupy, coś w nieznanym czartowi języku. Znaczenia słów jednak, trudno domyśleć się nie było. Diabeł złapał gnoma za wszarz, a do niebianina krzyknął coś w swoim języku, pokazując palcem na sługę otchłani. Z pewnością chodziło mu o ucieczkę. Diabeł nie miał problemu z uniesieniem karła. Zrobił kilka szybkich susów w kierunku: wszędzie, byle z dala od Cerbera. Jego skrzydła z głośnym plasknięciem wzbiły w powietrze tuman kurzu a Diabeł próbował się unieść by uciec jak najszybciej z tego miejsca, w nadziei, że trójgłowy nie będzie ich ścigał…
 
Awatar użytkownika
Azrail
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 480
Rejestracja: pt sty 14, 2005 9:09 am

pt kwie 04, 2008 12:13 am

Azrael

Azrael skierował oczy swe srebrne na tajemnicza istotę, co zmaterializowała się nagle i niespodziewanie, wpierw pod postacią chmurzy srebrzystej, później przybierając zwyczajową swą postać. Człowiek ten, bo do rasy ludzkiej zdawał się ów osobnik należeć, wyglądał iście intrygująco i enigmatycznie, obwieszony cały amuletami i innymi magicznymi świecidełkami, zdawał się zupełnie nie pasować do ponurego, szarego otoczenia. Zdawał się być zaskoczony całym zajściem, zupełnie jakby nieświadomie teleportował się wprost do serca Krainy Śmierci.

Anioł wsłuchał się dokładnie w słowa planarnego podróżnika, który mianem Candrian Illbourne się określał, starając się określi prawdziwość i słuszność stawianych przez niego tez. Stwierdzenie, że Cerber blefuje, próbując wsączyć w ich serca jeszcze więcej goryczy i rozpaczy, zdawało się mieć swe odbicie w rzeczywistości. I choć niebianin wciąż nie mógł do końca pojąc, dlaczego niby pragnący ich zguby Strażnik Umarłych, po prostu nie odebrał im dusz, jak zrobił to z dwoma ich towarzyszami, to miał wewnętrzne przeczucie że obieżysfer mówi szczerze i z niewiadomych przyczyn pragnie im pomóc.

Celstianin przestąpił z nogi na nogę, raczej z przyzwyczajenia niźli z jakiekolwiek zdenerwowania, obserwując z uwaga dalszą cześć rozgrywającej się przed jego oczami sceny. Candrian najwyraźniej pragnąc udowodnić prawdziwość słów swych, jakoby stojąca przed nimi groteskowa potworność była tylko projekcją, rzucił kamieniem wprost w jeden z łbów Cebera, co najwyraźniej rozzłościło bestie. Niebianin mógł tylko obserwować biernie, zarówno z braku możliwości jak i chęci do podjęcia jakiegokolwiek działania, jak obieżysfer ginie w okrutnych męczarniach, zżerany przez toksynę z paszczy potwora. Kolejna śmierć nie robiła już absolutnie żadnego wrażenia na zalewanym przez szarość aniele, który stał tak przez kilka chwil zawieszony w bezruchu, nie pomny na ostrzeżenia wykrzykiwane przez umierającego człowieka.

Azrael gwałtownie ocknął się z tego półprzytomnego stanu, gdy tylko do uszu jego dobiegł okrzyk Baatezu. Anioł machnął kilka razy potężnie swymi śnieżnobiałymi skrzydłami, wznosząc się powietrze w chmurze kurzu i pyłu, w duchu mając nadzieje że uszkodzone w upadku skrzydło zdążyło już się zregenerować. Lecąc, podał jeszcze rękę słudze demonów, po czym ruszył przez szare przestworza za unoszącym gnoma diabłem. Mimo że pochłonięty próbą rozpaczliwej ucieczki, niebiański wojownik nie mógł nie dostrzec ironii i groteskowości całej tej sytuacji… Oto właśnie próbowali uciec przed samym Władca Umarłych, w samym sercu jego mrocznego królestwa. Nie zważając jednak na beznadziejność sytuacji, anioł machał wytrwale skrzydłami, z niezwykłą prędkością szybując ponad martwymi równinami…
 
Awatar użytkownika
Agnostos
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2259
Rejestracja: śr paź 05, 2005 9:47 pm

pt maja 23, 2008 1:51 pm

Szalony pęd powietrza szumiał wam wszystkim w uszach. Kątem oka zerkaliście w panice za siebie widząc tylko, że Bestia pochwyciła jeszcze w jedną ze swych paszczęk waszego towarzysza - Githa. Nie dosłyszeliście już jednak skowytu bólu, który przeciął morowe powietrze Krainy Umarłych, gdy Cerber z łatwością rozgryzał Amalcusa wpół.

Pędziliście. Pędziliście co sił w skrzydłach i tchu w płucach Azraela i Elkaldimera. Pod wami migały skaliste pustkowia, po których szwędały się samotne sylwetki bezmyślnych nieumarłych i niewielkie oddziały pomniejszych biesich szwadronów poszukujących tu zapewne dusz dla swych zwierzchników, które jednakże pierzchały na wasz widok w popłochu.

Nie sposób było ocenić, jak długo lecieliście. Gorący oddech Bestii towarzyszył wam wszak ledwie przez kilka minut, po których nastąpiła przeciągająca się w wieczność walka ze zmęczeniem. I strachem, że Strażnik jednym susem przeskoczy wzdłuż czy wszerz całą swą krainę i wyrośnie niespodzianie przed wami. Na razie jednak nic takiego nie nastąpiło. Przynajmniej do czasu, kiedy wycieńczeni zlądowaliście pod samotnym drzewem zieleniącym się niczym niedoszła oaza pośród Krainy Śmierci. Horyzont zamazywał się w szarości i nawet nie dostrzegaliście już wystrzeliwującego w przestworza muru, okalającego ten półświatek.

Byliście krańcowo wyczerpani. I głodni. Kiedy ostatnio cokolwiek jedliście? Nie sposób było ocenić upływ czasu pośród monotonii mroku, ale wasze żołądki mówiły same za siebie. Nawet mimo głodu i ogólnego osłabienia waszych ciał spostrzegliście jeden tak dziwny, że aż niepokojący szczegół. Drzewo. drzewo, które was przyciągnęło, pod którym się usadowiliście miało liście i było soczyście zielone. Listowie zdawało się szumieć delikatnie, mimo że najlżejszy podmuch nie był przez was odczuwalny. Samotny pomnik życia w tej spustoszonej krainie? Być może. Poza tym, że wywoływało w was mrowienie, jakby lustrując każdy wasz ruch.
 
Awatar użytkownika
Azrail
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 480
Rejestracja: pt sty 14, 2005 9:09 am

sob maja 24, 2008 11:49 pm

Azrael

Azrael szybował z prędkością niezwykłą pośród szarego nieboskłonu, wysoko ponad martwymi równinami Krainy Śmierci. Szaleńczy lot zdawał się trwać już wieki całe, trudno było oszacować czas czy odległość wśród monotonni szarości. Zmęczenie wraz z każdym kolejnym machnięciem skrzydeł stopniowo narastało, mięśnie powoli odmawiały posłuszeństwa, powietrze w płucach zdawało się coraz cięższe. Nie mógł jednak zwolnić choćby na chwilę, wciąż czując za sobą cuchnący oddech trójgłowego Cebera, przeklętej bestii, co już czworga jego towarzyszy życia pozbawiła. Anioł wytrwale uderzał więc w powietrze swymi śnieżnobiałymi skrzydłami, mimo bólu narastającego w niedawno złamanym skrzydle, zdając sobie sprawę, że od tego zależy życie nie tylko jego, lecz także niesionego przezeń towarzysza, co pakt zawarł z demonami.

Celestiańki wojownik dostrzegł w pewnej chwili daleko w dole dziwne drzewo, co jedyne pośród jałowych równin, zielonym listowiem obrosło. Będąc już niemal na krawędzi wyczerpania, kiwnął porozumiewawczo głową w stronę baatezu, decydując się na lądowanie. Począł zataczać wokół drzewa coraz mniejsze koła, stopniowo obniżając pułap lotu, aż wreszcie wylądował na jałowej ziemi, wznosząc przy tym do góry chmurę szarego pyłu. Dotknąwszy stopami ziemi, padł zaraz potem na kolana, dysząc ciężko i drżąc na całym ciele. Rozpaczliwie chwytając hausty powietrza, zmusił się jeszcze tylko do uniesienia głowy, by upewnić się, ze bestia już ich nie ściga. Ku jego uldze, tylko szara pustka rozciągała się w zasięgu jego wzroku.

Azrael podniósł się z ziemi kilka chwil później, krew niebiańska w żyłach jego krążąca powodowała, że ciało regenerowało się niezwykle szybko. Anioł zbliżył się ostrożnie do tajemniczego drzewa, które niemal pulsowało życiodajną energią, na przekór otaczającym je śmierci i rozkładowi. Obrośnięte soczyście zielonymi liśćmi wśród których zdawał się tańczyć wiatr, było zaiste dziwnym widokiem na tych równiach, tak dziwnym, że przez chwilę niebianin zastawił się, czy to nie iluzja czy zwid jakowy, wywołany by ich zmylić, rozpalić w sercach płomień nadziei. a następnie zgasić go już bezpowrotnie. Drzewo jednak zdawało się tak prawdziwe, tak żywe. Niebianin pchany intuicją jaką czy przeczuciem nieznanym, ostrożnie wyciągnął dłoń, która drżąc nieznacznie, dotknęła brązowej kory drzewa…

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości