Zrodzony z fantastyki

 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

Opowieść o Czarodzieju i jego marzeniu

pt paź 26, 2007 10:57 pm

Witam wszystkim forumowiczów!
Poniżej zamieszczę pierwszy rozdział mojej powieści, rozgrywającej się oczywiście w świecie DnD i zgodnej (w miarę ;P) z regułami tego systemu. Dokładniej mówiąc rzecz dzieje się w świecie Forgotten Realms, a głównym bohaterem jest stary czarodziej, podążający za swoim niespełnionym marzeniem. Na czym ono polega i czy uda mu się je spełnić? Cóż, tego ostatniego nawet sam nie jestem jeszcze pewien. Jak pewnie zauważyła większość z czytających to osób, które w swej pisarskiej karierze mają już coś na koncie, opowieść po pewnym czasie zaczyna się pisać sama i autor może tylko starać się ubrać ją w odpowiednie słowa ;D
Ale dosyć gadania od rzeczy. Zapraszam do czytania i z góry dziękuję wszystkim, którzy mieli dość cierpliwości by dotrzeć do końca :D Liczę na szczerą krytykę, bo przecież chodzi o to, bym mógł poprawić wszelkie błędy.
Wszelkie sugestie również będą mile widziane :)

UWAGA!
Nim zaczniesz czytać moją powieść, musisz wiedzieć, że mogą znaleźć się w niej treści niecenzuralne, a więc seks, przemoc i latające wnętrzności. Postaram się ograniczać te treści do minimum, sam zresztą nie jestem zwolennikiem tego typu zabaw, ale jako że jest to powieść w głównej mierze o demonach, nie da się ich całkowicie uniknąć. Jeśli jesteś tego świadom i zgadzasz się na wystawienie swego umysłu na deprawację, ruszajmy. Droga jest długa, a marzenie czeka.


--------

Wielkie, drewniane wrota wzmacniane żelaznymi sztabami, skrzypnęły głośno. W zazwyczaj pustych i cichych korytarzach rozległo się głośne stukanie, gdy podkuwane żelazem buty uderzały o kamienną posadzkę. Brzęk łańcuchów, skrzypnięcia zbroi, cichy szelest szat.
Zachodzące słońce wpadało przez małe szklane okienka i tworzyło na przeciwległej ścianie tańczące cienie idących.
Pochód składał się z siedmiu doborowych rycerzy o imponujących posturach. Na ich lśniących zbrojach widniały wygrawerowane napisy i święte symbole, mające wszystkim uświadomić ich rangę i władzę.
Paladyni.
Pomiędzy wysokimi, umięśnionymi postaciami kroczył powoli starzec. Choć szedł wyprostowany, jego głowa sięgała ledwie do ramienia najniższego z rycerzy. Suche ręce o kościstych palcach, skute łańcuchami, trzymał przed sobą. W ustach tkwiła biała szmata, uniemożliwiająca wypowiedzenie choćby jednego słowa. Po kamiennej posadzce ciągnęły się jego długie, czerwone szaty, które podobnie jak ich właściciel, swoje najlepsze lata miały już dawno za sobą.
Przypadkowy przechodzień mógłby parsknąć śmiechem widząc ten groteskowy pochód. W tych stronach mało kto wiedział, jak wygląda czarodziej i jak śmiertelnie niebezpieczną mocą włada.
Paladyni wiedzieli, dlatego nie było im do śmiechu. Co chwila któryś z rycerzy nerwowo zerkał na więźnia, jakby obawiając się jakiejś diabelskiej sztuczki z jego strony. Mimo to szli raźnie do przodu, a ich wątpliwości i strach znikały, gdy swe myśli kierowali do umiłowanego boga.
Starzec jednak nawet nie myślał o próbie ucieczki. Szedł posłusznie do przodu, z głową spuszczoną jakby w wyrazie skruchy. Jednak w jego pomarańczowych, na wpół przymkniętych oczach nie było widać żadnych emocji.


Rozdział I
Przeznaczenie


Słońce zaczęło powoli opadać ku horyzontowi, barwiąc niebo na pomarańczowy kolor. Złote promienie tańczyły na wyjątkowo pustych tamtego dnia ulicach, wślizgiwały się przez okna do domów i zastawały ich mieszkańców odpoczywających po wczorajszym hucznym świętowaniu początku lata. Na próżno szukały kogoś, kto zwróciłby uwagę na ich piękno, na próżno muskały twarze śpiących domowników, którzy jedynie odwracali się na drugi bok mamrocząc przy tym niezrozumiałe słowa.
Leciały więc dalej, kontynuując swe poszukiwania. Przemierzyły na wskroś całe miasto, leżące gdzieś daleko na ciągnącej się aż po horyzont równinie, zagościły w pustych karczmach, rozbłysły wszystkimi barwami tęczy w kościelnych witrażach, aż w końcu trafiły do małego pokoiku w zapuszczonym domu gdzieś w we wschodniej części miasta. Zatańczyły na zakurzonych regałach uginającymi się pod ciężarem opasłych tomów, przeczytały strony otwartych książek leżących na podłodze i łóżku i obejrzały dziwaczne wzory i geometryczne figury, widniejące na porozrzucanych po całym pomieszczeniu kartkach. Szybko odnalazły też właściciela, który za dziesięć sztuk złota wynajmował ten nieduży pokój od pewnej starszej, otyłej pani.
Siedział na krześle przed biurkiem, a jego głowa leżała bezwładnie pomiędzy rękoma na grubej książce, w trakcie czytania której się właśnie znajdował. Ktoś z zewnątrz mógłby wziąć go za nieżywego, ale wciąż unosząca się miarowo klatka piersiowa szybko wyprowadziłaby go z błędu. Promienie próbowały dostać się do jego twarzy, ukrytej pomiędzy fałdami rękawów czerwonej szaty, a gdy im się nie udało, potańczyły na jego rozczochranych, siwych włosach. Wiedziały, że on potrafił docenić ich piękno i dotrzymać im towarzystwa jak nikt inny w tym mieście. Wyglądało na to, że tym razem jednak będą musiały obyć się bez niego. Nie szkodzi, jutro też jest dzień. Znajdą go ponownie.
Kolor nieba zmieniał się po kolei z pomarańczowego na czerwony, później na lekko fioletowy, by na końcu przybrać piękny, ciemnoniebieski odcień. Stary człowiek obudził się dopiero, gdy zapaliły się pierwsze gwiazdy, a ludzie zasiadali do śniadania, które powinno być kolacją.
Przeciągnął się, ziewając przy tym głośno. Przetarł oczy i mętnym wzrokiem popatrzył na książkę, którą czytał, nim zasnął. Próbował sobie przypomnieć, o czym było ostatnie sto stron, ale nijak nie mógł. Zmarszczył brwi. Od niechcenia podniósł pierwszą z brzegu kartkę i zapatrzył się na widniejący na niej obrazek, przedstawiający parę starych rękawic z wyrysowanymi na nich symbolami i napisami w nieznanym mu języku.
Mimowolnie przeleciał wzrokiem po swoich zbiorach. Większość zgromadzonych tu książek i zwojów dotyczyła magicznych przedmiotów i starożytnych artefaktów, mających zapewnić swojemu właścicielowi niebotyczną moc. Choć na szukanie ich poświęcił całe swe życie, to nie znalazł ani jednego przedmiotu, który mógłby pomóc mu w realizacji jego marzenia. Ani jednego.
Westchnął cicho i pozwolił kartce dołączyć do setek innych, leżących na podłodze.
Wstał i przeciągnął się jeszcze raz, rozciągając stare kości. Podszedł do okna i wyjrzał na ulicę, rozświetloną migoczącym światłem latarni. Nie było na niej nikogo, oprócz białego kota w brązowe łaty, który siedział po przeciwległej stronie ulicy i wyglądał tak, jakby przyglądał się stojącemu w oknie starcowi.
- Hej – mruknął i otworzył okno, wpuszczając do pokoju ciepłe powietrze czerwcowego wieczoru. Kot, spłoszony hałasem, zniknął w którymś z zaułków i tylko błysk jego oczu świadczył o jego obecności.
Wypadałoby coś ci dać, mały przyjacielu.., pomyślał i rozejrzał się po pogrążonym w półmroku pokoju. Chciał zapalić świeczkę, ale ze zdziwieniem odkrył, że wszystkie już dawno się wypaliły. Zmuszony do korzystania z samych zapałek, rozpoczął poszukiwania. Przy dawno nieużywanym łóżku znalazł butelkę mleka, choć niepokojące bulgotanie w środku skutecznie zniechęciło go do jej otwierania. Najwyraźniej zawartość dawno przestała już być mlekiem. Zamamrotał coś pod nosem i biorąc bulgoczące naczynie pod pachę, wyszedł z pokoju. Drzwi zamknął na klucz, choć wszystkie cenne rzeczy miał przy sobie, a księgi, choć wartościowe, nie mogły skusić zwykłego złodzieja. Zszedł ostrożnie po lekko spróchniałych schodach i wyszedł z budynku, rozkoszując się czerwcowym wieczorem. Kot wciąż siedział w zaułku i patrzył się niepewnie w jego stronę.
- Niedługo wrócę – zapewnił go starzec, po czym ruszył w dół ulicy. Na początku przyglądał się domom i kamienicom po obu stronach, zatrzymując co jakiś czas wzrok na rozświetlonych oknach i próbując wychwycić choć najcichsze ślady rozmów, ale potem popadł w zamyślenie i szedł po prostu przed siebie, nie zwracając już na nic uwagi.
W końcu to już jutro..
Z zamyślenia wyrwał go dopiero czyjś głos. Jakieś dziesięć kroków przed nim stał mężczyzna, w prawej ręce trzymał nóż.
- Głuchy jesteś? Dawaj wszystko, co masz – powtórzył nieznajomy.
Starzec w pierwszej chwili wyglądał na przestraszonego, ale po chwili uspokoił się. Uśmiechnął się lekko, zdziwiony stawianymi mu żądaniami.
- Chyba nie obrabujesz starego, bezbronnego człowieka?
- Poderżnę ci gardło – zagroził.
Przyjrzał mu się dokładnie. Wyglądał na człowieka obznajomionego ze złodziejskim fachem, który nie jedno już ma na sumieniu i który nie zawaha się przed niczym, byle by zdobyć pieniądze.
- Spokojnie, przyjacie..
- Nie jestem twoim przyjacielem, dziadku. Dawaj złoto – przerwał mu i przerzucił nóż do drugiej ręki, jakby chciał pokazać, jak sprawnie się nim posługuje, po czym zbliżył się o dwa kroki. – Zaczynam tracić cierpliwość.
- Rozumiem, rozumiem.. zawsze chodzi o pieniądze, prawda? Weź, są twoje – z wyczuwalną pogardą odpiął od paska sakiewkę i rzucił ją złodziejowi. Tamten złapał i zajrzał do środka. Słaby blask złota mile połaskotał jego dumę.
- Dobrze, tera.. – urwał w pół słowa. Z przerażeniem odkrył, że nie może się poruszyć. Choć
wciąż był świadomy tego, co się wokół niego dzieje, nie mógł ruszyć się nawet o milimetr. Starzec tymczasem spokojnie podszedł i wyjął z jego dłoni swoją sakiewkę i ponownie przypiął do paska.
- I po co ci to było, nieznajomy? – spytał, dobrze wiedząc, że tamten go słyszy. Popatrzył na niego i zamyślił się. – Co ja mam teraz z tobą zrobić.. O, już wiem. Niech los zdecyduje.
Po chwili szukania wyjął z sakiewki jedną monetę, po czym podstawił ją pod nos złodziejowi.
- Widzisz? To specjalny pieniążek. Po jednej stronie ma płomień, po drugiej runę. Teraz nią rzucę i jeśli wypadnie płomień, zginiesz, a jeśli runa, zostawię cię tu. Wybacz, że sam wybrałem, ale ciebie nie mam jak spytać, więc.. – odkaszlnął i podrzucił monetę.
Zbielały na twarzy złodziej śledził ją przestraszonym wzrokiem. Wydawało mu się, że ta krótka chwila, w której pieniążek leciał w powietrzu, trwała całą wieczność. Brzęk o kamienisty bruk prawie przyprawił go o zawał serca.
Dziadek pochylił się, podniósł monetę i schował do worka. Z kieszeni wyciągnął małą torebkę z szarym proszkiem, którego odrobinę roztarł między dwoma palcami a potem przystawił jeden do pokrytego kropelkami potu czoła bandyty i uśmiechając się, powiedział jedno słowo:
- Dezintegracja.
Krótki błysk i z niedawnego złodzieja została kupka popiołu, którą prawie natychmiast rozdmuchał nocny wiatr, trzepoczący też długimi, czerwonymi szatami maga.
Spojrzał na butelkę z bulgoczącym płynem, którą postawił wcześniej na chodniku.
- Przecież nie mogę jej tam zostawić.. A nuż jakieś dziecko ją znajdzie i otworzy..
Ponownie wziął nieco proszku, po czym wskazał na butelkę palcem.
- Dezintegracja – wymamrotał, ale gdy tylko słowo opuściło jego usta, ugryzł się w język, rozumiejąc swój błąd. Zielony promień wyleciał z końca jego palca i trafił w cel. Butelka wyparowała, a uwolniony płyn, który kiedyś był mlekiem, z głośnym chlupnięciem wylał się na ulicę. Po chwili zebrał się w jedną masę i odpłynął w stronę najbliższego zaułku, bulgocząc i ciamkając przy tym niemiłosiernie. Mag patrzył chwilę za nim, a potem westchnął cicho i ruszył w dalszą podróż.
Przeszedł jeszcze dwie przecznice, aż wreszcie dotarł do sklepu z zapasami żywności. Nacisnął klamkę, ale bez skutku. Tknięty przeczuciem pogrzebał chwilę w jednej z kieszeni i wyciągnął stary zegarek na łańcuszku. Wskazówka nieubłaganie pokazywała pierwszą w nocy. Najwyraźniej spacer zajął mu dłużej, niż się mógł tego spodziewać. Westchnął zrezygnowany i ruszył z powrotem, w stronę domu.
Gdy dotarł na miejsce, po kocie nie było już śladu.
- Wybacz, przyjacielu – jego słowa utonęły w mroku zaułka.
Nieco rozgoryczony niepowodzeniem wrócił do swego małego pokoju na pierwszym piętrze. Pokręcił głową, gdy przypomniał sobie jak uzbrojony w zapałki przeszukiwał ciemny pokój.
- Naprawdę, coraz gorzej ze mną.. – mruknął i wypowiadając parę słów połączonych z gestami dłoni, utworzył małą, białą kulkę, która powędrowała pod sufit i oświetliła pokój jasnym światłem. Podszedł do biurka. Pozamykał wszystkie książki na nim leżące i poukładał jedną na drugiej. Po chwili to samo zrobił z papierami i zwojami. Zgrzał się przy tym, więc zdjął swe czerwone szaty, po czym zabrał się za sprzątanie reszty pokoju.
I gdy Słońce rozpoczęło swą kolejną wędrówkę po niebie, całe pomieszczenie było już uprzątnięte. Książki stały równo na półkach regału, a te, na które zabrakło miejsca, leżały obok na podłodze, jedne na drugich. Tak samo papiery, zebrane i ułożone w jednym z kątów. Nawet łóżko było zaścielone.
Stary mag siedział na krześle i patrzył na swoje dzieło. Obrócił lekko głowę i spojrzał za okno, na różowe niebo odbijające się w oknach budynku naprzeciwko.
To już dzisiaj.. To dzisiaj, gdy Słońce zacznie chylić się ku zachodowi, jego życie dobiegnie końca. Wiedział o tym, dzięki zaklęciu jasnowidzenia, jakie rzucił tydzień temu. Co prawda, wieszczenie nigdy nie było jego mocną stroną, a przewidywanie przyszłości było zaklęciem trudnym nawet dla wyspecjalizowanych w tym czarodziei, ale nie było wątpliwości co do prawdziwości przepowiedni. Czar się powiódł, nie było mowy o pomyłce. Nie znał jedynie dokładnej godziny ani przyczyny zgonu, ale w tej chwili było to bez znaczenia.
W jego planach nie było miejsca dla śmierci. Nie spełnił jeszcze swego marzenia i dopóki to się nie stanie, nie zamierzał ginąć.
Nie powiodło mu się za ludzkiego życia, ale na szczęście magia pozwalała mu kontynuować jego podróż. Dzięki niej nie obowiązywały go prawa dotyczące zwykłych ludzi. Wciąż miał szansę i mógł ominąć czekający go los. Przynajmniej tak sądził.
Otworzył jedyną szufladę starego biurka i wyciągnął z niej pudełko specjalnej kredy. Wyjął pierwszą z brzegu, po czym klęknął na podłodze i zaczął kreślić geometryczne wzory i magiczne symbole. A czas płynął nieubłaganie.
Gdy postawił ostatnią kreskę, było już wczesne popołudnie. Odetchnął i otarł spocone czoło. Spojrzał na swe dzieło, zajmujący sporą część podłogi biały okrąg z wpisaną w niego pięcioramienną gwiazdą i otoczony setkami run i tajemniczych symboli. Z pełnego pudełka kredy ubyła przynajmniej połowa zawartości.
Popatrzył jeszcze przez chwilę, zadowolony z efektów swej pracy. Uśmiechnął się mimowolnie, gdy pomyślał o tych wszystkich zabobonach, dotyczących przywołań. Używanie krwi zamiast kredy, składanie ofiar, okaleczenie się, gwałt.. Dziwił się, że ludzie w to wierzyli. Ba, niektórzy nawet to praktykowali. I oczywiście, gdy zaklęcie się udawało, utwierdzali się w jedynie w swych idiotycznych przekonaniach.
- Tak mi ich żal.. – mruknął cicho, otrzepując dłonie z pyłu. Spojrzał na swój złoty zegarek. Czternasta. Odetchnął. Zdążył.
Ze schowka w podłodze wyjął swoją magiczną laskę, która towarzyszyła mu przez wiele lat jego podróży. Co prawda, nie był to potężny artefakt, ale jego moc nie raz okazywała się przydatna. Ale nie miał czasu na wspomnienia. Od śmierci dzieliło go tylko parę godzin, może nawet mniej – w końcu zaklęcie wieszczenia nie było perfekcyjne i mały poślizg w czasie mógł się zdarzyć. Wolał nie ryzykować.
Ubrał swe czarodziejskie szaty i ostatni raz spojrzał za okno, rozkoszując się widokiem, który, mimo że nie przedstawiał niczego niezwykłego ani szczególnie pięknego, ot, stary budynek naprzeciwko, to wydał mu się w tamtej chwili niesamowicie piękny. Zachłysnął się ciepłym powietrzem czerwcowego popołudnia, po czym z zaszklonymi oczyma ustawił się naprzeciwko wyrysowanego pentagramu.
Nie było już czasu na spacer po mieście, nie było czasu by popodziwiać sunące po niebie chmury ani by poczekać na gwiazdy, które ukażą się zaraz po tym, jak zajdzie Słońce.
Ze ściskającym mu gardło żalem rozpoczął powolną i długą inkantację.

***

Stary kapłan poruszył się niespokojnie. Z podobnego do snu stanu medytacji wyrwało go dziwne uczucie, którego nie czuł już od bardzo dawna. Z cichym westchnieniem podniósł się ze swego bogato zdobionego krzesła i przeszedł parę kroków do znajdującej się pośrodku komnaty kuli. Wydawała się matowa, a promienie słoneczne wpadające tu przez małe okienka przy suficie znikały w jej wnętrzu.
Starzec powoli podniósł wysuszoną dłoń, tak jakby spowalniał go ciężar zdobiących ją pierścieni, po czym dotknął kuli. Z jej wnętrza wylało się światło, a na kamiennych ścianach zatańczyły cienie przedmiotów znajdujących się w kapliczce i samego kapłana, odzianego w swe szaty.
Choć miał zamknięte oczy, widział w tej chwili więcej niż ktokolwiek inny. Jego wzrok przemierzał ciasne uliczki jego miasta w poszukiwaniu źródła tego, co przerwało mu modlitwę. Znalazł szybko. Niepozorny, stary dom, położony we wschodniej części miasta, emanował mroczną esencją, otaczającą go niczym czarna mgła. Kapłan nie mógł zajrzeć do środka, ale widział dość.
Gdy tylko zdjął z kuli dłoń, światło znikło równie nagle, jak się pojawiło, a kaplica ponownie pogrążyła się w ciepłym półmroku.
Kapłan przeszedł szybko na drugą stronę pomieszczenia i pchnął wielkie drzwi. Wszedł do głównego pomieszczenia wielkiego kościoła.
W drewnianych ławach siedzieli paladyni, pogrążeni w głębokiej modlitwie.
Kapłan wszedł na mównicę przed monumentalnym ołtarzem, który błyszczał tysiącem świateł w popołudniowych promieniach Słońca, wpadających tu przez piękne witraże.
Wszyscy paladyni podnieśli głowy. Wiedzieli, że Najwyższy Kapłan nie przerwałby im modlitwy bez powodu.
- Moi bracia, strażnicy tego świętego przybytku. Po raz kolejny nasz bóg dał nam szansę na ukaranie grzeszników.

***

Powietrze zgęstniało od nagromadzonej w pokoju magicznej energii. Wyrysowane runy rozbłysły jasnym, zielonym światłem. Z podłogi zaczęły się unosić mgielne opary, niewiadomego pochodzenia. Dziwne dźwięki, trzaski i syki, z każdą chwilą stawały się coraz głośniejsze. Wciąż jednak było doskonale słychać starego maga, który zatracił się już zupełnie w magicznym amoku i wymachiwał szaleńczo rękoma wykrzykując przy tym kolejne słowa zaklęcia. Nagle skończył, wyraźnie akcentując ostatnie słowo. I choć trzaski nie ustały, w pokoju zrobiło się dziwnie cicho.
Powietrze nad pentagramem zadrgało. Cała mgła zebrała się w jednym miejscu i zaczęła kotłować w średnich rozmiarów szarej kuli.
Stary mag oparł się o swoją laskę, wyczerpany zaklęciem. Z fascynacją patrzył, jak nad pentagramem, niczym szara róża, otwiera się portal do innego świata.
Pojawił się odległy cień, który z każdą chwilą nabierał coraz wyraźniejszych, ponętnych kształtów. Mag wzdrygnął się nieznacznie, gdy jego oczom ukazała się piękna kobieta w skąpym stroju, uwydatniającym jedynie jej niemożliwie doskonałe kształty. Nawet serce starca zabije szybciej, gdy doświadczy uroku sukkuba.
Wyglądała jak normalna, ludzka kobieta o dość ciemnej karnacji, ale jej nogi poniżej kolan, porośnięte gęstą szczeciną, zakończone były czarnymi kopytami, a z pleców wystawała para skórzastych skrzydeł. Spomiędzy jej gęstych, czarnych włosów sterczały dwa, ciemnoszare rogi, dopełniające demonicznego obrazu.
Szary portal zniknął z cichym sykiem, zostawiając demoniczną kobietę w pokoju. Światło run przeszło z zielonego na ciemnoczerwony, gdy stały się jej więzieniem.
Rozejrzała się, po czym zatrzymała swe fioletowe oczy na starcu. Nawiązała z nim kontakt wzrokowy i spróbowała siłą wtargnąć do jego umysłu, ale napotkała opór większy niż mogłaby się spodziewać po kimś mieszkającym w takiej dziurze i noszącym tak stare ubranie. Wyglądało na to, że jego umysł był zbyt potężny, by mogła nim zawładnąć siłą. Zawsze jednak mogła wykorzystać swoją najgroźniejszą broń – seksowne ciało, któremu nie oprze się żaden samiec (przynajmniej według jej mniemania).
- Witaj – uśmiechnęła się, odgarniając kosmyk włosów z twarzy. – Wezwałeś mnie. Jakie jest twoje.. życzenie?
Wyraźnie zaakcentowała ostatnie słowo, dając mu dobrze do zrozumienia, jakie „życzenie” ma na myśli. Jakby od niechcenia zaczęła się bawić paskiem przytrzymującym dolną część jej stroju. Mag pokręcił smutno głową.
- Daruj sobie, jestem na to za stary.
- Och? Nie przejmuj się, dziadku, potrafię wzbudzić pożądanie nawet w trupie – zażartowała, uśmiechając się lubieżnie.
Którym niedługo się staniesz, dodała w myślach.
- Doprawdy? I mogłabyś uprawiać seks ze mną, takim pomarszczonym, wysuszonym starcem, bez odrobiny wstrętu? – mag wydawał się zaintrygowany.
- Skarbie, jestem starsza od ciebie o całe stulecia. Poza tym, liczy się to, co masz.. w środku – powiedziała, zniżając kusząco głos.
Obydwoje uśmiechnęli się, rozumiejąc ironiczność tych słów. Nie miała oczywiście na myśli jego charakteru, ale duszę, którą z chęcią by pożarła.
Demoniczna kobieta była szczególnie zadowolona – czuła, że ten obleśny starzec niedługo jej ulegnie i wypuści ją z zamkniętego kręgu. A wtedy..
- To ciekawe. Ale do rzeczy – wezwałem cię, bo chcę oddać duszę.
W jednej chwili sukkub spoważniał, zapominając o wcześniejszych planach. Dawno nie słyszał takiej propozycji.
- Jesteś pewien? – spytała, choć było to zwykłe droczenie. Widziała w jego oczach, że jest.
- Znasz odpowiedź.
Uśmiechnęła się.
- Wiesz, jak to się odbywa?
- Tak.
- Świetnie, oszczędzę sobie gadania.. Jedyne, co muszę ci powiedzieć, to to, że po śmierci twoja dusza trafi do Otchłani. Zawierając ze mną pakt na zawsze stracisz szansę na zbawienie. Muszę mieć pewność, że to rozumiesz i oddajesz się Otchłani z własnej, nieprzymuszonej woli. Tylko wtedy..
- ..umowa wejdzie w życie – dokończył za nią. Choć jej głos mile go łechtał, nie było czasu na cackanie się. – Tak, wiem. Rozumiem i zgadzam się. A teraz, do dzieła.
Podszedł do uwięzionego sukkuba i krańcem swej laski starł kawałek pentagramu, przerywając magiczny okrąg.
Uśmiechnęła się dziko.

***

Ciekawskie głowy wystawały z okien i śledziły wzrokiem pochód paladynów w lśniących zbrojach, biegnących ciasnymi uliczkami miasta w stronę wschodniej dzielnicy. Wszyscy, z szacunku lub strachu, schodzili im szybko z drogi.
W krótkim czasie dotarli do zapuszczonego, piętrowego domu. Nie mieli wątpliwości, że trafili pod dobry adres. Aura zła była dla nich wyczuwalna nawet z tej odległości. Cały dom wręcz ociekał mroczną esencją Otchłani.
- Demon.. – mruknął z niesmakiem dowódca, paladyn o złocistych, długich włosach i zadziwiającej posturze. – Wchodzimy.
Stare schody drżały, gdy dziesięciu mężczyzn wbiegało na pierwsze piętro. Nie było problemu z odnalezieniem właściwego pokoju. Jeden porządny kopniak wyrwał stare, spróchniałe drzwi z zawiasów.
- Nie ruszać się! – ryknął dowódca, wbiegając do środka w pełnej gotowości. W ciągu paru chwil pokój wypełnił się rycerzami.
Otoczyli starca, klęczącego na podłodze przed czymś, co wyglądało na wyrysowany dawno temu, ledwo widoczny pentagram wpisany w koło.
Choć skulony dziadek z twarzą ukrytą w dłoniach wzbudzał raczej litość niż strach, to paladyni nie dali się zwieść. W ich czułych na zło oczach staruszek wyglądał zupełnie inaczej. Widzieli mroczne cienie, wylewające się z jego wnętrza, czuli przeklętą aurę otaczającą go ze wszystkich stron. Nie było wątpliwości, że to on jest tym, po kogo przyszli.
- Jesteś aresztowany pod zarzutem uprawiania zakazanej magii. Nie masz żadnych praw – powiedział żelaznym głosem dowódca.
Mag podniósł się powoli z podłogi i zachwiał się, jakby był pijany. Wszyscy zacisnęli dłonie na rękojeściach, gotowi w jednej chwili rozpłatać niebezpiecznego człowieka.
Spojrzał na paladynów i uśmiechnął się lekko. Jego oczy miały teraz znacznie jaśniejszy, prawie pomarańczowy kolor.
- Spóźniliście się – powiedział, a jego pomarszczoną twarz wykrzywił przerażający, dziki uśmiech.
- Spętać go – mruknął zniesmaczony dowódca.
Dwaj paladyni ruszyli w stronę starca, ale zatrzymali się, gdy nagle w pokoju dziwnie pociemniało. Wszyscy zgodnie skierowali miecze w stronę starca, ale tamten zdawał się tym nie przejmować. Na ścianach rozjarzyły się czerwone symbole, wijące się jak robaki.
- Na wszystkich bo.. – sapnął dowódca, czując, jak drętwieją mu wszystkie mięśnie.
Kątem oka zerknął na resztę rycerzy – wszyscy mieli ten sam problem.
Mag uśmiechał się ponuro. Wszystko szło zgodnie z planem. Wiedział, że nadwrażliwi paladyni przybędą, gdy tylko odkryte zostanie jego zaklęcie przywołania, więc przygotował się odpowiednio. Oczywiście, o wiele łatwiejsze byłoby po prostu opuszczenie miasta i otworzenie wrót gdzie indziej, ale nie było na to czasu.
Ściskając w dłoni pukiel białych włosów rozpoczął inkantację kolejnego zaklęcia. Paru paladynów rozpoznało wypowiadane słowa i zdwoiło wysiłki, próbując przezwyciężyć paraliż. Niektórym udało zrobić się parę kroków.
Czarodziej nie przejmując się sapiącymi rycerzami, skończył zaklęcie. Dał upust wzbierającej w nim potędze i wydał z siebie najprzeraźliwszy krzyk, jaki kiedykolwiek słyszeli paladyni. Lament milionów cierpiących wieczne katusze dusz, którego nie zdzierży żadna żywa istota i przed którym nie ochroni najlepsza nawet zbroja. Krzyk tych, którzy na zawsze utracili możliwość zbawienia.
Paladyni jęknęli cicho, gdy poczuli, jak ich własne dusze pod wpływem niekończącego się wrzasku próbują opuścić ich ciała, nie mogąc dłużej znieść przeraźliwego lamentu. Ból w klatce piersiowej nasilał się z każdą chwilą, z ust wydobywał się niezrozumiały charkot a oczy wywracały na drugą stronę. Paladyni opierali się ze wszystkich sił, próbując zatrzymać duszę w swoim wnętrzu. Choć wszystko trwało parę sekund, wydawało im się, że walczą już od wielu godzin. Zrezygnowani, poddawali się, a działające zaklęcie w jednej chwili pozbawiało ich życia.
Ze stalowo-błękitnych oczu dowódcy popłynęły krwawe łzy. Próbował nie słuchać dzikiego wrzasku, kierował swe myśli do umiłowanego boga, chciał zatopić się w modlitwie. Czuł, jak do jego umysłu dobija się zaklęcie, jak próbuje tak jak innym wyrwać duszę.
Jeszcze trochę, jeszcze tylko trochę, wrzask w końcu się skończy, nie może przecież trwać wiecznie.., mówił sam do siebie w myślach.
Poczuł silne szarpnięcie. Otworzył oczy i stęknął, widząc otaczające go ze wszystkich stron potępione dusze, wypełniające cały pokój. Zerwały jego napierśnik i otworzyły klatkę piersiową, dobierając się do jego własnej duszy, tak uparcie trzymającej się swego ciała.
Już nie mogę.. Boże!
Nagle wszystko się skończyło. Dusze w jednej chwili znikły zostawiając pokój w całkowitym porządku, tak, jakby ich tu w ogóle nie było. Symbole na ścianach zbladły i znikły, a uwolnione ciała paladynów zgodnie runęły na ziemię. Mrok ustąpił miejsca popołudniowym promieniom Słońca.
Mag stał tam gdzie wtedy, z ponurym uśmiechem patrząc na martwych paladynów.
- Wygrałem.. – mruknął i zaśmiał się głośno.
Przerwał mu czyjś gardłowy kaszel. Z niedowierzaniem spojrzał na jednego z paladynów, który powoli podniósł się z ziemi i wytarł wyciekającą z ust strużkę krwi. W słonecznych promieniach jego srebrny napierśnik zmienił się w czyste złoto. Czarodziej zmrużył oczy. Zrobił krok w lewo, a jego cień zgasił blask zbroi.
- Twardziel, co? – spytał kpiącym głosem.
Dowódca spojrzał na swego niedoszłego oprawcę, a w jego chłodnych oczach zapłonął ogień. Zaczął iść w jego stronę, nie próbując nawet podnieść miecza. W zwarciu z kruchym staruszkiem dwumetrowy paladyn nie potrzebował żadnej broni.
Czarodziej cofnął się o parę kroków, sprawnie wymijając leżące ciała i sięgając jednocześnie do kieszeni po okrągły klejnot, po czym posłał w stronę paladyna mieniącą się wszystkimi barwami tęczy małą kulę.
Widząc skierowany w niego kolejny czar, rycerz z wściekłym pomrukiem rzucił się do przodu. Nie zwolnił nawet wtedy, gdy dosięgnął go kolorowy pocisk, a cały świat stał się niewyraźny i zniknął w ciemnościach.
- O żesz ty kur.. uch! – czarodziej stęknął głośno, gdy sto dwadzieścia kilo mięśni runęło na niego. Rozpędzony i oślepiony paladyn nie zatrzymał się nawet wtedy.
Paru przechodniów znajdujących się w pobliżu obróciło głowy, gdy w powietrzu rozległ się dźwięk tłuczonej szyby. Z typowo gapiowską ciekawością obserwowali dwóch mężczyzn, którzy siłując się w uścisku wylecieli z okna jednego ze starych budynków, i tylko strach przed ewentualnym niebezpieczeństwem kazał im się jak najszybciej oddalić i zapomnieć o tym, co widzieli.
Choć lot na dół trwał tylko parę sekund, to korzystając ze swej nowo zdobytej zwinności czarodziej zdążył przekręcić się tak, że gdy z głuchym odgłosem uderzyli w brukowaną ulicę, to paladyn był na dole i przyjął na siebie prawie całą siłę upadku. Uderzenie wycisnęło mu powietrze z płuc, wraz z głośnym jękiem.
Mag sturlał się szybko z oszołomionego rycerza i skrył głowę w fałdach rękawów, gdy z góry posypał się na nich deszcz szkła. Potem wstał szybko i ze złością spojrzał na leżącego przeciwnika.
- Niech cię Otchłań pochłonie – warknął. Przeleciał szybko w myślach zaklęcia, które mu zostały. Potem spojrzał na gramolącego się niezdarnie z ziemi, wciąż oślepionego paladyna, i uśmiechnął się szyderczo.
Podniósł największy kawałek szyby, jaki udało mu się znaleźć i ruszył w stronę zdezorientowanego rycerza. Szkło chrzęściło pod jego butami.
Paladyn, klęczący na jednym kolanie, zamarł w bezruchu, wsłuchując się w dochodzące go dźwięki. Osiągnął stan maksymalnego skupienia i choć jego zmysły wciąż były przytępione zaklęciem, to mniej więcej wiedział, gdzie znajduje się jego przeciwnik. Dlatego wiedział, w którym momencie i w którą stronę machnąć ręką tak, by trafić w przeciwnika.
Słyszał, jak czyjaś ręka przecina szybko powietrze.
Wytrącony z dłoni kawałek szkła z brzękiem rozprysł się na bruku.
- Kurwa! – zaklął mag. Paladyn nie potrzebował więcej wskazówek. Wykorzystując całą pozostałą mu siłę rzucił się w stronę źródła dźwięku i mimowolnie się uśmiechnął, gdy uderzył w coś miękkiego i usłyszał znajomy jęk. Przewrócił starca i przygniótł swoim ciężarem. Wymierzył cios w miejsce, gdzie, według jego przypuszczeń powinna być głowa. I choć przeczucie go nie zawiodło, pięść sprawiedliwości chybiła celu, gdy mag nienaturalnie szybko uchylił się przed ciosem. Po udanym uniku od razu przeszedł do kontrataku i z całej siły uderzył paladyna w twarz. Pomagając sobie nogą zrzucił go z siebie i odczołgał się dalej.
- Mam cię już dość – powiedział, podnosząc się z ziemi i patrząc na również wstającego paladyna. Tamten również na niego spojrzał i ze zdziwieniem odkrył, że go widzi. Z każdą kolejną sekundą obraz stawał się coraz wyraźniejszy.
Zamrugał parę razy, by pozbyć się czarnych plamek przed oczami. Gdy w końcu odzyskał w pełni wzrok, mag kończył już zaklęcie.
Zielony promień pomknął w stronę stojącego paladyna. Za późno na unik, za późno na cokolwiek. Zrozumiał, że tym razem przegrał ostatecznie.
Uderzenie było silniejsze niż się spodziewał. Sapnął ciężko, zatoczył się i upadł do tyłu, a jego zbroja, choć zrobiona z wyjątkowo twardej stali, pękła w paru miejscach.
Magowi drgnęła powieka. Jego twarz zatrzymała się na czymś pomiędzy uśmiechem ostatecznego triumfu a niedowierzającym zdziwieniem.
- O co chodzi..? – spytał, sam nie do końca pewien, kogo. Patrzył przez chwilę na ciężko oddychającego paladyna, leżącego bezwładnie kilkanaście kroków dalej. – Jakim cudem jeszcze żyjesz, żałosna istoto?!
Tamten nie odpowiedział, najwyraźniej był nieprzytomny. Czarodziej zgrzytnął zębami. Zmarnował już dość zaklęć na tego paladyna, tak kurczowo trzymającego się swego życia.
Wszystko potoczyło się tak nie tak, jak to sobie wcześniej wyobrażał. Powinien zabić wszystkich paladynów w swoim pokoju, później spalić go wraz z ciałami i całym domem, a następnie wynieść się na dobre z tego miasta. Tymczasem już od dobrych parunastu minut zmagał się z jednym tylko paladynem.
Gdyby wciąż był dawnym sobą, już opuściłby miasto, nie kłopocząc się upartym rycerzem. Może nawet nie zabiłby nikogo, a unieruchamiające runy wykorzystałby jedynie po to, by w spokoju móc otworzyć portal. Ale te parę minut, które spędził z sukkubem, zmieniły go bardziej niż cokolwiek innego kiedykolwiek wcześniej. Niewiele zostało ze staruszka-czarodzieja, który potrafił godzinami podziwiać wędrówkę Słońca po nieboskłonie i zachwycać się pięknem rzeczy zwykłych. W jego głowie kłębiły się teraz myśli, które wcześniej leżały uśpione na dnie umysłu. Do głosu doszła mroczna strona duszy, która domagała się ukarania tych, którzy ośmielali się stawać czarodziejowi na drodze i wykorzystania potężnej mocy, jaką władał. Nikt, kto wystąpił przeciw niemu, nie miał prawa żyć.
Czuł, jak krew płynie w nim szybciej. Słyszał lepiej, widział wyraźniej, a cały świat wydawał mu się teraz znacznie prostszy. Ludzie byli tacy mali.. Nic nie mogło go powstrzymać.
Nie był już dawnym sobą. I dlatego nie odszedł teraz, gdy paladyn leżał nieprzytomny, a droga stała otworem. Może gdyby wiedział, że była to jego ostatnia szansa, odszedłby szybko i zniknął w jednym z zaułków, nie odwracając się za siebie a potem teleportował się daleko, daleko stąd. Mógł przeżyć jeszcze wiele lat, żyjąc swymi nigdy niewygasłymi marzeniami. Mógł.
Podszedł do leżącego paladyna, a jego twarz wykrzywił grymas pogardy.
- Jesteś mój.
Pochylił się nad nim i wyciągnął ręce, jakby chciał go udusić.
- Nie ruszaj się – usłyszał nagle gdzieś z tyłu. Odwrócił się szybko, na końcu języka mając już gotowe zaklęcie. Zająknął się jednak, gdy zobaczył ponad dwudziestu paladynów stojących kilkanaście kroków dalej. Zbroje wszystkich lśniły złotem słonecznych promieni.
Tknięty przeczuciem odwrócił się w drugą stronę, w chwili, w której stojący tam kapłan wraz z pięcioma kolejnymi rycerzami, kończył zaklęcie.
Czarodziej znieruchomiał, tracąc czucie we wszystkich mięśniach. Nie próbował nawet walczyć. Wiedział, że to bezcelowe.
Paru paladynów zajęło się rannym i wycieńczonym dowódcą, reszta zaś otoczyła maga.
Przegrał.
Tak, jak było zapisane.

***

Drzwi skrzypnęły lekko i do środka wszedł wysoki arcykapłan w biało-złotych szatach, które w jasnym świetle korytarza zdawały się błyszczeć i iskrzyć. Przestały dopiero wtedy, gdy zamknął za sobą drzwi, odcinając dopływ strumienia białego światła.
Sam pokój był niewielki. Prowadziły do niego tylko jedne drzwi, nie było okien. W każdym kącie stał jeden rosły paladyn, a w ich wypolerowanych zbrojach odbijały się płomienie kilkunastu świec, służących tutaj za jedyne źródło światła.
Pośrodku pomieszczenia stał mały, drewniany stół. Po jego obu stronach ustawiono po jednym krześle. Na jednym siedział spętany starzec ze spuszczoną głową, gapiący się na swe kolana. Drugie właśnie zajął kapłan w białych szatach.
- Więc..- zaczął, przyglądając się uważnie więźniowi. – Uparciuch z ciebie, co?
Kapłan mówiąc to miał na myśli swoje wcześniejsze próby wtargnięcia do umysłu czarodzieja, którym ten oparł się bez trudu (co było nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę doświadczenie i siłę arcykapłana). Gdy zawiodła próba wysondowania umysłu oskarżonego, pozostał jedynie stary, już nie tak niezawodny sposób, czyli rozmowa w cztery oczy.
Stary mag nic nie odpowiedział, nie podniósł nawet głowy. Wyglądał tak, jakby w ogóle nie usłyszał pytania.. lub je zignorował.
- Rozumiem. Czy jest coś, co chciałbyś nam.. mi powiedzieć? Śmiało. Wiem, że jest.
Znowu cisza i brak jakiejkolwiek reakcji. Kapłan zmarszczył brwi.
- Nie muszę chyba mówić, że nie jesteś w sytuacji, która pozwalałaby ci na takie butne zachowanie. Ode mnie zależy, jak długo będziesz cierpiał przed śmiercią, więc lepiej nie ignoruj mnie i zacznij odpowiadać na moje pytania – powiedział chłodnym głosem, bez cienia złości. Nie miał powodów do zdenerwowania. To on był tutaj panem i władcą.
Co prawda, w tej chwili był również praktycznie bezbronny. Pokój przesłuchań, w którym się znajdowali, obłożony był antymagicznym zaklęciem, które skutecznie anulowało wszelkie magiczne właściwości przedmiotów i nie pozwalało rzucić nawet najprostszego czaru, ale nie przeszkadzało to staremu kapłanowi. Jego tymczasową „mocą” było czterech paladynów, gotowych na jego rozkaz odciąć głowę czarodziejowi, gdyby ten próbował jakichś sztuczek.
Mag podniósł głowę i spojrzał na swego rozmówcę, po czym uśmiechnął się lekko.
- Poczekaj, bo chyba nie nadążam. Czyżbyś mi groził? – wiedział, że nie powinien być taki pewny siebie, ale nie mógł się powstrzymać. Z każdą sekundą czuł coraz większą nienawiść do tego ludzkiego śmiecia, który siedział przed nim. Z każdą chwilą coraz bardziej chciał wydusić z niego życie. – TY grozisz MI?
Stary arcykapłan również się uśmiechnął.
- Tak.
- Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, kogo pojmałeś?
- Nie i właśnie tego chciałbym się dowiedzieć. Tak.. na dobry początek.
Czarodziej przygryzł wargę. Im dłużej rozmyślał o swej sytuacji, tym bardziej krwawe myśli o zemście blakły i stawały się niedorzeczne, choć jeszcze przed chwilą płonęły w nim żywym ogniem. Jak mógł myśleć o sposobach, w jakich będzie zabijał wszystkich paladynów, skoro nie mógł nawet wstać z krzesła, do którego był przywiązany? Chciało mu się śmiać z własnej głupoty. Co w niego wstąpiło? Po co w ogóle zabijał tych paladynów?
Na wspomnienie morderstwa mimowolnie się skrzywił. Choć większość swego życia spędził na podróżowaniu po całym kontynencie i walczył setki, jeśli nie tysiące razy, to tak naprawdę zabił niewielu ludzi. Oczywiście, nie licząc tych, którzy na śmierć zasłużyli swym złym postępowaniem, ale ich czasem ciężko było uznać nawet za ludzi.
Ale ci paladyni.. Niczym przecież nie zawinili, wypełniali jedynie swe święte obowiązki. To on okazał się być teraz tym złym, którego należało zabić.
Wszystko nie tak.. miało być inaczej.., pomyślał i poczuł wzbierający w nim żal, ale szybko przywołał się do porządku. Nie było czasu na użalanie się nad własną głupotą, zwłaszcza w takim momencie. Najpierw musiał się stąd wydostać, albo rzeczywiście zginie jako ten zły, pokonany przez niezwyciężone siły dobra. Zginie...
Nagle wszystko zrozumiał. Oczy mimowolnie otworzyły mu się szeroko, ale szybko opuścił powieki z powrotem, tak, by nie dawać siedzącemu przed nim kapłanowi żadnych wskazówek. Powstrzymał też śmiech, który cisnął mu się na usta.
- Pytam po raz ostatni – zaczął znowu kapłan. Widział, że czarodziej prowadzi jakąś wewnętrzną walkę i być może zaraz się złamie. – Będziesz odpowiadał na moje pytania?
- Tak.
Stary kapłan nie wiedział, co go bardziej zaskoczyło – tak szybka i zdecydowana odpowiedź, czy spokój, który dostrzegł w na pół przymkniętych, pomarańczowych oczach maga. W świetle świec dawały dziwne wrażenie, ale kapłan nie potrafił sprecyzować, jakie.
Ten kolor.., pomyślał, mrużąc oczy. Gapi się.. czyżby chciał mnie zastraszyć? Nie, to nie to.. ten spokój.. Po prostu się patrzy. Ale ten kolor..
Patrzyli przez chwilę na siebie w całkowitym milczeniu. Kapłan odezwał się pierwszy.
- Świetnie! Widzę, że robimy postępy. Myślę też, że nie ma się co bawić w miłą konwersację między dwoma przyjaciółmi, jesteśmy chyba na to za inteligentni. Ja będę zadawał ci proste pytania, a ty będziesz na nie odpowiadał. Bez zbędnych epitetów. Co ty na to?
- Świetnie – czarodziej odparł tak samo obojętnym tonem, choć uśmiechał się szeroko w duchu. Już sama propozycja, by darować sobie przyjacielskie rozmówki była wstępem do jednej z nich i miała jedynie uśpić czujność przesłuchiwanego. Ale bardzo dobrze, skoro kapłan chciał się tak bawić, to on nie miał nic przeciwko temu. To i tak już było bez znaczenia.
- Doskonale.. – mruknął kapłan, opierając łokcie na stole. – Pierwsze pytanie. Jak się nazywasz?
- Ander Malicio – odparł błyskawicznie. Za szybko.
- A tak naprawdę?
- Ander Malicio.
Kapłan westchnął i odchylił się na krześle. Popatrzył chwilę na maga, który również nie spuszczał z niego wzroku.
- Myślałem, że się dogadaliśmy.
- A tak nie jest?
- Jeśli jest, to czemu kłamiesz? – kapłan wrócił do swej poprzedniej pozycji.
- Nie kłamię.
- Więc spytam po raz trzeci. Jak się naprawdę nazywasz?
- Ander Malicio.
- Bardzo dobrze. Wrócimy do tego później – powiedział spokojnie kapłan, choć coś mu się tu nie zgadzało.
Choć cały czas patrzył na czarodzieja, w jego oczach nie dostrzegł cienia kłamstwa. Ale nie dostrzegł też prawdy, nie dostrzegł niczego. Były pozbawione wyrazu, nie było w nich najmniejszego śladu emocji. Zupełnie jak u martwego, z tym, że w tych wciąż tliło się życie.
Zaklął w myślach. W antymagicznym pomieszczeniu musiał polegać wyłącznie na swoich zmysłach, nie mógł rzucić wykrycia kłamstwa ani zmusić czarodzieja, by ten mówił całą prawdę i tylko prawdę. W przyszłości rozkaże przebudowanie tego pokoju tak, by tylko przesłuchiwany znajdywał się w antymagicznym polu.
Póki co, musiał polegać wyłącznie na sobie. I to go niepokoiło.
- A ty? – głos maga wyrwał go z zamyślenia.
Spojrzał na niego, nie do końca wiedząc, o co mu chodzi.
- Słucham?
- Jak masz na imię?
Kapłan prawie parsknął śmiechem.
- Co sprawia, że myślisz, że ci powiem? – spytał rozbawionym tonem.
- Czemu miałbyś nie powiedzieć? Ja i tak niedługo umrę.
- Nie, raczej nie. Znaczy, umrzesz, tak, ale nie podam ci imienia. Nie ma takiej potrzeby.
Mag udał zasmucenie.
- A jeśli ja podam ci moje..? – spytał nagle. Kapłan otworzył szerzej oczy, szczerze zaskoczony.
- Cóż.. – zaczął, po czym zamilkł, marszcząc brwi i myśląc intensywnie. Choć mag prawdopodobnie miał jakiś powód, by poznać jego imię, to co mu szkodziło je podać? Jak czarodziej sam zauważył, niedługo umrze i zabierze je ze sobą do grobu, za to kapłan pozna jego prawdziwe imię i będzie mógł poszukać o nim dodatkowych informacji. Wciąż nie do końca wierzył w wersję o sukkubie, i choć ten siedzący przed nim staruszek był prawdopodobnie kolejnym człowiekiem, który wezwał demona tylko dla swych prywatnych, nic nieznaczących korzyści, to wciąż istniała szansa, że całe to zamieszanie było częścią jakiegoś większego spisku, mogącego zagrozić nawet całemu miastu.
Oczywiście, zawsze było możliwe, że mag ponownie poda fałszywe dane, ale kapłan nie przypuszczał, by mógł tak zrobić. Nie, żeby podejrzewał go o honor czy coś podobnego. Po prostu to była gra. Gra, w którą obaj grali i której zasad mag by nie złamał.
Sam fakt, że czarodziej przyznał się co do fałszywości poprzedniego imienia, potwierdzał tok rozumowania kapłana. To była gra.
- Zgoda – odparł. Twarz maga rozjaśnił uśmiech. – Ale ty pierwszy.
- Niech będzie. Nazywam się Argan. Argan Mold.
Kapłan również się uśmiechnął. Tak jak przypuszczał, tym razem nie skłamał. Czuł to.
- Teraz ty – upomniał się czarodziej.
- Marius Aneville.
- Miło mi.
- Chciałbym móc powiedzieć to samo – odparł cierpko kapłan. – A teraz, do rzeczy. Następne pytanie. Co robiłeś, nim przyszła po ciebie straż?
- Przywoływałem demona – odparł. Nie było sensu kłamać, wiedział, że w ciągu tych paru godzin jego pokój był przeszukany co najmniej kilka razy, a runy na podłodze, choć zużyte, dla wprawnego oka wciąż jasno wskazywały, co było ich przeznaczeniem.
- Po co?
- By uprawiać z nim seks – odparł tak, jakby mówił o czymś jak najbardziej naturalnym.
Kapłan uniósł brew.
- To był sukkub?
- No przecież nie dretch.
- Nie jesteś przypadkiem na to za stary?
- Uwierz mi, ona rozpaliłaby pożądanie nawet w trupie – powiedział i uśmiechnął się lekko, jakby przypomniał sobie jakiś wyjątkowo przyjemny moment z ich spotkania.
- Doprawdy.. – kapłan nie próbował nawet ukryć zniesmaczenia. - Jeśli rzeczywiście miałeś z nią stosunek, to chyba nie powinno cię tu teraz być.
Powszechnie wiadomym było, że uprawianie przez śmiertelnika seksu z sukkubem kończyło się zazwyczaj śmiercią tego pierwszego. Same demoniczne kobiety żartowały, że ich partnerzy umierają po prostu z rozkoszy, ale kapłan uważał to za kiepski dowcip. Bardzo kiepski.
- Może mnie polubiła – odparł mag. – Albo dałem jej więcej, niż się spodziewała.
Usta kapłana zwęziły się w cienką linię pogardy. Czy było możliwe, by schwytany przez nich człowiek był po prostu starym dziadem o nienasyconym seksualnym popędzie?
- Kiepskie miasto wybrałeś do takich zabaw.
- Najwyraźniej – zaśmiał się cicho mag i pochylił lekko głowę, pierwszy raz przerywając kontakt wzrokowy z kapłanem.
Co za bezsens, pomyślał tamten. On wciąż gra, bawi się i tylko udaje niewiniątko. Przecież wiedział, że ściągnie na siebie uwagę, był nawet przygotowany.
Mógł go spytać o unieruchamiające runy, ale mag i tak by się wykręcił jakimś tanim tekstem. Pewnie powiedziałby coś w stylu „runy? ach, runy, tak, założyłem je na wszelki wypadek, dawno temu”. A czemu zabił paladynów? „Nie rozpoznałem ich, myślałem, że to jacyś złodzieje” (ta, na pewno, złodzieje w wypolerowanych zbrojach z wygrawerowanymi świętymi symbolami). Ale przecież nie atakowali. „Na litość, wpadli znienacka, przestraszyłem się”. I tak dalej.
Najchętniej wyciągnąłby go z tego pomieszczenia i z pomocą magii sprawdził, które z podawanych przez niego informacji są prawdziwe, ale wtedy musiałby się liczyć z tym, że mag wciąż mógł mieć jakieś sztuczki w zanadrzu albo zaklęcia, na rzucenie których wystarczyłoby jedno słowo.
Wolał dalej grać, zwłaszcza, że właśnie przyszło mu do głowy bardzo dobre pytanie.
- Rozumiem. Ale powiedz, skoro wezwałeś demona, musisz znać jego imię – przerwał na chwilę, widząc, jak mag wzdrygnął się lekko. Usta kapłana mimowolnie wykrzywiły się w nieznacznym uśmiechu. – Podaj mi je.
Czarodziej podniósł głowę.
- Imię..? – w jego oczach rozbłysły jakieś emocje, jakby podekscytowanie, jednak wygasły równie szybko, jak się pojawiły. – A co ja będę z tego miał?
- Śmierć natychmiast, bez tortur.
- Jak?
- Spalenie na stosie.
Mag pokręcił głową.
- Przez powieszenie.
- Jeśli wolisz – kapłan machnął lekko dłonią, pokazując, że dla niego nie ma to żadnego znaczenia. – O ile, oczywiście, podasz nam jego imię.
Czarodziej kiwnął głową i wypowiedział cicho demonicznie brzmiące imię.
Arcykapłan odchylił się na krześle, z szerokim uśmiechem na twarzy. Jeśli miałby wskazać najcenniejszą informację zdobytą podczas tego przesłuchania, której autentyczności był na sto procent pewien, to byłoby to właśnie imię.
- Jestem zmęczony – powiedział nagle mag. – Możemy już kończyć?
Kapłan spojrzał na niego, zaciekawiony. Mógł, oczywiście, ciągnąć tą rozmowę jeszcze znacznie dłużej, ale nie widział takiej potrzeby. Dowiedział się tyle, ile mógł. Zawsze można jeszcze było skorzystać z tortur, ale arcykapłanowi nie wypadało łamać danego słowa, nawet wobec tak plugawego i nic niewartego człowieka. A w bzdury o rzekomym spisku przeciw miastu przestał tak naprawdę wierzyć dawno, dawno temu. Poza tym, chciał, by ten człowiek zginął jak najszybciej. Jego obecność dziwnie go krępowała.
- Cóż, skoro nie masz już nic do dodania..
Czarodziej pokręcił głową.
- Świetnie, świetnie.. To co, idziemy? – spytał wstając i prostując stare kości.
- Tak – odparł beznamiętnie tamten.
Kapłan kiwnął głową do paladynów stojących za magiem, a ci zgodnie podeszli do więźnia. Jeden wetknął mu do ust białą szmatę, a drugi zaczął odwiązywać sznury, którymi był przywiązany do krzesła. Kapłan tymczasem otworzył drzwi na oścież, wpuszczając do środka oślepiająco jasne światło korytarzy. Uśmiechał się.
Mag nie musiał.

***

Siedmiu paladynów i prowadzony przez nich więzień zatrzymało się przed kolejnymi drzwiami. Prowadzący pochód rycerz pchnął wrota, a twarze wszystkich omiótł przyjemny, ciepły wiatr czerwcowego wieczoru.
Wyszli na dziedziniec. Za nimi, w swej glorii i chwale, wznosił się wielki kościół otoczony koroną złotych promieni zachodzącego Słońca. Przy jednym z wielkich okien stał z założonymi rękoma arcykapłan, obserwujący z uwagą odchodzący pochód. Wciąż nie potrafił zrozumieć, czemu ten mag zdecydował się przywołać demona w mieście, w którym używanie jakiejkolwiek, nie tylko mrocznej, magii uchodziło za niezbyt chlubne. Jedynie kapłani mieli w tej dziedzinie pełne prawa, bo tylko energia płynąca od umiłowanego boga była dobra.
Westchnął. Jakimikolwiek pobudkami by się nie kierował ten dziwny starzec, niedługo i tak będzie martwy, a ziemia odetchnie z ulgą, gdy z jej barków zrzuci się kolejny zbędny ciężar.
Popatrzył jeszcze chwilę na tonące w czerwieni zachodu miasto, po czym odszedł w dół zacienionego korytarza.
Gdy tylko przeszli przez żelazną bramę oplecioną bluszczem i ruszyli w dół ulicy, za ich małym pochodem zaczęli podążać ludzie. Najpierw dwóch, później czterech, a później dziesięciu. Gapie. Z okien mijanych kamienic i domów wystawały ciekawskie głowy, śledzące pochód tak długo, aż nie zniknął im z pola widzenia.
Kościelny posłaniec już dobre pół godziny temu rozniósł wiadomość o zbliżającej się egzekucji. Jak zawsze, chętnych widzów nie brakowało. Większość od dawna czekała przy miejscu wykonania wyroku, rozmawiając o nieistotnych sprawach lub jedząc przekąski, sprzedawane przez drobnych kupców, którzy pojawili się tam jako pierwsi, węsząc dobry interes. Nim pochód dotarł do miejsca przeznaczenia, znajdującego się kawałek za miastem małego wzgórza, minęło kolejne pół godziny.
Mag uśmiechnął się (na tyle, na ile można się uśmiechnąć mając zakneblowane usta) słysząc niezadowolone buczenie tłumu, gdy paladyni zaprowadzili go pod szubienicę, a nie do stojącego kilkanaście metrów dalej stosu drewna. W towarzystwie trzech strażników wszedł po schodkach na drewniany podest, na którym czekał już kat w swym słynnym, czarnym kapturze. Ustawili maga pośrodku platformy na kwadratowej desce, która z pewnością zapadnie się, gdy pociągnie się za dźwignię, sterczącą niedaleko.
Podczas gdy kat zakładał pętlę na chudą szyję czarodzieja, jeden z paladynów wystąpił naprzód i zaczął mówić swym donośnym, niskim głosem, który natychmiast skupił na sobie uwagę wszystkich.
- Zgromadzeni mieszkańcy! Ten oto stary człowiek, a imię jego Argan Mold, zboczył ze ścieżki prawa i dla zaspokojenia własnych pragnień uciekł się do demonicznej magii, która niechybnie doprowadzi każdego do zguby, wcześniej lub później. Pamiętajcie o tym i żyjcie zgodnie z prawem.
Zazwyczaj padało jeszcze pytanie o ostatnie słowo skazańca, jednak tym razem pominięto je, z oczywistych względów. Ostatnie słowo maga mogło być ostatnim dla nich wszystkich.
Czarodziej na pewno podziękowałby temu paladynowi za tą dość krótką mowę, pozbawioną zbędnych epitetów i wyolbrzymionych, wielkich słów, gdyby tylko nie miał zakneblowanych ust. I gdyby tylko go słuchał.
Ale on, od chwili, gdy poczuł na szyi szorstki gruby sznur, myślami był już gdzie indziej. Patrzył na czerwoną łunę za miastem, na rosnące nieopodal drzewa, na ziemię pokrytą zieloną trawą i stare, poszarzałe deski podestu ze sterczącymi gdzieniegdzie zardzewiałymi gwoździami. Jego myśli rozpraszały się i zbierały ponownie, jakby nie wiedział, na czym powinien się skupić.
Nasycał się pięknem tego świata, póki jeszcze żył. Przypuszczał, że jeśli jego plan się powiedzie i wróci tu pewnego dnia, to nie będzie już dawnym sobą. Już nim nie był, z czego cząstkowo zdawał sobie sprawę, ale później zmiany zajdą dalej.. i głębiej.
Wciąż tliła się w nim iskierka nadziei, że jednak uda mu się do końca pozostać sobą, ale był zbyt inteligentny, by wierzyć w to naprawdę. Zresztą, w gruncie rzeczy, to i tak było dla niego bez znaczenia – ważne, by jedynie pamiętał o swoim marzeniu. Tylko to naprawdę się liczyło, a utrata części siebie nie wydawała się zbyt wygórowaną ceną za możliwość spełnienia swego snu.
Mimo to wciąż było mu żal tego wszystkiego, co zostawiał za sobą i czego nigdy już nie odzyska. I dlatego teraz z lubością nadstawiał porytą zmarszczkami twarz na dmący lekko wieczorny wiatr. Póki jeszcze mógł.
Nie miał jednak powodów do narzekań - przeżył ponad osiemdziesiąt lat, co w jego świecie było niezwykłym osiągnięciem, zwłaszcza dla tak aktywnego poszukiwacza przygód.
Większość z nich ginęła w młodym wieku na jednej ze swych licznych wypraw, która okazywała się być tą o jedną za dużo. Tylko nieliczna część dożywała sędziwego wieku, głównie dzięki temu, że wiedziała, kiedy się wycofać. I on do tej części należał, choć nie wycofał się tak naprawdę nigdy.
Przeżył, uniknął śmierci dziesiątki razy, znajdywał wyjście z sytuacji, z których wyjść się nie dało. Widział więcej niż prawdopodobnie wszyscy mieszkańcy tego miasta razem wzięci.
A teraz doszedł do kresu swej podróży.
Wziął głęboki wdech, rozkoszując się różanym powietrzem czerwcowego wieczoru. Mimo spokoju ducha jego serce waliło jak oszalałe, jakby chciało maksymalnie wykorzystać pozostały mu czas.
I choć większość ludzi po przeżyciu tak długiego okresu szaleńczych przygód i wędrówek zgodziłaby się na śmierć, jak na rodzaj zasłużonego odpoczynku, to on nie mógł. Nie spełnił swego marzenia i dopóki to się nie stanie, nie było mowy o żadnym „odpoczynku”. Jeszcze nie. I ani starość, ani śmierć, ani cokolwiek innego nie powstrzyma go w drodze do jego celu.
- To już, staruszku – powiedział kat, zadziwiająco miękkim głosem. Poklepał go po ramieniu i zaczął się powoli wycofywać w stronę dźwigni.
Rzeczywiście, dopasowana lina ciasno oplatała jego szyję.
A więc już, to koniec. Czarodziej pożegnał się z ukochanym i znienawidzonym światem, wciąż jednak wierząc, że pewnego dnia tu wróci. I spełni swe marzenie.
Głośne skrzypnięcie dźwigni rozdarło powietrze.
Bo marzenia są najważniejsze.
Zapadnia, mimo długiej przerwy w działaniu, zadziałała bezbłędnie i w chwili, gdy ostatni promień Słońca zgasł na zachodnim niebie, starzec poleciał w dół.
Świat zawirował i eksplodował tysiącem barw, które zlały się w nieprzeniknioną czerń.
Ciałem wstrząsnęły ostatnie konwulsje, a przez tłum gapiów przeszedł szmer zadowolenia.
Z kieszeni czerwonych szat pod wpływem wstrząsów wysunął się złoty zegarek i po krótkim locie roztrzaskał się o wystający kamień na dole.

***

Arcykapłan wszedł do małego pomieszczenia, jednego z wielu w podziemiach kościoła.
Za drewnianym stołem siedziało czterech młodych kapłanów, przeglądających zapisane kartki i książki, zajmujące prawie połowę pokoju.
- I jak? – spytał z nieudawaną ciekawością.
- Nic, Najwyższy Kapłanie. Większość notatek i książek dotyczy przeróżnych artefaktów i innych magicznych przedmiotów, jest też parę o innych planach, coś o alchemii, jedna kucharska.. Nic, czego nie miałby w swoim posiadaniu przeciętny mag.
- Doprawdy.. – mruknął, biorąc od niechcenia pierwszą lepszą książkę do ręki. Przeczytał tytuł i zamarł.
Na brązowej, lekko podniszczonej okładce widniał napis:

ARGAN MOLD
„ZŁOŻONOŚĆ MECHANUSA”

Szczerze wątpił, by jego niedawny rozmówca był pisarzem.
Ostatnio zmieniony wt sty 01, 2008 11:21 pm przez DraMeo, łącznie zmieniany 3 razy.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

pt lis 02, 2007 11:45 pm

Cóż, widzę, że nie jesteście zbyt skorzy do komentowania.. Może to ja jestem zbyt niecierpliwy, a może to objętość tekstu Was odstrasza ;D W każdym razie postanowiłem zamieścić jeszcze jeden rozdział, może pojedynczy to za mało by móc wystawić jakąś opinię o mojej powieści.
Czekam na komentarze! Naprawdę, byłyby przydatne. :wink: Choć domyślam się, że macie lepsze rzeczy do roboty niż czytanie tylu stron tekstu, a jeśli nie potrafiłem Was zaciekawić to, cóż.. mogę winić tylko siebie ;P


--------


Rozdział II
Otchłań


Szara przestrzeń, nieskończona w swej skończoności, o niezliczonej liczbie warstw i oblicz. Miejsce wiecznego Chaosu, gdzie światło jest mrokiem a mrok światłem, lód parzy a ogień mrozi. Miejsce, gdzie obok deszczowych lasów rozciągają się pustynie wielkości kontynentów, a na niebie w odwiecznym tańcu krążą obce gwiazdozbiory, gdzie Słońce wstaje na zachodzie a znika na wschodzie. Gdzie czas płynie do tyłu i nic nie jest niemożliwe.
Obok Dziewięciu Piekieł Baatoru zajmuje pierwsze miejsce na liście planów, których nigdy nie chcielibyście odwiedzić. Niektórzy twierdzą nawet, że jest znacznie gorsza, a to przez niewyobrażalny Chaos, który jest jej nieodłączną częścią. Jeśli tam trafisz i będziesz miał szczęście, zginiesz dość szybko. Jeśli nie, będziesz skazany na wędrówkę bez nadziei, a w twym wnętrzu zacznie rodzić się szaleństwo. Nie masz się co łudzić przetrwaniem – śmierć jest tutaj nieunikniona i jedyne pytanie brzmi kiedy ona nastąpi i co ją spowoduje (choć czasem i tego lepiej nie wiedzieć). Jeśli nie zabiją Cię jej mieszkańcy, to wykończy zabójcze środowisko, gdzie nic nie jest tym, na co wygląda, albo zabijesz się sam.
Umrzesz. Lub dołączysz do Chaosu, stając się jego kolejnym trybem. Tak czy owak, czeka Cię zguba. Nieważne, na której warstwie.
To tu trafiają dusze tych, którzy w swym życiu robili wszystko by nie zasłużyć na lepszy los i którzy po śmierci zamiast boskich posłańców, mających zabrać ich do miejsca wiecznego szczęścia zobaczyli kwitnącą szarą różę, otoczoną koroną mgieł.
Trafiają tu szaleni i obłąkani, odrzuceni przez swych bogów (o ile jakichś wyznawali), porzuceni i zapomniani nawet przez bliskich.
Trafiają tu także ci, którzy byli na tyle głupi, by zawrzeć z demonami pakt i marząc o potędze, sprzedali swe dusze, najcenniejszy skarb, jaki kiedykolwiek mogli posiadać.
Witajcie w Otchłani, matce koszmarów i domu demonów.

***

Umarł, tak, jak było mu przeznaczone.
Pojął to jeszcze wtedy, w podziemiach kościoła, gdy prowadził tę nudną rozmowę z arcykapłanem. Zrozumiał, że niezależnie od tego, co by zrobił, jego koniec byłby zawsze taki sam. To było już zapisane i żadne starania nie mogły tego zmienić.
Dlatego udało mu się poznać jego przyszłość, dlatego znajdował się akurat w tym mieście, gdy do tego doszło, dlatego jego ostatnia walka potoczyła się tak, a nie inaczej. Wszystko było zapisane. Pozostawało jedynie pytanie, w którym momencie jego życie przestało być jego własnością (o ile kiedykolwiek było), a stało się narzędziem przeznaczenia. Gdy przegrał z paladynami, gdy przywołał sukkuba, gdy rzucił zaklęcie jasnowidzenia, a może jeszcze wcześniej, gdy w jego głowie pojawiła się dopiero myśl o próbie przewidzenia przyszłości?
A może wtedy, gdy tak wiele dziesiątek lat temu ukształtowało się jego największe marzenie?
Teraz odrodził się, tak, jak było mu przeznaczone.
Otworzył powoli oko, a w jego pomarańczowej tęczówce odbiło się zasnute szarymi chmurami niebo.
Nagle, w jednej sekundzie, wszystko sobie przypomniał. Nie tylko swoją śmierć przez powieszenie, ale też całe swoje ludzkie życie.
Poderwał się szybko, siadając na wilgotnej, miękkiej glebie i wdychając powietrze wielkimi haustami, jakby po wynurzeniu z morskich głębin. Przed oczami wciąż migały mu różne obrazy, zarówno stare i jak całkiem niedawne. Zapachy, smaki, doznania, dźwięki, czyjeś głosy. Wspomnienia. I choć zdawał sobie sprawę, że właśnie zobaczył całe swe życie, to obrazy przesuwały się zbyt szybko, by mógł zapamiętać coś więcej. Najdawniejsze okresy dzieciństwa zatarły się szybko w mrokach pamięci, a umysł powrócił do stanu tuż sprzed śmierci. Przez chwilę wydawało mu się jeszcze, że widział coś w rodzaju wielkiego miasta z szarej cegły, ale wspomnienie, choć najświeższe, było tak słabe, że zaraz wyblakło zupełnie i rozpłynęło się w nicość.
I nagle skończyło się, a on przez chwilę poczuł się dziwnie samotny, tu, na obcej ziemi, dalej od domu niż kiedykolwiek wcześniej. Przeszyło go chłodne, wilgotne powietrze.
Ale był tu. Naprawdę tu był. Siedział na jakimś pagórku, a dookoła niego rozciągały się bezkresne równiny. W oddali rysowały się kontury wysokich gór.
- Jak tu pusto.. – wyszeptał. Wszechogarniająca pustka uderzyła w jego serce i umysł i napełniła niewypowiedzianą grozą, strachem przed całkowitym osamotnieniem, którego żaden człowiek, bez względu na charakter, nie może nie odczuwać. Potrząśnięciem głowy pozbył się tego uczucia i spojrzał za siebie. Tam też, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się równiny, tylko w niektórych miejscach wzbogacone o jakiś pagórek i rosnące na nim drzewo.
- Zabawne.. – mruknął. Rzeczywiście, na każdym z pagórków rosło drzewo, i tylko tam. Na tym, na którym siedział, też było jedno. Stało w ciszy, kilkanaście kroków dalej. O ciemnym, prawie czarnym kolorze kory i również ciemnych, zielonych liściach, tworzących razem bujną, rozłożystą koronę.
Chciał wstać i dopiero teraz dotarło do niego, że wciąż jest sobą.
Spojrzał na swe ludzkie, pomarszczone dłonie, dotknął zarośniętego policzka. Jego wygląd w ogóle się nie zmienił, ale mimo to czuł się wyjątkowo dobrze, tak jak wtedy, gdy zawarł umowę z sukkubem i w jego ciało wstąpiła nowa siła, a może i lepiej. Wyglądało na to, że ubyło mu parę lat, nawet jeśli nie na ciele, to na duchu. Jego zmysły były wyostrzone, a on nie czuł już bólu towarzyszącego większości ludzi w jego wieku.
Wstał szybko, nie mogąc powstrzymać uśmiechu radości, cisnącego mu się na twarz. Odetchnął pełną piersią.
- Udało mi się.. Naprawdę mi się udało! – powiedział głośno. Wiatr zawiał mocniej łopocząc jego szatami, jakby radował się razem z nim.
Wciąż miał je na sobie. Wciąż ten sam, poczciwy strój, który towarzyszył mu przez większość jego życia. Miał nawet swoją sakiewkę, przypiętą do paska. Została w niej jednak tylko jedna moneta, ta, której używał do podejmowania decyzji w błahych sprawach, z płomieniem i runą – resztę zabrały te sępy w zbrojach paladynów podczas przeszukania i oddały na kościelną ofiarę.
Sięgnął ręką do tyłu, gmerając chwilę pod szatami. Różdżka stanowiąca zabezpieczenie na czarną godzinę również została skonfiskowana przez tych nadgorliwych goryli i nie było jej także teraz. Tak jak przypuszczał, miał przy sobie jedynie te przedmioty, które towarzyszyły mu w chwili śmierci.
Wsadził rękę do kieszeni i uśmiech poszerzył mu się, gdy wyjął swój poczciwy, stary zegarek kieszonkowy. Wskazywał na ósmą jedenaście popołudniu.
Godzinę jego śmierci.
Czarodzieja mimowolnie przeszył dreszcz. Przez chwilę chciał go nakręcić i spróbować ponownie wprawić w ruch, ale ostatecznie się rozmyślił. Nie znał nawet godziny, a poza tym czas mógł płynąć tutaj w innym tempie. Zresztą, to i tak było już bez znaczenia. Wsadził zegarek z powrotem do kieszeni.
Godzina mojej śmierci..
Parsknął - jak na trupa, czuł się całkiem dobrze. Zachichotał. Potem jeszcze raz, tylko głośniej. A potem zaczął śmiać się do rozpuku, po części z radości, a po części z absurdalności tego wszystkiego. Śmiał się długo i głośno, a wiatr zaniósł jego śmiech daleko, daleko nad bezkresne równiny.
W końcu przestał, wyczerpany próbując złapać dech. Otarł łzy, chichocząc jeszcze od czasu do czasu. Gdy zamilkł, zapanowała kompletna cisza, przerywana tylko jego oddechem.
I wtedy po raz pierwszy zastanowił się, co dalej.
Znajdował się w Otchłani, to było pewne. Zawarł umowę z demonem, więc nie mógł trafić w inne miejsce. Numer warstwy nie miał znaczenia – ważne, że wyglądała całkiem przyjaźnie, przynajmniej jak na razie. Czarodziej nie miał jednak złudzeń – prędzej czy później, to miejsce zamieni się w piekło. Piekło, które on będzie musiał przejść, by osiągnąć swój cel.
Właśnie, cel. To, że był tutaj, niczego nie zmieniało. To był dopiero pierwszy krok w jego wędrówce, najłatwiejszy i prawdopodobnie, najprzyjemniejszy. Teraz będzie musiał dopełnić zaczętej przemiany i stać się jednym z nich.
Prawdziwym demonem.
Jedyny problem polegał na tym, że nie do końca wiedział, jak to się odbywało i co musiał dokładnie zrobić. Ciężko było zdobyć o tym jakiekolwiek informacje – żaden śmiertelnik, który został demonem, nie napisał o tym książki, a same demony, czasem pytane o ten proces, odpowiadały pokrętnie i człowiek po godzinie słuchania wiedział tyle, ile przed rozmową, a czasem nawet mniej.
Choć tak na dobrą sprawę, to one zawsze udzielały odpowiedzi w ten sposób.
Pewnie trzeba było zabić parę z nich, by udowodnić swoją siłę, może potem zjeść ich serca w jakimś pradawnym rytuale.. Ale co wtedy? Ktoś lub coś uzna go za godnego i przemieni w demona? Im dłużej o tym myślał, tym bardziej głupio to brzmiało.
Był zdany tylko na siebie, ale jakoś znajdzie wyjście, był tego pewien.
Z zamyślenia wyrwał go krótki, głęboki pomruk, który w panującej ciszy wydał się naprawdę głośny.
Mag rozejrzał się podejrzliwie. Dźwięk powtarzał się co jakiś czas i dochodził z bliska, ale nie potrafił określić, z której dokładnie strony. I wtedy zrozumiał – to on wydawał ten odgłos, a mianowicie jego żołądek, domagający się jedzenia.
To niedorzeczne, pomyślał. Ale z drugiej strony, skoro jestem tutaj, mam swoje ciało z krwi i kości, oddycham powietrzem.. to czemu nie miałbym być głodny?
Oczywiście, znacznie wygodniejszym byłoby, gdyby nie musiał jeść. Teraz do jego obowiązków dołączy szukanie pożywienia, co w tym świecie na pewno nie będzie łatwe.
Gdyby wiedział, najadłby się wcześniej. Ze zrozumiałych przyczyn, nie miał zbyt dużego apetytu w ostatnich dniach swego życia.
Wzruszył ramionami, nie przejmując się za bardzo tą sprawą. Na jego twarzy wciąż gościł uśmiech człowieka, który przezwyciężył własną śmierć. Da radę.
Podszedł do rosnącego drzewa i zadarł głowę do góry, wyszukując w bujnej koronie czegoś, co wyglądałoby na owoce. Nic, tylko liście. Możliwe, że one były jadalne, ale wdrapywanie się na górę tylko by to sprawdzić wydawało się mało dobrym pomysłem.
- Dobrze.. znaczy, niedobrze, ale skoro tak, to poradzę sobie inaczej.
Nie zdawał sobie z tego sprawy, ale wypowiadał swe myśli na głos, by wypełnić czymś otaczającą go pustkę i poczuć się lepiej. Wciąż bowiem, mimo że szczęśliwy, czuł się nieswojo i samotnie.
Rozejrzał się po ziemi. Gdzieniegdzie, leżały ledwo widoczne listki, większość najwyraźniej zostawała porwana przez wiatr zaraz po odpadnięciu od gałęzi. Mag wziął jeden, powąchał, pomiętosił w dłoni i powoli wsadził do ust.
Gdy tylko poczuł na języku jego sok, wzdrygnął się i natychmiast wypluł. Była to zdecydowanie najbardziej gorzka rzecz, jaką kiedykolwiek miał w ustach i był pewien, że gdyby nie miał pustego żołądku, zwymiotowałby natychmiast. Popluł jeszcze przez chwilę, a potem przejechał dłonią po języku, jakby chciał zebrać obrzydliwy smak, który pomimo wszystkich jego starań pozostał w ustach jeszcze przez długi, długi czas.
- Nieźle się zaczyna – stwierdził z cierpkim uśmiechem.
Przeleciał w myślach pozostałe zaklęcia. Wciąż miał ich spory zapas, więc robienie przerwy teraz byłoby nieopłacalne, zwłaszcza, że nie był nawet zmęczony. Nie pozostawało mu nic innego jak ruszyć w drogę. Wyjął swą szczęśliwą monetę i zamyślił się.
Jeśli runa, ruszę w stronę gór. Jeśli płomień, w przeciwną.
Rzucił i obserwował jej powolny lot w górę i z powrotem na dół. Możliwe, że do podjęcia tak istotnej decyzji powinien skorzystać raczej z odpowiednich czarów lokalizujących i wieszczących, ale pozwolenie przypadkowi zadecydować wydawało mu się dziwnie na miejscu, tu, w chaotycznej Otchłani.
Podniósł pieniążek, schował go do worka i zaczął powoli iść, schodząc z pagórka i kierując się w stronę dalekich, zamglonych szczytów.

***

Dni, godziny, minuty.. wszystkie były takie same. Wciąż tylko równiny, pagórki i drzewa na nich rosnące. Zawsze te same. I niebo, wiecznie zasnute szarymi chmurami.
Magowi wydawało się, że czas w tym miejscu zatrzymał się dawno temu i jedynie wiejący wiatr i niesione przez niego paskudne listki przeczyły tej teorii.
Szedł wciąż do przodu, wlepiając wzrok w odległe góry, które nie przybliżały się ani trochę mimo niezliczonych kilometrów, które pokonał. Zaczął wątpić, czy one w ogóle tam są. Może to jakieś okrutne złudzenie i tak naprawdę powinien był ruszyć w inną stronę? A może cały ten krajobraz był po prostu wielkim mirażem, a jego ze wszystkich stron od dawna otaczały demony, patrzące z politowaniem i rozbawieniem na ślepego starca, kroczącego między nimi? Prawie słyszał ich demoniczny chichot, gdy uskakiwały mu wesoło z drogi i machały szponiastymi dłońmi tuż przed twarzą.
Mimowolnie dostał gęsiej skórki, myśląc o tym. Zatrzymał się nawet na chwilę i wsłuchał w martwą ciszę, bezskutecznie próbując wychwycić najcichszy chociaż dźwięk. Potem ruszył dalej, czasem tylko obracając niepewnie głowę.
I choć jego umysł bez przerwy dręczyły liczne wątpliwości, zaciskając pięści uparcie parł do przodu, w rytm cichych poburkiwań brzucha. Będzie szedł tak długo, jak będzie trzeba.
A wielkie góry nie były iluzją.
Odpoczywając na trzecim postoju zauważył, że się ściemnia. Góry, do których zmierzał, zniknęły już w ciemnościach nadchodzącej nocy, podczas gdy tereny za nim wciąż były dobrze widoczne w szarym świetle dnia.
Czyli idę na wschód, zauważył. Tylko czy dni rzeczywiście trwają tu tak długo, czy to mi się po prostu dłuży czas? Powinienem był jednak nakręcić zegarek..
Choć to bez znaczenia.
Myśl o długiej, mrocznej nocy nie wydawała mu się zbyt przyjemna, zwłaszcza, jeśli nie będzie miał jakiegoś schronienia na ten czas. Jak na razie nie napotkał żadnych oznak życia na tym, wydawałoby się, wymarłym planie, ale nigdy nie było wiadomo, co przyjdzie wraz z ciemnością nocy.
Spojrzał w górę, na morze liści należących do drzewa, o które się opierał.
- Chyba nie mam wyboru.
Wstał i otrzepał szaty z grudek ziemi. Potem sięgnął do ukrytej za kołnierzem małej kieszonki (jednej z niewielu nie znalezionych przez skrupulatnych paladynów), i wyjął kawałek skórzanego sznurka. Zawiązał sprawnie pętelkę i rozpoczął zaśpiew. Gdy skończył, podrzucił ją, a ta zawisła w powietrzu, po czym rozpłynęła się w nicość, a mag.. uniósł się do góry. Zupełnie jakby stał na niewidzialnej platformie, która wyniosła go aż pod liściastą koronę.
Zmienił zdanie i poszybował wyżej, przeciskając się przez gałęzie. Zatrzymał się dopiero kilkanaście metrów nad czubkiem drzewa. Powietrze było tu znacznie chłodniejsze, a wiatr dął z wielką siłą, łopocząc bezustannie jego szatami.
Rozejrzał się dookoła, szukając czegokolwiek innego niż równiny, pagórki i ich drzewa. Nie znalazł jednak niczego prócz tego samego co wcześniej przygnębiającego uczucia pustki.
Ze zrezygnowanym westchnieniem opuścił się z powrotem na dół i wszedł między gałęzie. Przebił się przez gęstą, zieloną powłokę i usadowił w samym środku korony, gdzie od pnia odchodziły liczne, grube gałęzie i gdzie było nieco wolnego miejsca.
Nie było tu może zbyt wygodnie, ale zamknięta przestrzeń, otoczona przez liściaste ściany, uspokoiła go nieco. Było tylko trochę za ciemno, choć jego wzrok i tak uległ znacznej poprawie i nawet w ciemnościach widział lepiej niż zazwyczaj, a jego pomarańczowe oczy zdawały się lekko świecić wewnętrznym światłem, prawie jak oczy kota.
Odpiął od paska woreczek i uśmiechnął się chytrze na wspomnienie przeszukania.
Gdy jeden z paladynów wziął jego sakiewkę, to mimo że niepytany, mag powiedział, że jest tam jedynie sto sztuk złotych monet. I rzeczywiście, tyle znaleziono, ale bynajmniej nie dlatego, że właśnie tyle tam było.
Tak naprawdę woreczek zawierał grubo ponad milion sztuk złota, w rzeczywistości był bowiem torbą przechowywania, magicznym urządzeniem, które zawiera w sobie portal do międzywymiarowej kieszonki, przez co może pomieścić teoretycznie nieskończoną liczbę przedmiotów, przy czym waga samej torby i objętość nie ulegną zmianie. By zaś wyjąć daną rzecz, wystarczyło o niej pomyśleć. Dlatego paladyni nie znaleźli niczego innego – choć nieświadomie, wciąż myśleli o stu sztukach złota, o którym powiedział im mag, więc torba wyrzuciła właśnie taką sumę. I tak samo było wcześniej z ulicznym złodziejem, którego mag zdezintegrował – on też myślał o złocie, więc to właśnie zobaczył w jej wnętrzu.
Torba pozostanie pusta, dopóki nie będzie się wiedziało, czego dokładnie się chce. Jest to świetne zabezpieczenie przed kradzieżą (ewentualny złodziej nigdy nie mógłby wyjąć wszystkich znajdujących się w niej przedmiotów, co najwyżej tylko pieniądze). Podobnie zresztą zrobili paladyni – zabrali złoto i oddali „pustą” sakiewkę czarodziejowi, by zachować pozory uczciwości, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co zrobili.
Magowi bardzo podobała się okrutna ironiczność takich zdarzeń. Żałował jedynie, że nie mógł im powiedzieć prawdy i patrzeć, jak cierpią.
O tak, jak on bardzo chciał to zobaczyć.
Z drugiej strony, sam był ofiarą torby i zasad, jakimi się rządziła. Towarzyszyła mu przez większość jego podróży i wrzucił tam setki, ba, tysiące przedmiotów. Niestety, zawsze był nieco roztrzepany (szczególnie na starość), więc z biegiem lat pozapominał o większości rzeczy, jakie tam powkładał. Nie było to jednak coś, co by mu szczególnie przeszkadzało – i tak zawsze znajdywał w niej to, czego akurat szukał. Najwyraźniej torba zawierała wszystkie przedmioty, jakich kiedykolwiek mógłby potrzebować i rzadko kiedy mag nie znajdował pożądanego przedmiotu.
Nieraz śmiał się do rozpuku, gdy dla zabawy wkładał do niej rękę i wymyślał sobie jakiś rzadki komponent do czarów, klejnot lub przedmiot, po czym rzeczywiście go wyciągał, choć nie potrafił nawet powiedzieć, kiedy i jak wszedł w jego posiadanie.
Odwiązał sznurki i wsadził rękę do środka.
Pomyślmy.. szklana kula. Niemagiczna.
Jest. Wyjął i ostrożnie położył obok siebie.
Teraz.. co to trzeba było.. Słoik świetlików.
Uśmiechnął się, wyciągając gruby słój z fruwającymi w środku świetlistymi robaczkami.
Odkręcił wieczko i wziął jednego w palce, ale dwa inne zdołały się wymknąć w międzyczasie. Nim mag zdążył cokolwiek zrobić, zniknęły wśród gałęzi, chyboczących się cicho od wiatru.
Memłając w ustach przekleństwo włożył słoik z powrotem do torby, po czym odłożył ją na bok i wciąż trzymając świetlika, zaczął recytować krótkie zaklęcie. Potem przystawił robaczka do szklanej kuli. Owad zniknął, a kula rozbłysła wewnętrznym światłem, oświetlając jego schronienie i nadając drzewu senny, baśniowy wygląd.
Położył ją w dogodnym miejscu i ponownie wsadził rękę do torby. Tym razem wyjął swoją księgę zaklęć, przedmiot najważniejszy dla każdego czarodzieja. Przejechał dłonią po grubej, rudawej okładce z czułością dorównującą tej okazywanej najukochańszej kobiecie. Łączyła go z nią specjalna więź, tak samo jak każdego innego czarodzieja z jego księgą. Towarzyszyła mu przez większość jego życia, była tak stara jak on, a może nawet starsza. Była kluczem do jego potęgi. Bez niej nie mógłby rzucać czarów i byłby tylko ponadprzeciętnie inteligentnym człowiekiem o szerokiej wiedzy i rozległych zainteresowaniach.
Usadowił się wygodnie między gałęziami i otworzył ją, rozkoszując się widokiem zapisanych zaklęć. Pamiętał, jak za młodych lat dostawał dreszczy podniecenia za każdym razem, gdy wpisywał do niej kolejny czar i jaką przyjemność sprawiało mu później studiowanie jej do późnej nocy. Radość osłabła pod wpływem mijających lat, gdy uczenie się czarów stało się czymś tak naturalnym jak spożywanie posiłków, ale nigdy do końca nie wygasła.
Z lekkim uśmiechem zaczął naukę wybranych zaklęć, opróżniając głowę ze zbędnych myśli. Gdy skończył, świat już dawno pogrążył się w mroku nocy.
Odetchnął i przeciągnął się, ziewając głośno. W głowie wciąż słyszał szum przyswojonych zaklęć, które pozostaną tam, dopóki nie nadejdzie pora ich użycia. Posiedział chwilę w bezruchu, nie myśląc o niczym. By jego umysł mógł dobrze przyswoić nauczone czary, będzie musiał przespać się parę godzin. Ale wcześniej..
Zerwał jeden z listków z pobliskiej gałęzi, mając nadzieję, że świeże mają lepszy smak. Ostrożnie wsadził do ust, ale reakcja była podobna do poprzedniej.
Ze zrezygnowaniem westchnął, gapiąc się bezmyślnie na torbę przechowywania. I wtedy doznał oświecenia. Nie tracąc czasu na rozmyślanie o własnej głupocie, rzucił się na nią przy akompaniamencie burczącego brzucha, wsadził rękę do środka i pomyślał słowa, od których ślina mimowolnie naciekła mu do ust.
Racja żywnościowa.
Żołądek skurczył się mimowolnie z podniecenia, gdy ręka napotkała na coś miękkiego.
Jego oczom ukazała się mała, brązowa paczuszka, znana chyba wszystkim podróżnikom na świecie.
Bez namysłu rozerwał opakowanie. W środku było trochę solonego, suszonego mięsa, do tego parę sucharów, zakonserwowany owoc i butelka wody. Mag wchłonął błyskawicznie całą porcję, krztusząc się przy tym dwa razy. Nigdy nie sądził, że racja żywnościowa może być aż tak smaczna. Ponownie sięgnął do torby i uśmiech poszerzył mu się, gdy wyjął kolejną paczuszkę.

***

Następnie dni nie dłużyły mu się już tak jak wcześniej, kiedy to musiał ciągle wysłuchiwać żołądkowych narzekań. Najedzony, z uzupełnionym repertuarem czarów, wędrował raźniej i szybciej, jednocześnie zmniejszając liczbę postoi. Na jego głowie kołysał się typowy, czarodziejski kapelusz o krwiście czerwonym kolorze, pasujący idealnie do szat.
Nogi niosły go same, tak, że nawet przeklęte góry wydawały się teraz z każdym dniem stawać coraz większe. Jedynie otoczenie pozostawało niezmienione. Równiny, pagórki, drzewa. I martwe chmury, ciągle zasłaniające niedostępne niebo.
Nie dał się ogłupić chwilowej radości z uzyskania dostępu do pożywienia – wiedział, że jest to tylko chwilowe źródło i że nadejdzie taki dzień, gdy włoży rękę do torby przechowywania i nie znajdzie już żadnej paczki z żywnością.
O ile wodę wciąż mógł zdobyć korzystając z magii, o tyle z jedzeniem sprawa nie była już taka prosta. Jeśli ta warstwa Otchłani była niezamieszkała, będzie prawdopodobnie musiał przerzucić się na liściową dietę, co nie za bardzo mu odpowiadało. Już następnego dnia po pierwszej nocy na pagórkowym drzewie zdecydował się oszczędzać jedzenie, ograniczając się do dwóch skromnych posiłków w ciągu dnia, czasem jednego.
Na kolejnym nocnym postoju dokładnie policzył swoje zapasy i wyglądało na to, że nawet przy surowym oszczędzaniu, żywności starczy najwyżej na dwa tygodnie.
Odetchnął i położył się ostrożnie na plecach, nasłuchując, czy żadne z gałęzi nie pękają. Potem rozluźnił się i zamyślił.
Pomyślmy. Dwa tygodnie.. nie dojdę w tym czasie do gór, tego jestem pewien. Zbliżają się tak powoli.. Ale przez ten czas powinienem już natknąć się na coś żywego. Niemożliwe, by ta warstwa była niezamieszkana. W końcu coś wyczuje mój zapach i przyjdzie po mnie... a wtedy to zabiję i zjem. Proste.
A jeśli to ono mnie zabije? To przynajmniej nie będę już musiał martwić się o jedzenie.
A jeśli nic nie przyjdzie? To wtedy będę się zastanawiał, co dalej. Póki co, nie jest źle. Przydałaby się jeszcze tylko jakaś dziewczyna, która umiliłaby resztę nocy.

Spojrzał na torbę przechowywania i parsknął na samą myśl o tak niedorzecznym pomyśle.
Mimo to sięgnął do torby, uśmiechając się szeroko. Jak za dawnych, dobrych czasów.
Śliczna dziewczyna, która dotrzyma mi towarzystwa.
Rozdziawił szeroko usta, gdy ręka na coś natrafiła. W pierwszej chwili w głowie pojawił mu się obraz czyjegoś szkieletu, ale odegnał te idiotyczne myśli, zwłaszcza, że to, co trzymał było cienkie i szorstkie.
Kartka..?
Powoli wyciągnął zżółkły arkusz papieru, na którym widniał ołówkowy szkic, wykonany jakieś sześćdziesiąt lat temu.
Portret. Jej portret.
Resztę nocy spędził w świecie wspomnień.

***

Dość szybko znudziła mu się piesza wędrówka, więc za pomocą magii zaczął przemierzać bezkresne równiny lecąc z zawrotną prędkością. Na oczach założone miał grube gogle o ciemnych szkłach, chroniące przed silnym wiatrem, targającym jego włosami i trzepoczącym czerwonymi szatami niczym peleryną. Pagórki i ich drzewa przesuwały się pod nim tak szybko, że ledwie mógł je zauważyć, a odległe góry zdawały się rosnąć w oczach.
Jednak los szybko pokazał swoje okrutne poczucie humoru i już na trzeci dzień skończyły się komponenty potrzebne do rzucenia odpowiedniego czaru. W pierwszej mag chwili nie mógł uwierzyć, że przytrafiło mu się coś takiego, później jednak zaakceptował to jako „drobne nieudogodnienie”. Nie pozostało mu nic innego, jak iść na piechotę.
Monotonność krajobrazu szybko zrobiła swoje i góry ponownie przestały się zbliżać, a minuty zmieniły się w godziny. Mimo tego wciąż szedł do przodu, nie zważając na psikusy czasu. Zbyt daleko zaszedł, by miał teraz oszaleć albo umrzeć na jakichś zapomnianych przez bogów równinach. Osiemdziesiąt lat zmagania się z życiem zaowocowało żelazną dyscypliną, która w połączeniu z doskonałą kontrolą nad swymi uczuciami, w miejscu takim jak to, była umiejętnością niezbędna do przetrwania.
Jednak żadna wytrwałość nie mogła mu pomóc, gdy skończą się zapasy. Zdawał sobie z tego sprawę i bezowocnie starał się wymyślić jakieś rozwiązanie. Pierwszym, co przychodziło mu na myśl, było użycie magii – w końcu był czarodziejem wysokiego szczebla i na tym znał się najlepiej. Niestety, bez odpowiednich zaklęć nie mógł nic zrobić, a nie znał żadnych, które mógłby wykorzystać do uzyskania pożywienia. Dziwne tym bardziej, że tak wiele lat spędził w podróży. Ale czym były bezdroża zamieszkanego Planu Materialnego, rojące się od żywych istot i wszelkiego rodzaju roślin, w porównaniu z niekończącymi się pustkowiami Otchłani?
Raz próbował przekształcić pagórkowe drzewo w jabłoń, i choć mu się to udało, otrzymane owoce były równie gorzkie jak ciemne liście, albo nawet bardziej. Próbował zmusić się do ich zjedzenia, ale nawet przy jego opanowaniu i kontroli własnego ciała było to niemożliwe. Musiał czekać na coś żywego. Czasem nocował na ziemi w nadziei na to, że żyjące tu stworzenia nie oprą się pokusie i spróbują go podejść w czasie snu, jednak nic takiego się nie stało. Później podpalił dwa drzewa, jedno w dzień i drugie w nocy, desperacko próbując zwrócić na siebie uwagę, ale również bezskutecznie. Wszystko wskazywało na to, że plan jest niezamieszkały. Choć na początku starał się nie dopuszczać do siebie takich myśli, to widmo głodowej śmierci coraz częściej stawało mu przed oczami.
I gdy pod koniec drugiego tygodnia zaczynał już tracić nadzieję, po pokonaniu wyjątkowo szerokiego i wysokiego pagórka jego oczom ukazało się w oddali niebo o pięknym, błękitnym odcieniu. Jakże cudowny był to widok po tak wielu dniach oglądania tysiąca takich samych, szarych chmur! Również krajobraz zdawał się zmieniać, ale nie potrafił jeszcze powiedzieć, na jaki.
Nieważne, powiedział do samego siebie w myślach, drżąc lekko z podekscytowania. Wszystko będzie lepsze od tych cholernych równin i cholernych pagórkowatych drzew.
Choć w pierwszej chwili miał ochotę zacząć biec, to szybko się opanował i odepchnął tę idiotyczną zachciankę. Między nim a niebieskim niebem było wiele kilometrów, a taki bieg tylko niepotrzebnie by go zmęczył. Musiał oszczędzać siły, zwłaszcza teraz, gdy coś zaczynało się dziać. Szedł więc powoli, wciąż jednak patrząc na odległy błękit i wyobrażając sobie nowy krajobraz.
Było jednak coś dziwnego, coś, czego nie mógł nie zauważyć, a mianowicie, chmury, które ani nie odsłaniały nowych niebieskich pól, ani nie zakrywały tego, co widział mag. Po prostu wisiały, martwe i nieruchome, opierając się nawet sile wiatru. I druga sprawa – czemu zauważył ten cudowny błękit dopiero teraz, skoro góry widział od samego początku? Szybko porzucił te denerwujące go rozważania – w końcu był w Otchłani, a tutaj nie wszystko musiało być zgodne z logiką.
Następnego dnia był dostatecznie blisko, by zobaczyć nowy krajobraz.
Nie myśląc wiele i odrzucając na bok spokojny tok rozumowania, puścił się pędem w stronę miejsca, gdzie szarość chmur ustępowała błękitowi czystego nieba a pagórki ze swymi drzewami nikły w spalonej żółci. Biegł szybko, trzymając jedną ręką kapelusz.
Zatrzymał się nieco wcześniej i kilka ostatnich metrów przeszedł powoli, patrząc na malujący się przed nim widok. Wreszcie stanął na granicy.
Granica, to dobre słowo. Czarodziej nie potrafił znaleźć bardziej pasującego określenia.
Przed nim, jak okiem sięgnąć, rozpościerała się nieskończona pustynia. Żółta, spękana ziemia i gdzieniegdzie uschnięte krzaki, rosnące chyba tylko po to, by dopełnić obrazu całkowitej suszy. Wielkie, żółte Słońce wisiało na niebie o chorobliwie błękitnym kolorze i oświecało spaloną przez nie ziemię, tak jakby chciało pokazać, czego dokonało.
Jednak to nie widok pustyni tak zadziwił maga, ale sposób, w jaki jeden krajobraz przechodził w drugi. Były niczym dwa różne światy, odgrodzone niewidzialną ścianą. Po jednej stronie ziemia była wilgotna i ciemnobrązowa, po drugiej sucha i spękana. Żadnych stadiów przejściowych. Tylko biała, cienka linia, jakby namalowana farbą lub kredą, ciągnąca się aż po horyzont z północy na południe i stanowiąca granicę między nimi. Po prostu.
Spojrzał w górę i uśmiech mimowolnie wpełzł na jego spoconą twarz. Chmury również urywały się nagle tuż nad granicą, ustępując błękitowi czystego nieba. Nie wystawały nawet o centymetr dalej za wyznaczoną linię.
Usiadł i przez dłuższy czas po prostu patrzył się na ten niewątpliwy cud przyrody.
Mimo wszystko, pomyślał, ta linia jest chyba zbyt prosta, a świat zbyt uporządkowany, jak na chaotyczną Otchłań.
- Chaos objawia się w różnych formach, mój drogi przyjacielu.
Mag jak oparzony zerwał się z ziemi. Odskoczył szybko do tyłu, kierując pokryty szarym pyłem palec w stronę skąd dochodził ochrypły głos, w myślach jednocześnie przywołując mordercze zaklęcie. Zawahał się jednak, gdy zobaczył swego przeciwnika.
Siedzący na głazie demon gwizdnął cicho.
- Szybki jesteś – powiedział z podziwem. Nagle wzdrygnął się, uderzony zielonym promieniem prosto w klatkę piersiową. Odchylił się do tyłu, ale nie spadł z głazu. Przyciągnął się z powrotem swymi długimi ramionami i wydał ciche stęknięcie, a skóra na jego ciele popękała w paru miejscach i zaczęła dymić. Mimo obrażeń, uśmiechnął się.
- Fajnie.
Czarodziej go nie słuchał. W myślach przywołał już następne zaklęcie, tym razem dobrane już bardziej rozważnie, tak, by nie uszkodziło zbytnio tego białego cielska, mogącego posłużyć później jako prowiant. Jednocześnie zastanawiał się, skąd w ogóle wziął się tam ten demon. I głaz, stojący na środku linii, należący do obu światów, z jednej strony lekko wilgotny i zmurszały, z drugiej wybielony od słonecznych promieni.
Czy byli tam obaj od początku? Czy to możliwe, by był tak zaaferowany niezwykłą zmianą krajobrazu by nie zauważył ich obecności? Nie, to niemożliwe. Nie mógłby być aż tak nieuważny. Chociaż..
Wzdrygnął się i prawie wypowiedział zaklęcie, gdy demon parsknął głośno.
- Nie zastanawiaj się nad sprawami, które są bez znaczenia, czarodzieju.
Cholerne demony i ich umiejętność czytania w umysłach, pomyślał, po czym skarcił samego siebie za głupotę i wyciszył swoje myśli.
Tamten roześmiał się chrapliwie.
- Jesteś inteligentny, jak na maga przystało. Ale nie trudź się ukrywaniem przede mną swych myśli. Gdy będziesz chciał coś zrobić, i tak będziesz musiał o tym wcześniej pomyśleć.
Mag zmrużył oczy. Demon miał rację i obydwoje o tym wiedzieli.
Jedną sprawą było opieranie się zaklęciu sondowania umysłu rzuconym przez arcykapłana, a drugą próba ukrycia myśli przed kimś, dla kogo czytanie ich było podobne do czytania otwartej książki. Przełknął ślinę i powoli, jakby zmagając się z samozachowawczym instynktem, opuścił rękę. Czy miał w swoim repertuarze zaklęcie, które mogłoby go skrzywdzić? Prawdopodobnie nie – gdyby miał, zapewne już by nie żył. Demon mógł też blefować, choć nie miał do tego powodu. No, chyba że dla zabawy.
To właśnie było w nich najgorsze – nigdy nie można było przewidzieć, co zrobią, bo rzadko kiedy kierowały się logiką. Teraz mógł prowadzić z nim miłą rozmowę, a za minutę rzucić się na niego i rozszarpać. A potem przeprosić leżące zwłoki, choć raczej bardziej dla zabawy niż ze smutku. Bądź co bądź, demony były nie tylko chaotyczne, ale również niesamowicie złe i przypływ dobrych uczuć był jedną z ostatnich rzeczy, jakich można by się u nich spodziewać.
Mag przyjął najbardziej swobodną pozę, na jaką było go stać.
W swoim długim życiu spotkał się już parę razy z demonami, ale nigdy w takiej sytuacji. To nie było miłe spotkanie na pogaduszki przy szklance herbaty, gdzie demon stał zamknięty w magicznym kręgu i nie mógł go opuścić, a czarodziej bez przeszkód zadawał mu pytania. Tutaj nie miał żadnej przewagi. Przed nim siedział demon, prawdziwy, wielki, ohydny demon na wolności. To mag był tutaj gościem, a rolę więżących go run skutecznie spełniał strach.
Stwór patrzył ciągle na niego, uśmiechając się lekko. Pod jego przenikliwym spojrzeniem mag czuł się nagi i szczerze się za to nienawidził.
Demon zsunął się z głazu i stanął wyprostowany na swych pałąkowatych nogach. Miał ponad trzy i pół metra wzrostu, choć nie wyglądał na silnego. Jego chude ręce sięgające kolan, zakończone były dłońmi o czterech długich, kościstych szponach. Miał wydęty brzuch i zapadniętą klatkę piersiową, z wyraźnie widocznymi żebrami, zrośniętymi w dziwny, nienaturalny sposób. Choć był nagi, nie miał przyrodzenia, a przynajmniej nie było go widać. Jego skóra miała chorobliwie biało-żółty kolor. Łysa, zniekształcona głowa o uwydatnionej dolnej szczęce, dwóch dziurkach zamiast nosa i wielkich, wytrzeszczonych oczach pozbawionych powiek, miała w sobie coś niepokojąco ludzkiego.
Podszedł blisko czarodzieja, niezdarnie chybocząc się na swych długich nogach. Wyszczerzył zęby, widząc, że tamten sięga mu ledwie do połowy wystającego brzucha.
- Hy.
- Y.. Co..? – mag poruszył się niespokojnie i zrobił krok w tył. Jego lekko ochrypły głos, tak dawno niesłyszany, wydał mu się dziwnie obcy. Przełknął ślinę, próbując wytrzymać świdrujący go wzrok. Zacisnął pięści, wściekły na demona, ale przede wszystkim na samego siebie. Zachowywał się jak dziecko. Czyż nie był potężnym czarodziejem?
Siłą woli zmusił umysł do całkowitego posłuszeństwa, wytłumiając emocje.
Podniósł głowę, omiatając stojącą przed nim maszkarę chłodnym, martwym wzrokiem.
- Och? – demon wydawał się zaintrygowany. – Fascynujące..
Powoli podniósł rękę i mimo że dzielił ich ponad metr, to szponiaste palce zawisły parę centymetrów przed twarzą maga. Choć po policzku spłynęła mu kropla potu, wyraz oczu nie zmienił się ani odrobinę. Demon chrząknął, cofając z uśmiechem rękę. Podrapał się po brzuchu, a kawałki starej skóry poprószyły ziemię pod nim.
- Fascynujące – powtórzył.
- Co jest takie fascynujące? – spytał zimno mag.
- Ty! – zaśmiał się chrapliwie. – Ty jesteś fascynujący, czarodzieju. O tak.
Znów zapadła cisza. Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę. W końcu odezwał się mag:
- Będziemy tak stać w milczeniu, czy powiesz wreszcie, czego chcesz?
- Czego JA chcę? Ja tu mieszkam – uśmiechnął się niewinnie, wskazując długim palcem najpierw na siebie, a później na maga. – Pytanie brzmi, czego TY tu chcesz, mój drogi, mały człowieczku.
Mag zawahał się, ale tylko przez chwilę.
- To nie twój interes. I pytanie brzmi czego ty chcesz, bo gdybyś nie chciał niczego już dawno byś mnie zabił. Więc?
- Doprawdy? – demon udał zdziwienie. – A czy ja muszę czegoś chcieć? Może po prostu tu sobie siedzę, w tym jakże przyjemnym chłodzie?
Rzeczywiście, choć stali parę centymetrów od rozżarzonej pustyni, powietrze wciąż było tu chłodne i wilgotne.
- Tak.
- Tak, muszę czegoś chcieć, czy tak, siedzę sobie?
- Skończ te małpie wygłupy.
- Hehe, dobrze więc – uniósł długie ręce w geście poddania. – Chcę zobaczyć.
- Co? – mag poczuł dziwny ucisk w żołądku. Z niewiadomego powodu bał się odpowiedzi.
- Jak stajesz się demonem.
Czarodziej wciągnął gwałtownie powietrze, a na wpół opuszczone powieki mimowolnie podniosły się do góry. Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał i, choć sam nie wiedział czemu, bał się.
- Wyczytałeś to w moim umyśle? – spytał po chwili napiętej ciszy.
- Lepiej. W duszy – w przekrwionych oczach pojawiły się iskierki podniecenia. Poruszył parę razy nozdrzami. – Ona gnije.
Mag wzdrygnął się nieznacznie. Wykorzystując całą siłę woli stłumił narastającą w nim panikę. Słowa demona budziły w nim jakiś niezrozumiały dla niego lęk, nad którym ledwie mógł zapanować. Świdrujące go białe oczy tylko potęgowały ten efekt.
- Chcesz powiedzieć, że to się już.. zaczęło?
- O, ależ oczywiście. To się zaczęło, gdy tylko zawarłeś umowę. A teraz jesteś na najlepszej drodze do ostatecznego upadku.
- Więc wiesz.. jak to się odbywa? – mag potarł dłonią twarz, zbierając pot i próbując się uspokoić.
- Jak mógłbym nie wiedzieć? Musisz po prostu iść w stronę gór, co zresztą czynisz i całkiem nieźle ci to wychodzi. To wszystko.
A więc one są prawdziwe, pomyślał z wyraźną ulgą. Mimo to strach w jego wnętrzu wciąż rósł.
- Wszystko w porządku? – demon pochylił się do przodu, patrząc przenikliwie na maga. – Wyglądasz blado.
Czarodziej zobaczył swe przestraszone odbicie w jego wielkich czerwonych źrenicach. Zmrużył oczy. Zrozumiał.
Choć wydawało mu się to niedorzeczne, bał się tego, co miało nastąpić. Bał się momentu, gdy przestanie być człowiekiem i stanie się dziką bestią, nad którą być może nie będzie mógł zapanować. Bestią, albo czymś równie obrzydliwym jak stojąca przed nim maszkara.
I choć było to podstawowym elementem jego planu, naprawdę się bał.
Do tej pory myślał o tym jak o czymś tak odległym, że wręcz niewiarygodnym. Dni tutaj dłużyły się i poddał się złudzeniu, jakoby jego wędrówka miała trwać wiecznie. Ale rozmowa z demonem wyprowadziła go z błędu – to, jak tamten powiedział, już się działo. Jego dusza „gniła”, choć mag nie czuł niczego niezwykłego. I choć przed nim wciąż była daleka droga, to myśl o tym, że każdy jego krok będzie zbliżał go ku przeznaczeniu, nie opuści go już do końca podróży.
Jeśli jesteś takim tchórzem, trzeba było nie wzywać sukkuba i siedzieć na dupie, czekając na śmierć, pomyślał nie dbając o to, czy demon odczyta to w jego umyśle, czy nie.
- Nie, wszystko dobrze – powiedział głośno i uśmiechnął się krzywo. – Po prostu przyprawiasz mnie o ból głowy.
- Jakże mi przykro! Przyjmij moje najszczersze przeprosiny – odparł żywo demon, kłaniając się nisko.
Czarodziej machnął tylko ręką. Miał dość towarzystwa tej cuchnącej kupy białego mięsa, choć obawiał się, że to jeszcze nie koniec.
- Nieważne. Żegnaj – powiedział i nie czekając na odpowiedź, ruszył zdecydowanym krokiem, ale tuż po przekroczeniu granicy zatrzymał się, zszokowany nagłą zmianą temperatury. Z przyjemnego, chłodnego powietrza wkroczył bowiem w ponad trzydziestopięciostopniowy upał. Cieszył się, że nie miał już reumatyzmu, bo ten na pewno dałby teraz o sobie znać. Otrząsnął się z szoku i ruszył dalej, mrużąc oczy od jasnego światła. Nie oglądał się za siebie.
Zatrzymał się jakiś kilometr dalej. Stał przez chwilę, po czym ze zrezygnowanym westchnieniem obrócił się.
- Długo zamierza.. – urwał, nie widząc nikogo. – Dziwne..
Obrócił się z powrotem i krzyknął, widząc twarz demona pół metra od jego własnej.
- Mówiłeś coś? – spytał tamten z niewinnym wyrazem twarzy.
Mag poprawił kapelusz, przechylający się zawsze lekko na lewo.
- Pytałem, jak długo zamierzasz mnie śledzić.
- Nie śledzę cię.
- Nie? To, co robisz?
- Idę.
- I akurat w tę samą stronę, co ja, tak?
- Ja bym raczej powiedział, że to ty idziesz w tę samą stronę.
- To śmieszne. Ale dobrze, niech ci będzie – mag uciął rozmowę. Wiedział, że kłócenie się z demonem było bezsensowne. Odwrócił się i odszedł bez słowa, kierując się na północ.
Zrobił może z trzydzieści kroków i znowu stanął.
- Będziesz za mną podążał wszędzie, prawda? – spytał, nawet się nie odwracając.
- Tak.
- Mogę wiedzieć, czym zasłużyłem sobie na ten wielki zaszczyt?
- O! Sarkazm. Przecież mówiłem, że chcę zobaczyć, jak..
- Rozumiem – przerwał mu. – Trudno, najwyraźniej będę musiał przyzwyczaić się do twego smrodu.
- Najwyraźniej.
Czarodziej westchnął i ruszył z powrotem na wschód, w stronę dalekich gór. Demon poszedł za nim, chybocząc się na swych patykowatych nogach.

***

Pustynia przypadła magowi do gustu – nowy krajobraz mile cieszył zmęczone monotonią równin oczy, a dni zdawały się mijać szybciej. Czterdziestostopniowa temperatura nie była (przynajmniej na początku) bardzo uciążliwa dla kogoś, kto władał magią i bez przeszkód mógł manipulować żywiołami. Noce spędzał na obserwacji ciemnego nieba, rozświetlonego ogromnymi, nieznanymi konstelacjami, które za każdym razem poruszały jego wyobraźnię i przynosiły wspomnienia dawnych lat.
Nawet jego kompan nie stanowił większego problemu – mało się odzywał (o nic zresztą nie był pytany), a smród jego białego cielska nie był tak wielki, jak to się magowi na początku zdawało. Podróżowali więc w ciszy, każdego dnia coraz bardziej zbliżając się do swego celu.
I gdy wszystko wydawało się układać, skończyły się zapasy.
Było to podczas jednego z nocnych postojów, gdy obydwoje siedzieli przy rozpalonym przez maga ognisku, mającym chronić przed chłodem pustynnej nocy. Sięgnął do leżącej obok torby przechowywania, by wyciągnąć kolację.
Zmarszczył brwi, bezskutecznie próbując coś znaleźć.
- Co teraz? – spytał demon.
- O co ci chodzi?
- Co zrobisz teraz, gdy skończyły ci się zapasy?
- Coś wymyślę – mag zignorował fakt, że demon najwyraźniej ciągle czytał w jego myślach. Pogrzebał trochę patykiem w ognisku, myśląc intensywnie. Spojrzał na swego towarzysza. – A ty? Nie jesteś głodny?
- Nie martw się – odparł wymijająco.
Czarodziej nie wiedział, czy miał się nie martwić, bo demon nie był głodny, czy po prostu na razie nie zamierzał go pożerać. Wzruszył ramionami i dorzucił parę patyków do ogniska, po czym otulił się mocniej swymi znoszonymi szatami.
Każdy kolejny dzień bez pożywienia dłużył się coraz bardziej. Słońce zdawało się mocniej świecić, nogi były ociężałe a głowa pulsowała od częstych ataków migreny. Gdyby nie magia, dzięki której wody i lodu miał pod dostatkiem, już dawno padłby z wyczerpania.
Za to demon, towarzyszący mu na każdym kroku, nie wykazywał żadnych oznak zmęczenia. Gdy mag zasypiał, on wciąż czuwał, gapiąc się na niego swymi wielkim oczyma, a gdy się budził, pierwszą rzeczą jaką widział był on, wciąż patrzący i, co niepokojące, siedzący parę metrów bliżej. Najwyraźniej w ogóle nie sypiał, a na dodatek w nocy przysuwał się bliżej, niewiadomo, z jakiego powodu. Może zmagał się sam ze sobą i próbował powstrzymać przed zamordowaniem starca we śnie?
Czarodziej szczerze żałował, że zużył komponenty potrzebne do czaru umożliwiającego latanie – dzięki niemu mógłby szybko zostawić niechcianego towarzysza w tyle i mieć choć jeden problem z głowy. Oczywiście zabezpieczał się przed jego ewentualnym atakiem, jak zawsze starając się przewidzieć wszystko z góry, ale i tak nie sypiał zbyt dobrze. Jego sny, od kiedy przybył do Otchłani, były chaotyczne i pozbawione najmniejszego sensu. Wrzynały się w jego umysł i choć usilnie się starał, nie mógł o nich zapomnieć. I choćby były najstraszniejsze i najobrzydliwsze, nie mógł się obudzić. Jakby coś usilnie trzymało go w tym świecie sennych koszmarów i kazało patrzeć na Chaos.
W porównaniu z niektórymi z nich, towarzystwo cuchnącego demona było wręcz wyborne, ale mimo to i tak go nienawidził, tak jak tych chorych snów i odległych gór.
One, tak jak otaczająca go bezgraniczna przestrzeń i nieustanne pozostawanie w gotowości nie pozostawały bez wpływu na jego psychikę, coraz bardziej skrzywiającą się i pogrążającą w obłędzie.
Nie odzywał się do demona w ogóle, bo choć nurtowało go wiele pytań, to wiedział, że nie uzyska żadnych konkretnych odpowiedzi. Stwór też niewiele mówił i nie wykazywał żadnych emocji. Po prostu podążał za nim, wciąż patrząc. Zawsze patrząc.
Na początku irytowało to maga dość mocno, ale z czasem zaczął się przyzwyczajać. Ignorował jego wzrok i nie zwracał (przynajmniej powierzchownie) najmniejszej uwagi na to, co robił. Jedynie czasami, w chłodne noce, budził się nagle i bojąc się poruszyć, nasłuchiwał jego świszczącego oddechu, tak niebezpiecznie bliskiego.

***

Wyschnięte pustkowie ciągnęło się w nieskończoność a godziny wlokły niemiłosiernie. Słońce i Księżyc pędziły po niebie, jakby ścigając się nawzajem i bezskutecznie próbując dogonić. Temperatura każdego dnia zdawał się rosnąć, a noce przejmowały już nie chłodem, a zimnem. Ziemia była tu tak spalona, że nie było śladu nawet po uschniętych krzakach. Jedynym urozmaiceniem były pęknięcia i szczeliny powierzchni, na które natrafiali co jakiś czas. Niektóre były wielkimi kanionami, na pokonanie innych wystarczył jeden krok. Mag zastanawiał się czasami, stojąc na krawędzi przepaści, czy szponiasta dłoń zaraz nie popchnie go w tą bezdenną otchłań, ale demon zdawał się nawet o tym nie myśleć i też podziwiał malujący się przed nimi krajobraz. Najwyraźniej dość się już napatrzył na czarodzieja, bo od pewnego czasu nie poświęcał mu tak dużej uwagi jak kiedyś.
Doby mijały, a oni wciąż szli, choć każdego dnia pokonywali mniejszy dystans. Zmęczony czarodziej szedł coraz wolniej i wolniej, ciągając nogi po ziemi i wzbijając obłoczki kurzu, a demon kroczył za nim i patrzył, jak jego towarzysz powoli umiera z głodu.
Był pewien podziwu dla tego starca, który tak uparcie zmierzał w stronę gór, wciąż tak samo odległych. Mag nie jadł od wielu dni, a mimo to szedł, wciąż szedł. Zdawało się, że nawet gdyby stracił nogi, wciąż zmierzałby do celu, czołgając się po spękanej ziemi. Demon już od początku wiedział, że ten stary człowiek może zajść daleko - jego siła woli była niesamowita, a umiejętność kontrolowania własnych emocji wręcz zdumiewająca. Mimo że dla niego, istoty Chaosu, wciąż był tylko zwykłym człowiekiem, który prędzej czy później skończy w jego żołądku, to szczerze go podziwiał.
Szli razem w milczeniu, w skwierczącej ciszy pustyni, przerywanej tylko ciężkim dyszeniem maga.

***

Strumień chłodnej wody gwałtownie przebił spękaną skorupę i wyleciał wysoko w górę, pokrywając wszystko wokół półprzezroczystą mgiełką. Demon patrzył na drgającą tęczę pomiędzy unoszącymi się kropelkami, a potem przeniósł wzrok na klęczącego maga, zalewanego strugami wody.
Zaklęcie dobiegło końca. Chylące się już powoli ku zachodowi, prażące Słońce i spragniona ziemia w minutę sprawiły, że po niedawnym gejzerze nie został najmniejszy ślad prócz napełnionych butelek, porozstawianych wszędzie dookoła i maga, ociekającego wodą.
Wstał, chwiejąc się na nogach. Podniósł najbliższą butelkę i wypił połowę zawartości. Otarł twarz rękawem, odgarniając jednocześnie z czoła mokre włosy.
Spojrzał na stojącego demona. Z uśmiechem wyciągnął w jego stronę rękę z butelką, jednoznacznie proponując napój, po czym parsknął śmiechem i upadł z powrotem na kolana, wciąż chichocząc. Bezcenny płyn wylał się z upuszczonej butelki i wsiąknął bezpowrotnie w nienasyconą glebę.
Demon patrzył na to przedstawienie beznamiętnym wzrokiem, czując, że czarodziej zbliża się już do kresu wytrzymałości.
Podszedł do niego powoli. Mag podniósł głowę, wciąż się uśmiechając.
- Co, teraz mnie zabijesz?
- Poczekam, aż sam umrzesz.
- Nie doczekasz się.
- Z tego co widzę, to nie potrwa długo.
- Głupcze! – mag zaśmiał się głośno. – Nic o mnie nie wiesz. Gapiłeś się na mnie przez te wszystkie dni, nie dlatego, że mnie dogłębnie badałeś, ale dlatego, że próbowałeś wejrzeć mi w umysł i duszę.
Demon zmrużył oczy.
- Ale nie potrafisz, nie możesz.. – czarodziej ciągnął dalej, widząc, że poruszył czułą strunę. – Możesz czytać tylko me powierzchowne myśli. Dlatego nie wiesz, jakie jest moje marzenie. Dlatego nie wiesz, na co mnie stać.
- Marzenia są dla głupców.
- Nigdy nie mówiłem, że nim nie jestem – odparł, podnosząc się ciężko z ziemi.
Pozostały mu dwa wyjścia z tej paskudnej sytuacji. Albo spróbuje zabić demona, albo zrobi coś tak szalonego, że mogło się to pojawić tylko w jego skrajnie wyczerpanym umyśle.
Pomysł walki z demonem odpadał – nawet w pełni sił pewnie miałby z nim spore problemy, nie wspominając o jego obecnym stanie. Myślał już o tym oczywiście wcześniej, ale ostatecznie uznał to za zbyt lekkomyślne i ryzykowne. Nie należało atakować kogoś bez pewności co do zwycięstwa, chyba, że nie miało się wyboru.
Pozostawało drugie wyjście.
Odwiązał torbę przechowywania i wyciągnął z niej zielonkawą limę. Następnie wyjął z kieszonki mały kamyk o kwadratowym kształcie i pudełeczko, z którego z kolei wysypał siedem drzazg nie mniejszych od palca. Zgniótł limę, próbując nie myśleć o tym, jak wspaniale by smakowała i nie oblizując nawet palców z obawy przed utratą kontroli nad swym wyczerpanym ciałem.
Rozpoczął inkantację, zużywając po kolei wszystkie składniki. W międzyczasie wziął jeszcze parę ziarenek piasku, a na sam koniec podniósł upuszczoną butelkę i wytrząsnął z niej parę pozostałych kropel. Dokończył recytację i patrzył, jak zaklęcie zaczyna działać, a powietrze przed nim gęstnieje od nagromadzonej magicznej energii.
Demon również patrzył i nie mógł uwierzyć w to, co widział. Na jego oczach zmaterializowała się spora kamienna chatka z dwoma oknami, drzwiami i kominem, o łącznej powierzchni pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Nie widział tego zaklęcia od tak dawna, że prawie zapomniał o jego istnieniu.
Czarodziej uśmiechnął się szeroko i otarł spocone czoło. Podszedł do drewnianych drzwi i nacisnął klamkę, po czym wszedł do środka. Westchnął cicho, gdy poczuł przyjemny chłód, bijący od kamieni. Przystawił rozpaloną twarz do ściany i rozkoszował się jej kojącym zimnem.
Demon, nie czekając na zaproszenie, podążył szybko za magiem i pochylając się nisko zajrzał przez próg do cienistego wnętrza. Otworzył szerzej oczy – domek był umeblowany. Przy jednej ścianie znajdowała się podłużna koja, a przy drugiej biurko z krzesłem. Pośrodku stał niewielki stolik i dwa kolejne siedziska. Mag odlepił się w końcu od ściany, zatoczył po pomieszczeniu w stronę koi, w ostatniej chwili zmieniając kierunek i lądując na krześle przed biurkiem. Wiedział, że jeśli teraz zaśnie, może już się nie obudzić.
- Nie.. nie rozumiem – głos demona drgał z podniecenia. – Jak.. Skoro miałeś to zaklęcie w swoim repertuarze, czemu nie użyłeś go wcześniej?
Czarodziej odchylił się na krześle i spojrzał na demona, jakby ten spytał o coś oczywistego.
- Czy to nie jasne? Miałem tylko jedną limetkę.
- Y..
- Teraz pokażę ci coś lepszego – mruknął, sięgając do torby i próbując skupić myśli.
Yhm.. Księga zaklęć. Papier. Papier. Dwadzieścia kartek papieru. Ołówek. Drugi ołówek. Księga run. Ale boli.. Gumka. Temperówka. Kurwa, nie ma. Niemożliwe. Temperówka. Kur.. Kozik.
Ułożył wszystkie przedmioty na biurku, po czym usadowił się wygodnie, wziął do ręki ołówek i otworzył księgę zaklęć. Demon stał już nad nim, przyglądając się z zaciekawieniem.
- Patrz – mag powiedział do niego krótko i zaczął wertować grubą księgę.
Demon posłusznie patrzył, ale dopiero po mniej więcej pół godzinie pojął to, co robił mag. Jego oczy wytrzeszczyły się jeszcze bardziej, a dolna szczęka mimowolnie opadła.
On tworzy nowe zaklęcie. Ten szalony, na wpół umierający człowiek w ostatnich godzinach swego życia wziął się za tworzenie zaklęcia.
Ze swojej księgi czarodziej spisał na kartkę jakiś czar przyśpieszający wzrost i teraz zmieniał go, wymazując i dopisując pojedyncze runy, czasem wspierając się runicznym podręcznikiem. Gdy ołówek łamał się lub tępił, ostrzył go szybko nożem i pisał dalej. Krople potu co chwila kapały na arkusze papieru, ale zdawał się tym nie przejmować. Mylił się często i nieraz wyglądał tak, jakby miał stracić przytomność.
Demon zaś jak zahipnotyzowany patrzył i wciąż nie mógł uwierzyć w to, co widział.
Po jakiejś godzinie mag odezwał się zachrypniętym głosem.
- Byłbym wdzięczny.. gdybyś, gdybyś.. – urwał na chwilę, jakby zapomniał, co miał powiedzieć. Odezwał się po minucie, wciąż skrobiąc po papierze. – Gdybyś przyniósł mi te butelki wody z zewnątrz.
- E, y.. dobrze – demon był zbyt zszokowany planem maga, by odmówić. Uwinął się wyjątkowo szybko, nie chcąc stracić ani jednej minuty tego widowiska. Czarodziej łapczywie wziął jedną z butelek i wypił prawie całą zawartość, po czym ponownie zabrał się do pracy.
Nie wiedział, ile godzin minęło do czasu, gdy postawił ostatnią kreskę resztką ołówka i jego głowa opadła bezwładnie na biurko.
Demon myślał, że starzec w końcu umarł i zrobiło mu się żal, że nigdy nie dowie się, czy zaklęcie zadziałałoby czy nie. Wyciągnął w jego stronę szponiastą dłoń, gdy tamten nagle ocknął się a demon cofnął rękę, zaskoczony.
- Żyjesz? – spytał.
Mag nie odpowiedział. Gapił się przez chwilę na biurko i leżące na nim arkusze, po czym wstał powoli, biorąc do ręki ostatnią zapisaną kartkę. Wziął parę łyków wody i ruszył w stronę drzwi, chwiejąc się lekko. Wyszedł na zewnątrz i uśmiechnął się na widok odległych gór na tle różowiejącego nieba. Świtało.
Demon wyszedł zaraz za nim, zastanawiając się, co teraz zrobi. Czarodziej tymczasem odszedł kilkanaście kroków od domku i wyjął z kieszeni małe nasionko, po czym zapatrzył się na kartkę.
To niemożliwe, pomyślał przerażony z podniecenia demon. On chce rzucić zaklęcie z tej kartki jak ze zwoju. Tutaj, teraz.. JUŻ JE RZUCA!
Istotnie, mag rozpoczął już inkantację. Czytał powoli zapisane słowa, ledwie je widząc ze zmęczenia i przerywając co chwila, jednak na tyle krótko, by zaklęcie nie wygasło. Z nosa pociekła mu krew a głowa pulsowała tak bardzo, że miał wrażenie jakby zaraz miała eksplodować. Ostatkiem sił rzucił przed siebie pestkę i zachrypniętym głosem wymówił pozostałe słowa.
Nasionko wylądowało na ziemi w tej samej chwili, w której mag upadł na kolana. Wypuścił z dłoni zwój, który zaraz potem spłonął błękitnym płomieniem, a w miejscu, gdzie spadła pestka, ziemia wybrzuszyła się i pękła w paru miejscach.
Demon błyszczącymi oczami patrzył, jak z martwej ziemi wyrasta małe drzewko i rośnie w zastraszającym tempie. Po parunastu sekundach było już tak wielkie, że zasłoniło nawet odległe góry. Nagle wydało owoce. Dziesiątki, setki małych jabłek pojawiły się na gałęziach. Dojrzały i poodpadały z drzewa w ciągu paru sekund, zaś sama jabłoń zaczęła obumierać.
Po minucie z drzewa został uschnięty badyl, otoczony morzem dorodnych jabłek.
Demon ryknął donośnym śmiechem, słyszalnym w promieniu kilkunastu kilometrów i mrożącym serca tych, którzy go akurat słuchali.
Z niegasnącym uśmiechem podszedł do leżącego na ziemi czarodzieja.

***

Nieprzenikniona czerń, przelewająca się w beznamiętną szarość. Dalekie, zamglone światła, przyciągające wzrok i dające fałszywą nadzieję. Cisza, przerywana bezdźwięczną myślą.
Otworzył pomarańczowe oczy.
Przez chwilę leżał nieruchomo, wpatrując się w wirującą nad nim szarość. Podniósł się powoli, próbując przypomnieć sobie, co to za miejsce i jak się tu znalazł.
I wtedy po raz pierwszy spotkał siebie.
Stał tam, kilkanaście kroków dalej. W matowych, czerwonych szatach i kapeluszu tego samego koloru, przekrzywiającym się lekko na lewo. Był dokładnym odbiciem czarodzieja, z wyjątkiem oczu - wciąż miały jasny, pomarańczowy kolor, ale nie było w nich już nic ludzkiego. Czarne źrenice były zwężone i wyglądały jak dwie cieniste szczeliny między wymiarami.
- Kim jesteś? – spytał mag.
- Tobą.
- Jak to możliwe..?
- Po prostu. Jesteś w swoim umyśle.
Mag zmarszczył brwi.
- Nie martw się. Demon tu nie zajrzy. Jesteśmy zbyt głęboko.
- Co tu robię?
- Znajdujesz się w śpiączce.
Czarodziej otworzył szerzej oczy, nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, jego odbicie ponownie zabrało głos:
- Nie. Obudzisz się niedługo.
- To dobrze.. tak myślę.
Klon drgnął lekko. Zmrużył swe demoniczne oczy.
- To dobrze? TO DOBRZE? Spójrz, czym się stałem i powtórz, że to dobrze, że wciąż żyję! – wrzasnął i rozerwał swe szaty teatralnym gestem, ukazując pokryte czarnymi pręgami, wychudzone ciało. Czarodziej krzyknął, widząc siebie w takim stanie. Czarne miejsca wyraźnie ruszały się, tak, jakby składały się z tysięcy robaków.
Nie, uświadomił sobie. To są robaki. On gnije. Ja gniję.
Ona gnije.

Odbicie zdawało się czerpać przyjemność z reakcji maga na jego krótkie przedstawienie. Uśmiechnęło się kpiąco.
Nagle znalazło się tuż przy nim. Złapało go w żelaznym uścisku zanim tamten zdążył się wycofać i spojrzało mu głęboko w oczy.
- A wiesz, co jest jeszcze gorsze?
Mag pokręcił przecząco głową, sparaliżowany strachem.
- Że.. ja.. to.. lubię.
Ostatnie słowo odbiło się echem od niewidzialnych ścian i nie przestawało rozbrzmiewać w uszach czarodzieja. Zaczął się szarpać, ale przestał szybko, widząc bezskuteczność swoich prób.
- Dlatego.. – ciągnął jego klon, zbliżając usta do ucha maga. – Masz rację. To cholernie dobrze, że przeżyłeś i zaraz się obudzisz. I dlatego.. Dziękuję ci.
Mag odsunął głowę z odrazą. Tamten uśmiechnął się, szczerząc zaostrzone kły.
- Niedługo przestaniesz się mnie brzydzić. Zapewniam cię. A póki co.. do zobaczenia – powiedział i puścił maga. Czarodziej poleciał w dół, w nieskończoną przepaść, wąską jak czarne źrenice demonicznej projekcji.

***

Zerwał się gwałtownie z koji, ale ból głowy natychmiast przyszpilił go z powrotem do łóżka.
- Och? Już się obudziłeś?
Przekręcił lekko głowę i zobaczył białą twarz demona, siedzącego na krzesełku o wiele na niego za małym. Otworzył usta, ale wydobył się z nich tylko niezrozumiały charkot.
Butelka z wodą wylądowała obok niego na koji. Bez zastanowienia wypił parę łyków i dopiero potem uświadomił sobie, że mogła być zatruta.
- Bez obaw – powiedział szybko demon. – Dobrze wiesz, że gdybym chciał to zrobić, już dawno byłbyś w moim żołądku. O, tak..
- Co się stało? – wychrypiał, bezskutecznie próbując się podnieść.
- Przeżyłeś. Fascynujące, prawda? Powinieneś już być martwy. A ty wciąż dychasz, a na dodatek to twoje zaklęcie zadziałało. Ha!
- Zaklęcie.. – mag otworzył szerzej oczy. – Jabłka! Na dworze jabłka przecież.. jak długo leżałem? Muszę..
- Spokojnie. Zebrałem je do torby przechowywania – powiedział z uśmiechem rzucając torbę magowi.
Tamten złapał i wsadził szybko rękę do środka. Wyjął jedno jabłko i odetchnął z ulgą. Spojrzał na demona.
- Czemu..?
Wzruszył ramionami.
- Mówiłem przecież, że chcę zobaczyć.
- No tak.. – czarodziej uśmiechnął się lekko, przenosząc wzrok z powrotem na dorodne jabłko w jego dłoni. – Zobaczysz.
Mokre chrupnięcie wydało mu się najpiękniejszym dźwiękiem, jaki kiedykolwiek usłyszał.
Żuł dokładnie, by ułatwić pracę skurczonemu żołądkowi. Mimo że był strasznie głodny, zjadł niecałą połówkę.
Odetchnął z ulgą, opadając z powrotem na twardą koję. Teraz będzie z górki.
Rozejrzał się po chatce. Wszystko było tak, jak to zostawił, łącznie z bałaganem na stole. Leżała też tam jego księga zaklęć. Wyglądała na nieruszoną, ale mag wiedział, że demon ją przewertował. Nie mógłby oprzeć się pokusie.
Pięknie, pomyślał. Po prostu pięknie.
Ale nie tylko to było jego zmartwieniem. Ten krótki sen, czy też wizja, sam nie wiedział jak to nazwać, był niezwykle realny i inny od wszystkich, jakie miał do tej pory. Czyżby tamta istota, wyglądająca zupełnie jak on sam, była prawdziwym bytem? A jeśli tak, to czy żyła w nim od zawsze czy też pojawiła się teraz, pod wpływem otaczającego go Chaosu?
Pytania mnożyły się bezlitośnie, a mag wiedział, że nie znajdzie na nie prędko odpowiedzi, jeśli w ogóle. Teraz jednak miał ważniejsze sprawy na głowie, odsunął więc na bok te rozważania.
Godzinę po jego przebudzeniu kamienny domek znikł tak nagle jak się pojawił.
Demon, wciąż siedzący, wciągnął gwałtownie powietrze i zamachał śmiesznie długimi rękoma, gdy małe krzesło nagle rozpłynęło się w powietrzu, a on wylądował twardo na spękanej ziemi. Mag miał więcej szczęścia, bo dosłownie parę sekund wcześniej wstał ze swojej koji. Przeciągnął się, wsłuchując w chrzęsty starych kości.
Dokończył jabłko, wziął parę łyków wody i powrzucał wszystkie swoje przedmioty z powrotem do torby.
- Idziemy? – spytał demon, gramoląc się z ziemi.
- Tak.
- Nie przesadzasz? Chyba powinieneś jeszcze trochę odpocząć.
- Nie – odparł, pijąc wodę. – Później. Słońce.. Zatrzymamy się, gdy zajdzie.
- Jak chcesz.
Czarodziej kiwnął tylko głową i przypinając swoją małą torbę z powrotem do paska, zaczął iść. Demon ruszył za nim, dotrzymując kroku.
Zgodnie z tym, co powiedział, zatrzymali się dopiero gdy Słońce znikło za horyzontem. Temperatura gwałtownie spadała, więc pomocą magii rozpalił ognisko. Potem usiadł z cichym westchnieniem i wyjął kolejne jabłko. Z rozkoszą wgryzł się w soczysty owoc, nie przejmując się sokiem cieknącym mu po brodzie.
Demon usiadł naprzeciwko.
- Powiedz mi.. czemu czekałeś z przygotowaniem tego zaklęcia od jabłek do ostatniej chwili? Przecież byłeś umierający.
- Drzewo wędrowca – mruknął, wycierając twarz rękawem.
- Co?
- Tak je nazwałem. Drzewo wędrowca.
Popił paroma łykami i wytarł twarz rękawem.
- Szkoda tylko, że straciłeś je na zawsze w chwili, gdy zwój spłonął.
- To prawda.. – mag wyraźnie posmutniał. Podniósł głowę, szybko dochodząc do siebie. – Ale to nie powód, by nie nadać mu nazwy.
- Więc? Czemu czekałeś?
Mag przez chwilę miał ochotę powiedzieć, że skoro jest taki ciekawy, to powinien to sobie wyczytać w jego umyśle, ale rozmyślił się. Jakoś nie miał ochoty na złośliwości. Poza tym, demon go uratował. Mimo wszystko. Oczywiście, nie będzie mu dziękował czy czuł się zobowiązany. Wiedział, że tamten zrobił to wyłącznie ze względu na swoje zachcianki, a nie z dobroci serca.
W Otchłani nie było miejsca na akty miłosierdzia ani na wdzięczność.
- Nie czekałem. Ten pomysł był aktem desperacji, wymyślonym w chwili, gdy poczułem, że dłużej nie pociągnę. Wcześniej wciąż miałem nadzieję, że dojdę.. dojdziemy do jakiegoś źródła pożywienia.
- Czyli nie wiedziałeś, że to się uda?
- Oczywiście, że nie. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że zadziała. Wymyślone pośpiesznie zaklęcie, na kartce papieru, naskrobane ołówkiem? Kto by w to uwierzył..?
- Ale je rzuciłeś.
- Spróbować zawsze warto.
- Fascynujące.. Nie sądziłeś, że się uda, a mimo to spróbowałeś czegoś takiego. Doprawdy, jesteś fascynujący.
- Może – mruknął skromnie, jak zawsze nie dbając o pochwały (szczególnie te wychodzące z cuchnącej paszczy demona).
- Wiesz chyba, że większość twoich pobratymców, czarodziei, nawet nie dopuściłaby tak szalonego pomysłu do głowy, prawda?
Mag kiwnął głową.
- I dlatego oni leżą teraz w grobach, a ja jestem tu – powiedział z uśmiechem, choć wiedział, że zbytnie naginanie reguł również może skończyć się rychłą śmiercią. Magia bywała kapryśna i jedno naciągnięcie za dużo mogło oznaczać całkowitą anihilację użytkownika.
Odpowiedział mu głośny śmiech demona.
Tamtej nocy rozmawiali ze sobą jak dwaj dobrzy znajomi, których złączył wspólny los. Oczywiście, obydwoje w to nie wierzyli i podczas gdy z ich ust płynęły nieistotne słowa, mag zastanawiał się, jak dostanie się jego księgi zaklęć w łapska demona osłabiło jego pozycję, a demon rozmyślał, który organ czarodzieja będzie najlepiej smakował, gdy w końcu rozpruje mu flaki.
I choć dwa następne dni minęły spokojnie, to trzeciego nikt nie mógł już mieć wątpliwości, co do stosunków, jakie między nimi panowały.
A cóż może lepiej skłócić dwóch mężczyzn jeśli nie..
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

sob lis 24, 2007 1:12 am

Witam ponownie. Wiem, że minęło wiele czasu od mojego ostatniego postu i przepraszam za to, ale ciężko było mi się zebrać w sobie i napisać coś sensownego (a raczej poprawić, bo mam napisanych parę rozdziałów do przodu i teraz je tylko modyfikuję :razz: ). Jak też pewnie wszyscy wiedzą, nie należy się śpieszyć z pisaniem ale raczej poczekać na przyjście weny ^^ Ale do rzeczy. Czas na rozdział 3. Mam nadzieję, że spodoba Wam się tak jak poprzednie.


--------


Rozdział III
Dziewczyna


Stoję w swoim pokoju. Przez wysokie okna wlewa się niebieskie światło księżyca Selune, a na przeciwległej ścianie widnieje mój cień, choć wcale nie jest mój. Robi to co ja, ale wiem, że jest inną istotą i gdy tylko się odwracam, on zaczyna szaleć. A mimo to jest mną.
Jak to możliwe?
Na ścianie wisi obraz, przedstawiający jakiś bajeczny widok, jednak nie potrafię powiedzieć jaki. Dopiero gdy przyglądam się mu bliżej, widzę pustynię i góry w oddali, wcale nie tak piękne. Skąd je znam? Ich postrzępione szczyty, wyglądające jak morze dłoni wyciągniętych w stronę bezlitosnego nieba, coś mi przypominają, choć sam nie wiem co.
Podchodzę do biurka i patrzę na leżącą tam otwartą księgę, ale nie mogę odczytać zapisanych w niej słów. Obok niej leży ciemnozielony kryształ, załamujący promienie światła i zdający się zatrzymywać je w sobie.
Ten kryształ.. Jakże mógłbym go zapomnieć?
Chcę go dotknąć, jeszcze raz poczuć chłód i gładkość jego niezliczonych ścian, ale nie mogę, moja ręka mnie nie słucha. Zamiast tego wychodzę z pokoju i ruszam w dół pogrążonego w mroku korytarza. Korytarza w domu, w którym spędziłem pierwszych kilkanaście lat swego życia. Choć jest ciemno, widzę dobrze, tak jakbym posiadał umiejętność infrawizji. Mijam gabinet ojca, schodzę po schodach i jestem w salonie. Na ścianie znowu pojawia się mój mroczny sobowtór, a cienie innych przedmiotów łączą się z nim i sprawiają wrażenie rogów i postrzępionych skrzydeł.
Spoglądam na kolejny obraz, wiszący nad chłodnym kominkiem. Przedstawia góry, te same co poprzednio, ale widziane z pokrytych śniegiem równin.
Znów mam wrażenie, że to wszystko już było, że ja już to widziałem i tam byłem. Czuję na plecach czyjeś spojrzenie, obracam się więc szybko, jednak jedyne co widzę to mój rogaty cień.
Mam dość. Wychodzę szybko z salonu i kieruję się korytarzem do frontowych drzwi. Otwieram je z hukiem i wychodzę na ulicę.
I nagle jestem taki jaki byłem kilkadziesiąt lat temu – zwykły dwunastoletni chłopak o nieco szerszym od jego rówieśników spojrzeniu na świat. Jest chłodny, grudniowy dzień, a ja mam na sobie swoją szarą kurtkę. Spod grubej czapki wystają moje długie, czarne włosy. Dookoła stoją roześmiani znajomi, dawni koledzy i koleżanki. Nawet nie pamiętam ich imion..
Nagle, coś się dzieje. Nie wiem co, ale gdy otwieram ponownie oczy, oni wszyscy leżą na ziemi. Całe miasto jest zniszczone, a jego mieszkańcy martwi.
Płatki śniegu topią się w parujących kałużach krwi, a ja otwieram usta w niemym krzyku. Padam na kolana i patrzę na czyjeś serce, leżące w mej dłoni. Podążam wzrokiem za ciągnącymi się żyłami i patrzę na przerażoną twarz właścicielki. Czemu ona jeszcze żyje?
To bijące serce jest tak cudownie ciepłe..
Nie mogę, nie.
Chcę je wyrzucić, pozbyć się, ale zamiast tego przybliżam je coraz bliżej twarzy. Ręka mi drży, ale to cholerne serce nie chce wypaść. Walczę jeszcze przez chwilę, po czym poddaję się i wgryzam w nie jak w jabłko. Chce mi się wymiotować, ale nie mogę przestać. Krew tryska na wszystkie strony i ścieka mi po szyi, łaskocząc przyjemnie. Jem łapczywie, cały czas wyzywająco patrząc w oczy tej biednej dziewczyny, która, choć to wbrew wszelkiej logice, umiera dopiero, gdy skończę.
Przez chwilę siedzę w bezruchu, dysząc ciężko. Niepohamowana żądza i podniecenie wypełniają mnie od środka i zmuszają do działania.
Ze łzami w oczach rzucam się na jeszcze ciepłe ciała reszty mych znajomych z dzieciństwa i zaczynam je pożerać, nie zwracając uwagi na monstrualne bestie rodem z najgorszych koszmarów, które pojawiają się dookoła i dołączają do uczty.
Budzę się dopiero, gdy skończę. Nigdy wcześniej.


***

Otworzył powoli oczy i przez parę minut leżał w bezruchu, patrząc bezmyślnie w ciemnogranatowe niebo. Czuł na sobie ciężkie spojrzenie siedzącego niedaleko demona, ale nic nie mogło się równać ze smakiem krwi, wciąż obecnym w jego ustach.
Wybacz mi, nieznajoma dziewczyno, którą znałem w tamtym życiu.
Mimowolnie zacisnął pięści i zgrzytnął zębami, gdy nagła fala bezsilności i następującej po niej czystej nienawiści przetoczyła się przez jego ciało. Nie wiedział już, czy wolał sny tak chaotyczne, że nic z nich nie rozumiał, czy też takie jak ten, o jasnej, ale i chorej, fabule.
Zresztą, to bez znaczenia. Wszystkie niosły ze sobą to samo przesłanie i miały jeden, wspólny cel.
Podniósł się ciężko z ziemi. Przemył twarz zimną wodą, zmywając z siebie resztki snu tylko po to, by za chwilę zanurzyć się w równie nierealnej rzeczywistości Otchłani.
Zmusił się do zjedzenia jabłka, po czym zwinął swe niewielkie obozowisko i zaczął iść w stronę wiecznych gór, nie zamieniając ani słowa z milczącym demonem.
Szedł raźnie i szybko, bo choć było jeszcze na długo przed świtem, to w przyjemnym chłodzie wędrowało się lepiej niż w palącym słońcu dnia. Witaminowa dieta też robiła swoje i z każdym kolejnym dniem wracały mu dawne siły. Czasem tylko miewał dość silne napady migreny, pozostałość po ekstremalnym wysiłku przy tworzeniu zaklęcia i jego rzucaniu z kartki papieru. Cena za brawurę.. i nie przestrzeganie reguł.
Poza tymi chwilowymi bólami czuł się jednak coraz lepiej, przynajmniej w sferze zdrowia fizycznego. Uzupełnił repertuar czarów, choć uczenie się zaklęć zajęło mu nieco więcej czasu niż zazwyczaj. Bardziej niż tym martwił się jednak paskudnym uśmiechem demona, który wykwitł na jego pysku tuż po tym jak mag wyciągnął swą księgę.
Przejrzał ją, ten cholerny zwierz ją przejrzał.
Parę razy sprawdzał nawet, czy nie wyrwał mu jednej ze stron albo nie zabrał z torby jakichś komponentów, ale wszystko było na swoim miejscu. Nie zostawił żadnych śladów.
Żałował, że nie schował jej zaraz po spisaniu zaklęcia, albo że wraz z chatką nie wezwał niewidzialnego służącego, który mógłby to zrobić za niego, oczywiście, o ile by mu to wcześniej rozkazał. Fakt, że był wtedy umierający i ledwie przytomny, nie był dla niego żadnym usprawiedliwieniem. Ta słabość może w przyszłości kosztować go życie.
W Otchłani nie było miejsca na błędy.
Niebo wokół gór przybrało piękny różowy odcień, zwiastujący nadchodzące Słońce. Pierwsze złote promienie prześlizgnęły się między skalistymi szczytami i oświetliły wychłodzoną pustynną równinę.
Prawie od razu dwaj podróżnicy zauważyli błyszczący w oddali przedmiot. Ich oczy były tak przyzwyczajone do monotonności krajobrazu, że to urozmaicenie, choć dalekie i ledwie widoczne, raziło ich i nie pozwalało się zignorować. Gnany ciekawością czarodziej przyśpieszył kroku tak, że w kilkanaście minut był już na miejscu.
Podniósł szklany przedmiot.
- Butelka.. Leży tu od niedawna.. – mruknął, rozglądając się dookoła. - Nie jesteśmy sami.
Demon, jak zwykle będący blisko niego, tylko się uśmiechnął.
- Co? – spytał mag, patrząc podejrzliwie. – Chcesz mi coś powiedzieć?
- Ja? Nie.
- Aha. Myślałem, że może kogoś się spodziewasz.
- Żartujesz? – parsknął. – Ostatni raz widziałem tu coś żywego w drugim okresie trzydziestego ósmego.
Czarodziej nie wiedział kiedy był „drugi okres trzydziestego ósmego”, ale po tonie jego głosu domyślił się, że było to dawno temu. Bardzo dawno temu, zważywszy na to, że nieśmiertelne demony miały nieco inny sposób postrzegania czasu.
Cóż, przynajmniej wiem, że warstwa jest zamieszkana nie tylko przez to cuchnące stworzenie.
Wzruszył ramionami i ruszył dalej, bezskutecznie rozglądając się za kolejnymi śladami.
Dopiero w samo południe, gdy mieli już zatrzymać się na postój, znów zauważyli coś wyraźnie kłócącego się z beznamiętną żółcią pustyni. Poprzecierana w paru miejscach brązowa, skórzana torba.
- Pusta – powiedział, przetrząsając ją dokładnie.
Teraz to demon wzruszył ramionami.
Czarodziej zmarszczył brwi, upychając torbę do własnego worka i myśląc intensywnie. Na pustyni był jeszcze ktoś oprócz nich, kto zmierzał w tę samą stronę, co oni. Skąd się wziął i od jak dawna już tu był? Butelka była wyrzucona jeden, może dwa dni temu, a ta torba prawdopodobnie dzisiaj. Wyglądało na to, że kimkolwiek by nie był, strasznie się wlókł i jeśli utrzymają stałą prędkość, to do wieczora powinni go dogonić. O ile jeszcze będzie żył.
I choć mag ledwie mógł ustać w miejscu, palony ciekawością i pragnieniem jak najszybszego odkrycia tożsamości owego tajemniczego podróżnika, to niedługo po drugim odkryciu zatrzymał się na postój. Nie mógł zakłócać harmonogramu wędrówki i nadwerężać własnych sił i nawet gorąca pustynia nie była w stanie rozgrzać tego chłodnego sposobu myślenia.
Kolejny ślad znaleźli dopiero pod koniec dnia, gdy Słońce zaczęło rozpalać horyzont piekielnie czerwonym światłem.
- Spódnica – powiedział czarodziej, unosząc brew. – I wełniany sweter.
- To chyba oznacza, że czeka nas niezła zabawa – demon lubieżnie oblizał sine wargi zbierając przy tym kawałki wyschniętej skóry.
Byli już bardzo blisko, mag czuł to. Demon, poruszający swymi nozdrzami jak węszący pies, jedynie utwierdzał go w tym przekonaniu. Niedługo znajdą podróżnika, który, jak wskazywała na to spódnica, był dziewczyną.
Albo facetem z dziwnymi upodobaniami, pomyślał sarkastycznie, wspominając pewnego znajomego herszta złodziejskiej gildii, który lubił zamykać się w swej komnacie i przebierać w damskie ciuszki. Nigdy nie zapomni wyrazu na jego upudrowanej twarzy, gdy podczas likwidacji całej organizacji wpadł do jego pokoju korzystając z jednego ze swych licznych, efektownych wejść, a tamten usiłował właśnie włożyć spodnie na odziane w rajstopy nogi.
Czasem mam wrażenie, że całe moje życie było takim cyrkiem, pomyślał mag, kręcąc zrezygnowanie głową.
- To źle? – spytał demon, najwyraźniej rozbawiony dawną przygodą swego towarzysza. – Życie powinno być pełne radości, ponury czarodzieju.
Popatrzył na niego z niedowierzaniem. Niezwykłość tej uwagi przyćmiła nawet fakt ciągłej penetracji jego myśli.
- Pozwolisz, że nie będę przyjmował życiowych rad od demona – odparł cierpko, ruszając w dalszą drogę.
- To nie była rada, czarodzieju. Twoje życie i tak już dobiegło końca.
Mag zatrzymał się gwałtownie, niepewny znaczenia tych słów. Przez chwilę stał w bezruchu, jakby czekając na mający zaraz nastąpić atak, w myślach przywołując jednocześnie najsilniejsze przygotowane zaklęcie. Gdy nic się nie stało, odwrócił lekko głowę, zerkając ponuro na stojącego za nim demona. Stwór uśmiechnął się.
- Wiesz, co miałem na myśli. Tylko ci się wydaje, że jeszcze żyjesz.
Cały czas mierzyli się wzrokiem i gdy wydawało się, że spędzą już tak całą wieczność, czarodziej wzruszył ramionami i po prostu zaczął dalej iść. Na ustach miał kpiący uśmiech, ale w rzeczywistości słowa demona ponownie wyprowadziły go z równowagi.
Będę martwy gdy sam tak postanowię, pomyślał. Nie wcześniej.
Tym wyjątkowo nielogicznym stwierdzeniem uciął dalsze rozważania na ten temat i powrócił myślami do podróżniczki, będącej gdzieś tam przed nimi.
Możliwe, że ktoś inny przyśpieszyłby kroku, może nawet zaczął biec, próbując jak najszybciej dogonić nieszczęsną istotę – skoro zrzucała już ubranie, musiała być na skraju wyczerpania i nie potrafiła myśleć racjonalnie. Ale on, jak zawsze trzymający emocje na wodzy, szedł powoli i tylko wytężał wzrok. Pozostawał też w ciągłej gotowości, zawsze bowiem istniała szansa, że dziewczyna jest w rzeczywistości kolejnym demonem, który chce zwabić w swoje sidła nierozsądnych podróżników, zgrywających wielkich obrońców uciśnionych.
W Otchłani heroizm równy był śmierci.
Uszli około pięciu kilometrów, gdy nagle demon, dostrzegając coś na horyzoncie, wyrwał do przodu. Zaskoczony mag w pierwszej chwili pomyślał, że oto nadszedł czas ostatecznego starcia i z rozpaczą stwierdził, że nie zdąży nawet rzucić czaru. Stwór jednak minął go i nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że mógł zakończyć wszystko tu i teraz, nie okazał tego. Pobiegł szybko w kierunku gór a mag, wciąż w lekkim szoku, dopiero po chwili zauważył duży obiekt, niewątpliwie czyjeś ciało, leżące bezwładnie w powoli stygnącym powietrzu pustyni.
Klnąc głośno rzucił się w pogoń za pędzącym demonem.
- To się w głowie nie mieści.. STÓJ!
Tamten jednak ani myślał go słuchać. Pędził przed siebie, a jego wcześniejsza niezdarność znikła, zastąpiona przez niebywałą szybkość.
- Dobra. To oznacza wojnę.
Z ukrytej w rękawie kieszonki wyciągnął korzeń lukrecji i wypowiedział krótką formułkę, po czym zjadł roślinkę. Jego serce zabiło szybciej, a on dwukrotnie zwiększył swoją prędkość tak, że zaraz dogonił pędzącego demona.
- Zatrzymaj się!
Tamten spojrzał na niego z uśmiechem jakby pytał się „bo co?” i pobiegł dalej, jeszcze przyśpieszając. Czarodziej zaklął. Nie rozumiał, co demon chce osiągnąć przez to idiotyczne zachowanie. Co, dopadnie ją pierwszy i zgwałci w pośpiechu? A może zabije, wiedząc, że posiada informacje przydatne dla maga w jego wędrówce?
- Po moim trupie – sapnął ze złością, również przyśpieszając.
W jego głowie wciąż kołatało się też pytanie, czy demon ignorował jego polecenia bo wiedział, że ten nie ma zaklęć zdolnych go zranić, czy też po prostu lubił ryzyko. A może nie było powodu?
Zwolnił nieco i rozpoczął inkantację zaklęcia. Wskazał palcem cel. Co by to nie było, musiał spróbować. Demon był już blisko leżącej dziewczyny. Widział wyraźnie jej lśniące od potu, kształtne ciało i unoszącą się lekko klatkę piersiową. Żyła. Jeszcze.
Nagle poczuł silne szarpnięcie, gdy magiczna energia dotarła do celu i uderzyła go w plecy. Jego demoniczna esencja skurczyła się w sobie, stawiając zaciekły opór destrukcyjnemu zaklęciu, a on, wytrącony z równowagi, przeturlał się po ziemi wzbijając tumany kurzu i zatrzymał dopiero kilkanaście metrów za ciałem dziewczyny. Podniósł się gwałtownie z głośnym warknięciem, a z dziurki w miejscu nosa pociekła mu strużka ciemnej, prawie czarnej, krwi.
Czarodziej stał już przy dziewczynie, mierząc w niego opylony palec.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu demon zrobił krok do przodu, a czarodziej odezwał się donośnym głosem:
- Jak wiele razy możesz opierać się mym zaklęciom?
- Tak wiele, jak trzeba – prychnął. – Widziałem twoją księgę zaklęć. Nie masz nic, co mogłoby mnie zabić.
- Przekonajmy się, zatem – odparł butnie mag.
Demon nic już nie powiedział, ale nie zrobił też kolejnego kroku. Rozluźnił się i przyjął swobodną pozę. Czarodziej po chwili zrobił to samo, wciąż jednak pozostając w najwyższej gotowości. Zaklęcie przyśpieszenia dobiegło końca, ale jego serce wciąż waliło jak oszalałe.
Zerknął na leżącą dziewczynę, odzianą jedynie w brązowe, znoszone buty i białą bieliznę. Na głowie miała przewiązaną białą koszulę, mającą chronić ją przed zabójczym Słońcem.
Całkiem sprytnie jak na kogoś, kto wyrzuca swe ubranie.
Przekręcił ją delikatnie na plecy i odsłonił twarz, która choć czerwona od palącej gorączki, była naprawdę śliczna, a nieco potargane czarne włosy dodawały jej tylko uroku.
Była młoda, na oko miała z dwadzieścia lat. Nawet on, odporny na kobiece wdzięki, nie mógł nie zauważyć, że była naprawdę zgrabna i zdecydowanie miała czym oddychać.
Zdjął swoje szaty i przykrył jej ciało. Demon chciał zaprotestować, ale ograniczył się do cichego mruknięcia. Tak jak się spodziewał, ten wysuszony starzec nie wiedział, na czym polega prawdziwa zabawa.
Mag klęknął i delikatnie polał jej twarz wodą, próbując ocucić. Nie widząc rezultatów, zmoczył wyjęty z torby ręcznik i zrobił jej zimny okład na głowę, po czym przystawił do jej ust butelkę. Objęła spękanymi wargami szyjkę i wypiła parę łyków, otwierając nawet na chwile nieprzytomne oczy. Zaraz po tym zemdlała ponownie.
Zamierzał wstać, ale jego wzrok przykuła jej dłoń, zaciśnięta mocno na czymś małym. Delikatnie odchylił kobiece palce.
Kamyk. Zwykły, polny kamień, którego wszędzie było pełno. Mimo to, tknięty przeczuciem, schował go do kieszeni spodni. Zawsze bierz pod uwagę wszystkie możliwości.
Wstał, wzdychając. Wyjął z torby małą fiolkę z metalicznym płynem i rozpoczął inkantację. Pod koniec uronił jedną kroplę, a ta zatrzymała się w połowie drogi do ziemi i rozbłysła jasnym światłem. Rozciągnęła się nienaturalnie do dysku o metrowej średnicy i grubości kilkunastu centymetrów, lewitującego swobodnie nad ziemią.
Siłą myśli obniżył go tak, by móc bez zbędnego wysiłku położyć na nim bezwładne ciało dziewczyny, które wydało mu się dziwnie lekkie, po czym podniósł go z powrotem na wysokość jednego metra. Wymienił zimny okład i ruszył przed siebie, a dysk podążył posłusznie za swym twórcą, lecąc powoli.
Minął stojącego demona, nie rzucając mu nawet przelotnego spojrzenia, choć tamten gapił się na niego cały czas. Zaraz też ruszył za nimi, trzymając się jednak w nieco większej odległości niż zazwyczaj.

***

Słońce zaszło już dawno temu i niebo tonęło teraz w ciemnym błękicie. Szli w milczeniu, zatrzymując się tylko wtedy, gdy mag zmieniał okład i podawał dziewczynie parę łyków wody. Zarządził postój dopiero wtedy, gdy na czarnym niebie rozbłysły blade gwiazdy, a z ust zaczęła wydobywać się para. Ledwie zdążył rozpalić ognisko, gdy dziewczyna ocknęła się nagle. Usiadła gwałtownie, zrzucając mokry ręcznik i czerwone szaty.
Rozejrzała się tępym wzrokiem dookoła.
- Co.. się stało?
Spojrzała na demona. Zamrugała parę razy, jakby nie wierząc własnym oczom, po czym potarła je dłońmi. Potem, jak gdyby nigdy nic, przeniosła pytający wzrok na maga.
Odchrząknął i uniósł dłonie w pokojowym geście.
- Spokojnie. Nie mamy złych zamiarów. Znaleźliśmy cię nieprzytomną na pustyni i zabraliśmy ze sobą.
Przekręciła lekko głowę, jakby nie rozumiejąc. Nagle wzdrygnęła się, zdając sobie sprawę ze swego skąpego odzienia.
- G-gdzie moje ubranie? – spytała cicho, zasłaniając się wstydliwie czerwonymi szatami najlepiej jak potrafiła. Czarodzieja rozrzewnił ten tak dawno niewidziany gest.
- Mam je przy sobie. Musiałaś je zrzucić wcześniej, bo..
- O nie! – krzyknęła niespodziewanie, otwierając szeroko oczy. – Gdzie on jest? Gdzie on jest?
Rozglądała się gorączkowo dookoła, ciągle zadając to samo pytanie. Choć nie było w tym krzty sensu, zaczęła przeszukiwać czerwony szaty i wysypywać z kieszonek różne komponenty, zapominając nawet o swym stroju, czy raczej jego braku.
- Hej, spokojnie.. EJ! – mag podszedł do niej szybko i złapał silnie za rękę. Silniej niż zamierzał. Odetchnął głęboko i spytał spokojnym głosem, uśmiechając się przy tym. – Czego szukasz?
- Mojego przyjaciela, ja, och.. Jak mogłam go zgubić?
Demon, przyglądający się całemu przedstawieniu, uśmiechnął się szeroko. Czarodziej również, choć nie potrafił czytać w myślach, domyślał się dokąd zmierzała ta rozmowa.
- Kogo masz na myśli? – spytał mimo to. – Nie znaleźliśmy nikogo innego oprócz ciebie.
- Nie, nie – pokręciła gwałtownie głową, a czarne włosy opadły jej na czoło. – Nie opuściłby mnie. Po prostu bardzo łatwo jest go przegapić, bo jest taki mały.. Jak mogłam..
Mag westchnął i wyciągnął zabrany wcześniej kamyk.
- To on?
Jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Rzuciła się do przodu i wyrwała mu go z dłoni, tracąc jednocześnie równowagę i spadając z lewitującego dysku, z głośnym „uch” lądując na ziemi. Czarodziej stał nad nią i patrzył, jak gramoli się z ziemi i tuli do policzka ukochany kamień.
- Hy.
Spojrzał na demona i w myślach kazał mu się zamknąć. Przykrył ją na powrót swymi szatami i pomógł wstać. Była niższa od niego prawie o głowę. Uśmiechała się szeroko.
- Cieszę się, że rodzina w komplecie – mruknął, podając jej butelkę z wodą. – Masz, napij się.
Najwyraźniej dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak była spragniona. Gdyby nie powstrzymał jej mag, wypiłaby całą zawartość za jednym razem.
- Ach, tego mi było trzeba! – powiedziała, ocierając buzię.
- A twój przyjaciel? Nie jest spragniony? – doleciał ich złośliwy głos demona. Mag spojrzał na niego ze złością.
- Niee, on jest kamykiem. One nie muszę pić – odparła, śmiejąc się przy tym szczerze i zdając się nie dostrzegać ukrytego sarkazmu. Demon otworzył paszczę, ale nie mogąc wymyślić żadnej odpowiedzi, zamknął ją z powrotem.
- A teraz, mogłabyś się ubrać? – mag podał jej zabrane wcześniej części garderoby. – Robi się dość zimno i..
- Co..? Ach, tak, oczywiście! – odparła, nieco zażenowana. Rozejrzała się.
- O co chodzi? – spytał.
- Nie, ja tylko.. nie wiem, gdzie mogłabym się ubrać.
Spojrzał na nią niedowierzającym wzrokiem.
- Nie możesz tutaj?
- Yhm.. wstydzę się – odparła cicho, spuszczając głowę.
- Czego? Przecież nie.. Nieważne. Możesz za nim – powiedział, jednocześnie każąc w myślach ustawić się lewitującemu dyskowi w pionowej pozycji. Tamten opornie wykonał polecenie, choć nieuwzględnione w pierwotnym zaklęciu. Po przyjęciu nowej pozycji przestał lewitować i stanął ciężko na ziemi.
Demon, widząc to, uśmiechnął się jeszcze szerzej. I dlatego oni leżą w grobach, a ja jestem tu, ech?
Fascynujące.

- Postaraj się o niego nie opierać – ostrzegł ją. – Może się przewrócić.
- Dobrze, dobrze! – odkrzyknęła, wbiegając za tymczasowy parawan.
Czarodziej westchnął i usiadł przy trzaskającym ognisku.
- Hy.
Spojrzał na uśmiechniętego demona.
- Co?
Dopiero teraz poczuł coś pod nosem. Przejechał dłonią, rozmazując strużkę krwi.
Świetnie.., pomyślał, patrząc na czerwone palce. Chyba powinienem przestać się popisywać.
Westchnął ponownie, spoglądając w rozgwieżdżone niebo.
Co za świat..
Czemu ją spotkał? Czy była częścią jego przeznaczenia, czy też losowym wypadkiem, niemającym wpływu na jego podróż? A może krył się w tym jakiś wyjątkowo sprytny podstęp? Może była sukkubem i tylko udawała przesadnie nieśmiałą i lekko roztrzepaną dziewczynę o chorobie psychicznej objawiającej się uważaniem kamyków za przyjaciół, by uśpić jego czujność i rozkochać w sobie na tyle, by doszło do zbliżenia?
Uśmiechnął się lekko. To i tak było bez znaczenia - kim by nie była, nie da rady go przechytrzyć.
Zastanawiał się co by było jeśli nie zdążyliby jej uratować. Gdyby leżała kilkanaście kilometrów dalej, mogłaby umrzeć z wyczerpania tudzież chłodu zanim by do niej dotarli. Jak by się czuł, gdyby stanął nad jej martwym ciałem? Czy miałby wyrzuty, że nie zdążył jej uratować?
Miał wrażenie, że nie. Co prawda, powstrzymał demona przed dopadnięciem dziewczyny, ale zrobił to raczej z obawy przed utratą ewentualnych cennych informacji niźli z troski o jej życie. Gdzie się podział ten staruszek, który o pierwszej w nocy potrafił wyruszyć na miasto, by obcemu kotu dać coś do jedzenia?
Żal mimowolnie ścisnął jego serce na wspomnienie tamtej nocy. Jak wiele dni, a może miesięcy, wędrował tu, w tym martwym świecie? I jak bardzo się zmienił przez ten czas? Czuł, że coś jest inaczej, choć nie potrafił jeszcze sprecyzować, co.
Muszę uważać, pomyślał. I pamiętać o swym marzeniu. Nie mogę zapomnieć. Nie mogę..
Kolejny kawałek jego duszy pociemniał, nie zważając na słowa rozbrzmiewające w umyśle.
Zza dysku doleciało ich głośne kichnięcie, po chwili zdublowane.
- Na zdrowie! – krzyknął demon, szczerząc zęby do mrużącego gniewnie oczy maga.
- Dziękuję! – odkrzyknęła.
To też zastanawiało czarodzieja – jej reakcja na widok demona była dość.. nienaturalna. W pierwszej chwili wyglądała na przerażoną, ale sekundę później była już spokojna. Wniosek wysuwał się sam.
Coś jej zrobił.
Prawdopodobnie w jej oczach był teraz zwykłym człowiekiem, takim samym jak mag czy ona. Ale to by oznaczało, że ona nie była demonem. Chyba że obydwoje wiedzieli, iż mag będzie coś podejrzewał i zdecydowali się odgrywać takie role.
Czyli, czarodziej spróbował uporządkować mętlik w głowie, ona jest demonem, ale udaje, że jest dziewczyną, by mnie podejść. Wie, że ja wiem, że ona może być demonem. I mój biały towarzysz również o tym wie, ale udaje, że nie wie.. A ona udaje, że on nie wie i że rzucił na nią jakiś urok, by nie wystraszyć jej jako człowieka, choć nic takiego nie zrobił, bo nie musiał.. Czy to w ogóle możliwe?
Tak czy inaczej, muszę ją traktować jak człowieka i pilnować jak demona. Póki nie będę miał pewności, czym jest naprawdę.

Po chwili wyszła zza improwizowanego parawanu, ubrana. Nieco brudna biała koszula z długimi rękawami wystawała spod szaroburego swetra, a pod sięgająca kostek czarną spódnicą widniały znoszone buty. Na jednej ręce miała przerzuconą szatę maga, w drugiej ściskała przyjaciela.
Kichnęła ponownie, a kosmyk czarnych włosów zawisł jej przed okiem.
- Chodź, ogrzej się – powiedział mag.
Kiwnęła głową. Wymienili się – ona dała mu jego szatę, a on jej torbę wraz z napełnioną butelką. Dygnęła w podzięce, uśmiechając się.
- Dziękujemy za ratunek.. I przepraszam za moją gwałtowną reakcję, wcześniej..
- Nie szkodzi – wtrącił demon.
- Mniejsza o to – zaczął mag, podając jej jabłko. Wzięła bez zastanowienia i nieśmiało usadowiła się obok starca. – Mam sporo pytań.
Wiedział, że nie powinien jej zamęczać pytaniami teraz, tylko poczekać do jutra, ale nie mógł się powstrzymać. Wreszcie miał kogoś, z kim mógł normalnie porozmawiać. Prawie.
- Zamieniamy się w słuch! – odparła w przerwie między kolejnymi gryzami.
- Świetnie.. Na początek coś łatwego - skąd się tu wzięłaś?
Uśmiechnęła się lekko, ocierając usta.
- Heh, to właśnie dość zabawne, bo.. nie wiem.
- Jak to?
- Po prostu.. obudziłam się na pustyni. Na początku myślałam, że to sen, ale to zbyt realne. To nie jest sen, prawda?
- Nie. Od kiedy tu jesteś?
- Sama nie wiem.. dni są tutaj dziwne, wiesz, co mam na myśli? Ciągną się tak długo.. ale minęły dwie noce. Tak mi się zdaje – dodała. Kiedy mag nie odpowiadał przez dłuższy czas, spytała: - A wy?
- My trochę dłużej – odparł, wyrwany z zamyślenia. – Czyli mówisz, że po prostu się tu obudziłaś, tak? Leżąc na środku pustyni?
- Aha.
- A co robiłaś przed tym?
- Leżałam na pagórku i patrzyłam na chmury. Dlatego myślałam, że to mi się tylko śni. Był ciepły sierpniowy dzień.. Pamiętam to. Słońce zachodziło.. Jedna chmura wyglądała jak smok – dodała, jakby miało to jakieś znaczenie.
Czarodziej zamyślił się ponownie. Wyglądało na to, że po tym, gdy udała się na spoczynek gdzieś tam w swoim własnym świecie, ktoś lub coś zamordowało ją we śnie i trafiła tutaj. Nie rozumiał tylko, czemu w swoim fizycznym ciele. Powinna pojawić się tu jedynie jej dusza, oddzielona od zbędnej cielesnej powłoki, ewentualnie w formie demonicznej larwy, chyba że..
Ona też zawarła pakt z demonem.
- Um.. a gdzie tak właściwie jesteśmy? – spytała nieśmiało.
- W Otchłani – wtrącił demon nim mag zdążył się choć zastanowić, czy powinien jej mówić prawdę.
Poruszyła się nerwowo, zdezorientowana. Ścisnęła mocniej kamień.
- Jak to..? Co masz na myśli? – spytała, po czym zwróciła się do czarodzieja. – To prawda?
- Tak – odparł po chwili milczenia. – Jesteśmy w Otchłani.
Chciał dodać, że ich towarzysz jest demonem, ale uznał, że tylko niepotrzebnie by ją zmartwił. Choć może byłoby lepiej, gdyby o tym wiedziała.
- Przecież.. przecież to by znaczyło, że ja.. – jej usta drgnęły lekko, a głos zaczynał się załamywać. – Umarłam?
- Na to wygląda – odparł mag, może odrobinę za szorstko. Nie mógł jednak pozbyć się wrażenia, że coś tu jest nie tak.
Wcale nie umarłaś, myślał. Ludzie nie trafiają do Otchłani ze swymi ciałami od tak sobie.
Ogryzek upadł na ziemię. Wyglądała na przerażoną, ale po chwili uśmiechnęła się smutno, spuszczając głowę.
- To taki żart, tak? Nie mogę być w Otchłani. To niemożliwe. Babcia mówiła mi, że tam trafiają tylko źli ludzie, tak jak do Piekieł.. a ja.. przecież ja..
Mag skrzywił się mimowolnie. Jej smutna twarz, wyrażającą wciąż tlącą się nadzieję, w którą chyba sama już nie wierzyła, wywołała w nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony współczuł jej, naprawdę było mu jej żal, tej biednej ofiary okrutnego Wieloświata. Z drugiej zaś chciał ją zabić, sam nie do końca pewien, czy by ulżyć jej w cierpieniu czy za to, że smucił go jej los. Gdy zdał sobie sprawę ze swoich rozważań, spanikował, choć nie dał tego po sobie znać. Odwrócił się tylko i przygryzając wargę, zapatrzył w płonące ognisko.
To już nie pierwszy raz miał myśli zupełnie do niego nie pasujące. I nie ostatni.
Ona również patrzyła bezmyślnie w ogień, zaszklonymi od łez ciemnoniebieskimi oczyma.
Demon, siedzący nieco dalej, uśmiechał się ponuro.
W końcu, to tylko ludzie.

***

Tej nocy nikt nie spał dobrze, z wyjątkiem demona, który nie sypiał w ogóle.
Dziewczyna leżała skulona na ziemi, przykryta danym jej przez maga kocem. W dłoni ściskała mocno swego przyjaciela, podczas gdy jej myśli rozbiegały się we wszystkich kierunkach. W uszach wciąż rozbrzmiewały okrutne słowa, niczym wyrok ostateczny.
W Otchłani.
Dlaczego? Jak to się stało, że umarła i nawet o tym nie pamiętała? Wielokrotnie uderzała się pięścią w głowę, próbując przypomnieć sobie cokolwiek pomiędzy zaśnięciem na wzgórzu a pojawieniem się na tej skwierczącej pustyni, ale bezskutecznie. Przez chwilę tylko oczami wyobraźni zobaczyła monumentalne szare miasto, wznoszące się przed nią na bezkresnej równinie, ale obraz zaraz rozpłynął się w mrokach pamięci i choć usilnie się starała, nie mogła go już przywrócić.
Nie mogąc znaleźć odpowiedzi na pierwsze pytanie, zaczęła zastanawiać się nad drugim – czemu w Otchłani? Co tak złego zrobiła w swym krótkim życiu? Próbowała sobie przypomnieć coś, co mogło skazać ją na pobyt tutaj, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Większość życia spędziła w osamotnieniu, a z wczesnego dzieciństwa, gdy żyła jeszcze w szczęśliwej rodzinie, nie pamiętała wiele.
No przecież chyba nie za to, że pobiłam się parę razy z bratem.., pomyślała, bezskutecznie próbując uczepić się jakiegoś powodu.
Ścisnęła mocniej kamień, próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy.
Czemu...?
Próbowała znaleźć ukojenie w migających na nocnym niebie gwiazdach, ale jedno spojrzenie na te na pozór takie same, a jednak zupełnie obce jasne punkty przeszyło jej serce chłodem. Jakby ich tam wcale nie było, jakby cały ten świat był jedynie iluzją, skrywającą niewyobrażalny koszmar i Chaos. Zakryła twarz kocem, ale nieprzyjemne uczucie pozostało i nawet jeśli udało jej się zasnąć, budziła się niedługo potem.
Mag też leżał na ziemi, patrząc na rozgwieżdżone niebo i nie przejmując się wszechogarniającym chłodem. Wciąż myślał o niej, biednej dziewczynie skazanej na wieczność w Otchłani tylko za to, że darzyła uczuciem jakiś polny kamyk i żaden z bogów nie ulitował się nad jej duszą.
Pomysł o zawarciu przez nią demonicznego paktu, teraz, gdy już go na spokojnie przemyślał, wydawał mu się idiotyczny. Czemu tak prosta dziewczyna o nieco dziecinnym umyśle i niewielkich potrzebach miałaby to robić?
Nie tędy droga.. Ale czemu jest tu, w swym prawdziwym ciele..?
Zacisnął pięści. Myśl o jej nieszczęsnym losie powracała jak bumerang. Czuł się tak bardzo słaby, wiedząc, że nie jest w stanie jej pomóc. Nawet jeśli uda mu się spełnić jego wielkie marzenie, noszone w sercu od wielu dziesiątek lat, nigdy nie uda mu się zmienić praw rządzących Wieloświatem. Był zbyt duży dla kogoś tak małego jak on. Pewnie jego starania nie przyciągną nawet spojrzeń bogów.
Jednak nie to było teraz jego największym problemem. Jeśli nie zawarła paktu, a była obecna tu ciałem, pozostawały tylko dwie możliwości - albo trafiła tu przez portal, albo była demonem. W obu przypadkach wychodziło na to, że kłamała i tylko udawała niewinną i głupią. A skoro tak, będzie miał się na baczności.
Chyba, że ktoś wrzucił ją do portalu gdy była nieprzytomna, zaświtało mu nagle w głowie.
Zaklął kilka razy i uciął te, wydawałoby się, nieskończone rozważania, powoli pogrążając się w krainie snów.

***

Z jej piersi wyrwało się ciche westchnienie, gdy spękaną ziemię przebił wysoki na ponad sześć metrów słup zimnej wody. Zatańczyła zgrabnie wśród latających kropelek, śmiejąc się przy tym radośnie i podrzucając swego przyjaciela. Na jej głowie chybotał się granatowy, typowo czarodziejski kapelusz, który mag znalazł w swojej torbie i podarował jej w celu lepszej ochrony przed palącym Słońcem.
Zakręciła się jeszcze parę razy i uśmiechnęła do stojącego nieopodal czarodzieja. Mimo że minęły dopiero trzy dni od ich spotkania to zdążyła go polubić bardziej niż kogokolwiek wcześniej w jej całym krótkim życiu (nie licząc jej szarego przyjaciela i babci). Urzekł ją jego styl bycia – z jednej strony był pełen sarkazmu, nieczuły i szorstki jak jego nieogolony policzek, z drugiej zaś opiekuńczy, czuły i wesoły. Wiedziała, która warstwa służy tylko za przykrywkę.
Najbardziej jednak lubiła go za to, że był dla niej miły. Niewielu ludzi, których spotkała w swym życiu było dla niej miłych, zwłaszcza, jeśli nic jej nie zawdzięczali. A on, nie dość, że troszczył się o nią jak brat albo raczej jak ojciec, to jeszcze przecież uratował ją od niechybnej śmierci. Poza tym, mimo sędziwego wieku, był na swój sposób przystojny.
Tak właściwie, był jednym z najstarszych ludzi, jakich miała okazję spotkać, a ci zawsze ją fascynowali. Tak właściwie, to spotkała tylko jedną osobę starszą niż on – dawno temu, w jej rodzinnej wiosce żył pewien starzec, którzy twierdził, że ma ponad sto lat i rzeczywiście, na tyle wyglądał. Cały wiek! Na samą myśl o tym dostawała gęsiej skórki.
Co ciekawe, obydwoje, zarówno tamten starzec jak i mag, nie byli wcale, ale to wcale zniedołężnieli. Wręcz odwrotnie, cieszyli się świetnym zdrowiem, znacznie lepszym niż większość ludzi młodszych od nich o całe dziesięciolecia. Miała nadzieję, że i ona zachowa na starość sprawność i siłę, tak jak oni. Nieraz próbowała sobie wyobrazić siebie w podeszłym wieku, ale nie mogła.
Oprócz jego wieku i dobroci była jeszcze trzecia sprawa, która zaprzątała jej głowę.
Magia.
Sposób w jaki wymachiwał rękoma, tajemne symbole kreślone przez dłonie w powietrzu, jego głęboki głos drgający w powietrzu, niezrozumiałe słowa i bijąca z nich czysta moc, od której włoski na karku stawały jej dęba. I to niesamowite, jedyne w swoim rodzaju zelektryzowane powietrze, ciężkie od zgromadzonej energii.
Ach, jakże wspaniałą wydawała jej się magia! Zdawało jej się, że nie ma rzeczy, których mag nie mógłby zrobić i domyślała się, że takie zaklęcia jak to z wodną fontanną, przemienianiem jednych owoców w drugie czy noszeniem w torbie zminiaturyzowanego ogniska, były tylko zwykłymi sztuczkami w porównaniu z prawdziwą mocą, mogącą zostać przez niego wyzwoloną. Miała oczywiście rację, ale potęga magii znajdowała się poza jej wyobrażeniem i nawet w najśmielszych snach nie mogłaby wyobrazić sobie siły i możliwości prawdziwego czarodzieja.
Nie miała jednak wątpliwości co do jednego – z taką mocą jej ulubiony mag bez trudu uratuje swego przyjaciela, więzionego gdzieś wśród tych dziwnych, mrocznych gór na wschodzie.
Była tego pewna i życzyła mu zwycięstwa z całego serca. Kamyk również.
Cieszyli się też niezmiernie, mogąc mu towarzyszyć w jego misji. Nawet pustynia nie wydawała się już tak straszna, gdy on był przy boku.
Ukłoniła się w jego stronę, nonszalancko wywijając kapeluszem i nie przestając się uśmiechać.
Jest tak wesoła.., pomyślał wyciskając ze swego kapelusza nadmiar wody. Jak na demona.
Zaklęcie dobiegło końca i gejzer zniknął, zostawiając po sobie napełnione butelki.
Choć nie chciał się do tego przyznać, to przez te kilka dni wspólnej wędrówki zdążył ją polubić. Była nieco przygłupia, ale bardzo pocieszna i zdawała się podziwiać go, choć nie był do końca pewien za co. Chyba za całokształt.
Mimo to wciąż musiał brać pod uwagę, że jest demonem i tylko udaje niewinną dziewczynę. Denerwowało go to strasznie, bo odkąd przyłączyła się do nich, musiał uważać już nie tylko na demona i otoczenie, ale także na nią, i to do tego w dwojaki sposób – raz, chroniąc się przed jej ewentualnym atakiem i dwa, chroniąc ją przed ewentualnym atakiem białego demona. Zbyt wiele możliwości i zbyt mało miejsca w głowie na pomieszczenie wszystkich potrzebnych zaklęć.
Trzymała się zawsze bliżej niego niż białego stwora, najwyraźniej obawiając się go trochę, nawet mimo jego przebrania. Wciąż jednak była dla niego miła, jakby nie chcąc go urazić. Chętnie rozmawiała z nim na różne przyziemne tematy, słuchała wymyślonych opowieści o jego i maga przygodach i śmiała się z jego dowcipów. Czarodziej zawsze pozostawał czujny i zerkał z ukosa na roześmianą parkę, martwiąc się przede wszystkim o dziewczynę. Gdyby demon chciał ją zabić, nie zdążyłby jej pomóc, a tego by sobie nie darował. Zaraz potem jednak przychodziły inne, ciemniejsze myśli i nie myślał już o tym jak ją uratować, ale jak obronić siebie przed atakiem demonicznej dwójki.
Zastanawiał się też, czemu dziewczyna zdawała się nie widzieć, że demon nic nie je i nie pije. Czyżby rzucony przez niego urok był tak silny, że w jej oczach mógł nawet jeść, w rzeczywistości siedząc nieruchomo? Chciał ją szczegółowo wypytać na ten temat, ale z wiecznie czuwającym demonem, będącym zawsze w pobliżu, nie było to łatwe. Będzie musiał poczekać na okazję, gdy zostanie z dziewczyną sam na sam.. O ile taka w ogóle nastąpi.
Mógł oczywiście pozbyć się demona i nie raz planował już dokładnie przebieg całej walki. Jakże bardzo ułatwiłoby to całą sprawę! Zostałby z dziewczyną sam na sam i uzyskał od niej odpowiedzi na większość nurtujących go pytań, może nawet wyjawiłby jej prawdziwy cel jego pobytu tutaj. Wystarczyło by tylko zanihilować tą białą maszkarę..
Ale nie mógł, jeszcze nie tutaj, jeszcze nie teraz. Dziewczyna, jeśli byłaby demonem, mogłaby (choć nie musiała) ruszyć na pomoc swemu pobratymcowi. Wciąż pozostawała też kwestia przeczytanej księgi. Nie, zdecydowanie to nie był jeszcze czas na ostateczne starcie. Na szczęście był cierpliwy. Poczeka.

***

Czwartego dnia dotarli do drugiej granicy.
Mag prawie ją minął, całą uwagę skupiając na rozmowie demona i dziewczyny, idących nieco z tyłu. Zauważył ją w dosłownie ostatniej chwili, gdy podnosił już nogę do kolejnego kroku. Serce zabiło mu szybciej.
- Co się stało? Czemu stoimy? – spytała, podchodząc. Podążyła za wzrokiem maga i spojrzała na białą linię, ciągnącą się z północy na południe aż po horyzont. – Co to..?
- Granica – odparł, drgającym z podniecenia głosem.
- Między czym a czym? – spytała, nie rozumiejąc.
On też nie rozumiał. Była tu, nie wydawało mu się. Biała linia, dzieląca dwa światy. Jednak tym razem nie było między nimi różnicy. Ta sama pustynia, to samo niebo.
O co tu chodzi..?
Rozejrzał się i zamarł. Na południu, tam, gdzie ostatnio, stał ten sam głaz, na którym siedział demon. Był identyczny, nie miał co do tego wątpliwości. Stał na środku białej linii, przedzielony na dwie równe części. Podszedł bliżej, przyglądając mu się z niedowierzaniem.
Jedna jego połówka była wyschnięta, tak jak wtedy. Druga zaś była mokra i porośnięta czymś w rodzaju glonów.
- Jest wilgotny.. – mruknął sam do siebie. – Ale pustynia jest ta sama..
- Jak to możliwe? – spytała dziewczyna, również podchodząc. Demon jak zawsze został nieco z tyłu.
Czarodziej myślał intensywnie. Pustynia po drugiej stronie musiała być iluzją, która po przekroczeniu granicy pęknie niczym mydlana bańka. Co jednak skrywała? Deszczowe równiny, tropikalny las czy może jeszcze coś innego? Był tylko jeden sposób, by się dowiedzieć. Jeśli jego teoria była prawdziwa, to nic mu nie groziło – zawsze mógł zrobić krok do tyłu i znaleźć się z powrotem na „bezpiecznej” pustyni.
- Poczekajcie tu. Zaraz wrócę – powiedział i upewniwszy się, że zrozumieli, przeszedł przez granicę.
Zamrugał parę razy, jakby chcąc pomóc rozproszyć się iluzji, ale pustynia pozostała pustynią.
- Co jest, do cholery?
Odwrócił się i zamarł. Dziewczyna i demon również patrzyli za siebie. Daleko na zachodzie, tam gdzie niebo stykało się z ziemią, pojawiła się fala wzburzonej wody, rozciągnięta na całą długość horyzontu. Pędziła prosto w ich stronę, rosnąc w oczach. Dało się już słyszeć cichy pomruk, wyprzedzający nacierającą falę.
- Czyli jednak – mruknął mag, uśmiechając się chytrze. – Dość łatwe do przewidzenia.
Ponownie przekroczył granicę. Nim jednak jego oczy przesłały do mózgu obraz wciąż pędzącej fali, w jego umyśle zdążyła pojawić się myśl, od której zimny pot zrosił mu plecy a włosy na karku stanęły dęba.
Czemu oni też ją widzieli, skoro byli po tamtej stronie?
Zrozumiał to w tej samej chwili, w której demon rzucił się do przodu, biegnąc ile sił a dziewczyna widząc to zamachała śmiesznie rękoma, nie wiedząc co robić. Spojrzała na maga i wyraźnie się uspokoiła.
Kiwnął głową w uznaniu. Przynajmniej nie będzie musiał wysłuchiwać rozhisteryzowanych wrzasków.
- Chodź tu – powiedział, wyciągając w jej stronę rękę.
- A co z Wolardem? – spytała, podchodząc szybko.
- Z kim? – uniósł brew. Złapał ją i przyciągnął silnie do siebie, wtulając w swoje szaty i szukając jednocześnie czegoś w kieszonce swych szat. Westchnęła cicho i zarumieniła się lekko. Ścisnęła mocniej kamyk i zamknęła oczy, wdychając jego zapach, tak podobny do woni starych, zakurzonych ksiąg i jeszcze czegoś.. Pomarańczy?
Dopiero po chwili przypomniała sobie, że o coś pytał.
- Um.. znaczy, jak to z kim? – spytała cicho. – Twoim przyjacielem. Przecież..
- Ach, nasz rudy towarzysz?
- Przecież to blondyn! – mruknęła niedowierzająco.
Nie patrzyła na niego tylko na małe półkoliste przedmioty które obracał w dłoniach, więc nie mogła widzieć jak jego usta wykrzywiają się w uśmiechu.
- Teraz bądź cicho – rozkazał i rozpoczął inkantację. Słysząc słowa w nieznanym jej języku i widząc figury, w jakie układały się jego dłonie, mimowolnie dostała gęsiej skórki. Jak zaczarowana patrzyła na dwie małe półkule, jedną wykonaną z gumy arabskiej, drugą z prawdziwego diamentu, krążące wokół siebie. Nagle połączyły się w jedną, ciemnofioletową sferę, która następnie rozpłynęła się w nicość, a powietrze dookoła nich zamigotało dziwnie. Odgłos zbliżającej się wody z cichego szumu zamienił się w ogłuszający ryk i kilkanaście sekund po tym jak otoczyło ich pole półprzeźroczystej energii, spieniona fala uderzyła z całą siłą i porwała fioletową kulę ze sobą.
Wstrząs był dość silny, ale potem płynęli już gładko i choć porwani przez prąd pędzili z wielką szybkością, to w środku sfery czuli się tak jakby stali w miejscu i tylko mijane czasem głazy sterczące z dna przeczyły temu wrażeniu i pokazywały, jak szybko naprawdę się poruszali. Dziewczyna, gdy minęło jej zafascynowanie zaklęciem, odsunęła się od maga na tyle na ile mogła w dość ciasnej przestrzeni i zaczęła rozglądać się nerwowo.
- Co z Wolardem? – spytała ponownie. – Przecież.. przecież on..
- Nie martw się – odparł mag, również próbując wypatrzyć cokolwiek w beznamiętnej, niebieskawej toni. – Da sobie radę.
Niestety, dodał w myślach. Mógł oczywiście roztrzaskać się gdzieś po drodze o wystający głaz, ale wątpił, by bogowie byli tak łaskawi. Z pewnością jeszcze się z nim spotkają.
- Rozumiem.. on też jest magiem, tak?
- Powiedzmy.
- Mimo wszystko mógł zostać z nami – mruknęła obrażonym tonem. – Takie uciekanie było dość.. dziwne – spojrzała na maga, nie wiedząc, czy rozumie co ma na myśli. Pokiwał głową.
- Czasem robi takie dziwne rzeczy, ale.. – powiedział, odwracając się do niej plecami. Mruknął coś pod nosem.
- Co..?
Nie mogła widzieć gestów, jakie szybko wykonały jego dłonie. Spojrzał na nią.
- Mówiłem, że prawdopodobnie nie zauważyłaś w nim nic nadzwyczajnego, bo zazwyczaj zachowuje się normalnie.
- Aha.. – spuściła lekko głowę i zapatrzyła w ciemnofioletowy krajobraz. Po chwili ciszy odezwała się ponownie.
- Wiesz, tak właściwie.. – zaczęła nieśmiało. Mag ledwie powstrzymał uśmiech. – Tak właściwie, to zdaje mi się, że zauważyłam w nim.. Coś dziwnego.
- Och? Cóż takiego?
Wiedział, że musi ją trochę pociągnąć za język. Nieodłączną częścią dobrego uroku była niechęć ofiary do mówienia o ewentualnych wątpliwościach, mająca zapobiegać ewentualnemu wydaniu się prawdy.
- Yhm..
Bawiła się trzymanym w dłoni kamykiem. Podniosła głowę i spojrzała na cierpliwie czekającego maga.
- Tylko mu tego nie mów, dobrze? Nie chciałabym go urazić..
Nie lubiła obgadywać innych, zwłaszcza opierając się na swych własnych obserwacjach. Choć nie do końca to rozumiała, to czasem widziała rzeczy, których tak naprawdę nie było. Myślała, że tym razem było tak samo, że jej się po prostu zdawało, ale coś w środku niej mówiło co innego.
- Ani słówka – zapewnił ją.
- Więc, kiedy ocknęłam się na twoim latającym dysku, wiesz, przy naszym pierwszym spotkaniu.. Gdy się ocknęłam i spojrzałam na niego to w pierwszej chwili, ja.. W pierwszej chwili wydał mi się inny.
- Co masz na myśli? – spytał zdziwionym głosem. Serce biło mu szybko.
- W pierwszej chwili wyglądał inaczej.. Pewnie uznasz to za śmieszne, ale był bardzo duży, chudy i cały biały.. I miał taką straszną twarz.. – wspomnienie, choć odległe, wyraźnie sprawiło jej ból. – Ale gdy spojrzałam mu w oczy, coś się zmieniło.. I gdy zamrugałam, wyglądał już normalnie, tak jak wygląda teraz. Głupie, nie?
Czarodziej odwrócił się ponownie by nie widziała jak szeroki uśmiech, którego w żaden sposób nie mógł powstrzymać, wykrzywia mu twarz.
Parę minut i tak wiele odpowiedzi! Znał już prawdę – demon bez wątpienia rzucił na nią urok przez co w jej oczach wyglądał jak normalny człowiek, a co ważniejsze, ona sama demonem nie była. Wiedział to dzięki zaklęciu wykrycia kłamstwa, które rzucił tuż przed jej nieśmiałym wyznaniem. Nie kłamała. Jej wątpliwości były szczere, podobnie jak wiara w jego normalność i swoje halucynacje. Dalsze upieranie się przy teorii, jakoby ona również miała być mieszkańcem Otchłani, byłoby czystą głupotą. Nie mogła być demonem.
A jeśli jednak była i po prostu oszukała zaklęcie, to i tak zaryzykuje i uwierzy w jej niewinność. Nie mógł dłużej kroczyć dwoma ścieżkami. Musiał wybrać jedną z nich.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko, przyjaźnie.
- A co o tym sądzi twój przyjaciel?
Spojrzała na niego, zdziwiona. Nigdy nie myślała o tym, by spytać o to kamyk, choć zazwyczaj rozmawiała z nim o wszystkim. O wszystkim, ale o tym jakoś nie.
- W sumie, faktycznie.. dziwne – mruknęła i spojrzała na trzymany w dłoni kamyk. – Co o tym sądzisz?
Przez chwilę nie ruszała się, jakby słuchając. Otworzyła szerzej oczy i spojrzała na maga.
- On też twierdzi, że z nim coś jest nie tak. Tak jakby nie był tym na kogo wygląda..
Podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu.
- Posłuchaj mnie uważnie – zaczął, spoglądając głęboko w jej granatowe oczy. – Nie powinnaś się z nim zbytnio spoufalać. Unikaj jego wzroku i najlepiej nie zostawaj z nim nigdy sam na sam. Trzymaj się blisko mnie. Rób to jednak tak, by niczego nie podejrzewał. Wciąż z nim rozmawiaj, śmiej się z jego dowcipów.. Tak, jakbyś niczego nie wiedziała. Nie pytaj dlaczego, bo i tak ci nie powiem.
Gdy tylko skończył mówić, od razu pożałował danej jej rady. Czy teraz, gdy zasiał w niej ziarno niepewności, będzie potrafiła w dalszym ciągu rozmawiać z demonem tak, jakby nic się nie stało? Jakie miała szansę nabrać istotę, dla której kłamstwa i iluzje były chlebem powszednim? Sądził, że niewielkie. Teraz jednak nie miało to znaczenia.
Nie wiedziała co powiedzieć, więc kiwnęła tylko głową. Nie mogła przestać patrzyć w jego oczy, tak niezwykłe. Wcześniej myślała, że wyglądają tak tylko w Słońcu pustyni i ogniu ogniska, ale teraz nie miała już wątpliwości. One naprawdę były jasno pomarańczowe.
Było też w nich coś dziwnego, ale nie mogła jednoznacznie stwierdzić co.
Uśmiechnął się i odwrócił się, podziwiając wciąż ten sam krajobraz.
Umysł człowieka jest jednak fascynujący, pomyślał. Kamyk powiedział jej, że z naszym.. Wolardem rzeczywiście jest coś nie tak, a przecież jego wypowiedzi generowane są przez jej mózg.. więc w głębi siebie sama o tym wiedziała i gdyby tylko zdawała sobie z tego sprawę, mogłaby sama przezwyciężyć urok. To takie.. fascynujące, w istocie.
Człowiekiem być..

Wezbrał w nim żal. Cieszył się, że był odwrócony tyłem, bo nie mógł nawet powstrzymać oczu przed charakterystycznym zaszkleniem.
Człowiekiem..
Wtedy po raz pierwszy pożałował swej decyzji. Może zostanie demonem nie było tak dobrym pomysłem jak mu się to na początku wydawało? Co zrobi, gdy stanie przed wielkimi górami? Czy odważy się wejść na ścieżkę prowadzącą do ich wnętrza? Czy będzie potrafił przejść ostatnią granicę? Może powinien dać sobie spokój z tym szaleństwem i pozostać sobą, zawieszony między dwoma światami i przez resztę swego życia balansować na krawędzi nieskończonego Chaosu.. Tylko czy wciąż mógł się wycofać?
Chyba nie. Powoli zaczynał już rozumieć, na czym polega to całe „stawanie się” demonem. To nie dojście do gór miało go uczynić jednym z nich, ale sama wędrówka do nich.
„Musisz po prostu iść w stronę gór”, powiedział demon.
Czuł, że zmienia się wewnętrznie. Nieustająca wędrówka, przymus pozostawania w ciągłej gotowości, poczucie zagrożenia, samotność mimo towarzystwa, chore sny, wahania czasu i niezgodne ze zdrową logiką zjawiska, wszystko to wpływało na jego umysł.. i zmieniało go.
Nie potrafił już kontrolować swych emocji tak jak kiedyś, miewał problemy ze skupieniem, dręczyły go nieracjonalne pragnienia a w głowie kłębiły się chore, często niemoralne myśli.
Gniję tak, jak moja własna dusza, pomyślał z czymś pomiędzy smutkiem a ironią.
Nie było już odwrotu. Zresztą i tak nie miałby dokąd uciec. Był w Otchłani, a ta nie wypuściłaby go żywego ze swych mglistych objęć. W końcu, oddał jej duszę.
Jedyne, co pozostawało to kontynuować wędrówkę i do reszty pogrążyć się w szaleństwie.
Wtem przypomniał sobie o swym marzeniu i tak jak promień światła rozdziera mrok, tak i ono rozproszyło wszelkie wątpliwości i obawy i napełniło go na nowo nadzieją i wiarą.
Czymże był on jeden wobec ogromu jego snu, marzenia, które istniało w nim od zawsze i na które składały się sny wszystkich innych ludzi? Jak mógł się wahać i być tak samolubnym?
Nawet, jeśli będę musiał się samemu poświęcić, spełnię swe marzenie.
Ale to nie będzie ani tu, ani teraz, w tej zapadłej dziurze. Przede mną długa droga i dopóki nie spełnię swego snu, żadna moc, żadna magia ani prawo nie powstrzyma mnie na mojej drodze. To dopiero początek.

Dziewczyna, oparta o ścianę kuli, patrzyła na zaciśnięte pięści maga i zastanawiała, o czym w tej chwili myśli.
- Hej.. – zaczęła, ale urwała, widząc wyraz jego oczu gdy się do niej odwrócił. Mogła przysiąc, że widziała w nich ogień, odbicie czystej mocy, podobne do tej z jej wyobrażeń. Później jednak jego powieki usunęły to wrażenie, a ona już sama nie wiedziała, czy widziała to naprawdę czy tylko jej się wydawało.
- Co tam? – spytał, nie rozumiejąc jej nagłego skonsternowania.
- Znaczy, chciałam spytać, co teraz?
- Co masz na myśli?
- No.. teraz – rozłożyła ramiona, podkreślając nawiązanie do ich sytuacji. – Co zamierzasz?
- Będziemy czekać.
- Na co?
- Aż skończy się czas trwania zaklęcia lub zniknie woda.
Mag był pewien, że gdzieś tam, daleko na wschodzie, była kolejna granica, po przekroczeniu której ponownie zmieni się środowisko.
- Mam nadzieję, że to drugie – mruknęła.
- Ja też. Ale obawiam się, że jednak to pierwsze będzie.. pierwsze.
- I co wtedy?
Wzruszył ramionami, ale widząc strach wstępujący na jej twarz, dodał szybko:
- Pomyślimy. Mam parę sztuczek w zanadrzu – powiedział z uśmiechem, uspokajając ją.
Z westchnieniem ulgi zapatrzyła się w niebieską toń.
- Łoo, tam są rybki! – krzyknęła nagle. Czarodziej zobaczył je w tej samej chwili. Ogromna ławica złożona z milionów ryb o matowo szarych łuskach płynęła obok ich tymczasowego środku transportu, otaczając go ze wszystkich stron.
Pierwsi mieszkańcy tej warstwy, jakich miał okazję spotkać (nie licząc pewnego cuchnącego demona). Zastanawiał się jak to możliwe, że tam były. Czy pływały w tej fali od zawsze, zawieszone w czasie i przestrzeni i pojawiające się tylko gdy ktoś przekroczył granicę ich królestwa? A może były jedynie złudzeniem, mirażem..
Wybałuszył oczy widząc odległe kontury jakiejś niemożliwie wielkiej ryby. Jej smutne zawodzenie wprawiło w drganie kryształową powierzchnie kuli i przyprawiło go o dreszcze.
Na szczęście szybko zniknęła z pola widzenia, łącząc się z odwiecznym niebieskim. Szara ławica również zaczęła ich wyprzedzać i znikać gdzieś z przodu.
- One są tak szybkie czy my zwalniamy? – spytała dziewczyna, nieco rozczarowana.
- Raczej to pierwsze. Mają bardziej opływowy kształt, więc prąd nadaje im większą szybkość.
- Oo..
Po chwili znów zostali sami. Mag zaczął poważnie zastanawiać się nad tym, co zrobić gdy zaklęcie dobiegnie końca. Szanse na to, że nawet przy takiej prędkości dotrą do granicy przed zniknięciem chroniącej ich sfery, były zerowe. Była też trzecia możliwość – skończy im się tlen.
Co gorsza, będąc w środku kuli nie mógł rzucać zaklęć, bo jej pierwotnym przeznaczeniem nie było osłanianie, lecz więzienie. Dopiero gdy czar ulegnie rozproszeniu, będzie mógł ponownie użyć magii, ale ta sekunda, którą będą mieli nim zaleje ich morska toń, nie wystarczyłaby nawet na najkrótszy czar.
Jedynie poprzez inne, wyjątkowe zaklęcie, zwane sekwencerem mógłby uaktywnić przygotowany wcześniej czar (tudzież czary) ustalonym wcześniej słowem-kluczem, ale do tego trzeba było się wcześniej przygotować i, co najgorsze, przespać parę godzin dla utrwalenia go w głowie. Wątpił, by ponownie mogło mu ujść płazem nieprzestrzeganie reguł jakimi rządziła się magia, ale jeśli nie wymyśli nic innego, nie będzie miał wyboru i rzuci świeżo nauczone zaklęcie bez odpoczynku. Na samą myśl o tym dostał migreny.
Spojrzał na dziewczynę. Jeśli on zginie, ona również. Nawet jeśli przeżyłaby tą powódź, to prędzej czy później coś ją zabije. Poza tym, pozostawało jeszcze..
Marzenie.
Ta myśl wystarczyła, by przywrócić mu dawną pewność siebie.
Spojrzał pod nogi akurat w chwili, gdy na dnie mignęło coś podobnego do białej linii. Wciągnął gwałtownie powietrze.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, widząc wyłaniające się z mroków wody drzewo.
- O.
Gwałtowny wstrząs wytrącił obydwoje z równowagi, a siła uderzenia przylepiła ich do fioletowych, chłodnych ścian sfery. Wszystko stało się tak szybko, że nie zdążyli nawet krzyknąć. Osunęli się bezwładnie, lądując jedno na drugim.

***

Wiry szarości kręcące się wokół bladych świateł dawno zapomnianych wspomnień. I on, siedzący na czarnym niczym mrok głazie.
Mag otworzył pomarańczowe oczy.
- Witaj – usłyszał dziwnie znajomy, lekko ochrypnięty głos.
Podniósł się gwałtownie na wspomnienie wypadku, ale widząc własne odbicie nieco ochłonął.
- Znowu ty? Co tym razem?
- Rozbiłeś sobie głowę o sferę Otiluka. Doprawdy.. – pochylił się do przodu, opierając głowę na dłoniach. Jego szaty, poruszane nieistniejącym wiatrem odsłaniały co chwilę nagi, poprzecinany czarnymi pręgami tors. Mag nie mógł pozbyć się wrażenia, że siedząc na tym kamieniu był dość podobny do białego demona. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że był to ten sam głaz.
- Co on tu robi? – spytał.
- Och? Daj spokój. Jesteśmy w twoim umyśle. Jest tu wszystko, co kiedykolwiek zobaczyłeś.
Z torby przechowywania przypiętej do paska wyciągnął Jej portret i uśmiechnął się okrutnie widząc wyraz twarzy maga.
- Każdy obraz, każdy dźwięk, zapach i wspomnienie – ciągnął. – Wszystko. Tam, gdzie umysł styka się z duszą istnieją wspomnienia, które zapomniałeś.
Wypuścił z dłoni trzymaną kartkę, a ta, nim dosięgła niewidocznej podłogi, spłonęła w gwałtownym niebieskim płomyku. Z ust maga wydobyło się ciche jęknięcie.
- Nie można ich stąd usunąć – dodała projekcja. – Zmiany w duszy są nieodwracalne i rzecz raz w niej zapisana pozostanie tam na zawsze.
Czarodziej dobrze wiedział, do czego odnosił się jego klon. Nie było odwrotu. Uśmiechnął się krzywo. Otworzył usta, ale odbicie ponownie zabrało głos:
- Pamiętasz?
W otaczającym ich mroku rozległ się śmiech. Jej śmiech. Radosny, szczery, beztroski. Kolana maga mimowolnie ugięły się pod jego ciężarem.
- Spójrz na siebie – mruknęła z pogardą demoniczna projekcja. – Minęło tyle lat, a ty wciąż do niej wzdychasz, choć ją samą dawno już zżarły grobowe robaki.
- Milcz – wysapał. Próbował się uspokoić i opanować buzujące emocje, ale nie potrafił. Przez chwilę czuł, że stracił całkowitą kontrolę nad swoim ciałem.. i umysłem. W uszach wciąż rozbrzmiewał mu jej śmiech.
- Ale nie martw się – klon uśmiechnął się przyjaźnie. – Już niedługo będziesz wolny od tych sentymentalnych bzdur. Sprawy, które kiedyś mogły wydawać się ważne, stracą swe znaczenie. Sam się przekonasz.
- Są rzeczy, których się nie zapomni.
Zsunął się z głazu i podszedł do klęczącego czarodzieja. Wyciągnął do niego dłoń.
- Istotnie. A teraz wstań. Mamy..
Mag odtrącił jego lodowatą rękę i wstał o własnych siłach, chwiejąc się lekko. Spojrzał na swe odbicie spod wpół przymkniętych oczu i uśmiechnął się. Cały obraz na parę sekund stracił ostrość.
- Postaram się więcej nie stracić przytomności – powiedział butnie, czując, że się budzi.
W tej samej chwili obraz ponownie zaczął się rozmazywać i drgać. Tuż przed tym, jak wszystko pogrążyło się w całkowitym Chaosie, klon, również uśmiechnięty, wypowiedział trzy słowa. I choć czarodziej zamiast niego usłyszał śpiew ptaków, to dzięki umiejętności czytania z ruchu warg dobrze wiedział, co tamten powiedział mu na pożegnanie.

***

Otworzył oczy i zaraz zmrużył je od blasku Słońca, odbijającego się od kryształowych ścian kuli i padającego prosto na jego twarz. Do jego uszu dotarł stłumiony śpiew ptaków.
Ptaki..
Podniósł szybko głowę. Wciąż byli w sferze, więc nie mogło minąć wiele czasu od zderzenia. Na fioletowej ściance widniała ciemna struga krwi, ciągnąca się aż do głowy leżącej nieprzytomnie dziewczyny. Poderwał się szybko i delikatnie ją obrócił, oceniając rozległość obrażeń.
- Pęknięty łuk brwiowy.. – powiedział cicho, sam do siebie. – Nic poważnego.
Obmył ranę wodą i spłukał krew z reszty twarzy. Stęknęła cicho i otworzyła jedno oko, to niezalane wodą. Zdezorientowana i przestraszona chciała wstać, ale mag powstrzymał ją ręką.
- Ćśśś.. Nie ruszaj się.
Wytarł szmatką twarz do sucha i założył na ranę specjalny opatrunek z leczniczych liści, koncentrując się w pełni na wykonywanej czynności i próbując nie myśleć o swym „śnie”. W pierwszej chwili syknęła z bólu, ale po chwili uśmiechnęła się lekko, czując kojący chłód.
- Szybko działa, prawda? – spytał z uśmiechem. Znów chciała wstać, ale ponownie ją powstrzymał. – Poleż jeszcze.
- Yhm.. dziękuję za pomoc, ale nic mi nie jest..
- Ach? Skoro tak..
Widząc, że ma wyraźne problemy, pomógł jej usiąść.
- A może jednak.. – mruknęła żartobliwie. Rozejrzała się. – Co się stało..?
- To dobre pytanie – mag wstał i również omiótł wzrokiem kulę. Nad nią i po bokach chybotały się zielone gałęzie, przepuszczające jasne promienie odległego Słońca.
- Czy my.. – umilkła, gdy jeden z ptaków zaświergotał gdzieś wyjątkowo blisko.
- Na to wygląda. Jesteśmy na drzewie – uśmiechnął się szeroko, wsłuchując w ptasi koncert. Wydawało mu się, że minęły wieki od kiedy ostatni raz słyszał ich śpiew. Odetchnął świeżym, wilgotnym powietrzem.
Sfera tkwiła pomiędzy dwoma wyjątkowo grubymi gałęziami, które przytrzymywały ją przed spadnięciem na dół.
- Dość szybko minęliśmy tą granicę, prawda?
- W istocie. Najwyraźniej pędziliśmy szybciej niż sądziliśmy.. albo po prostu była bliżej niż poprzednia. W każdym razie, teraz to i tak już bez znaczenia.
- Też prawda.
Wzdrygnęła się, gdy fioletowe ściany zamigotały lekko. Przez chwilę mogli dokładnie zobaczyć ich otoczenie. Dziewczynie nie spodobała się wysokość, na jakiej się znajdowali.
- Co teraz? – spojrzała z nadzieją na maga, nie wątpiąc, że i tym razem znajdzie sposób.
Uśmiechnął się tylko i pokazał jej zawiązaną pętelkę ze skórzanego sznurka.
Przekrzywiła głowę, nie rozumiejąc.

***

Nowy świat oczarował ich swą różnorodnością. Bogactwo dźwięków, zapachów i kolorów, a także życia. Robaki pełzające po liściastej ściółce, ptaki wszelkiej maści i niezliczona ilość roślin. I drzewa, wielkie i powykręcane, stojące tu chyba od zawsze jako monumentalne dowody na siłę i trwałość przyrody.
Puszcza.
Było dość wilgotno, ale mag nie wiedział, czy było to spowodowane falą, czy też naturalnym stanem rzeczy. Po rybach nie został żaden ślad.
Nowe miejsce cieszyło go niezmiernie, znacznie bardziej niż wcześniej pustynia, a to dzięki bogactwu leśnego środowiska, dodatkowo umożliwiającego mu uzupełnienie niektórych komponentów. Poza tym, pierwszy raz od długiego czasu, a tak właściwie to od pierwszego dnia jego wędrówki, nie widział gór – puszcza, gęsta i rozległa, szczelnie zasłaniała krajobraz. Czuł się nieco lepiej, nie musząc patrzeć ciągle na odległe szczyty, które wcześniej towarzyszyły mu cały dzień i nawet w nocy zdawały się rysować swe strzeliste kontury na tle nocnego nieba.
Oczywiście nie musiał ich widzieć, by znać kierunek podróży – wciąż mógł go określić na podstawie Słońca lub też po prostu wznieść się ponad leśne poszycie. Zresztą, drzewo na którym wylądowali rosło dość blisko granicy i wystarczyło przejść przez parę gęstych zarośli, by zobaczyć rozciągającą się wyschniętą pustynię, białą linię i graniczny głaz. Dziewczyna nie mogła wyjść z podziwu patrząc na gwałtowność z jaką jeden krajobraz przechodził w drugi. Mag, choć już nieco przyzwyczajony, również spędził parę minut na obserwacji. Zauważył nawet jak gnana przez wiatr ciemnoszara chmura przyleciała znad puszczy i rozbiła się o niewidoczną ścianę na granicy, po prostu znikając, kawałek po kawałku.
Fascynujące, pomyślał. Mimowolnie przypomniał sobie o demonie. Czy przetrwał powódź i był gdzieś w pobliżu? Może nawet obserwował ich w tej chwili..
Wróci. One zawsze wracają.
Nie tak łatwo jest pozbyć się demona.
Pierwszą, jak i wiele kolejnych nocy w nowym świecie spędzili jednak tylko we dwoje. Mimo to mag nie poruszał już tematów związanych bezpośrednio z ich towarzyszem, Wolardem, w razie gdyby ten czaił się w pobliżu.
Gdy tylko zaczęło się ściemniać, mag wyjął z torby małą miniaturkę płonącego ogniska. Rzucił ją na przygotowane wcześniej miejsce, a ta, gdy tylko dotknęła podłoża, powróciła do normalnych rozmiarów. Ogień zapłonął ponownie, tworząc dookoła nich złowieszcze cienie.
Skrzywiła się lekko patrząc na nabite na prowizoryczny rożen ptaki, jeszcze niedawno pokryte szarymi piórami nadającymi im wyjątkowo smutny wygląd, ale zapach pieczonego mięsa wkrótce pomógł jej zwalczyć współczucie.
- Wiesz, zawsze się zastanawiałam nad tą sztuczką z ogniskiem.. Jak to dokładnie robisz? – spytała, gdy usiadł naprzeciwko ogniska i zaczął powoli obracać rożen.
- To proste – odparł, zadowolony z tego, że pyta. Zawsze lubił tłumaczyć żółtodziobom zasady magii. O ile, oczywiście, byli tego warci. – Używam zaklęcia minimalizacji. Poddany mu przedmiot kurczy się do bardzo małych rozmiarów i jednocześnie zostaje poddany stagnacji. Jakby był poza czasem – dodał, widząc, że nie do końca go rozumie. – Zminimalizowany owoc nie ulegnie zepsuciu, lód nie rozpuści się a ognisko nie zgaśnie.
- To możliwe? – spytała, oszołomiona.
- Z magią wszystko jest możliwe – odparł, a w jego głosie zabrzmiała nutka dumy. – Potem wystarczy wypowiedzieć słowo-klucz albo po prostu rzucić przedmiot na ziemię, a zaklęcie samo się rozproszy i dana rzecz powróci do dawnych rozmiarów.. i normalnego bi
Ostatnio zmieniony czw gru 20, 2007 10:05 pm przez DraMeo, łącznie zmieniany 3 razy.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

sob lis 24, 2007 1:18 am

Oj, ucięło mi część rozdziału :razz:
Ciąg dalszy:

- To możliwe? – spytała, oszołomiona.
- Z magią wszystko jest możliwe – odparł, a w jego głosie zabrzmiała nutka dumy. – Potem wystarczy wypowiedzieć słowo-klucz albo po prostu rzucić przedmiot na ziemię, a zaklęcie samo się rozproszy i dana rzecz powróci do dawnych rozmiarów.. i normalnego biegu czasu. A gdy nie będzie już potrzebna, można ją zminimalizować ponownie. Wcześniej robiłem to z ogniskiem dość często, ze względu na brak czegokolwiek nadającego się do palenia na pustynnym pustkowiu. Dzięki temu mogłem zabierać je ze sobą i jedno starczyło mi.. nam na parę nocy. Teraz już nie ma takiej potrzeby.
- Magia jest taka fascynująca.. – powiedziała po chwili. Spojrzał na nią, zdziwiony, a gdy zobaczył jej rozmarzony wyraz twarzy, uśmiechnął się lekko.
- Prawda – potwierdził i zmarszczył brwi, widząc jak jej zamyślenie zostaje zastąpione przez żal. – Co się stało?
- Nic.. – mruknęła, spuszczając głowę. Kosmyki włosów przysłoniły jej twarz. – Po prostu ja też chciałabym.. Czarować.
Powiedziała to cicho i z wahaniem, jakby obawiała się wyśmiania.
- Któż by nie chciał? – spytał mag, daleki od chęci kpienia z absurdalnych marzeń dziewczyny. Czyż on sam nie był ich niewolnikiem? A poza tym..
Marzenia powinny być nierzeczywiste, nieograniczone przez nic prócz wyobraźni.
- Ale to nie jest też tak piękne, jak może się wydawać dla kogoś z zewnątrz. Jest wiele minusów.
Owe „minusy” były oczywiście niczym w porównaniu z ogromnymi korzyściami manipulowania energią świata, ale postanowił to przemilczeć.
- Na przykład? – spytała bez przekonania.
- Po pierwsze, zwykli ludzie muszą poświęcić całe dziesięciolecia na opanowanie samych podstaw magii, nie mówiąc już o zyskaniu prawdziwej potęgi. Porażająca większość z nich umiera nim choć zbliży się do zostania mistrzem w swojej dziedzinie, prawdziwym arcymagiem. Pomyśl, jak muszą czuć się ci, którzy całe swe życie poświęcili na zgłębianie tajemnych sztuk i szukaniu jedności z energią Wieloświata, a jedynym, co znaleźli, były pustka i niespełnione nadzieje. Dlatego też wielu z nich szuka sposobu, by przedłużyć swoje życie, nie raz z opłakanymi skutkami.
Wtedy, tam przy ognisku, mag nie rozumiał jeszcze, że jest taki sam jak ci, których opisuje. Oddający wszystko za próżne nadzieje, kurczowo trzymający się swego życia, a raczej samej świadomości istnienia. Nie rozumiał, że jego marzenie, choć szlachetne, nie różniło się od pragnień innych, którzy przed nim w niezliczonych ilościach przemierzali tę samą drogę, licząc na to, że na jej końcu znajdą spełnienie swych snów i prawdziwe szczęście.
Teraz tego nie dostrzegał, ale nadejdzie czas, gdy zrozumie.
- To dość smutne.. – odparła ze szczerym współczuciem. – Nie wiedziałam, że potrzeba..
- To nie koniec – przerwał jej, podnosząc rękę. – Niezależnie od tego jak dobrym jest się w rzucaniu czarów, trzeba przestrzegać wielu reguł, którymi rządzi się magia. Ludzki umysł nie jest nieskończony, może zapamiętać tylko kilkanaście, najwyżej kilkadziesiąt zaklęć. I za każdym razem musimy uczyć się ich od nowa, gdyż po użyciu znikają z pamięci, jak gdyby nigdy ich tam nie było.
- To.. to straszne!
- Poniekąd. Ale zapewniam, że po tak wielu latach uczenie się ich staje się czymś równie naturalnym jak spożywanie posiłków.
Uśmiechnęła się na to, przynajmniej w jej mniemaniu, niedorzeczne porównanie.
- Trzeba dać też czas mózgowi na odnowienie zniszczonych neuronów i uporządkowanie przyswojonej wiedzy.. Inaczej można nabawić się sporego bólu głowy.. W najlepszym razie. Nieco inaczej jest z czarownikami, którzy magię mają jakoby we krwi. Już od urodzenia lepiej rozumieją otaczający ich świat i manipulowanie energią jest dla nich o wiele prostsze. Podczas gdy my musimy studiować wiele lat, oni potrzebują jedynie obudzić drzemiący w nich potencjał. Między nami mówiąc, zazdroszczę im tej bliskości z istotą Wieloświata. Ale to jedyne, czego zazdroszczę tym nieopierzonym pajacom – odkaszlnął, przerywając na chwilę. – Musisz wiedzieć, że zaklinacze słyną ze swego młodego wieku i, co z tym idzie naturalnie w parze, głupoty. Durna brawura, bezsensowne popisywanie się mocą.. Tak, to cali oni – pokiwał głową, po czym wrócił do właściwego tematu. – Potrafią też rzucać wielokrotnie te same zaklęcia, bo do ich przechowywania nie wykorzystują umysłu, tylko.. duszę? Sam nie wiem. Całe ich ciało jest niczym wielki pojemnik na czary. Łatwiej też przychodzi im ich odnowienie. My musimy przespać się z godzinkę, oni muszą się tylko skupić przez kilkanaście minut.
- To dlatego, że nie trzymają ich w umyśle?
- Tak – odparł nieco zdziwiony prawdziwością jej odpowiedzi. Nie spodziewał się, że wiele zrozumie z jego wywodu. Mówił bardziej dla siebie – po prostu lubił mówić o magii, będącej największą pasją jego życia. – Ale w tym tkwi też ich słabość – ponieważ ich umysł nie jest tak rozciągnięty jak nasz, potrafią zapamiętać tylko małą paletę zaklęć i nie mogą zapomnieć raz nauczonych, my zaś ograniczeni jesteśmy jedynie ilością kartek w naszych księgach i możemy uczyć się dowolnych czarów.
- Trochę to skomplikowane.. – odparła, śmiejąc się z zakłopotania i drapiąc po głowie.
Mag kiwnął głową. Gdyby od razu zrozumiała, wydałoby mu się to co najmniej podejrzane.
- Nie musisz tego wszystkiego rozumieć. Ważne, byś zapamiętała, że pomimo naturalnych uzdolnień, zaklinacze nie są wartościowymi towarzyszami, z małymi wyjątkami. Większość to dzieciaki, którym jeszcze nie przestały zwisać gile z nosa a już biorą się za czarowanie. Rozumiesz?
- Tak – kiwnęła zdecydowanie głową, przyjmując poważną minę. – Zrozumiano!
- Świetnie – mag uśmiechnął się.
- Skoro jesteśmy już w tym temacie, to chciałabym.. – zaczęła, przysuwając się blisko. Mag mimowolnie się wzdrygnął. Musiał przyznać, że w świetle płonącego ogniska wyglądała jeszcze ładniej. – Byś opowiedział mi, jak zostałeś magiem.
Czarodziej mimowolnie parsknął. Czy ktoś kiedykolwiek spytał go o jego przeszłość, czy poprosił, by opowiedział mu swoją historię? Nie.
Cóż, Ona by mogła. Tak, Ona z pewnością by go o to spytała, gdyby nie fakt, że sama była częścią tej przeszłości. Czasem tylko, przy ognisku nieco podobnym do tego, ale pod niebem naznaczonym innymi gwiazdami, zdarzało mu się opowiadać swym ówczesnym towarzyszom różne przypowiastki dotyczące jego podróży i przygód. Nigdy jednak nie był skory do zwierzania się ze swych doświadczeń i tym razem nie było inaczej.
- Więc? – spytała z nadzieją w głosie, wyrywając go z rozmyślań o tym, co minęło.
- Cóż, ja.. Nie bardzo wiem, co miałbym ci opowiedzieć. Jak już mówiłem, czarodziejem zostaje się poprzez wieloletnie studia i..
- W takim razie powiedz chociaż, czemu zdecydowałeś się zostać właśnie nim – powiedziała z niegasnącym uśmiechem.
Popatrzył na nią z zaciekawieniem.
- Cóż.. Pewnie cię rozczaruję, ale nie ma w tym nic ciekawego.
- Sama to ocenię.
- Skoro nalegasz – zachichotał, zaskoczony jej uporem i stanowczością. – Ale żeby nie było, że nie ostrzegałem. Sprawa wyglądała tak: pochodziłem z dość bogatej rodziny, ojciec był właścicielem całej kompanii handlowej.. Miałem więc dość pieniędzy by podjąć każde studia, nawet tak kosztowne jak te dla czarodziei. A czemu zdecydowałem się właśnie na tę profesję?
To dość proste. Chciałem zostać kimś potężnym, by bez przeszkód móc realizować swoje cele i.. marzenia. Już to kryterium ograniczało wybór do użytkowników magii, bo, bądźmy szczerzy, tylko oni mają dostęp do prawdziwej mocy. Zostanie kapłanem odpadało, jako że nigdy nie byłem zbyt religijny, podobnie jak reszta mojej rodziny – tu zaśmiał się lekko, jakby widział w tym coś zabawnego. – Do zostania zaklinaczem brakowało mi zaś odpowiednich predyspozycji.. Nie wiem czy wspominałem, że zwykło się mówić iż do stania się jednym z nich w twych żyłach musi płynąć choć cząstka smoczej krwi.
Pokręciła głową.
- No, mniejsza o te plotki. Pozostawał czarodziej, ale myślę, że i tak wybrałbym właśnie jego. Jest w nim coś.. Nie potrafię tego opisać, ale żadna inna profesja czy zawód nie dałyby mi takiej radości jak bycie magiem. Zresztą, co tu ukrywać, chciałem też podążyć śladami ojca.
- Mówiłeś, że był kupcem – zauważyła.
- Och tak, ale on był tylko moim ojczymem, za którego wyszła moja matka gdy odszedł mój prawdziwy ojciec. Tamten zaś.. tamten.. – uśmiechnął się szczerze na jego wspomnienie – Był wielkim czarodziejem, może nawet arcymagiem, choć wątpię, by używał tego tytułu, zresztą tak samo jak ja.. Nie znałem go osobiście, odszedł gdy matka była w pierwszym miesiącu ciąży i dopiero później dowiedział się o mym istnieniu. Na miesiąc przed moim urodzeniem zaginął jednak po nim wszelki ślad i do dziś nie wiem co się z nim stało.
- Przykro mi – powiedziała ze szczerym współczuciem, mag jednak pokręcił głową.
- Nie szkodzi. Kochał podróżować i na pewno zdawał sobie sprawę z ryzyka.
- Skąd zatem wiesz, jaki był? Opowiadała ci to mama?
- Po części. Matka nie była jednak skora do snucia opowieści o nim. Zdaje mi się, że nie mogła pogodzić się z jego odejściem, a może raczej z tęsknotą za ich wspólnymi podróżami..
- Więc skąd?
Czarodziej uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Kryształ. Gdy dowiedział się, że matka jest w ciąży, wysłał jej ciemnozielony kryształ, zwany kryształem pamięci, który miała mi podarować na piętnaste urodziny. Miał mi przekazać wiadomość od niego, zaklętą w środku. Matka jednak postanowiła inaczej i chcąc odgrodzić mnie (i siebie, przy okazji) od przeszłości, schowała go na strychu, najwyraźniej nie mając odwagi go po prostu wyrzucić. Wolą losu albo zwykłym przypadkiem znalazłem go jednak zaledwie rok po moich piętnastych urodzinach i dowiedziałem się wszystkiego.
- Co to była za wiadomość? – spytała cicho, jakby poruszona opowieścią.
- O, całe mnóstwo wiadomości. Ojciec opisał siebie, niektóre swoje przygody i przekazał mnóstwo rad. Gdy matka się o tym dowiedziała, przeprosiła mnie za próbę ukrycia i przyznała się do błędu, a ja jej wybaczyłem, bo czyż mogłem postąpić inaczej? Choć tego obawiała się najbardziej, zgodziła się na mój wyjazd na studia, po których miałem zostać czarodziejem. Tak jak ojciec. Jak sama widzisz, udało się.
Odwzajemniła uśmiech.
- To była wspaniała historia. Kiedyś musisz mi opowiedzieć więcej, o tobie, o twoim ojcu, o tamtej szkole..
- Spokojnie – zaśmiał się. – Na wszystko przyjdzie czas. Teraz jednak proponowałbym udanie się na spoczynek.
Zgodziła się bez mrugnięcia okiem.

***

Mag leżał jeszcze długo po tym, gdy wymienili serdeczne (i bezsensowne, jego zdaniem) życzenia dobrej nocy i słodkich snów. Tak jakby to od nich zależało, co im się przyśni.
Nawet jeśli tak jest, stwierdził w myślach, to nie tu. Nie w Otchłani.
Tu kontrola czegokolwiek była niemożliwa.
I nie było nikogo, kto wiedziałby o tym lepiej niż on.
Westchnął cicho. Dziewczyna zasnęła prawie od razu, wiedział to, słuchając jej płytkiego oddechu. On również miał taki zamiar, ale nie potrafił. W głowie wciąż rozbrzmiewały mu jego własne słowa, a pobudzone wspomnienia nie dawały m teraz spokoju.
Ale było jeszcze coś.
Pod chaosem myśli i wspomnień kryło się jedno zdanie, pulsujące nieustannie w jego umyśle i niedające o sobie zapomnieć. Trzy cholerne słowa, które powiedział mu na pożegnanie pewien dobry, gnijący znajomy, nie tak dawno temu.
„Przyjdę we śnie.”
Mag był pewien, że nie kłamał. Mógł walczyć i nie spać przez wiele dni, ale czy był w tym sens? Dobrze wiedział, że nie. Odkładanie tego na później jedynie pogorszy sprawę i narazi go na niepotrzebne niebezpieczeństwo.
Poza tym, pocieszał się, skąd mogę wiedzieć, czy przyśni mi się dzisiaj, czy za tydzień?
W końcu zasnął, powtarzając to zdanie niczym kołysankę.
Ostatnio zmieniony pn gru 24, 2007 10:52 am przez DraMeo, łącznie zmieniany 1 raz.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

pn gru 24, 2007 3:27 am

Witam wszystkich po długiej przerwie, za którą przepraszam ^^' Z ciekawszych informacji, dodałem ostrzeżenie na początku, by uchronić tych nieco wrażliwszych. Może też będziecie mieli okazję wyłapać jakieś literówki czy inne błędy, bo pisałem to do późna i coś się mogło wkraść ;P Poza tym, chciałbym Wam wszystkim życzyć Wesołych Świąt, byście spędzili je tak jak to sobie zaplanowaliście, w gronie rodziny i przyjaciół. Dzięki, że czytacie moją powieść ;)


--------


Rozdział IV
Droga


- Co ty, za przeproszeniem, robisz?
- Jak to co? Tańczę i podśpiewuję.
- To widzę. Czy nie uważasz jednak, że miejsce, w jakim się teraz znajdujemy nie jest wyjątkowo odpowiednie do wykonywania tego rodzaju czynności?
- Czemuż to? Wiesz, ta piosenka z karczmy ciągle chodzi mi po głowie i..
- MAM GDZIEŚ twoje karczemne piosenki. Jesteśmy na misji i powinniśmy być dyskretni, ty zaś..
- Zamknijcie się, obaj – upomniała ich kapłanka. – Jesteśmy już blisko.
Czarodziej burknął coś pod nosem, zaklinacz zaś zasalutował i choć przestał nucić, to w dalszym ciągu co parę kroków wykonywał taneczne ruchy. Druidka, zamykająca pochód, pokręciła głową z uśmiechem.
Las dookoła nich stawał się coraz gęstszy i mroczniejszy, zaś ptaki, wcześniej rozśpiewane, teraz nie dawały znaku życia. Pogrążeni w tej martwej ciszy mimowolnie zaczęli rozmyślać o zbliżającej się bitwie, ale nawet widoczne w wielu miejscach ślady nieludzkich istot nie mogły zachwiać ich pewności o nadchodzącym zwycięstwie.
Kapłanka kierowała myśli do swego umiłowanego boga, druidka wsłuchiwała się w ciche szepty wiatru, niesłyszalne dla pozostałych, zaklinacz próbował przypomnieć sobie słowa trzeciej zwrotki a czarodziej myślał o swym marzeniu.
Droga przed nim skręcała nagle w prawo i znikała za kolumną drzew.
- Przygotujcie się – powiedziała cicho kapłanka.
- Pamiętaj – rzucił z lekkim uśmiechem mag do idącego obok niego zaklinacza. – Wygnane się nie liczą.
- Tym gorzej dla ciebie – odparował tamten, również się uśmiechając.
Przyśpieszyli kroku. Kapłanka wybiegła zza rogu pierwsza, obracając się gwałtownie w prawo. Zaraz za nią podążyli obaj magicy, gotowi na rzucenie zaklęć w razie potrzeby. Druidka stanęła tyłem do nich, pilnując czy z gęstych zarośli nie wybiegną ukryci przeciwnicy.
Droga ciągnęła się jeszcze kilkadziesiąt metrów i kończyła niewielką polanką z dwoma zrujnowanymi budynkami i wejściem do szybu kopalni. Wydawała się wymarła, ale mag z rzuconym na siebie zaklęciem Prawdziwego Widzenia wiedział, podobnie jak kapłanka, że jest inaczej.
- Słodko – mruknął, wykrzywiając usta w uśmiechu. – Około czterdziestu, pomniejsze.
Kilka metrów przed nimi, na środku traktu siedział mały, biały zając i wpatrywał się w podróżników swymi czerwonymi ślepkami. Druidka zerknęła przez ramię i prychnęła.
- To nie zając.
- Wiem – powiedzieli unisono kapłanka i czarodziej.
Mag zaczął inkantację zaklęcia, a zaklinacz, widząc komponenty jakich użył, zaczął rzucać ten sam czar. Akolitka rozpoczęła modlitwę i ruszyła śmiało do przodu, w dłoni dzierżąc młot z wygrawerowanymi złotymi runami. Druidka, wyglądająca teraz jak ruchoma kamienna rzeźba, podążyła za nią.
W tym samym czasie zając zaczął nienaturalnie pęcznieć. Oczy wystrzeliły mu z oczodołów z prędkością pocisku, a chwilę później ciałko rozleciało się w eksplozji krwi i sierści. Na jego miejscu stał teraz mały, zielonkawo-biały demon o spiczastych uszach, wyciągający szponiaste łapki w stronę nadciągających podróżników i skrzeczący złowrogo.
Kapłanka, otoczona świetlistą aurą, kopnęła jego wydęty brzuch swoim podkutym żelazem butem i wysłała go daleko w powietrze, nawet się nie zatrzymując.
Magicy skończyli inkantacje prawie jednocześnie i posłali dwie wielkie ogniste kule w miejsce, gdzie akurat przed chwilą wylądował kopnięty przez akolitkę demon. Zaklinacz nie bez satysfakcji stwierdził, że jego pocisk był nieco większy od tego wytworzonego przez maga.
- Całkiem nieźle – rzucił. – Widzę, że też użyłeś maksymalizacji.
- O czym ty mówisz? – czarodziej uniósł brew, po czym nie chcąc tracić niczego z walki ruszył przed siebie. Zaklinacz, zszokowany tym, najwyraźniej szczerym, pytaniem stał chwilę w bezruchu. Zaklął pod nosem i pobiegł za swym towarzyszem.
Ogniste kule z rykiem wyprzedziły biegnące kobiety i minęły demona o humanoidalnym kształcie, który jako pierwszy porzucił swoją niewidzialność i wystąpił przeciw zbliżającym się wrogom. Nie zdążył się nawet odwrócić, gdy skraj polany za nim zamienił się w płonące piekło a fala gorąca wyrzuciła go w powietrze.
Przez ryk płomieni przebiły się dzikie wrzaski i piski płonących istot, do tej pory w ukryciu czekających niecierpliwie na podróżników. Większość z nich zginęła od razu i nawet wrodzona odporność na ogień nie mogła ich uchronić przed dwoma ognistymi kulami, złączonymi w jednej potężnej eksplozji. Te będące w epicentrum wybuchu zostały prawie natychmiast zwęglone, reszta zamieniona w żywe pochodnie umierała powoli, biegając chaotycznie i przeraźliwie wyjąc.
Humanoidalny demon z paskudnie oparzonymi plecami, skrzeczący niemiłosiernie, zaczął gramolić się z ziemi. Oszołomiony eksplozją zauważył kapłankę dopiero, gdy ta zamachiwała się już swą morderczą bronią. Uniósł szponiastą dłoń w obronnym geście, ale młot bez trudu przebił się przez barierę, łamiąc chude i nienaturalnie długie palce i zatrzymując dopiero na czaszce potwora. Rozległo się mokre chrupnięcie a demon wydał z siebie niezrozumiały charkot i legł ciężko na ziemi, wymachując bezradnie kończynami. Akolitka była już daleko z przodu i dopiero włócznia druidki, wbita w samo serce, zakończyła jego żywot.
Obie kobiety zniknęły wśród kłębów dymu, wydobywających się z gęstych, wilgotnych zarośli po obu stronach drogi, powoli zajmujących się ogniem.
Mag mimowolnie przyśpieszył kroku. Wolał nie tracić z oczu żadnego z towarzyszy – w końcu był za nich odpowiedzialny i śmierć któregokolwiek z nich nie była opcją.
Przekroczył szarą zasłonę, a pod jego ciężkim butem chrupnęła zwęglona klatka piersiowa pechowej istoty, która wcześniej ukrywała się w ciele zająca.
Zaklinacz pojawił się zaraz zanim, pośpiech jednak okazał się niepotrzebny – dziewczyny radziły sobie świetnie same i bez trudu dobijały pozostałe przy życiu demony.
- Padają jak muchy – zaśmiał się czarownik i dołączył do zabawy, posyłając na wszystkie strony magiczne pociski.
Czarodziej pokręcił głową. Wiedział, że to była jedynie przednia straż, coś w rodzaju mięsa armatniego, wartego tyle, co nic. Prawdziwe demony czekały na nich w głębinach kopalni i zaprawdę, nie mógł się już doczekać konfrontacji z nimi. Po to tu przybył.
Gdyby problemem była tylko ta garstka demonów, mieszkańcy pobliskich wiosek mogliby wysłać samą kapłankę, ewentualnie wraz z druidką. Nawet ten narwany zaklinacz poradziłby sobie bez większych problemów – miał prawdziwy talent i już za parę lat powinien osiągnąć ten sam poziom mocy co czarodziej, choć był od niego o ponad dekadę młodszy.
Gdy ostatni z demonów na powierzchni padł martwy, czwórka podróżników stanęła przed kopalnią. Ziemie przed nimi opadała skośnie w dół i prowadziła w głąb górniczego szybu, pogrążonego w całkowitej ciemności. Nawet tu czuli już paskudny odór demonów i resztek ich nieszczęsnych ofiar.
- Rzucimy kulę ognia? – spytał zaklinacz. – Pewnie siedzą tam w niezłym ścisku.
Mag czekał, aż ktoś odpowie, a gdy nikt się nie zgłosił, sam wyjaśnił:
- Nie. To niewątpliwie zdziesiątkowałoby ich szeregi, ale ogień zabrałby znaczną część tlenu. Poza tym, ta kopalnia nie wygląda na solidną i mogłaby się zawalić.
- To źle? Pogrzebmy ich żywcem i po sprawie.
- Oczywiście, że źle – odparł ze zirytowaniem czarodziej.
- Nie możemy ich tam po prostu zamknąć, bo prędzej czy później i tak by się wydostały. Kopalnia jest zresztą dość istotna dla pobliskich wiosek i powinniśmy zniszczyć ją tylko w ostateczności – wyjaśniła spokojnie kapłanka.
- Ruszajmy już – rzucił czarodziej, ucinając dyskusję.
I ruszyliśmy. Pamiętam to dobrze, zadziwiająco dobrze. Przeszliśmy trzy poziomy mrocznych kondygnacji opuszczonej kopalni, prowadzeni przez białe światło wyczarowanej przeze mnie kuli. Pamiętam nawet, że musieliśmy aż cztery razy tworzyć nowe, gdy wszechobecne demony miażdżyły je jedna po drugiej. W końcu dotarliśmy na samo dno. Weszliśmy do wilgotnej pieczary i stanęliśmy naprzeciw pięćdziesięciu demonów otaczających swego pana, wielkiego i paskudnego hezrou.
Pamiętam, jak spojrzałem w jego żabie oczy a on zajrzał w moją duszę i odczytał cel mego przybycia. Pamiętam ten dudniący, szyderczy śmiech a zaraz potem mój własny, gdy zamknąłem go w sferze Otiluka i zająłem się resztą demonów, jego zostawiając na deser.
Pamiętam to.
A mimo to teraz jest inaczej. Wkraczamy do jego leża i mimowolnie wstrzymujemy oddechy, czując odór padliny i samych demonów. Mierzymy się wzrokiem. I na tym polega różnica.
Stoimy bowiem po przeciwnych stronach barykady. Oni są tam, czwórka poszukiwaczy przygód, zaś ja..
Ja jestem na miejscu odrażającego hezrou, choć wyglądam inaczej. Jestem demonem, którego trzeba zabić, by zbliżyć się o krok do spełnienia mego marzenia.
Przecież to śmieszne.
A jednak to dzieje się naprawdę. Przejście jest tak płynne, że prawie go nie zauważam, ale nie mam wątpliwości. Oni też. Wołam do nich, że ja to ja, że to wszystko to jakiś podły podstęp demonów. Ale oni mnie nie rozumieją. Albo nie chcą rozumieć.
Ta imitacja czarodzieja zastępująca mnie w drużynie, istny stojak na szaty, rozpoczyna inkantację i już po chwili czuję, jak powietrze dookoła mnie gęstnieje i przybiera fioletową barwę. Ale ja nie jestem głupim hezrou, żyjącym tylko po to, by szerzyć Chaos. W przeciwieństwie do tej dzikiej bestii, ja mam marzenie. I dlatego sfera Otiluka pojawia się wokół mnie tylko po to, by zamigać parę razy i zaraz rozpłynąć w dusznym powietrzu pieczary.
Stojak nie wierzy własnym oczom. Co za głupiec! Zamiast otrząsnąć się z porażki i rozpocząć kolejną inkantację, stoi bezczynnie podczas gdy reszta drużyny zaczyna walkę z przeważającym siłami demonów. Nie mogę na niego patrzeć.
Mentalnym rozkazem zmuszam jednego z demonów do stłuczenia kuli światła, a on posłusznie spełnia me żądanie, choć przypłaca to życiem. Jaskinia pogrąża się teraz w zielonym półmroku. Właściwie to nie wiem, skąd ta zieleń.
Cofam się parę kroków do tyłu i znikam wśród cieni, po czym wychodzę z mroku za wykrzykującym słowa zaklęcia czarodziejem. Łapię go szponiastymi łapami za gardło i zwlekam z wyrokiem tylko tyle, by mógł pojąć własną porażkę. Rozkoszuję się jego strachem i paniką, gdy me pazury powoli dziurawią mu tętnice i rozrywają krtań i przełyk.
O, tak..
Pozwalam osunąć mu się na ziemię, samemu zaś skupiam uwagę na kapłance, która najwyraźniej wyczuła moją obecność. Patrzy na leżącego u mych stóp maga i krzyczy coś, rzucając się na mnie i ze wściekłością wymachując swoim młotem. Czuję bijącą od niej moc bytów zbyt wielkich, bym mógł się z nimi mierzyć.
(Na razie.)
Porażony potęgą dobra nie mogę wykonać uniku. Święte runy rozbłyskają przy uderzeniu w me czarne ramię. Siła powinna zgruchotać mi kości i cisnąć mną o ścianę, ja jednak tracę tylko na chwilę czucie w ręce i robię kilka chwiejnych kroków. Otchłań hojnie wynagrodziła mnie za mą duszę, tak bogatą w emocje.. i marzenia.
Kapłanka nie daje się jednak zbić z tropu niepowodzeniem (brawa dla niej) i zamachuje się ponownie, mierząc w czaszkę. Tym razem jednak nie daję jej szansy. Znajduję w sobie nową siłę i wiem, że to dzięki Chaosowi, który wciąga mnie w siebie.
Zanurzam się w nim i jesteśmy rozdzieloną jednością. Zgrabnie uchylam się przed ciosem i rozpoczyna się taniec.
Ta moc..
Wiruję wśród emocji i zgiełku, a mroczne cienie tańczą wraz ze mną. Młot młóci powietrze i próbuje trafić w me nienaturalnie szybkie ciało, ale nie może – każdy mój unik jest bezbłędny, choć me ramię wciąż jest zdrętwiałe. Przy jednym z uchyleń zbliżam swój pysk do jej twarzy i zaglądam głęboko w te błękitne oczy. Ona już wie, że przegrała.
Jeśli spróbuje rzucić czar, zabiję ją nim dojdzie choć do połowy, całą swą uwagę musi więc poświęcić walce i próbować trafić tym swoim młotkiem. Odzyskuję czucie w ręce i gdy woła pomocy, przechodzę do ataku zmieniając jej krzyk w jęk bólu. Spijam go z jej ust, szponami grzebiąc jednocześnie w gorących wnętrznościach. To pierwszy raz, gdy tak makabryczne czynności nie budzą mego wstrętu, lecz podniecenie.
Druidka, będąca dość blisko by usłyszeć wołanie kapłanki, odwraca się i krzyczy.
Błąd, maleńka. Chwila nieuwagi w walce z demonem równa się śmierci, zwłaszcza gdy nie ma się na sobie już żadnych ochronnych zaklęć. Wiem to, dlatego nie dziwią mnie szkarłatne szpony, wynurzające się z twego brzucha. Ale nie martw się, proszę. Nie umrzesz tak szybko. Jesteś zbyt ładna, byś się zmarnowała.
Do mych czułych uszu dolatują ostatnie słowa inkantacji. Odwracam się gwałtownie i rozszerzonymi oczami patrzę na zaklinacza, stojącego tam, pośród ciał innych demonów.
Zaklęcie zaczyna działać, a ja, choć opieram się z całych sił, tym razem przegrywam. Nigdy nie wątpiłem w potencjał tego chłopca, towarzyszącego mi podczas tak wielu podróży. Mógł osiągnąć wiele, gdyby tylko nie był taki głupi i gdybym ja go nie..
Ryczę z wściekłości, podobnie jak moi pobratymcy dookoła, gdy wszyscy zaczynamy rozpływać się w szarej mgle. Wracamy do Otchłani.
Odrzucam umierającą kapłankę i biegnę w stronę tego przeklętego tchórza, który śmiał użyć zaklęcia wygnania. Strzela we mnie pociskami mocy, ale nic nie może mnie zatrzymać. Prowadzony czystą furią odbijam się nogami od ziemi i skaczę, ostatnie dzielące nas metry pokonując w locie. Widzi swe przerażone odbicie w mych płonących oczach i rozumie, że nadszedł kres.
Będąc wciąż w powietrzu wyciągam dłoń i końcówką szpona dotykam już jego skóry. Po policzku spływa mu strużka krwi, a mgła, przed chwilą będąca mym ostrym pazurem, muska jego twarz i rozpływa się w mroku kopalni. Nie zdążyłem.
Kurwa.

***

Gdy mag obudził się tamtego ranka, nie czuł zniesmaczenia, strachu czy zagubienia. Jedynym uczuciem, jakie go wtedy wypełniało, była nienawiść. Nie czuł się winny śmierci swych towarzyszy, za których kiedyś był gotów narazić własne życie. Wręcz przeciwnie, przeklinał w myślach tego cholernego zaklinacza, który pokonał go w tak nieuczciwy, tchórzowski i żałosny sposób. Na samą myśl o tym, jak łatwo dał się podejść, dostawał szału.
Podniósł się szybko z posłania, czując, że zaraz eksploduje. Pięści zaciskały się mimowolnie, a oczy gorączkowo rozglądały się za czymś, na czym mógłby wyładować swoją wściekłość. Zrobił parę kroków w lewo, potem w prawo, chwiejąc się przy tym. Dokąd pójść, co zrobić?
Dopiero widok śpiącej niedaleko towarzyszki podróży uspokoił go nieco, przypominając mu kim jest i co tu robi. Odetchnął głęboko chłodnym, wilgotnym powietrzem i gdy już zaczynał dochodzić do siebie, dziewczyna przekręciła się we śnie i spod koca wysunęło się jej kształtne udo, natychmiast przykuwając wzrok maga i dostarczając mu nowych myśli, zalewających go chmarą zbyt wielką, by mógł jej się oprzeć.
Stanął nad nią. Fale gorąca uderzały w niego jedna po drugiej, zgodnie z rytmem walącego serca. Choć usilnie się starał, nie mógł pozbyć się wyobrażeń tego, co mógłby z nią zrobić tu i teraz. Wizje okrutnego gwałtu i tortur przelatywały mu przed oczami i kusiły rozkojarzony umysł, powoli tonący w morzu Chaosu.
Nawet gdyby nie chciała mu się oddać dobrowolnie, czyż nie był potężnym czarodziejem? Mógł ją unieruchomić, zmienić w bezmyślną kukłę albo nagiąć jej umysł wedle własnej woli. Mógł z nią zrobić co chciał, a co najlepsze, nie poniósłby żadnych konsekwencji. Byli w Otchłani, miejscu znajdującym się poza czujnym wzrokiem opiekuńczych bóstw. Tu nie obowiązywało żadne prawo, oprócz okrutnego prawa dżungli, gdzie to najsilniejszy tworzył reguły.
Odchylił głowę do tyłu, wpuszczając wszechobecny Chaos do umysłu i uśmiechnął się paskudnie. Świat tracił co chwila ostrość i otaczająca go dżungla znikała, jakby wszystko to było jedynie snem lub czymś podobnym.
Wytarł w swe szaty pokrytą krwią kapłanki dłoń, po czym zaczął szukać w kieszonkach potrzebnych komponentów. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że nie ma nawet przygotowanych odpowiednich czarów. Zaklął cicho.
Trudno, pomyślał, oblizując spierzchnięte wargi. Jeśli nie będzie chciała, wezmę ją siłą. Wie, jaką mocą władam i nie ośmieli mi się sprzeciwić. Jestem jej panem.
Pochylił się i wyciągnął rękę, by zerwać z niej koc. Drzewa nachyliły się ku nim, podobnie jak cała rzeczywistość, by podziwiać nadchodzący spektakl. Nic nie mogło go powstrzymać.
Oprócz niego samego.
Nagły impuls, jakby uderzenie pioruna, gdy powracające z mroków umysłu wspomnienie rozbłysło mu przed oczyma i przesłoniło wszystko inne. Zawahał się, a dłoń, już dotykająca miękkiego kocyka, zatrzymała się i zadrżała, po czym cofnęła nieznacznie.
Przez kilkanaście sekund mag trwał w bezruchu i tylko jego oczy otwierały się coraz szerzej, tak jakby wydarzenia ostatnich minut docierały do niego dopiero teraz. Rodząca się w nim ciemność ponowiła atak, ale pora była zbyt wczesna, a marzenie zbyt wielkie.
Szybkim ruchem zabrał rękę znad jej ciała i cofnął się parę kroków w tył, ledwie utrzymując się na nogach. Chciało mu się wymiotować, czuł się gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Wciąż jednak czuł lekkie podniecenie, pulsujące gdzieś wewnątrz niego, pod falą bezsilności i upokorzenia. Prawie słyszał ten zachęcający do odrzucenia wątpliwości i poddania się rozkoszy głos, którego, co najbardziej go przerażało, w żaden sposób nie mógł uciszyć.
Odsunął się od swej niedoszłej ofiary i gdy znalazł się poza obrębem obozowiska, pobiegł w głąb lasu najszybciej jak potrafił. Nie zważał na szponiaste gałęzie, szarpiące jego szaty i drapiące twarz, przeskakiwał próbujące obalić go powykręcane korzenie. Czuł, że musi biec. Jak najszybciej i jak najdalej. Tak jakby wciąż wierzył w to, że może uciec i zostawić za sobą ten cichy głos, podążający za nim niczym jego własny cień.

***

Obudził ją zniewalający zapach przygotowywanego śniadania. Przez chwilę myślała, że oto skończył się ten najdziwniejszy i najdłuższy sen jej życia, a ona z powrotem jest w swoim pokoju na piętrze wiejskiego domu. Niemal poczuła tę charakterystyczną woń starości, zapach czasu zamkniętego w drewnie.
Nie ujrzała jednak promieni Słońca wpadających przez szybę do środka skromnie urządzonego pokoiku, ukazujących pogrążone w odwiecznym tańcu drobinki kurzu, wirujące jak miliony małych światów. Nie usłyszała matki wołającej na dół, ryku krów pasących się gdzieś na bezkresnych, zielonych pastwiskach i gdakań łażących po podwórku kur.
Tamten świat przeminął na zawsze. Teraz było tylko ciężkie od wilgoci powietrze, zimny wiatr, niosący nierozpoznawalny, gorzki zapach i przykryta szarą mgłą dżungla, skrywająca w swych trzewiach tajemnice zbyt mroczne i okrutne, by mogło je ujrzeć światło dzienne. I jeszcze świergot ptaków, tak inny od tego, który towarzyszył jej w tamtych dobrych czasach. Pozbawiony wesołości i harmonii, zbliżony raczej do krzyku, jakby tutejsze ptaki były jedynie narzędziami i coś zmuszało je do tego śpiewu. Spojrzała jeszcze nie do końca przytomnym wzrokiem na maga, siedzącego na zwalonym drzewie.
Choć wydawał się nieobecny, zauważył ją i uniósł głowę.
- Wstawaj, śniadanie gotowe – powiedział, wskazując nieznacznym ruchem patelnię z dymiącą jajecznicą.
Kiwnęła głową i zaczęła powoli wygrzebywać się z posłania. Z grymasem lekkiego zawstydzenia rozprostowała podwiniętą pod samą bieliznę spódnicę, zerkając przy tym na maga. Tamten jednak wzrok utkwiony miał w dymiącej jajecznicy i zdawał się być ponownie zatopionym w swych rozmyślaniach, jak zwykle zresztą. To też w nim lubiła – nawet jeśli nie był obojętny na jej wdzięki, to doskonale to maskował i nie gapił się nieuprzejmie, jak to zwykli robić inni mężczyźni, których spotkała na swej drodze.
Wstała, przeciągnęła się i przejechała dłonią po rozczochranych, kruczoczarnych włosach. Popatrzyła chwilę na swego małego przyjaciela i zamieniła z nim kilka ciepłych słów, po czym schowała go do kieszeni na piersi.
- Co to? – spytała, podchodząc do czarodzieja nakładającego właśnie porcje na talerze. – Dzień dobry, tak w ogóle.
- Dzień dobry. Jajecznica z grzybami – odparł. – Trzymaj.
Nieufnie spojrzała na szarawą masę na talerzu, wzbogaconą gdzieniegdzie czerwonymi kawałkami.
- Jesteś pewien, że to jadalne?
- Oczywiście. Znam się na grzybach. Może akurat te nie należą do najsmaczniejszych, ale są bogate w witaminy.
Wzięła od niego talerz i usiadła obok.
- Skąd w ogóle wziąłeś jajka?
- Z gniazd, rzecz jasna.
- Ptaki nie miały nic przeciwko?
- Miały.
- No tak..
Spróbowała nieśmiało kawałek i z zadowoleniem stwierdziła, że potrawa nie różniła się zbyt wiele od jajecznicy z jej świata. Fakt, grzyby były nieco gorzkie, ale po tak wielu dniach jedzenia samych owoców każda odmiana była mile widziana.
- Mogłyby się zamknąć – mruknęła w połowie posiłku, mając na myśli rozkrzyczane ptaki.
- Co? – mag wydawał się być wyrwanym z zamyślenia. – Przecież to ptaki. Zawsze śpiewają.
- No.. tak, ale.. Dziś jakoś gorzej im to wychodzi. Wczoraj ich ćwierkanie wydawało mi się o wiele bardziej.. – urwała, widząc wyraz niezrozumienia na twarzy maga. – Nieważne – ucięła, skupiając się z powrotem na jajecznicy.
Czarodziej wzruszył ramionami. Nie mógł wiedzieć, o co jej chodziło, gdyż w wydawanych przez ptaki dźwiękach nie dostrzegał nic sztucznego czy niepokojącego.
Już nie.

***

Każdy kolejny dzień wędrówki obfitował w nowe atrakcje, szczególnie dla dziewczyny, która zdawała się zachwycać widokami znacznie bardziej niż mag. Czarodziej nie miał wątpliwości, że nigdy wcześniej nie była w tak wielkiej i starej puszczy. On sam zresztą nieraz był zaskoczony niezwykłością tutejszych roślin. Drzewa były stare i choć większość wyglądała normalnie, to czasem natrafiali na powykręcane w chory, makabryczny sposób. Im dłużej mag im się przypatrywał, tym bardziej przypominały mu one humanoidalne kształty. Wręcz widział te otwarte w niemym krzyku usta wypełnione drewnem, klatki piersiowe przebite gałęziami i uschnięte, szponiaste dłonie wyciągnięte w błagalnym geście pomocy, która nigdy nie miała nadejść. I jeszcze te wszechobecne pnącza, oplatające swe ofiary w wiecznym uścisku. Czy wszystko to było prawdą, czy też jedynie projekcją jego wybujałej wyobraźni i wyczerpanego umysłu? Dziewczyna zdawała się nie widzieć tego co on, ale przyczyną mogła być jej wrodzona gapowatość.
Potrzebuję odpowiedzi, a znajduję tylko nowe pytania. Jeśli tak dalej pójdzie.. oszaleję.
Czasem musieli skręcać i obchodzić ogromne drzewa, zwalone na drogę nieznaną siłą, lub chaszcze zbyt gęste, by dało się przez nie przebić. Mag niechętnie używał zaklęć i ograniczył ich wykorzystanie do niezbędnego minimum, co nie było zbyt trudne w miejscu tak bogatym w pożywienie, wodę i wszelkie inne dobra. Nie chciał ściągać sobie na głowę dodatkowych kłopotów, jak choćby powrotu ich dobrego znajomego, wesołego blondyna Wolarda, ale nie tylko – tętniąca życiem puszcza niosła ze sobą niebezpieczeństwo pojawienia się także innych demonów, może nawet groźniejszych od białego towarzysza i już nie tak chętnych do biernego przyglądania się procesowi przemiany. Tego zresztą argumentu użył, gdy dziewczyna, spragniona widoku działających zaklęć, spytała go o powód magicznej abstynencji. Gdy zaś spytała o Wolarda, mag odparł, że wspólnie ustalili, by w razie rozdzielenia każdy z nich podążył swoją drogą ku górom, gdzie ponownie się spotkają.
Nie wiedział, jak blisko był prawdy.
Dziewczynie najwyraźniej takie tłumaczenie wystarczyło albo po prostu nie przejmowała się zbytnio stratą, gdyż nie pytała więcej o zaginionego towarzysza. Czarodziej z biegiem dni również o nim zapomniał, mając na głowie poważniejsze problemy. Czasem tylko, gdy zdawało mu się, że ktoś go obserwuje, przypominał sobie o białej maszkarze, pierwszej istocie jaką spotkał na tym pociętym przez granice planie. Szukując ewentualnych podglądaczy napotykał jednak tylko wzrok dziewczyny, która zaraz rumieniła się lekko i odwracała głowę.
Trzeciego dnia znaleźli dużą rzekę, skręcającą z północy na wschód, a raczej ze wschodu na północ. Mag nie miał wątpliwości, że wypływała bezpośrednio z gór i idąc wzdłuż jej brzegu spokojnie dotrą do celu, bez potrzeby upewniania się o słuszności kierunku. O ile oczywiście tutaj rzeki wypływały z gór, co nie było tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Jednak jeszcze tego samego dnia rzeka skręciła nagle na południe, przecinając im drogę i zmuszając maga do rzucenia zaklęcia. Nigdy więcej jej nie zobaczyli.
Późnym popołudniem tego samego dnia starzec musiał ponownie użyć magii, na ich drodze stanęło bowiem pierwsze duże zwierzę – stworzenie podobne do dzika, ale nieco większe i masywniejsze, o szarej sierści i długich, zakrzywionych kłach. Na jego grzbiecie i czaszce widniało wiele białawych wypustek, jakby niewyrośniętych rogów, z dużych nozdrzy ciekła zaś nieustannie czarna, gęsta maź.
Istota zaskoczyła ich totalnie, pojawiając się dosłownie znikąd na ścieżce przed nimi. Dziewczyna krzyknęła i schowała się za plecami maga, a ten, jak zawsze zachowując spokój, zajrzał odważnie w czerwone, obłąkane ślepia stwora, przy czym zaczął powoli unosić rękę, drugą szukając czegoś w kieszeni.
Bestia, widząc to, wydała kwik zmieszany z charkotem i zaszarżowała, pędząc wprost na wykonującego już teraz błyskawiczne ruchy czarodzieja. Dziewczyna, choć stojąca za nim i pewna swego bezpieczeństwa, nie mogła nie zadrżeć na ten widok.
Mag zgniótł mały, błoniasty woreczek, obsypał pyłem i pozwolił uzyskanej masie swobodnie lewitować i nabierać kształtu. Dokończył inkantację, przymierzył się, po czym szybkim machnięciem ręki posłał w nadbiegające zwierze skwierczący, żółtobiały pocisk.
Nawet, jeśli bestia była na tyle inteligentna, by poznać zagrożenie, nie zatrzymała się ani nie spróbowała zrobić uniku. Może liczyła na łut szczęścia albo wierzyła, że jej dzika szarża będzie najlepszą obroną, a może po prostu była zbyt bardzo pogrążona w bitewnym Chaosie, by móc myśleć logicznie. Jednak ani gruba czaszka ani szybkość nie uchroniły jej przed stworzoną z czystego kwasu strzałą, która, doskonale wymierzona, trafiła w sam środek czoła, przebiła czaszkę i dotarła do mózgu, gdzie eksplodowała. Dzik wydał nieludzki ryk i choć w przekrwionych oczach zgasł blask obłędu, rozpędzone ciało nie zatrzymało się i kontynuowało szarżę. Widząc to, mag odepchnął gwałtownie towarzyszkę i samemu odskoczył, w ostatniej chwili uchylając się przed biegnącym cielskiem.
Wytrącona z równowagi dziewczyna krzyknęła i przewróciła się na ziemię, a wykonujący unik czarodziej o mały włos do niej nie dołączył, potykając się o jej nogi.
Dzik zatrzymał się dopiero przy najbliższym zakręcie, gdzie z głuchym łoskotem uderzył w wiekowe drzewo.
- Co.. co to było? – spytała dziewczyna.
- Przekonajmy się – odparł, podając jej dłoń. Przyjęła pomoc z uśmiechem.
Podeszli do nieruszającego się już ciała. Większa część głowy stopiła się już w kałuży syczącego kwasu, jedno oko zachowało się jednak nadzwyczaj dobrze i, co gorsza, zdawało się patrzeć wprost na nich.
Dziewczyna zatkała sobie nos, nie mogąc znieść unoszącego się odoru.
- Chyba nie nada się do jedzenia, prawda?
- Och, na pewno nie. Jedzenie czegoś takiego wymagałoby.. – czarodziej zaczął odpowiadać, ale przerwało mu mokre chrupnięcie, dobiegające gdzieś z wnętrza padliny. – Co do..
Po chwili rozległo się drugie, a klatka piersiowa stworzenia otworzyła się i wraz z ciemną krwią poczęły wypływać z niej tłuste, białe robaki o dziesiątkach małych, czarnych oczu na grzbietach.
Dziewczyna prawie natychmiast odwróciła głowę i odbiegła, czując, że zaraz zwymiotuje.
- Odrażające – mruknął zniesmaczony mag.
Wyprostował ręce w kierunku makabrycznego widowiska i rozstawił szeroko palce, po czym wypowiedział krótką formułkę, złączył kciuki obu dłoni i w chwili, gdy ze szczeliny w ciele dzika zaczęła wysuwać się pokryta czarną mazią, zdeformowana kończyna, z końcówek jego palców trysnęły płomienie, pochłaniając wszystko na swej drodze.
Starzec cofnął się tak gwałtownie, że prawie upadł. Choć dzik zniknął już wśród ognistych języków, mag wciąż miał przed oczami czarną dłoń, o tak przerażająco ludzkich, a jednak obcych rysach, wysuwającą się powoli z dymiących wnętrzności. Myśl, że on też mógł skończyć jako makabryczna hybryda człowieka i dzika, bezustannie rozbrzmiewała w jego głowie.
A jeśli to wciąż nierozstrzygnięte? Jeśli pewnego ranka obudzę się zamknięty we własnych wnętrznościach, albo.. o, bogowie.. Co się stanie z moim marzeniem, jeśli ja..
Rozległy się ciche trzaski, gdy nabrzmiałe robaki pękały jeden po drugim pod wpływem temperatury, a także cichy skrzek, który działał na wyobraźnię czarodzieja równie skutecznie, co wcześniejszy widok.
Odszedł szybkim krokiem, nie odwracając się ani razu.
Dziewczyna stała kilkanaście metrów dalej, opierając się o drzewo i oddychając głęboko. Spojrzała na towarzysza, ale wyraz jego twarzy nie dodał jej otuchy. Nie spytała, co go tak przeraziło. Nie miała dość odwagi.
Nie zamieniając ani słowa ruszyli przed siebie, modląc się w duchu by pierwszy spotkany tu dzik był zarazem ostatnim. Byli jednak w Otchłani, tu zaś modlitwy rzadko bywały wysłuchiwane.

***

Mag otworzył oczy, budząc się ze snu. Wzdrygnął się i chciał krzyknąć, ale gdy tylko rozchylił usta, zachłysnął się otaczającym go zewsząd płynem i o mało nie udusił. Jedynym źródłem światła była odległa, czerwona poświata niewiadomego pochodzenia, resztę zaś skrywał nieprzenikniony mrok.
Zamachał bezradnie rękoma i natrafił na coś miękkiego, otaczającego go niczym kokon. Bez chwili zastanowienia zaczął się dziko szamotać, wbijając palce w galaretowatą tkankę i rozrywając ją, byle tylko stąd wyjść, byle znów zobaczyć Słońce i odetchnąć świeżym powietrzem.
Po zdających się trwać wiecznie próbach, dłoń w końcu przebiła się przez błoniastą ścianę i mag poczuł przyjemny, chłodny dotyk wiatru. Zdwoił starania i już po chwili wyrwał się ze swego więzienia, łapiąc przy tym wielkie hausty powietrza. Odczołgał się parę metrów i padł bez sił na cudownie wilgotną glebę, rozkoszując się jej chłodem.
Nie wiedział, czy leżał tak parę minut czy godzin, ale gdy uniósł głowę, wciąż było widno. Obrócił się na plecy i przejechał dłońmi po twarzy, próbując zebrać oblepiający go śluz. Chciał wytrzeć go w swe szaty i dopiero teraz zauważył, że jest nagi.
Co tu się dzieje..?
Podniósł się i spojrzał w stronę swego niedawnego więzienia. W miarę jak jego oczy przyzwyczajały się do rażącego Słońca, z nieostrej mgły wyłaniał mu się widok, którego wolałby nie zobaczyć. Wyglądało to jak ogromna masa galaretowatego mięsa, poprzecinana siecią ciemnych żył i pulsująca równomiernym rytmem, wybijane przez niewidoczne stąd serce. Szczelina, którą wydostał się na zewnątrz, zaczęła się już zrastać.
Odruch wymiotny był nieunikniony. Spojrzał na swe drżące dłonie i poczuł nagłą potrzebę pozbycia się z ciała tej obrzydliwej mazi. Przejechał dłońmi po klatce piersiowej i zdał sobie sprawę, że jest sucha. Podobnie jak ręce, choć mógł przysiąc, że przed chwilą, gdy na nie patrzył, były lepkie od śluzu.
- Wszyscy jesteście ślepi – rozległ się dudniący, niski głos gdzieś za nim.
Mag odwrócił gwałtownie głowę, a serce stanęło mu na parę sekund.
Kilka metrów dalej, pomiędzy wiekowymi drzewami stał ogromny demon, niewątpliwie równie stary jak one. Jego czerwona skóra opinała ciasno imponujące mięśnie, a myśl o tym, że ich każde pojedyncze włókno było kilkakrotnie silniejsze od ludzkiego, potęgowała pierwsze wrażenie, pełne podziwu.. i strachu. Wręcz widać było tę aurę czystej grozy, która otaczała bestię i wylewała się z jej wnętrza. Balor, prawdziwy tanar’ri.
Nawet, jeśli mag miał wystarczająco silną wolę by oprzeć się narastającej panice, to jedno spojrzenie w ogniste oczy osadzone w rogatej, masywnej czaszce wystarczyło, by ogarnął go pierwotny lęk a w głowie rozbrzmiała myśl tak charakterystyczna dla wszystkich stających oko w oko z wyższym bytem, o mocy wykraczającej poza wyobrażenia śmiertelnika.
Nie chcę umierać.
Zerwał się szybko z ziemi, ale zaraz po tym znieruchomiał, zupełnie nie wiedząc, co czynić. Próbował odszukać w umyśle jakiekolwiek zaklęcie, wyglądało jednak na to, że nie miał nic przygotowanego.
Jego narastająca panika wyraźnie zadowoliła demona.
- Tak mały i żałosny.. Spójrz na siebie! – fuknął, a z jego nozdrzy buchnął kłąb dymu zmieszanego z siarką. Trzema ciężkimi krokami pokonał dzielącą ich odległość i nim czarodziej zdążył choć krzyknąć, chwycił go mocno i uniósł na wysokość swych wypełnionych obłędem oczu. Starzec zaczął się szarpać i rozpaczliwie uderzać pięściami w trzymające go mięsiste palce.
- Spójrz, jak bezbronny jesteś bez swych zaklęć – balor omiótł go swym siarkowym oddechem. – Gdybyś był barbarzyńcą, mógłbym chociaż poczuć te twoje uderzenia.
Mag zgrzytnął zębami, gorączkowo myśląc nad możliwością ucieczki. Jak się w ogóle w to wpakował? Jakim cudem nie miał przygotowanych żadnych zaklęć i w dodatku był nagi? Palący ból sparaliżował jego myśli, gdy demon zacisnął mocniej pięść, łamiąc mu przy tym parę żeber. Rzygnął krwią.
- Nie tak szybko! – zaśmiał się oprawca, a sposób, w jaki to zrobił, zjeżył magowi włosy na karku. – Ledwo cię dotknąłem a ty już krwawisz? Doprawdy, ludzie są tacy wrażliwi..
Co robić, kurwa, co robić.. Tak boli.. Nie, nie mogę się poddać, jak się wydostać, co zrobić..
- Zwłaszcza wy, czarodzieje. Myślicie, że władanie magią jest najważniejszą rzeczą na świecie i zapominacie o całej reszcie.
Starzec w akcie ostatecznej desperacji spróbował nawet ugryźć trzymające go w żelaznym uścisku palce, jednak jego zęby nie przebiły nawet grubej skóry demona. Balor kontynuował swój monolog, w ogóle nie zwracając uwagi na starania maga.
- Potem jesteście właśnie tacy, chuderlawi i bezsilni bez swych sztuczek.. I jeszcze ośmielacie się uważać za wyższych, lepszych.. nawet OD NAS! Przywołujecie nas i wyciągacie odpowiedzi na bezużyteczne pytania.. Jesteście ślepi, mimo całej swojej wiedzy i potencjału.. Zadufani w sobie głupcy! Nie macie.. – urwał, widząc, że czarodziej trzęsie się i dusi w sobie narastający śmiech. Demon zacisnął pięść, wyciskając z niego okrzyk bólu.
- Cóż cię tak bawi? Czyżbyś już postradał zmysły? Spodziewałem się raczej większej siły woli po..
- Nie, to nie to – mag splunął krwią i omiótł balora chłodnym wzrokiem – Po prostu zrozumiałem.
- Co takiego? Swoją żałosność?
Pokręcił głową.
- Zrozumiałem, że to sen. Kolejny, cholerny sen. Nic więcej.
- Jesteś tego pewien?
- Tak – odparł prawie natychmiast. – To projekcja mych lęków, zarówno tych najświeższych, o pieprzonym dziku, jak i tych najstarszych, o bezsilności.. Jest pierwsza noc po spotkaniu z tamtą hybrydą.
- Tylko skąd wiesz, magu, że to na pewno sen? A jeśli snem było wszystko do tej pory? Jeśli większość twego życia była jedynie mirażem, iluzją, a ty cały czas znajdowałeś się w mym leżu?
Mag zawahał się.
- Tak, widzę, że rozumiesz. Pamiętasz mnie, prawda? Wiele lat temu, przywołałeś mnie..
- Ale nie dopadłeś mnie. Uciekłem. Jestem tego pewien.
Śmiech balora zmroził mu krew w żyłach.
- A jeśli nie? Jeśli nie uciekłeś? Przypomnij sobie, jak było naprawdę, czarodzieju. Gdy złamałem pieczęcie i oparłem się twym zaklęciom, rzuciłeś się do ucieczki.. Wybiegłeś wtedy sekretnym przejściem, czyż nie?
- Tak, i wysadzi..
- OTÓŻ NIE! Nie uciekłeś, bo wyjście się zawaliło nim zdążyłeś z niego skorzystać. Strach sparaliżował cię zupełnie, bo wiedziałeś, że to koniec..
- Co za bzdura – burknął mag, choć w jego głosie zabrzmiała nuta niepewności.
- Przez te wszystkie lata byłeś u mnie, jedynie śniąc o prawdziwym życiu. Przypomnij sobie te tortury, przypomnij! Gdy błagałeś o litość, pełzałeś jak robak, gdy jak wierny pies spełniałeś rozkazy sukkuba, byle tylko dała ci dotknąć swego ciała.. PRZYPOMNIJ!
- NIE! – wrzasnął. – To nieprawda. Uciekłem i wysadziłem komnatę, grzebiąc cię pod gruzami.
- I myślisz, że to może zabić tanar’ri? Kupka gruzu?
- Wiem, że nie – mag spuścił głowę – Słyszałem o późniejszych wydarzeniach.. Ci ludzie..
Zadrżał, gdy wspomnienia powróciły, wyraźniejsze niż kiedykolwiek. Mimowolnie zacisnął pięści, a serce wypełniło się nienawiścią i żalem.
- Masz ich krew na rękach – powiedział z okrutnym uśmiechem balor, ale jedno spojrzenie w oczy czarodzieja starło mu go szybko z pyska.
- Trzeba liczyć tych, których się uratowało, nie straciło – powiedział z taką pewnością w głosie, że demon stracił resztki nadziei. – To jest sen. – dodał jeszcze, by rozwiać ewentualne wątpliwości.
- Owszem, jest – potwierdził balor. – Ale zapewniam cię, że ból, który zaraz poczujesz, nie będzie się niczym różnił od tego prawdziwego.
- Śnijmy więc dalej – rzucił od niechcenia, uśmiechając się przy tym lekko i kierując wzrok w dal, na blade niebo wypełnione wirami szarości.
Stawy strzeliły głośno w proteście a kości chrupnęły, gdy demon urwał mu rękę.

***

Następne dni nie przyniosły ukojenia, lecz pogłębiły jedynie przygnębienie i rodzący się w ich trzewiach strach i zalążek czegoś, co wraz z upływem czasu miało przerodzić się w szaleństwo. Czarodziej był zafascynowany sposobem, w jaki zmieniał się świat dookoła nich. Po tak wielu dekadniach, czy też nawet miesiącach podróży przez bezludne tereny, podczas których nie działo się praktycznie nic, można było ulec złudzeniu i zapomnieć, gdzie się znajdują. Wyglądało jednak na to, że Otchłań wreszcie przypomniała sobie o swoich gościach i postanowiła dać im należyte powitanie. A może to wina dżungli? Wśród mroków pradawnej puszczy, w gęstych chaszczach i podziemnych norach ukrytych pod leśną ściółką demony mogły czuć się po prostu pewniej niż na otwartych terenach, takich jak czarne równiny czy pustynia. Mag widywał je niejednokrotnie, gdy ich nieludzkie kształty przemykały między drzewami nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Siedziały ukryte wśród liści na gałęziach i w wydrążonych pniach, obserwując przybyszy swymi dzikimi oczami, bezustannie wyczekując choćby jednej chwili nieuwagi. Niektóre z nich podążały za nimi przez wiele dni, inne rzucały tylko przelotne spojrzenia. W wiecznym gwarze lasu dawało się czasem wychwycić odgłosy ich starć i jeżące włosy na głowie wrzaski przegranych. W pochmurne noce pozwalały sobie przypełzać tak blisko, jak tylko pozwalało im na to światło ogniska, a coraz mniej sypiający starzec nieraz napotykał ich wzrok i czuł, jak bezskutecznie próbują zajrzeć mu w duszę i wtargnąć do umysłu. Choć było to niebezpieczne i zupełnie niepotrzebne, często odsłaniał przed nimi część swych myśli, pozwalając im dowoli patrzeć na wspomnienia o licznych wygranych walkach z przedstawicielami ich gatunku, na co one odpowiadały zgrzytaniem zębów i czymś w rodzaju warknięć, ale dużo bardziej złowrogich. A mimo to nie atakowały. Mag nie wiedział, czy bały się jego mocy, czy też powstrzymywało je coś innego, jakaś wyższa, tajemna siła, która zastrzegła sobie prawo do tej dwójki i już od dawna obserwuje z rozbawieniem ich poczynania. Myśl o tym, że ich życie może zależeć jedynie od kaprysu jakiegoś potężnego demona, napełniała go czystą nienawiścią i furią. W takich chwilach miał ochotę wypowiedzieć bitwę śledzącym ich stworom i tylko myśl o piekle, jakie by się wtedy rozpętało, powstrzymywała go przed tym czynem.
Dżungla co chwila odkrywała przed nimi swe kolejne tajemnice, ukazując prastare ruiny budowli z czasów, których żadna istota śmiertelna nie mogła pamiętać czy też budzące nieopisaną grozę gigantyczne, świeże kopce. Ileż to raz mag wyobrażał sobie, gdy przy jego kolejnym kroku ziemia rozstąpi się i ukaże najeżony kłami otwór gębowy jakiegoś ogromnego robala. Cóż za niewiarygodnie żenujący koniec by to był, zginąć w jego wnętrznościach.
Świat dookoła nich zmieniał się i to szybciej, niż by tego chcieli. Przemiany wewnętrzne czarodzieja również nabierały tempa, powoli zaczynając nawet ingerować w wygląd zewnętrzny. Pociemniałe i nabrzmiałe żyły na rękach i nogach czy czarne pręgi na torsie dało się ukryć, ale co będzie, gdy zmiany dotrą do głowy albo staną się drastyczniejsze? Jak to wytłumaczy swej towarzyszce? Co jej powie, gdy ostatecznie przemieni się w bestię?
Było coś jeszcze i nie mógł tego nie zauważyć. Dziewczyna, do tej pory wydająca się być całkowicie odporną na wpływ Otchłani, jak gdyby jej niewinność i prostota nie pozwalały jej dojrzeć w otaczającym świecie drugiego, przerażającego dna, teraz sama zaczęła się zmieniać. Wyglądało to tak jakby incydent z makabrycznym dzikiem odblokował Chaosowi dostęp do jej umysłu. Straciła apetyt, schudła, nie była już tak rozmowna i wesoła jak dawniej, a w nocy niejednokrotnie dało się słyszeć jej ciche łkanie, zdające przyciągać jeszcze większą liczbę demonów. Czy je widziała? Czy pojęła wreszcie i przyjęła do wiadomości fakt, że znajdowała się w Otchłani? Mag nie wiedział, ale przypuszczał, że w głębi siebie wiedziała i pogodziła się z tym, że najprawdopodobniej umrze tutaj, w miejscu zapomnianym przez dobrych bogów. On jednak nie zamierzał do tego dopuścić. Byli drużyną, a on zawsze troszczył się o tych, którzy postanowili powierzyć mu swe życie i przyłączyć do jego wędrówki, niezależnie od okoliczności.
Szóstego dnia od tamtego nieprzyjemnego zdarzenia spotkali drugiego dzika, choć tym razem nie musieli się już martwić jego dziką szarżą, był bowiem martwy.
- Co.. – zaczęła dziewczyna, ale nagle odwróciła się gwałtownie i zwymiotowała.
Mag stał obok i wpatrywał się w wiszące przed nimi ścierwo. Pokryte szarą szczeciną i oblepione krwią cielsko kiwało się lekko na oplatających je lianach. Nie miało głowy – sądząc po wyglądzie, została urwana z wielką, nieludzką siłą. Na jej miejscu wyjątkowo dowcipny oprawca umieścił, również urwane, genitalia nieszczęsnego zwierzęcia. Starcowi od razu przypomniał się zasłyszany dawno temu dowcip o mężczyźnie i krwi, której ten ma tylko tyle, by zasilić albo mózg, albo penisa.
Tak śmieszne, że się poszczać można, pomyślał cierpko, a mimo to usta wykrzywiły mu się w nieznacznym uśmiechu. Zrozumiał żart i mimo jego niskiego poziomu i barbarzyństwa, uznał go za śmieszny na tyle, by się uśmiechnąć. Przez chwilę nawet miał ochotę ryknąć śmiechem – widok świni z fiutem zamiast głowy wydał mu się nagle bardzo zabawny – ale powstrzymał się, choćby ze względu na biedną dziewczynę.
Rozejrzał się powoli. Wiedział, że nie byli sami – choć byli tak blisko ciała, zapach padliny był nikły, co poza samym jej wyglądem jednoznacznie wskazywało na niedawną śmierć. Nie zdziwił się więc zbytnio, słysząc z tyłu czyjś głos.
- Wiedziałam, że docenisz mój dowcip.
Jego ton i dźwięczność, należące z pewnością do kobiety, zbiły go na sekundę z tropu, ale zbyt wiele widział i doświadczył, by przeszkodziło mu to w wykonaniu wyuczonej czynności. Odwrócił się gwałtownie i ruchem szybszym niż mogło zarejestrować oko nabrał na palec odrobinę szarego pyłu z kieszonki, po czym wycelował odruchowo rękę w kierunku źródła głosu i przywołał w myślach odpowiednie zaklęcie, rozpoczynając inkantację.
Dla niej jednak było to wystarczająco długo, choć szybkość staruszka i tak wywarła na niej spore wrażenie. Zleciała z gałęzi drzewa i wylądowała tuż przed nim, po czym złapała dłonią za nadgarstek celującej w nią ręki i uniosła ją wysoko w górę, wciąż poruszające się usta zamknęła zaś gorącym pocałunkiem, wpychając ostatnie słowa inkantacji swym językiem z powrotem do jego gardła.
Wiejska dziewczyna dopiero teraz odwróciła się w ich stronę i zamarła, bezmyślnie gapiąc się na malującą się przed nią scenę.
Mag nie wiedział, czy kiedykolwiek doświadczył bardziej namiętnego pocałunku niż ten. Nie potrafił przerwać, tak jak nie potrafił przestać patrzeć w jej fioletowe oczy, kojarzące mu się z miękkim, purpurowym puchem, w którym mógł zapaść się bez końca. Zakręciło mu się w głowie, po części z powodu jej obezwładniającego, pełnego namiętności pocałunku i spojrzenia, a także przez duszny zapach fiołków, który nagle uderzył w niego i wypełnił nozdrza i umysł. Przerwane zaklęcie już dawno wywietrzało mu z głowy, zastąpione przyjemnym szumem.
W końcu przerwała, dając mu odetchnąć. Odsunęła się nieco, a odrobina śliny zawisła na chwilę między nimi łącząc ich usta i zachęcając do ponownego pocałunku. Zastanawiał się, czy gdyby dała mu choć najmniejszy sygnał do kontynuowania, potrafiłby się oprzeć. Dawniej z pewnością nie miałby z tym kłopotów, ale to, co było kiedyś, minęło bezpowrotnie.
Odetchnął głęboko. Cały pocałunek trwał zaledwie chwilę, choć dla niego była to jedna z najdłuższych (i najprzyjemniejszych) chwil w życiu. A przynajmniej tak zdawało mu się teraz, wciąż czując w ustach jej słodki smak.
- Wreszcie cię znalazłam – powiedziała, uśmiechając się przy tym czarująco. Odgarnęła z twarzy kosmyk czarnych włosów. Zapach fiołków nieco osłabł, choć wciąż był dobrze wyczuwalny.
Nie miał żadnych wątpliwości. To temu sukkubowi oddał swą duszę, kiedyś, gdzieś, nie tak dawno temu a jednak całe życie wcześniej.
Vayla.
Nim mag zdążył coś powiedzieć, rozległo się ciche chrząknięcie. Oboje spojrzeli na stojącą nieopodal dziewczynę, nerwowo obracającą w palcach kamyk. Spoglądała to na czarodzieja, to na sukkuba i jego skórzaste, wielkie skrzydła. Kim była ta kobieta, wywołująca w niej strach i (o, bogowie!) swego rodzaju pożądanie? I najważniejsze, kim była dla maga? Czyżby myliła się co do niego od samego początku? Czuła się tak, jakby go w ogóle nie znała.
- To jest.. – zaczął mag, ale sukkub uciszył go, wychodząc naprzód.
Ona nie wie, zdążył tylko pomyśleć, mając nadzieję, że tamta to odczyta i zrozumie.
Kłamczuszek, odparła również w myślach i choć on nie mógł czytać jej umysłu tak jak ona jego, to widząc jej lekki, filuterny półuśmiech, mógł odetchnąć z ulgą. Gdyby jego towarzyszka dowiedziała się, jaki jest prawdziwy cel jego pobytu tutaj, zapewne uciekłaby z płaczem i zginęła parę godzin później w nieprzyjaznym środowisku. A tego nie chciał.
Wiejska dziewczyna mimowolnie się wzdrygnęła, widząc podchodzącego do niej demona. Oprócz strachu i podniecenia poczuła coś jeszcze. Czyżby ukłucie zazdrości? Zawsze wiedziała, że jest bardzo ładna i hojnie obdarzona przez naturę, choć nie szczyciła się tym i nigdy nie wykorzystywała swych walorów.
No dobrze, prawie nigdy.
Dopiero widok tamtej, o ciele i ruchach zbyt idealnych, sprawił, że poczuła się brzydka i nieatrakcyjna. Nagle zaczęła się przejmować swym wyglądem, tym bardziej, że był z nimi ktoś, kto ten wygląd z pewnością oceniał i którego zdanie było dla niej więcej niż ważne.
Gdyby tylko wiedziała, z jakim dystansem mag odnosił się do tych spraw i jak bardzo były mu one obojętne, nie przejmowałaby się tym tak bardzo.
Nabrała powietrza, wypychając do przodu piersi i przyjmując swobodną pozę, tamta jednak zdawała się nie zwracać uwagi na jej starania.
- Witaj – powiedział sukkub, uśmiechając się przyjaźnie i kłaniając lekko głową. – Jestem Viola, zwana też Fiołkiem Otchłani.
Te słowa, wypowiedziane tak beztrosko, uspokoiły nieco dziewczynę, choć daleko jej było do zaufania tej istocie, całującej się przed chwilą z jej czarodziejem. Spojrzała odważnie w jej fioletowe oczy i zawahała się, widząc tam coś, czego nie mogła objąć swym małym rozumem. Ścisnęła mocniej kamień.
- M-miło mi..
- Na pewno się zastanawiasz, czemu to zrobiłam.
- Co..?
Te jej oczy.. Jak fioletowa pościel, w której wygrzewałam się w zimowe poranki w dzieciństwie.. Tyle, że fioletowa.
- Czemu go pocałowałam.
- Ach, tak.
- Musisz mi to wybaczyć – odparła z zakłopotanym uśmiechem. – Czasem mnie ponosi.. Oczywiście, znamy się już od dawna, wiele wspólnie przeszliśmy. Ale jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- Przyjaciółmi..? – spytała cicho, samej nie wiedząc, w co wierzyć. Wciąż patrzyła w jej oczy, tak jednoznacznie wskazujące na szczerość słów.
- Przyjaciółmi – przytaknęła tamta.
Dziewczyna rozluźniła palce oplatające kamyk i uśmiechnęła się lekko.
- Jeśli zaś chodzi o moje demoniczne korzenie.. To już jest troszkę bardziej skomplikowane i może być ciężkie do uwierzenia. Pewnie nigdy ci o mnie nie opowiadał? – spytała, lekki ruchem głowy wskazując czarodzieja.
Pokręciła głową, wpatrując się w swoją rozmówczynię z czymś pomiędzy ciekawością a przyjemnym otępieniem.
- Tak myślałam. Najlepiej gdybyś poznała całą historię, a to może poczekać. W dużym skrócie jestem buntowniczką, demonem który przeciwstawił się swej mrocznej naturze. On jeden – tu znów wskazała na maga – dostrzegł we mnie coś więcej niż okrutną bestię i dał mi szansę. Czyż można kogoś takiego nie obdarzyć przyjaźnią? – spytała, uśmiechając się rozbrajająco i bezsilnie zarazem.
- Z.. z pewnością nie – odparła, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. To było takie w stylu jej dobrotliwego czarodzieja! Tylko on, który zdawał się widzieć więcej niż inni, mógł zdobyć się na coś takiego i zaryzykować zaufanie demonowi. A skoro wciąż tu byli i najwyraźniej tworzyli zgraną parę, ta kobieta naprawdę musiała być dobra.
Mag przyglądał się temu wszystkiemu stojąc z boku. Sukkub niewątpliwie wykorzystał własną charyzmę do nagięcia nieco umysłu dziewczyny, ale czyż nie było to jedyne słuszne wyjście, oszczędzające im wszystkim kłopotów? Gdy towarzyszka spojrzała pytająco w jego stronę, kiwnął głową i uśmiechnął się szczerym uśmiechem, rozpromieniając tym samym jej wciąż nieco dziecinną twarz.
- No to wszystko mamy już wyjaśnione – powiedziała z zadowoleniem Vayla. – Ach, i wybacz mi mój strój.. Jak już mówiłam, ciężko jest się pozbyć niektórych nawyków.
Dziewczyna dopiero teraz zwróciła uwagę na jej ubranie. Czarna, skórzana kurtka, sięgająca do połowy brzucha i rozpięta tak by odsłaniać obfity biust skryty pod opinającym go ciasno biustonoszem, a także wyjątkowo skromna dolna połowa stroju, na którą składały się jedynie czarna bielizna i wykonany z żelaza tego samego koloru ochraniacz. Oprócz tego na jej rękach widniały metalowe karwasze, całość zaś była tak dopasowana, że praktycznie nie ograniczała ruchów sukkuba w najmniejszym nawet stopniu i potęgowała jedynie pożądanie u patrzących na nią osób. Podobną rolę spełniał fioletowy tatuaż, pokrywający prawie całe lewe udo, bo choć nie przedstawiał niczego konkretnego, to patrząc na niego czuło się mimowolnie narastające podniecenie. Dziewczyna patrzyła przez dłuższą chwilę i nic nie mówiła. Rogi, skórzane skrzydła, ogon, a nawet pokryte gęstą szczeciną łydki i kopyta zamiast stóp nie odrzucały jej, ba, wręcz pociągały jako coś nieznanego i uosabiającego demoniczną stronę ludzkiej natury. Wreszcie ocknęła się z tego stanu i rozumiejąc, jak musiało to wyglądać z zewnątrz, zaczerwieniła się mocno.
- Ach, nie, nie, nic n-nie szkodzi! – powiedziała szybko, machając przy tym rękoma. – Jest.. jest całkiem ładny.
Viola uśmiechnęła się.
- To co – zaczęła, obejmując smukłymi ramionami maga z jednej strony i dziewczynę z drugiej. – Teraz jest nas troje!

***

Przed zatrzymaniem się na noc mieli wiele czasu na rozmowę. Sukkub opowiedział dziewczynie historię o spotkaniu z magiem i rodzącą się między nimi przyjaźnią, a zrobił to w sposób tak przekonywający, że tamta straciła wszelkie wątpliwości, a nawet nabrała nieco zaufania.
Mag odzywał się niewiele, pozwalając Vayli wymyślać niestworzone opowieści o ich przyjaźni i przygodach, jakie razem przeżyli. Żył wystarczająco długo, by jej inwencja twórcza nie dziwiła go wcale, podobnie jak łatwość, z jaką wiejska dziewczyna łyknęła te wszystkie bajeczki. Podczas gdy one rozmawiały ze sobą, on zastanawiał się nad sytuacją, w jakiej się znaleźli. Pojawienie się sukkuba zaskoczyło go, i to mocno. Tak właściwie była ostatnim demonem, którego spodziewał się zobaczyć. Czy był to jakiś dawny zwyczaj, by demony odwiedzały tych, którzy oferowali im swe dusze? A może odnalazła go (Jak? Jakim cudem odnalazła mnie w nieskończonej Otchłani tak szybko?) z innych powodów? Może podobnie jak biały demon, chciała zobaczyć jak dopełnia się dzieło, któremu sama dała początek? Zamierzał o tym z nią porozmawiać, im szybciej tym lepiej, ale oczywiście nie miał żadnej gwarancji, że powie mu prawdę.
Musiał się też dobrze pilnować. Sukkub był groźny, pod pewnymi względami nawet groźniejszy od jego białego ex-towarzysza i nigdy nie było wiadomo, co przyjdzie mu do głowy.
Zatrzymali się niedługo po zachodzie Słońca, gdy puszcza zaczęła tonąć w mroku czerwieni, a ptaki zaczęły milknąć, dając pole do popisu swym nocnym kuzynom.
Vayla stała z boku i patrzyła, jak szybko i sprawnie rozkładają niewielkie obozowisko i rozpalają ognisko.
- Mamy co jeść? – spytała. – Jeśli nie..
- Na dziś starczy – powiedział mag, polecając jednocześnie dziewczynie dokładanie do ognia.
Gdy wszystko było gotowe, rozsiedli się wygodnie dookoła ogniska, dziewczyna po lewej stronie starca, sukkub po prawej. Oczekując na dopieczenie się mięsa, prowadzili beztroskie rozmowy, które, choć dotyczące ich obecnej sytuacji i rzeczy bezpośrednio z nią związanych, prawie w całości oparte były na kłamstwach i nie wnosiły nic nowego do tematu.
Parę godzin później zaczęli się szykować do snu. Sukkub udał się na spoczynek dość szybko, dziewczynę też wyjątkowo mocno skusiło tej nocy ciepłe posłanie. Ułożyła się wygodnie w śpiworze i spojrzała na czarodzieja. Mag siedział jeszcze przy ognisku i wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w tańczący płomień, tak jak robił to zawsze. Nie wiedziała, kiedy chodził spać. Czasem, gdy wstawała rano i zastawała go w tej samej pozycji co wieczorem, wydawało jej się, że starzec w ogóle się nie kładł.
Poleżała jeszcze chwilę, kątem oka obserwując znieruchomiałego czarodzieja i śpiącą na grubej gałęzi Violę, po czym zamknęła powieki i nie miała już siły ich podnieść.

***

Vayla odczekała jeszcze trochę, pozwalając zapaść dziewczynie w głęboki, wzmocniony zaklęciem, sen. W końcu otworzyła duże, fioletowe oko i rozejrzała się.
Dziewczyna spała jak zabita i była pewna, że nawet eksplozja by jej nie zbudziła. Nigdzie jednak nie było maga, co ją nieco zdziwiło – nie słyszała, by odchodził.
Zgrabnie zeskoczyła z gałęzi, tuż przy ziemi spowalniając upadek i lądując bezgłośnie na lesistym podłożu. Podeszła do ogniska i przez chwilę pozwalała odbijać się płomieniom w swoich nieludzkich oczach, zastanawiając się przy tym nad nadchodzącą rozmową. Potem ruszyła dalej, bez trudu podążając za charakterystyczną wonią czarodzieja, zapachem starości, niezliczonych przewertowanych ksiąg..
I rozkładu.
Znalazła go stojącego tyłem do niej, przy krańcu małej polanki, które od czasu do czasu spotykali na swej drodze. Wysoka, soczyście zielona trwa kiwała się w rytm podmuchów nocnego wiatru, podobnie jak szare kwiaty, w uśpieniu oczekujące światła dnia. Przez dziurę w leśnym poszyciu widać było spory kawałek czarnego nieba, choć pozbawiony gwiazd, przez co wyglądał niezwykle przygnębiająco.
Podeszła do niego, ale nawet jeśli ją usłyszał, nie dał tego po sobie poznać. Mimo to wiedziała doskonale, że ewentualny atak z tyłu nie byłby dla niego zaskoczeniem.
Popatrzyła przez chwilę na czarną plamę nieboskłonu.
- Wiesz, czemu ich nie ma? – spytała, mając na myśli gwiazdy.
- Mogę się tylko domyślać.
- Zasłania je cień gór.
Usłyszała, jak wzdycha.
- Już tak blisko.
- Wiesz, dlaczego?
- Wiem.
Wiatr zawiał mocniej, uginając stojące mu na drodze źdźbła i szarpiąc szatami starca.
- Czemu tu przyszedłeś? – spytała po chwili ciszy, wypełnionej dźwiękami świerszczy. – Dziewczyna nie usłyszałaby naszej rozmowy..
- Tak. Ale nauczyłem się nie ufać magii.
- Brzmi dziwnie w ustach kogoś, kto poświęcił dla niej całe życie.
- Właśnie dlatego wiem, że nie jest idealna i może zawieść. Bycie czarodziejem.. – zamilknął na chwilę, zastanawiając się, czy w ogóle opłaca się mówić takie rzeczy demonowi. – Bycie czarodziejem nie kończy się na rzucaniu zaklęć. Ślepa wiara w jej potęgę jest dobra dla nowicjuszy.
Było jeszcze coś, czego jednak nie chciał jej powiedzieć, przynajmniej nie teraz. Wciąż nie ufał w pełni tamtej dziewczynie, a to ze względu na jej przeszłość, skrytą mgłą tajemnicy. Kim naprawdę była, tego nie wiedział. Bardzo możliwe, że sukkub wyczułby, gdyby było w niej coś niezwykłego, ale nie było to nic pewnego. Pozostawała też kwestia białego demona. Zastanawiał się, czy powinien o tym powiedzieć sukkubowi (o ile ten już nie wiedział, w co mag jednak wątpił – czytanie w umysłach, zwłaszcza osobników tej samej płci, nie było ich najmocniejszą stroną). Każda informacja była cenna, a nie mógł tak po prostu zaufać demonowi. Dobrze wiedział, że jedynym co różniło stojącą przy nim kobietę i cuchnącą białą bestię był wygląd i poszczególne zdolności. W nich obydwu płonęły jednak te same czarne płomienie, esencje zła, kawałki nieskończonej istoty samej Otchłani. One wszystkie były takie same.
Narzędzia Chaosu.
A on niedługo miał do nich dołączyć.
- Po co tu przybyłaś? – spytał nagle.
- Hmm? Jakie niemiłe! – wydęła wargi w geście nadąsania. Mag nawet na nią nie spojrzał. – No dobra. Chciałam zobaczyć.
Otworzył szerzej oczy, tylko na chwilę.
- Wiesz, jak zostajesz demonem – ciągnęła dalej. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – W końcu mam w tym sporą zasługę.
Przysunęła się bliżej. Oparła głowę na jego ramieniu i, jakby w zamyśleniu, zaczęła wodzić palcem po jego klatce piersiowej.
- Otchłań hojnie mnie wynagrodziła za zdobycie tak wspaniałej duszy.. – uśmiechnęła się szeroko na samo wspomnienie. – A przecież ja nie zrobiłam praktycznie nic. Sam mnie wezwałeś i ją ofiarowałeś.. Nawet nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.
Przywarła do niego mocniej, tak, by dobrze poczuł bijące od niej ciepło. Jej dłoń zjeżdżała coraz niżej, zahaczając już o sprzączkę od paska.
- Odstąp.
- Cio..? – spojrzała na niego, zdziwionym, lekko rozmarzonym wzrokiem.
- Odejdź – powtórzył, spoglądając na nią z góry.
W jego głosie i spojrzeniu wychwyciła coś, co bardzo, ale to bardzo jej się nie spodobało. Siłę, większą niż jej własna. Wolę tak potężną, że nawet harem sukkubów nie mógłby jej złamać.
Niechętnie cofnęła się dwa kroki w tył. Mag odwrócił się w jej stronę i spojrzał głęboko w oczy, tak, że cofnęła się o jeszcze jeden.
- Co..? Mówię prawdę. Po prostu pomyślałam, że mogłabym ci jakoś pomóc w twej drodze..
- Powiedz, co tym sądzisz – powiedział i otworzył przed nią część swego umysłu. Jej szybka reakcja była dowodem na to, że przy kontakcie wzrokowym cały czas, choć może tylko podświadomie, próbowała zajrzeć do jego umysłu, ale to nie miało teraz znaczenia.
- Demon – sapnęła, zaskoczona. – Pół czart.
Kiwnął głową.
- Kiedyś też był człowiekiem, tak jak ty.
- Domyśliłem się. Zapewne to dlatego jeszcze nie próbował mnie zabić.
Nie było tajemnicą, że prawdziwe demony gardziły wszelkimi mieszańcami i innymi, „sztucznymi” wytworami (pomijając fakt, że gardziły wszystkim i wszystkimi). Gdyby mag spotkał prawdziwego demona, tamten najprawdopodobniej od razu rzuciłby się w dzikim szale na człowieka, który ośmielał się aspirować do zostania jednym z nich.
Inną jeszcze sprawą było to, że spora część demonów swe korzenie miała właśnie w istotach śmiertelnych, które poprzez zawievranie paktów lub samą śmierć po życiu pełnym zła i Chaosu narodziły się na nowo w Otchłani i przez milenia rosły w siłę, zatracając się do reszty w szaleństwie i stając jej pełnoprawnymi mieszkańcami, niemającymi już w sobie nic z dawnych słabych istot, których często w ogóle nie pamiętały. To, że biały demon miał do maga inny stosunek niż miałby prawdziwy tanar’ri, świadczyło jedynie o tym, że sam w swym czarcim ciele jest dopiero od niedawna, oczywiście wedle demonicznych standardów czasowych.
- Myślisz, że gdzieś tu jest? – spytała Vayla.
- Na pewno jeszcze go spotkam. Nie wyczuwasz go?
- Nie. Ale jeśli będzie w pobliżu, powinnam spokojnie go wykryć.
Mag nie był tego taki pewien, ale nic nie powiedział.
- Chcesz bym ci pomogła z nim walczyć, tak?
- Nie. Powinienem z nim dać sobie radę samemu. Nie jest aż tak silny, jak mu się to wydaje.
- Wytrzymał dwa twoje ataki – przypomniała.
Wzruszył ramionami, jakby nic to nie znaczyło.
- Zginie – odparł krótko, a w jego głosie brzmiało coś więcej niż pewność siebie.
On to wie, pomyślała kobieta i uśmiechnęła się złowrogo. Zawsze kręciła ją taka ślepa wiara we własne siły, nawet jeśli bezpodstawna. Miała ochotę rzucić się na niego tu i teraz, ale wiedziała, że tamten nie podzielał jej uczuć. Powstrzymała się, choć z trudem.
- To, co teraz?
- Idziemy spać. A jutro ruszymy w dalszą drogę.
Zaczął się odwracać w stronę obozowiska, ale nagle znieruchomiał. Gdzieś z przodu, pośród niknących w mroku zarośli dostrzegł małe światełko.
Świetlik.. Pierwszy, jakiego tu widzę. Czyżby jeden z tych, które uciekły mi tak dawno temu, podczas noclegu na pagórkowym drzewie?
Po paru sekundach jasny punkcik zniknął i mag nie wiedział, czy był tam naprawdę, czy tylko mu się zdawało.
- Co się stało? – spytał sukkub, przypatrując mu się dziwnie.
- Nic. Chodźmy.
Ruszyli powoli z powrotem do obozu. Mag sunący powoli po leśnej ściółce czynił sporo hałasu w czułych uszach demona, choć była pewna, że gdy chciał, potrafił się poruszać znacznie ciszej.
- Nie obawiasz się, że mogę zdradzić? – spytała w połowie drogi.
- Nie.
Nie powiedział nic więcej, ona też nie zamierzała pytać. Powód wydawał jej się oczywisty – albo wierzył, że była po jego stronie i chciała się odwdzięczyć, albo po prostu nie stanowiła dla niego zagrożenia i w razie potrzeby ją po prostu zabije.
Miała nadzieję, że to pierwsze.
- Co z dziewczyną? Będzie wędrować z nami?
- Tak. Dzięki, że jej nie zabiłaś.
- Ach, to nic.. Domyślałam się, że nie byłbyś zadowolony, bo gdybyś tego chciał..
Nie dokończyła, ale nie musiała. Dobrze wiedział, co miała na myśli.
Gdybyś chciał, zabiłbyś ją samemu.
Ostatnio zmieniony śr sty 16, 2008 10:12 pm przez DraMeo, łącznie zmieniany 4 razy.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

pn gru 24, 2007 3:31 am

A tu pozostała część - uciąłem samemu, by uniknąć tego, co stało się przy poprzednim poście ;)

***

Po trzech dniach dalszej wędrówki dotarli do granicy.
Serce maga zabiło szybciej, gdy między drzewami w oddali zauważył prześwitującą szarość, zwiastun nowego świata.
Las się kończy, pomyślał z ekscytacją i przyśpieszył kroku. Towarzyszące mu dziewczyny ruszyły za nim, rozumiejąc powód jego pośpiechu.
Z szybkiego truchtu przeszedł do biegu. Śpieszył się tak jakby chcąc nadrobić wszystkie stracone dni, choć oczywiście, wszystko to nie miało znaczenia. Mimo to biegł, zapominając o swoich towarzyszkach i wszystkich środkach ostrożności.
Zasłania je cień gór, powiedział sukkub. Pamiętał o tym.
To już tu.
- Czekaj, coś tu jest nie.. – zaczął mówić biegnący za nim sukkub, ale nie zdążył dokończyć.
Najwyżej sto metrów od granicy ciśnięty skądś kamień uderzył czarodzieja prosto w skroń i pozbawił przytomności. Rozległ się krzyk, Vayla zaś zatrzymała się gwałtownie i rozejrzała dookoła, szukając napastników.
W samą porę by skaczący w jej kierunku mały, szarobiały stwór, wylądował na jej twarzy. Wiejska dziewczyna krzyknęła ponownie, gdy ze wszystkich stron zaczęły wylewać się ohydne, mające najwyżej metr dwadzieścia stworzenia o patykowatych kończynach, chorobliwie wydętych brzuchach, spiczastych uszach i kaprawych, czarnych ślepkach osadzonych na malutkich głowach. W innych okolicznościach ich wygląd uznałaby może nawet za zabawny, jednak teraz, widząc jak setki z nich biegną w ich stronę, a kilkanaście obsiadło już leżącego nieprzytomnie z przodu starca, daleko jej było do śmiechu.
Vayla warknęła i zerwała z twarzy szczypiącego ją potworka, rozrywając go na pół. Zdążyła tylko zaklnąć paskudnie nim dziesięć kolejnych doskoczyło do jej nóg i spróbowało przewalić. Kopnęła dwa wysyłając je w długi lot, po czym samemu wykonała długi sus. Próbowała dotrzeć do maga, ale wygłodniałe demony dopadły ją w kilka sekund i skutecznie odgrodziły od celu, sapiąc i charkając, przepychając się i wykrzykując telepatycznie groźby i obietnice bolesnej śmierci. Co chwila w pobliżu słychać było też syk otwieranych małych portali, przez które wpadały kolejne białe istoty, wzywane przez swych pobratymców. Zaklęła ponownie i zaczęła młócić szponami falę białych ciał, starając się by umierały jak najdłużej i jak najboleśniej.
Jej towarzyszka nie miała takich możliwości i nieskończona fala stworzeń szybko poradziła sobie z jej próbą obrony. Pomimo jej krzyków i okładania pięściami wszystkiego w zasięgu, bez problemów pozbawiły ją równowagi i przewróciły, po czym unieruchomiły pod swoim wspólnym ciężarem i podczas gdy jedne zaczęły wgryzać się w odsłonięte części ciała, inne szarpały na strzępy ubranie i próbowały dostać się tam, gdzie dziewczyna najmniej sobie tego życzyła.
Nieco dalej druga liczna grupka również próbowała zedrzeć z maga jego ubranie, choć z nieco innych powodów. Czerwone szaty, mimo że stare, były jednak niezwykle wytrzymałe i wpleciona w nie magia nie pozwalała się tak łatwo rozerwać. I gdy jedna z chłodnych, trójpalczastych łapek dotknęła zarośniętego policzka maga i zaczęła niecierpliwie drapać, pomarańczowe oko otworzyło się gwałtownie a w jego ognistej źrenicy demony ujrzały własną śmierć.
Sukkub odwrócił się gwałtownie, podobnie jak większość dretchy wyczuwając nagłe pojawienie się silniejszego demona. W tej samej chwili ponad dwie setki małych stworków wraz z Vaylą znikło w ogromnej kuli ognia, rosnącej zbyt szybko by to zauważyć, nie mówiąc już o wykonaniu uniku. Znajdujące się w jej obrębie wysokie, grube drzewo trzasnęło przeraźliwie i po chwili z głuchym hukiem, zagłuszanym przez skwierczenie płomieni, runęło na ziemię, niknąc w ogniu.
Dziewczyna, choć znajdująca się na granicy zaklęcia i przygnieciona bezładną masą istot, poczuła emanujące z wybuchu ciepło, ale nic poza tym. Czego nie mogły powiedzieć dobierające się do niej stwory. Pisnęły zgodnie i te, które jeszcze były w stanie, zaczęły uciekać gdzie popadnie. Widziała jak na niektórych z nich topi się skóra i domyślała się, że gdyby nie przykryły jej tak szczelnie, teraz to ona byłaby śmiertelnie poparzona.
Ognista kula zniknęła po paru sekundach, zostawiając wypaloną ziemię w kształcie koła o średnicy dziesięciu metrów. Na samym jego środku stał nietknięty zaklęciem mag, niewyraźny od drgającego od gorąca powietrza.
Parę metrów od niego siedziała Vayla, patrząca się bezmyślnie w jego kierunku. Wszędzie dookoła leżały niedopalone resztki drzewa, a dalej ta jego część, która spadając znalazła się poza zasięgiem ognistej kuli, i teraz tliła się jeszcze lekko.
Po paru setkach stłoczonych tu demonów nie pozostał zaś żaden ślad.
Te, które znalazły się na krawędzi eksplozji, leżały teraz na wpół roztopione, a te, które miały dość siły, próbowały się odczołgać i uciec jak najdalej od maga o morderczej mocy.
Dziewczyna również usiadła i przytrzymała ledwie trzymającą się bluzkę, a raczej jej postrzępione resztki. Wydawało się, że to koniec, ale nagle wszystkie uciekające dretche zatrzymały się, po czym po chwili wahania zawróciły i ruszyły do kolejnego ataku. Nawet te płonące lub na wpół stopione zaczęły kierować się z powrotem w stronę trójki wędrowców, a złączone ponownie w grupy pokazały, że wciąż jest ich wiele, co najmniej setka.
Mag zdawał się tym nie przejmować. Włożył rękę do torby przechowywania i wyciągnął długą laskę z czarnego drzewa, z czerwonym kryształem osadzonym na jej końcu.
Drugą ręką odchylił rozpiętą szatę, odsłaniając średnich rozmiarów złoty naszyjnik z pięcioma rubinami – dwoma po obydwu bokach i jednym dużym na samym środku. Dotknął go trzema palcami i na sekundę zamknął oczy. Wokół niego zmaterializowało się pięć małych ognistych kul (z jedną większą od pozostałych) i poczęło kręcić się dookoła.
Dretche nie pokazały po sobie strachu, mijając kulącą się dziewczynę i odważnie pędząc wprost na maga i sukkuba, ale w ich świńskich oczach można było dostrzec pewność o nadchodzącej śmierci.
Czarodziej uśmiechnął się do gramolącej się z ziemi Vayli i ruszył do ataku. Zamachnął się laską i trzepnął pierwszego znajdującego się w zasięgu demona, rozłupując mu czaszkę i łamiąc kręgosłup. Z drugim zrobił podobnie, trzy kolejne zaś zmiótł jednym poziomym machnięciem, gruchocząc ich wątłe ciała. Choć laska z pewnością była ciężka, nie wydawał się mieć problemów z jej utrzymaniem. Wręcz przeciwnie, wywijał nią tak zręcznie i sprawnie, jakby trenował tę sztukę od kołyski. Czerwony kryształ osadzony na jej końcu rozbłyskał za każdym razem, gdy mag uderzał. Płonące kule wirujące wokół niego co chwila uderzały w którąś z małych istot, zadając jej śmiertelne obrażenia. Czasem wyłamywały się z kręgu i uderzały we wskazany przez maga cel.
Vayla patrzyła jeszcze przez chwilę na ten pokaz, po czym samemu przyłączyła się do zabawy. Jej szpony, mogące być palcami najdelikatniejszej kochanki, orały białe ciała nieszczęsnych stworzeń i wyrywały im wnętrzności. Co jakąś chwilę chwytała któregoś z małych demonów i z nieskrywanym zadowoleniem wsłuchiwała się w chrzęsty wyłamywanych stawów i chrupnięcia kości.
Dziewczyna siedziała i patrzyła jak tamta dwójka w parę minut pozbawia życia wszystkich napastników, ale choć sukkubowi nawet w walce nie brakowało wdzięku w wykonywanych przez nią ruchach, nawet jeśli polegały na rozpruwaniu wydętych białawych brzuchów, to mag przyciągał częściej jej spojrzenie. Precyzja z jaką uderzał, szybkość i zręczność, o kontroli kilku płonących kul jednocześnie nie wspominając, to wszystko wprawiało ją w szczere zdumienie.
Ale czy mogła oczekiwać czegoś innego po jej ulubionym magu?
Czarodziej wypuścił powietrze, potężnym ciosem wbijając małą główkę ostatniego dretcha w głąb jego gąbczastego ciała. Stworzenie wysłało ostatni mentalny przekaz, zrozumiały tylko dla mówiących językiem Otchłani, po czym wydało ostatnie bulgoczące tchnienie.
Wytarł końcówkę kija o jego wydęte ciało, w niektórych miejscach porośnięte czymś podobnym do zielonego mchu, zapewne swego rodzaju pasożytem, który dręczył większość przedstawicieli tego gatunku.
Ogniste kule wygasły powoli, spalając się i ostatecznie znikając zupełnie.
Kiwnął głową w stronę sukkuba, dziękując mu za pomoc w walce, po czym podszedł do wciąż siedzącej dziewczyny i obrzucił spojrzeniem jej półnagie, poobgryzane i podrapane do krwi ciało.
- Wybacz, że tak wyszło – powiedział. – Zaraz zajmę się twoimi ranami.
Uśmiechnęła się na tyle ile mogła.
- To nie twoja wina – powiedziała cicho.
- Nie dopilnowałem – rzekł, zabierając się do pracy.
Większość ran była powierzchownych i choć na pewno były bardzo bolesne, nie stanowiły zagrożenia dla życia. Opatrzył co poważniejsze, te wyjątkowo paskudne zaś zasklepiła mikstura lecząca, nienaturalnie przyśpieszająca regenerację komórek. Dał jej także środek zapobiegający zakażeniu, a po wszystkim okrył jej drżące ciało swą szatą.
Vayla przyglądała się temu z niewielkim zainteresowaniem. Miała poważniejsze sprawy do przemyślenia.
- Przywołać dysk? – spytał mag dziewczynę, a tamta zaprzeczyła energicznie głową.
- Daj spokój, nic mi nie jest – zaśmiała się lekko.
- Skoro chcesz. Ruszajmy zatem.
Po tych słowach pomógł jej wstać i upewniając się, że sobie poradzi, obrócił się i powoli zaczął maszerować w stronę granicy. Zewsząd dobiegały ich ciche trzaski płomienia.
- Dobra walka – stwierdził sukkub po chwili ciszy. – Ale chyba nie sądzisz, że dretche zaatakowały nas z własnej inicjatywy?
- Oczywiście, że nie – odparł mag, nawet się nie zatrzymując.
- Ktoś je wysłał.
- Większy demon.
- Czemu więc go nie szukamy?
- Bo go nie znajdziemy.
Jeszcze nie teraz, dodał w myślach.
- Szczerze mówiąc – dodał po chwili ciszy – zastanawiałem się, czy sama nie zorganizowałaś tej zasadzki.
Te słowa oczywiście nie zabolały sukkuba, ale w jej głosie zabrzmiał żal, jakby rzeczywiście wzięła je sobie do serca.
- Skąd zatem wiesz, że nie zorganizowałam?
- Ciebie aż tak by się nie bały. Poza tym, zostałaś ranna – powiedział i popadł w zamyślenie.
Czy kiedyś, dawno temu, nie słyszał jakiegoś przysłowia na ten temat? Jak to szło?
Ci są winni zasadzki, którzy zostali w niej najbardziej ranni.
Mimowolnie spojrzał na idącą za nim ze spuszczoną głową dziewczynę, lekko kulejącą.
Nie. Ci są winni zasadzki, którzy odnieśli w niej obrażenia nieporównywalnie większe do zagrożenia. Tak to szło.
Minął ostatnią linię drzew i stanął przed granicą, wciągając gwałtownie powietrze.

***

Zrobił parę kroków do przodu, choć nie był ich świadom. Gdyby nie podpierająca go laska, z pewnością padłby teraz na kolana.
Przed nim malował się widok, który tak bardzo chciał ujrzeć od pierwszego dnia jego wędrówki przez tę warstwę Otchłani, od tamtej pamiętnej chwili, gdy los kazał mu iść na wschód, w stronę gór, jedynego punktu w kierunku którego mógł zdążać. A teraz były tu, przed nim, wznoszące się w całej swej potędze i przeklętej chwale. Większe, niż to sobie wyobrażał.
Strzeliste szczyty zdające się sięgać nieboskłonu, tak rozległe, że zasłaniające prawie cały wschodni horyzont. Gdzieniegdzie spowite mgłą, w innych miejscach widoczne doskonale.
Niżej znajdowało się zbocze przecięte prowadzącą w głąb dolin i kanionów ścieżką, lawirującą między głazami wielkości wielkich rezydencji.
A na początku ścieżki stał on, czarodziej chcący zostać demonem i będący celu bliżej niż kiedykolwiek.
Spojrzał na ciemniejące niebo i dopiero teraz zauważył ogromny księżyc, wiszący na prawo od gór. Serce zabiło mu mocniej.
Satelitę otaczały tysiące głazów, zapewne pochodzących z gigantycznej wyrwy w jego powierzchni. Stąd wydawały się małe, ale mag nie miał wątpliwości, że niektóre z nich były większe nawet od jego gór.
Moich gór, pomyślał i uśmiechnął się.
- Jak to możliwe? – spytała dziewczyna, oczarowana widokiem równie, a może bardziej niż on. Nawet sukkub wydawał się lekko poruszony, choć nie poświęcił na podziwianie krajobrazu tyle czasu, co oni.
Mag wiedział, że pytała o cień gór, widoczny na pomarańczowo-czerwonym niebie.
- To Otchłań. Tu wszystko jest możliwe.
Vayla pokiwała głową z aprobatą, ale zaraz dodała:
- To Wieloświat.
Tym razem to mag kiwnął głową.
Wieloświat, w którym wszystko jest możliwe, a każda idea i marzenie może stać się rzeczywistością.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

ndz sty 20, 2008 6:09 pm

Witam, witam! Czas na rozdział piąty, który zakończy pewien etap w wędrówce maga. Dobrze się składa, gdyż teraz będę miał mniej czasu na pisanie (sesja), a poza tym, postanowiłem przenieść powieść z realiów FR do własnego świata, który wpierw muszę stworzyć ;D Skąd ten pomysł? Stworzyć własny świat chciałem już dawno, ale uznałem, że to zbyt wiele roboty. Teraz zmieniłem zdanie, głównie dzięki koledze MarsnTwix, który podał mi adres świetnej stronki, gdzie oceniane są prace literackie, z tym, że nie przepadają za nieautorskimi światami i w sumie mają rację ;D
No, ale mniejsza teraz o to. Mam nadzieję, że Wam się spodoba kolejny rozdział (ten sprawił mi jak na razie najwięcej kłopotów ;))


----


Rozdział V
Demon


Maszeruję raźnie przez martwe, pochyłe pustkowie. Za mną wznosi się przedwieczna puszcza, przede mną monumentalne góry, w których wnętrzu znajduję się ogromna twierdza z czarnego kamienia, będąca stolicą mego imperium. Niebo zasnute jest ciemnoszarymi chmurami, kłębiącymi się nieustannie w wiecznych wirach Chaosu. Po moich obu stronach idą dwa sukkuby, moje osobiste doradczynie i umilające wolny czas dziwki. Ta po lewej tytułuje się Fiołkiem Otchłani, imienia tej po prawej nie pamiętam. Za nimi zaś, ach, cóż za widok! Prowadzona przez pięciu generałów tanar’ri armia wynaturzeń i istot rodem z koszmarów sennych, pełzających, stąpających i latających. A wszystko to moje.. Moje i tylko moje.
Tak jak twierdza wewnątrz gór i połowa Faerunu, jak niezmierzone bogactwa, artefakty i tysiące niewolników, głównie kobiet, mających umilić czas mym wiernym żołnierzom. Czyż to nie cudowne? Uczucie posiadania.. I potęgi, której szukałem od tak dawna.
I tak maszerujemy, w martwej ciszy przerywanej jedynie skrzypieniem zbroi i chrzęstem zgniatanych kamieni, żwiru i kości. Demony sapią i wydają sobie tylko zrozumiałe dźwięki, czasem jakaś kobieta krzyknie lub załka głośno, czując wślizgującą się pod spódnicę łapę lub mackę, ale póki co są bezpieczne. Moja nieskończona moc utrzymuje w ryzach demoniczną armię i nie pozwala, by się za bardzo rozbestwiła. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Jest jednak coś, co nie daje mi spokoju i nie pozwala w pełni cieszyć się zwycięską chwilą i powrotem do domu w mrocznej chwale. Świadomość, że zapomniałem o czymś ważnym.. O czymś, czego zapomnieć w żadnym razie nie mogłem.. Ale zapomniałem.
Coś po lewej przyciąga mój wzrok. Odwracam głowę i zatrzymuję się, a wraz ze mną staje cała armia.
- Nie martw się – mówi siedzący na skądś znanym mi głazie człowiek w czerwonych szatach. – Nie zapomnisz o nim.
- O czym? – pytam, ale odpowiedź w tej samej chwili pojawia się w mojej głowie.
O marzeniu. Zapomniałem o marzeniu.
Człowiek uśmiecha się i znika, nim zdążę spytać o cokolwiek. Czyjaś dłoń chwyta mnie i gwałtownie wyciąga z tego świata, zabierając w nieznane.

- Wszystko w porządku? – spytała dziewczyna, potrząsając lekko magiem.
Spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem.
- Coś się stało? Zatrzymałeś się tak nagle i..
Zamrugał oczami. Armia demonów zniknęła, podobnie jak niewolnicy i pozostałe łupy wojenne. Został tylko on i jego dwie towarzyszki, kuszący sukkub i pocieszna dziewczyna, ubrana w nieco za duże na nią zapasowe ubranie maga. Włóczędzy, bez kamiennej twierdzy, ani nawet domu, przemierzający jałowe ziemie Otchłani.
- Nic mi nie jest. Po prostu.. Zdawało mi się, że coś zobaczyłem.
Jeszcze raz odwrócił głowę w stronę coraz odleglejszej puszczy, wzrokiem szukając zaginionych legionów. W oczy rzuciła mu się tylko biała linia granicy i stojący na niej głaz. Stąd nie widział szczegółów, pamiętał jednak dobrze, jak wyglądał – z jednej strony wilgotny i porośnięty mchem, z drugiej czarny i postrzępiony, zupełnie jak rozciągające się górskie szczyty na wschodzie.
Westchnął niesłyszalnie i ruszył w dalszą drogę, a wierne towarzyszki podróży podążyły jego śladem, sukkub z lewej, a dziewczyna z prawej strony.
Marsz przez pochyłe zbocze, usiane ostrymi głazami i ziejącymi czernią szczelinami, był dość uciążliwy, ale mimo to raźnie posuwali się do przodu. Ziemia dookoła nich wydawała się martwa i tylko od czasu do czasu zauważali rosnące gdzieniegdzie pojedyncze szare kwiaty, kiwające się od nieustających podmuchów wiatru. Wrażenie wszechobecnej śmierci potęgowały starożytne kości, błyskające szarawą bielą spomiędzy czarnych grud ziemi. Wszelkie zawirowania czasowe, których doświadczali wcześniej, teraz przestały dawać o sobie znać, a krajobraz zmieniał się proporcjonalnie do przebytej przez nich drogi.
Choć był to już czwarty dzień ich wędrówki, doszli ledwo do połowy zbocza. Powodem tego było zachowanie maga, który raz wykazywał wyjątkową aktywność i mógł iść praktycznie cały dzień i noc, kiedy indziej zaś potrafił zarządzać postoje co godzinę i zwlekał z wyruszeniem jak tylko się dało. Zupełnie jakby w jego wnętrzu kłóciły się dwa oddzielne byty – jeden pragnący jak najszybciej dostać się do gór, a drugi z całych sił opierający się temu i kulący ze strachu przed ich mrocznym cieniem, za dnia przykrywającym całe zbocze, w nocy zaś spory kawał nieba.
Nie było w tym oczywiście większego sensu – czarodziej sam dobrze o tym wiedział. Wędrował, by wędrować. To robił całe życie i to potrafił najlepiej. Czarne pręgi na ciele i tak by się poszerzały, niezależnie od tego, czy siedziałby na tyłku czy też przeszedł cały plan wzdłuż i wszerz.
Tylko, czy na pewno?
Choć wcześniej wydawało mu się to oczywiste, teraz na nowo zaczynał mieć wątpliwości, a jego myśli zatoczyły szerokie koło i powróciły do punktu wyjścia. Bo może rzeczywiście nie sam pobyt w Otchłani go zmieniał, ale wędrówka przez nią, w trakcie której miał szansę się wykazać (tylko przed kim?), a jego umysł i ciało przyzwyczajały się do nowych warunków? Na pewno nie chodziło o samo dotarcie do gór, dlatego nie zamierzał używać zaklęcia lotu, choć dzięki zdobytym w dżungli piórom mógł to już robić bez przeszkód. Nie było powodu, by się spieszyć, zwłaszcza teraz, gdy do celu zostało ledwo parę dni marszu. Potrzebował czasu.
Co w takim razie było prawdą? Zdobywanie doświadczenia czy sam pobyt? Wiedział i pogodził się z myślą, że prawdopodobnie nigdy nie pozna odpowiedzi.
W Otchłani nie było jednej, uniwersalnej prawdy. Rozumiał już niechęć demonów do opisywania procesu przemiany – one same po prostu nie znały jego dokładnych szczegółów, co najwyżej ogólne zasady. Możliwe, że dla każdego wyglądał on inaczej, albo wszyscy przechodzili przez to samo, czy też..
To bez znaczenia, stwierdził i zaczął iść szybszym, pewniejszym krokiem.
Idąca obok niego Vayla uśmiechnęła się lekko, trafnie odgadując jego myśli.
Zaczynasz rozumieć, prawda? Gdy nie ma nic pewnego, trzeba po prostu iść przed siebie. I nigdy wstecz. Wiesz o tym.

***

Ale nie martw się, wielki czarodzieju z Pierwszego Planu, pomyślał biały demon, podążający za nimi przez cały ten czas, kryjąc się w szarości wiecznych mgieł. I obserwujący, zawsze patrzący. Twe filozoficzne problemy niedługo się skończą.
Jesteś już u kresu.


***

Następnego dnia natknęli się na pierwsze rozwidlenie drogi. Obydwie odnogi prowadziły w kierunku wschodu, ale do innych partii gór. Mag wytężył wzrok i zauważył kolejne rozwidlenia, a potem jeszcze mniejsze i drobniejsze, kończące się wejściami do kilkunastu kanionów i dolin. Spora część górnego zbocza poprzecinana była drogami, wszystkie jednak wyglądały na dawno zapomniane i nieużywane już od wieków.
- Co teraz? – spytała dziewczyna.
- Zdamy się na los – odparł, wyciągając z torby monetę z runą i płomieniem. – Płomień w lewo, symbol w prawo.
Sukkub z rozbawieniem patrzył jak czarodziej rzuca monetą, po czym schyla się i podnosi.
- I jak?
- W prawo.
Wszyscy przyjęli wynik bez słowa sprzeciwu, mag wydawał się być nawet zadowolony, choć i tak, to, którą ścieżkę wybrał, nie miało żadnego znaczenia. Przeznaczony mu los czekał na końcu każdej z nich.
Zakaszlał gwałtownie i głośno, zakrywając usta. Potem, skręcając w prawo, ruszył w dalszą drogę i tylko spostrzegawcze oko sukkuba zauważyło, jak wytarł oplutą krwią dłoń w swe szaty. Uśmiechnęła się smutno.
Widziała, jak się zmienia. Wtedy, podczas walki z dretchami, był już bardziej demonem niż człowiekiem – czuła emanującą z niego moc i Chaos, lęgnący się już od dawna w jego wnętrzu. I choć wrażenie znikło, gdy tylko do głosu doszedł jego ludzki umysł, nie miała wątpliwości, jak niewiele zostało mu już czasu.
Teraz jednak, patrząc na idącego przed nią starca o długich, siwych włosach i mocno podkrążonych oczach, podpierającego się swą magiczną laską by nie upaść na stromym zboczu, widziała tylko wiekowego, zmęczonego życiem człowieka, wzbudzającego raczej litość niż strach. Mimo to wiedziała jak niesamowicie silny był wewnątrz.
Uda ci się, pomyślała, uśmiechając się przy tym szczerze. Bo jeśli nie tobie, to komu..? Jesteś tak bardzo niezwykły i fascynujący..
Prawda?

Zatrzymała się gwałtownie i rozejrzała, szukając źródła tej myśli. Co prawda, demony często słyszały różne głosy, krzyki potępionych lub niesione przez wiatr wrzaski tych, którzy utknęli gdzieś pomiędzy wymiarami, ale potrafiła jeszcze odróżnić objawy szaleństwa od mentalnego przekazu. Mimo to nie dostrzegła niczego podejrzanego, co mogło być jego źródłem. Napotkała tylko wzrok dziewczyny, która speszona zaraz odwróciła głowę i podreptała szybko za magiem.
Vayla przypatrywała się jej przez chwilę, mrużąc oczy.

***

„Przyjdę we śnie.”
Otchłań wirujących mgieł, powoli i nieubłaganie otulających nieskończone przestrzenie ludzkiego umysłu. I on, coraz bardziej zadomowiony w środowisku powoli przemieniającym się w jego własne, wciąż siedzący na tym samym, przeklętym głazie, symbolu granicy i przemiany.
Mag nie zdziwił się zbytnio, widząc go ponownie, choć jeszcze przed chwilą leżał na swym posłaniu i wpatrywał się w skryte w ciemności cienia gór niebo. Mimo to coś przykuło jego uwagę, coś w jego wyglądzie, innego niż podczas ich wcześniejszych spotkań.
Oczy, zrozumiał. Są ciemniejsze.
Wciąż pomarańczowe, ale z wypełniającym je mrokiem, nadającym im poblask demonicznej czerwieni – tak mniej więcej dałoby się to opisać. Niczym nieujarzmiony płomień trawiący wszystko, co stanie mu na drodze.
- Dokładnie tak, przyjacielu! – zaśmiał się siedzący na głazie. – Tym właśnie jesteśmy. Płomieniem uwięzionym w szarej spirali czasu, czekającym na dzień uwolnienia. Dzień, w którym cały Wieloświat zajmie się ogniem Chaosu, którego nic już nie będzie w stanie ugasić. Czyż to nie cudowne?
Nie czekał na odpowiedź stojącego dziesięć metrów dalej maga, choć tamten i tak nie wydawał się skory do rozmowy.
- Czyż nie czujesz jedności z Jej istotą? Nie, jeszcze nie. Ale to już nie potrwa długo. Staniesz się częścią wiecznego ogniska, które nigdy nie wygasa, kolejnym płomieniem. Usłyszysz cudowną pieśń, śpiewaną przez miliardy głosów, i dołączysz do niej.
Zapadła cisza, przerywana tylko cichym szumem wiecznie kręcących się wirów, pokrywających całe ciemne niebo.
- Skończyłeś? – spytał w końcu mag. – Doprawdy, poruszająca mowa, ale..
Jego demoniczny klon prychnął, choć nie przestał się uśmiechać.
Ileż emocji i znaczeń jest w tym uśmiechu, pomyślał czarodziej. Przyjaźń, ironia, kpina, nienawiść, zazdrość.. Można go odczytać na setki sposobów, ale żaden z nich nie będzie tym prawdziwym. To Chaos, czysty Chaos. I nie odgadniesz jego znaczenia, dopóki nie będzie już za późno.
Uśmiech demona.

- Wciąż się opierasz. Czemu? Po co? Czyż nie tego chciałeś? – spytało nagle odbicie, zaskakując go tak bezpośrednim pytaniem.
Właśnie, czemu? Chciał zostać demonem, przecież to był jego cel. Po to oddał duszę i po to pokonał te niezliczone kilometry, idąc w kierunku tych cholernych gór i znosząc towarzystwo cuchnącej białej bestii i psychicznie chorej wiejskiej dziewczyny, a teraz także i sukkuba, w każdej chwili mogącego go zdradzić i spróbować zabić. Nie wspominając już o dziesiątkach innych niebezpieczeństw, na jakie się narażał. Sam tego chciał, więc czemu się opierał?
Co najlepsze, gdy umysł zapierał się z całych sił, nogi stawiały krok za krokiem. Po co więc ten cały cyrk? To coś więcej niż strach przed przemianą i coś więcej niż ludzka natura, każąca się buntować przeciw narzuconym poleceniom.
- Masz rację – przytaknęła demoniczna projekcja, choć mag nie powiedział jeszcze ani słowa. – To coś więcej. To Chaos. Wszyscy mamy go w sobie, wszyscy jesteśmy pełni sprzeczności. Ty powinieneś wiedzieć o tym najlepiej.
- Co masz na myśli?
- Och, daj spokój. Możesz udawać niewinnego, dobrodusznego staruszka przed tą małą, ale nie przede mną, proszę. Dobrze wiem, jaki jesteś naprawdę.
Czarodziej nie odpowiedział, zmrużył tylko oczy.
- I ty też to wiesz. Zostanie lennikiem Otchłani nie zmienia cię w okrutnego potwora. Po prostu pobudza to, co leżało uśpione na dnie twej duszy. Wiesz o tym. W głębi siebie jesteś chory. Swym beznamiętnym zachowaniem i tą cudowną kontrolą nad uczuciami jedynie ukrywasz wewnętrzne szaleństwo. Potrafisz zachwycać się pięknem świata i kochasz go prawdziwie, ale jednocześnie mógłbyś doprowadzić do jego upadku, bo jesteś ślepy i dla swego marzenia zrobisz wszystko, od porzucenia ukochanej do narażania życia nie tylko własnego, ale i innych. Zaś gdy sam zabijasz, męczą cię wyrzuty sumienia – ale czy na pewno? Szybko zapominasz, a uczucia, które ogarnia cię na widok siania zniszczenia twoją własną mocą na pewno nie można nazwać smutkiem czy wstydem. Choć chcesz czynić dobro, w głębi siebie jesteś zły. Mogę ci jawnie wytykać twe błędy, bo wiem, że i tak się nie zmienisz, wierząc, że to ty masz rację, ty i tylko ty.
Mógłbym długo wskazywać te sprzeczności, ale szkoda czasu. Cóż więc to jest, jak usprawiedliwić te przeciwstawne emocje? Rozdwojenie jaźni, schizofrenia? Może. Ale nie tylko. To czysty Chaos, mój drogi. Jesteś.. my, jesteśmy stworzeni do tego, by być demonem. I nie zaprzeczaj. Taki jesteś naprawdę. Nic tego nie zmieni.
- Skąd ty możesz.. – zaczął mag oburzonym głosem, ale odbicie przerwało mu.
- Jestem tobą. Przecież wiesz. Nie możesz mieć przede mną tajemnic.
Tak jak ty przede mną, pomyślał mag, odzyskując chwilowo spokój. Chyba.
Demoniczny człowiek zeskoczył z głazu i uśmiechnął się w sposób, który poraził maga. Szczery, przyjacielski uśmiech, tak pełny zrozumienia.. i współczucia.
Wiedział, że to zwykła sztuczka, w końcu czarty słynęły z kłamstw i iluzji, ale mimo to zrobiło mu się cieplej na sercu. Nie mógł powstrzymać przypływu nagłej sympatii do tej na wpółzgniłej istoty, która zalała go niczym fala wzburzonej wody po przekroczeniu granicy.
Rozumie mnie, w końcu jest mną.. Wie, co przechodzę. Co czuję. O czym marzę. I najważniejsze..
Otworzył szeroko oczy, zaskoczony tym, co odkrył, a co było tak oczywiste, że powinien był to dostrzec jeszcze przy pierwszym spotkaniu.
On marzy o tym samym.
Odbicie zaczęło iść w jego stronę, wyciągając przyjaźnie dłoń. Mag czuł emanującą od niego moc, pulsującą w rytmie bicia jego własnego serca. Coś odpychało go od niego, ale jednocześnie przyciągało z siłą zbyt wielką, by można jej się oprzeć. Jego własna ręka drgnęła i zaczęła się unosić na spotkanie poczerniałej, lodowato zimnej dłoni jego najlepszego przyjaciela.
Może właśnie ten chłód, który poczuł, a może przerażająca pustka, która zaczęła poszerzać się w jego wnętrznościach, uświadomiły mu, co się dzieje i że coś w tym wszystkim jest nie tak. I jak to zwykle z urokami bywa, jedna wątpliwość obróciła całe zaklęcie w pył.
- Chodź – zaczął mówić tamten. – Mamy..
Czarodziej odtrącił rękę i odskoczył do tyłu. Chwiejąc się lekko, rozpoczął inkantację.
- Co ty robisz? – spytała rozbawiona projekcja.
Demoniczny mag z niedowierzaniem spojrzał na elektryczne wyładowania wokół maga, a gdy chwilę później wilgotne powietrze wnętrza umysłu przeszył grom, przestał widzieć cokolwiek.
Siła uderzenia błyskawicy obróciła go dookoła własnej osi, choć nie ruszyła z miejsca nawet o centymetr. Zachwiał się i runął do tyłu, a z jego klatki piersiowej i butów uniosły się ciemnoszare smużki dymu.
Mag oddychał ciężko zjonizowanym powietrzem, dochodząc powoli do siebie.
- Niezła próba – mruknął, ocierając strużkę śliny zwisającą mu z ust. – Ale więcej mnie nie nabierzesz.
Ruszył w kierunku dymiących zwłok swego sobowtóra, ale zamarł w pół kroku, gdy do jego uszu doleciał przerażający, zduszony śmiech. Przerażający, bo nie było w nim słychać gniewu czy okrucieństwa. Tylko zwykłą, dziecinną radość.
Sam się kiedyś śmiałem w ten sposób, pomyślał z nieskrywanym strachem i fascynacją zarazem. Gdy byłem młodym narwańcem, uważającym walkę za świetną zabawę.
Mimo ucisku w żołądku zdołał zapanować nad głosem i nadać mu spokojny, nieco sarkastyczny ton.
- Widzę, że humor dopisuje. Cóż cię tak bawi?
- Ty – odparł sobowtór, podnosząc się z ziemi. Na odsłoniętej, czarnej klatce piersiowej nie było śladu po niedawnym uderzeniu pioruna. – Ty mnie bawisz, magu.
Nie pokonam go, przeleciało przez głowę czarodzieja.
Tamten uśmiechnął się, słysząc tą podszytą strachem myśl.
- Wreszcie zrozumiałeś? Jest już za późno. Jesteśmy jednością. By mnie zabić, musiałbyś popełnić samobójstwo, a tego przecież nie zrobisz, prawda? Nie, oczywiście, że nie.
Nie zrobię.
Samobójstwo jest dobre dla tchórzy.

Dopiero po chwili uświadomił sobie, że w tej samej sekundzie, w której to pomyślał, odbicie powiedziało identyczne zdanie na głos. Spojrzał z niedowierzaniem na swego szczerzącego nienaturalnie pokrzywione zęby przeciwnika, którym był przecież on sam.
On sam.
Po raz pierwszy miał problem z odróżnieniem siebie od niego. Wydawało mu się, że patrzy w lustro, i że to jego własne ciało jest już w takim stanie. Zatoczył się.
- Nie ma ucieczki – powiedział sobowtór, uśmiechając się jeszcze szerzej. Mag jęknął, widząc, jak jego (moja własna) twarz przestaje być ludzka, a na czole pojawia się poziome pęknięcie, krwawiąca obficie. Chciał uciec, ale strach sparaliżował go zupełnie. Przewrócił się niezdarnie, co tamten skwitował okrutnym, ochrypłym śmiechem, od którego czarodzieja przeszły ciarki. A mimo to było w nim coś, co sprawiło mu przyjemność.
Obrócił się i ruszył przed siebie, z trudem podnosząc się na nogi. Zerknął do tyłu na demona, sprawdzając, czy nie rusza za nim w pościg. Tamten jednak stał w miejscu z założonymi na piersiach rękoma, wciąż uśmiechając się w zbyt szerokim jak na człowieka grymasie. Pęknięcie na czole drgało, jakby coś pod skórą próbowało się wydostać. Dookoła jego sylwetki tańczyły czarne cienie o nieludzkich, makabrycznych kształtach, a szata z tyłu unosiła się co chwilę, jakby skrywając pod sobą coś żywego i wyjątkowo ruchliwego.
Policzki paliły maga niemiłosiernie, a w głowie szumiało, jak po paru głębszych lub po pierwszym morderstwie. Zdawało mu się, że słyszy czyjeś śmiechy, raz należące do kuszącego sukkuba, a raz do złośliwych demonów, które wywlekanie twoich wnętrzności uważają za wyborny dowcip. I jeszcze coś..
Krzyk, przerażający wrzask. Zbyt cichy, by go dobrze usłyszeć i zbyt głośny, by zignorować.
Zaczął biec, nie mając odwagi odwrócić się ponownie. Czuł na plecach ciężkie spojrzenie jego drugiego ja, wciąż stojącego w otoczeniu mrocznych cieni.
- Uciekaj, uciekaj! – krzyknął za nim, po czym dodał ciszej: - I tak nie masz dokąd.
Biegł ile sił w nogach, co chwila potykając się o lekkie nierówności terenu. Nienawidził się za to, ale nie potrafił, po prostu nie mógł zostać tam dłużej. Czuł, że jeszcze moment, a postradałby zmysły.
Im dłużej biegł i im większa odległość dzieliła go od jego mrocznej strony, tym bardziej słabła panika i to przerażające poczucie zagubienia połączonego z czymś wykraczającym poza możliwości pojmowania zwykłego człowieka.
Wreszcie zatrzymał się, dysząc ciężko i opierając ręce na kolanach.
Wsłuchał się w panującą dookoła ciszę. Spojrzał na pustkowia swego umysłu, takie, jakimi były kiedyś, nim to wszystko się zaczęło. Cisza i pustka, względny porządek i wieczny spokój.
Jeśli wierzyć demonicznemu odbiciu, to wszystko to było jedynie złudzeniem, a pod tą beznamiętną powłoką od zawsze czaił się Chaos.
Nie wiem już, w co mam wierzyć.
- W marzenie – usłyszał dobiegający z tyłu swój podszyty chrypką głos.
Odwrócił się na pięcie, oczekując ujrzenia swego odbicia. Zamiast niego zobaczył niknące w mroku górskie zbocze, na którym rozbili obóz.
Przez chwilę siedział nieruchomo, po czym odetchnął głęboko. Z przyzwyczajenia odwrócił głowę i spojrzał na kontury uśpionych gór, upewniając się, że na pewno tam są. Jak gdyby bał się, że wszystko to, co przeżył do tej pory, było jedynie snem, śnionym przez niego podczas pierwszej nocy na pagórkowym drzewie. Potem położył się z powrotem na swym posłaniu, wpatrując się w pustkę czarnego nieboskłonu świata, który nie był jego.
Przynajmniej jeszcze nie.
Szczegóły ze snu rozpłynęły się wyjątkowo szybko, pozostawiając jedynie ogólny zarys tamtych zdarzeń, ale on i tak nie zmrużył już oka.

***

Wędrówka krętymi ścieżkami zbocza zajęła im łącznie sześć i pół dnia. Mag przy obieraniu kierunku wielokrotnie korzystał z pomocy unikatowej monety i zdawał się czerpać z tego swego rodzaju przyjemność.
Wreszcie, popołudniem dnia szóstego dotarli do prawie pionowej ściany z czarnego, miejscami ciemnoszarego kamienia. Na wprost nich znajdowało się wejście do szerokiego, zacienionego kanionu, szczeliny między dwoma gigantycznymi skałami. Ścieżka prowadziła przez sam jego środek i dalej, nim zdążyła zniknąć z oczu, skręcała ostro w lewo, w głąb górskiego labiryntu dolin, kanionów i zapomnianych szlaków.
Czarodziej podszedł do ściany i położył dłoń na chłodnym kamieniu.
- Dotarłem – powiedział cicho. Przeszył go dreszcz.
Podniósł głowę i spojrzał na niknące w mgle szczyty gór. Jak wiele razy wyobrażał sobie ten dzień? Cóż, biorąc pod uwagę jego niewielką skłonność do snucia bezużytecznych fantazji, niezbyt wiele, ale mimo to wyczekiwał tego momentu.
- Ciemno tam – zauważyła dziewczyna, zaglądając nieśmiało w głąb kanionu i ściskając mocniej swój kamyk.
Spojrzał na swoją pocieszną towarzyszkę i znów zadał sobie pytanie, co z nią zrobi, gdy stanie się demonem? Dotarła z nim aż tutaj, dzielnie znosząc trudy podróży, do których z pewnością nie była przyzwyczajona. Była wychudzona i zmizerniała, a jej niegdyś gładka skóra poprzecinana była dziesiątkami blizn, które miały się już nigdy nie zagoić. To wszystko jednak wydawało się śmiesznie małe w stosunku do tak długiego czasu wędrowania przez koszmar Chaosu, choć, nie było co ukrywać, wyjątkowo łagodny jak na standardy Otchłani.
Najchętniej zatrzymałby ją przy sobie, przynajmniej do czasu znalezienia dla niej jakiejś sielskiej krainy, gdzie mogłaby spokojnie trwać do końca czasu, ale czy ona będzie chciała tego samego? Co powie, gdy zobaczy maga w jego nowym ciele? Gdy zrozumie, że jego misją nie było uratowanie więzionych w górach pobratymców, ale stanie się istotą z gatunku uważanego za jeden z najokrutniejszych w całym Wieloświecie? Czy wybaczy mu kłamstwa, gdy wytłumaczy jej, że to wszystko dla dobra marzenia? Może.
Jednak to wszystko nie ma praktycznie żadnego znaczenia. Czy będzie mnie kochać czy nienawidzić, wyślę ją tam, gdzie zazna należnego jej szczęścia.. Może na Zielone Wzgórza na Venyi..?
- Fakt, dość ciemno – powiedział, po czym postukał w swoją laskę, uśmiechając się. – Myślę jednak, że to nie będzie problemem.
Odwzajemniła uśmiech i kiwnęła głową, a kosmyk włosów znowu spadł jej na oczy.
- Ruszajmy. Chcę przejść jeszcze kawałek, nim się ściemni.
I ruszyli, znikając w wiecznych cieniach gór.

***

Labirynt.. Zwiedziłem ich parę w swym życiu, ale żaden nie sprawił mi tylu kłopotów, co te kręte ścieżki w zacienionych wąwozach. Droga zdaje się być prosta, a mimo to co chwila okazuje się, że chodzimy w kółko albo trafiamy w ślepe zaułki. Rysowanie map, wzbicie się w powietrze czy znaczenie drogi nic nie daje, wszystko tu wygląda podobnie, czasem nawet tak samo. Mógłbym przysiąc, że dwa razy mijaliśmy tak samo ułożone trzy głazy, ale droga za nimi raz skręcała w prawo, a drugim razem w lewo. Zabawnie jest tak chodzić, nie znając celu podróży, z drogą jako jedynym wyznacznikiem kierunku.
Bo przecież dotarłem już do gór. Spełniłem cel, jaki sobie postawiłem tuż po przybyciu tutaj. Teraz jestem wolny, a cóż innego mogę robić, jeśli nie kontynuować wędrówki? Jak za starych czasów, gdy stawało się na rozdrożach i z pomocą monety decydowało, którą ścieżkę obrać..
Dopóki nie znajdzie się kolejnego celu. I kolejnej drogi. Dopóki nie postawię nogi na tej ostatniej ścieżce, na końcu której znajdę to, czego pragnąłem całe życie.
Gdy trafiamy do zaułków, gdzie panuje wieczna noc, wyczarowana kula światła oświetla nam drogę. Ja trzymam się raczej na uboczu, tam, gdzie nie sięga jej jasny blask. Cienie zdają się przyciągać mnie i wołać, a ja chętnie spełniam ich nieśmiałe prośby. Mrok otula mnie czule i sprawia, że czuję się bezpiecznie. Palący ból w klatce piersiowej znacznie słabnie, podobnie jak dopominania się mózgu o sen, którego nie dałem mu od tamtej nocy. Tak mi dobrze, w tej wiecznej ciemności, wśród mych braci, cieni..
Wielokrotnie znajdujemy ślady czyjejś obecności – pojedyncze, skamieniałe ze starości deski, zmurszałe kości, a nawet porzucone dawno temu narzędzia. Moje zainteresowanie wzbudziły dwie cienkie, zardzewiałe belki, leżące na ziemi równoległe do siebie i połączone gdzieniegdzie deskami z ciemnego drzewa. Z jednej strony prowadziły do zawalonej dawno temu jaskini, a z drugiej kończyły się nagle na środku ścieżki. Szyny.. Kiedyś musiał tu być niezły ruch. Ciekawe, co wydobywali z kopalni? Mógłbym nawet spróbować zejść do jednego z licznych mijanych przez nas szybów, gdyby nie to, że każdy z nich wygląda tak, jakby miał się zaraz zawalić. Głupio byłoby teraz zginąć, prawda? Nie na to liczysz, Ty, któryś skazał mnie na tę wędrówkę i wybrał tak łagodną warstwę, wiedząc, że na innych miałbym znacznie mniejsze szanse na przeżycie. Ty również chcesz zobaczyć, jak dopełnia się me przeznaczenie i zostaję demonem.. W sumie, mógłbym Ci zrobić na złość i zabić się tu, zaraz. Ale dobrze wiesz, że tego nie zrobię, bo ja tak bardzo chcę żyć i jest tylko jedna rzecz w całym Wieloświecie, dla której mógłbym zginąć. Dobrze wiesz, co.

Przejście na tyle wąskie, że musieli iść gęsiego, wreszcie poszerzało się i otwierało na pogrążoną w czerwonym świetle półkę skalną, wychodzącą na zachód.
Czarodziej spojrzał na rozciągający się przed nimi widok i westchnął ciężko. Z tego wysoko położonego miejsca mógł po raz pierwszy zobaczyć warstwę w całej jej okazałości. Widział ogromną puszczę, łącznie z wypalonym w czasie zasadzki fragmentem, a dalej, o dziwo, ciemnobłękitne morze. Dalej ciągnęła się bezkresna pustynia, po której kiedyś wędrował w towarzystwie demona i gdzie znalazł ledwie żywą dziewczynę z innego świata. Zdawało mu się, że przy samym horyzoncie widzi pas czerni, ale czy mógł dojrzeć stąd te nieskończone równiny z pagórkowymi drzewami, gdzie zaczął swą podróż? Pokonanie tych różnych światów zajęło mu całe miesiące, a teraz, patrząc na nie z góry wyglądały tak, jakby na przebycie każdego z nich wystarczyło parę dni. Uśmiech sam wpełzł mu na zmęczoną twarz.
Krajobraz pogrążony był w czerwonawej mgle wieczoru, rozświetlanej przez martwe światło satelity i płomienie zachodzącego w oddali Słońca. Cień samych gór podnosił się powoli z ziemi i wędrował na nocne niebo.
Usłyszał obok ciche westchnienie dziewczyny, zachwyconej widokiem.
- Jak pięknie – szepnęła.
Kiwnął głową i odwrócił się, rozglądając za dalszą drogą i modląc, by nie był to kolejny ślepy zaułek. Przy prawym rogu półki zobaczył kolejną wąską ścieżkę, prowadzącą w górę, z powrotem w głąb labiryntu kanionów. Chciał iść dalej, ale dziewczyna pociągnęła go za rękaw.
- Um.. Możemy tu nocować?
- Jesteś już zmęczona? Robiliśmy przerwę niecałe trzy godziny temu, więc..
- Nie.. Nie o to chodzi. Ja.. po prostu.. Nie chcę już dziś wracać w głąb gór.
Czarodziej popatrzył na nią w milczeniu. Dziewczyna prawie nigdy go o nic nie prosiła i zawsze posłusznie wykonywała jego polecenia, czyż więc mógł jej odmówić teraz, gdy chciała coś ten jeden jedyny raz?
- Cóż, półka wygląda na solidną i robi się już ciemno, więc.. Możemy zostać.
- Dziękuję! – odparła ucieszona, a malująca się na jej twarzy szczera ulga poruszyła maga. Czy to ponura atmosfera śmierci otulająca te góry tak ją przerażała?
Rozpalili ognisko i w milczeniu spożyli ostatnią wspólną kolację. Rozmowa się nie kleiła, tak jakby wszyscy przeczuwali, że zbliża się koniec ich wędrówki i wprawiało ich to, co dziwne, w stan przygnębienia. Może dlatego, że w głębi siebie wiedzieli, jak kończą się przygody w Otchłani.
Po kolacji zaczęli przygotowania do snu. Dziewczyna zasnęła dość szybko, sukkub również udał się na spoczynek, bardziej dla zachowania pozorów niż z potrzeby. Mag poleżał trochę, po czym wstał i przeniósł się na brzeg półki, gdzie zwiesił nogi w przepaść i zapatrzył na pogrążony w mroku nocy krajobraz, pozwalając myślom swobodnie płynąć.
Nie wiedział, jak długo trwał w tym stanie, gdy nagle usłyszał cichy chrobot kopyt stąpających po kamienistym podłożu.
- Powinieneś więcej sypiać, magu.. A może powinnam powiedzieć „arcymagu”?
Odwrócił głowę i zmierzył ją obojętnym wzrokiem. Zerknął też na leżącą przy ścianie dziewczynę, tamta jednak pogrążona była w głębokim, zapewne magicznym śnie.
- Co masz na myśli?
- Przecież wiesz – powiedziała, siadając przy nim. – Jesteś jednym z nich. Wtedy, w dżungli.. płomienie ominęły mnie, choć powinny spalić. Tylko arcymagowie potrafią kontrolować zaklęcia w taki sposób, więc nie zaprzeczaj.
- Nie zaprzeczam. Nigdy nie robiłem z tego tajemnicy.
- Co? – parsknęła. – Gdyby nie ten czar, wciąż bym nie wiedziała.
- Nigdy nie pytałaś. A może myślisz, że powinienem nosić na szyi tabliczkę z napisem ARCYMAG?
- Myślę, że powinieneś ubierać się i zachowywać stosownie do swego tytułu.
- Więc o to chodzi? – uśmiechnął się pobłażliwie i skierował wzrok z powrotem na krajobraz, pocierając przy tym zaczerwienione czoło.
Znów to paskudne uczucie..
- O to. Choćby to twoje mieszkanie, do którego mnie przywołałeś. Istna nora! Powinieneś raczej mieszkać w wielkiej wieży czy rezydencji.
- Tak jakoś wyszło.
I tak przy moim wędrownym trybie życia posiadanie jednego domu byłoby wyjątkowo niepraktyczne.
- A twoje ubranie? – ciągnęła dalej. – Wygląda na starsze ode mnie. Nie nosisz też żadnych ozdób, prócz tego naszyjnika z rubinami. Stać cię chyba na więcej, prawda?
- Tylko, po co?
Otworzyła usta, ale spojrzenie jego beznamiętnych, a mimo to rozumiejących wszystko oczu, sprawiło, że wszystkie jej argumenty wydały się nagle głupie i bezpodstawne.
- Brzydzę się bogactwem i przepychem. Nienawidzę tych głupców, którzy ubierają się jak wystrojone małpy w cyrku i myślą, że to czyni ich lepszymi od innych. Nie twierdzę, że mają się ubierać w worki od ziemniaków, ale na litość, noszenie wyszywanych diamentami jedwabnych szat, za które można by nakarmić tak wielu biednych, jest prze..
Ciche chrząknięcie przerwało jego podniosłą mowę. Spojrzał na trzęsącą się Vaylę, a ta, widząc, że nie uda jej się tego ukryć, dała upust emocjom i zaśmiała się głośno i wesoło. Mag zmrużył oczy, po czym przeniósł wzrok na jaśniejący księżyc. Nawet gdyby chciał się obrazić, to słysząc jej śmiech, tak niewinny i typowo kobiecy, idealny jak cała reszta, nie potrafiłby.
Za taki śmiech można pokochać, pomyślał mimo woli.
Sukkub śmiał się z dobrą minutę, co chwila klepiąc maga po udzie i nieudolnie próbując się opanować. Wreszcie przestał, dysząc ciężko i chichocząc jeszcze od czasu do czasu.
- Fuff.. wybacz, mi, proszę. To było.. to było silniejsze ode mnie.. hh..
- Cóż cię tak rozbawiło?
- Twoja tyrada.. o biednych ludziach.
- Ja nie widzę w tym nic zabawnego.
- Straszny z ciebie idealista, wiesz? – uśmiechnęła się i szturchnęła go łokciem, przyciągając jego spojrzenie. – Ale nie zburzysz odwiecznego porządku. Zawsze był, jest i będzie podział na biednych i bogatych. Ktoś cierpi, by szczęśliwym mógł być ktoś. Nawet ja to wiem. Nie zmienisz świata, arcymagu.
Przez parę minut patrzyli sobie w oczy, nie mówiąc nic. Vayla przysunęła się nieco bliżej i rozchyliła lekko usta w zapraszającym geście, ale czarodziej westchnął tylko i odwrócił głowę.
- Nie mów tak na mnie. Nie lubię tego tytułu.
- A ten znowu swoje – mruknęła, wywracając oczami i unosząc ręce w poddańczym geście.
Następna chwila ciszy, tym razem przerwana przez sukkuba.
- Zapomniałam spytać przy naszej poprzedniej rozmowie.. Jak to się stało, że zgin..
Mag przyłożył jej palec do ust i pokręcił głową, po czym kiwnięciem wskazał w stronę śpiącej dziewczyny.
- Innym razem – powiedział szeptem, po chwili zaś dodał, nie podnosząc głosu: - Jest jednak inna sprawa, którą chciałbym z tobą omówić.
Spojrzała na niego pytająco.
- Chodzi o naszą towarzyszkę. Nie wiem, co z nią zrobić, gdy.. będzie już po wszystkim.
- To znaczy?
- Chcę ją odesłać w jakieś bezpieczne, dobre miejsce.
- Nie lepiej do domu?
- Skąd wiesz, czy jest żywa? – spytał zaskoczony.
- To chyba dość oczywiste.. – mruknęła, zdziwiona pytaniem maga. – Skoro jest tu w swoim ciele, musiała użyć portalu. W przeciwnym wypadku pojawiłaby się w postaci larwy. Zresztą, czemu taka dziewczyna jak ona miałaby po śmierci trafić do Otchłani?
- Przecież rozmawia z kamykiem.. – burknął, ale ta teoria, wypowiedziana na głos, wydała mu się nagle niesamowicie głupia.
- I? – sukkub uniósł brew. – Chyba nie sądzisz, że trafia się tu za takie rzeczy?
- Mniejsza o to. A jeśli ona też zawarła układ i oddała..
- Przestań, bo jeszcze chwila i stracę wiarę w twoją inteligencję. Co ona miałaby do zaoferowania Otchłani, by ta gotowa była zawierać z nią umowę, zamiast po prostu zabrać jej to siłą?
Mag w milczeniu przetrawiał jej słowa. Wiedział, że ma rację. Tym razem przewidywanie wszystkiego i branie pod uwagę każdej możliwości zrobiło z niego ślepego głupca.
- Poza tym, byłoby to widać. Zmieniałaby się, tak jak ty..
- To widać?
- Dla mnie jak najbardziej, ale dziewczyna chyba jeszcze nie zauważyła. Gorzej będzie, jak wyłysiejesz – powiedziała, ze swego rodzaju smutkiem patrząc na tworzące się na jego głowie zakola. – Miałeś takie ładne włosy..
- W porównaniu z tym, co dzieje się z resztą ciała, włosy są w tej chwili moim najmniejszym zmartwieniem.
- A co się dzieje? – nachyliła się w jego stronę, a w jej oczach błysnęło szczere zaciekawienie. – Pokaż, pokaż.
Na początku nie chciał spełniać jej prośby, ale doszedł do wniosku, że dla niego to i tak bez znaczenia, a skoro ją uszczęśliwi.. Z rezygnacją podwinął rękaw szat, ukazując pokrytą czarną naroślą rękę.
Vayla ułożyła usta w małe „o”. W jej reakcji nie dopatrzył się obrzydzenia czy zawodu, a jedynie ciekawość i swego rodzaju fascynację. Choć nie chciał się do tego przyznać, sprawiło mu to swego rodzaju przyjemność.
- Mogę dotknąć? – spytała nieśmiało, przygryzając dolną wargę.
Zaskoczyło go to pytanie, ale nie bardziej niż jego własna reakcja. Nie widział nic złego w traktowaniu siebie jako ciekawostki biologicznej, wręcz przeciwnie – z przyjemnością poczułby jej delikatną dłoń na własnym ciele. Chciał tego on, czy też może chciała tego sama narośl, zdająca się być oddzielnym bytem, pragnącym bliskości innych, podobnych mu stworzeń.
- Skoro chcesz.
Nieśmiało dotknęła ją palcem i zaraz cofnęła, tylko po to, by po chwili położyć na niej całą dłoń.
- Jest taka twarda.. – szepnęła, zafascynowana. – I zimna, tak bardzo zimna.
Podniosła głowę i ich spojrzenia ponownie się spotkały. I znów to mag przerwał kontakt, choć tym razem przyszło mu to z większym trudem.
- Boli? – spytała, zabierając dłoń.
- Raczej swędzi.
Boli cała reszta.
- Gdyby zaczęło, wiesz, do kogo się zgłosić – powiedziała, puszczając mu oczko i szczerząc zęby.
- Nigdy się nie poddajesz, co? – pokręcił z uśmiechem głową.
- Uczę się od najlepszych.
Po raz ostatni wymienili pełne zrozumienia spojrzenia, resztę nocy spędzając w milczeniu.

***

Gdy następnego ranka niebo zaróżowiło się od wstającego Słońca, drużyna była już w drodze, pokonując w milczeniu kolejny wąski przesmyk. Mgliste powietrze przeszyły pierwsze świetlne promienie, ale w znacznej części gór panował zawsze obecny półmrok.
Czarodziej jak zwykle prowadził, za nim dreptała ze spuszczoną głową dziewczyna, a pochód zamykał sukkub, oglądający się co jakiś czas. Ponure uczucie zbliżającego się końca udzieliło się wszystkim, a mag postanowił, że jeszcze dziś odeśle dziewczynę do domu. W powietrzu wisiało coś, co bardzo, ale to bardzo mu się nie podobało.
Narośle na ciele pulsowały lekko, a w jego głowie nieustannie kołatała się myśl, że już za następnym zakrętem ujrzy wszystko to, czego szukał od tak dawna. Uczucie co najmniej niedorzeczne, ale jednak przekonywujące wystarczająco, by skłonić go do przyśpieszenia kroku i zatracenia się w czymś w rodzaju transu, czy też półsnu.
Towarzyszki próbowały za nim nadążyć, jednak ścieżka była zbyt kręta i ciasna, a on poruszał się zbyt zwinnie i szybko. Vayla zaklęła głośno, poganiając powolną dziewczynę i krzycząc jednocześnie do maga, by ten zwolnił.
Słyszę czyjeś wołanie.. Czy to moi bracia z ciemności? Nie, to nie oni. Zabawne, ale mroku nie ma. Zawsze był, odkąd pamiętam, ale teraz nie ma. Tylko to cudowne światło poranka, wlewające się do pustych kanionów martwych gór i wypełniające pustkę po cieniach przeszłości. Czyżby to wszystko, co działo się do tej pory, było snem? Koszmarem raczej, co nigdy się nie kończył, aż do teraz. Bo choć nie ma już ciemności, ból zniknął. Nie czuję nic, prócz euforii.. i wolności. Cóż to za cudowne uczucie! Zaczynam biec, bo któż by nie biegł w takiej chwili? Kanion otwiera się przede mną, a cudowne Słońce zalewa swym ciepłem i wypala wspomnienia przeklętej szarości. Nareszcie, jestem wolny..
A co, jeśli to iluzja? Jeśli to nie to, co przed, było snem, lecz to, co teraz? Dziwny jest ten blask, zbyt złoty i ciepły ma dotyk. Serce rwie się i krwawi, ale nie mogę tu zostać. To zły świat marzeń i iluzji, choć piękniejszego nigdy nie znajdę.
Nikt nie jest wolny, wiem to, dlatego wychodzę z tego snu, tak jak wychodzi się rankiem z domu, rzucając wyzwanie całemu światu. Trzeba iść, ciągle iść.. Całe życie. Nie mogę się zatrzymać.

Uśmiechnął się gorzko, gdy nienaturalny blask zniknął wchłonięty przez cienie, a promienie Słońca straciły swoje ciepło i stały się równie zimne jak dmący tu wiatr, trzepoczący jego szatami. Potarł twarz dłońmi, ścierając z niej resztki swej krótkiej wizji, omamów, które nawiedzały go coraz częściej i nie pozwalały odróżnić iluzji od rzeczywistości.
Rozejrzał się.
Znów znajdował się na półce skalnej, tym razem jednak znacznie większej. W ścianie naprzeciwko widniała wąska szczelina, kolejne przejście prowadzące w głąb gór. Po prawej był sięgający niebios mur czarnej skały, zaś po lewej rozciągał się widok, który poruszył nawet maga.
Krajobraz przedstawiał otoczone ze wszystkich stron łańcuchami górskimi wewnętrzne doliny i kaniony, zalewane światłem wstającego Słońca. Choć wszystkie były do siebie podobne i miały dość ponury wygląd, nie można było odmówić im jakiegoś tajemniczego piękna, kryjącego się w tych nieregularnych, czarnych głazach. Poranna mgła rozmyła się i powietrze było teraz krystalicznie czyste, odsłaniając górskie szczyty w całej ich ponurej glorii. Czarodzieja przytłoczył ogrom tego miejsca.
Przeszedł parę metrów, po czym zatrzymał się w pół kroku.
Zaraz.. Gdzie są ciche westchnienia zachwyconej widokiem dziewczyny? Gdzie szuranie kopyt sukkuba? Coś tu..
Odwrócił się i utkwił wzrok w biegnącej w jego stronę białej bestii. Nim poznał w niej znajomego demona i otrząsnął się z początkowego zaskoczenia, minęło wiele cennych sekund. Zbyt wiele.
Biała łapa uderzyła w niego z całą swą nieludzką siłą, rzucając nim o ścianę jak kukłą. Mag jęknął głośno i rzygnął ciemną krwią.
- Och, ty kurwo.. – sapnął i zaczął się podnosić, przezwyciężając promieniujący ból.
Demon nie czekał. Rzucił się do przodu z szybkością przeczącą jego pokracznemu wyglądowi i przygwoździł starca do ściany, przerywając mu rozpoczętą inkantację.
Białe szpony objęły chude ciało maga i zacisnęły się mocno, nie tylko ograniczając mu ruchy do minimum, ale nawet utrudniając oddychanie. Silna ręka uniosła go na wysokość demonicznej twarzy, wykrzywiającej się powoli w paskudnym uśmiechu.
Czarodziej ani przez chwilę nie przestawał się szarpać i próbować oswobodzić przynajmniej jednej ręki. Cały czas mierzył też ponurym wzrokiem swego przeciwnika i przeklinał w myślach własną głupotę, zastanawiając się przy tym, czy to aby nie kolejny sen.
- To nie sen, magu – powiedział czart zwycięskim tonem. – To twój kres.
- Już nie chcesz zobaczyć, jak zostaję jednym z was?
- Nie.
- Nie wiesz, co tracisz.
- Skoro tak mówisz – prychnął z rozbawieniem. – Ale wynagrodzę to sobie w inny sposób.
Druga szponiasta dłoń zaczęła się powoli unosić w kierunku twarzy starca.
- No dalej – zachęcała bestia. – Kwicz. Błagaj. Chcę ujrzeć w twych oczach zniszczone marzenie.
Czarodziej milczał przez chwilę z opuszczoną głową, po czym uśmiechnął się lekko.
- Gramy twardego, co? – spytał demon wesoło. Dopiero gdy uśmiech jego przeciwnika rozszerzył się i zmienił z nieśmiałego na kpiący i okrutny, zawahał się.
Czego nie przewidział? I jakież to sztuczki mógł mieć jeszcze w zanadrzu ten staruch?
- Wygrałem.
I nim demon zdążył się choć zastanowić nad tym oświadczeniem, zdarzenia pociągające jedno za drugim porwały go niczym górska lawina.
Wygrałem.
Sekwencer ustawiony jakiś czas temu zadziałał bezbłędnie. Zawarte w nim zaklęcia zostały uwolnione natychmiast po wypowiedzeniu aktywującego słowa i w niczego niespodziewającego się demona uderzyły trzy błyski jaśniejsze od samego Słońca, wypalając w siatkówkach jego wyłupiastych oczu swoją obecność i oślepiając na długo, jeśli nie na zawsze.
Demon ryknął przeciągle i zamachał bezradnie rękoma, zagubiony we wszechobecnej bieli. Wbrew swej woli puścił maga, który upadł ciężko na ziemię i tak szybko, jak tylko mógł, odczołgał się z zasięgu długich ramion oślepionego stwora.
- BĘDZIESZ CIERPIAŁ – obiecał demon, w dzikim szale młócąc powietrze szponami.
Czarodziej podniósł się z ziemi, z nieukrywaną przyjemnością patrząc na bezradne stworzenie rzucające się parę metrów przed nim.
- Co się stało? – spytał, nie mogąc się powstrzymać. – Już nie jesteś taki potężny? Kto teraz kwiczy? KTO?!
Czart wydał z siebie coś będące śmiechem szaleńca zmieszanym z wyciem pokonanego.
- CHODŹ TU, PARSZYWCZE! – zawołał. – JUŻ JESTEŚ MARTWY!
Jedna z jego dłoni trafiła prosto w skalną ścianę. W powietrzu rozległ się suchy trzask, gdy kości nadgarstka pękły w paru miejscach, jednak stwór nie zwolnił ani na chwilę, wciąż szukając znienawidzonego maga. Rozszerzone nienaturalnie nozdrza drgały w ciągłych skurczach, próbując wychwycić woń przeciwnika, ale najwyraźniej furia, w jakiej znajdowała się bestia, skutecznie im to uniemożliwiała.
Czarodziej stał w bezpiecznej odległości i przyglądał się temu przedstawieniu z rozbawieniem, ale i dużą dozą ostrożności. Wiedział, że nie może tego przedłużać w nieskończoność – w końcu demon opamięta się i zacznie używać innych zmysłów, by go wytropić. Albo, co gorsze, w swym szale spadnie ze skalnej półki i pozbawi szansy zabicia go osobiście. A tej przyjemności mag nie zamierzał stracić.
- Pora kończyć – powiedział.
Wyjął z kieszeni szklaną fiolkę, nabrał nieco zamkniętego w niej szarego pyłu i rozpoczął inkantację ostatniego zaklęcia, jakie miał przeznaczone dla tego uciążliwego, białego robaka.
Demon zatrzymał się, słysząc słowa zaklęcia.
- Co to..? – spytał, poruszając nozdrzami.
Serce maga zabiło szybciej.
Nie przejrzał jej. Nie przejrzał księgi.
Skończył zaśpiew, wykonując przy tym skomplikowane gesty. Z jego otwartej dłoni wyleciał czarny pocisk i pomknął w stronę stojącego bezczynnie demona, najwyraźniej rozumiejącego swoją porażkę i.. czyżby? Żałującego swego bezmyślnego, chaotycznego zachowania?
Kula, mająca ponad 60 centymetrów średnicy i wyglądająca bardziej jak wypukła dziura w przestrzeni niż materialny obiekt, uderzyła w sam środek jego chudej klatki piersiowej o krzywo zrośniętych żebrach, z cichym sykiem dezintegrując kawałek ciała. Wokół powstałej dziury pojawił się czarny, szybko poszerzający się ślad obumierających komórek, zaś sama kula odskoczyła, zawirowała dookoła celu i ponowiła atak, tym razem uderzając w plecy.
Demon otrząsnął się z początkowego szoku i ryknął z bólu połączonego z wściekłością. Znów zaczął wymachiwać długimi rękoma. Bronił się najlepiej, jak potrafił, ale gdy wreszcie udało mu się trafić w kulę, ta po prostu przebiła rękę na wylot, prawie ją przy tym urywając.
To koniec, pomyślał i uśmiechnął się okrutnie. Pokonałby mnie.
Czarodziej, myślami kontrolujący morderczy pocisk, również szczerzył zęby w ponurym uśmiechu.
Widząc, że jego przeciwnik jest już na skraju śmierci, zatrzymał kulę. Choć nie minęła nawet połowa całkowitego czasu trwania zaklęcia, postać czarta była podziurawiona jak sito i chyba tylko cudem nie przewaliła się jeszcze na ziemię. Czarny ślad, pozostawiany przez pocisk przy każdym uderzeniu, obejmował już prawie całą powierzchnię jego ciała. Dolna szczęka została całkowicie zdezintegrowana, a w jej miejscu kiwał się teraz bezwładny, obleśny język, ociekający gęstą śliną. Choć oczy demona wciąż utkwione były w magu, nie było w nich już śladu życia.
- Szkoda takiego zaklęcia - mruknął czarodziej, w rozbłysku bladego światła atakując kulą po raz ostatni. Bezwładne cielsko runęło do tyłu, a uderzenie o grunt jedynie przyśpieszyło jego rozpad. Wzdłuż klatki piersiowej pojawiło się szerokie pęknięcie, a ręce i nogi odpadły z suchym trzaskiem.
Czarodziej patrzył beznamiętnie, jak obracające się w pył ścierwo otacza szara mgła niewiadomego pochodzenia, zapewne mająca zabrać demoniczną esencję z powrotem do źródła.
- Żegnaj, biały demonie – rzekł triumfalnie, po czym zmarszczył brwi.
Mętne opary stworzyły wokół martwego ciała szczelny kokon, kurczący się teraz w szybkim tempie. Mag nigdy nie widział demona umierającego w Otchłani, nie mógł jednak pozbyć się wrażenia, że coś tu było nie tak. Coś strasznego wisiało w powietrzu.
Tymczasem mgła, po przywróceniu ciału jego pierwotnego kształtu, uformowała się w szary, obszerny płaszcz na plecach martwego właściciela i znieruchomiała.
Pomarańczowe oczy otworzyły się tak szeroko, jak tylko mogły. Serce zamarło, by po chwili zacząć bić z podwójną siłą. W umyśle rozbrzmiały setki pytań, a najważniejsze i najgłośniejsze z nich znalazło ujście w rozchylonych ustach maga.
- Jak..?
I choć jej delikatne ciało zmieniło się w szary pył w przeciągu paru sekund, widok ten czarodziej miał zapamiętać do końca swoich dni.
Jej urwane kończyny. Ziejąca czernią dziura w brzuchu. Pęknięta klatka piersiowa. Ciemnoszara twarz bez dolnej szczęki. Zakurzone, czarne włosy. I te straszne, ciemnoniebieskie oczy otwarte w bezgranicznym przerażeniu.
Taką miał zapamiętać ją, wiejską dziewczynę, która towarzyszyła mu przez te wszystkie dni.
Zrobił krok, po czym upadł bezsilnie na kolana i zwymiotował. Gdy ponownie spojrzał w jej stronę, zobaczył tylko kupkę pyłu, leżącą na szarym płaszczu i rozdmuchiwaną przez wiejący tu chłodny, górski wiatr.
W powietrzu rozległ się nieludzki śmiech. Czarodziej uniósł głowę, a w jego oczach zapłonęła nienawiść zbyt wielka, by mogła należeć do człowieka. Podniósł się gwałtownie z ziemi, rozglądając się dookoła. Górskie echo zniekształcało dźwięk i nie sposób było określić, z której strony dochodzi nieustający rechot.
- POKAŻ SIĘ! – ryknął, plując przed siebie. Śmiech przybrał jedynie na sile.
Pieprzony skurwiel, pomyślał i zgrzytnął niemiłosiernie zębami.
Na ciemnej ścianie mignął wielki cień. Pół sekundy później coś ciężkiego łupnęło o ziemię za magiem, a białe szpony przecięły powietrze, gdzie stał jeszcze przed chwilą.
Demon, nawet jeśli był zaskoczony szybkością starca, nie dał tego po sobie poznać – z dzikim śmiechem rzucił się do przodu, podążając za cofającym się szybko czarodziejem i co chwila próbując dosięgnąć go swymi pazurami.
Mag bronił się jak mógł, blokując uderzenia wyjętą błyskawicznie czarną laską, tą samą, którą wykorzystał w walce z dretchami. W żaden sposób nie mógł jednak przejść do kontrataku, a skalna ściana za nim zbliżała się nieubłaganie. Jeśli zostanie do niej przyparty..
Kurwa, kurwa, KURWA!
Zablokował kolejny cios i z przerażeniem spojrzał na zaciskające się na kiju szpony.
Demon szarpnął z całej siły, wyrywając mu broń i wyrzucając wysoko w powietrze.
Zaklął paskudnie, widząc, jak jego drogocenna laska znika za krawędzią półki, czart jednak nie dał mu zbyt wiele czasu na rozpaczanie.
Jest tak szybki. Zbyt szybki.
A mimo to uchylam się przed jego ciosami, choć powinienem już być martwy. Prawie jak w tym śnie.. Ale tym razem to rzeczywistość.
Dziewczyno..
NIE DARUJĘ.

Wykonał unik w prawo i udał, że traci równowagę. Demon zachrypiał i przymierzył się do zadania morderczego pchnięcia. Czarodziej obrócił się gwałtownie, ściągając przy tym swe obszerne szaty i zaplątując w ich fałdach nadlatujące szpony. Stwór mógł go teraz bez trudu dosięgnąć drugą łapą, jednak tak jak to przewidział starzec, był on zbyt zszokowany tym niemożliwie szybkim manewrem. On zresztą też nie mógł uwierzyć, że mu się udało.
Odbiegł szybko, wykorzystując zyskane sekundy najlepiej, jak potrafił. Obrócił się akurat, by zobaczyć swe ulubione szaty rozszarpywane w dzikiej furii.
- Magu! – zawołał czart, ruszający już w jego stronę.
Zrozumiał, że nie zdąży dokończyć inkantacji. Odskoczył do tyłu, ale ostre pazury rozdarły mu koszulę i zazgrzytały na czarnym torsie. Demon znów zwolnił, wpatrując się lśniącymi z podniecenia oczami w pulsującą narośl.
- CUDOWNIE! Czyż nie? – spytał, wykonując ostatnie proste pchnięcie, mające przebić głowę czarodzieja na wylot.
W tej samej chwili mag skończył zaklęcie, a powietrze dookoła nich zgęstniało od magii. Niewidoczna siła zatrzymała demoniczną dłoń kilkanaście centymetrów od jego twarzy. Czart napiął wszystkie mięśnie, ale coś przytrzymało go w miejscu.
- Och?
Czarodziej dał upust buzującej w jego wnętrzu nienawiści i kumulując całą energię zaklęcia w jednym ataku, dosłownie zmiótł demona, ciskając nim o ścianę kanionu. W chmurze kurzu, wzbitej przez moc czaru, dostrzegł zarysy podnoszącej się powoli demonicznej sylwetki.
- Chodź – wycedził przez zęby. Otarł rękawem poszarpane koszuli spoconą twarz i rozpoczął kolejną inkantację.
Wymawiając melodyjne słowa nakreślił w powietrzu skomplikowany symbol, żarzący się zielonkawym światłem. Podmuch wiatru rozproszył unoszący się pył, ukazując biegnącą w jego stronę bestię.
- MAGU!
Uśmiechnął się, kończąc czar. Symbol rozpłynął się, a jego idealna kopia, powiększona kilkudziesięciokrotnie, rozbłysła na szarej ziemi. Demon ryknął, rozpoznając zaklęcie. Choć opierał się z całych sił, magia zaklęcia otoczyła go i unieruchomiła prawie natychmiast, ograniczając ruchy do minimum.
Czarodziej, stojący na granicy obszaru objętego działaniem czaru, zaśmiał się dziko.
- Teraz cię mam, padalcu.
- Brawo – odparł tamten i uśmiechnął się powoli, walcząc z wszechobecną energią, blokującą każdy jego ruch. Choć nie poruszał ustami, jego słowa były dla maga doskonale słyszalne.
- Cieszę się, że masz dobry humor. Dobrze jest ginąć z uśmiechem na ustach, ale ja..
- Szkoda, że twoja przyjaciółka nie mogła tego powiedzieć.
Zapanowała kompletna cisza, przerywana jedynie przez wyjący wiatr, ciche buczenie aktywnej runy i.. zgrzytanie zębów. Demon z rozkoszą przypatrywał się trzęsącemu się magowi, a jego okrutny uśmiech poszerzył się, widząc wyciekającą z jego zaciśniętych pięści krew. Wchłaniał jego negatywne emocje i niecierpliwie odliczał sekundy do końca więżącego zaklęcia.
Nagła fala nienawiści, jaka wylała się z czarodzieja, postawiła go na krawędzi czegoś w rodzaju emocjonalnego orgazmu.
Ten gniew.. Widziałem już to, tak. W dżungli, podczas walki z dretchami. Ta niewyobrażalna wręcz nienawiść.. Tak, nie pomyliłem się. Dostrzegłem w nim to już przy pierwszym spotkaniu, przy pierwszym spojrzeniu w jego gnijące wnętrze. Tą nienawiść, jaką skrywa.. Wobec wszystkiego, co żyje, całej istoty Wieloświata. Na tym poziomie, powody są już nieistotne. O, tak.. Jak to dobrze, że w nim to wyzwoliłem.
Czarodziej uniósł powoli głowę, a jego usta wykrzywiły się w nieludzkim grymasie. Pomarańczowe oczy przybrały rubinową barwę krwi wszystkich tych, którzy byli na tyle głupi, by stanąć na drodze ku marzeniu.
A może jednak nie tak dobrze.
Sięgnął dłonią do torby przechowywania i wyciągnął z niej mały, żelazny pierścień, ozdobiony czerwonym kamieniem. Założył go powoli na palec, nie spuszczając wzroku z unieruchomionego demona. Chciał wyśmiać to głupie stworzenie, naprawdę wierzące, że może mu w jakikolwiek sposób przeszkodzić. Tak bardzo chciał mu powiedzieć, że jest jedynie małą nierównością na drodze, po której kroczy. Mimo to milczał, rozkoszując się złowrogą ciszą.
Z torby wyjął jeszcze dwa niezbędne komponenty i rozpoczął inkantację. Pierścień natychmiast zaczął się żarzyć i w powietrzu dało się czuć swąd palonej skóry, ale mag, nawet jeśli coś czuł, nie pokazał tego po sobie.
Powietrze przed nim zafalowało od narastającego gorąca. Pulsująca magia, wzmacniana przez pierścień, dała życie pojedynczej iskierce i utrzymała powstały w ten sposób płomień, karmiąc go i formując w kształt rozrastającej się kuli buzującego ognia.
Gdy wydawało się, że będzie rosnąć w nieskończoność i w końcu pochłonie starca, ten skończył. Samą myślą posłał płonący glob w stronę unieruchomionej bestii i zatrzymał go tuż przed nią.
Demon parsknął, choć wielkość kuli zrobiła na nim wrażenie.
- Głupcze! Nie zabijesz mnie tym.
- Dam ci szansę – powiedział chłodnym głosem, zupełnie niepasującym do płonących oczu. – Ustawiłem czas na maksimum. Między odzyskaniem swobody ruchów a eksplozją będziesz miał dwie sekundy.
- Czy dobrze zrozumiałem? TY dajesz szansę MI? – spytał wściekle.
- Chcę zobaczyć – odparł tym samym beznamiętnym tonem. – Czy zdążysz.
Czart ryknął śmiechem, nie ruszając nawet szczęką.
- Zginiesz, Rubinowy Czarodzieju. Będziesz cierpiał męki, jakich sobie nawet..
- Pięć.
- Co? – demon nie zrozumiał.
- Cztery.
Wytrzeszczył przekrwione oczy.
- Trzy. Dwa.
Z kuli dobiegły głośne trzaski, a płomienie powiększyły się nieco. Bestia napięła wszystkie mięśnie, szykując się do skoku.
Zdążę i zabiję cię, głupi człowieku. Wiesz o tym. To twój koniec.
- Jeden.
Demon spiął się do skoku. Na pół sekundy przed wygaśnięciem zaklęcia, z ziemi pod nim wynurzyły się czarne niczym noc szpony, chwytające go w żelaznym uścisku za nogi. Spojrzał z niedowierzaniem na błyszczące w ciemności kły, wyszczerzone w okrutnych uśmiechach.
To niemożliwe.
Kula wybuchła w rozbłysku jasnego światła, a huk eksplozji rozszedł się gromkim echem po górskich kanionach i dolinach. Cała półka skalna zniknęła w chmurze ognia i tylko niewielki obszar wokół postaci maga pozostał nietknięty.
Demon zaryczał ze wściekłości i bólu. Jego wielkie gałki oczne, widzące więcej niż zwykły śmiertelnik mógłby sobie wyobrazić, wyparowały prawie natychmiast. Skóra złuszczyła się i zaczęła odpadać wielkimi płatami, które dosłownie rozpływały się w niewiarygodnej temperaturze, rosnącej z każdą sekundą.
Pomarańczowe oczy maga rozszerzyły się, a wszystkie płomienie cofnęły się do epicentrum wybuchu, tworząc w nim istne piekło. Demon zacharczał niezrozumiale, czując, że spala się do ostatniej komórki.
Ta moc.. On..
Chciał ryknąć po raz ostatni, rzucić jakieś przekleństwo, wysłać mentalny przekaz, ale nie miał już sił. Choć walczył do ostatniej chwili, płomienie spopieliły go w przeciągu paru sekund.
Sam ogień wypalił się zaraz po tym.
Jedyną pozostałością po białym demonie była jego niezniszczalna esencja, przypominająca obłok szarej mgły, powoli wsiąkający w głąb ziemi i wracający do źródła, gdzie miał połączyć się z rdzeniem samej Otchłani i pewnego dnia narodzić na nowo.
- Co się stało? Gdzie jest twoja moc teraz? GDZIE?! – krzyknął czarodziej, śmiejąc się przy tym jak obłąkany.
A mimo to, pomyślał, gwałtownie tracąc dobry humor, nie czuję ulgi.
Podszedł do miejsca, gdzie szara skała wchłonęła demoniczną esencję.
- Mógłbym cię zabić jeszcze tysiąc razy, a i tak nie czułbym ulgi.. – powiedział, spuszczając głowę. – Bo tak naprawdę.. przegrałem.
Przeniósł wzrok na szarą pelerynę, leżącą pod ścianą.
Przegrałem, bo moim celem nie było zabicie ciebie.. Ale ochronienie jej.
Przyklęknął i podniósł nienaruszony w żaden sposób płaszcz. W jego wnętrze musiała być wpleciona naprawdę potężna magia, skoro przetrwał wcześniejszą eksplozję. Nawet po jego szatach, mających właściwości ognioodporne, nie został najmniejszy ślad, choć w tym niewątpliwie pomogło też rozerwanie ich przez demona. Pod jego dotykiem zdawał się lekko ruszać, ale gdy skupiał na nim wzrok, złudzenie pryskało.
- Mogłem cię odesłać..
Skrył twarz w kościstych dłoniach. Choć przepełniał go bezgraniczny żal, nie potrafił uronić ani jednej łzy. Jego pomarańczowe oczy pozostały suche.
Przez chwilę klęczał w bezruchu, po czym drgnął nieznacznie. Nie mogący znaleźć ujścia smutek szybko przekształcił się w nienawiść, a ta po chwili ustąpiła miejscu obezwładniającemu zmęczeniu i rezygnacji.
Wstał, chwiejąc się lekko. Rozejrzał się dookoła.
Jak pusto.. Co mam robić teraz? Dokąd iść..? Nie ma już dróg, którymi mógłbym podążyć.
Zabawne. Ta dziewczyna nic nie znaczyła ani dla mnie, ani dla mego marzenia. Była jedynie okruchem, pyłkiem, małym.. kamykiem, nie różniącym się niczym od milionów innych, którymi usłana jest cała ma droga. A mimo to bez niej wszystko straciło sens, nie ma już nic.. Najchętniej położyłbym się tutaj i spokojnie zasnął, czekając na kres. Otulony w ciemności..
Ciemności..

Wykonał nieznaczny ruch, jakby rzeczywiście zamierzał lec tutaj, ale znieruchomiał, a w jego mętnych oczach pojawił się błysk zrozumienia.
Nie. Znam to uczucie, och jak ja bardzo dobrze je znam. To pustka po stracie, żal, poczucie winy i bezradności wobec przeznaczenia.. I ten cichy głos, ciągle obwiniający, że mogło być inaczej, gdyby tylko nie moje własne błędy.
Zaśmiał się pod nosem, a otaczające go mroczne cienie zawtórowały mu. Rozejrzał się, ale ich obecność nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Tak jakby towarzyszyły mu od zawsze i nie były dla niego niczym nowym.
Tak, właśnie tak. Znam to pogrążające uczucie, bo dopadało mnie zawsze, gdy traciłem towarzysza, kogoś mi bliskiego. Zawsze było takie samo, choć za każdym razem powtarzałem, że to już ostatni raz, że do nikogo więcej się nie przywiążę i nikogo więcej nie narażę. To jedna z tych rzeczy, do których człowiek się nigdy nie przyzwyczai..
Mogłem ją odesłać.
Żałosne..
Mogłem.

Cienie otuliły go ciaśniej, niosąc pocieszenie i ulgę.
Jakoś mi.. lżej. Tak.. dziwnie..
- Dokładnie, czarodzieju.
Odwrócił się i spojrzał na swego demonicznego sobowtóra, siedzącego na granicznym głazie. Czarne pasma sięgały już jego szyi, a z czaszki, ozdobionej resztkami białych włosów, wystawały dwa ciemne różki. Na samym środku czoła widniała pozioma, czerwona kreska, a pod skórą wokół niej coś bezustannie się wierciło. Niewyczuwalny wiatr poruszał jego poszarpanymi szatami.
- To ciemność niesie tę ulgę, którą teraz czujesz.
- Ciemność.. – powtórzył bezwiednie mag, nawet nie zdziwiony nagłym pojawieniem się odbicia. Czy była to wciąż jawa, czy już sen.. Nie miało to dla niego żadnego znaczenia.
- Tak. Do niej teraz należysz i tylko ona zapewni ci spokój i ukoi twój niewypowiedziany ból.
Dziewczyna..
- Nie myśl o niej. Jej los został przypieczętowany, gdy tylko dołączyła do twej wędrówki. Tak musiało być.
- O czym mówisz? Ja.. Ja mogłem ją uratować. Gdybym tylko odesłał ją wcześniej..
- Ale nie odesłałeś. Dlatego musiała zginąć.
Spojrzał na niego, nie rozumiejąc.
- To twoja wędrówka, magu. I twoje marzenie. Bardzo zachłanne, swoją drogą. Większość z tych, którzy za tobą podążą, zostanie w końcu przez nie pochłonięta.
- Nie, to..
- Wszyscy kiedyś odejdą. Albo umrą u twego boku. I lepiej przyzwyczaj się do tego, bo przed tobą cała wieczność, wypełniona śmiercią i bólem.
- Co za bzdury. Twierdzisz, że niosę ze sobą śmierć? I że marzenie zabija wszystkich, którzy pomagają mi w jego spełnieniu?
- W żadnym razie! Nie jesteś tutaj wyjątkiem, tak się działo wszędzie i zawsze. Ale zostawmy te filozoficzne rozprawy na później. Zbliża się czas, magu. Dni twego istnienia jako istoty ludzkiej dobiegają końca. Nie czujesz tego, ale większość twej duszy już się rozpadła i została wchłonięta przez Otchłań. Jesteś już częścią tego świata.
Czarodziej uśmiechnął się lekko. Nie mógł w to uwierzyć, ale te słowa, brzmiące jak wyrok, przyniosły mu jeszcze większą ulgę niż otaczająca go ciemność. Strach i niepewność, towarzyszące mu przez całą podróż, zniknęły.
Chcę tego, pomyślał, zafascynowany. Ja naprawdę tego chcę. Teraz, gdy nie ma już niczego..
Chcę.

- Co mam robić? – spytał.
- Znajdź odpowiednią jaskinię i zabezpiecz ją, bo w trakcie przemiany będziesz praktycznie bezbronny. Potem zaszyj się w jej wnętrzu.
Przemiany..
- I? Co dalej?
- Czekaj. Otchłań przyjmie cię na swe łono, ale przejście na nasz poziom egzystencji będzie wymagało dużych poświęceń.
- Poświęceń..?
- Ból jednak minie, a raczej twe ciało do niego przywyknie. Tak samo, jak umysł do szaleństwa. A gdy nadejdzie ostatnia minuta, spotkamy się ponownie.
Kiwnął głową. Uśmiechał się szeroko, choć zapowiedź bólu i cierpienia na pewno nie była powodem do radości.
Wszystkie cienie odwróciły się gwałtownie, a do jego czułych uszu doleciało ciche westchnienie. Obrócił się i otworzył szerzej oczy, widząc zakrwawionego sukkuba, opierającego się o ścianę kanionu.
- Widzę, że nie narzekasz na brak towarzystwa – powiedziała, siląc się na dowcip.
Czarodziej spojrzał za siebie, ale po jego sobowtórze nie było śladu, tak jak i po granicznym głazie. Otaczające go cienie cofnęły się i zniknęły gdzieś w skalnych szczelinach, a wraz z odejściem ciemności powróciły przygnębiające myśli i wspomnienia martwej dziewczyny, zabitej morderczym zaklęciem maga.
Mogłem ją odesłać.
Nie.

Podszedł do Vayli i skrzywił się, widząc jej obrażenia. Na głowie miała paskudne, obficie krwawiące rozcięcie. Jedno ze skrzydeł było naderwane, a lewą rękę trzymała na rozcięciu na brzuchu i wyglądało na to, że przytrzymuje wnętrzności przed wypłynięciem.
Choć jego wnętrzem targały sprzeczne emocje, poczuł nagłą sympatię do tego stworzenia. Z tymi obrażeniami i nieco mętnym, proszącym wzrokiem wyglądała bardziej jak człowiek, niż jak demon.
Odgarnął z jej czoła sklejone krwią włosy.
- Jak ty to robisz, że nawet w takim stanie jesteś tak piękna?
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, a kąciki jej ust uniosły się lekko. Chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła znaleźć odpowiednio sarkastycznego komentarza.
- Zaraz się tobą zajmiemy, towarzyszko podróży.. – mruknął, grzebiąc w swej torbie.
Gdy minęło jej początkowe zdziwienie nietypowym zachowaniem maga, rozejrzała się dookoła. Szukała śladów walki i pozostałości po ofiarach, ale oprócz osmalonych (i gdzieniegdzie stopiony
Ostatnio zmieniony wt mar 18, 2008 9:11 pm przez DraMeo, łącznie zmieniany 1 raz.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

ndz sty 20, 2008 6:13 pm

Spodziewałem się tego. Dalsza część:



Gdy minęło jej początkowe zdziwienie nietypowym zachowaniem maga, rozejrzała się dookoła. Szukała śladów walki i pozostałości po ofiarach, ale oprócz osmalonych (i gdzieniegdzie stopionych) skał, nie dostrzegła niczego. Skupiła więc wzrok z powrotem na czarodzieju, jego poszarpanej koszuli, odsłoniętym, czarnym torsie i dziwnej kresce, jakby pęknięciu, jakie widniało na jego czole.

***

Ostatnia z run strażniczych na skale przy wejściu do jaskini rozbłysła wewnętrzną mocą, by po chwili przygasnąć i w uśpieniu czekać na aktywujące ją zdarzenie.
Mag otarł pot z czoła i odetchnął. Nagła fala bólu zgięła go w pół.
- Wszystko w porządku? – spytała Vayla, siedząca niedaleko. Jej brzuch obwiązany był białymi bandażami, podobnie jak skrzydło i część głowy, ale dzięki naturalnej wytrzymałości demonów i miksturom leczącym maga obrażenia nie stanowiły już zagrożenia dla jej życia.
- Tak.
Czuł, że zbliża się ten moment. W jego wnętrzu trwała istna rewolucja – każdy organ palił go żywym ogniem, przemieszczał się i drgał nieustannie w niekończącym się brzęczeniu esencji Otchłani, która była teraz bliżej niż kiedykolwiek, szykując się do przywitania swego nowego dziecka.
Było to zdecydowanie jedno z najgorszych uczuć, jakie kiedykolwiek czuł, ale siłą woli powstrzymywał je, a przynajmniej ograniczał do minimum. Nie może zawieść, nie teraz.
Już tak blisko..
Spojrzał na leżący przy ścianie szary płaszcz, a wspomnienie dziewczyny dodało mu nowych sił.
Wytrzymam dla ciebie. Tobie dedykuję to cierpienie, boś uosobieniem wszystkich tych, których zabiłem, by być dzisiaj w tym miejscu, pod tym szarym niebem, wśród tych czarnych ścian kanionów.
Raz jeszcze sprawdził wszystkie glify.
- Będę mogła tam wejść? – spytała Vayla, podchodząc.
- Po co?
- Dotrzymać ci towarzystwa – odparła z uśmiechem.
- To chyba niezbyt dobry pomysł. To, co będzie się tam ze mną działo, może nie być przyjemne do oglądania.
- Chyba zapominasz, kim jestem – mruknęła żartobliwie, choć od jego obojętnego spojrzenia dostała gęsiej skórki. Zdawał się w ogóle nie bać tego, co miało nastąpić.
- Będziesz mogła. O ile będziesz mieć to – powiedział i podał jej mały, żółty kryształ, lśniący niczym złoto w popołudniowych promieniach Słońca.
Dawanie jej klucza wiązało się ze sporym ryzykiem, mogła go przecież stracić i umożliwić wejście do jaskini innym demonom, ale nie przejmował się tą opcją. Nic już go nie zatrzyma.
A poza tym.., pomyślał, spoglądając na nią, w razie ataku będzie mogła się ukryć za glifami, w jaskini. Nie chcę jej stracić. Nie znowu. I pieprzyć to gadanie o przeznaczeniu i zachłannym marzeniu.
- Naprawdę chcesz tu zostać? – spytał, choć znał odpowiedź.
- Ano.
- Czemu?
- I tak nie mam nic lepszego do roboty – wzruszyła ramionami. – Ale nie ociągaj się za długo z tą przemianą, bo jeszcze się rozmyślę.
Uśmiechnął się, choć do jego wnętrza wkradł się smutek.
Znów to samo. Przyzwyczajam się tak łatwo.. Gdy jestem sam, samotność nie jest niczym złym, ale gdy tylko ktoś dołącza do mnie i daje coś za nic.. Nie potrafię..
W dodatku, to demon. A ja się do niej naprawdę przywiązałem.. Jak do każdego innego towarzysza w podróży.
I cholernie mi z tym dobrze.

Wykrzywił twarz w grymasie bólu.
- Powinieneś się położyć.
Kiwnął głową i wszedł do wnętrza jaskini, siadając w najciemniejszym kącie, gdzie nie dochodziły promienie zachodzącego Słońca. Vayla ścisnęła mocniej żółty kryształ i ruszyła jego śladem. Glify rozpoznały strażniczy kamień i pozostały w uśpieniu, wpuszczając ją bez przeszkód do środka.
Usiadła w świetle, ciesząc się szczątkowym ciepłem i ze smutkiem spoglądając na pogrążonego w mroku czarodzieja.
Chciała go spytać o wiele rzeczy, jednak nie miała odwagi. Zresztą, wszystko zdawało się jasne – demon zabił dziewczynę, a potem przegrał w pojedynku z magiem.
Zacisnęła pięści, przeklinając w myślach swoją słabość. Nie mogła uwierzyć, jak łatwo dała się zaskoczyć i jak szybko została pokonana. Nie było tajemnicą, że już byłaby martwa, gdyby nie jej doskonałe ciało, którym biały demon planował się później zabawiać.
Tak słaba.. Nie daruję sobie tego.
Nie, żeby żałowała tamtej wieśniaczki. Po prostu urażona została jej demoniczna duma, wspólna wszystkim czartom, co było znacznie gorsze niż strata towarzysza, w dodatku tak nieprzydatnego. Na pewno nie wypadła też za dobrze w oczach maga, nie zapewniając mu żadnej pomocy. Miała tylko nadzieję, że nie był na nią zły, choć gdyby był, to raczej nie obdarzyłby jej wtedy tym komplementem, bądź co bądź, bardzo miłym.
Minęło może pół godziny, gdy w końcu postanowiła przerwać panującą ciszę.
- Lepiej ci?
- O wiele – odparł.
W ciemności.. zawsze jest lepiej.
- Mamy teraz trochę czasu, może więc opowiesz mi, jak zginąłeś? O ile masz ochotę..
Mag milczał przez dłuższą chwilę i gdy już myślała, że nici z rozmowy, odezwał się cicho.
- Przeznaczenie.
- Hm?
- Zginąłem, bo takie było moje przeznaczenie. Nie mogłem tego zmienić.
- Co się stało?
- Powiesili mnie za przyzwanie demona.
- Co? – zaśmiała się.
- W mieście, do którego cię przywołałem, zakazane były tego typu praktyki. To przez wyjątkowo ograniczonego arcykapłana, który nim rządził. Nie przepadał za magią wtajemniczeń w ogóle, o mrocznych obrzędach nie wspominając.
- Tylko magia objawień jest dobra, ech?
Zamrugała oczami, jakby dopiero teraz dotarło do niej pierwsze zdanie.
- Dokładnie – zaśmiał się cicho.
- Zaraz.. Twierdzisz, że złapali cię i zabili za to, że przywołałeś.. mnie?
- Tak.
- Przecież.. przecież to bezsensu!
- Dla mnie to całkiem sensowne. Dzięki zaklęciu jasnowidzenia poznałem datę własnej śmierci, musiałem się więc odpowiednio zabezpieczyć. Czasu było niewiele, a powód zgonu pozostał mi nieznany. Oddanie duszy w zamian za nieśmiertelność wydawało się najlepszym wyjściem, bo nawet gdyby nie udało mi się uniknąć śmierci, ma podróż nie dobiegłaby końca.
- Zawsze mogłeś zostać liczem. Zdajesz sobie chyba sprawę, że nie wszyscy oddający się Otchłani kończą jak ty, prawda? Mogłeś równie dobrze być wessany do jej istoty i rozpłynąć się w wiecznym Chaosie – zauważyła.
- Ryzyko zawsze istnieje. Przemiana w licza jest zaś procesem czasochłonnym i.. wolę pozostać wśród żywych, jeśli wiesz, co mam na myśli.
- A inne metody przedłużania życia..? Przecież..
- Nie było czasu – powtórzył. – A ja byłem na tyle głupi, że nigdy wcześniej nie przewidziałem takiej sytuacji i nie zabezpieczyłem się w żaden sposób. Śmierć wydawała się dla mnie czymś niemożliwe odległym, co nie nastąpi nigdy.
W rzeczywistości prawda była inna, ale mag uznał, że nie musi jej tego mówić, zwłaszcza, że sam nie był z tego dumny. Tak naprawdę bowiem zostanie czartem rozważał na długo przed rzuceniem zaklęcia jasnowidzenia – decyzji o oddaniu własnej duszy nie podejmuje się od tak, w przeciągu paru tygodni.
Gdy tylko stało się dla niego jasne, że nie starczy mu życia, by spełnić swe marzenie, zaczął szukać sposobów na ominięcie śmierci. Tak jak zauważył sukkub, było wiele metod, wszystkie jednak przedłużały życie tylko na pewien określony czas, on zaś chciał więcej.
Nieśmiertelność, marzenie wielu, jeśli nie wszystkich. Wieczność wydawała się najlepsza dla czasochłonnego marzenia, dlatego swe badania ograniczył tylko do niej. Zostanie liczem albo demonem były najprostszymi i najbardziej powszechnymi metodami, choć on wolał znaleźć coś innego, mniej ingerującego w jego wnętrze.. i duszę. Szukał specjalnych rytuałów, potężnych artefaktów i istot mogących mu zagwarantować nieśmiertelność, czasu jednak było coraz mniej i gdy nadeszła ostatnia godzina, wybrał najlepszą, jego zdaniem, opcję. Choć nie ukrywał, że daleko jej było do ideału.
- Wciąż nie widzę sensu w twych działaniach – powiedziała Vayla. – Rozumiem, że zaklęcie wieszczenia jasno wskazywało, że umrzesz, ale czy.. czy..
W jej umyśle pojawiło się zrozumienie, rozjaśniając wątpliwości i jednocześnie rodząc nowe.
- Czy dobrze myślę? Zaklęcie jasnowidzenia ukazało ci własną śmierć, byś mógł zrobić to, co cię do niej doprowadzi?
Kiwnął głową z uśmiechem.
- Więc gdybyś go nie rzucił..
- Zapewne dalej bym żył.
Prostota tego wszystkiego i jednocześnie skomplikowanie wykraczające poza granice pojmowania, w połączeniu z jego spokojnym głosem sprawiły, że zakręciło jej się w głowie.
- Nie mogłeś chociaż rzucić zaklęcia poza miastem? Albo teleportować się gdzie indziej, na litość! Może wtedy..
- Och, pewnie, tak byłoby najlepiej. Ale nie sądziłem, by istniała taka potrzeba, bo miałem zniknąć zaraz po rytuale. Arcykapłan zadziałał szybciej, niż myślałem. Oczywiście przygotowałem się i na tę możliwość, ale przeznaczenie za nic miało me starania.
- Może po prostu miałeś pecha?
- To przeznaczenie – stwierdził z uporem. – Wszystko było zaplanowane z góry.
- Jak wolisz. A czemu Otchłań? Nie, żebym podważała słuszność twej decyzji, ale..
- Sam nie wiem. Wszystkie czarty uważałem za zło ostateczne, ale jakoś bliżej mi do demonów.. Nie potrafię tego wyjaśnić – urwał na chwilę, przypominając sobie przemowę swego sobowtóra na temat Chaosu.
Czyżbym ja rzeczywiście..?
- Nie muszę dodawać, że w normalnych okolicznościach zostanie jednym z was byłoby absurdalne i wykluczone.
- Niedługo zmienisz zdanie – mruknęła.
- Myślisz, że aż tak się zmienię?
- Po części na pewno. W końcu masz zostać demonem.
- To prawda – uśmiechnął się pod nosem. – Ale nie masz racji. W dzikie potwory zmieniają się tylko ci, którzy zawsze nimi byli i którzy tego chcą.
- Twierdzisz więc, że oprzesz się Chaosowi samej Otchłani i pozostaniesz sobą? – spytała z niedowierzaniem.
- Owszem. Mam coś ciekawszego do zrobienia niż bieganie w kółko i sianie Chaosu.
Chciała wyśmiać jego i te absurdalne rzeczy, które wygadywał, ale coś w jego głosie i oczach, dobrze widocznych nawet w ciemności, powstrzymało ją przed tym.
Ta pewność.. On w to naprawdę wierzy! Och, słodka ironio..
Westchnęła cicho, nie mówiąc już nic.
Mag też nie zamierzał, zwłaszcza, że ból w jego trzewiach zaczął gwałtownie rosnąć, jak gdyby Otchłań słuchała ich rozmowy i postanowiła pokazać magowi, ile warte są jego deklaracje.
Zaczęło się.

***

Vayla westchnęła cicho, gdy powietrze wypełniło się kolejnym krzykiem bólu, dochodzącym z wnętrza jaskini. Mag męczył się już drugi dzień, a sytuacja pogarszała się z każdą godziną. Sądząc po jego jękach i krzykach, cierpienia, których doświadczał, musiały być niewyobrażalne. Ale gdy zaoferowała mu swoją pomoc, wygnał ją z jaskini.
Udaje twardego, czy po prostu postradał zmysły..?
Zamyśliła się, obracając w dłoni niewielki kamyk, jedyną pozostałość po wiejskiej dziewczynie i dowód jej istnienia. Właściwie to nie wiedziała, po co go zatrzymała.
Gdy kolejny wrzask, poprzedzony mokrym chrupnięciem rozdarł powietrze, zaklęła pod nosem i wstała.
Pewnym krokiem wmaszerowała do środka jaskini, ale zatrzymała się zaraz przy wejściu, zaskoczona panująca wokół ciemnością. Gdzieś z jej środka dobiegł cichy jęk.
Zrobiła parę kroków, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze robi. Tam, gdzie docierało światło dnia, widziała czarną narośl, oplatającą swą siecią ściany jaskini.
Nagle w mroku przed nią mignęło coś niebieskiego, a chwilę potem otworzyło się pomarańczowe oko, zdające się świecić wewnętrznym światłem.
- Um.. Przyszłam..
- Wyjdź.
Słysząc ten ochrypły, już zupełnie obcy głos, zrobiło jej się dziwnie smutno. Mimo to odzyskała pewność siebie i stanęła twardo na ziemi.
- Nie.
- PRECZ!
- Nie wyjdę.
Na chwilę zapanowała kompletna cisza.
- Nie rozumiesz, że cię tu nie chcę? – spytał po chwili, już nieco bardziej ludzkim głosem. – Nie chcę.. żebyś mnie oglądała.
Pokręciła głową z politowaniem i uśmiechnęła się bezradnie.
- Ech, magu.. Myślisz, że twój widok byłby dla mnie obrzydliwy? Jestem demonem, pamiętasz? Doświadczałam rzeczy, od których zwykły człowiek postradałby zmysły. Więc przestań pieprzyć.
- Czego chcesz?
- Pomóc.
Zaśmiał się, choć wydany przez niego dźwięk przypominał bardziej rzężenie jakiejś nieludzkiej istoty.
- A ty wciąż o jednym. To dziwne, ale jakoś teraz nie mam ochoty na uprawianie seksu.
- Wciąż nie rozumiesz, prawda? Tu nie chodzi o seks, magu, tylko o ulgę w twym cierpieniu. Myślisz, że dlaczego tak wielu ludzi gotowych jest stracić duszę, by tylko zrobić to z nami? Dla samej przyjemności? Nie, nikt nie jest taki głupi. Tu chodzi i zawsze chodziło o ulgę, chwilę oddechu w codzienności. Uprawiając z nami seks mogą zapomnieć o całym świecie, o szarej rzeczywistości pełnej cierpienia i smutku. Przez tę krótką chwilę są wolni od wszelkich trosk, a jedynym, co ich wypełnia, jest bezgraniczna rozkosz.
- Tego bólu nic nie ukoi – powiedział, zamykając na chwilę oko.
- Ale go przytłumi. Przestań zgrywać męczennika. Nikt ci nie każe cierpieć. To nie jest częścią twej przemiany, a jedynie jej efektem ubocznym.
- Nie mogę, po prostu nie mogę.
- Nie myśl o tym jako o poddaniu się. Raczej jak o pójściu na skróty.
- Nie..
- Dość się już namęczyłeś, a ból będzie przecież rósł jeszcze bardziej, bo to dopiero początek. Zasługujesz na chwilę wytchnienia.
- To.. ja..
- Magu.
Powoli ściągnęła kurtkę i rozpięła biustonosz, odsłaniając swe wdzięki. Choć próbował, nie mógł oderwać od niej wzroku.
Spojrzała na niego nieśmiało, a rumieniec, oblewający jej policzki, zagotował w nim krew.
Nie mogę.. po tym wszystkim.. Mam po prostu ulec?
Czy ona zawsze była taka piękna?
Ból będzie rósł.. A ja jestem już na krawędzi..
W sumie.. to..

W powietrzu dało się słyszeć trzaski i chrupnięcia, a chwilę później z mroku wysunęła się czarna ręka, w całości pokryta naroślami identycznymi do tych ze ścian jaskini, zwisającymi z niej niczym bluszcz. Szponiasta dłoń otworzyła się w zapraszającym geście.
- Więc chodź.

***

Nigdy tego nie zapomnę.
To było zbyt idealne, jak senne marzenie.. Najdoskonalsza fantazja erotyczna, niemożliwa do opisania. Nie sądziłem, że to powiem, ale miała rację. Ból zniknął, całkowicie. A może po prostu zacząłem z niego czerpać perwersyjną przyjemność?
Nie było już cierpienia, żalu, tęsknoty.. Tylko ostateczna rozkosz. Gdy wiła się w mych objęciach, gdy byłem w niej, gdy byliśmy jednością.. Bogowie!
Wiedziałem, że gdybym oddał jej się wcześniej, mogłaby mną całkowicie zawładnąć. Jakaż to wielka siła drzemie w tych istotach, że nawet z kogoś takiego jak ja potrafią zrobić bezmyślne, śliniące się zwierze! Ale byłem już za bardzo demonem i za mało człowiekiem, by to się stało. W moim umyśle było coś, jakaś tajemnicza istota, dla której wdzięki sukkuba nie były niczym nadzwyczajnym i to dzięki niej zachowałem jasność priorytetów. Mimo to świadomość czasem mnie zawodziła i rozpływała się w morzu doznań zbyt przyjemnych, by liczba nerwów w moim ciele była wystarczająca do udźwignięcia ich w pełni.
Najsilniej podniecało mnie to, że robiła to z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie brzydziła się mą makabryczną formą, nie protestowała, gdy moje szpony ugniatały jej piersi, gdy czarna narośl oblepiała jej doskonałe ciało. Robiła to szczerze, a ja szczerze ją kochałem. Tak, choć brzmi to absurdalnie, to w tamtej chwili, to, co do niej czułem, było prawdziwą miłością.
Poznałem, co znaczy uprawiać seks z sukkubem.
Jednak ta chwila przyjemności była jedynie kroplą w morzu cierpienia. Ból powrócił ze zdwojoną siłą, przepychając mnie przez granicę między wymiarami. Czarna narośl utworzyła wokół mnie coś w rodzaju kokonu, odcinając od świata zewnętrznego i tworząc dla mnie, i tylko dla mnie, świat wewnętrzny. Byłem poza czasem i przestrzenią, w miejscu, gdzie nie sięga ani ludzkie, ani boskie oko, otoczony wieczną ciemnością.
Czasem budziłem się, wyrywany z tego snu bólem zbyt wielkim, by można go było przyrównać do czegokolwiek. Ale potem znów znikałem, gdzieś, tam..
Jawa, sen.. Rzeczywistość? Wspomnienia.. Wszystko mieszało się i tworzyło jedną, szarą masę. Ale wciąż pamiętałem o marzeniu. Było tam, zawsze obecne, górujące nad wszystkim innym. Zdawało mi się, że ono już nie jest moje, ale raczej, że to ja jestem Jego.
Nie wiem, czy to dzięki jego własnej mocy, czy też niebieskiemu kryształowi pamięci, który ściskałem w swej szponiastej dłoni i tuliłem do piersi niczym najcenniejszy skarb, ale nie zapomniałem o nim.
I ten ciągły ból, zagłuszający wszystko inne. Moje ciało zmienia się w sposób, którego nie potrafię opisać. Wszystko pulsuje, pali żywym ogniem.. Coś wyrasta mi z czaszki, o ile się nie mylę, mam też ogon.. I jeszcze.. Czy to..
Skrzydła?
Światy wirują dookoła mnie i przemijają, cywilizacje upadają a ja trwam.. i cierpię. Ryczę z bólu, choć nie wydaję najcichszego nawet dźwięku. I cały czas mam wrażenie, że tonę.
Gdy przemiana sięga umysłu, tracę zdolność logicznego myślenia. Nie pamiętam nic z tego okresu, choć wiem, że byłem cały czas przytomny. Chaos.
Potem odzyskuję świadomość, a ból wita mnie na nowo. Wieczne koło, Ouroboros.
Trwam w tym cierpieniu całe wieki.
I nagle.. Coś wewnątrz mnie przeskakuje cicho, serca doznają pierwszych skurczów, a umęczony, poszarpany system nerwowy wchodzi na wyższy poziom egzystencji. To, co przed chwilą było bólem ostatecznym, teraz jest poczuciem życia.
Niewypowiedziana ulga, w której zapadam się bez granic. A gdy otwieram oczy, jestem dawnym sobą.


***

Stał tam, na krawędzi pokrytego wysoką trawą urwiska. Spoglądał na rozpościerający się przed nim widok – sielski krajobraz zielonej krainy, otulonej promieniami Słońca. Kontrast wszechogarniającej ciemności z tym cudownym widokiem, poraził maga.
- Pięknie, prawda? – spytało odbicie, odwracając się w jego stronę.
Zamrugał oczami.
- Ty.. jesteś mną?
Sobowtór uśmiechnął się. Wyglądał zupełnie jak on, tyle że o kilkadziesiąt lat młodszy. Jego długie, czarne włosy unosiły się lekko, poruszane dmącym wiatrem, targającym też jego szatami, jeszcze nie tak sfatygowanymi.
- Kiedyś spędzaliśmy na tym długie godziny.
- Na czym?
- Na życiu – odparł, ręką wskazując wszystko dookoła.
Czarodziej milczał.
- Nie słuchaj go – powiedział nagle tamten, obracając się plecami i spoglądając na zielone równiny.
- Co? Kogo?
- Tego drugiego.
Drugiego..
Wspomnienie demonicznej projekcji uderzyło w niego, przypominając o wszystkim, co zdarzyło się do tej pory.
- Masz na myśli marzenie, tak? To, że zabija wszystkich, którzy pomagają je budować.
Kiwnął głową.
- To bzdura. Ludzie umierają i będą umierać, niezależnie od twych działań. Myśl raczej o tych, których marzenie uszczęśliwiło. Licz żyjących, nie martwych, bo to dla nich stoisz teraz tutaj.
Wiatr zawiał mocniej, a na niebie pojawiły się burzowe chmury. Mag odetchnął głęboko, rozkoszując się ciężkim powietrzem lata. Przez chwilę poczuł się jak dawniej, wolny, nieograniczony niczym poza wizją młodego jeszcze marzenia.
- Już czas, czarodzieju.
Odwrócił się.

***

Beznamiętna szarość, wirująca bez końca z głuchym szumem i czający się tuż za nią Chaos, zbyt wielki, by można go było zobaczyć. Tkwiący w każdym pojedynczym atomie, trwający w wiecznym cieniu tego, czego nie ma.
Pomarańczowa, ciągnąca się w nieskończoność pustynia, gładka niczym tafla niczym niezmąconej wody.
Jej gwiazda, przecinająca ciemne niebo.
Głaz graniczny, w całości pokryty czarną naroślą, którą mag wziął kiedyś za żywe robaki.
Płomień świecy, słoneczny dzień, deszcz, pusta droga, pokój w gospodzie.
Ukruszony księżyc.
Nie. To nie pustynia jest pomarańczowa. Ja po prostu..
Patrzę w jego oczy.
Moje oczy.

- Już czas.
Projekcja wyciągnęła ku niemu dłoń, ale mag się nie poruszył.
Ognisko i gwiaździsta noc. Zapłakana dziewczynka, samotna wśród ulicznego tłumu, od której wszystko się zaczęło.
Moje życie w jego oczach. Czy też może to już jego życie?
- Chodź – powiedziało demoniczne odbicie, choć teraz było już bardziej jego karykaturą, niż sobowtórem. Ręce były nienaturalnie długie, po obu stronach czaszki sterczały dwa, zakrzywione rogi, a z pleców wystawały wielkie skrzydła, zdające się być stworzone z samej esencji ciemności. Na samym środku czoła skóra była nienaturalnie wybrzuszona.
Tak jakby..
Potarł twarz dłońmi. Po raz kolejny zaczął mieć problemy z odróżnieniem siebie od swojej projekcji. Cały świat stracił na chwilę ostrość i nagle zdawało mu się, że patrzy na swoje wychudzone, zmizerowane ciało oczami swego sobowtóra. Złudzenie po chwili prysło, a on zachwiał się i o mało nie upadł.
Demoniczną formę otoczyły tańczące cienie nieludzkich istot, tak jak przy ich poprzednim spotkaniu. Wyciągnięta w kierunku maga, szponiasta dłoń, wciąż oczekiwała.
- Mamy marzenie do spełnienia.
Starzec uśmiechnął się lekko.
Oto jestem u kresu. Jeden rozdział mego życia dobiega tu końca, a inny dopiero się rozpoczyna.
Jaki sens jest w opieraniu się czemukolwiek? Teraz, gdy jestem tak daleko.. Po tym całym bólu, nawet gdybym chciał, to czy potrafiłbym odmówić?
Moje marzenie.. Tak, mam je. Wciąż pamiętam i wiem, że nie zapomnę.
Nawet, jeśli prawdą jest to, że przez nie więcej osób zginie niż zostanie uratowanych.. Nie zrezygnuję z niego. Zaszedłem tak daleko i oddałem wszystko, by je kontynuować, dlatego nie przestanę śnić. A pewnego dnia, w odległej przyszłości.. spełnię je, choćby dla samego spełnienia.
Oprócz niego nie zostało już dla mnie nic. Nie ma jej, nie ma tamtych wzgórz, tamtych dróg i wolności.
Zostało marzenie i tylko marzenie. Będę się go kurczowo trzymać, bo w jego rubinowym wnętrzu widzę wszystko to, co oddałem dla niego. W pewnym sensie, to wszystko wciąż jest ze mną, tyle, że wchłonięte i przekształcone w marzenie.

Jego ręka drgnęła i powoli zaczęła się unosić.
Niech więc trwa ten najdłuższy sen mego życia. Nie chcę, by się skończył.
Nie chcę się obudzić i zobaczyć prawdy.

Ich dłonie spotkały się. Szpony zacisnęły się mocno, a przyjazny uśmiech, jaki zagościł na twarzy sobowtóra, pozbawił czarodzieja wątpliwości. Fałda skóry na czole drgnęła, po czym uniosła się, ukazując wielkie, pomarańczowe oko.
Resztka duszy zadrgała i rozpłynęła się, a w jej miejscu zapłonęła nieśmiertelna, demoniczna esencja.
Witaj, dziecię Otchłani.

***

Rozległ się niski, zduszony pomruk. Vayla, jak zwykle siedząca przed wejściem do groty, odwróciła się i uniosła wysoko brwi.
Kokon, w którym znajdował się mag, trząsł się i pulsował. Na jego czarnej powierzchni pojawiły się rozległe pęknięcia, z których zaczęły wyciekać ciemne płyny ustrojowe. Narośle na ścianach obumarły, podobnie jak sam kokon.
Przez wyschniętą skorupę jaja przebiła się czarna głowa, ozdobiona rogami o fantazyjnych kształtach. Paszcza, oblepiona ohydnym śluzem rozwarła się szeroko, chwytając łapczywie powietrze. Chwilę później wydostała się jedna ze szponiastych dłoni, ale nim kolejne kończyny zdążyły się przebić, rozkładające się gwałtownie skrzydła rozsadziły od wewnątrz skorupę, rozrzucając jej odłamki po całej jaskini.
Demon przeciągnął się, wsłuchując w trzaski własnych kości.
Przez panujący w grocie mrok Vayla nie mogła dostrzec szczegółów, ale jego nowa forma i tak zrobiła na niej spore wrażenie, zwłaszcza nieproporcjonalne w stosunku do reszty ciała skrzydła, wypełniające prawie całą grotę.
Udało ci się. Naprawdę ci się udało.
W ciemności otworzyły się trzy oczy o pomarańczowo-rubinowych tęczówkach i przeszyły ją na wylot. Wzdrygnęła się, ale po chwili uspokoiła, widząc, że nie ma w nich gniewu czy chęci mordu.
- Witaj, Fiołku Otchłani – powiedział czystym głosem. Każde jego słowo wzmocnione było dudniącym echem, jakby dwie różne istoty mówiły jednocześnie.
- Witaj, Magu Ciemności.
Błysnął zębami w uśmiechu.
- Chodź. Mamy marzenie do spełnienia.
Nie zrozumiała, o co dokładnie mu chodziło, ale uśmiechnęła się. W głębi siebie była naprawdę szczęśliwa, że postanowiła zostać przy nim do końca.
Powoli wyszedł z jaskini, mrużąc oczy od jasnego światła poranka. Vayla westchnęła, widząc go w całej okazałości. Nie był tak wielki jak się wydawał na początku, miał najwyżej metr osiemdziesiąt, ale moc, jaka od niego biła, przyprawiła ją o gęsią skórkę. Całe ciało pokryte było czarnymi, lśniącymi łuskami, a głowa przypominała teraz bardziej smoczą niż ludzką.
- Otchłań hojnie cię wynagrodziła.
- Spójrz – powiedział, wskazując swą szponiastą dłonią na Słońce, wznoszące się powoli nad górskie doliny i kaniony. – To nowy początek.
Ostatnio zmieniony wt mar 18, 2008 9:07 pm przez DraMeo, łącznie zmieniany 1 raz.
 
Awatar użytkownika
Courun Yauntyrr
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 52
Rejestracja: czw sty 04, 2007 2:27 pm

czw lut 21, 2008 7:49 pm

Przeczytałem w całości i podobało mi się. Trudno oceniać kawałki - liczy się końcowy efekt.
 
Awatar użytkownika
Breeg
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 338
Rejestracja: sob lis 18, 2006 6:39 pm

pt lut 22, 2008 9:59 am

Witam. Również czytam Twoją powieść. Wczoraj sobie druknąłem nawet ją, także jeśli kiedyś ją wydasz możesz mnie posądzić o kradzież... :razz:
IMO powieść trzyma poziom (zarwałem wczoraj nockę, żeby ją przeczytać, więc chyba coś jest na rzeczy...), a na pewno bardziej mi odpowiada niż wypociny Salvatore'a, który przez wszystkie swoje powieści o pewnym emo- drowie męczy temat aleinacji lol. Masz mój respekt za samą chęć napisania czegoś tak długiego na łamach forum. Czekam z niecierpliwością na kolejne części, tudzież inne Twoje opowiadania... 8)
Pozdrawiam,
Breeg.
 
Heironeus13
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 21
Rejestracja: wt mar 04, 2008 1:52 pm

pt mar 14, 2008 3:22 pm

Szkoda że już koniec :cry:

O kur.. zajebiste ,niektóre kawałki wykorzystam do swojej sesji.
Czekam na inne prace.

-----------------------------------------------------------------------------
MY TIME IS NOW!!
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

wt mar 18, 2008 9:24 pm

Dzięki serdeczne za te komentarze! :D Jestem bardziej niż szczęśliwy, słysząc takie reakcje na moją powieść.
Breeg, to miłe, że spodobała Ci się na tyle, byś chciał ją wydrukować. Żadnego posądzania nie będzie, nie martw się ;D

Swoją drogą... Czemu komentujecie tutaj, a w nie w poście do tego przeznaczonym? :P
 
Awatar użytkownika
Courun Yauntyrr
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 52
Rejestracja: czw sty 04, 2007 2:27 pm

pt mar 21, 2008 9:37 pm

Bo nie wytężaliśmy oczu w poszukiwaniu stosownego tematu? :razz:

Polecam znajomym i parę opisów pomogło mi w wyobrażeniu sobie Otchłani na własne potrzeby.
 
trampek
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 21
Rejestracja: sob lut 24, 2007 7:22 pm

sob kwie 12, 2008 1:53 pm

taka mała proźba jak byś mógł to napisz dalszy ciąg tego jakże pięknego opowiadania
 
Awatar użytkownika
Aphranteus
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 94
Rejestracja: ndz wrz 24, 2006 3:18 pm

pt kwie 25, 2008 10:15 pm

To się powinno stanowczo w pdfa spakować, ręka boli od kopiowania...:0 Świetne.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

pt maja 16, 2008 9:35 pm

Dzięki za kolejne miłe komentarze! Nie spodziewałem się, że jeszcze jakieś się pojawią ;)

Kolejne rozdziały nadejdą, ale wpierw muszę się uporać się z przekonwertowaniem tych pięciu do nowego świata. Możliwe, że za jakiś czas zamieszczę jego opis tu, na forum, co by zyskać jakieś porady/wskazówki ;)

No i jeszcze sesję muszę zaliczyć :P
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

wt lip 22, 2008 8:48 pm

Nadszedł czas, by kontynuować podróż. Marzenie zbyt długo czekało.

Jak pewnie większość wie, chcę zmienić świat Zapomnianych Krain na własny, by mieć większą swobodę i święty spokój z prawami autorskimi (ostatnio świat szaleje na tym punkcie).
Nie martwcie się, historia pozostanie nienaruszona. Staram się zmieniać jak najmniej, bo przecież nie o świat tu chodzi, a o marzenie.
Będę na bieżąco podawał wam potrzebne fakty, byście mogli bez problemów czytać kolejne rozdziały. Tak się zastanawiam, o czym powinienem wspomnieć już teraz...

Nie ma już Otchłani. Zamiast niej macie Mgławicę, tajemniczy twór, we wnętrzu którego zawieszona jest ogromna ilość światów. Zwana jest też drugim wymiarem i Światem Poza, a demony czasem odnoszą się do niej jako "Matki". Nie można jej zobaczyć gołym okiem, ale mówi się, że kształtem przypomina ośmiornicę zawieszoną w próżni kosmosu, wyciągającą swe macki w kierunku Ziemi.
Jeśli chodzi o demony, to są to istoty zrodzone z namiętności. Pragnienia są ich źródłem, siłą napędową i więzieniem. Praktycznie każdy demon był kiedyś człowiekiem, ale jeśli wierzyć różnym opowieściom, to gdy człowiek ogarnięty jest wyjątkowo silnymi namiętnościami, nieświadomie może dać życie nowej, całkowicie niezależnej bestii.
Pojawiająca się nazwa Astrologów odnosi się do dawnych magów o wielkich umiejętnościach, którzy, jak to zwykle bywa z "wielkimi dawnymi", już przeminęli, a wraz z nimi ich liczne sekrety. To oni są ojcami współczesnej magii i tylko dzięki ich wiedzy mogą dziś istnieć magowie. Sam proces rzucania zaklęć jest podobny, trzeba mieć różne komponenty, wykonać odpowiednie gesty itp.
Pojawiające się maszyny nie są powszechne w świecie ludzi.

I to chyba tyle. Na razie nic więcej nie musicie wiedzieć.
Czekam na pytania, uwagi i wszelką krytykę, choć ten rozdział jest dość krótki i taki... "lekki". Siódmy jest dłuższy (prawie 30 stron ^^''), ale muszę go jeszcze z tydzień przetrzymać i przeczytać chłodnym okiem. Dobrze się składa, bo akurat wyjeżdżam na parę dni.
Miłego czytania i do zobaczenia.




Rozdział VI
Mieszkańcy


Żółta lampka kontrolna, wystająca ze zardzewiałego panelu pełnego dźwigni i przycisków zaczęła pulsować ostrym światłem. Ze znajdującej się pół metra wyżej tuby wraz z drobinkami kurzu i rdzy wydobyło się metaliczne rzężenie.
Niezliczone fałdy zmarszczek rozstąpiły się ukazując szare oko, całkowicie pozbawione wyrazu i odpowiednie bardziej dla zmarłego niż żywej istoty. Naznaczona bliznami ręka uniosła się powoli, jakby spowalniana przez ciężar własnych mięśni. Dłoń o grubej, pomarszczonej skórze przejechała po zakurzonym panelu i po chwili znalazła odpowiedni przełącznik.
Rozległy się ciche trzaski i szumy, a w mroku nad pulpitem pojawił się jasny kwadrat, przecinany ciemnymi paskami. Obraz drgał jeszcze przez chwilę, po czym ukazał czarno-białą ścieżkę wśród postrzępionych ścian kanionu i idące nią dwie humanoidalne postacie.
Oko otworzyło się szerzej, a w jego martwym wnętrzu zaiskrzyło życie. Spierzchnięte wargi, ukryte w gąszczu bujnych wąsów, drgnęły lekko, ukazując szereg metalowych zębów.

***

Drobne kamyczki wyściełające drogę chrzęściły pod jego ciężkimi, obkutymi żelazem butami. Obszerne szaty koloru krwi zdawały się poruszać niezależnie od szalejącego w opuszczonych kanionach wiatru, a materiał, z którego były uszyte, wirował co pewien czas w niewytłumaczalny sposób. Gdy grube fałdy okrycia odchyliły się wystarczająco, można było dostrzec niewielki worek przechowywania, kołyszący się bezwładnie u paska.
Para oczu osadzonych w porytej zmarszczkami i bliznami twarzy obserwowała monotonne otoczenie. Mrok zdawał się rozpraszać pod wpływem ich przenikliwego spojrzenia, zaś tam gdzie padał cień kroczącego czarodzieja, ciemność kłębiła się ze zdwojoną siłą i patrząc kątem oka można było dostrzec istoty, dla których była domem.
Z kieszeni czarnej koszuli dobywało się ciche, miarowe tykanie złotego zegarka, hipnotyzujące maga. Choć starał się skupiać na kamiennych ścianach i nie myśleć o niczym konkretnym, ten mechaniczny dźwięk przyprawiał go o dziwne mrowienie gdzieś z tyłu czaszki, poruszając jakąś zerwaną już strunę, odbijając się echem czegoś zapomnianego, czegoś...
Co kiedyś było moje, a dziś jest utracone.
Im usilniej próbował pozbyć się tego uczucia, tym mocniej szturmowało fortecę jego umysłu, gdy zaś chciał odtworzyć zniszczone wspomnienie, to wymykało mu się z rąk i coraz bardziej osuwało w nicość. Niezwykle irytujące.
Dopiero po chwili zauważył, że jeden z dźwięków otoczenia – stukot kopyt o kamienny grunt – urwał się. Zatrzymał się i obejrzał, spoglądając nieprzytomnym wzrokiem na swą towarzyszkę, stojącą z założonymi rękoma.
- Słuchasz mnie? – spytała.
- Byłem... gdzie indziej.
- Już nie pierwszy raz.
- Tak - uśmiechnął się lekko. – Nie mogę się przyzwyczaić. Tyle doznań...
Wyszczerzyła zęby, a w jej oku błysnęło zrozumienie.
- Teraz już wiesz, czemu nazywamy się królami życia. Tylko my potrafimy w pełni korzystać z jego nieskończonych bogactw.
- Tak... Tak chyba jest.
- Poczekaj, aż znów się zabawimy. Przyjemności, jakich doświadczysz, pozbawią cię wszelkich wątpliwości – powiedziała, lubieżnym uśmiechem maskując targający nią niepokój.
- Prędko to nie nastąpi.
- Co? Czemu? Jestem twoja, kiedykolwiek zechcesz.
- Ale nie chcę. I nie będę chciał.
- Jak to? – zmarszczyła brwi. – Nie podobało ci się za pierwszym razem?
- Nie o to chodzi. Po prostu seks... Nie jest dla mnie.
- Na litość, co ty mówisz? Przecież to sama przyjemność!
- Przyjemności... – mruknął, kierując wzrok w stronę szarego nieba. – Co mi po nich, kiedy tam czeka na mnie ono? Tak wielkie...
- To twoje marzenie? – wywróciła oczami.
- Nasze, Vaylo. Jesteś jego częścią.
To prawda, była. Dała się już wciągnąć w to szaleństwo, utkane w umyśle maga tak wiele lat temu. Jeszcze tego samego dnia, gdy narodził się na nowo, otworzył przed nią część swego umysłu i pokazał jej... Wszystko. Tak, to było wszystko. Przerażało ją to i fascynowało zarazem, ale w tym marzeniu naprawdę zawierało się całe jego życie. Mniej lub bardziej wpływało na każde działanie, było powiązane z każdym krokiem, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca. Dawało mu tę tak wielką siłę, popychało do przodu i sprawiało, że nie było rzeczy niemożliwych. Zdawało się, że jego zmurszałe ciało było tylko skorupą, a całe wnętrze zostało już dawno wyżarte przez wiecznie głodny sen.
Pewne rzeczy zostały pominięte, ale to, co zobaczyła, w zupełności jej wystarczyło. I jeszcze sposób, w jaki jej to pokazał... Tak jakby nie było dostatecznie wielkich słów, by móc opisać jego sen w całej jego glorii i chwale i jedynym sposobem była telepatia.
W istocie, było przepiękne. Wspaniałe, wieczne, szalone... A przede wszystkim, całkowicie nierealne. Zastanawiała się, czy mag naprawdę nie zdawał sobie sprawy z niemożliwości jego spełnienia, czy może po prostu nie dopuszczał do siebie prawdy. Jednego była pewna – jeśli nie potrafił tego dostrzec jako człowiek, to teraz tym bardziej.
Mimo to było w tym całym marzeniu coś, co przyciągało... Przypominało jakieś dawno zapomniane sny, budziło niezrozumiałą tęsknotę i żal, a zarazem nadzieję. Choć nie chciała się do tego przyznać, nawet przed samą sobą, to naprawdę zaczęła w nie wierzyć i była gotowa walczyć o jego spełnienie, choć przecież uznawała je za nierealne.
- Nie wiem tylko, co ma jedno do drugiego. Marzenie swoją drogą, a seks...
Pokręcił głową.
- Wszystko jest z nim powiązane. Ale dosyć o tym, ruszajmy. Naprzód.
I nie czekając na odpowiedź, ruszył przed siebie raźnym krokiem. Vayla wahała się przez chwilę, po czym spytała:
- A wtedy, w jaskini? Co to niby było?
- Przecież wiesz – odparł, nawet się nie zatrzymując. – Wykorzystałem cię, by zmniejszyć ból. Sama się zresztą podstawiłaś, więc nie widzę sensu tego pytania.
Otworzyła szerzej oczy. Miał oczywiście rację, ale sposób, w jaki to powiedział i towarzysząca temu obojętność, ubodły ją w czułe miejsce. Choć to prawie niemożliwe, poczuła się zraniona. Ona, Fiołek Mgławicy, którego słodko-gorzki zapach wdychały tysiące ludzi i demonów.
Szybko się uczysz, pomyślała z żalem. Dobry będzie z ciebie demon, skoro już teraz potrafisz zranić serce sukkuba. Ale to moja wina, niepotrzebnie...
Wcześniej cały czas miała wrażenie, że z czarodziejem było coś nie w porządku. Nie zachowywał się tak, jak powinien zachowywać demon, był na swój sposób... Inny. Już sam fakt, że wolał swoje dawne, ludzkie ciało zamiast nowego, był dość niepokojący. Przeklinała w myślach ten cholerny płaszcz, który umożliwiał mu przybranie dowolnej formy. Gdyby nie on, może w swym prawdziwym ciele szybciej zacząłby się zachowywać we właściwy sposób. Jedyną zaletą tej szarej szmaty było to, że pomogła pozbyć się zbędnego balastu.
Ale były też inne problemy. Nie wykazywał, a przynajmniej nie często, typowej dla demonów energii, pośpiechu. Zamiast tego cały czas rozmyślał o Mgławica wie jakich sprawach i bujał w obłokach. Już od czterech dni łazili w tym nieskończonym labiryncie kanionów, nie korzystając nawet z błogosławieństwa skrzydeł, a on zdawał się w ogóle nie myśleć o wydostaniu się stąd! Urządzał sobie krajoznawcze wycieczki, a na pytania o przyszłe plany udzielał niejasnych odpowiedzi typu „Zobaczysz”, „Po prostu czekaj”, „Na wszystko przyjdzie czas”. I teraz jeszcze to gadanie o seksie. W całym swoim życiu nie spotkała demona o takich poglądach. Ba, człowieka też nie.
Co poszło nie tak? Czy przemiana nie była kompletna? Czy też może on wie coś, o czym ona nie ma pojęcia? Może po wiekach obcowania z dzikimi bestiami po prostu zapomniała, że zostanie demonem nie polega na przemienieniu się w krwiożercze zwierze, ale na wzmocnieniu największych pragnień do niebotycznych poziomów przy zminimalizowaniu ludzkich odruchów? Może więc to były jego prawdziwe pragnienia, bądź co bądź, dość odpowiednie dla starego dziadygi, jakim był? A może po prostu potrzebował czasu, a jego oziębła reakcja przed chwilą była pierwszym przejawem budzącego się w nim bezlitosnego okrucieństwa?
Z drugiej strony, on zawsze był taki bezpośredni.
Utkwiła wzrok w maszerującym przed nią czarodzieju, głowiąc się ciężko nad jego, zdawałoby się, nieskończonymi tajemnicami.

***

Gdyby Vayla mogła zajrzeć w głąb umysł maga, przekonałaby się, że podzielał przynajmniej część jej rozterek. Nie wiedział, jak to jest być demonem, więc nie mógł oceniać swego zachowania pod tym kątem, co ona, ale wyraźnie czuł, że coś było nie tak, że czegoś brakowało.
Nie chodziło tu bynajmniej o przybranie ludzkiej formy, w żadnym razie. Bardzo dobrze czuł się w nowym ciele, zresztą moc płaszcza ingerowała jedynie w zewnętrzny wygląd, praktycznie nie zmieniając wewnętrznych odczuć. Głównym powodem przebywania pod przebraniem człowieka była niepisana zasada „asa w rękawie”, wedle której każdy swój atut należy ukrywać i wyciągać tylko w ostateczności.
To poczucie bycia demonem, a raczej jego brak, zastanawiał maga. Całkiem inaczej wyobrażał sobie bycie jednym z nich. Doznania, owszem, były wzmocnione, a jego zmysły wyostrzone daleko poza granicę ludzkich możliwości, ale poza tym czuł się... Dość normalnie. Jego poglądy i przekonania pozostały niezmienione, myśli... Cóż, myśli zdawały się biec nieco innymi torami, spojrzenie na rzeczywistość było zdecydowanie szersze, wiedza obejmowała nowe, nieznane dotąd obszary, w repertuarze możliwości pojawiły się cudotwórcze zdolności... To wszystko oczywiście znacznie przewyższało jego oczekiwania, ale nie było tym, czego się spodziewał. Gdzie to słynne poczucie bycia istotą wyższą, gdzie rozhuśtane emocje, wyolbrzymione pragnienia, obłęd, głód, pożądanie...?
Czy to brak tych czynników powodował dziwne uczucie pustki, czy też przemiana nie była kompletna? Czegoś zabrakło, a może coś było zbyt potężne, by móc zostać spętanym przez demoniczne łańcuchy?
W przeciwieństwie do sukkuba, nie martwił się tym wcale. Wręcz odwrotnie – był szczęśliwy, bowiem wszystko wskazywało na to, że plan poszedł dokładnie po jego myśli.
Udało się, bo oto zyskałem to, czego tak bardzo pragnąłem.
Nieśmiertelność...
Wieczne życie, nieograniczone czasem i przestrzenią. Nareszcie jest moje. Stoję niewzruszenie w rzece rzeczywistości, niepomny na jej silne prądy, niepomny na przemijanie.
Choć czuję się żywszy niż kiedykolwiek to wiem, wreszcie zrozumiałem, że tak naprawdę jestem martwy. Byłem wtedy, jestem teraz i będę już na wieki, potępiony, bez zbawienia. Może nawet nie musiałem przejmować się pożywieniem? Może głód był tylko moim wymysłem, przyzwyczajeniem z tamtego życia... Ale teraz to i tak już nieważne.
Żywy, mimo że martwy. Martwy, mimo że żywy. Cóż za przepiękna sprzeczność, błąd w rzeczywistości, negacja nieomylności bóstw.
Wszystko, co było, minęło bezpowrotnie. Wspomnienia zatarły się i stały nieostre, niektóre znikły w ciemności... I tak nie byłyby mi już do niczego potrzebne. Tajemnice, które spędzały mi sen z powiek, dziś, w obliczu nowych są tak śmiesznie nieistotne, wręcz dziecinne.
Wszystko się zmieniło. Tak jak niegdyś ciało czarnowłosej dziewczyny, moje przeszłe życie obróciło się w pył.
Tylko jedno ma dla mnie teraz znaczenie. Wiem, że pozostało nienaruszone, dokładnie tak, jak miało pozostać. Może to dzięki jego wielkiej mocy, a może przez wsparcie niebieskiego kryształu, który wrósł w moją klatkę piersiową.
Zdaje się nawet świecić jaśniej, teraz, gdy jestem krok bliżej jego spełnienia. A wszystko inne, te buzujące pragnienia, namiętności, przyćmione są jego blaskiem.
Moje marzenie...
Bałem się, tak bardzo się bałem. Że zapomnę, że się zmienię, że już nie będę chciał, że będą lepsze rzeczy... A tymczasem jest odwrotnie. Teraz jeszcze łatwiej przezwyciężyć mi namiętności, a właściwie nie „przezwyciężyć”, to za duże słowo. Prawdę pisały starożytne, zakazane tomy – tylko największe pragnienia ulegają wzmocnieniu, to one określają domenę demona, jego moce i granice.
Bałem się, że moje marzenie nie będzie zaliczone do pragnień, że na jaw wyjdą inne namiętności, skrywane w mrokach duszy nawet przed mną samym, ale nie, jest tylko ono, tak cudowne, tak wielkie. A jeśli moje granice mają być określone przez bezgraniczne marzenie, czy to znaczy, że jestem...
Bogiem?
Nie rozumiem tylko, czemu moją domeną zostały cienie. Gdzie tu związek? To pewnie wina chaosu, przypadku.
Bóg Cieni...
Udało się. Teraz wystarczy czekać. Już niedługo. Wiem.

Zatrzymał się.
- To tu.
- Co? – Vayla zrównała się z nim po chwili. – Co tu?
- Wejście – odparł, wskazując na rumowisko po prawej.
- Chcesz zejść na dół? – spytała zaskoczona. – Po co? Tam nikogo nie ma, te kopalnie są opuszczone od setek lat.
- Może... I tak zejdziemy.
- Dobra, jak chcesz – uniosła ręce w poddańczym geście. – Przynajmniej będzie jakieś urozmaicenie.
Utkwił wzrok w zwalonych głazach i przywołał słowa odpowiedniego zaklęcia. Magia sprzęgła się w jego umyśle, tysiące neuronów spłonęło, by po chwili zostać odtworzone, powietrze zafalowało od nagromadzonej energii, a rumowisko zaczęło się trząść i rozpadać. Kamienie odsuwały się na boki, jakby odpychane przez niewidzialną rękę i już po chwili wejście do podziemi stało otworem.
- I słowo ciałem się stało.
- Nic nie powiedziałeś – zauważyła.
- Zostawmy to. Chodź.
Zalegające w grocie cienie rozstąpiły się przed nadchodzącym czarodziejem, szepcząc słowa zapomnianego języka i zapraszając w swe czułe objęcia, z których żaden śmiertelnik nie wyszedł żywy.

***

Podziemny system korytarzy i komnat tworzył labirynt jeszcze bardziej zawiły niż sieć wąwozów na górze. Mroczne tunele pogrążone były w przedwiecznej ciemności, tak gęstej, że nawet światło magicznej kuli nie byłoby w stanie jej rozproszyć. Nawet Vayla, mimo swej wrodzonej infrawizji, miała problemy z poruszaniem się.
Tylko mag szedł pewnie do przodu, choć wyraźnie spowalniał swój marsz i mając w pamięci wydarzenia ostatnich dni nie pozwalał towarzyszce zostać zbyt daleko z tyłu. Wydawał się dobrze wiedzieć, którędy iść, jak gdyby znał te zawiłe korytarze i opuszczone komnaty, wypełnione tylko kurzem i skamieniałymi resztkami nierozpoznawalnych przedmiotów. Zamknięte drzwi otwierały się przed nim z cichym skrzypnięciem, który w panującej ciszy wydawał się niemiłosiernie głośny. Puste od wieków pajęczyny odchylały się bezgłośnie pod wpływem nieistniejącego wiatru, torując mu drogę.
Czarne, karykaturalne istoty tańczyły radośnie wokół swego demonicznego towarzysza, końcami szponów gładząc jego cudownie miękkie szaty, delikatnie muskając pomarszczone dłonie i szepcząc sekrety skrywane przez mrok.
Szybko stracili rachubę czasu, o ile w tych pradawnych korytarzach czas jeszcze płynął. Nie mogli oprzeć się wrażeniu, że tak właśnie będzie wyglądał świat, gdy miną dzieje i skończy się historia. Nic, tylko pustka wypełniona kurzem, skamieniałościami i cieniami dawnych mieszkańców, których szepczących głosów nikt już nie zrozumie.
W końcu stanęli przed wielkimi wrotami, które w przeciwieństwie do swych mniejszych odpowiedników, trwały uparcie w zamknięciu.
Mag przejechał dłonią po pokrytej dziwnym pyłem powierzchni i zamyślił się.
- Odsuń się – polecił, po czym podniósł rękę i pstryknął palcami, a cała brama zadrżała, zrzucając okrywający ją kurz.
Vayla zaczęła kaszleć jak opętana, cofając się o jeszcze kilka kroków i o mało nie wywracając. Nagle, wśród chmury pyłu, rozbłysło blade światło a cienie rozstąpiły się.
Czarodziej puścił jasną kulę, a ta zawisła swobodnie w powietrzu. Sukkub powoli do niego podszedł, z niedowierzaniem przypatrując się ogromnej płaskorzeźbie, pokrywającej całe wrota.
- Piękna – powiedziała cicho. – Ale nie znam tej historii.
- Mówi o dawnych mieszkańcach. Nie rozumiem wszystkich znaków.
- Jest coś o tym, jak zniknęli?
Uśmiechnął się. Zabawne, ale pomyślał o tym samym. Nie kim byli i jak żyli, ale jak odeszli. Jakby to było najważniejsze.
- Tego nigdy nie ma.
- Hmm?
- Gdy cywilizacja przemija, nie zostaje nikt, kto mógłby o tym napisać. Mniejsza o nich, i tak już się nie liczą.
- Jesteś pewien? – zerknęła na kłębiące się z tyłu cienie.
- One nie mają żadnej mocy – odparł, nie odrywając wzroku od płaskorzeźby. – Wciąż tylko mówią w swym nie-języku, którego nie mogę zrozumieć.
Spojrzał na samą górę płaskorzeźby, gdzie widniała siedząca na tronie postać z kulą zamiast głowy.
- Ciekawe... Nie mogę ich otworzyć. Są odporne na magię.
- To może po prostu je pchnij?
Parsknął, śmiejąc się z własnej głupoty. Dotknął chłodnej powierzchni obiema dłońmi i zaczął napierać, najpierw lekko, potem coraz mocniej. Zdawał już sobie sprawę z własnej nowej, nie-ludzkiej siły, więc tym bardziej zdziwiło go jak wiele z niej musiał użyć, by wreszcie ruszyć wrota.
Tunele wypełniły się zgrzytem podobnym do gromu, gdy brama zaczęła się otwierać. Do znajdującej się po drugiej strony komnaty wpadła nikła struga światła, oświetlając skromny kawałek popękanej posadzki.
Powoli weszli do środka, podświadomie zdając sobie sprawę z ogromu tego miejsca. Kula podążyła za magiem, gdy jednak przekroczyła linię wrót, momentalnie zgasła i spadła, roztrzaskując się na sto kawałków. Odgłos tłuczonego szkła rozszedł się szerokim echem po wielkiej komnacie.
- Świetnie – mruknęła Vayla. – Masz następną?
- Mam ich wie... – urwał, czując dziwne zawirowania w przestrzeni.
Gdzieś w oddali rozległ się stłumiony łomot, poprzedzony serią zgrzytów i skrzypnięć. Szum, początkowo niesłyszalny, stawał się teraz coraz głośniejszy, zupełnie jakby jakaś maszyna nabierała rozpędu. Nagle ucichł, a w jego miejscu pojawiły się syki i trzaski. Zawieszone w równych, kilkumetrowych odstępach lampy zapaliły się prawie jednocześnie, oślepiając na chwilę dwójkę demonów i zalewając salę ostrym światłem, ukazując jej całą zniszczoną chwałę.
Vayla westchnęła, przytłoczona ogromem tego miejsca. Nie tyle wielkość zrobiła na niej wrażenie, co sam fakt istnienia czegoś tak dużego tak głęboko pod ziemią. Jakaż siła była w stanie wyrzeźbić to wszystko w czarnym kamieniu, twardym prawie jak diament? Czy naprawdę ludzie byli zdolni do takich rzeczy?
Sala miała co najmniej dwieście metrów długości i niecałe sto szerokości. Światła były rozmieszczone tak, że mimo wielkości pomieszczenia ani jedno miejsce nie pozostało w cieniu. Posadzka pokryta była pajęczyną pęknięć, a przez dziury w ścianach prześwitywała czarna skała. Co kilkadziesiąt metrów znajdowały się drzwi, najpewniej prowadzące do dalszych tuneli i komnat. Na samym końcu sali znajdowały się drugie wielkie wrota, a nad nimi wznosił się niewielki, pół okrągły balkon.
Mag szczerzył zęby i wpatrywał się w stojącą przy balustradzie niską, szarą postać.
- A więc jednak ktoś tu mieszka – mruknęła Vayla, mrużąc oczy.
- WITAJCIE, DRODZY PODRÓŻNICY! – zagrzmiał nieznajomy. – PROSZĘ, PODEJDŹCIE BLIŻEJ. NIE BÓJCIE SIĘ.
Mag bez zastanowienia ruszył w jego stronę.
- Czekaj – szepnęła Vayla. – To pewnie pułapka.
Myślała, że jej nie usłyszał albo zignorował, ale po chwili dał ledwie widoczny znak ręką, by za nim podążyła. Mamrocząc coś pod nosem zaczęła iść, wypełniając salę stukotem kopyt.
Przez chwilę podziwiała ogromną półkulę wystającą pośrodku sufitu i muszącą być głównym źródłem światła, które z jakiegoś powodu już nie działało, a potem utkwiła wzrok w tajemniczym gospodarzu. Po szybkich oględzinach sprawnym, kobiecym okiem mogła powiedzieć o nim trzy rzeczy: był bardzo niski (plasował się gdzieś między najniższym z ludzi a najwyższym z karłów), zakuty w dziwaczną zbroję ze skórzanymi wykończeniami i, przede wszystkim, niesamowicie brzydki. Balkon znajdował się dobre dwadzieścia pięć metrów nad ziemią, ale nawet z takiej odległości dostrzegła przecinające twarz szramy, niesymetrycznie osadzone oczy, bulwiasty nos i grube usta, skryte w gąszczu zaniedbanych wąsów. Na głowie widniały szare resztki czegoś, co kiedyś musiało być bujną czupryną.
- Witaj – rzekł mag.
- Bądź pozdrowiony, wędrujący władco umysłu z drugiej strony lustra – mężczyzna skłonił się nisko, nie spuszczając wzroku ze swego gościa. Z jakiegoś powodu prawe oko cały czas miał zamknięte. – Ty i twój harem.
Vayla uniosła wysoko brwi, ale nic nie powiedziała.
- Mam nadzieję – ciągnął. - Że moja... hehe... wysoka pozycja cię nie obraża?
- Wręcz przeciwnie.
Bo wiem, że się mnie boisz.
- Szczerze mówiąc, bałem się, że nie dasz rady tu dotrzeć. Na powierzchni mogłem ci dawać wskazówki, ale w tunelach... Cóż, zalegającego tam mroku nie przebije nawet mechaniczne oko.
- Znalazłem dobrego przewodnika.
Karzeł przekrzywił głowę, zaciekawiony.
- Doprawdy...? Tym lepiej dla ciebie. Ale dość o tym. Na pewno znajdziemy ciekawsze tematy do rozmowy, prawda? Musiałeś wiele widzieć... Chętnie o tym posłucham, a i może sam przyczynię się do poszerzenia twej niewątpliwie wielkiej wiedzy. Bo mi nie odmówisz, prawda? Gdybyś nie miał czasu, nie zwracałbyś uwagi na moje subtelne drogowskazy, czyż nie?
- Czas jest dla mnie, nie ja dla niego.
- Hoh... Wspaniale! Zatem chodź, ty i twój harem, zapraszam was w me skromne progi – wskazał na pierwsze drzwi po swojej prawej. – Tędy. Nie obawiaj się, proszę. Nie zastawiłem żadnej pułapki. Po tylu latach samotności musiałbym być szaleńcem, by atakować swojego gościa.
- Niewątpliwie, musiałbyś być głupcem – mag odwzajemnił jego uśmiech i ruszył w stronę drzwi.
- Niewątpliwie.
Zrobisz to, pomyślał czarodziej, wykrzywiając twarz w nieludzkim uśmiechu.
Po raz kolejny poczuł nienaturalne wibracje. Odwrócił się gwałtownie i chyba tylko cudem zdążył wykonać unik. Zardzewiały pręt przeszedł tuż obok, ocierając się o jego biodro i zatrzymując w fałdach szat. Schwycił go błyskawicznie i pociągnął, ale stojący po drugiej stronie karzeł, mimo zaskoczenia, nie puścił i dał opór nadludzkiej sile maga. Jego prawe, metalowe oko wpatrywało się beznamiętnie w starca, ale w lewym tliła się nienawiść i furia.
Sukkub zamrugał, nie będąc pewnym, co się stało.
- Szybki jesteś – wycedził przez zęby mężczyzna, bezskutecznie próbując wyszarpnąć swoją prowizoryczną broń. – Przeklęta niech będzie wasza magia i siła, którą wam daje! UAAAAARGH!
Zaczęli kręcić się w kółko, szaleńczo szarpiąc prętem, próbując różnych sztuczek i zwodów. Przyglądająca się temu z boku Vayla zastanawiała się, czy ten mały krasnal ignorował jej obecność z własnej głupoty, czy też z premedytacją, uznając ją za całkowicie niegroźną.
- Myślisz... uch... że potrzebuję magicznej siły, by rozprawić się z kimś takim jak ty? Rozerwę cię gołymi rękoma, jeśli taka będzie potrzeba!
Karzeł zatrząsł się, wydając przy tym chrypiące dźwięki i świsty.
- Nie rozśmieszaj mnie, ty chuderlawe ścierwo, ty wieszaku na szmaty. Zdejmij z siebie te wzmacniające artefakty i zaklęcia, wtedy pogadamy, o tak. ODDAWAJ!
- Proszę.
Mag wypuścił z dłoni metalowy kij i rzucił się do przodu, sięgając do torby u paska i wyciągając z niej sztylet o przezroczystym ostrzu. Przeciwnik zawył z radości, puścił pręt, zrobił unik i ruchem o wiele szybszym niż można by się spodziewać po kimś takiej budowy schwycił nadgarstek starca i złamał go jak suchą gałązkę. Mag wypuścił sztylet, natychmiast łapiąc go zręcznie drugą dłonią i okręcając się dookoła własnej osi zadał śmiertelne pchnięcie w twarz.
Karzeł wciągnął powietrze i odrzucił głowę do tyłu, ale ostrze i tak dodało mu kolejną bliznę na policzku. Schwycił w żelazny uścisk rękę czarodzieja i złamał ją w łokciu, równie łatwo jak wcześniej nadgarstek. Szklany nóż uderzył o posadzkę i rozprysł się na milion kawałeczków, które w tej samej sekundzie wróciły do miejsca upadku i skurczyły w kostkę wielkości atomu.
Okaleczony starzec odskoczył do tyłu, ale sapiący karzeł nie podążył za nim. Starł wierzchem dłoni cieknącą z policzka ciemną maź i zlizał ją szaroburym kawałem mięsa, który najprawdopodobniej był jego językiem.
- Smak krwi... Już prawie zapomniałem...
- Jesteś całkiem szybki jak na takiego pokurcza.
- Prawda? – uśmiechnął się. Jego lewe oko o szarej tęczówce lśniło z podniecenia. – Szybkość jest u nas wrodzona. Ale ty też jesteś dość żwawy jak na tak stare próchno. Teraz, niestety, możesz to wykorzystać tylko do przebierania nogami, choć, jak pewnie sam zauważyłeś, na niewiele ci się to zda. Jesteś...
Zamrugał, dostrzegając stojącego za magiem sukkuba. Chrząknął.
Więc jednak idiota, pomyślała, wywracając oczami.
- Jesteś zdany na moją łaskę, ty i twój, a właściwie mój, harem.
- Dziwię się, że tak szybko spisujesz mnie na straty – mag zaczął powoli się zbliżać. – Z tego co widzę, nie jestem pierwszym „władcą umysłu”, z którym walczysz.
- Nie zbliżaj się – ostrzegł, szybko podnosząc z ziemi pręt. – Teraz, gdy nie masz już sprawnych dłoni, nie muszę cię od razu zabijać. Przydasz mi się na wiele innych sposobów.
- Czy moi poprzednicy byli tak słabi, że nie potrafili rzucać zaklęć bez rąk? Co każe ci myśleć, że ja nie mogę?
- Gdybyś mógł, rzuciłbyś już w trakcie szarpaniny. A teraz stój, zanim...
- Pokażę ci, na czym polega prawdziwa magia.
- Sam tego chciałeś – wykonał proste pchnięcie, przebijając czarodzieja na wylot. Uśmiechnął się niepewnie, po czym, zdając sprawę z nieskuteczności ataku, jęknął przeciągle.
Z przerażeniem obserwował jak z rany maga wycieka nie krew, a esencja samej ciemności i powoli przybiera kształt szponiastej dłoni, zaciskającej się na pręcie. Był tak zafascynowany, że nie zwracał uwagi na trzaski zrastających się kości. Praktycznie bezwiednie pozwolił sobie wyszarpnąć broń i nawet nie usłyszał metalicznego brzęku.
- Ty się nas boisz, prawda? Widzę to w twoim oku. W trakcie zwarcia byłeś w bojowym szale... Ale teraz, gdy jestem poza zasięgiem twoim krótkich ramion, gdy wiesz, że nie zabije mnie żadna zwykła broń, gdy znasz mój sekret... Boisz się, bo wiesz, że nie masz szans.
Karzeł ryknął przeciągle i zaczął biec w stronę uśmiechniętego maga, zatrzymał się jednak w połowie drogi, całkowicie unieruchomiony. Napiął wszystkie mięśnie, ale znajoma, magiczna moc trzymająca go w okowach była daleko poza zasięgiem fizycznej siły. Czarodziej wykonał delikatny gest dłonią, a bezradny mężczyzna uniósł się w powietrze.
- Popełniłeś trzy błędy – ciągnął, nie zwracając uwagę na drgawki swego przeciwnika i pianę, jaka toczyła się z jego ust. – Raz, zapomniałeś o mojej towarzyszce, która przez cały czas trwania naszej szarpaniny mogła cię zajść od tyłu. Dwa, wyciągnąłeś pochopne wnioski. To, że nie rzuciłem zaklęcia bez wykonywania gestów nie znaczy, że tego nie potrafię. I wreszcie, trzy – nie wziąłeś pod uwagę, że ktoś wędrujący w towarzystwie sukkuba przez Mgławicę może być czymś więcej, niż tylko człowiekiem. Cóż za fatalny błąd.
Mężczyzna zabulgotał w odpowiedzi, odchodząc od zmysłów. Na jego skroni pojawiła się wielka, pulsująca żyła.
- Przestań się tak siłować. Biorąc pod uwagę twoją szybkość i siłę, ty również jesteś jednym z nas. W sumie nie wiem, czego się spodziewałem. Tak jakby w Mgławicy mogło żyć coś innego prócz demonów – uśmiechnął się smutno. – W końcu każda istota albo stanie się jednym z nich, albo zostanie przez nie pożarta. Wiem coś o tym.
Podszedł bliżej. Czarna dłoń wystająca z jego brzucha zaczęła jeździć szponami po szarej zbroi, jakby szukając szczeliny, którą dostałaby się do żywego mięsa.
- Zastanawiam się, co bardziej cię przeraża: czarodziej-człowiek, czy czarodziej-demon? Hmm? Ale dość już o tym. Skoro nas zaprosiłeś, nie odmówimy. Prowadź.
Machnął dłonią, ciskając bezwładnym karłem w stronę wcześniej wskazanych drzwi i wybijając w nich pokaźną dziurę. Odwrócił się w stronę Vayli, przy okazji zerkając na zawieszony balkon.
Jak on zlazł z tego cholerstwa tak szybko?
- Chodź.
Skinęła głową, uśmiechając się szeroko. Zaraz dogoniła maga, rzucając jeszcze przelotne spojrzenie na leżący na posadzce pręt.
- Swoją drogą, to strasznie głupie, rzucać się na czarodzieja z takim czymś.
- Och? Nie, nie. To akurat była najsprytniejsza część jego planu.
- Jak to?
- Kiedyś żył taki czarodziej, Tarczoskos, który był odporny na każdą broń stworzoną przez człowieka, tak zwykłą jak i magiczną. Według opowieści zwój z zaklęciem tej ochrony został wykradziony i krąży po dziś dzień gdzieś na czarnym rynku, ale to bzdura, moim zdaniem. Takie zaklęcie nigdy nie istniało, a stan Tarczoskosa był raczej wynikiem przypadku niż świadomego działania i jestem prawie pewien, że nawet on sam nie potrafił odtworzyć czaru, który zapewnił mu tak cudowną ochronę. Mimo to wielu wierzy, że chodzą po ziemi magowie, którzy znają to zaklęcie i żadna broń nie zrobi im krzywdy.
- Wciąż nie rozumiem.
- Widzisz, jego zaklęcie zapewniało ochronę tylko przed przedmiotami, które samo klasyfikowało jako broń. Niestety, miało w sobie parę błędów i nie wszystkie rzeczy, którymi można było zrobić krzywdę, uważało za groźne.
- Chcesz powiedzieć, że...
- Metalowe kijki były jedną z tych rzeczy.
- Więc, jak skończył ten cały... Tarczoskos?
- Jakaś banda uzbrojona w takie pręty napadła go podczas wieczornego spaceru i spałowała. Stąd wiadomo, że zaklęcie nie obejmowało tego typu broni.
- Smutne.
Drzwi okazały się prowadzić do rozświetlonego, niskiego korytarza, kończącego się łagodnym zakrętem w lewo. W ścianach co kilka metrów widniały zaciemnione wejścia do pojedynczych komnat. Po karle nie było śladu.
- Może jednak powinieneś był go zabić od razu?
- Niee, to tylko jakiś pomniejszy demon, nie stanowi zagrożenia – machnął ręką i wszedł przez rozwalone drzwi do tunelu. – Odrobina zabawy jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
- Nie jestem pewna, czy...
- Och, daj spokój. Co taki skrzat mógłby mi zrobić? – spytał, zaglądając po kolei do każdego z pomieszczeń.
- Jest w nim coś dziwnego.
- Właściwie, to chyba wiem, na czym polega jego sekret. Czytałem kiedyś o artefakcie, który umożliwiał... CO TO KURW...
Z ciemności komnaty wyskoczył oszalały karzeł, śmiejąc się opętanie i plując żółtą pianą. Obalił starca na ziemię swoim ciężarem i zaczął okładać pięściami po twarzy.
Skóra na czole zafalowała i otworzyło się pokryte śluzem oko, ale celny cios wgniótł je chwilę później w głąb czaszki.
- Pozwól, że teraz JA wymienię TWOJE błędy. Po pierwsze, czarodziejska DUMA.
Pięść maga dosięgła jego twarz, ale ten zdawał się nawet nie poczuć uderzenia. Vayla stuknęła jednym karwaszem o drugi, z ponurym uśmiechem obserwując wysuwające się z nich ostrza.
- Po drugie, czarodziejska DUMA. A po trzecie... Heh, zgadnij, co?
Podeszła swobodnie do walczącej pary i stanęła za plecami karła.
- CZARODZIEJSKA DUMA!
Objęła go za szyję w czułym uścisku, przyciskając ostrza do skóry. Krzyknęła, gdy nagle złapał obydwie jej ręce i unieruchomił.
- Powinnaś zostawić walkę mężczyznom, dziwko.
Wyskoczył do góry, trafiając czubkiem głowy w jej podbródek, po czym, tak dla pewności, uderzył ją na odlew w skroń. Zachwiała się, po czym upadła bezwładnie.
- I tyle. Wracając do ciebie... – uniósł rękę do zadania kolejnego ciosu, ale zawahał się, widząc, że twarz maga, przed chwilą zmasakrowana, znów jest bez szwanku. – Cholerne sztuczki.
Zamachnął się, ale tym razem dłoń starca wystrzeliła gwałtownie i zatrzymała nadlatującą pięść. Karzeł natychmiast wykorzystał drugą rękę, z tym samym efektem.
- I co teraz? – spytał czarodziej, a na jego czole po raz kolejny otworzyło się trzecie oko.
- Twoje popisy nie robią na mnie wrażenia.
- Już nie?
- Naprawdę myślałeś, że tak łatwo mnie pokonasz? Zabijałem czarodziei, kiedy ty jeszcze srałeś w pieluchę.
- Zabawne, to samo mógłbym powiedzieć o tobie i demonach.
- Nie jestem jakimś tam zwykłym demonem, starcze. Moja ludzka forma nie jest przypadkowa. Potrzebowałem jej... Nargh, szkoda gadać. Ma tak wiele zalet, że nawet nie wiedziałbym, od czego zacząć.
- Mów do mnie jeszcze.
- Czas na rozmowy się skończył. Pora umieRAĆ – ostatnią sylabę wydusił przez zaciśnięte zęby, napierając z całej siły na kościste ręce maga.
- Nie jesteś zwykłym demonem, co? A ja nie jestem zwykłym czarodziejem, choć ty z jakiegoś powodu mi nie wierzysz, albo po prostu nie słuchasz. Dlatego pokażę ci, ten jeden raz...
Karzeł warknął, gdy czerwone szaty rozpłynęły się w szarej mgle i otoczyły maga, wirując szaleńczo. Prychnął, widząc, że jego pięści nie są już w dłoniach starca, ale w szponiastych, czarnych łapach.
- Twoje iluzje... – urwał, tracąc równowagę. Uchwyt rozluźnił się, a on, mimo rozpaczliwych prób, zleciał z szybko rosnącego cielska.
Zaczął gramolić się z ziemi, nie tracąc czasu na przyglądanie się wystającym z mglistego kokonu skrzydłom czy ogonowi. Wstał znacznie szybciej niż powinien wstać ktoś odziany w zbroję (o ile w ogóle byłby zdolny do takiego czynu), ale i tak było już za późno.
Czarna łapa chwyciła go za głowę i uniosła powoli aż do sufitu, na wysokość jaszczurzego pyska ozdobionego fantazyjnymi rogami. Troje pomarańczowych oczu wpatrywało się z rozbawieniem w szamocącą się zdobycz, która teraz, w porównaniu z dwumetrowym demonem-magiem, wydawała się jeszcze mniejsza.
- Przestań – rozległ się głęboki głos, zdublowany drugim, znacznie niższym.
Karzeł rzucił mu przelotne spojrzenie, po czym zdwoił wysiłki. Spróbował odgiąć czarne szpony, te jednak mocno przylegały do jego czaszki.
- Biedna istoto, ty wciąż myślisz, że to jest iluzja. Co mogło spowodować, byś w Mgławicy, domu demonów, spodziewał się spotkać nie demona, a czarodzieja? Jakiś uraz z dalekiej przeszłości, czyż nie? Pokaż mi...
Trzecie oko otworzyło się szerzej, ściągając spojrzenie szalejącej istoty i nie pozwalając przerwać raz powstałego kontaktu.
- ARGH!
Karłem wstrząsnęły konwulsje gniewu. Czuł, jak dobiera się do jego umysłu, jak czyta jego myśli i próbuje otworzyć szuflady pełne sekretów i strasznych tajemnic. Znał to uczucie, och jak dobrze je znał. Wspomnienia mimowolnie powróciły, odsłaniając się przed wścibskim okiem maga.
Nie zwlekając ani chwili zaczął obwarowywać swój umysł murami nienawiści. Wiedział, że to jedyny skuteczny sposób i nie pomylił się.
- POKAŻ MI. PRZESTAŃ SIĘ OPIERAĆ.
- Gówno ci pokażę.
- Bardzo dobrze, nie to nie. W takim razie pozwól, że ja pokażę coś tobie. Spójrz...
Na marzenie.

***

Vayla otworzyła powoli oczy, ale zaraz zamknęła je z powrotem, oślepiona jasnym światłem. Z tyłu głowy czuła przyjemny chłód kamieni, ale cała twarz zdawała się płonąć. Mlasnęła, smakując własnej krwi. Zdawało jej się, że siedzi, ale nie miała pojęcia, jak znalazła się w tej pozycji. Gdzieś w oddali słyszała głosy, zagłuszane przez szum w jej głowie.
Kurwa.
Już dawno przyrzekła sobie, że nie będzie wdawać się w żadne walki. Intrygi, trucizny i ciosy w plecy jak najbardziej, ale nie bezpośrednie starcia. No, chyba, że z ludźmi. Sukkuby do innych rzeczy były stworzone.
Z drugiej strony skąd mogła wiedzieć, że ten cuchnący skrzat zareaguje tak szybko?
- Uch...
- A, Vaylo. Zastanawiałem się już, czy cię przypadkiem nie zabił – klęczący przy niej mag uśmiechnął się z czymś podobnym do troski. – Jestem wdzięczny, że chciałaś mi pomóc, ale proszę, rób to rozważniej. Jesteś teraz częścią marzenia i nie mogę pozwolić, by coś ci się stało.
- Aha... – wciąż lekko zamroczona, podniosła się z niewielką pomocą.
- Nie wiedziałem, że masz kolczyk w uchu – starzec przekrzywił głowę. – Co to?
- Ych, co? A, to. Perła. Ależ mi przywalił, ten mały ścierwojad. Mam nadzieję, że bardzo cierpiał.
- Skarbie, całe moje życie to cierpienie.
Drgnęła na widok karła, stojącego po drugiej stronie korytarza. Spojrzała pytająco na maga.
- Czemu on jeszcze żyje?
- Przez te kilka chwil, gdy byłaś nieprzytomna, wiele się zmieniło.
- Nie...
- Można śmiało powiedzieć, że doszliśmy do porozumienia. Dulrick, bo tak ma na imię, obiecał, że już nie będzie rozrabiał.
- I ty mu uwierzyłeś, tak?
- Tak. I ty też śmiało możesz.
- Gdzie się podziała twoja nieufność, magu?
- Nie powiedziałem, że mu ufam, tylko wierzę w tej jednej sprawie. Uznamy, że te przykre zdarzenia nie miały miejsca i ugości nas tak, jak to na początku zapowiadał.
- Wspaniale – westchnęła. – Jeśli jego nora śmierdzi chociaż w połowie tak jak on, to ja poczekam na zewnątrz.
- Twój harem ma bardzo cięty język, magu. Może powinieneś go powstrzymać, zanim zrobię to osobiście?
- Pamiętaj, co mi obiecałeś.
- Obiecałem zostawić w spokoju ciebie, nie twój harem.
- To nie mój harem, ale towarzyszka w podróży. Jest częścią mnie i mojej drogi, a każdy atak wymierzony w nią jest wymierzony we mnie.
- Niech będzie i tak – wzruszył ramionami i splunął.
- Prowadź – mag wykonał zachęcający gest ręką.
- Skoro wyrwałeś mi już moje imię, to może sam też się przedstawisz? Twoja... ehrm, towarzyszka to Vayla, o ile dobrze usłyszałem. A ty...
- Jestem Mold. Argan Mold – skłonił się lekko.
Burknął coś pod nosem i dał znak, by podążyli za nim.
Prostokątna komnata, do której ich zaprowadził, rzeczywiście znajdowała się w korytarzu, który wskazał na początku. Nie była duża, a w dodatku zagracona dziesiątkami drewnianych skrzyń i dziwnych maszyn o niewiadomym przeznaczeniu. Na większości przedmiotów zalegała gruba warstwa kurzu i właściwie tylko trzy skrzynie, służące jako stół i siedziska były od niego wolne. Na środku sufitu znajdowała się mała, pęknięta półkula, a z jej wnętrza na brunatnym przewodzie zwisała szklana bombka, kształtem przypominająca gruszkę. Jej słabe, blade światło oświetlało tylko stół, resztę pomieszczenia pozostawiając w nieprzyjemnym półmroku.
- Ot, moje skromne progi – rozłożył ręce. – To oczywiście nie jedyna komnata, której używam. Jest ich wiele. Tu jednak spędzam większość czasu, hehe... – postukał paluchem w powierzchnię stołu, brudząc go przy okazji w czarnym smarze. – Majsterkując.
- Nawet tak nie śmierdzi – mruknęła Vayla.
- Miewasz... gości? – spytał mag, wpatrując się w dwa prowizoryczne krzesła.
- Yy... Czemu? – karzeł przestał ssać brudny palec i spojrzał niepewnie na starca.
- Pytam z ciekawości.
Skóra na czole czarodzieja zmarszczyła się i pękła.
- Dobra, dobra. To nie tyle gość, co... – spojrzał na Vaylę. – Towarzysz.
- Towarzysz, powiadasz?
- Taa. Nie należy może do najbardziej rozmownych, ale to dobry kompan. Pomaga mi czasem w naprawianiu mechanizmów. Zdaje się na nich znać o wiele lepiej niż ja, choć zazwyczaj zachowuje się jak półgłówek.
- Gdzie też się podziewa ta interesująca persona?
- Skoro nie ma go tu, to albo jest w sterowni albo się modli.
- Co robi?
- No, może nie modli – nachylił się do przodu, jakby chcąc zdradzić jakiś sekret. – Szczerze mówiąc to nie wiem, co on robi. Siedzi i gapi się w ścianę. Może po prostu świruje. Nie wiem. Kiedyś z nim siedziałem przez bitą godzinę, a on nie zrobił absolutnie nic.
- Chciałbym się z nim zobaczyć.
- Po co? On ci nic nie powie.
- Z ciekawości.
- Równie dobrze możesz poczekać tu. Komnata, w której się modli, jest położona bardzo daleko, w starej części kompleksu.
Sukkub zmarszczył brwi, próbując sobie wyobrazić coś starszego od tego, co już widzieli.
- Masz mapy?
- Mam, ale...
- Pokaż.
Z chrapliwym westchnięciem pogrzebał chwilę w jednej ze skrzyń i wyciągnął pożółkły zwój papieru. Rozłożył go na stole, nie bacząc na zabrudzenia i strącając kilka z leżących na nim śrub. Wskazał grubym palcem na niewielki kwadracik we wschodniej części wyrysowanego starannie labiryntu.
- To tu. Trzeci poziom katakumb.
- Katakumb?
- Może nie dosłownie, ale ta nazwa najlepiej pasuje do tego, co się tam znajduje.
- Ciekawe. To mi wystarczy – odwrócił się, by wyjść.
- Czekaj, jak ty chcesz tam dojść?
Mag przeszedł przez korytarz i zniknął w ciemności komnaty na przeciwko.
- Moldzie? – Dulrick szybko podążył za nim, rozglądając się swym prawym okiem po pustym pomieszczeniu. – Co jest? Moldzie!
- Zapomnij – odezwała się Vayla, wyraźnie niezadowolona z zostania sam na sam z paskudnym karłem. – Jego już tu nie ma.

***

Prowadźcie mnie, umiłowane cienie. Otwórzcie przede mną swoje portale nicości, przez które nie przejdzie żywa istota. Wskażcie mi drogę pośród ciemności, która jest teraz tak waszym, jak i moim domem. Przez czarne ziemie tego, co minęło bezpowrotnie.
Prowadźcie.

Wysunął się bezszelestnie z zalegającego w korytarzu mroku. Odetchnął głęboko powietrzem minionych tysiącleci, nieporównywalnego z niczym innym.
Spojrzał na znajdującą się na końcu tunelu komnatę pozbawioną drzwi, z której sączyło się jedyne tutaj światło, dziwnie ciepłe i niepodobne do tego wytwarzanego przez magiczne czy mechaniczne kule. Zaczął iść, starając się nie kopnąć żadnego z kawałków gruzu, leżących wszędzie dookoła.
Przyspieszył, palony ciekawością, jednak przed samym wejściem zatrzymał się gwałtownie, jakby natrafiając na niewidzialną ścianę. Jego serca zabiły mocniej.
Komnata była malutka, przypominała raczej okrągła celę. Po posadzce pozostały jedynie pojedyncze płytki, podłogę zaś stanowiła brunatna ziemia, wzbogacona kamiennymi odłamkami i starożytnym kurzem.
Tym, co wprawiło czarodzieja w osłupienie, było niewielkie okienko na ścianie po prawo, z którego sączyły się ostatnie promyki zachodzącego Słońca. I to nie tego słońca, którego doświadczył w Mgławicy, o zimnym, bladym świetle ledwo dającym radę zalegającym na ziemi cieniom, tylko tego prawdziwego, ciepłego... ziemskiego.
- Wejdź, grzeszniku – rozległ się suchy głos z wnętrza komnaty.
Mag stał jeszcze przez chwilę, zaintrygowany, po czym wszedł do środka. Spojrzał w lewo, gdzie na ciemnym krześle siedział ludzki szkielet, ucięty kilka kręgów poniżej klatki piersiowej. Sprawiał wrażenie jakby miał co najmniej kilka tysięcy lat. Kości były pożółkłe, pełne plam i niewielkich uszkodzeń, co najlepiej widoczne było na czaszce. Czarodziej prawie natychmiast zauważył, że sieć pęknięć tworzyła na czole coś na kształt oka.
W oczodołach jarzyły się dwa białe światełka, podobne do gwiazd zawieszonych w bezgranicznej czerni kosmosu. Zdawały się być skupione na słonecznych promieniach.
- Jak mnie nazwałeś?
- Grzesznikiem – odparł, choć jego żuchwa nie poruszyła się nawet o milimetr. Mimo to jego głos nie był telepatią i rozbrzmiewał w powietrzu jak każdy inny dźwięk. Był dość oschły, spokojny i przywodził na myśl szelest starych stronic, w żadnym razie nie przypominał jednak skrzeczenia i syczenia nieumarłych.
- Dlaczego?
- Nie jesteś nim?
- Skąd możesz wiedzieć, kim jestem?
- Nie mogę. Więc bądź Przyjacielem.
- Nie – odparł szybko, prawie automatycznie. Zmarszczył brwi, jakby zdziwiony własną reakcją. – Nie. Nazywaj mnie jak chcesz. Nazwy nie mają znaczenia.
- Imiona mają. Jak masz na imię?
- Argan Mold.
- Był taki pisarz.
- To... to prawda – wykrztusił, zaskoczony. Spodziewał się następnego pytania, tym razem o prawdziwe imię, to jednak nie padło.
- Jesteś stary?
- Nie widać?
- Wygląd nic nie znaczy. Nazwy nie znaczą. Imiona tak.
- Jestem. A ty?
- Jestem. Jesteś Astrologiem?
- Nie – uśmiechnął się lekko. – Tylko czarodziejem.
- To samo.
- Co...? Nie, to nie jes...
- Jesteś stamtąd, prawda? – spytał, unosząc swoją rękę i wskazując kościstym palcem wpadające przez okno resztki światła.
- Z Ziemi? Tak. Ty nie?
- Ja... – zawiesił głos. Jego żuchwa drgnęła lekko, a świecące punkty zamigotały.
Mag czekał na odpowiedź kilka minut, ta jednak nie padła. Już chciał coś powiedzieć, gdy szkielet ponownie zabrał głos:
- Odeszły.
Rzeczywiście, ostatni z promyków wpadających przez okno właśnie dogasał, pogrążając komnatę w całkowitych ciemnościach.
- Dobranoc, dzieci. Czas iść.
Zsunął się z fotela i podniósł kawałek pergaminu i malutką fiolkę z płynem, leżące obok.
- Co? Czekaj, co robisz? – spytał czarodziej. Wyjrzał przez okno, to jednak okazało się zamurowane. – Co do...? Chcesz powiedzieć, że to światło było z Ziemi?
- Było, tak.
Odkorkował buteleczkę i wylał jej zawartość na kartkę. Czarodziej zamilkł, patrząc z fascynacją i niedowierzaniem jak papier pęcznieje i na jego oczach zmienia się w wielkiego, białego dzika. Szkielet ręcznie wdrapał się na jego grzbiet i wydał z siebie niezrozumiały okrzyk. Zwierze zatrzęsło się, warknęło i wykonało niesamowity skok, przenikając przez sufit i zostawiając maga samego w ciemnej komnacie.
- To było... niecodzienne.

***

Podczas gdy czarodziej przebywał w katakumbach, Vayla postanowiła lepiej przyjrzeć się ich nowemu znajomemu. Zbroja, jeśli tak można było nazwać ten dziwaczny kombinezon, który miał na sobie, zdecydowanie nie należała do najpiękniejszych. Pomijając nietypowy kształt była całkiem matowa, pełna zadrapań i wgnieceń. Skórzane wykończenia były niedokładne, tak jakby twórca gdzieś się spieszył. Jedynym, co jej się podobało w tym kawałku metalu, był wyryty na naramienniku symbol przedstawiający białego nietoperza. Naprawdę milusi.
Zbroja i tak była w całkiem niezłym stanie, jeśli porównać ją z właścicielem. Był jeszcze niższy niż początkowo myślała, sięgał jej ledwo do piersi. W pokiereszowanych uszach tkwiły wyjątkowo brzydkie kolczyki. Szare ścierwo na jego głowie rzeczywiście było resztką włosów, w dodatku zatłuszczonych i pełnych czarnego łupieżu.
Cerę miał całkowicie zniszczoną – była blada, wręcz szara, a w dodatku schorowana, pełna blizn i innych paskudztw, wyglądających na nieuleczalne. Wąsy przywodziły na myśl kłębek drutów, a metalowe oko z wyrytą na jego powierzchni czerwoną runą, które czasami pokazywał, przyprawiało ją o gęsią skórkę i dopełniało obrazu nędzy i rozpaczy. Jednym słowem...
- Brzydal.
Spojrzał na wydymającą z niechęcią usta Vaylę i wyszczerzył metalowe zęby.
- Powinnaś zobaczyć, co mam między nogami. To jest dopiero brzydkie – zmarszczył brwi, popadając w zamyślenie. – A przynajmniej było, kiedy ostatni raz je widziałem.
- A to dobre – prychnęła. – Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby był równie mały, co ty.
- Rozerwałbym cię nim na strzępy, dziwko. Jak nie miałem pod ręką siekiery, to rąbałem nim drewno.
- Nawet by się nie podniósł.
- Bwahah! Tu cię zaskoczę. Przyznaję, było trochę problemów, ale zamontowałem w nim pompkę. Wystarczy jeden przycisk i po paru chwilach jest zwarty i gotowy.
- No i po co to?
- Nigdy nie wiesz, kiedy może się przydać – mówiąc to, poklepał się po kroczu.
- Powiedz mi lepiej gdzie jest tu jakieś lustro. Muszę zobaczyć, czy mnie nie oszpeciłeś.
- Tu nie ma luster. Ale nie wyglądasz źle.
- NIE WYGLĄDAM ŹLE? Co to znaczy? Ja muszę wyglądać zniewalająco.
- Na to, skarbie, jest już chyba za późno o kilkaset lat.
Rzuciła mu mordercze spojrzenie. Syknęła, dotykając zaczerwionego miejsca.
- Nie płacz, wyliżesz się.
- Wiem. Powinnam cię przykładnie ukarać, ale i bez mojej pomocy wyglądasz już dostatecznie źle.
- Hej, ja tylko się broniłem. Chciałaś mi rozpłatać gardło.
- Uwierz mi, tak byłoby dla ciebie lepiej.
W korytarzu rozległ się stukot kopyt. Przy akompaniamencie parsknięć i chrząknięć w drzwiach pojawił się wielki dzik.
- Ach, jesteś już – Dulrick podszedł do wierzchowca i pogładził go po ryju.
- Co to za bydle? – spytała chłodno. Zmarszczyła brwi, widząc zsuwający się po gęstym futrze beznogi szkielet. – I co za cholerstwo po nim łazi?
Chciała rzucić jeszcze jedną kąśliwą uwagę, ale zaniemówiła widząc, jak karzeł łapie dzika i składa go jak kartkę papieru. Stało się to wyjątkowo szybko i gdy potem próbowała odtworzyć to zdarzenie, umysł odmawiał jej posłuszeństwa, jak gdyby chciała pojąć nieskończoność. Nie potrafiła tego nawet dobrze opisać, ani tym bardziej wytłumaczyć. Po prostu: złapał, złożył, schował.
Mag stojący w drzwiach po drugiej stronie miał taką podobną minę do niej.
- Więc... – zaczął, wciąż będąc w lekkim szoku. – To twoje zwierze?
- Ano. Fajne, co? W ciągu dnia potrafi przebyć pięć tysięcy mil.
- Nie wiem, od czego zacząć. Myślałem, że widziałem już wiele, ale to... To...
Zachwiał się i oparł o ścianę. Serca zaczęły walić mu jak oszalałe, a świat zawirował przed oczami.
- A tobie co znowu? – Dulrick uniósł brwi. Żuchwa szkieletu opadła lekko, jakby w uśmiechu.
Rzeczywistość zaczęła skrzypieć niczym słabo naoliwione drzwi. W tunelach rozległo się przeciągłe wycie międzywymiarowego wiatru, niosącego ze sobą cichy głos.
- Moje imię... – wyszeptał. Z przerażeniem przeleciał po twarzach zebranych, ale oni zdawali się nie słyszeć tego, co on. Odetchnął głośno z ulgą.
Niesamowite uczucie, jak gdyby coś wsysało go od środka, wciąż się nasilało, podobnie jak głos nieustannie wypowiadający jedno słowo. Upadł na jedno kolano.
- Co ci jest? Arganie? – Vayla chciała podejść do maga, zatrzymała się jednak w pół kroku, widząc obłąkany uśmiech przecinający jego twarz.
- Udało się – mruknął pod nosem i zachichotał. Odrzucił głowę do tyłu, a jego szaty zaczęły się rozpływać w gęstej mgle. Trzecie oko otworzyło się gwałtownie. – UDAŁO SIĘ!
- Arganie! – spróbowała chwycić go za rękę, ta jednak była już niematerialna. Otworzyła szeroko oczy. – Ty...
- Nadszedł czas.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

pt sie 01, 2008 2:05 am

Kolejny rozdział. I kolejny skrawek świata:

Istnieje dziewięć bóstw, a są to: Bóg Traw, Bóg Ogniska, Bóg Deszczu, Bóg Wiatru, Bóg Gwiazd, Bóg Śmierci, Bóg Światła i Bóg Ciemności. Każdy z nich jest oddzielnym bytem, a zarazem stanowią jedność - Boga Wszechrzeczy, z którego się zrodzili.
Gdy piszę "bóg", to właśnie mam na myśli. Są nieskończeni, wieczni, całkowicie poza ludzką wyobraźnią i zasięgiem. Nie mają form i cech znanych człowiekowi, ani nawet emocji w ludzkim rozumieniu tego słowa. Nie można ich zabić, ani nawet zobaczyć, choć mówi się, że można dostrzec ich odbicia w otaczającym nas świecie - w kroplach deszczu, kołysaniu się traw i dmącym wietrze. Ludzie przedstawiają ich jako starców zebranych przy jednym stole z jednym wolnym krzesłem, symbolizującym Boga Wszechrzeczy. W najstarszych źródłach pojawia się jeszcze jedno, dziesiąte krzesło o nieznanym przeznaczeniu.
Nie są "wyznawani", nie potrzebują ludzkiej wiary, by istnieć. Bóg Wszechrzeczy istniał od zawsze, zaś jego osiem oblicz odpowiada ośmiu drogom, jakimi człowiek może przemierzać swe życie i ośmiu materiom, jakie rządzą światem. I tak na przykład Bóg Śmierci jest zarazem panem losu i przeznaczenia, a zarazem patronem ludzi, którzy nie doszukują się w życiu większego sensu i żyją po to, by umrzeć. Bóg Gwiazd jest zaś symbolem dążenia do celu, szukania prawdy i spełniania swych marzeń, oraz patronem czarodziejów i Astrologów.
Kapłani (Traw, Wiatru, Deszczu i Ogniska) nie spędzają czasu na modlitwach, ale na życiu zgodnie z ich własną Drogą. Zazwyczaj nie posiadają żadnych magicznych zdolności, przez co wielu kwestionuje w ogóle istnienie milczących bogów.
Wyjątkiem są wyznawcy Boga Światła i Ciemności. Kościół Boga Światła jest odpowiednikiem naszego katolickiego w średniowieczu, zawzięcie zwalczającego wszelkie inne religie z wyznawcami Ciemności i magami na czele. Posiada ogromną armię i stanowi jedną z głównych sił rządzących całym kontynentem, a centrum Kościoła, ogromne miasto zwane Stolicą, budzi grozę w każdym kraju. Jego kapłani posiadają największe magiczne moce ze wszystkich, choć w porównaniu do czarodziejskich wypadają dość mizernie. Pojawią się też zarzuty, jakoby moc kapłanów światła nie pochodziła od boga, ale, tak jak u czarodziei, z wewnętrznej mocy człowieka, który tą rzekomo posiada.
Warto dodać, że wyznawcy Boga Ciemności nie są, wbrew pozorom, sługami zła (żaden z bogów nie jest "zły"). Ich Droga polega na swobodnym podążaniu za swymi namiętnościami, ale z uwzględnieniem innych ludzi. Krótko mówiąc - rób, co ci się żywnie podoba, byleś nie krzywdził innych.
Kościół Światła ma na ten temat inne zdanie, oczywiście, jedyne słuszne.




Rozdział VII
Układanka


- Przywołanie demona, moi drodzy, jest: A – niebezpieczne, B – niezwykle skomplikowane, C – niebezpieczne i wreszcie D – zakazane. Tak, wiem, że powtórzyłem „niebezpieczne” dwa razy, ale zrobiłem to specjalnie, by uzmysłowić wam, że to naprawdę jest NIEBEZPIECZNE. Powinienem też powtórzyć dwa razy „zakazane”, ale myślę, że z tego wszyscy zdajecie sobie dobrze sprawę. Nigdy nie można w pojedynkę rzucać zaklęcia przywołania, tylko w grupach i pod nadzorem. Dodatkowo, każde przywołanie musi zostać skrupulatnie opisane, nawet treningowe, takie jak to. Opisy muszą być dwa – jeden dla wewnętrznej biblioteki, drugi zaś dla Stolicy. Sekretarze zajmą się resztą... Ale dość biurokratycznych szczegółów. Wszyscy tu jesteście doświadczonymi kapłanami i na pewno sami świetnie znacie procedury.
Przywołanie jest jednym z najstarszych zaklęć figurujących w księgach. Już w zamierzchłych czasach Astrologowie dokonywali tych bluźnierczych aktów, by dla osobistych korzyści sprowadzać na świat zło wcielone. Myśleli, że ich moc była wystarczająca, by ujarzmić tę dziką siłę, ale, jak wszyscy dobrze wiemy, pomylili się i zapłacili za to najwyższą cenę.
Prawdą jest, że byli wyspecjalizowani w przywoływaniu i robili to znacznie lepiej niż my, ale pamiętajcie, że my mamy coś, czego oni nigdy mieć nie mogli – błogosławieństwo jedynego słusznego boga, który da nam siłę wystarczającą do zniszczenia tych plugawych stworzeń. Tak więc w nim pokładajcie swą wiarę, bowiem to jego przychylność zadecyduje o waszym powodzeniu.
Wasze serca muszą być pełne wiary, umysły oczyszczone ze zbędnych myśli, a wy sami musicie być w pełni skupieni na wykonywanym zadaniu. Zero wahania, zero strachu. Jeśli dopadną was wątpliwości, wasze życie znajdzie się w zagrożeniu. Pamiętajcie, że wątpliwości prowadzą do zagubienia, a zagubienie do namiętności. Dokąd prowadzą namiętności, nie muszę nawet mówić.
Jednak wiara nie może być waszym jedynym oparciem. Wiedza, moi drodzy. Bez niej nawet nie macie co marzyć o przywołaniu demona. Musicie dokładnie znać wszystkie symbole, formułki, gesty... I gdy mówię „dokładnie”, to właśnie mam na myśli. Także staranność i schludność są pożądanymi cechami. Przy rysowaniu run musicie być bardzo skrupulatni i wszelkie pomyłki korygować na bieżąco.
Widzę strach na wielu waszych twarzach. Z jednej strony to dobrze – zrozumieliście, że z demonami nie ma żartów. Jednak muszę was uspokoić. Rozumiemy, że pierwszy raz bywa niezwykle stresujący, sami też to przeżywaliśmy. Myślę, że nawet nasz poczciwy Pierwszy Arcykapłan Dystryktu pamięta swoje pierwsze przywołanie, choć musiało być, hihi, ładnych kilka wieków temu.
Nie macie się czym martwić. Wasze życie ani przez chwilę nie będzie zagrożone. Ja, wraz z pozostałymi instruktorami i samym arcykapłanem będziemy was obserwować i pilnować, więc w razie kłopotów zainterweniujemy. Jedyną konsekwencją waszego niepowodzenia będzie negatywny wynik egzaminu, a ten przecież można powtórzyć.
Wiem, że jesteście dobrze przygotowani, bo sam brałem w tym udział. Nie ma się co bać. Wszystko będzie dobrze.
Dobrze, co? Gdy tak wtedy mówił, człowiek naprawdę mógł uwierzyć, że przywołanie demona to nic wielkiego. Kaszka z mleczkiem, przecież jest się dobrze przygotowanym, serce i umysł ma się czyste, wiarę mocną i stabilną... A nawet gdyby coś poszło nie tak, to przecież nad wszystkim czuwali instruktorzy z samym arcykapłanem na czele. Już samotny, nocny spacer po parku wydawał się bardziej niebezpieczny. Człowiek tak myślał i rzeczywiście się uspokajał.
Wiedziała jednak, że wszystko to było tak naprawdę ułudą, która ostatecznie zamiast pomóc, tylko zaszkodziła.
Bo teraz, stojąc naprzeciwko poszerzającej się szczeliny w rzeczywistości, prowadzącej do mglistego i tajemniczego świata wypełnionego największymi koszmarami, jakie tylko mógł zrodzić ludzki umysł, nie czuła ani czystości serca, ani spokoju ducha, a już na pewno nie skupienia. Wciąż wierzyła, ale nie w bożą pomoc, a w to, że wszystko się zaraz spieprzy.
Ta groza wylewająca się z otwierającego portalu... Jęki milionów potępionych dusz, wycie wiatru spomiędzy światów, dziwne skrzypnięcia, chrząknięcia, warczenie i setka innych odgłosów, niemożliwych do rozróżnienia, wszystko to zlewało się w istną kakofonię, która doprowadzała ją do granic wytrzymałości. Cała była już mokra od potu, w głowie jej huczało, a słowa zaklęcia nie chciały wychodzić z suchego gardła.
Raz zerknęła na towarzyszy, ale ich twarze były spokojne i skupione. Miała nadzieję, że po niej też nie było niczego widać, bo w przeciwnym razie będzie się musiała gęsto tłumaczyć.
Trzaski i huki wzmogły się, gdy szara kula rozkwitła niczym przeklęty kwiat i otworzyło się przejście do drugiego wymiaru.
Płomienie świec zadrgały, a wszystkie cienie w pomieszczeniu pogłębiły się. Światło dnia, wpadające do sali przez spory świetlik w suficie, stało się dziwnie matowe i słabe.
Arcykapłan zmarszczył brwi. Nachylił się w stronę siedzącego obok instruktora.
- Powiedz mi, czy to aby na pewno jest sukkub?
- Oczywiście, Najwyższy Ojcze.
- Skąd ta pewność?
- Wszystko było dokładnie sprawdzane, tak jak zawsze. Nie ma możliwości, by zaszła tu jakakolwiek pomyłka.
- Doprawdy... Jaki ma numer?
- Już, chwileczkę – kapłan otworzył leżący na kolanach notes i zaczął go wertować. – Dwudziesty pierwszy, z piątego kręgu.
- Piąty krąg... Przecież on zawiera imiona demonów, które nie były jeszcze przywoływane.
- Tak, Najwyższy Ojcze, ale każde imię posiada opinię arcykapłana, które świadczy o jego autentyczności.
- Kto poświadczył w tym wypadku?
- Arcykapłan Marius Aneville, panie.
- Ciekaw jestem, skąd były arcykapłan peryferyjnego okręgu mógł być tak pewnym tego imienia. Powinienem był lepiej przejrzeć te dokumenty, ale teraz już za późno.
- Jeżeli coś budzi twój niepokój, Najwyższy Ojcze, rozkażę przerwać rytuał.
- Nie, nie. Kontynuujmy. I módl się, by to naprawdę był sukkub, bowiem to ty jesteś odpowiedzialny za wszelkie przygotowania i to ty poniesiesz ewentualne konsekwencje.
- T-tak.
W buczącym portalu pojawił się drgający zarys sylwetki. Przy akompaniamencie odległych szeptów z otwartego okna wysunęła się powoli zmysłowa kobieta odziana w wyjątkowo skąpy strój. Z piersi pierwszego instruktora wyrwało się westchnienie ogromnej ulgi.
Była zdecydowanie najpiękniejszą istotą, jaką kapłani kiedykolwiek widzieli i nawet dwie dziewczyny, biorące udział w przywołaniu, nie mogły odmówić jej piękna. Skórzaste skrzydła, zakończone kopytami nogi, spiralnie zakręcone rogi czy ogon, wszystko to jedynie dodawało jej piękna i wbrew pozorom wcale nie odpychało.
Cudowne usta trwały lekko uchylone, oczekując pocałunków. Oczy o niezwykłych, fioletowych tęczówkach obiecywały nieziemskie rozkosze i płonęły z pożądania. Na policzkach kwitły rumieńce fałszywego wstydu.
Smukłą dłonią odgarnęła wpadające jej do oczu czarne włosy, odsłaniając przy tym ucho z białym kolczykiem. Mrużąc oczy spojrzała w górę, na świetlik wpuszczający jasne promienie Słońca, padające dokładnie na miejsce przywołania. Rozejrzała się po komnacie. Zamrugała, a lubieżny uśmiech znikł z jej twarzy, zastąpiony wyrazem całkowitego zaskoczenia.
Lśniące na podłodze runy zmieniły kolor z zielonego na czerwony, a szary portal zamknął się z cichym sykiem. Kapłan przewodniczący rytuałowi wystąpił do przodu i wykrzyczał demoniczne imię, chcąc zmusić bestię do uległości. Sukkub patrzył się na niego tępo. Przekrzywił głowę i ponownie zamrugał, jak gdyby nie dowierzał własnym oczom.
Co to...?
Nie zwracając uwagi na słowa kapłana przeleciał wzrokiem po twarzach duchownych, tych stojących wokół kręgu jak i tych na platformach z tyłu. Uczniowie wyraźnie rozluźnili się, widząc jego wahanie i zagubienie.
Czy to możliwe...? Oni wszyscy...
- Przeklinam cię, demoniczny sługo namiętności i po raz trzeci wzywam do ukorzenia się przed mocą boga! Odpowiedz!
To są...
Kapłan zmarszczył brwi, widząc, że demon go w ogóle nie słucha. Wyglądał tak, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy ze swojej sytuacji. Przyzywający odchrząknął i przemówił głośniej, jednocześnie wyciągając rękę do przodu.
Delikatne usta sukkuba wykrzywił szeroki grymas uśmiechu. W fioletowych oczach zapłonął dziki ogień.
To są ludzie.
Targnięty nagłym spazmem odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się opętańczo. W jego początkowo słodki i niewinny śmiech szybko wkradła się fałszywa nuta, pulsujące rzężenie, zupełnie niepasujące do delikatnego ciała kusicielki i przywodzące na myśl makabryczne stworzenia, które nigdy nie powinny opuszczać światów sennych koszmarów.
Kapłan obejrzał się niepewnie. Siedzący na podwyższonej platformie instruktor dał mu ręką znak, by kontynuował.
Nagle śmiech urwał się, a demon obejrzał szybko otaczające go runy, chichocząc pod nosem. Nie zważając na rozkazującego mu mężczyznę, ponownie przeleciał wzrokiem po twarzach zgromadzonych i zatrzymał się na czarnowłosej kapłance, stojącej po lewej.
Ta cofnęła się o krok, nie mogła jednak przestać patrzeć w niezwykłe oko na środku jego czoła, które pojawiło się dosłownie znikąd. Czas zatrzymał się na ułamek sekundy.
Silny głos uderzył w demona niczym setka igieł wbijanych w mózg, przerywając połączenie. Spojrzał z uśmiechem na dyszącego ciężko kapłana.
- Tak? – spytał ponętnym głosem dojrzałej kobiety.
- Nie próbuj żadnych sztuczek, kusicielko, albo ból, który przed chwilą poczułaś, będzie jedynie początkiem twych cierpień.
- Och... W porządku.
- Wreszcie – twarz duchownego wyraźnie się rozjaśniła.
- Zatem, jakie jest twoje życzenie? – spytała, akcentując ostatnie słowo. Uśmiechnęła się i zaczęła bawić paskiem od dolnej części stroju. – Urządzamy jakąś orgię? Tyle nas tu...
- Zamilcz, niegodziwe stworzenie. To ja tu zadaję pytania.
- Rozumiem, rozumiem... A może jednak? Nie jesteś wyjątkowo urodziwy, ale przecież liczy się to, co masz w środku.
- ZAMILCZ, BESTIO!
Przez ciało demona przeszły nieprzyjemne prądy. Skrzywił się lekko, ale uśmiech nie zniknął z jego twarzy.
- W porządku, podzielę się z wami moją wiedzą – wskazał palcem skrzące się na podłodze runy. – Symbole... Są jak drzwi. Gdy je otwieracie, by sprowadzić to, co jest poza, upewnijcie się najpierw, że umiecie je dobrze zamknąć.
Jedna z wyrysowanych liter zaczęła migotać. Materia za sukkubem rozdarła się z niemiłosiernym zgrzytem i w zaledwie dwie sekundy szary portal otworzył się ponownie.
Arcykapłan krzyknął i zerwał się z krzesła, dwóch instruktorów rzuciło się do przodu, zbiegając szybko z platform, pozostali rozpoczęli recytowanie zaklęć.
- Bóg w portalu – zażartował demon i nim ktokolwiek zdążył coś zrobić, cofnął się i zniknął w międzywymiarowym oknie, zostawiając rozszalałych kapłanów samym sobie.
Czarnowłosa kapłanka, z którą wcześniej skrzyżował wzrok, stała bezczynnie pośród biegających duchownych, pustym wzrokiem gapiąc się w ścianę.

***

Vayla westchnęła, smukłym palcem wodząc po powierzchni skrzyni i rysując w grubej warstwie kurzu różne wzory. Zaczerwienienie na skroni i ból w szczęce już zniknęły, ale ona nawet tego nie zauważyła. Całą uwagę skupiała na jednym, krótkim zdaniu, które nie chciało przestać rozbrzmiewać w jej głowie.
Zostawił ją.
Tak po prostu, odszedł. Przybył tu, by zostać demonem, a gdy dopiął swego, zniknął, wracając na rodzimy świat. Prawie tak, jakby nigdy go nie było.
Nie była smutna. No, może trochę. Raczej wściekła. Wykorzystał ją jak ostatnią głupią. Najpierw to całe gadanie o byciu częścią marzenia, po czym, gdy już nie była mu potrzebna, po prostu wypiął się na wszystko co razem przeżyli i odszedł, nie żegnając się nawet.
Czy on myślał, że towarzyszyła mu dla przyjemności? Nie po to poświęciła tyle czasu, najpierw na odszukanie go w nieskończonych światach Mgławicy, a potem na wspólną wędrówkę, by na końcu zostać z niczym.
I to jeszcze tutaj, w ponurej norze tego barbarzyńskiego skrzata. Widząc, że nie czuje się najlepiej, zaproponował jej odpoczynek w jednym ze schowków, po czym bezceremonialnie zamknął drzwi na klucz i odszedł, najpewniej naradzić się z tym swoim kościstym towarzyszem co do jej przyszłości. Nie miała wątpliwości, co będą chcieli z nią zrobić. Powinna teraz planować ucieczkę, ale nie mogła się zmusić. Na nic już nie miała ochoty.
Z kieszonki przy pasku wyjęła mały, okrągły kamyk. W przypływie złości cisnęła nim o ścianę, a ten odbił się i wylądował na skrzyni tuż przed nią.
Nie tak miało być, pomyślała z żalem, chowając głowę w ramionach. Magu...
Dulrickiem, siedzącym w swej komnacie kilka pomieszczeń dalej, również targały rozterki. Siedział na prowizorycznym fotelu zrobionym z kilku skrzyń i bębnił grubymi paluchami w oparcie, nie zwracając uwagi na odstające drzazgi.
Myślał o czarodzieju, który znalazł sposób, by powrócić na Ziemię. Nie wiedział jak to zrobił, praktycznie przecież w ogóle nie znał tego demonicznego starca (zresztą nawet jego towarzyszka zdawała się być zaskoczona), ale zazdrościł mu trochę. Ziemia była unikatowa pod każdym względem i żaden z miliona światów zawieszonych w Mgławicy nie mógł się z nią równać. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wszystko to, co znajdowało się w drugim wymiarze, było tylko marnym odbiciem, nieudaną kopią świata ludzi.
I jeszcze to marzenie, które mu pokazał. Dawno nie widział czegoś tak... Dziwnego.
- Nie mówisz wiele – suchy głos szkieletu wyrwał go z wnętrza własnego umysłu.
- Powiedz mi, stary przyjacielu... Chciałbyś jeszcze kiedyś zobaczyć Ziemię?
Kościste dłonie przestały skręcać kwadratowe urządzenie. Białe punkciki w ziejących czernią oczodołach zadrgały i przygasły na chwilę. Potem, jak gdyby nigdy nic, kościotrup wrócił do swego zajęcia.
- Ja też – mruknął Dulrick. – Napić się klasztornego wina... Ach, cóż to był za smak! W porównaniu z nim to, co pędzimy tutaj jest jak wywar wyciśnięty z brudnych szmat. Mówiłem ci, że ostatnio jedna z maszyn zaczęła działać po dolaniu do niej tej substancji, która jest głównym składnikiem naszego bimbru? Zresztą, tobie to i tak bez różnicy. Nie masz języka, a wszystko co wlejesz do gęby i tak zaraz wyleci dołem.
Westchnął ciężko.
- Więc chodźmy z nim – odezwał się po chwili szkielet, odkładając na bok gotowe, choć całkowicie bezużyteczne urządzenie.
- Co? Z kim? Z tym zgrzybiałym dziadem?
- Tak.
- Przecież on już odszedł, ty pusty czerepie! I niech idzie w cholerę, nie potrzebujemy go.
- Ale właśnie wraca.
- Kiedyś naprawimy portal na dole i... Co? Co powiedziałeś?
Kościsty palec wzniósł się w powietrze, nie wskazując nic konkretnego.
- Wymiary łączą się.
W pustych korytarzach zawył wiatr. Rozległy się skrzypnięcia i zgrzyty, a wisząca u góry lampa przygasła na chwilę. Dulrick zerwał się i wybiegł na korytarz. Z niedowierzaniem spojrzał na podnoszącą się z ziemi Vaylę.
- Nigdy więcej nie wejdę do portalu tyłem – zamamrotała pod nosem.
- Jakim cudem wydostałaś się ze schowka, dziwko? – podszedł do niej szybkim krokiem i spróbował chwycić za smukłe ramię. Sukkub wykonał błyskawiczny unik i złapał karła za grubą szyję, przygważdżając go do ściany i unosząc na wysokość oczu. – Ohhrr kuhhrwa!
- Mówiłem ci, ty wylęgarnio wrzodów, byś traktował ją z należnym szacunkiem, bo jest częścią mojej drogi. I co? Znikam na pięć minut, a ty ją już zamykasz w schowku?
Potężny cios odrzucił głowę Vayli do tyłu. Zachwiała się, puszczając karła i łapiąc się za krwawą miazgę, która jeszcze chwilę temu była kształtnym nosem.
- Ach, ty mała cholero...
- Nie pozwalaj sobie, Moldzie. Może wygrałeś ze mną raz, ale nie traktuj mnie jako gorszego od siebie. Nigdy. Nie jestem twoim popychadłem, a jeśli myślisz inaczej, to chodź, rozstrzygnijmy to tu i teraz.
Sukkub patrzył się przez chwilę na Dulricka. Potem machnął ręką, a jego ponętne ciało zaczęła otaczać szara mgła.
- Nieważne. Ale skoro już wróciłem, wypuść ją.
Słysząc zgrzyt przekręcanego klucza, Vayla momentalnie zerwała się ze skrzyni i przyjęła bojową pozę. Z karwaszy wysunęły się zabójcze ostrza.
Jej ręce opadły, gdy w drzwiach stanął stary czarodziej. Przez chwilę wyglądała na mocno zaskoczoną, ale szybko przyjęła swój typowy, znudzony wyraz twarzy. Zmrużyła oczy.
- Wróciłeś – rzekła sucho.
- Całe szczęście. Nie było mnie kilka chwil, a ty już dałaś się zamknąć.
- Kilka chwil?! Nie było cię godzinę!
- Pięćdziesiąt jeden minut i dwie sekundy – rozległo się gdzieś z tyłu.
- A to ciekawostka. Najwyraźniej czas biegnie tam wolniej niż tu.
- Nie możesz porównywać czasu w ten sposób, magu – odezwał się stojący za nim Dulrick. – To inny wymiar i wielkości fizyczne z twojego świata nie mają tu żadnych odpowiedników.
- Możliwe. Wyłaź z tego schowka, Vaylo – odwrócił się. – To na czym skończyliśmy, zanim nam tak brutalnie przerwano?
- Nie tak szybko, Moldzie. Zapomniałeś chyba, że nasza rozmowa miała polegać na obopólnej wymianie informacji. Tymczasem jedynym, który coś mówi, jestem ja.
- Tak ci to przeszkadza?
- Owszem. Też mam kilka pytań, a ty zaraz zaspokoisz moją ciekawość. Najpierw chciałbym wiedzieć, gdzie żeś był przed chwilą, po co i dlaczego. Ze szczegółami.
- Sama też chętnie posłucham – mruknęła Vayla. – Miło byłoby się WRESZCIE czegoś dowiedzieć o twoich planach.
Czarodziej westchnął.
- W porządku.

***

Spójrz, dziecino. Spójrz na mój sen.
Rozległo się ciche pukanie.
- Ech... Otwarte.
Drzwi skrzypnęły, a do środka wsunęła się młoda, jasnowłosa kapłanka o rumianej twarzy.
- Hej, Tejlo.
- Hej – leżąca na łóżku dziewczyna uśmiechnęła się na widok przyjaciółki.
- Jak się czujesz? – spytała, siadając obok na drewnianym stołku.
- Już lepiej, dziękuję. Tylko trochę boli mnie głowa.
- Nie przejmuj się, mnie też bolała. W końcu niecodziennie przywołuje się demona, co?
- Wiadomo już, co z nami zrobią?
Dziewczyna pokręciła smutno głową.
- Wciąż się naradzają. Sprawa jest skomplikowana, bo przywołanie się nie udało, ale nie z naszej winy. Ten symbol, który nawalił... Wespian przez godzinę łamał sobie nad nim głowę i dopiero po porównaniu z osobistą księgą arcykapłana okazało się, że ma o jeden ogonek za dużo. Arcykapłan wpadł w szał i złajał biednego Wespiana, aż się cały kościół trząsł. Afera z tego będzie na pewno, bo skoro w naszym podręczniku był błąd, to w innych też może być. Ale myślę, że nam zaliczą. W końcu zrobiliśmy wszystko tak, jak należy.
- Nie byłabym taka pewna – westchnęła.
Przyznaj się dziewczyno, no przyznaj się!
- Słuchaj, Cospi...
- Tak?
- Ja...
Nie. Nie mogę.
- Już nic.
- Kiepsko wyglądasz – przyłożyła jej rękę do czoła, uśmiechając się ze szczerą troską. – Oj, chyba masz gorączkę.
- To pewnie ze stresu.
- Możliwe. Też się trochę martwię tym wszystkim. Ale jedno jest pewne – nie odpuszczą temu sukkubowi. Podobno jutro chcą go znowu przywołać i zniszczyć. Swoją drogą, straszny był, prawda? Z jednej strony urodziwy, ale gdy pomyślę, że to tylko przebranie dla dzikiej bestii, przechodzą mnie ciarki. Jeszcze tak dziwnie się zachowywał...
- I to oko...
- Jakie znowu oko?
- Nieważne. Słuchaj, przepraszam cię, ale chciałabym się trochę zdrzemnąć.
- Och? Oczywiście, zdrowiej szybko, bo najwyżej za dwa dni jedziemy do Stolicy na dalsze nauki – mrugnęła porozumiewawczo.
Tejla odwzajemniła uśmiech i pomachała jej na pożegnanie. Gdy jednak drzwi zamknęły się z cichym szczęknięciem, wątpliwości opadły ją niczym sfora wilków, a oczy zaszkliły z bezradności.
- Och, Cospi, gdybyś wiedziała...
Nie mogła jej powiedzieć. Chciała, ale nie mogła. Były przyjaciółkami, ale ta z troski o jej „bezpieczeństwo” mogła wygadać wszystko przełożonym, a tego przecież Tejla nie chciała. Tylko, czy aby na pewno ona? Miała wrażenie, że tak byłoby lepiej, przyznać się i mieć to z głowy, ale ten głos rozbrzmiewający w jej głowie... On wyraźnie sobie tego nie życzył. Sama już nie wiedziała, co robić.
Czy sukkub był straszny? Nie, wcale nie. Był piękny. Podobny bardziej do anioła.
Nigdy nie sądziła, że demony są tak niesamowite. A trzecie oko, które pojawiło się na jego czole... W życiu czegoś takiego nie widziała. Było w nim tyle wyrazu, tyle bólu... Wcale nie przypominało demonicznego ślepia, pal licho zwężoną źrenicę. Było nad wyraz ludzkie, jakby należało do kogoś, kto po prostu widział więcej niż powinien widzieć człowiek.
Jak długo się w nie wpatrywała? Sekundę, dwie?
Spójrz, dziecino. Spójrz na mój sen.
Zobaczyła jakiś niewyraźny fragment czegoś, co nazywało się „marzeniem”. Nie była pewna, co dokładnie przedstawiał, ale była to zdecydowanie najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziała. Przywodził na myśl beztroski śmiech dziecka w ciepły, czerwcowy dzień i na samo wspomnienie tego cudownego obrazu łzy napływały jej do oczu, a serce szalało z tęsknoty.
To też twój sen. Was wszystkich.
Zbyt wiele słów zostało zbyt szybko wypowiedzianych, by ludzki umysł mógł je zrozumieć. Mimo to wyryły się w jej podświadomości i teraz odkrywały się przed nią niczym dawno utracone wspomnienia. Powtarzały się raz po raz w nieskończonym kole, co jakiś czas posuwając się odrobinę do przodu i odkrywając kolejny element układanki.
Pomóż go spełnić. Bądź jego częścią.
Nie. Odejdź precz, demonie! Nie kuś mnie.
Spójrz, dziecino. Spójrz na mój sen.
Nie chcę! I nie jestem dzieckiem, mam dwadzieścia dziewięć lat.
Spójrz, dziecino. Spójrz na mój sen.

Zaśmiała się bezradnie. To jakiś koszmar.
- Pomóż mi, boże.
Spójrz, dziecino. Spójrz na mój sen.
Czy ty nie rozumiesz, co do ciebie mówię? Nie chcę patrzeć. Mam dość. Chyba oszalałam, bo przypominam sobie twoje słowa i sama na nie odpowiadam.
Spójrz, dziecino. Spójrz na mój sen.
Powiedziałam... Dobra, pokaż jeszcze raz.

I znów to samo. Radość, tęsknota, nadzieja.
To też twój sen. Was wszystkich.
Możliwe.
Pomóż go spełnić. Bądź jego częścią.
Nie ma mowy. Precz.
Spójrz, dziecino. Spójrz na mój sen.
Hmm... Dobrze.

Radość, tęsknota, nadzieja.
To też twój sen. Was wszystkich.
Niewątpliwie.
Pomóż go spełnić. Bądź jego częścią.
Nie.

Powtórzyła ten dialog kilka razy, skracając go jeszcze i ciesząc się ze swej przebiegłości. Słowa zapętlały się nieustannie, fragment odsłaniał, a ona wznosiła na wyżyny emocjonalnych rozkoszy. Jednak już za ósmym razem zauważyła, że wspomnienie jest słabsze, że zaczyna blaknąć, coraz bardziej i bardziej zapadając się w nicość. Zamiast radości – słaby uśmiech, zamiast tęsknoty – ledwo wyczuwalne ukłucie.
Momentalnie wpadła w panikę. Podniosła się szybko z łóżka i rozejrzała z przerażeniem po swojej skromnie urządzonej komnacie, jakby szukając czegoś, co jej pomoże.
- Nie chcę tego tracić – wyszeptała.
Spójrz, dziecino. Spójrz na mój sen.
Patrzę. Och, boże, nie. Chcę więcej.
To też twój sen. Was wszystkich.
Tak, mój. Cały mój.
Pomóż go spełnić. Bądź jego częścią.
Z... Zgoda. Pomogę.
Raz spełnione, będzie na wieki.
Tak! Wiesz, czego pragnę.
Ruszaj, dziecino. Droga jest długa, marzenie nie może czekać.

- Też tak myślę – mruknęła pod nosem, zakładając pospiesznie buty. Nagle zamarła.
Boże, co ja robię? To zabrnęło za daleko. Powinnam jak najszybciej...
Marzenie po raz kolejny rozbłysło w jej umyśle, tak samo mocno jak za pierwszym razem. Jęknęła, doznając dreszczy rozkoszy.
Pieprzyć wszystko. Muszę je spełnić. Co mam robić?
Zatrzyj ślady. Niech imię tego, który przybył, odejdzie w niepamięć.
Niby jak? Jest zapisane w co najmniej kilku dokumentach, poza tym podczas przywołania było obecnych piętnaście osób!
Człowiek jest słaby. Człowiek musi jeść. Notuj: sześć porcji wody, dwie porcje soku z porzeczek...

Zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć. Dopiero przy końcu listy zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, co głos kazał jej przyrządzić.
- Mam ich otruć...? – wyszeptała z przerażeniem. – Jeśli myślisz, że zrobię coś takiego, ty...
Usunąć pamięć, nie życie.
- Zapomnij. Nigdy tego nie zrobię. PRECZ!
Z jej piersi wyrwało się przeciągłe jęknięcie. Oparła się o nocny stolik, dysząc ciężko. Marzenie raz po raz rozbłyskało w jej umyśle niczym błyskawice podczas burzy, napełniając niewypowiedzianą rozkoszą. Chciała iść do drzwi, jednak jej nogi odmówiły posłuszeństwa. Zachwiała się i upadła ciężko na podłogę. Zatkała uszy dłońmi i zaczęła szeptać słowa modlitwy.
Przyjemność rozchodząca się po jej ciele różniła się jednak od seksualnego pożądania i nie można było od niej uciec w głąb umysłu, tam bowiem znajdowało się źródło. Nie była też cielesna, nie mogły więc rozładować jej fizyczne czynności, które zazwyczaj do tego służyły. Paraliżowała cały układ nerwowy, doprowadzając kapłankę na skraj emocjonalnego orgazmu i nie pozwalając skupić się na niczym innym.
Tejla szybko zrozumiała, że tylko bezwarunkowe podporządkowanie się rozkazom głosu mogło ją ostatecznie zaspokoić. Gdy tylko o tym pomyślała, spazmy rozkoszy ustały.
Podniosła głowę i dotknęła mokrych od łez policzków.
Człowiek jest słaby. Człowiek musi jeść. Notuj: sześć porcji wody...
Zaśmiała się z bezsensowności tego wszystkiego. Nigdy nie sądziła, że rozkosz można stosować jako torturę. Wciąż chichocząc, wzięła kawałek kartki i zaczęła notować ołówkiem poszczególne składniki.

***

Dulrick śmiał się jak oszalały. Skrzynie służące mu za siedzisko trzeszczały przeraźliwie, dając do zrozumienia, że długo już nie wytrzymają.
- Brawo, brawo! – zaklaskał. – Dawno nie widziałem czegoś takiego. To plan pod każdym względem doskonały, doskonały powiadam! Cóż za spryt, cóż za dokładność... Brawo!
Mag skłonił się lekko, choć wątpił, by ten demon był w stanie docenić choć jedną setną genialności jego intrygi. Zresztą, wiele rzeczy pominął. Nie mógł się przecież przyznać, że jeszcze kilka dni (tygodni?) był człowiekiem wędrującym po Mgławicy. Sam zresztą nie mógł w to uwierzyć.
- Nie ma planów doskonałych – odparł skromnie. – Element ryzyka jest zawsze obecny.
- No tak, przecież mogłeś nie znaleźć odpowiedniego kapłana...
- Nie, nie. W każdym łańcuchu jest słabe ogniwo.
- Aha, czyli że ta boża szmata może się oprzeć twemu marzeniu i...
- Też nie. Ryzyko polega na tym, że coś może ją zatrzymać w drodze do celu.
- Skoro tak mówisz – rzekł, ocierając żółte łzy. Zwrócił się w stronę szkieletu. – Nawet ty, Alcandrinie, musisz przyznać, że to wyborny plan.
- Jak go nazwałeś?
- Alcandrin. Tak się nazywa, przynajmniej według mnie.
- Według ciebie?
- Taa... Przedstawił się tylko raz, przy naszym pierwszym spotkaniu. Wypowiedział to imię tak cicho, że ledwo je usłyszałem. Może wymawiam je źle, ale kogo to obchodzi – wzruszył ramionami. – Jego najmniej, mnie też niewiele, a i ciebie nie powinno. Powiedz mi lepiej, bo tego nie zrozumiałem, czy głos rozbrzmiewający w głowie tej dziewki jest twoim?
- Owszem.
- I możesz jej teraz, na ten przykład, coś powiedzieć?
- Nie. To był jednorazowy przekaz, którym wlałem do jej umysłu proste instrukcje. Jestem strasznie ciekaw, jakie będą rezultaty.
- A jakie mogą być? Zrobi, co trzeba i tyle.
- Możliwe, drogi Dulricku – starzec zachichotał. – Ale wątpliwe. Nawet nie wyobrażasz sobie, co z człowiekiem mogą zrobić obce głosy rozbrzmiewające w jego głowie.
Zaśmiał się głośno, jakby właśnie powiedział jakiś dowcip. Vayla patrzyła z fascynacją na rechoczącego maga, wciąż nie mogąc uwierzyć w jego niesamowity i okrutny plan. Przyrzekła sobie w duchu nigdy więcej nie wątpić w jego demoniczną stronę. Mógł sobie być uśmiechniętym staruszkiem spędzającym czas na podziwianiu krajobrazów, ale wiedziała już, że w głębi siebie był okrutną bestią, dla której liczyły się tylko jej własne namiętności.
Tak, był demonem.
Zastanawiało ją tylko, kiedy on obmyślił całą tę intrygę. Jeśli zrobił to jako człowiek...
Dulrick zarechotał dla towarzystwa, ale po chwili spoważniał.
- Masz rację, nie wyobrażam sobie.
- Czas pokaże.
- To kiedy dotrze na to zadupie?
- Szczerze, nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, skąd rozpoczęła swoją podróż. Ale dość już o tym. Teraz twoja kolej. Opowiedz mi o tym dziku... Albo nie. Bardziej jestem ciekaw, jakie jeszcze sekrety skrywają te starożytne komnaty.
- Jest ich wiele, Moldzie.
- Tym lepiej.
- Zastanawiam się, o którym warto by ci powiedzieć... A, niech stracę. Szykuj Susa, Alcandrinie – rzucił szkieletowi cudowną kartkę wraz z fiolką wody.
- Susa...? – Vayla uniosła brwi.
- Dobre, nie? Wiesz, sus – daleki skok. Rozumiesz, prawda?
- Tak – zmrużyła oczy.
- Co mi pokażesz, gospodarzu? – mag uśmiechnął się dziko.
- Rozdroża Mgławicy.

***

- Widzę, że jeszcze ci nie przeszło – zauważyła Cospi między kolejnymi siorbnięciami. – Szczerze mówiąc, wyglądasz jeszcze gorzej. I nic nie zjadłaś.
Tejla nie odpowiedziała. Wpatrywała się w dymiący talerz zupy przed sobą, oczami wyobraźni widząc krążącą w jego odmętach truciznę. Twarz miała przeraźliwie bladą, włosy mokre od potu i rozczochrane, oczy zaś podpuchnięte od łez.
Głos ucichł z chwilą dolania trucizny i od tamtej pory się nie odzywał, ale wiedziała, że on tam wciąż jest i czeka na efekty ich wspólnej pracy. Z jednej strony nienawidziła się za to, ale z drugiej... Czy była czemukolwiek winna? Przecież próbowała mu odmówić, przechytrzyć go! Już pierwszej napotkanej osobie chciała wszystko opowiedzieć, ale w ostatniej chwili coś ją powstrzymało i nieważne jak mocno próbowała, nie potrafiła się przemóc.
Potrzebne składniki zebrała dość szybko. Mikstura była niewątpliwie alchemicznym majstersztykiem – jej przyrządzenie wykraczało daleko poza materiał zebrany w książkach z biblioteki i Tejla wątpiła, by Kościół w ogóle ją znał. Pewnie to wina jej bogatej wyobraźni, ale przywodziła jej na myśl brodatych starców, którzy zamieszkują pradawne puszcze i tańcząc dookoła ognisk odprawiają swoje bluźniercze rytuały.
Brak odpowiedniej aparatury zastąpiła skomplikowanym zaklęciem, rzucając je zgodnie z instrukcjami głosu. Nie sądziła, że uprawianie zakazanej magii może być tak proste.
Wtedy w jej głowie zrodził się kolejny genialny pomysł – ona sama wypije gotowy wywar i zapomni o marzeniu, tym samym uwalniając się od niego. Podniosła fiolkę, przyłożyła ją do ust, zaczęła przechylać... I nagle znieruchomiała. Nieważne, jak mocno próbowała. Nie mogła.
Jej własne ciało przestało jej słuchać.
Znów próbowała przyznać się wszystkim, z takim samym rezultatem. Czemu nikt nie widział, co się z nią działo? Ciągle tylko pytali, czy dobrze się czuje, mówili „odpocznij”. Odpocznij, a to dobre.
Zrozpaczona, udała się do kuchni i gdy nikt nie patrzył, wlała szybkim ruchem kilka kropel do wielkiego garnca pełnego zupy. Trucizna była bezbarwna i bezzapachowa, najpewniej też bezsmakowa, nikt więc nie miał prawa niczego zauważyć. Szkoda.
Po wykonaniu zadania przyjemne uczucie rozeszło się po jej ciele, a ona sama odetchnęła z ulgą. Trudno, stało się. Wiedziała, że plan demona był niedoskonały, bo przecież nie wszyscy jadali zupę. Ci, którzy zachowają swoją pamięć szybko wpadną na jej trop i złapią, kończąc ten rozkoszny koszmar.
Ale głos chciał więcej. Cały czas rozbrzmiewał w jej głowie, każąc wlać truciznę. Gdy jednak próbowała dolać jeszcze do zupy, ten zabronił i powiedział słowo, od którego dostała gęsiej skórki.
Studnia.
Skąd, do cholery, wiedział o studni? Albo o zupie? No dobra, zupę podaje się w prawie każdym kościele, ale skąd... Zrozumiała. W jakiś sposób ten głos, a może i demon we własnej osobie, grzebał w jej umyśle i wykorzystywał zawarte tam informacje dla ulepszania swego planu na bieżąco.
- Genialne – szepnęła, podczas gdy jej oczy rozszerzały się z przerażenia, a ręka bezwiednie wlewała do studni zawartość fiolki.
A teraz siedziała tu, w jadalni, czekając na nadchodzący kataklizm. Większość zajadała się trującą zupą, pozostali czekali na drugie danie, które oczywiście popiją zatrutą herbatą. Wyżsi kapłani z arcykapłanem siedzieli na półpiętrze i jedli dokładnie to samo. Nikt się nie uratuje.
Zaczęła się kiwać w tę i z powrotem. Co chwila wyobrażała sobie jak wstaje i wrzeszczy na całe gardło „ZUPA JEST ZATRUTA!” i już, już chciała to zrobić, gdy nagle ogarniało ją dziwne zmęczenie, może strach, ostatecznie zniechęcając do heroicznego czynu.
Czasem odpowiadała urywanymi zdaniami siedzącej obok Cospi. Biedna dziewczyna... Chciała ostrzec chociaż ją jedną, uratować swoją przyjaciółkę, ale jak to by wyglądało? One dwie zdrowe, a cała reszta nie pamięta, jak się nazywa? I co by jej niby powiedziała? Nie zrozumiałaby marzenia, o nie.
Jeszcze oskarżyliby ją o współudział. Lepiej będzie, jeśli ona również zapomni. Potem na pewno znajdą jakieś antidotum, zaklęcie może...
Koniec. Puste miski, puste talerze, puste szklanki. Czas zaczyna biec niemiłosiernie szybko, serce wali jej jak oszalałe. Każda następna sekunda może być tą ostatnią.
Kucharki zbierają brudne naczynia, kilka uczynnych kapłanów im pomaga, a w umyśle Tejli pojawia się kolejna iskierka nadziei. Służba! Oni chyba jedzą co innego.
Wstaje i ignorując pytanie klepiącej się po brzuchu Cospi biegnie do kuchni za jedną z kucharek. Po drodze mija pomieszczenie dla młodszych uczniów, gdzie wszyscy kończą właśnie swoje posiłki. Zaciska pięści i jeszcze przyśpiesza, zostawiając za sobą sznur łez. Wpada do zadymionego pomieszczenia, a tam, przy stole siedzą kucharze i śmieją się, popijając herbatę. Kapłanka opiera się o framugę i uśmiecha bezsilnie, choć nie przestaje płakać. Gdzieś za nią słychać tłuczone szkło. Odwraca się i widzi jak gruba kucharka łapie się za zakrwawioną twarz, rozpaczliwie przytrzymując odpadającą skórę.
Tu świat Tejli kończy się.
Ich to nie boli. Śmierć dla celu. Nie zmarnuj ich poświęcenia. Zabierz dokumenty. Szybko!
Nie myśląc wiele, pobiegła z powrotem do jadalni. Wiedziała, co ją tam czeka, ale nie mogła się powstrzymać. Stanęła w drzwiach akurat, gdy zakrwawiony arcykapłan przechylił się przez poręcz i spadł z półpiętra, roztrzaskując czaszkę o posadzkę.
Upadła na kolana.
Ich to nie boli. Śmierć dla celu. Nie zmarnuj ich poświęcenia. Zabierz dokumenty. Szybko!
Cała sala wypełniona była krzykami umierających. Niektórzy biegali bez celu, inni padali już na ziemię w konwulsyjnych drgawkach. Ci, którzy zjedli później próbowali ratować umierających towarzyszy, ale używanie magii zdawało się jedynie przyspieszać działanie zabójczej trucizny i po chwili dołączali do obdartych ze skóry trupów.
Nieposłuszne oczy zaczęły szukać złotych włosów spiętych w kitę. Znalazły. Skalp.
Poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła.
Ich to nie boli. Śmierć dla celu. Nie zmarnuj ich poświęcenia. Zabierz dokumenty. Szybko!
Podparła się rękoma i zwymiotowała.
Ich to nie boli. Śmierć dla celu. Nie zmarnuj ich poświęcenia. Zabierz dokumenty. Szybko!
W umyśle rozbłysło marzenie, mieszając ostateczną rozkosz i rozpacz.
Zaczęła iść na czworaka, brodząc we wszechobecnej krwi. Podpełzła do leżącego kuchcika i wśród potłuczonych naczyń odszukała nóż. Podniosła go i szybkim ruchem przystawiła sobie do gardła, przyciskając. Napięła wszystkie mięśnie. Kropla krwi spłynęła po szyi.
Dalej nie pójdzie. A teraz idź i zabierz dokumenty. Nie zmarnuj ich poświęcenia. Szybko!
Zawyła i w przypływie szału zaczęła dźgać martwe ciało, wyładowując na nim swoją bezsilną złość. Zadała kilkadziesiąt ciosów, po czym skuliła się w kałuży krwi i szlochając cicho, a co jakiś czas pojękując z rozkoszy, zaczęła ciąć swoje ręce, podświadomie omijając żyły.
Idź, moja córko. Łzy tu nic nie zmienią. Idź.
Uniosła półprzytomnie głowę. Z jej ust zwisała nitka czerwonej śliny.
- Tata...?
Wstawaj. Nie możesz się poddać teraz, gdy zabrnęłaś tak daleko. Nie ma już odwrotu.
- Co ty mówisz...? Nigdzie nie pójdę. Chcę umrzeć.
Chcesz, by ich śmierć poszła na marne? Oni umarli dla wspólnego celu, nie rozumiesz tego? Jeśli teraz się poddasz, wszystko, całe to cierpienie pójdzie na marne i będziesz winna morderstwa.
- Przecież ja nie chciałam ich zabić – jęknęła, ściskając mocniej rękojeść noża.
Ale zabiłaś. A teraz idź i zrób, co do ciebie należy, dziecko. Pamiętaj:
Ich to nie boli. Śmierć dla celu. Nie zmarnuj ich poświęcenia. Zabierz dokumenty. Szybko!

Podniosła się i otarła twarz brudnym rękawem, przy okazji wysmarkując w niego nos. W sali panowała kompletna cisza, przerywana tylko kapaniem krwistych kropel.
Chwiejnym krokiem ruszyła w stronę drzwi, trzymając się od leżących ciał tak daleko, jak to tylko było możliwe.
Zabierz dokumenty. Szybko!
- No przecież idę – wychrypiała.
Jak to możliwe...? Jeszcze chwilę temu leżałam u siebie w komnacie, a teraz... A teraz...
Weszła po schodach na trzecie piętro, gdzie mieli swoje kwatery wyżsi kapłani i ważni goście. Bez zastanowienia otworzyła drzwi i wkroczyła do pokoju sekretarza. Siedzący za biurkiem stary skryba zerwał się z krzesła i jęknął. Podszedł szybko do drżącej dziewczyny.
- Dziecko najdroższe, co ci się stało? Jesteś cała we krwi! Niechaj bóg światłości, uch...
Spojrzał na nóż, tkwiący po rękojeść w jego brzuchu. Świat zamazał mu się przed oczami.
A teraz mi się to podoba.
- Śmierć dla celu.
W górę, w bok, wyjmij, popchnij.
Sekretarz z rozpłatanym brzuchem legł na podłodze.
Marzenie.
Zaczęła wertować papiery, brudząc wszystko krwią. Tak jak przypuszczała, te, których szukała, były prawie na samym wierzchu. Przejrzała pobieżnie zapisane małym druczkiem kartki, zatrzymując wzrok na imieniu tego, który zrobił jej to wszystko. Uśmiechnęła się lekko.
- Ładne, jak na demona.
Rozejrzała się po pomieszczeniu i utkwiła wzrok w kominku.
Zjedz je. Popioły mogą powrócić.
Parsknęła, śmiejąc się z niedorzeczności tego pomysłu, po czym wpakowała kartkę do ust i zaczęła żuć. Zjadła wszystko, krztusząc się przy tym kilka razy. W międzyczasie przejrzała jeszcze grube księgi akt i wyrwała strony, na których również figurowało ładne imię.
Spal inne.
- Czemu nie.
Wzięła leżące na kominku zapałki i podpaliła kilka papierów, resztę dzieła pozostawiając mocy żywiołu. Wyszła i skierowała swe kroki do archiwów, znajdujących się pod ziemią. Tam, mając w pamięci numer ze zjedzonych stron, odnalazła właściwy tom i spaliła go w całości.
- Och, tak – oblizała wargi, gdy marzenie powróciło, dostarczając kolejnych błogich przeżyć.
Przygotuj się do drogi, nie ma czasu.
- Marzenie nie może czekać, co?
Umyła się pospiesznie, spłukując całą krew. Zabandażowała pocięte ręce i ubrała zapasowe szaty, po czym skryła je w fałdach czarnego płaszcza. Przechodząc obok otwartych drzwi jadalni przyspieszyła kroku.
Z kuchennej spiżarki wykradła trochę zapasów, wzięła też kilka innych przedmiotów, zgodnie ze wskazówkami głosu. Wyszła na zewnątrz i odetchnęła chłodnym, nocnym powietrzem. Spojrzała w niebo, na piękny Księżyc w pełni, będący symbolem jej boga.
Ruszaj w drogę, nie ma czasu.
Przekradła się do stajni i osiodłała pięknego, czarnego rumaka z białą strzałką na pysku.
- To dokąd, mój panie, mam się udać? – zarzuciła kaptur na głowę. - Wskaż mi drogę.
Do Damen, małego miasteczka zarządzanego teraz lub kiedyś przez arcykapłana Mariusa Aneville. Ruszaj w drogę, nie ma czasu.
Gdy w domu kapłanów dokonano makabrycznego odkrycia, Tejla była już daleko poza miastem, pędząc przez równiny oświetlone blaskiem Księżyca.

***

Znajdowali się w sporych rozmiarów okrągłej komnacie. Na samym jej środku stał wielki słup, umocowany do ścian czterema żelaznymi pomostami. Po bliższych oględzinach okazało się jednak, że połączenie nie istniało – pomosty łączyły się w okrąg okalający kolumnę, ale niestykający się z nią. Podobnie otwory w podłodze i suficie były nieco szersze, umożliwiając swobodne przesuwanie się gigantycznego kamienia.
Na całej długości słupa wyrzeźbione były płytkie wnęki w kształcie drzwi, cztery w rzędzie – po jednej na każdą stronę świata. Wewnątrz komnaty mieściły się trzy rzędy.
- I to naprawdę jest ruchome? – spytał mag, oglądając niesamowite dzieło przy świetle swojej magicznej kuli. Jego trzecie oko było otwarte i rozglądało się niezależnie od pozostałych.
- Ehe.
- Po co tyle trudu? Nie wygodniej byłoby otwierać jeden portal do różnych miejsc?
- Aa, nie znasz się, kobieto, to się nie odzywaj.
- Chodzi o to, by każdy z nich był wieczny – wytłumaczył spokojnie czarodziej, wodząc dłonią po wyrytych w kamieniu runach. – Raz otworzony zostanie zamknięty dopiero, gdy zażyczy sobie tego klucznik.
- I jak, Moldzie? Czyż to nie jest dzieło sztuki? – Dulrick poklepał kolumnę z czułością.
- W istocie, jest – spojrzał na stojącego obok karła lśniącymi oczami. – Działa?
- Pewnie, że działa. Choć ten, na którym zależy mi najbardziej jest zepsuty.
- Jakiż to?
- Ten prowadzący na Ziemię.
- Przecież to oczywiste – burknął czarodziej. – Nie można otwierać portali do pierwszego wymiaru będąc w drugim. To działa tylko w odwrotną stronę.
- No przecież TO wiem, do cholery. Ale czemu nie otwiera się ten po drugiej, by umożliwić przejście?
- Widocznie budowniczowie tego miejsca byli na tyle mądrzy, by wiedzieć, że pewnego dnia przeminą i w ich komnatach zamieszkają tacy jak ty. Demony, znaczy się. Pewnie trzeba otworzyć portale po obu stronach jednocześnie, albo aktywować tamten... Nie mam pojęcia i nic mnie to teraz nie obchodzi.
- Ciebie może i nie...
- Zabierz mnie gdzieś – powiedział niespodziewanie.
- Co? Nie powinieneś siedzieć na tyłku i czekać, aż ta boża dziwka wykona swoje zadanie?
- Trochę to potrwa, zwłaszcza biorąc pod uwagę zaburzenia czasu. Poza tym, przywołanie dosięgnie mnie w każdym ze światów, czyż nie?
- No, tak. W sumie, sam chętnie zobaczę, co słychać na zewnątrz. Dokąd?
- Sam nie wiem... Weźmy jeden ze środkowego rzędu. Chcę zobaczyć, jak to działa.
- Wiedziałem, że to powiesz – wyszczerzył zęby, pociągając za wystającą ze ściany dźwignię.
Rozległ się huk, gdy niewidoczne klamry zostały rozwarte, a przedwieczna maszyneria wprawiona w ruch. Wśród ogłuszającego szumu, pisków i odgłosu tarcia kamień o kamień kolumna zaczęła powoli obniżać się, wzbijając przy okazji chmurę pyłu i kurzu. Gdy znalazła się na odpowiedniej wysokości, Dulrick podniósł opuszczoną wajchę, zatrzymując mechanizm.
- Cudowne!
- Wiesz, co dobre – karzeł wydawał się być naprawdę zadowolony. – Zobaczmy, dokąd prowadzą nasze drzwi. Wybieraj, Moldzie: Puszcza Czterech Księżyców, Wieża Abomericku, Ziemie Jałowe, Wschodnie Wybrzeże Morza Krwi.
- Cóż... – poskubał przez chwilę swój kilkudniowy zarost na brodzie. – Nie mogę wskazać na nic innego jak... Wieżę.
- Będzie wesoło – demon uśmiechnął się i wyjął zza pazuchy niesamowity wielościan wykonany najprawdopodobniej z czarnego kamienia, o inkrustowanej złotymi symbolami powierzchni. Mag zmarszczył brwi, rozpoznając gwiaździsty ośmiościan, jeden z licznych symboli Astrologów.
Karzeł wetknął artefakt do otworu przy odpowiednim portalu i przekręcił. Runy okalające drzwi rozbłysły bladoniebieskim światłem, a powietrze we wnęce zafalowało od nagromadzonej w nim energii.
- Gotowe.
- Rozumiem, że idziemy wszyscy? – mag rozejrzał się po zebranych. – Nie słyszę sprzeciwów. To kto pierwsz...
Dulrick zniknął w magicznym oknie. Widząc to, mag podszedł szybko do portalu i nie wahając się ani chwili jednym krokiem przeniósł się miliony kilometrów dalej.
Na powitanie dostał solidną porcją piachu prosto w twarz. Uciążliwe ziarenka natychmiast wepchnęły się do wszystkich odsłoniętych otworów jego ciała.
Mrużąc oczy rozejrzał się po pustynnym krajobrazie pogrążonym w piaskowej burzy.
- Kiepsko trafiliśmy – mruknął do stojącego obok Dulricka, ale tamten wzniósł ręce do góry w geście niezrozumienia. – Mówię, że kiepsko trafiliśmy!
- Niee, tu jest tak zawsze!
- Gdzie ta cholerna wieża?!
- Odwróć się!
Spojrzał za siebie, a w pomarańczowych oczach odbił się monumentalny kamienny blok, wznoszący się pośród piasków pustyni. Był ogromny – miał ponad trzysta metrów, a w jego okrągłym wnętrzu spokojnie zmieściłby się plac targowy dużego miasta.
Ściany zabarwione były na ciemno-rdzawy kolor, nigdzie też nie było widać najmniejszych nawet okien. Jedynym naruszeniem jednolitej struktury były imponujące wrota, do których ciągnął przez pustynię sznur małych, czarnych postaci.
Vayla, która właśnie wyszła z portalu, krzyknęła i osłoniła twarz przed latającym wszędzie piachem. Szkielet pojawił się chwilę później.
- Oto i ona! – rzekł z dumą Dulrick, przekrzykując wyjący wiatr. – Wieża Abomericku, Klątwa Południa, położona w samym centrum nigdy niekończącej się pustynnej burzy! Niezdobyta twierdza, największa i najpotężniejsza ze wszystkich w tym zakątku Mgławicy! Podziwiaj, Moldzie! Podziwiaj.
- Kim są te małe postacie? – spytał i nachylił się, by karzeł nie musiał zdzierać sobie gardła.
- Podróżnicy – wzruszył ramionami. – Wieża jest największym centrum handlu i rozrywki w promieniu kilku tysięcy kilometrów. Jak to się mówi, każdy demon znajdzie tam coś dla siebie. Jest tu też targ niewolników z różnych wojen.
- Wojen...?
- Co masz taką zdziwioną minę? Całe swoje życie spędziłeś na Neutralnych Ziemiach, czy jak? Myślałeś, że demony są jedną wielką szczęśliwą rodziną?
- Po prostu nie byłem na żadnej wojnie.
- Więc nie wiesz, co to znaczy być demonem. Przypomnij mi, to cię kiedyś zabiorę na Nieskończone Pola Elizjum. Tam od pięciuset lat toczy się ta sama bitwa! – zaśmiał się.
Do uszu maga dobiegł dziwny, buczący dźwięk, rozbrzmiewający w równych odstępach czasu. Spojrzał ponownie na wieżę i dopiero teraz zauważył czarne, drgające smugi wychodzące gdzieś z jej wnętrza. Zdawały się być mu bliskie, utkane z cieni, tak jak on. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że tajemniczy sygnał był skierowany właśnie do niego i rozpaczliwie prosił o ratunek.
- Co to jest...? – spytał, wskazując ręką. – I co to za dźwięk?
- A, to. Mówi się, że gdzieś w podziemiach Zolpur trzyma starożytnego demona, który cały czas wzywa pomocy. Inni mówią, że to jakiś artefakt, a chodzą nawet głosy, że to sam Zolpur przywołuje w ten sposób idiotów, którzy chcą uwolnić jego cenną zdobycz, czymkolwiek by nie była i rozprawia się z nimi w typowy dla siebie, krwawy sposób.
- Muszę się tam dostać. Jest w nim coś...
- Nie myśl o niczym głupim, Moldzie. Ta twierdza w pełni zasłużyła na swoją reputację.
- Moglibyśmy się wślizgnąć jako...
- Problemem nie jest wejście, magu – przerwał mu. – Ale wyjście. Jeśli będziemy coś kombinować, zaraz nas dopadną, a może i sam Zolpur się pofatyguje.
- A kimże jest ten cały Zolpur?
- To władca tej wieży, potężny czarodziej.
- Och? Jeszcze jeden mag?
- Taa... Czasem mi się zdaje, że jest was tu więcej niż demonów. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się, czemu w pierwszym wymiarze jest tak niewielu władców umysłu, oto odpowiedź. Całe to tałatajstwo przypełza tutaj tak szybko, jak tylko nauczy się otwierać portale. Istna zaraza – splunął z pogardą. – Ale Zolpur jest najgorszym z najgorszych. Ten przeklęty starzec siedzi w wieży od stuleci, a jego okrucieństwo stało się legendarne. Opracował zaklęcie, które rozczłonkowuje cię, kawałek po kawałku. Proces trwa tygodniami, a ty wciąż żyjesz i czujesz cały ten ból. A gdy już rozłoży cię na czynniki pierwsze, ma drugi czar, którym składa do kupy twoje resztki i zaczyna cały proces od nowa. O, tak, Zolpur wie, jak sprawiać ból. Niech go nicość pochłonie.
- Może znajdziemy wspólny język.
- Wątpię, ale cholera tam wie. Wy, magowie... – machnął ręką w geście rezygnacji. – I tak się do niego nie dostaniesz. Nie przyjmuje gości.
- Ale do wieży muszę zajrzeć.
- Dobra, sam chętnie rozejrzę się po targowisku. Ale nie robimy nic głupiego, jasne?
- Jasne, jasne – burknął mag, schodząc już, a właściwie zsuwając, po stromym zboczu.
- Wolałbym jakbyś przybrał swoją prawdziwą formę! – krzyknął za nim. – Inaczej możemy mieć kłopoty.
Mag odwrócił się i wskazał na czoło, gdzie właśnie otwierało się trzecie oko.
- Dobre i to – mruknął Dulrick.
Im bliżej znajdowali się wieży, tym szalejący wicher był słabszy. Burza zdawała się omijać teren wokół budowli, w centralnym punkcie odsłaniając nawet kawałek żółtego nieba.
Wejście do środka rzeczywiście było łatwe. Wybrali chorobliwie wyglądającego małego demona i zastraszyli, wypychając z kolejki i zajmując jego miejsce. Przed bramą musieli podać swoje imiona i cel wizyty pięciometrowej istocie, której całe ciało składało się tylko i wyłącznie z imponujących mięśni. Zamiast piersi miała dwie sapiące szczęki, najeżone kłami.
Mag zastanawiał się, czy choć jeden z przychodzących tu demonów podał swe prawdziwe imię. Mocno wątpliwe.
Dodatkowo musieli zdać wszelką broń. Sądząc po ilości ciał wypełniających wykopany niedaleko wejścia dół, mało kto przestrzegał tego nakazu. Oni też nie zamierzali.
Gdy tylko znaleźli się w środku, uderzyła w nich feeria miliona barw, połączona z tysiącem dźwięków i zapachów. Całe piętro wieży stanowiło jedną wielką komnatę, zapełnioną do ostatniej wolnej przestrzeni najprzeróżniejszymi istotami. Wszędzie dookoła rozłożone były stoiska oferujące towary wszelkiej maści – od tych najzwyklejszych po najbardziej egzotyczne, jak czterometrowe maczety czy makabrycznie okaleczone ludzkie kobiety.
Całość zalana była krwistoczerwonym światłem niewiadomego źródła. Powietrze było gęste od smrodu ciał zmieszanego z ostrymi zapachami przypraw i staroci, a także od nagromadzonej w pomieszczeniu magicznej aury. Dało się nawet wyczuć emanujące od demonów emocje, od skrajnego pożądania po dziką furię.
Wrzawa była niesamowita – wśród pulsującej kakofonii dźwięków można było usłyszeć wszystkie demoniczne języki, jakimi tylko mówiono w Mgławicy.
Mag zatrzymał się przy stoisku z wypchanymi czarodziejami. Stojący za ladą dziewięciooki demon podobny do psa chodzącego na dwóch nogach spojrzał w jego stronę i wyszczerzył kły.
- Klient czy eksponat? – spytał, ale starzec znikał właśnie w tłumie.
Vayla trzymała się blisko niego, co chwilę jednak zmuszana była do korzystania ze swych ostrzy i cięcia wścibskich łap i macek, obłapiających jej ponętne ciało.
Dulrick wraz z Alcandrinem, siedzącym na jego plecach, wędrował od stoiska do stoiska i ślinił się na widok przeróżnych mechanicznych urządzeń. Raz czy dwa zaczął się nawet targować, szybko przechodząc do rękoczynów.
- Tam – mag kiwnięciem głowy wskazał skośny właz, prowadzący do podziemi. Strzegł go stwór podobny do tego przed wejściem, ale o rozmiar mniejszy
- Ciekawe, jak obok niego przejdziesz – mruknęła Vayla.
- Pomyślmy...
Rozejrzał się wokół i prawie natychmiast znalazł kłócące się demony. Podszedł szybko i postukał w umięśnione ramię jednego z nich. Stwór obrócił się i po chwili spojrzał swym jedynym okiem w dół.
- Czego chcesz, mały śmieciu?
- W czym problem?
- Ten parszywy sęp chce mnie orżnąć – wskazał na sprzedawcę za ladą, wyglądającego jak człowiek z przerośniętą głową, utrzymywaną w pionie jedynie dzięki specjalnym, metalowym podpórkom doczepionym do tułowia. – Chce mi sprzedać korbacz z kości niemowlęcia za dwa razy wyższą cenę niż normalnie.
- Mówiłem ci, ty ślepy głupcze – warknął wielkogłowy. – Że to niemowlę było następcą tronu wielkiego królestwa na Ziemi.
- Ślepa musiała być istota, która cię spłodziła.
- CO POWIEDZIAŁEŚ?!
Znów zaczęli obrzucać się wyszukanymi wyzwiskami, całkowicie zapominając o czarodzieju. Starzec chrząknął i znów ściągnął na siebie uwagę cyklopa.
- Jeszcze tu jesteś?
- Może pójdę do tamtego strażnika – wskazał na stojącego przy włazie kolosa. – I powiem mu, żeby rozstrzygnął, kto ma rację? Jest neutralny, więc jego wyrok będzie sprawiedliwy.
Sprzedawca wyraźnie pobladł, a jednooki, widząc to, uśmiechnął się szeroko.
- Więc biegnij. Zobaczymy, kto ma rację.
- Bardzo dobrze – wielkogłowy splunął wielkim kawałem flegmy. – Niech on to rozstrzygnie.
Mag skinął głową i ruszył w stronę strażnika. W połowie drogi dopadł go Dulrick, szarpiąc za rękaw i ściągając do odpowiadającej mu wysokości.
- Co ty kombinujesz, Moldzie? – spytał wściekle. – Mówiłem, żebyś niczego nie próbował.
- Muszę się tam dostać. Idziesz ze mną czy będziesz się bawił z tymi przekupkami?
Karzeł milczał przez chwilę, po czym zaklął siarczyście i splunął na but przechodzącej obok istoty.
- Dobra, idę. Niech cię szlag.
W czwórkę podeszli do strażnika, który natychmiast zwrócił się w ich stronę i nachylił, omiatając zgniłym oddechem ze wszystkich trzech paszczy.
- Małe demony, tu nie wolno wchodzić. Musicie mieć pozwolenie od pana wieży, Zolpura.
- Nie chcemy tam wchodzić, ale coś ci powiedzieć.
- Co takiego?
- Widzisz tamtych dwóch? – mag wskazał na demony, z którymi przed chwilą rozmawiał. Jednooki wyszczerzył kły i pomachał. – Śmieją się z ciebie. Mówią, że nie nadawałbyś się nawet do strzeżenia ludzkiego domu, nie mówiąc już o tym włazie, i że Zolpur zabije cię w przyszłym tygodniu.
W szarych oczach kolosa zapłonęła furia.
- Ośmielają się mówić takie rzeczy?! – sapnął. – Strzegę tego wejścia sześćset lat i nikt nigdy się tędy nie prześlizgnął! Co za obraza!
Przez chwilę wahał się opuścić swoje stanowisko, ale gdy cyklop ponownie zamachał w jego stronę, najwyraźniej się nabijając, wyjął swój miecz i ruszył. Jednooki kiwnął głową, ale gdy zobaczył wyraz twarzy strażnika, uśmiech zniknął z jego ust. Wielkogłowego sprzedawcy już nie było.
- Wchodzimy, szybko – mag szarpnął za uchwyt włazu, ten jednak okazał się zamknięty. Błyskawicznie rzucił zaklęcie otwarcia, skupiając się na widocznej dziurce od klucza. Zamek trzeszczał przez chwilę, gdy w jego wnętrzu ścierały się dwie magiczne siły, po czym zgrzytnął głośno, odblokowując się.
Zeszli szybko po schodach, zamykając za sobą przejście. Przeszyło ich lodowate powietrze pogrążonego w półmroku korytarza, drastycznie kontrastujące z żarem na górze. Buczący dźwięk, który czarodziej słyszał na zewnątrz, był teraz znacznie głośniejszy i czystszy. Prowadzony nim ruszył szybko spiralnym tunelem, nie zwracając uwagi na pozamykane w celach najprzeróżniejsze istoty, od warczących, zastraszonych demonów po ludzi w błagalnym geście wyciągających wychudzone, poranione ręce.
Na końcu tunelu, w samym środku podziemnego piętra, znajdowały się kolejne schody w dół. Mag nie miał wątpliwości, że to stamtąd dochodził świdrujący dźwięk. Chciał ruszyć, ale delikatna dłoń złapała go za ramię.
- Nie idźmy tam, Arganie – wyszeptała Vayla. Cała ta eskapada bardzo jej się nie podobała, a zawrotna szybkość, z jaką zbliżali się do źródła pasm ciemności widzianych z zewnątrz, bynajmniej nie poprawiała jej samopoczucia. Na samą myśl o stworzeniu, które zdolne jest przebić się przez grube ściany tego pradawnego więzienia dostawała gęsiej skórki.
- Boisz się?
- A żebyś wiedział.
- Czego?
- Co...? Wszystkiego. Tego miejsca, Zolpura, cieni...
Ugryzła się w język. Twarz czarodzieja przeciął słaby uśmiech.
- Sama widzisz. Jestem w domu. I ty również, bo jesteś częścią mnie.
- To nie... Dobra – westchnęła. – Chodźmy i miejmy już to z głowy.
Dulrick burknął coś pod nosem, ale powstrzymał się od komentarza.
Korytarz na drugim poziomie był zbudowany w ten sam sposób, co pierwszy, choć wszystkie tutejsze komnaty były puste. Co dziwne, wyglądały na w ogóle nieużywane. Powietrze było cięższe, światło widocznie słabsze, zaś cienie, zawsze wyciągające szpony w stronę demonicznego maga, teraz w ogóle się nie ujawniały. Wilgotne ściany pulsowały ledwo wyczuwalnym ciepłem.
Spiralna droga zaprowadziła ich do ślepego zaułku, gdzie zamiast schodów znaleźli okrągłą komnatę. Dudniący dźwięk wprawiał w drgania więzienne kraty i nieomylnie wskazywał, że to w niej znajduje się to, czego mag szukał.
Dulrick chrząknął, sięgając po coś za pazuchę. Vayla co chwila oglądała się do tyłu, jakby upewniając się, że droga ucieczki wciąż jest wolna.
Zajrzeli przez żelazne pręty do środka. Westchnęli.
Na środku komnaty stał, a właściwie wisiał mały chłopiec. Jego chude ciało oplątane było dziesiątkami grubymi łańcuchów, znikającymi w zacienionych kątach. Żelazne ogniwa wrzynały się w skórę, wyciskając cieknącą powoli krew. Smugi ciemności, widoczne na zewnątrz wieży, wychodziły z jego pleców i znikały w suficie.
Uwagę wszystkich natychmiast przykuł cień, jaki chłopiec rzucał na tylnią ścianę. Wyglądał jak gigantyczna, bezkształtna masa mięsa, z której wystaje nieskończona ilość rąk, szczypiec, macek, kolców i innych, niemożliwych do opisania kończyn. Nie sam widok przerażał, ale niesamowita aura mocy, strachu i minionych tysiącleci wypełnionych bólem ostatecznym, jaka udzielała się każdemu, kto spojrzał na ten makabryczny twór.
Mag cofnął się kilka kroków, zaskoczony.
Pomyliłem się, uświadomił sobie. To nie są cienie.
To ciemność.

Vayla odwróciła wzrok, a Dulrick zaklął pod nosem. Tylko Alcandrin wydawał się nieporuszony, choć wpatrywał się w więźnia z wyjątkową intensywnością.
- Moldzie, spieprzajmy stąd. To jest daleko zbyt...
- Ach, goście – rozległ się dziecięcy, zachrypnięty głos. Chłopiec podniósł zakrwawioną głowę i uśmiechnął się słabo.
- Wzywałeś – mag wystąpił do przodu, opanowując walące serca. Wiedział już, czemu nie było tu cieni.
Wszystkie zostały pożarte przez ciemność.
- Wzywałem...? – przekrzywił głowę. Jego oczy nabrały większego blasku, a głos stał się mocniejszy. – Tak. Wzywałem. Krzyczę nieustannie, czekając na zbawiciela.
Jakby na potwierdzenie jego słów rozległ się przyprawiający o mdłości, brzęczący odgłos.
- Kim jesteś?
- Wiernym synem Mgławicy, która najwyraźniej w nadmiarze matczynej miłości zapomniała o swym dziecku – uśmiechnął się krzywo. Vaylę przeszły ciarki. Jeszcze nie słyszała, by jakikolwiek demon mówił w ten sposób o ich wielkiej matce.
- I dlatego wyglądasz jak mały chłopiec?
- Nie. Po prostu lubię dzieci. Tylko one nie bawią się w tą całą moralność i mówią wprost, czego chcą. Tak, jak demony. Nie sądzisz? Czy dostrzegasz podobieństwo, nieznajomy?
- Może.
- To bezpieczna odpowiedź – pogodny wyraz jego wymizerowanej twarzy ustąpił miejsca rodzącej się pogardzie. – Jeśli chcesz szybko obrócić się w nicość. Tu nie ma szarości, nieznajomy. Tylko czerń i biel. Jesteś za lub przeciw. Po co tu przyszliście? Kto was wpuścił?
- Usłyszałem głos.
- Doprawdy? I co mówił?
- Prosił o ratunek.
- A mimo to przyszedłeś – chłopiec pokiwał głową. – Czy tylko ja dostrzegam tu pewną sprzeczność?
- Co za bezczelność – oburzył się Dulrick. – Zgrywasz takiego twardziela, ale zapominasz, po której stronie krat jesteś.
- Pamiętam o tym dobrze, baryłkowata istoto. Myślisz, że będę kwiczał o ratunek? Aż tak mi to więzienie jeszcze nie zbrzydło. Byłem w gorszych miejscach.
- Więc nie chcesz pomocy? - mag uniósł brwi.
- Tego nie powiedziałem. Ty sam musisz zdecydować, czy mnie uwolnić. Ja do niczego nie zmuszam, o nic też nie proszę.
- Szkoda czasu – karzeł machnął ręką. – Ta bestia zabiłaby nas tak szybko, jak tylko zdjęlibyśmy jej łańcuchy.
- Może... – Mold zamyślił się. – Jak to zrobić? Jak cię uwolnić?
Vayla spojrzała na niego przerażonym wzrokiem.
- Ty chyba oszalałeś – szepnęła.
- Też tak myślę – mruknął pod nosem Dulrick.
- Łańcuchów, którymi mnie spętano, nie zdejmie żadna magia. Są bezpośrednio połączone z wieżą i dopóki ona stoi, będę uwięziony.
- Chyba nie oczekujesz, że zburzymy całą wieżę?
- Myślę, że nawet bogowie mieliby z tym problem – powiedział pod nosem. – Ale jest prostszy sposób. Klucz.
- I jednym kluczem otworzymy twoją klatkę, co? Gdzie haczyk?
Twarz chłopca wykrzywiła się w przerażającym uśmiechu.
- Ma go Zolpur.
- Ach, słynny już Zolpur.
- Nie wymawiaj tego imienia tak głośno – Dulrick syknął. – Mówi się, że wieża... Że on jest nią, a ona nim.
- Gdyby to była prawda, nigdy nie doszlibyśmy tak daleko.
- Nie bądź taki pewny, czarodzieju – w ciemnych oczach dziecka rozbłysnął ogień. – Nigdy nie widziałeś, jak kot bawi się schwytaną myszą, nim ją pożre?
- Skoro jest tak potężny, to jak sobie wyobrażasz odebranie mu klucza? – mag zaczął już tracić cierpliwość.
- Nijak sobie wyobrażam. Nie odbierzecie go siłą, on sam też go nie odda. Jestem jego oczkiem w głowie i nie pozwoli mi odejść, choćby za wszystkie tajemnice Mgławicy. Mimo to, dziękuję za waszą chęć pomocy. Do niczego się nie przydaliście, ale to miłe z waszej strony, że się pofatygowaliście. Możecie już iść. Siedzę tu od tak dawna, że kilka stuleci czekania więcej nie zrobi różnicy.
- To żegnaj – Vayla pomachała ręką i skierowała się w stronę wyjścia. Pociągnęła czarodzieja za rękaw. Bezskutecznie.
- Chcę cię uwolnić.
- Doceniam twoją troskę, ale znikaj stąd, póki jeszcze czas. Jesteś jeszcze za młody, by umierać.
- Co, jeśli wyzwę go na pojedynek?
Chłopiec zaśmiał się szaleńczo. Łańcuchy wpiły się mocniej w jego wychudzone ciało, ale on zdawał się tym nie przejmować.
- Czy nie rozumiesz? Nawet na neutralnym gruncie nie miałbyś szans, a my jesteśmy w JEGO twierdzy.
- Więc wywołam go przed wieżę.
- Bardzo sprytnie, chcesz uderzyć w emocje. Ale zapomnij. On nie musi niczego udowadniać, o nie. Wyrósł już z tej dumy, tak charakterystycznej dla czarodziejów. Jest tutaj bogiem i nikt tego nie kwestionuje.
- Chcesz powiedzieć, że mieszkał w tej wieży od jej zbudowania?
- Oczywiście, że nie
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

pt sie 01, 2008 2:06 am

- Oczywiście, że nie – prychnął. – Gdy jego przodkowie skakali po drzewach, ona już była.
- Więc byli inni?
- Wielu innych.
- I niewątpliwie bardzo potężni.
- Nie masz pojęcia.
- A mimo to zawsze znajdywał się ktoś, kto był silniejszy.
- Takie są koleje losu. Ale musisz być szaleńcem, jeśli myślisz, że możesz mu dorównać. To są siły poza twoją wyobraźnią. Jednak jeśli taka jest twa wola, proszę bardzo, śmiało. Może to ja się mylę? Idź. Doświadcz prawdziwej mocy.
- Powiedz mi tylko, gdzie trzyma ten klucz.
- Blisko swego serca – odparł tajemniczo. – Bliżej, niż przypuszczasz.
- Nie rób tego, Arganie – Vayla spojrzała na niego ze strachem. – Nie bądź głupszy niż jesteś.
- Wyjątkowo muszę się z nią zgodzić – Dulrick poruszył się niespokojnie. – Jeśli tam pójdziesz, zginiesz. Ja mam to gdzieś, ale nie jestem pewien, czy sam zdajesz sobie sprawę ze skali wyzwania.
- Wiem dobrze, co robię. Użyczysz mi Susa?
- Bwah! Żebym go stracił? Nie ma mowy.
- Nie stracisz, obiecuję.
- Zapomnij.
- Przecież muszę się jakoś dostać na górę!
- Co, za stary na schody?
- Nie zmuszaj mnie, bym sięgnął do swego repertuaru sztuczek.
- Twoje żałosne iluzje nie mają... UCH!
Poczuł kłujący ból w oczach, promieniujący na całą czaszkę, a cały świat zniknął w nieprzeniknionej ciemności.
- Oślepił mnie! – ryknął, chowając twarz w dłoniach. Poczuł, jak czyjeś łapska wpychają się do kieszonki w jego zbroi. Spróbował schwycić wścibskie ręce, ale te już się ulotniły, razem z kartką i fiolką wody. – NNYAAURGH!
Przetarł oczy, odzyskując wzrok akurat, by zobaczyć przebierającego szybko nogami czarodzieja, znikającego już w mroku korytarza.
- ZAPŁACISZ MI ZA TO! – ryknął, opluwając się przy tym. – PRZEKLINAM CIEBIE I TWOJE SZTUCZKI! – spojrzał na Vaylę. – Co on mi właściwie zrobił?
- Wsadził ci palce do oczu.
- Co do...
- Nie wiedziałam, że to sztuczne jest takie wrażliwe.
- To już wiesz. Niech go cholera.

***

- Jaka ziemia może zrodzić istotę zdolną do takiego czynu? – spytał wysoki, siwy mężczyzna w czarnych szatach, rozglądając się po zakrwawionej jadalni.
- Niech bóg światłości oświetla nam drogę – wyszeptał jeden z jego towarzyszy.
- T-tu jest co najmniej sześćdziesiąt ludzi! – wykrztusił drugi. – To musi być sprawka demona, mistrzu! Nie ma innego wyjścia!
- Modlę się o to, mój drogi Nippo. Modlę się. Ciężar świadomości, że mógł tego dokonać człowiek, może się dla mnie okazać nie do uniesienia.
- Jak człowiek mógłby zrobić coś takiego? To niemożliwe.
- Nie wyciągaj pochopnych wniosków, zwłaszcza teraz, gdy jesteś pod wpływem emocji. Wiedz tylko i pamiętaj na przyszłość, że człowiek może zrobić wszystko.
- Tak, mistrzu.
- A, oto i zbliża się ktoś, kto, być może, rozjaśni nam tę sprawę.
Skinął głową na powitanie zbliżającemu się kapłanowi, a ten skłonił się nisko.
- Niech światło na twej drodze nigdy nie gaśnie, Mistrzu Trzeciej Bramy, Błogosławiony Alektensie ze Wschodu, Patronie...
- Na twojej również, ojcze – uniósł dłoń, by zatrzymać potok tytułów. Jego twarz rozjaśniła się na chwilę. – To moi dwaj uczniowie, Nippo i Lowir.
Młodzi mężczyźni w szarych płaszczach skłonili się z szacunkiem.
- Jestem ojciec Maksymilian. Modliłem się o wasze szybkie przybycie.
- Twoje modlitwy zostały wysłuchane. A teraz powiedz mi wszystko, co wiesz. Nie pomijaj żadnych szczegółów, nawet tych nieistotnych.
- Och, mistrzu... – głos kapłana zadrżał. – Nawet nie wiem, od czego zacząć. Znaleźliśmy ich w tym stanie o pierwszej w nocy, gdy po skończonych, całodziennych modłach wróciliśmy z kościoła. Oni... Oni wszyscy są martwi, mistrzu. Studenci, wysocy kapłani, arcykapłan, nawet służba. Wszyscy martwi i obdarci ze skóry.
Zatrząsł się, a z jego oczu popłynęły gorzkie łzy.
- Ja... Ja przepraszam, mistrzu. To po prostu...
- Płacz, mój dobry ojcze, płacz – Alektens położył na jego ramieniu swoją ciężką dłoń. Dziwne, kojące ciepło rozeszło się po ciele zrozpaczonego kapłana. – Łzy są wszystkim, co mamy. Łzy i wiara.
Starzec szlochał przez chwilę, po czym zebrał się w sobie i kontynuował przerwane sprawozdanie.
- Tak właściwie, skóra nie wygląda na zdartą. Wygląda tak, jakby złuszczyła się i odpadła sama, jak przy jakiejś strasznej chorobie czy... czy...
- Zaklęciu?
- Tak, mistrzu – w oczach kapłana błysnęło zrozumienie. – To pasuje znacznie bardziej.
- Myślisz, że mógł to zrobić jakiś czarodziej? Czy tutejszy kościół miał problemy z wyznawcami gwiazd?
- Nie, w żadnym razie – pokręcił energicznie głową. – Czarodziej? Tutaj, w drugim największym mieście dystryktu? W promieniu trzystu kilometrów nie słyszano o żadnym od lat. Ostatni spłonął na stosie... Hmm, no będzie już ze sto dwadzieścia lat.
- Rozumiem. Mów dalej, ojcze. Czy znasz dokładną ilość ciał?
- Tak. Policzyliśmy ich, ale nikogo nie ruszaliśmy, oczekując twego przybycia. Sześćdziesiąt pięć.
- Sześćdziesiąt pięć, powiadasz – zmrużył oczy. – Kogoś brakuje, prawda? Zazwyczaj kościelna drużyna wynosi sześćdziesiąt osób, a arcykapłan podróżuje z piątką towarzyszy, jako, jak to się mówi, szósty na wozie.
- Tak, mistrzu, masz całkowitą rację. Na początku brakowało dwóch osób, ale potem odnaleźliśmy spalone zwłoki sekretarza w jego pokoju. Drugiej wciąż szukamy.
- Spalone? – uniósł brwi. – Musicie mnie tam zaprowadzić.
- Tędy.
Gdy szli po kamiennych schodach na górę, Lowir chrząknął nieznacznie.
- Mistrzu, mam hipotezę. Co, jeśli podczas przywołania, które przecież odbywają się tu dość często, jeden z demonów uwolnił się i później zaatakował?
- Myślisz, mój uczniu, ale nie używasz do tego głowy. Gdyby podczas przywołania uciekł demon, czy wszyscy kapłani siedzieliby sobie w jadalni i spokojnie spożywali posiłek?
- Cóż, to... Uhmmhmn.
- Tak też myślałem.
- W jednym młody uczeń ma rację – odezwał się prowadzący ich kapłan Maksymilian. – Przywołania odbywają się dość często, w końcu teraz jest czas wstępnych egzaminów. Jedno z nich miało nawet miejsce dzisiaj, wczesnym rankiem.
- Doprawdy? Czy było udane?
- Tego nie wiem, mistrzu. Wraz z braćmi w wierze cały dzień spędziłem modląc się.
- Jak możemy się tego dowiedzieć?
- Obawiam się, że wszyscy, którzy mogli ci o tym opowiedzieć, mistrzu, nie żyją. Zaś jeśli chodzi o dokumentację, jesteśmy na miejscu – wskazał palcem osmalone drzwi.
Alektens zajrzał do doszczętnie spalonego pomieszczenia. Ostały się jedynie resztki biurka i regału oraz leżące niedaleko wejścia zwęglone zwłoki.
Wszedł do środka, ostrożnie stąpając wśród popiołów. Przyklęknął przy trupie. Ciężko było cokolwiek stwierdzić, ale wyglądało na to, że gdy płonął, skóra wciąż była na swoim miejscu.
- Czy w twych oczach odbiła się twarz mordercy, jestem ciekaw...?
Lowir chrząknął.
- Mistrzu, mam hipotezę. Morderca najpierw dokonał mordu w jadalni, a potem przeniósł jedną z ofiar i spalił w tym pomieszczeniu, by zająć nas rozwiązywaniem zagadek, które tak naprawdę nie istnieją.
- Błądzisz i zbyt szybko porzucasz raz obraną ścieżkę, mój uczniu. W tej chwili skłaniałbym się raczej ku twej pierwszej hipotezie. Co, jeśli to demon zaciera po sobie ślady? Tylko czy jest możliwe, ojcze, by demon uciekł niezauważony?
- Niezwykle wątpliwe, panie. Przyzwane demony są albo zabijane, albo zniewalane. Chyba, że należą do czwartego albo piątego kręgu. Wtedy po prostu są odsyłane.
- Znam te procedury, ojcze, ale dziękuję za twą chęć niesienia pomocy. Teraz jednak...
Gdzieś z dołu dobiegł ich przeraźliwy krzyk. Ojciec Maksymilian momentalnie zrobił się biały jak kreda.
- Szybko! – Alektens rzucił się w kierunku schodów.
Zbiegli na dół i wpadli do jadalni, gdzie na ziemi konał właśnie jeden z kapłanów. Skóra odłaziła małymi płatami od jego ciała, odsłaniając ścięgna i żyły.
- Odsunąć się! – mistrz uklęknął przy drgającym mężczyźnie i przyłożył mu rękę do czoła. – Boże światłości, który rozświetlasz mroki nocy i nie pozwalasz ciemności zapanować...
Urwał, szeroko otwartymi oczami patrząc na zgubne skutki swej modlitwy.
- Cóż to za diabelskie sztuczki? – szepnął. – Jaka moc śmie przeciwstawiać się boskiej woli?!
Podniósł się gwałtownie, a jego twarz nabiegła krwią. Zdawało się, że zaraz wpadnie w szał, ale odetchnął tylko głęboko i uspokoił się.
- Przepraszam was, czcigodni ojcowie. Gniew jest moim grzechem, a gdy ktoś umiera na moich oczach...
- Nie masz za co przepraszać, mistrzu – powiedział jeden z kapłanów. – Twój gniew był usprawiedliwiony, zaiste, zła moc tutaj działa.
- Opowiedzcie, proszę, co się stało.
- To był ojciec Mommir – rzekł inny z duchownych. – Rozmawialiśmy, gdy nagle jego skóra... K-krzyknąłem, a on dopiero po chwili zrozumiał, co się dzieje.
- Nie czuł, że skóra odchodzi mu od ciała?
- N-nie wiem, może był w szoku. To stało się tak szybko...
- Co robił wcześniej? Co to spowodowało?
- W sumie nic... Kilkanaście minut temu napił się tylko wody i... – kapłan zamarł, blednąc.
Alektens rozejrzał się szaleńczo po całej sali.
- NIECH NIKT NICZEGO NIE PIJE! – ryknął. – Ani nie je. Ani nie dotyka okolic ust. Powiedzcie to wszystkim, szybko!
Podczas gdy przerażeni kapłani rozbiegli się, by ostrzec swych towarzyszy, mistrz zwrócił się do swych uczniów.
- Stało się to, czego obawiałem się najbardziej. Nie demony, nie zła magia, lecz trucizna i ludzka przebiegłość, z której została uwarzona. Oto sprawcy tej rzeźni.
- Mistrzu, a co, jeśli to demon zatruł wodę, by zmylić trop?
- Wierz mi, Nippo, wiele bym oddał, by tak było. Mam inną hipotezę, z którą jednak będę musiał poczekać do wyjaśnienia kilku spraw – ponownie zwrócił się do Maksymiliana. – Powiedz mi, jak to możliwe, by tylko biedny ojciec Mommir padł ofiarą trutki? Czy wy przez całą ten czas nie piliście wody?
- Piliśmy, jak najbardziej, ale tą z butelek, które zabraliśmy ze sobą rankiem do kościoła. Woda, którą wypił Mommir, musiała zaś pochodzić z... Ech, prosto ze studni.
- A więc musiała zostać zatruta po waszym wyjściu. Biorąc pod uwagę jak szybko działa trucizna, dolano ją tuż przed wieczornym posiłkiem. O której zwykle jadacie?
- Od ósmej do dziewiątej, mistrzu. Jak wszędzie indziej.
- A wy wróciliście o pierwszej w nocy. Ten, kto tego dokonał, miał więc co najmniej cztery godziny na ucieczkę. Teraz jest trzecia w nocy...
- Już czwarta, mistrzu – zauważył Nippo.
- Czwarta? Bogowie... To już siedem godzin.
- Panie mój, kto mógłby tego dokonać? Nie człowiek przecież... – kapłan wydawał się zdruzgotany.
- Czas odpowie na to pytanie, dobry ojcze. Teraz jednak mam do ojca dwie prośby. Aha, wpierw jeszcze jedno: czy w stajni są wszystkie konie?
- T-tego nie wiem.
- Poślij tam kogoś.
- Ojcze Teodorze! - Maksymilian zawołał jednego z młodszych mężczyzn i szepnął mu kilka słów. Tamten skinął głową i podwijając szaty pobiegł szybko w kierunku wyjścia.
- Dobrze... Teraz do rzeczy. Czy przeszukaliście już dokładnie cały dom i okolice?
- Jeszcze nie, panie. Głównie się modliliśmy...
- Modlitwa przyniesie ukojenie – Alektens uśmiechnął się ciepło. – Ale nie rozwiązanie. Zatrudnij wszystkich ludzi i każ im dokładnie przeszukać każde pomieszczenie. Musimy znaleźć zaginionego duchownego i wszelkie ślady, jakie mógł zostawić sprawca. Po drugie, uprzątnijcie popiół z komnaty sekretarza, ale pod żadnym pozorem go nie wyrzucajcie. Każda, najmniejsza nawet drobinka, nie może zostać pominięta.
- Tak, mistrzu.
- Oczywiście, pomożemy wam. I błagam, spieszcie się. Z każdą minutą sprawca tego czynu jest coraz dalej.
Do sali wbiegł zziajany ojciec Teodor.
- Brakuje – wysapał, próbując złapać oddech. – Brakuje jednego konia, Strzałki.
Alektens zamknął oczy, wzdychając głęboko.
- Jedyny gorącokrwisty stajni – rzekł oburzony kapłan.
Oto staję przed kolejną z twoich prób, boże. Jak długo jeszcze każesz mi doświadczać ludzkiego okrucieństwa, nim wreszcie pozwolisz spocząć? Co chcesz mi to przez to pokazać? Co udowodnić? Że to człowiek jest najokrutniejszym z demonów? Przecież wiem to dobrze. Dawno już straciłem nadzieję, że może być inaczej.
Czemu nie wyślesz mnie do Mgławicy? Wolę walczyć z hordą ucieleśnionych namiętności niż wciąż patrzeć na człowieka, który nie jest człowiekiem, bestią jeno.
Jeśli mnie słuchasz i znasz łaskę, spraw chociaż, by sprawca nie był jednym z nich.

- Mam dla ciebie zadanie, Lowirze – odezwał się cicho. – Udaj się do najbliższej z bram miasta i spytaj strażników, czy ktoś wyjeżdżał między ósmą a drugą w nocy na koniu, którego dokładny wygląd opisze ci ojciec Teodor. I niech strażnicy skontaktują się z pozostałymi bramami, jeśli taka będzie potrzeba. Spiesz się.
- Tak, mistrzu.
Przez wielkie, szklane okno wpadły pierwsze promienie Słońca, nic jednak nie mogło rozproszyć mroku zalegającego na twarzach zebranych.

***

- Och, tak! – jęknęła, rzucając się po pościeli. – Jeszcze!
Śpij. Podróżuj pod osłoną mroku. Jedź do Damen.
- Nie chcę spać, chcę czuć. Pokaż mi. TAK! – wyprężyła się, po czym opadła bezsilnie na łóżko, dysząc ciężko.
Śmiała się szyderczo z tych wszystkich kapłańskich ostrzeżeń o cielesnej pokusie, jakich nasłuchała się podczas lat nauki. Oni wszyscy nie mieli pojęcia. To, co czuła, wykraczało daleko poza jej brudne, grzeszne ciało. Niesamowita mieszanka radości, żalu, tęsknoty i nadziei raz po raz eksplodowała w jej głowie i napełniała umysłową rozkoszą, doprowadzając do obłędu. W porównaniu z nią seks był tak śmiesznie płytki.
Nie myślała już o minionych wydarzeniach. Wszystko to stało się tak szybko, że zdawało się być nierealnym snem, którego okrucieństwa jej ludzki umysł nie był w stanie zaakceptować. Wtedy, na zakrwawionej podłodze jadalni zrozumiała, że pozostało jej tylko jedno wyjście. Tylko w jeden sposób mogła wyrwać się ze szponów szaleństwa rozpaczy i odtworzyć zniszczone szczęście.
Pełne oddanie.
- Jesteś cudowny – westchnęła, patrząc się w belki na suficie. – Nie sądziłam, że demony mogą mieć tak piękne marzenia.
Marzenie nie może czekać. Śpij. Podróżuj pod osłoną mroku.
- Też chcę, by spełniło się jak najszybciej. A gdy wykonam ostatni z twych rozkazów...
Zobaczysz marzenie.
- Tak – szepnęła, a z jej oczu polały się łzy szczęścia. – To będzie najcudowniejsza chwila mego życia.
Jesteś wybranką. Pierwszą kapłanką marzenia. Jego językiem, okiem i ręką.
- Zrobię wszystko, co trzeba.
Śpij.
- Śpię już, mój panie. Słodkich snów, gdziekolwiek jesteś – nasunęła na głowę kołdrę, odcinając się od jasnych promieni poranka wpadających przez okno.
Podróżuj pod osłoną mroku.

***

Dzik pokonał wysokość wieży trzema długimi susami, przenikając przez piętra i siejąc zamęt wśród zamieszkujących je istot. Wpadł do pomieszczenia na szczycie i momentalnie wytracił swoją prędkość, miękko lądując na kamiennej podłodze, którą chwilę temu przeniknął.
Komnata, znacznie mniejsza od pozostałych pięter, pogrążona była w rdzawym świetle wydobywającym się z czterech lamp o egzotycznych kształtach, rozstawionych po kątach. Mag spodziewał się, że będzie znacznie jaśniej, ale cienie i tak były zbyt słabe, by umożliwić mu podróż przez ich portale. Zeskoczył z wierzchowca i przeszedł kilka kroków po czerwonym dywanie, wyściełającym środkowy pas pomieszczenia.
Wzrok utkwiony miał w drugim końcu komnaty, gdzie na zardzewiałym tronie siedział stary człowiek o krótkiej, szarawej brodzie. Jego brązowe szaty były rozchełstane i ukazywały otwartą klatkę piersiową wraz z bijącym sercem, przypominającym bardziej kamień szlachetny niż żywy organ. Pozostałe narządy wewnętrzne były usunięte.
Wpatrywał się w swego gościa z niezwykłą przenikliwością, ale nie wydawał się zaskoczony.
Mag skłonił się nisko, wyimaginowanym kapeluszem zamiatając podłogę.
- Niech gwiazdy prowadzą cię przez życie, Zolpurze, władco wieży.
- Ach – siedzący na tronie wydał z siebie przeciągłe chrypnięcie. – Powitanie czarodziei... I niech ciebie nigdy nie zgubi ich blask.
- A wieczność niech będzie naszym udziałem – skłonił się ponownie. – Czy wiesz, po co tu przybyłem?
- Czekam z niecierpliwością, aż mi to powiesz.
- Jak się domyślam, musisz być trochę znudzony ciągłym siedzeniem w wieży. Czyż nie?
- Może – oczy starca zwęziły się w cienkie szparki.
- Jeśli tak, to chciałem dostarczyć ci odrobiny rozrywki.
- Ciekaw jestem, jak możesz zabawić kogoś, kto widział już tak wiele. Ale próbuj, śmiałku.
- Tu i w tym miejscu wyzywam cię, Zolpurze, na czarodziejski pojedynek.
Westchnął chrapliwie.
- Pojedynek... Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś to usłyszę. W każdym razie, jesteś bardzo mądry. Wiesz, jak rozmawiać z potężniejszymi od siebie. Nie zacząłeś od swoich żądań, jak robili to ci wszyscy głupcy przed tobą, ale od moich. W dodatku trafnie odgadłeś me pragnienia. Założę się, że jeśli sam o to nie zapytam, to nie powiesz mi, czego chcesz. Mam rację?
- Sam się przekonaj.
- HAHA! Nie, nie muszę się przekonywać. Wierzę. A zatem, mój młodzieńcze, by zachować wszelkie procedury jakie wymyślili nasi praojcowie: czy jest to pojedynek o honor, czy o rzecz?
- O rzecz.
- Czego żądasz, młodzieńcze? Co jest twym pragnieniem? Pytam, choć to raczej oczywiste.
- Pragnę klucza do celi, w której trzymany jest mały chłopiec.
Otworzył szeroko oczy, a uśmiech znikł z jego twarzy.
- Nie przestajesz mnie zadziwiać – rzekł z powagą. – Nie dość, że wędrujesz po Mgławicy, przychodzisz do mojej wieży i oferujesz mi wspaniałą rozrywkę, to jeszcze zamiast przejęcia władzy żądasz rzeczy, o której nie powinieneś nawet wiedzieć. Doprawdy, fascynujące. Musisz mi podać swoje imię, młodzieńcze.
- Argan Mold.
- Dobrze je zapamiętam.
- Będę zaszczycony.
Pozłacane drzwi za dzikiem otworzyły się na oścież i wpadły przez nie dwa trzymetrowe demony o twarzach w całości zajętych przez wielkie szczęki, najeżone setkami ostrych kłów. Ogromne, szponiaste dłonie zaciskały się nerwowo. Zolpur uniósł szybko rękę, a obie bestie zamarły w bezruchu.
- Szybkość waszej reakcji jest porażająca. A teraz odejdźcie i nie przeszkadzajcie mi więcej, pod ŻADNYM pozorem.
Demony stęknęły coś niezrozumiałego i wycofały się, zamykając za sobą drzwi z głuchym zgrzytem. Władca wieży uśmiechnął się niewinnie.
- Wybacz za to wtargnięcie. Są przewrażliwione i niezbyt bystre, ale to dobrzy strażnicy. Wierni, a to najważniejsze.
- Z pewnością. Choć, jeśli dać wiarę wszystkim opowieściom, jakie o tobie krążą, to żadna ochrona i tak nie jest ci potrzebna.
- A to ci dopiero! – zaśmiał się, kaszląc kilka razy. – Przesadzają, jak zawsze.
- Z legendarnym okrucieństwem też?
- No, tu może mają trochę racji – skromny uśmiech wpełzł na jego pomarszczoną twarz. – Ale nie martw się, ty nie doświadczysz mojej gorszej strony. Spodobałeś mi się, młody człowieku, a tacy zawsze giną z mojej ręki szybko i w miarę bezboleśnie.
- Ponownie, przyjmuję to jako najwyższy komplement.
- Powiedz mi teraz, co oferujesz w zamian. Jestem pewien, że będzie to coś wyjątkowego.
- Oferuję ci... – rozłożył szeroko ręce. – Siebie! Moją duszę... I wszystko, co przeżyłem.
- Czyżbyś jeszcze nie oddał jej Mgławicy?
- A powinienem?
- Och, nie ma pośpiechu. Prędzej czy później każdy to robi, tu, w światach zrodzonych z namiętności. Albo się przyłączysz do niej, albo zginiesz.
- Zabawne, ale ostatnio powiedziałem dokładnie to samo.
- Nie wątpię, że zdajesz sobie z tego sprawę. Ale powiedz mi, czemu chcesz dać mi coś, co mogę zabrać sam z twego truchła?
- Mógłbym powiedzieć to samo, o wielki Zolpurze.
Starzec patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, po czym ryknął donośnym śmiechem. Wstał ze swego tronu i wzniósł ręce do góry. W jego oczach na nowo zapłonął ogień, a z ust nie schodził grymas radości.
- To zaiste wspaniały dzień. Niech...
- Błagam o wybaczenie, Zolpurze i proszę o pół minuty – mag podszedł szybko do parskającego dzika. Nie bardzo mu się to podobało, ale musiał go złożyć – nie mógł ryzykować zranienia go podczas walki. Dulrick by mu tego nie wybaczył, on sam zresztą zdawał sobie sprawę z jego wartości.
Dotknął gęstej sierści i wyobraził sobie, że to papier. Tak jak się spodziewał, cała operacja była niezwykle prosta. Wystarczyło nie myśleć o nim jak o dziku, ale kawałku pergaminu. Chwilę później trzymał złożoną kartkę.
Zolpur, początkowo niezbyt zadowolony z przerwania mu w środku zdania, wpatrywał się z radością w maga.
- Cóż za niesamowity przedmiot – rzekł, drżąc lekko z podniecenia. – Cudownie będzie mieć go w swojej kolekcji, po tym, jak już cię zabiję.
- Możemy zaczynać – czarodziej rozgrzał szybko palce.
Władca wieży uśmiechnął się jeszcze szerzej. W jego dłoni pojawiła się rdzawa laska zakończona ząbkowanym ostrzem.
- Zatem, niech rozpocznie się pojedynek!

***

Alektens krzyknął, popędzając konia.
Jadący za nim dwaj uczniowie również przyśpieszyli. Choć wzrok skupiony mieli na drodze, skąpanej w świetle młodego jeszcze dnia, myślami wciąż byli w jadalni zamienionej w ludzką rzeźnię, i, podobnie jak mistrz, odtwarzali w pamięci wszystkie szczegóły i próbowali interpretować je na nowe sposoby.
Mistrz nie był zadowolony. Choć wyjechali dopiero po dokładnym przeszukaniu kościelnego domu, nie wiedzieli wiele więcej. Dokonali kilku odkryć, ale te, zamiast pomóc, pomnożyły jedynie wątpliwości i sprawiły, że całkiem jasna ścieżka ponownie skryła się we mgle.
Tak jak się obawiał, jednego ciała brakowało. Lowir wysnuł hipotezę, że dzielny kapłan udał się w pogoń za mordercą-demonem, ale mistrz nie miał złudzeń. Ktoś z kościelnej rodziny zdradził i był w swym działaniu przerażająco skrupulatny i bezlitosny. Wybór trucizny stawał się oczywisty – minie wiele dni, nim dojdzie się kto był kim.
Po szatach ustalono jedynie, że wszyscy wyżsi kapłani i arcykapłan byli martwi, więc musiał to być któryś z niższych rangą. Może student? Nosili te same szaty co zwykli duchowni, więc nie sposób było powiedzieć. Nie można było nawet ustalić płci, bo przecież cała dokumentacja spłonęła. W istocie, tożsamość zdrajcy była dobrze ukryta.
W łazience na parterze znaleźli zakrwawione szaty, a w jednym z pokoi brakowało zapasowego stroju. Oczywiście nie było wiadomo, kto w nim mieszkał, bo dokument z przydziałem komnat diabli wzięli.
Wtedy mistrz na poduszce w pokoju zdrajcy znalazł kilka długich, czarnych włosów. Ojcowie nie przypominali sobie żadnego długowłosego mężczyzny, więc wniosek nasuwał się sam: niska rangą kapłanka, może studentka.
Wśród popiołów natrafiono na stopiony nóż, który ostatecznie rozprawił się z koncepcją demona. Żadna istota o sile zdolnej gołymi rękoma rozerwać człowieka na strzępy nie musi używać sztućca, by pozbawić życia starego sekretarza. Lowir mimo to upierał się przy swoim, nazywając znaleziony dowód zmyłką, mającą wyprowadzić ich na manowce.
I wtedy w podziemnych archiwach znaleziono rozrzucone po całym korytarzu popioły – księga zawierająca imiona demonów i informacje o ich przywołaniach została doszczętnie spalona. A więc jednak demon? Czyżby mało rozgarnięty Lowir miał rację od samego początku? A może ta bestia przedostała się tu z zewnątrz, chcąc zemścić się za coś, co kiedyś jej zrobiono? A może...
Może coś stało się podczas tamtego przywołania...? Opętanie... Ale jak mogliby tego nie zauważyć? Przecież był tam sam arcykapłan.
Mistrz natychmiast kazał odesłać popioły do Stolicy, by tam spróbowali odtworzyć z nich tyle, ile się da, choć sam wątpił w celowość tych działań. Co mu po grubym tomisku wypełnionym tysiącami imion? Wysłał też drugie, z komnaty sekretarza, ale co do nich nie miał już żadnych złudzeń i zrobił to tylko dla świętego spokoju.
Potem przyszły lepsze wieści – strażnicy istotnie widzieli kogoś na czarnym koniu, przejeżdżającym przez wschodnią bramę w wielkim pośpiechu około godziny dziesiątej. Wiadomo tylko, że miał na sobie czarny płaszcz.
Nie zwlekając ani chwili, Alektens wraz z towarzyszami ruszyli jego śladem. Pędzili teraz po ubitej drodze tak szybko, jak mogli, choć ich cel wciąż był niejasny. Każda droga odchodząca od głównego traktu mogła być tą, którą wybrała morderczyni. Mistrz głowił się, czy zamierzała schronić się w jednym z większych miast, czy też jakiejś małej mieścinie. A jeśli tak, to w której? Po drodze było ich tak wiele... Od średnich rozmiarów Delbinimore, które właśnie minęli, aż po wysunięte najdalej na wschód maleńkie Damen.
Zatrzymał się przed kolejnym rozdrożem. Uczniowie dołączyli do niego po chwili.
- Mistrzu? Którędy?
- W tym właśnie tkwi problem. Nie wiem.
Zsiadł z konia i wyjął mapę ósmego dystryktu. Przywołał do siebie swych uczniów.
- Powiedz mi, Nippo, jaka jest twa droga rozumowania. Co powinniśmy zrobić?
- Cóż... Sprawca na pewno zdaje sobie sprawę z wagi czynu, który popełnił. Będzie się chciał ukryć, a mając do wyboru niewielkie osady i duże miasta, jestem prawie pewien, że wybierze te drugie.
- Ale przecież tam więcej ludzi będzie mogło go zobaczyć – mruknął Lowir.
- Wcale nie. Łatwo będzie mu się zgubić w tłumie, a poza tym dawno już udowodniono, że ludzie w większych miastach gorzej zapamiętują poszczególne, obce sobie osoby, bo widzą ich bardzo dużo.
- Uhmmhmn. Tak, rzeczywiście. A co, jeśli sprawca jest demonem?
- Cóż, wtedy... Ehm.
- Uwaga Lowira jest bardzo celna – zauważył mistrz. – Postrzegamy sprawcę jako człowieka i próbujemy postawić się na jego miejscu, ale zapominamy, że praktycznie nic o nim nie wiemy. Nie znamy jego celu, stanu umysłu ani nawet tego, czy jest człowiekiem. Może działa na usługach demona, do którego teraz wraca. Może jest chory psychicznie i błąka się po miastach bez celu. Może chce się ukryć tu, a może za wschodnią granicą, na pustkowiach.
- A co ty myślisz, mistrzu?
- Myślę, że nie uda nam się odgadnąć jego zamiarów i jedyne co możemy zrobić to rozdzielić się i podążać jego śladem, każdy oddzielnie, na swój sposób. Nasze szanse wzrosną, a poza tym... Bądźmy poważni – macie po dwadzieścia pięć lat, jesteście doświadczonymi kapłanami i potraficie o siebie zadbać.
- Jeśli taka jest twoja wola, mistrzu.
- Rzekłem. Pytajcie w każdej strażnicy i karczmie, w mniejszych osadach także miejscowych. I pamiętajcie, że splamionego krwią ubrania można się pozbyć, ale znamienia mordercy nie.
- Tak, mistrzu – odparli unisono.
- I meldujcie mi na bieżąco o odkryciach używając kluczy, które wam niegdyś dałem.
- Tak, mistrzu.
- No, to w drogę. Żegnajcie i niechaj jasność nigdy nie przestaje oświetlać waszej drogi.
Skinęli głowami i pognali, każdy w inną drogę. Alektens patrzył chwilę na znikające obłoki kurzu, po czym samemu ruszył, choć znacznie wolniej niż młodzi i gorliwi uczniowie.
Mimo wszystko, mam nadzieję, że zostaniesz przy mnie, dobry boże światłości. Bo jeśli byłeś ze mną przez te wszystkie lata i pozwalałeś mojej wierze w drugiego człowieka umierać powolną śmiercią, by ostatecznie zabić ją jednym, szybkim ciosem, to zostań i teraz. Przynajmniej nie odbierzesz im tego, co odebrałeś mi.
Nie, nie wyrzekam się ciebie. Umrę z twoim imieniem na ustach, jeśli taka będzie potrzeba. Tego możesz być pewien. Jesteś moim bogiem i pozostanę ci wierny do samego końca.
Nie dlatego, że cię miłuję.
Nie dlatego, że kocham, a twe nauki są moimi.
Jedynym powodem jest to, że poświęciłem ci całe moje życie i gdybym teraz cię odrzucił, odrzuciłbym też siebie samego, zanegował wszystko, co zrobiłem do tej pory. Więc nie martw się, dobry boże jasnej strony Księżyca.
Jestem twój na wieki.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

czw sie 07, 2008 9:12 pm

Tym razem nie muszę chyba przedstawiać niczego nowego. Wspomnę tylko, że w nowej wersji pierwszego rozdziału czarodziej miał kogoś w rodzaju chowańca - małą świnkę. A także powieść napisana przez prawdziwego Argana Molda nie jest już zatytułowana "Złożoność Mechanusa", ale "O Bogu Traw wśród nieskończonych pól" i, utrzymana w konwencji baśni dla dzieci, przedstawia prawdy rządzące światem.
Prosiłbym też o pomoc w wymyśleniu jakiegoś sensownego tytułu ^^' Nigdy nie byłem w tym dobry. Będę wdzięczny za wszelkie propozycje.

W ogóle zapomniałem o małym bonusie ;D
Zobacz mapę okolic!


Rozdział VIII
Powrót


Czemu mnie opuszczasz...?
Uniosła półprzytomnie głowę i zamrugała oczami. Sen cofnął się niczym morze, tylko po to, by po chwili powrócić i objąć ją całą. Posłusznie położyła ciężką głowę na poduszce i momentalnie przeniosła się w niebyt.
Nie rozumiem. Czasem mam wrażenie, że w ogóle cię nie znam. Jesteś...
Ognisko, gwiezdna noc.
Musiałem cię zostawić, najdroższa memu sercu. Ono wymaga poświęceń i ofiar, a ja nie chcę, byś była jednym z nich. Nie chcę, byś widziała to, co ja zobaczę. Co już widziałem. Żyj w swej słodkiej niewiedzy i nigdy nie próbuj się dowiedzieć. Podążaj swoją drogą, jak i ja podążę swoją. Prawdopodobnie nie zdążę go spełnić, nim odejdziesz. Jest tak wielkie, że ledwo mogę je ogarnąć rozumem, nie mówiąc już o konkretnych planach. Nie jestem nawet pewien, czy starczy mi własnego czasu. Nawet z magią krążącą w mych żyłach może go być za mało. Nie wiem, co wtedy.
Ale któż potrafi przewidzieć koleje losu? Może zdążę? Tak bardzo bym chciał, byś je zobaczyła w całej jego glorii, tak jak ja widzę, codziennie, o każdej porze dnia i nocy, nawet teraz. Tak. Zrobię to. Zobaczysz je, spełnione. A co ujrzą oczy, serce zrozumie i przebaczy.

Wiatr. Żółte liście na czerwonych szatach. Róża na nagrobku.
Zerwała się, siadając gwałtownie. Kołdra zsunęła się na drewnianą podłogę, wzbijając zalegający na niej kurz. Drobinki zatańczyły smutno w promieniach zachodzącego Słońca.
Na szarawej pościeli jeden za drugim kwitły mokre ślady żalu, wylewającego się z na wpół przymkniętych oczu. Schowała zaczerwienioną twarz w drżących dłoniach, wzdychając chrapliwie.
Niewielki pokoik na piętrze karczmy wydał jej się nagle nieskończenie wielki. Przerażająca samotność schwyciła ją za serce, wyduszając z piersi żałosny jęk. Dopiero gdy w głowie rozległ się tak dobrze już znany, niski głos, przytłaczające uczucie ustąpiło.
Słońce umiera. Podróżuj pod osłoną mroku. Jedź do Damen.
Kiwnęła głową, zsuwając się powoli z łóżka. Zaczęła się zbierać, przed oczami wciąż mając obraz zgarbionego, starego człowieka, stojącego samotnie na cmentarzu przed czyimś grobem. Ilekroć skupiała się na tej przygnębiającej scenie, uczucie niezrozumiałego żalu powracało i wyciskało z opuchniętych oczu kolejne łzy. Kim był ten starzec i czemu wydawał się jej tak bliski? Chciała sięgnąć pamięcią wstecz, by go odnaleźć, ale nie mogła. Każde bowiem wspomnienie, każda myśl o tym, co było, prowadziły nieuchronnie do pamiętnych wydarzeń w jadalni, które nie miały miejsca i których umysł zaakceptować nie chciał.
Czuła się tak, jakby wcześniej po prostu nie istniała. Pojawiła się nagle, jako dorosła już kobieta, bez przeszłości, z jednym tylko celem do wypełnienia. Mimo wielu dręczących pytań i niezrozumiałych sytuacji, podobał jej się ten stan rzeczy. Po raz pierwszy życie było proste.
Zapłaciła karczmarzowi osiem auresów, zamawiając przy tym jajecznicę. Podświadomie zajęła stolik w zacienionym kącie, gdzie nie dochodziły już promienie Słońca. Po paru minutach wychudzony chłopak przyniósł jej talerz z dymiącym posiłkiem i szklankę mętnego płynu, który prawdopodobnie miał imitować herbatę.
- Człowiek jest słaby, człowiek musi jeść, ech? – mruknęła pod nosem, biorąc niewielki kęs.
- Słucham, proszę pani? – dzieciak nachylił głowę.
- Nic. Precz.
Skłonił się nisko i uciekł czym prędzej.
Przełknęła z widocznym trudem. Czuła się tak, jakby jej żołądek zawiązał się na supeł i nie mógł teraz rozplątać. Ale przecież musiała jeść. Była słabym człowiekiem, potrzebowała energii, by móc kontynuować podróż. Zmusiła się do zjedzenia połowy jajecznicy i pajdy chleba, zamawiając przy tym butelkę wody. Nie miała pojęcia, jak bardzo była spragniona.
Jedź do Damen.
Nie zwlekając ani chwili wyszła przed karczmę i wskoczyła na swego wierzchowca, przygotowanego do jazdy. Stajenny chłopiec uśmiechnął się słabo, oczekując napiwku, ale ona nawet na niego nie spojrzała. Popędziła konia, przecinając tonącą w wieczornym mroku ulicę.
Podróżuj pod osłoną mroku. Zmieniaj ubrania, zmieniaj wierzchowce. Jedź do Damen.

***

Czarna błyskawica, przypominająca bardziej rozszerzającą się szczelinę w rzeczywistości, przemknęła przez komnatę i rozbiła się z ogłuszającym hukiem o krystaliczną osłonę Zolpura.
Mag zaklął cicho. To już piąty atak i piąta porażka. Wyglądało na to, że niewidoczne pole siłowe otaczające pana wieży było niemożliwe do przebicia.
Bzdura. Wszystko można złamać.
Odskoczył w lewo i krzycząc słowo-rozkaz, cisnął złotą kulką. Ta eksplodowała w połowie drogi w obłoku białego dymu i rozszczepiła się na setki maleńkich odłamków. Zabójcze pociski uderzyły z każdej możliwej strony i pod każdym możliwym kątem, ale ani jeden się nie przebił przez rozbłyskującą, krystaliczną sferę.
A może jednak nie?
Było tak, jak się spodziewał. Osłona mogła przyjąć na siebie albo nieograniczoną ilość uderzeń albo więcej, niż on był w stanie zadać. Prawdopodobnie nie była nawet typowym zaklęciem, a czymś w rodzaju dodatku do władania wieżą albo posiadania serca z kryształu, więc mogła działać bez końca. Pytanie brzmiało, czy uruchamiała się automatycznie, czy też z polecenia swego pana.
Szybki obrót w prawo i perfekcyjny rzut. Zgrzyt zatrzymanego sztyletu.
Zolpur wciąż się uśmiechał, obserwując starania swego przeciwnika. Stał spokojnie i nie wykonał jeszcze ani jednego ruchu, podczas gdy tamten biegał po całej komnacie i próbował swych sztuczek. Podobało mu się, jak walczył. Energicznie, pomysłowo, z polotem. Jaka szkoda, że będzie musiał zginąć.
Gdy kolejny pocisk skwierczącej energii rozbił się o niewidoczny kryształ, uniósł pomarszczoną dłoń.
- Bardzo dobrze. Spójrz teraz.
Wyszeptał kilka słów i wycelował rozżarzonym ostrzem swej laski w stronę maga. Ten natychmiast odskoczył a miejsce, w którym stał przed chwilą, przeciął kilkumetrowy miecz. Mag z niedowierzaniem spojrzał na swój rozcięty rękaw.
Kiedy...?
Miecz, a właściwie niemożliwie długie ostrze wyrastające z końca laski Zolpura, znikło tak nagle, jak się pojawiło. Władca wieży ponownie wycelował w swego przeciwnika, a ten znów uskoczył, ale zachwiał się i wywrócił. Chwycił się za udo.
Ten ból... Co to jest?
Mordercza broń pojawiła się nieco dalej, a na jej ząbkowanym ostrzu widniał szkarłatny ślad.
Przebił się przez iluzję płaszcza, zrozumiał. Zranił moje prawdziwe ciało.
- Wciąż jesteś przyzwyczajony do ziemskiego czasu, prawda? Twój umysł nie umie sobie poradzić z takimi anomaliami – zachichotał. – Na początku też miałem z tym problem. W końcu można przywyknąć, ale ty, obawiam się, już nie zdążysz.
Skierował laskę w jego stronę. Mag podniósł się błyskawicznie i wyciągnął z torby swój czarny kij. Rozległ się brzęk metalu.
Drgający brzeszczot pojawił się tuż przy twarzy starca. Między śmiercionośnymi ząbkami tkwiła żelazna laska, dając opór napierającej sile. Zolpur otworzył szerzej oczy.
- Albo masz dużo szczęścia, albo w ciągu paru sekund nauczyłeś się patrzeć przez wymiary. Osobiście, obstaję przy pierwszym.
Czarodziej zachwiał się, gdy głownia znikła. Mógł utrzymać równowagę, ale wiedział, że Zolpur tego właśnie się spodziewał. Upadł ciężko na ziemię, a na szyi poczuł chłodny podmuch mijanego ostrza, sterczącego już nad nim. Na szatach pojawiły się kolejne rozcięcia.
Nie tracąc ani sekundy rzucił zaklęcie, posyłając w stronę wroga żółto-zielony promień
Ostrze natychmiast rozpłynęło się w powietrzu, a kryształowa sfera zafalowała, odpierając atak. Zolpur zmrużył oczy, a czarodziej uśmiechnął się krzywo.
Mały chłopiec miał rację. Jesteś potężny, poza moim zasięgiem. Nie jestem nawet w stanie pojąć, dlaczego to ostrze jest wcześniej tam, gdzie później w ogóle go nie ma.
Wstał szybko, schował laskę i zaczął biec w stronę swego przeciwnika, wypowiadając głośno słowa czaru. Usta władcy wieży wygięły się w szerokim uśmiechu, ukazującym szereg szczerozłotych zębów.
W jednym się pomylił.
Zolpur wycelował laskę w nadciągającego maga. Tamten nawet nie próbował się uchylić.
Może są istoty, które władają mocą tak wielką, że mogły pokonać własną dumę i pychę.
Może są siły, które są wolne od tych ludzkich emocji.

Poczuł, jak broń wrzyna się w jego ciało i przechodzi na wylot. Nie zatrzymał się. Jelita rozciągnęły się na ostrzu niczym świąteczne girlandy. Plując krwią zakończył zaklęcie, posyłając w zaskoczonego pana wieży falę niewidocznej energii.
Ale ty nie jesteś jedną z nich.
A ja nie muszę cię zabić.

Ostrze zamigotało i stało się półprzezroczyste, ale nie znikło. Tak jak przypuszczał, kryształowa sfera nie pojawiła się. Skóra na szyi Zolpura pękła, przecięta mocą zaklęcia. Oczom maga ukazał się nienaruszony, kryształowy kręgosłup. Dobiegł do końca ostrza, taranując stojącego władcę. Jakby uderzył w litą ścianę.
- Duma – stęknął. – To nasz problem, Zolpurze. I większości naszych gwiezdnych braci.
Uśmiechnął się słabo do osłupiałego demona. I dokończył zaklęcie.
Podłoga pod nimi rozbłysła. Przez posadzkę przebiły się kamienne macki, wzbijając przy tym chmurę pyłu. Dwie przewierciły stopy na wylot i utknęły w udach, owijając się wokół przezroczystych kości, dwie kolejne przebiły się między kośćmi promieniowymi i łokciowymi i pełznąc wzdłuż ręki dotarły do łopatek. Ostatnia przeszła przez plecy i lawirując między żebrami dotarła do czaszki, zatrzymując się na żuchwie.
Oczy unieruchomionego Zolpura wywróciły się na drugą stronę. Zacharczał.
Mag wyszarpnął z jego dłoni przeklętą laskę i przepchnął ją przez swoją ranę do końca, uwalniając się od ząbkowanego ostrza. Rzygnął krwią.
- Nghh... Jak...? Kiedy...? – Zolpur wbił w niego oszalały wzrok. – NIKT nie może rzucać dwóch zaklęć jednocześnie! To niemożliwe!
- Próbowałeś? – spytał, drżącą ręką macając wnętrze klatki piersiowej. Za łomoczącym, lodowatym sercem znalazł coś ciepłego. Mała, przezroczysta rurka.
Mam nadzieję, że to to. Nie chciałbym tu wracać.
- Oczywiście, że nie! Są zasady...
- Reguły są po to... urkh... by je łamać.
- Jakim cudem jeszcze żyjesz?!
Starzec klęknął na jednym kolanie. Nie wiedział już, co bardziej go boli – głowa czy rana po ostrzu. Na jego czole pojawiło się trzecie oko, wpatrujące się beznamiętnie w Zolpura.
- OSZUKAŁEŚ MNIE, TY PARSZYWY PSIE MGŁAWICY! – ryknął, po czym zarechotał okrutnie. – Myślisz, że stąd wyjdziesz? Strażnicy rozerwą cię na strzępy, a potem ja zrobię to znowu. Zaznasz bólu, który... Słuchaj, gdy do ciebie mówię!
Mag wstał chwiejnie i machnął ręką na złorzeczącego Zolpura. Magiczną siłą stłukł wszystkie cztery lampy, pogrążając komnatę w mroku. Ponownie zwymiotował.
Chyba starczy już czarowania na dziś.
Przez chwilę się wahał. Czy korzystanie z cienistych portali tak blisko tamtej istoty jest bezpieczne? Co, jeśli chłopiec pożre go jak jednego z mieszkańców mroku? Może Sus byłby odpowiedniejszym środkiem transportu...
Barczyści strażnicy, którzy wpadli z hukiem do komnaty, pomogli mu w podjęciu decyzji. Rozumiejąc, co zamierza, Zolpur zawył wściekle, szamocząc się i uwalniając jedną z dłoni.
- NIE UWALNIAJ GO, SZALEŃCZE! ON...
Ale maga już tu nie było.

***

Mały chłopiec uniósł zakrwawioną głowę.
Mag wyszedł z ciemności zalegającej w korytarzu i od razu stracił równowagę, prawie się wywracając. Vayla zmarszczyła brwi, widząc dziurę w jego brzuchu.
- Moldzie? O kurwa – Dulrickowi opadła szczęka. – Tylko mi nie mów, że ty go...
- Nie ma czasu – odparł, przechodząc obok niego. – Zolpur jest bardzo wkurzony.
- Nie zabiłeś go?!
Czarodziej stanął przed kratami więzienia.
- Wróciłeś – dziecko wpatrywało się w niego intensywnie. – Uczymy się całe życie. Pytanie, co zrobisz teraz z tym, co masz w kieszeni.
- Po tym, co przeszedłem, mogę zrobić tylko jedno - rzekł, wyciągając kryształową rurkę.
Twarz sukkuba zbladła, Dulricka zaś poczerwieniała.
- Moldzie, nie bądź...
Daleko w korytarzu rozległy się sapania nadciągających strażników. Sądząc po hałasie, jaki czynili, było ich naprawdę sporo.
Czarodziej przyłożył klucz do otworu w kratach. Zrobiło się dziwnie cicho – brzęczące buczenie ustało całkowicie. Ciemne fale wylewające się z chłopca znieruchomiały, podobnie jak on sam. Dulrick ruszył do przodu, chcąc zatrzymać maga.
Włożył kryształ do środka. Coś szczęknęło, a kraty wszystkich cel na tym piętrze uniosły się do góry z przeciągłym jękiem nienaoliwionych mechanizmów. Ciemność pogłębiła się.
Chłopiec przez chwilę patrzył się tępo na czarodzieja, ledwie stojącego na nogach. Potem przeniósł wzrok na pętające go żelazo. Wykonał lekki ruch ręką, zrywając łańcuchy bez żadnego wysiłku. Usta drgnęły mu lekko, a makabryczny cień zaczął się trząść.
Przy zakręcie tunelu pojawili się pierwsi strażnicy. Tak jak wszystkich innych, ich muskularne ciała również zaopatrzone były w dodatkowe szczęki poumieszczane w najprzeróżniejszych miejscach. Dzierżyli wielkie bronie, którymi bez wątpienia potrafili zadać wielki ból.
Dulrick przestał skupiać się na chłopcu i spojrzał wściekle na chwiejącego się czarodzieja.
- Gdzie jest Sus?! Dawaj go, do chuja!
Wyrwał ze starczej dłoni kartkę papieru. Zaczął grzebać w swoich kieszeniach, coraz szerzej otwierając oczy.
- O żesz kurwa. Zapomniałem uzupełnić wodę.
- Ty chyba żartujesz! – Vayla spojrzała z niedowierzaniem na karła plującego zawzięcie na swoją kartkę. – Użyj tego drugiego!
- To małe gówno może zabrać tylko jedną osobę.
- Jakie to szlachetne z twojej strony.
- Nie myślałem o tobie, dziwko, tylko o Alcandrinie.
Ostatni z łańcuchów spadł z brzękiem na ziemię. Zamilkli, gdy z celi wyszedł mały chłopiec ubrany w czarny, prosty kubraczek. Przerażający cień ciągnął się za nim niczym przeklęte brzemię narzucone przez bogów. Vayla odskoczyła do tyłu, nie chcąc znaleźć się w jego obrębie.
Strażnicy stanęli jak wryci, patrząc na dziecko z mieszaniną strachu i nienawiści. Rozwarte szczęki zaczęły syczeć i warczeć.
Chłopiec stanął naprzeciw kolosalnych bestii. Skóra na jego czole rozstąpiła się, ukazując drugą parę oczu jarzących się czerwienią. A potem jeszcze jedną. Uśmiechnął się. Ciemność skumulowała się w jego dłoni i uformowała niesamowity miecz długi. Ostrze miało kolor głębokiej czerni, rozświetlonej światłem zamkniętych w nim gwiazd. Był tak ostry, że wydawał się ciąć samą materię.
Strażnicy ruszyli do przodu. Dziecko bez trudu uniknęło śmiertelnych ciosów, wyprowadzając jednocześnie własne. Przewaga bestii, liczebna i wzrostowa, nie stanowiła dla niego problemu. Długie ramiona nie sięgną celu, gdy zostaną odcięte.
Patrząc na tę walkę, czy też raczej rzeź, można było zapomnieć, jak utalentowanymi wojownikami byli strażnicy. Wieki ich mozolnych treningów były bezużyteczne wobec wrodzonych mocy chłopca, rozwijanych przez całe milenia. Byli bezradni jak dzieci zagubione w mroku. W mniej niż minutę wszyscy legli martwi na ziemi.
Stojący daleko z tyłu demoniczni magowie w rdzawych szatach jęknęli i rozpoczęli inkantacje. Nie zdążyli. Demon wskoczył w środek uformowanego przez nich szyku i wśród wrzasków bólu porozcinał ich na setki małych kawałków. Zabójcze ostrze przechodziło przez ubrania, mięśnie i kości jak przez powietrze.
W tunelach na drugim poziomie lochów zapanowała całkowita cisza.
Odwrócił się w stronę oniemiałych demonów, chowając niewytłumaczalnie skrócony miecz w czarnej pochwie, która nagle pojawiła się przy jego biodrze. Vayla na wszelki wypadek pożegnała się ze swoim cudownym ciałem, a Dulrick zatrząsł się cały z buzującej w jego wnętrzu nienawiści. Nie ma nic gorszego niż poczucie całkowitej bezradności. Tylko Alcandrin jak zwykle nie dawał po sobie niczego poznać.
Chłopiec minął ich wszystkich i podszedł do półprzytomnego czarodzieja. Zadarł głowę do góry i spojrzał na niego sześciorgiem oczu.
- Uwolniłeś mnie, Synu Gwiazd. Nie prosiłem cię o to. Nie obiecywałem nagrody, a ty jej nie żądałeś. Może miałeś jakiś powód, może nie. Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. To, co się liczy się to fakt, że naraziłeś swoje życie, by mnie uwolnić. Czy wiesz, co zrobiłeś? Czy jesteś świadom, co wypuściłeś na wolność?
- Problem w tym, że Zolpur wciąż żyje i jeśli się nie pospieszymy...
- Rola Zolpura dobiegła końca. Wiem, że żyje, a on wie, że jestem wolny. Nie zejdzie tu.
- Raz cię przecież uwięził.
- Nie sam i nie w otwartej walce. Nie myśl o nim. Odpowiedz, czy jesteś świadom.
- Pewnie nie.
- Zgadza się. Dobrze, że chociaż tego jesteś świadom. Dokąd zmierzasz?
- To nie miejsce ani czas na...
- Dokąd zmierzasz? Gdzie prowadzi twa droga?
- Na Ziemię – westchnął i zakasłał. Chłopiec przekrzywił lekko głowę.
- Teraz pomówimy o nagrodzie. Nie dlatego, że tak trzeba. Po prostu chcę cię nagrodzić za twe trudy. Wiem, że sam niczego nie chciałeś. Jeśli miałeś jakieś pragnienia, już za późno, by mi o nich mówić. Nic mnie nie obchodzą. Moja propozycja jest taka: stanę u twego boku na osiem ziemskich lat, albo jedną siódmą obrotu, jeśli preferujesz czas Mgławicy. Z możliwością przedłużenia.
Nieprawdopodobne, pomyślał mag. Mówi o nagrodzie dla mnie, choć tak naprawdę to nagroda dla niego, kolejna zachcianka, którą zamierza spełnić. On naprawdę zachowuje się jak dziecko. Sprytne i bezczelne, mogące pociąć dziesiątki demonów w kilkanaście sekund.
Nie sądziłem, że dzieci mogą być aż tak przerażające.

- Zgadzasz się czy nie? Szkoda czasu.
Starzec przeleciał wzrokiem po twarzach swoich towarzyszy. Nie, żeby zamierzał traktować ich zdanie na poważnie. Po prostu był ciekaw. Jeden głos na nie, dwa neutralne.
- Zgoda. Pod jednym warunkiem.
- Jakimż to?
- Pozwolisz sobie pokazać marzenie. Moją drogę.
Twarz chłopca pojaśniała. Uśmiechnął się tak, jak potrafią uśmiechać się tylko dzieci. Szczerze, radośnie, bez cienia ułudy.
- Marzenie, co? Lubię je. To jedne z najpiękniejszych rzeczy stworzonych przez człowieka. Zgoda! Pokaż mi.
- Później. Nie czuję się najlepiej i...
- Materia cienia zregeneruje zniszczone tkanki, nie martw się – spojrzał za siebie, słysząc w oddali kolejne sapania. – Stary Zolpur nie rezygnuje. Musi być naprawdę wściekły, skoro posyła swych żołnierzy na pewną śmierć.
- Nie chodzi o ranę, tylko...
Coś strzeliło wewnątrz jego głowy, a pomarańczowe oczy straciły swój blask i stały się matowe. Upadłby ciężko na ziemię, gdyby w ostatniej chwili nie złapał go mały demon.
Pozostali patrzyli beznamiętnie na martwego czarodzieja. Vayla westchnęła.
- Wiedziałam, że tak to się skończy.
- Żartujesz? Nie powinien był tu w ogóle wrócić, co najwyżej w milionie kawałków.
- Rozumiem, że jesteście czymś w rodzaju jego drużyny? – chłopiec przerzucił sobie starca przez ramię, jakby ten nic nie ważył.
- JA jestem – mruknęła Vayla.
- My tylko chwilowo – karzeł posłał jej gniewne spojrzenie.
- Więc chodźcie. Pewnie nie byłby zadowolony, gdybym was tu zostawił.
Powiedziawszy to, ruszył śmiało do przodu. Po chwili wahania poszli za nim.
Napotkani strażnicy, widząc nadchodzące dziecko, zaczęli się wycofywać i przepychać między sobą. Dwóch zaklinowało się na wąskich schodach, blokując całkowicie przejście, ale nie miało to żadnego znaczenia. Wszyscy, którzy nie byli dostatecznie szybcy, zostali pożarci przez towarzyszącą chłopcu ciemność, podążającą za swym małym awatarem.
Gdy wyszli na parter, nie powitał ich znajomy gwar targowiska. Zamiast niego dało się słyszeć tylko ciche szmery, ale i one ucichły, gdy stłoczone na drugim końcu komnaty pozostałe bestie ujrzały chłopca. Nawet leżące wśród poprzewracanych stoisk stratowane demony przestały jęczeć i złorzeczyć, ze strachem patrząc na kroczącego wśród nich malca.
- Jesteś aż tak potężny? – spytał Dulrick, sceptycyzmem zasłaniając zazdrość.
- A cóż to znaczy „potężny”? To tylko słowo, w dodatku bardzo nieostre. Dla mrówki potężny jest człowiek, dla tych demonów potężny jestem ja, a dla pewnych istot to ja jestem mrówką.
Z sufitu posypały się kurz i drobne kamyki. Znajdujący się na samym środku okrąg, ukryty wśród złożonych ornamentów, drgnął i zaczął się opuszczać na czterech żelaznych prętach.
Oczom zebranych ukazał się duży, pozłacany balkon. Przy barierce stał ubrany w rdzawe szaty starzec, oszalałym wzrokiem wpatrujący się w swego byłego więźnia.
- Czy to nie jest...
- Ta... To Zolpur – chłopiec nawet nie spojrzał w jego stronę.
- Idziesz? Nie chcesz się zemścić? – Vayla nie kryła zdziwienia.
- Dość zmarnowałem na niego czasu.
- MALEBOLGIA! – głos władcy rozszedł się po sali niczym grom. Drzwi frontowe, ku przerażeniu uwięzionych kupców, zamknęły się z hukiem.
Demon zatrzymał się. Odwrócił głowę i spojrzał na trzęsącego się ze wściekłości Zolpura. Wyszczerzył zęby w okrutnym uśmiechu i położył na ziemi martwego czarodzieja.
- Z drugiej strony może znajdę kilka minut.

***

Z pokrytej kilkudniowym zarostem twarzy Lowira nie mógł zejść uśmiech pełen radości i ekscytacji. Wszystko szło dokładnie po jego myśli, a właściwie to odwrotnie, bo miał raczej pesymistyczne nastawienie do swych poszukiwań. Na początku wciąż uważał, że morderca będzie chciał się zaszyć w jednym z małych miasteczek, wsi, albo w ogóle gdzieś w dzikiej głuszy. Po co miałby trzymać się głównych dróg i odwiedzać miasta pełne kościołów? To jasne, że wszędzie będą go szukać, obserwować każdego podejrzanego osobnika, wypytywać i sprawdzać. Nawet szaleniec nie pchałby się prosto na szubienicę.
Myśląc o szubienicy Lowir użył przenośni. Oczywistym było, że za taką zbrodnię czeka kara znacznie gorsza niż śmierć przez powieszenie. Tak, Stolica miała swoje sposoby na wymierzanie sprawiedliwości adekwatnej do popełnionego czynu.
Był tak pewien słuszności swego toku rozumowania, że chciał zmienić trasę już przy pierwszej ścieżce prowadzącej do małej wsi, niezaznaczonej nawet na mapie. Wtedy jednak tknęła go myśl następującej treści:
Co, jeśli morderca jest przebieglejszy, niż mi się wydaje? Może wiedział, że będę myślał w ten jedyny, logiczny sposób i postanowił to bezwzględnie wykorzystać? Mógł zmienić trasę i zamiast pojechać tam, gdzie nakazywał zdrowy rozsądek, czyli do zapomnianej przez świat osady, udał się wprost w paszczę lwa?
Pogładził swój podbródek i pokiwał głową, śmiejąc się pod nosem.
- Sprytny jesteś. Ale Lowira nie przechytrzysz! HAIA!
W ten sposób trafił do Arrerp, średnich rozmiarów miasta. Po zmarnowaniu połowy dnia na bezowocne poszukiwania zaczął tracić swoją pewność siebie. Skontaktował się z mistrzem i dowiedział się, że on również nic nie znalazł, podobnie jak Nippo.
Czyżbym przekombinował sprawę odrobinę za bardzo? Mogłem wtedy skręcić...
Wtedy od jednego z karczmarzy w niższej dzielnicy usłyszał o kobiecie, która odpowiadała rysopisowi. W dodatku dosiadała czarnego konia z białą strzałką na pysku. Przybyła tu zeszłego ranka, a o zachodzie Słońca zjadła jajecznicę i wybyła. Twarz miała ładną, ale strasznie wymizerowaną. Karczmarz nazywał ją „kobietą lekkich obyczajów”, tylko ostrzej. Podobno z jej pokoju przez kilka godzin dochodziły jęki rozkoszy, a łóżko chodziło tak bardzo, że znalazł je przesunięte o całe pół metra. W dodatku zachowywała się w podejrzany sposób. Mamrotała do siebie, gapiła się bezmyślnie w ścianę, śmiała bez powodu i parę razy rozglądała podejrzliwie. Zupełnie, powiedział właściciel, jakby miała coś na sumieniu.
Lowir poczuł, jak serce bije mu mocniej. Był na tropie.
O boże, jestem na tropie.
Niezwłocznie zameldował mistrzowi o postępach, a następnie udał się do wschodniej strażnicy. Stacjonujący tam rycerze w istocie pamiętali kogoś takiego, nie byli jednak w stanie powiedzieć, którą drogę wybrała później. To na szczęście nie było problemem. Do małego Agnorp zmierzał już Nippo, pozostawała więc jedyna droga, prowadząca do miasta Iplomut, zarządzanego przez słynną szlachecką rodzinę Iplo.
Przeglądając mapę zatrzymał wzrok na Damen, mieścinie graniczącej ze wschodnią granicą. Dalej rozciągały się już tylko nieskończone pustkowia, biała plama na większości map. Nikt nie trudził się badaniem tamtejszych obszarów, gdzie, według niektórych plotek, stało demoniczne miasto-metropolia.
- Może to tam się kierujesz, co, maleńka...? Na ziemię zapomnianą przez boga, gdzie nie dosięgnie cię karząca ręka Stolicy... Po moim trupie – zacisnął pięść. – Dorwę cię.
Kościoły wszystkich miast w okolicy musiały już się dowiedzieć. Nie wymknie się.
Korzystając ze swego statusu wymienił konia na nowego i pognał przed siebie tak, że w jeden dzień pokonał dzielącą miasta odległość. Na miejscu czekała jednak na niego niespodzianka.
- Nii, szlachetny ojcze – karczmarz podrapał się po wielkim brzuchu. Promienie zachodzącego Słońca, wpadające przez brudne szyby, oświetlały dolną część jego twarzy, pokrytą czarną szczeciną. Ukryte w cieniu jarzyły się dwa świńskie oczka, wpatrujące się z duchownego z wyraźnym szacunkiem. Albo strachem. – Nie widziałmże tu takowej. Jednakoż była tu insza, która teżże sie po dziwakowemu zachowywała. Jeno miała szary płaszcz i kasztana.
Lowir otworzył szeroko oczy.
- Dziwa... Dziwakowo, czyli jak?
- Mamrotała se do siebie samej, a jak obaczyła, że sie paczę, to przestała – rozejrzał się i nachylił ku swemu rozmówcy. – A i uciech grzesznyich zażywała, słyszałżem ja, o tak.
- Miała wymizerowaną twarz?
- Bo a wem... Ojciec sie mie jak znawce jakiegóś pyta, ha ha. Ale ładniutka była, w sam raz co by wychę... Znaczy, yy... No ładna była.
To na pewno ona, pomyślał ze strachem. Jak mogłem nie przewidzieć, że zmieni ubiór i konia? Jak?!
Rzucił złotą monetę karczmarzowi i pobiegł czym prędzej do wschodniej strażnicy. O dziwo, strażnicy nie widzieli nikogo takiego. Możliwe, że po prostu im umknęła, albo też...
Za jego prośbą rycerze skontaktowali się ze swymi kolegami z północy. Bez rezultatu.
- Kurwa! – Lowir uderzył pięścią w rozłożoną na stole mapę. Płomień lampy zamigotał, a cienie w pomieszczeniu zadrgały, jak gdyby trzęsąc się ze śmiechu. – To niemożliwe. Jak mogłem zgubić jej ślad? Byłem tak blisko!

***

Oczekiwania Nippo, w przeciwieństwie do jego przyjaciela, spełniły się w stu procentach. Nie spodziewał się znaleźć żadnych śladów i rzeczywiście – niczego nie znalazł.
Cała jego droga była pozbawiona sensu. Oczywiście, trzeba było sprawdzić każdą z możliwości, blablabla, ale bądźmy poważni – jaki uciekinier podróżowałby mało uczęszczanymi drogami i mijał niewielkie osady, gdzie KAŻDY mieszkaniec zapamiętałby jego obcą, podejrzaną twarz? Musiałby być przygłupem, niemającym pojęcia o podstawowych zasadach rządzących społeczeństwem. A Nippo nie wierzył, by ktoś zdolny uwarzyć tak wyrafinowaną truciznę był idiotą.
Jedyną zaletą jego wędrówki była możliwość uzupełnienia mapy o nowe osady, które albo pojawiły się po jej narysowaniu, albo zostały rozmyślnie pominięte przez autora. Skłaniał się raczej ku drugiej opcji. Większość z wiosek nie miała nawet własnej nazwy, więc do ich oznaczenia użył cyferek i liczb. Nie musiał tego robić – i tak nikogo to nie obchodziło – ale chciał zrobić cokolwiek, co wypełniłoby jakoś ten zmarnowany czas i sprawiło, że byłby zmarnowany o odrobinkę mniej.
Potem nadeszła wiadomość od mistrza. Lowir był na tropie.
- Oczywiście – mruknął, wywracając oczami i popędzając konia. Chciał jak najszybciej nadrobić czas spędzony na rozmowach z wieśniakami. To udało mu się na tyle dobrze, że dotarł do Agnorp mniej więcej w tym samym czasie, w którym Lowir znalazł się w Iplomut.
Strażnicy bram nie zauważyli nikogo pasującego do rysopisu. Chciał skontaktować się ze swym przyjacielem, ale ten nie odpowiadał, najwyraźniej zajęty. Wysłał więc wiadomość do mistrza, w zamian otrzymując rozkaz pozostania czujnym i nie opuszczania miasta. Pozostawało czekać na rozwój wypadków.
Wybrał jedną z tańszych karczm, zamówił skromny posiłek i usadowiwszy się w rogu sali rozświetlonej ostatnimi promieniami zachodzącego słońca zaczął studiować mapę. Krąg poszukiwań zacieśniał się, to jasne. Morderczyni nie miała wielkiego wyboru. Jeśli z Arrerp skierowała się do Agnorp, to wciąż jeszcze musiała być w drodze, bo strażnicy by ją z pewnością zobaczyli. Gdyby zaś do Iplomut, najprawdopodobniej zmierzała w stronę dalekiego Damen. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej prawdopodobne mu się to wydawało.
Myślisz, że wschodnie rubieże ochronią cię przed gniewem boga, hm?
Strażnicy zobaczyliby...

Serce zabiło mu mocniej. Młody sługa przyniósł mu zamówione jedzenie na drewnianej tacy.
Spytałem o kobietę w czarnym płaszczu na czarnym koniu.
Jak mogłem popełnić taki błąd?

Słowa mistrza uderzyły w niego niczym silnie wymierzony cios. Poruszył bezgłośnie wargami, oblewając się zimnym potem.
„Splamionego krwią ubrania można się pozbyć, ale znamienia mordercy nie.”
Chłopak, nie mogąc doczekać się napiwku, skłonił się nisko i zaczął odchodzić. Nippo schwycił go za rękę.
- Poczekaj. Czy nie mieliście ostatnio dziwnych gości? Młodych kobiet, które rozmawiały same ze sobą albo coś podobnego?
- Yy... – sługa zamyślił się. – Tak, panie. O tam, siedzi.
Zamarł. Powoli, jakby bojąc się zobaczyć tę okrutną istotę, którą ścigali, przesunął wzrok wzdłuż ręki chłopca, wskazującej zacieniony róg pomieszczenia.
Na stole, obok pustej szklanki, leżał brudny talerz z resztkami jedzenia. Krzesło było niedbale odsunięte.
- O... Dziwne, jeszcze przed chwilą tam była.
Drzwi frontowe skrzypnęły. Duchowny zerwał się i nie myśląc wiele ruszył w pościg.
- Halo, panie! Co z pańskim jedzeniem?
Nippo wyszedł już na ulicę. Adrenalina szumiała w jego głowie, zagłuszając wszystko inne. Serce łomotało jak oszalałe. Mięśnie trwały w napięciu, nogi zdawały się działać niezależnie od mózgu. Klucz podarowany mu przez mistrza dyndał na szyi, bezskutecznie przypominając o sobie. Cała uwaga kapłana skupiona była na idącej daleko z przodu kobiecie w brązowym płaszczu.
Znalazłem ją. Znalazłem mordercę.
Szli już dobre pięć minut. Słońce dogasało na niebie, a wzdłuż murów wznosił się wieczorny mrok. Ulice były całkowite puste. Starał się poruszać bezgłośnie, co jakiś czas przystając i kryjąc się po bokach.
Dokąd ona idzie? Stajnie są w drugą stronę. Czy Agnorp to cel jej podróży? Tu chce się ukryć? Może to zmyłka? Może to nie ona?
Zatrzymała się. Tknięty przeczuciem uskoczył w zaułek chwilę przed tym, jak obejrzała się dookoła. Potem skręciła w ciasną uliczkę po prawej.
Odczekał chwilę i pobiegł za nią, zza pazuchy wyciągając zdobiony sztylet. Stolica chciała mieć ją żywą i nie zamierzał jej zabijać. Chyba, że w ostateczności.
Zajrzał ostrożnie do wnętrza ślepej ulicy otoczonej z dwóch stron dużymi budynkami i zakończonej wysokim murem. Wznoszące się za nim drzewo rzucało złowieszcze cienie, tańczące w hipnotyzującym rytmie podmuchów wiatru. Widoczne dalej niebo miało kolor szkarłatu, ustępującego powoli nadchodzącemu ciemnemu granatowi.
Stała tam, na samym końcu, obracając coś w dłoniach. Widział kosmyki jej jasnych włosów, opadające na twarz.
- Nie ruszaj się! – krzyknął, wbiegając do środka i mierząc w nią sztyletem. – W imieniu jedynego słusznego boga światła, jesteś aresztowana!
Tejla spojrzała na niego i przekrzywiła głowę.

***

Władca wieży skierował swoją laskę w stronę stojącego kilkanaście metrów niżej chłopca. Wykrzyczał słowo rozkaz, a z ostrza wystrzeliła jasnoczerwona błyskawica. Rozczepiła się na kilkanaście mniejszych, a te na kolejne, ostatecznie tworząc ponad sto piorunów, które ze spóźnionym hukiem pomknęły do celu.
Ciemność wzniosła się aż do sufitu, wirując wokół małego dziecka niczym trąba powietrzna. Wchłonęła wszystkie pociski, pozwalając im wytracić prędkość w swym wnętrzu. Przez chwilę błyskawice przebijały kolumnę mroku krwawym światłem, potem zgasły.
Nagle między balkonem a wirem pojawiło się ostrze nieprawdopodobnej długości. Ciemność natychmiast je pochwyciła i zaczęła pełznąć ku górze.
Zolpur warknął i ścisnął mocniej swą laskę. Ostrze rozbłysło, piekielnym blaskiem anihilując mroczne macki. Wirująca czerń odstąpiła od rozświetlonej broni, omijając ją i tworząc niewielką szczelinę.
Brzeszczot uderzał raz po raz, dziurawiąc mrok w dziesiątkach punktów. Wiele rozcięć pojawiało się w miejscach, w których morderczego ostrza w ogóle nie było.
Jednak każda wyrwa w strukturze tornada zostawała natychmiast załatana i nie czyniła mu żadnej widocznej szkody. Widząc nieskuteczność swoich działań, pan wieży ryknął i przywołał całą moc artefaktu.
Wzdłuż ostrza z zawrotną prędkością przepłynął impuls skumulowanej energii. Wewnątrz trąby powietrznej rozległa się eksplozja, rozrywając na strzępy jej podstawę. Jednak chłopca już tam nie było.
Tornado zawyło przeciągle, wyginając się. Z ogłuszającym grzmotem uderzyło w ziemię, łamiąc ostrze i krusząc posadzkę. Brzeszczot zamigotał parę razy, po czym zniknął.
Wiatr wzmógł się, porywając ze sobą coraz więcej przedmiotów. Stojący z boku i patrzący na to piekło Dulrick dziękował bogom, że już ich tam nie było. Bez wątpienia zostaliby sprasowani do krwawych naleśników, a pan-jestem-potężnym-przemądrzałym-demonem pewnie by tego nawet nie zauważył. Mimo to, zabawa była przednia. Zerknął na leżącego obok maga.
Przegapiasz najlepszą część, Moldzie.
- Z O L P U R Z E
W wirującej ciemności na wysokości balkonu otworzyło się sześć czerwonych oczu, wpatrujących się z czystą nienawiścią w siedemnastego władcę wieży Abomericku. Tornado otworzyło się, tworząc coś w rodzaju najeżonej zębami paszczy. Z kilkumetrowych kłów niczym ślina ściekały skrawki mroku.
- MALEBOLGIA!
Nieskończona ilość czarnych macek wystrzeliła w jego stronę. Powietrze zadrgało od rosnącej temperatury, a czarodziej zniknął w skwierczącej kuli piekielnego ognia. Sięgający ku niemu mrok spłonął w gorejących płomieniach.
- JEŚLI JA NIE BĘDĘ CIĘ MIAŁ, NIKT NIE BĘDZIE!
- OOOOOooo Z O L P U R Z E!
Z monstrualnej paszczy wyskoczył mały chłopiec, śmiejący się obłędnie. Ciemność ciągnęła się za nim niczym monstrualny płaszcz. W ręku dzierżył swój miecz.
Władca zeskoczył z balkonu, kierując się w jego stronę. Rechoczące dziecko wpadło do wnętrza ognistej kuli, a otaczający je mrok zniknął, spalając się podobnie jak czarny kubraczek. Zderzyli się, w rozbłysku mocy krzyżując swoje bronie. Zawiśli w powietrzu, w śmiertelnym zwarciu mierząc własne siły.
- Oszalałeś, Zolpurku! Dobrze wiesz, że nie możesz mnie zabić!
- Ty mnie też. A ja się nigdy nie poddam – wycedził, przywołując uśpione pokłady swej mocy.
Czerwona aura uderzyła w demona. Wyleciał z kuli i koziołkując wpadł do wnętrza swego tornada. Zolpur odskoczył, lądując z powrotem na balkonie.
- NIE WYJDZIESZ STĄD – ryknął, a otaczające go płomienie przybrały na sile. – Jesteś cały mój.
Chłopiec ponownie wyskoczył z trąby, lądując na pionowej ścianie i negując tym samym prawo grawitacji. Zaczął biec w poprzek muru, rozciągając swój płaszcz wokół balkonu. Zamiast sufitu była już tylko plama nieprzeniknionej czerni. Tornado zaczęło się wznosić, zasypując salę deszczem przedmiotów.
TO PRAWDA, w głowie Zolpura rozległ się głos, wrzynający się w mózg niczym tysiąc igieł. NIE MOGĘ CIĘ ZABIĆ, BO NIE CHCĘ ZOSTAĆ WŁADCĄ WIEŻY. I JEJ WIĘŹNIEM.
ALE NIE ZATRZYMASZ MNIE. JESTEŚ TYLKO DEMONEM.
JA JESTEM MROKIEM WCIELONYM.
Kula ognia zmieniła się w małe słońce, podtapiając ogromne słupy utrzymujące balkon. Ciałem władcy wieży wstrząsnęły spazmy szału ostatecznego. Zacisnął szczęki, a na jego złotych zębach pojawiły się pęknięcia. Nabrał powietrza w nieistniejące płuca.
- MMAAAAAAALEEEEE...
Zebrani na dole patrzyli, jak cała górna część komnaty znika w ciemności. Dźwięki rozgrywających się w jej wnętrzu wydarzeń zostały całkowicie wytłumione.
Po chwili wyczekiwania, dla niektórych zdającej się trwać wieczność, z mroku wyleciał kryształowy szkielet i po krótkim locie rąbnął o posadzkę.
Kupcy i strażnicy zamarli. Jeden z demonów zachichotał nerwowo, tracąc zimną krew. Dulrick poczuł, jak jego usta same wykrzywiają się w uśmiechu.
Chłopiec pojawił się chwilę później, spadając szybko i ciągnąc za sobą całą czerń. Tuż przed ziemią wyhamował i stanął lekko na zniszczonej posadzce. Resztka mroku wniknęła w jego wnętrze, odtwarzając skromny ubiór.
Podszedł do swych nowych towarzyszy i ponownie zarzucił sobie czarodzieja przez ramię.
- Chodźmy, zanim całą walkę będzie trzeba powtórzyć od nowa.
- Nie miałbym nic przeciwko – powiedział Dulrick, ruszając jego śladem. – Dobre widowisko.
- Prawda? – uśmiechnął się.
Stanęli przed wyjściem. Mrok wpełznął do wielkiego zamka i bez trudu go otworzył, a wrota z głośnym skrzypnięciem rozwarły się, ukazując żółtą pustynię. Po strażniku i kolejce demonów nie było śladu.
Lśniący czerwienią oczodół wpatrywał się w odchodzące dziecko. Kryształowa dłoń uniosła się, jakby chcąc je dosięgnąć i zatrzymać.
Moja Malebolgia...
Podniósł się chwiejnie i rozkładając szeroko ręce wydał z siebie przeciągły ryk, pełen nienawiści i żalu.

***

Obróciła się powoli w jego stronę. Pod brązowym płaszczem dostrzegł ciemne, zwykłe ubranie i przez sekundę myślał, że to jednak nie ona, że się pomylił.
- Moim bogiem są one – wskazała ścianę, na kiwające się cienie gałęzi.
- Co? – Nippo nie zrozumiał. Zrobił krok do przodu. – Podnieś ręce. Co tam trzymasz?
- Tak o sobie mówi. Bóg Cieni. Wiem to. Słyszę go w snach, gdy Głos śpi z mym ciałem.
- Ręce w górę!
Kolejne dwa kroki do przodu. Próbował dostrzec jej twarz, ale ta ukryta była w cieniu naciągniętego kaptura.
Odłóż ten sztylet, dziecino.
- Odłóż ten sztylet, dziecino. Zrobisz sobie krzywdę.
- Krzywdę zrobię tobie, jeśli w tej chwili nie podniesiesz rąk.
Podnieś.
Podniosła, uśmiechając się. Powinien dopaść ją już teraz, ale było w niej coś dziwnego i bardzo niepokojącego, co kazało mu zachować szczególną ostrożność.
Powoli, spokojnie Nippo... Nie popełnij żadnego błędu. Nie daj się zaskoczyć.
- Co tam trzymasz? – kiwnął głową w stronę małego pudełka, które trzymała w dłoni.
- Jego zabawkę.
- Kogo?
Jej brązowe oczy rozszerzyły się, rozbłyskując.
- Boga. Co chcesz zrobić? Zabić mnie?
- Tylko aresztować. Stolica zajmie się resztą.
Nie zatrzymasz marzenia.
- Nie zatrzymasz marzenia. Pod jakim zarzutem?
- Zamordowania sześćdziesięciu pięciu kapłanów w Drugim Kościele w Ort Amans, w tym samego arcykapłana dystryktu.
Zrobiła trzy kroki do tyłu, odsuwając się od swej torby. Na plecach poczuła chłodny dotyk muru.
- Ja tego nie zrobiłam.
- Och, czyżby?
- Ja tylko złożyłam ofiarę.
Zmrużył oczy, próbując ją rozgryźć. Szalona, opętana czy tylko udawała?
- Dla kogo? Dla swego boga?
- Nie... Dla marzenia.
Doskoczył do niej, chwytając prawą rękę. Kaptur spadł, odsłaniając śliczną twarz młodej dziewczyny. Obezwładnił ją, obracając i przyciskając do muru. Metalowy sześcian, który trzymała, wypadł jej z dłoni i wylądował pod nogami Nippo.
- Nie oczekuję, że to zrozumiesz. Jesteś tylko człowiekiem.
- A ty niby kim jesteś? – warknął, obszukując ją wolną ręką. Zza jej pasa wyjął sztylet i rzucił na bruk.
- Jestem Pierwszą Kapłanką Marzenia, służką Boga Cieni. I bynajmniej nie ostatnią.
- Tak? Powiem ci, kim jesteś naprawdę. Byłą kapłanką niskiej rangi boga światła, która oszalała i zamordowała swych bliskich. Myślałaś, że zmiana ubrania i przefarbowanie włosów zapewnią ci ochronę? Zmyliłaś strażników, ale nie zmylisz bożych sług.
Odpowiedział mu wesoły śmiech.
Jesteś taki głupi... Taki mały...
- Jesteś taki głupi... Taki mały... Nigdy tego nie zrozumiesz. Jak to jest, być częścią jego snu. Widzieć czyste piękno stworzenia, zbawienie ostateczne i nadzieję na nowy świat, całkowicie różny od naszego, zepsutego i zdeprawowanego.
- O czym ty...
- Jak to jest słyszeć jego głos, w dzień i w nocy, zawsze, wszędzie. Gdy jesz, gdy śpisz, gdy szczasz, gdy patrzysz w niebo, gdy patrzysz w ziemię... Nie ma ucieczki. Twoje ciało przestaje cię słuchać, nie możesz już walczyć. To przecież tylko kilka dni, ale nie. To całe miesiące, całe lata. Pokochałbyś go jak ja, bo to jedyne sensowne wyjście. Dopiero potem zaczynasz rozumieć, że to naprawdę jest właściwa droga. On miał rację, od samego początku, a ja byłam zbyt głupia i otumaniona, by to pojąć. Ale teraz już jest dobrze, już w porządku.
Jesteś mą najwierniejszą kapłanką, mą nadzieją i dumą. Brzemienna w Marzenie.
- Och, kocham cię, boże...
Nippo z przerażeniem patrzył, jak z jej oczu zaczynają lać się łzy. Te okropne rzeczy, które mówiła... Czy to była prawda? Kim, do jasnej cholery, była ta dziewczyna i co naprawdę wydarzyło się w tamtym kościele? Sprawa się bez wątpienia komplikowała.
Mimowolnie rozluźnił uścisk, ale natychmiast się opamiętał i docisnął kobietę do ściany.
- Czy dobrze rozumiem? Czy słyszysz w swej głowie obcy głos?
Marzenie nie może czekać. Ruszaj do Damen.
- Obcy...? – przestała płakać, przez chwilę wydając się małą i zagubioną. – Nie, nie jest obcy.
Ruszaj do Damen. Użyj kostki Clockmoor’a. Kombinacja H-cztery-A-C.
Zerknęła gdzieś za siebie.
- Tak, panie.
- Co? Słyszysz go teraz?

Ruszaj, dziecino. Niech kamyki nie zatrzymują cię na twej drodze.
- Odpowiedz! O, boże... – jęknął, widząc obłąkany wyraz jej twarzy.
- Kombinacja H-cztery-A-C. Otwórz przejście.
Sześcian zatrzeszczał, po czym rozpadł się, otwierając nad sobą, w miejscu, gdzie stał Nippo, międzywymiarowe przejście.
Mężczyzna patrzył się tępo, jak oswabadza się z jego słabego uścisku. Wiszący na jego szyi klucz zaczął się zsuwać, ale Tejla złapała go zręcznie. Przyjrzała się starannie wyrzeźbionej trójce.
Ruszaj do Damen.
- Przeklęci mistrzowie bram – syknęła. Próbowała sobie przypomnieć, kto był obecnym Mistrzem Trzeciej Bramy, ale nie mogła. Ścisnęła klucz mocniej i wysłała telepatyczną wiadomość do znajdującej się po drugiej stronie osoby, kimkolwiek by ona nie była. Potem schowała go do kieszeni.
Tylnia połowa Nippo upadła na bruk. Przednia po chwili do niej dołączyła, ukazując byłej kapłance idealny przekrój człowieka.
- Uu... Nie uważało się na lekcjach, co? Przecież mówili, że krawędzie portali są bardzo, bardzo, bardzo ostre.
Posłała martwemu kapłanowi pocałunek, po czym zebrała z ziemi swe rzeczy i przeszła przez międzywymiarowe okno. Kostka zamknęła portal, składając się na powrót. Potem otworzyła drugi, pod sobą, podążając za swoją nową właścicielką.

***

Poznaj kolejną tajemnicę Świata Poza, czarodzieju. Nieśmiertelność, której tak bardzo pragnąłeś, nieśmiertelność, którą uzyskałeś. Doświadcz, czym jest naprawdę.
Pragnień nie da się zabić. Można je pokonać, wyciszyć, nauczyć się ignorować. Ale one będą zawsze, gdzieś tam, w środku i gdy przyjdzie czas, znów dadzą o sobie znać. Nikt nigdy nie będzie od nich prawdziwie wolny.
A czymże są demony, jeśli nie ich ucieleśnieniem? Jesteś tylko pustą skorupą, ty i twój gatunek, posiadającą w jądrze mgieł skrawek miejsca, w którym gnieździ się twa esencja, zastępująca to, co mi oddałeś w zamian za błogosławieństwo.
To nic, że twe neurony uległy anihilacji, a mózg zatonął w krwi z pękniętych tętnic. Tu, w wirujących światach namiętności mego umysłu, żaden z was nie umrze. Tu życie, śmierć i zasady rzeczywistości nie mają znaczenia. Liczą się tylko pragnienia.
Ale miej się na baczności. Gdy opuścisz łono swej matki, nie będziesz już bezpieczny. Będziesz niczym słaby człowiek – gdy umrzesz, pozostanie tylko twa namiętność.
Teraz wstań, dziecię cienia.

Ostatnia z komórek została zregenerowana. Serca na dany sygnał zaczęły ponownie pompować krew, wypełniając zastygłe ciało życiodajnym ciepłem. W odnowionym mózgu rozbłysły biliony neuronów, gdy cała pamięć i wiedza zostały odtworzone. Drobne kawałki świadomości ponownie złączyły się w całość, krążąc wokół niezniszczalnego marzenia jak planety wokół swego słońca.
Otworzył troje oczu. Przez chwilę czuł się jak za starych, dobrych lat, a potem marzenie rozbłysło dawnym blaskiem, przesłaniając wszystko inne. Kazało wstać i ruszać dalej.
Podniósł się.
- No wreszcie – Dulrick chrząknął i wstał, po czym siadł z powrotem, nie będąc pewnym, co właściwie robi.
- Co się stało? – spytał, w międzyczasie przypatrując się swym dłoniom.
Dziwne... Płaszcz nie przestał działać, tak jak zrobił to po śmierci wiejskiej dziewczyny. Musiał wiedzieć, że wrócę...
- Umarłeś.
- To wiem. Ale jak się tu znaleźliśmy?
Swoją drogą, nie tak wyobrażałem sobie nieśmiertelność.
- Haha, mówię ci, Moldzie, żałuj, że byłeś martwy! Przegapiłeś wspaniałą walkę, prawdę powiadam!
- Zolpur nie chciał wypuścić swego skarbu, co?
- Żebyś to widział! Były ogniste kule, tornada, wielkie paszcze i oczyszczone z mięsa szkielety. Ale ale, twoja walka też musiała być wspaniała i nie myśl, że się wywiniesz od opowiadania. MUSZĘ wiedzieć, jakżeś mu ten klucz zaiwanił.
- Gdzie reszta?
- Tu i tam – wzruszył ramionami. – Alcandrin się modli, mały biega po korytarzach ciesząc się wolnością, a Vayla... y... Dla tego, no, bezpieczeństwa...
- Wypuść ją – westchnął.
- Jasna sprawa – wstał ponownie i ruszył w kierunku drzwi. Zatrzymał się w pół kroku i obejrzał. – E, Moldzie...
- Hmm?
- Jest taka jedna sprawa, którą chciałbym z tobą przedyskutować.
- Jakaż to?
- Odnośnie marzenia.

***

Stare schody trzeszczały głośno, gdy Tejla wchodziła na pierwsze piętro opuszczonego budynku.
Drugie po prawo.
Spojrzała na drzwi. Ktoś nieudolnie przybił je do framugi, z której zostały wyrwane dawno temu. Jeden porządny kopniak wystarczył, by ponownie posłać je na podłogę. Chmura niewidocznego kurzu wzbiła się w powietrze.
Kapłanka powoli weszła do środka ciemnego pomieszczenia. Chłodne światło nadchodzącej nocy wpadało przez szczeliny między deskami, którymi zabite było okno. Duszny zapach przywodził na myśl stare drewno i stęchliznę.
Kolebka życia. Słowo-rozkaz „Ariademagicia ”.
W ciemności błysnęły dwa punkciki.
Słowo-rozkaz...
- Ariademagicia.
Ściana po lewej zgrzytnęła i zaczęła otwierać się niczym wielkie wrota, ukazując ukryte, niewielkie pomieszczenie. Dwie kule wewnątrz zamigotały, oświetlając setki trybów, przekładni i wirującego pyłu. Na samym środku stała wielka szafa z ciemnego drewna.
Wyjmij z szafy rzeczy: pudełko kredy, czarne dłuto, młotek...
- Czy ty masz skrytki w każdym mieście? – spytała pod nosem.
- HUZIA!
Mała świnka wybiła się mocno, lądując na jej głowie. Kapłanka krzyknęła, obracając się szybko. Chwyciła szalejące zwierze i cisnęła nim o podłogę, a to odbiło się, jakby było zrobione z gumy. Spojrzało na nią, mrużąc swe czarne oczka i szczerząc kły.
- Co... Świnia? Co tu robi świnia?
- Ja tu mieszkam – zachrumkała w odpowiedzi. Tejla nie mogła zrozumieć, jakim cudem rozmawia ze zwierzęciem. – Wynocha, zanim poodgryzam ci nogi!
- Chyba żartujesz. Mam tu...
Przyjrzała się świni dokładniej. Czuła, że zna tę istotę od wielu lat, choć przecież widziała ją po raz pierwszy w życiu. I wtedy sobie przypomniała. Szept w nieprzeniknionej czerni, niepowiązany z żadnym innym obrazem czy wspomnieniem. „Zabierz mnie stąd, czarodzieju.
W jakiś sposób wiedziała, że ten szept i stojące przed nią małe prosię były powiązane.
- Ty jesteś od niego – szepnęła. Kucnęła, uśmiechając się. Zwierze patrzyło na nią podejrzliwie. – Jesteś od niego.
- Od kogo? – zerknęła na otwartą ścianę i zadrżała. – Jesteś od czarodzieja!
- Nie wiem nic o czarodzieju – odparła, wstając. – Jestem kapłanką marzenia, wybraną przez boga cieni.
- Marzenia...! Jeśli to to samo marzenie, o którym i ja myślę, to musisz być od niego. Kto ci o nim powiedział? Skąd je znasz?
- Przekazał mi je demon wysłany przez boga. A teraz wybacz, nie mam czasu.
Demon..., świnka opuściła ryjek i przymknęła oczy. Zatem, udało ci się.
- Co robisz? – spytała, widząc jak Tejla przeszukuje szafę.
- Szukam młotka.
- Druga półka od góry.
- Och. Dzięki.
- Zamierzasz go przyw... Ee, znaczy, co zamierzasz?
Przerwała poszukiwania, patrząc bezmyślnie przed siebie.
- Ja... Najpierw znajdę wszystkie potrzebne mi przedmioty.
- A potem?
- A potem...
Wyjmij z szafy rzeczy: pudełko kredy, zielony woreczek...
Zgrzytnęła zębami.
- Skąd mam do kurwy nędzy wiedzieć?! – wrzasnęła, pięściami uderzając w szafę. Spojrzała wściekłym wzrokiem na cofającą się szybko świnkę. – Nie bądź taki ciekawski, baleronie. Nie wiem, co łączy cię z bogiem, ale na pewno nic na tyle ważnego, by trzymać cię przy życiu.
Wyjmij z szafy...
- Nie przeszkadzaj mi już. Mam robotę do wykonania. Gdzie jest ta cholerna kreda...?
- Trzecia od góry – usłyszała cichy głos. Westchnęła.
- Dobra. Pomóż mi, jeśli możesz. Marzenie nie może dłużej czekać.

***

NIE ZA-ATRZYMAC IE ARZEN IA.
Alektens cisnął z obrzydzeniem swym kluczem, nie mogąc znieść wylewającej się z niego nienawiści. Usiadł, próbując uspokoić walące serce.
Kto...?
Przekaz był niedokładny, pełen trzasków i zgrzytów. Prawdopodobnie nie był nawet skierowany do nikogo konkretnego, a fakt, że mistrz go odebrał był spowodowany wyższością jego klucza nad tymi należącymi do uczniów. Bez wątpienia wysłała go osoba nieobeznana z używaniem magicznego przedmiotu, a w dodatku niedarząca sympatią Białego Kościoła. Czyżby to sama morderczyni postanowiła wykonać ruch? I co to miało znaczyć – nie zatrzymacie arzen ia? Marzenia? To bez sensu.
Jedno było pewne – któryś z jego młodych kapłanów był w kłopotach.
Kwadrans temu nadeszły wieści od Lowira, bynajmniej nie dobre. Zgubił ślad, a na dodatek uciekinierka zmieniała ubrania i konie. Sposób, w jaki uczeń o tym mówił, jasno wskazywał, że już zapomniał o radzie swego mistrza, jakiej ten im udzielił na rozdrożu. Alektens nie był tym szczególnie zdziwiony.
Gdy próbował przekazać informacje Nippo, ten nie dawał znaku życia. Czyżby to on...?
Podniósł z ziemi swój klucz i zebrał myśli.
- Lowirze.
Chwila pełnej wyczekiwania ciszy.
- Tak, mistrzu?
Alektens westchnął głośno. Tak jak przypuszczał.
- Mistrzu?
- Nippo ma kłopoty.

Wyraźnie wyczuł przepływające przez klucz uczucia zakłopotania i niepewności.
- J... Jakie kłopoty? Co się stało?
- Ktoś użył jego klucza do przekazania wiadomości.
- Kto? Jakiej wiadomości?
- Nie zatrzymacie marzenia.
- Co to znaczy?
- Nie wiem.
- Może... Może gdzieś go zgubił?
- Dobrze wiesz, że kluczy nie da się zgubić. Raz dane, mogą zostać odebrane tylko przez mistrza lub śmierć.
- Nie myślisz chyba...
- Nie wiem. Ale wiem, że coś złego stało się w Agnorp i najprawdopodobniej tam jest ta, której szukamy.
- Natychmiast wyruszam w...
- Powstrzymaj się! Wpierw coś sprawdzę. Skontaktuję się z tobą za kilka minut.

Urwał połączenie. Przez chwilę siedział nieruchomo, myśląc intensywnie. Potem rozłożył na stole mapę ósmego dystryktu i położył na jej środku klucz.
Istniała możliwość, że nadawcą przekazu była morderczyni, a Nippo już nie żył.
Istniała też możliwość, że nieumiejąca posługiwać się kluczem nie znała jego właściwości i nieświadoma zagrożenia wzięła go ze sobą jako trofeum. Albo odwrotnie – uczyniła to specjalnie, zastawiając wymyślną pułapkę.
Niezależnie od prawdy, musiał spróbować. Był odpowiedzialny za tego chłopaka i jeśli rzeczywiście zginął, to on był pierwszym, który winien był zemścić się na sprawcy.
Stworzył mentalną więź, łącząc się ze swym artefaktem.
- Pokaż mi.
Klucz wykorzystał jego oczy i przyjrzał się mapie. Mistrz zobaczył to, co on.
Zielona poświata otaczała romb symbolizujący miasto Iplomut, jednoznacznie wskazując miejsce pobytu Lowira. Druga, żółta, zapaliła się chwilę później.

***

Tejla odetchnęła ciężkim od wilgoci powietrzem, rozglądając się po pustej piwnicy.
Pokaż mi każdą ze ścian. Dokładnie. Druga jest dobra. Tak.
Ustawiła magiczną lampę na ziemi, obok swego ekwipunku. Świnia usiadła kawałek dalej, w cieniu, przyglądając się kapłance. Jej kaprawe oczka lśniły od odbijanego w nich nienaturalnie jasnego płomienia świecy.
Weź dłuto i młotek. Przystaw do ściany.
Brązowy płaszcz wylądował na brudnej ziemi. Rozgrzała palce, przygotowując się. Nigdy nie miała w rękach takich narzędzi, ale nie bała się. Wiedziała, że Głos ją poprowadzi. Przystawiła rylec do ściany.
Zamknij oczy.
Gdy tylko wykonała polecenie, jej umysł odsunął się w tył, ustępując miejsca Głosowi. Zachwiałaby się, gdyby miała jeszcze jakąkolwiek władzę nad swym ciałem.
Wciąż była świadoma wszystkiego, co działo się wokół niej. Słyszała postukiwania, czuła, jak jej własne palce pewnie ściskają młotek i raz po raz uderzają nim w dłuto. Tyle tylko, że na nic nie miała już wpływu.
Szybko straciła rachubę czasu, rozkoszując się tym stanem pół-snu. Czuła się bezpieczniejsza i szczęśliwsza niż kiedykolwiek – oto sam bóg zstąpił z niebios cienia i prowadził teraz jej dłonie, tworząc swoje wiekopomne dzieło.
Nagle upadła. Zamachała bezradnie rękoma, próbując odzyskać kontrolę nad ponownie swoim ciałem. Zachichotała, czując się jak małe dziecko, które dopiero uczy się kontroli własnych mięsni. By zrobić ruch, musiała o nim pomyśleć.
Przed nią, na pokrytej kropelkami wilgoci ścianie widniał wyryty kontur drzwi, otoczony kilkunastoma złożonymi symbolami.
- Co to jest...?
Piwnica oddaliła się o milion kilometrów, gdy jej świadomość ponownie została odepchnięta. Szeroko otwartymi oczami patrzyła, jak własnymi dłońmi bierze kawałek kredy i zaczyna dorysowywać wokół drzwi kolejne znaki, od czasu do czasu posypując je pyłkiem z zielonego woreczka. Głos cały czas wypowiadał jakieś niezrozumiałe słowa, a ona po chwili odkryła, że nie pochodzi z wnętrza głowy, a z jej własnych ust.
Znam niektóre z tych run, pomyślała, próbując utrzymać skupienie. On chce...

***

- JAK TO NIE MOŻECIE?!
- Kostki Clockmoor’a są niezwykle rzadkie. Wiesz o tym, Alektensie. Stolica posiada tylko dziesięć egzemplarzy, nie może ich tracić bez powodu.
- Bez powodu?! Ośmielam się twierdzić...
- Cel jest otoczony. Rycerze kościoła w Damen rozpoczęli poszukiwania.
- A jeśli ucieknie na wschodnie rubieże?
- Znajdą go łowcy. Jego los został przesądzony.
- Wciąż uważam, że...
- Sprawa jest zamknięta. A ty, Alektensie, staraj się lepiej panować nad swymi emocjami. Już nie pierwszy raz traktujesz prowadzone śledztwo zbyt osobiście.
- Zaginął mój uczeń!
- Wojna wymaga ofiar. Wracaj do Stolicy. Zamykam przewód.

Mistrz zerwał się z fotela, dysząc ciężko. Na zazwyczaj opanowanej twarzy zakwitł grymas gniewu, jedynej emocji, której nigdy nie zdołał poskromić.
Bo jakże inaczej? Jak miał pozostać spokojnym wobec tego, co działo się dookoła niego? Gdzieś tam biedny Nippo oczekiwał ratunku, a on nie mógł mu w żaden sposób pomóc, bo cholerne urządzenia były dla niektórych cenniejsze od ludzkich żyć. Po jakie gówno kazali mu prowadzić tę sprawę, skoro i tak zamierzali zrobić to po swojemu? Nie wierzył, by ta morderczyni dała się tak łatwo złapać. Było w niej coś niepokojącego, element niepewności, który pozostawiony ukrytym może stanowić śmiertelne zagrożenie. Oczywiście, nikogo to nie obchodziło. Pewnie – po co słuchać starego duchownego, który i tak już powinien zrezygnować ze swej funkcji na rzecz młodszych?
Wszystko źle, wszystko nie tak. Świat, który znał z dzieciństwa, przestał już istnieć, a może nie istniał nigdy. Namiętności opanowały ludzi, zabierając im resztki rozumu, którym i tak nigdy nie grzeszyli. Nie było już ani jednego czystego miejsca. Nawet wewnątrz kościoła wiara była tylko pustym słowem, oznaczającym środek na zdobycie władzy ostatecznej. Nic dziwnego, że liczba demonów w pierwszym wymiarze gwałtownie rosła. Ludzie sami zapraszali je do swych domów, umysłów i serc, podążając za głosem pragnień, nie zdrowego rozsądku. Tak jak on teraz.
Odetchnął głęboko, uspokajając się.
- Możecie próbować – rzucił w pustkę. – Ile tylko chcecie. Ale ja nie porzucę swej drogi.
Liście ozdobnego drzewka stojącego w kącie poruszyło nieistniejące prychnięcie.
Są tu. Zawsze i wszędzie, poprzez tunele pragnień przeciskają się do ludzkiego świata. Obserwują każdy nasz ruch, widzą każdą słabość i nieustannie szepczą słodkie obietnice życia podporządkowanego namiętnościom.
Westchnął głośno, pozwalając rozwinąć się poczuciu bezsilności. Nie wygrają tej walki. Nie pokonają pragnień, bo tego zrobić się nie da. Zbyt głęboko świat zatonął w mroku, za bardzo zboczył z właściwej ścieżki. A milczący bogowie pozwolą złu zwyciężyć.
Zacisnął pięści.
Nie ma nadziei. Ale będę walczył do końca. Tylko to pozostało. Dramatyczna walka przyciśniętych do muru. Nie o przeżycie. O honor.
Ryknął, dając upust wzbierającej w jego wnętrzu wściekłości. Cisnął kluczem w otwierające się właśnie drzwi.
- Przyszedłem nie w porę? – uśmiechnięta twarz wychyliła się ostrożnie.
- K... Książę Fernand!
- Czy mogę?
- Oczywiście! Przepraszam za to przedstawienie, wasza wysokość, nigdy sobie nie wybaczę...
- Proszę, bez tych tytułów – mężczyzna uścisnął mocno jego dłoń. – Ktoś taki jak ty, Mistrzu Trzeciej Bramy...
- Najlepiej będzie, jeśli w ogóle je sobie darujemy. Też za nimi nie przepadam.
- W porządku.
- Proszę, siadaj – dłonią wskazał fotel, samemu też zajmując dogodne miejsce. Wizyta dawnego znajomego wyraźnie go odprężyła, choć tak na dobrą sprawę byli dla siebie całkiem obcymi ludźmi, powiązanymi zaledwie paroma tygodniami wspólnej podróży i kilkunastoma listami.
Nie widział go od wielu lat, właściwie to od czasu wyprawy. Oczywiście często o nim słyszał, w końcu brat potężnego króla wciąż był personą liczącą się w świecie, nawet jeśli w rodzinie nie panowały zbyt ciepłe stosunki i bracia szczerze za sobą nie przepadali.
Właśnie to Alektens lubił w Fernandzie. Choć był młody – trzydzieści sześć lat to przecież zaledwie początek – posiadał już rozległą wiedzę w wielu dziedzinach i, co najważniejsze, potrafił dostrzegać zło tam, gdzie inni widzieli zysk i władzę. To zresztą było przyczyną jego ciągłych kłótni z bratem, który swym zachowaniem bliższy był tyranowi niż dobrotliwemu królowi. Wszyscy wiedzieli, że wykorzystuje swoją pozycję do unikania kary za czyny, które nikomu innemu nie uszłyby płazem. Puszczali mu to płazem, bo po pierwsze był w końcu królem, a po drugie, rządził naprawdę dobrze.
Tylko Fernand się temu stanowczo i jawnie sprzeciwiał, ale poza otwartym protestem nie wiele mógł zdziałać. Sam zresztą, Alektens widział to wyraźnie, też nie był całkowicie wolny od złotej pychy wysoko urodzonych, co najlepiej uwidaczniało się w kontaktach z warstwami niższymi. Był dla nich dobry, to fakt, troszczył się o nich, ale nie pozwalał za bardzo zmniejszyć dzielącego ich dystansu. Innymi słowy, nie chciał stać się tacy jak oni.
Być dobrym królem, ale zawsze królem.
Bywał też porywczy i wyniosły, lekceważący niebezpieczeństwo. Świadomość bycia najlepszym szermierzem w królestwie na pewno nie sprzyjała pokorze. Alektens nie winił go za to. W końcu każdy ma swoją własną ciemną stronę, a pusta pycha jest akurat mało szkodliwa w porównaniu z innymi, znacznie gorszymi pragnieniami.
- Nie słyszałem nic o twoim pobycie tutaj – rzekł, chcąc przerwać niezręczną ciszę, tak częstą na spotkaniach po latach. Zabawne, że człowiek, mając tyle rzeczy do opowiedzenia, nie potrafił w danej chwili przypomnieć sobie ani jednej i ostatecznie nie mówił nic, siedząc i uśmiechając się głupio.
- Dopiero przyjechałem. Gdy tylko usłyszałem, że sam Alektens jest w mieście, pomyślałem, że grzechem byłoby przegapić taką okazję i się nie spotkać ze swoim dawnym nauczycielem.
- Nauczycielem? – mistrz zaśmiał się. – Byliśmy zaledwie na jednej wyprawie...
- Podczas której wiele się nauczyłem. Wiem, że wtedy miałem jeszcze mleko pod nosem i sprawiałem trochę kłopotów, ale wiedz, że cały czas pilnie cię słuchałem.
- Cieszę się. Co cię sprowadza do Atremun?
- To, co zwykle. Sprawdzam, jak żyje się ludziom pod rządami mego brata.
- I jak się żyje?
- Dobrze – odparł szybko, po czym mruknął pod nosem. – Zaskakująco.
- To dobrze...
- A ciebie? Jakaż to sprawa kazała ci przebyć taki szmat drogi ze Stolicy?
Alektens wyraźnie spochmurniał, co nie uszło uwadze młodego szlachcica.
- Kolejne śledztwo. Nic więcej.
- Coś poszło nie tak, prawda?
- Ostatnimi laty wiele rzeczy idzie nie tak, jak powinno.
- Wiem coś o tym. Powiedz, czy mogę ci jakoś pomóc?
- Nie, to nie... – urwał w połowie zdania, gdy w jego głowie zaświtała pewna myśl. – Czy wciąż masz najszybszego konia w królestwie, który potrafi biec kilka dni bez przerwy?
- Taak... Czemu?
- Potrzebuję go. Wiem, że jest twoim największym skarbem i nigdy się z nim nie rozstajesz, a ja jestem tylko dawnym znajomym, którego prawie nie znasz, ale na wszelkich bogów, muszę jak najszybciej dostać się do Damen i tylko z nim mi się to uda.
Książe wstał, patrząc na niego surowo.
- Masz rację. Nie rozstaję się z nim – widząc, że stary kapłan zamierza protestować, uniósł rękę. – Nigdy. Są warte majątek.
- To jest... Rozumiem, trudno.
- Ale – uśmiechnął się nagle. – Mam lepszy pomysł.

***

Świnka z niemalejącym podekscytowaniem patrzyła, jak kapłanka przez kilka godzin skrobie na ścianie symbole, a potem zaczyna recytować potężne i skomplikowane zaklęcie niczym najprawdziwszy czarodziej. Wyprostowywała i zwijała swój ogonek, nie mogąc się doczekać.
Nie była pewna, czy ta dziewczyna w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co robi. Jej ruchy były pewne i szybkie, ale pozbawione wyrazu, automatyczne. Znajdowała się w jakimś transie, a może w ogóle już jej tu nie było, a w jej ciele zamieszkała obca istota.
- Czarodzieju...? – świnka wychyliła pyszczek z mroku. Nie doczekawszy się odpowiedzi, zachrumkała cicho i podrapała się za uchem. Spojrzała na mgłę, unoszącą się powoli z ziemi i zmierzającą w stronę wyrytych drzwi. Niektóre z symboli migotały już słabym światłem.
To nie było zwykłe przywołanie, o nie. Bez zabezpieczających run, bez środków ostrożności. To szerokie otwarcie drzwi do Świata Poza, przez które przejdzie wszystko, co będzie w pobliżu. Myśl o hordzie demonów wlewających się do piwnicy była mało optymistyczna, ale wierzyła, chciała wierzyć, że wszystko było częścią wielkiego planu sprytnego maga.
Z każdym kolejnym wykonanym gestem, kolejną wypowiedzianą sylabą i aktywowaną runą, denerwowała się coraz bardziej. Jej dawny pan wracał. Czy po tylu latach spędzonych w Mgławicy będzie wciąż dawnym sobą? Może nie będzie jej pamiętał albo, co gorsza, uzna za powitalną pieczeń i pożre? Gdy powietrze wypełniło się przerażającymi dźwiękami drugiego wymiaru, mimowolnie cofnęła się do tyłu. Cienie na ścianach zaczęły się poruszać w bardzo niepokojący sposób. Podmuch międzywymiarowego wiatru zgasił świecę, jedynym źródłem światła pozostawiając płonące wściekłą czerwienią symbole.
Tejla, chwiejąc się od przepływającej przez jej słabe ciało energii, wyszeptała demoniczne imię, natychmiast porwane w nieskończony szum rzek namiętności. W tej samej chwili Głos zamilkł
Ostatnio zmieniony pn sie 11, 2008 2:15 am przez DraMeo, łącznie zmieniany 3 razy.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

czw sie 07, 2008 9:13 pm

Powierzchnia drzwi zafalowała, gdy magia portalu w ciągu kilkunastu sekund przeszukała wszystkie światy Mgławicy i odnalazła wzywany podmiot, po czym otworzyła przed nim drugie wrota, umożliwiając przejście.
Przez minutę, może dwie, nie działo się kompletnie nic. Drzwi trwały otwarte, łącząc dwa światy. W końcu, wśród wirujących wirów szarości, pojawił się zarys sylwetki.
Klatka piersiowa Tejli drżała od potężnych uderzeń serca.
Starzec w czerwonych szatach spojrzał na nią i uśmiechnął się ciepło.
Zamarła. Choć w panującym mroku widziała właściwie tylko jego kontury, widniejące na tle szarości portalu, bez problemu rozpoznała w nim postać ze swych snów.
- Udało ci się, kapłanko – rzekł głosem całkiem różnym od tego, który wydawał jej polecenia.
Ogon świnki zaczął kiwać się w tę i z powrotem na widok swego pana. Chciała wybiec i rzucić mu się w ramiona, wtedy jednak zauważyła wychodzące z portalu kolejne postacie.
- Kim jesteś?
- Nie poznajesz... marzenia?
W ciemności otworzyło się trzecie pomarańczowe oko, wrzynające się w jej wyczerpany umysł. Jęknęła.
- Boże! To ty... To naprawdę ty. Przyszedłeś, jesteś tu, prawdziwy, jedyny...
- Nie płacz, proszę – dłonią otarł jej mokre policzki. Schwyciła go za rękę i przytuliła się do niej, łkając głośno.
- B-Boże! Czekałam, tak bardzo pragnęłam...
Uśmiechał się szeroko, patrząc na tę tulącą się do niego istotę, tak słabą i bezbronną.
Nieprawdopodobne, pomyślał. Jak wiele mogą zdziałać te małe ludziki.
- Już dobrze. Twój koszmar dobiegł końca.
- Nie poznałam cię – powiedziała słabym głosem. – Wyglądałeś wtedy inaczej...
- Forma nie ma dla nas znaczenia.
- Nas...?
Dopiero teraz zauważyła, że za nim stoi kilka innych osób. Od razu dostrzegła znajomego sukkuba. Ciepła dłoń starca przekręciła jej delikatnie głowę, kierując wzrok z powrotem na pomarszczoną twarz.
- Kapłanko. Nadszedł czas na twoją nagrodę.
- To... Och.
Trzecie oko otworzyło się szerzej, ściągając jej spojrzenie tak, jak wtedy, w kościele.
Milion obrazów, słów i dźwięków przemknęło przez jej umysł, ukazując genezę, skomplikowany plan wykonania i wreszcie spełnienie największego ze snów. Nie było tak, jak sobie wyobrażała. Było lepiej.
Dokonało się.
Westchnęła głęboko, opadając całkiem z sił.
- Jest takie piękne, boże...
Szponiasta dłoń zmiotła ją z podłogi, ciskając o ścianę jak szmacianą lalką. Zawyła z bólu.
Przerażonym wzrokiem spojrzała na wielką, karykaturalną bestię stojącą w miejscu maga. W panującym mroku nie widziała praktycznie nic prócz zarysów wielkich szczęk, nieproporcjonalnie długich ramion i trzech, lśniących oczu. Dwa dolne wpatrywały się w nią beznamiętnie, zaś z trzeciego wyraźnie emanowała pogarda i nienawiść.
Stwór zaczął iść w jej stronę. Był tak wielki, że musiał się garbić w niskiej piwnicy.
- O, boże... – jęknęła, próbując nieudolnie wstać. - Co to jest? Co...
Spojrzała na pozostałych gości ze Świata Poza, ci jednak stali niewzruszenie. Niektórzy wyglądali na znudzonych, inni szczerzyli kły w okrutnych uśmiechach.
Świnia, wciśnięta w najdalszy kąt, trzęsła się ze strachu. Nie mogła zauważyć gęstniejącej dookoła niej ciemności.
Szpony zacisnęły się na talii kapłanki z niewiarygodną mocą.
- BOŻE! ZA CO?! Zrobiłam wszy-y-ystko, po-okonałam przeszkody, jaa...
- To przecież jasne – głos, ten sam dudniący głos, rozległ się w ciemności. –Moje imię musi zostać wymazane.
Zatrzęsła się, gdy wspomnienia strasznych czynów powróciły. Na chwilę odzyskała swój dawny rozum, lecz zaraz ponownie go straciła, tonąc w obłędnym strachu i rozpaczy. Zaczęła płakać jak małe dziecko.
Przyszpilił ją do ściany i zdusił nieustający lament. Westchnęła chrapliwie i w ostatnim przypływie świadomości wyszeptała imię, które słyszała każdej nocy.
Pomarańczowe ślepia zamrugały. Trzecie oko spojrzało na nią ponuro.
- Co powiedziałaś? – spytał, omiatając ją lodowatym oddechem. – Skąd... Co to jest?
Czarnym szponem uniósł lekko grzywkę jasnych włosów. Na czole widniał symbol oka, wycięty jakimś ostrym narzędziem.
Zamyślił się, pozwalając jej osunąć się na ziemię.
- Najwyraźniej do twego umysłu przedostały się rzeczy, które nie powinny. Jak wiele, zastanawiam się, dane było ci poznać?
- Boże... – wyszeptała, wpatrując się w niego zamglonymi oczami. Wyciągnęła drżącą rękę. – Ma-a... a-a-rzeniee...
- Niechaj stanie się zadość twym pragnieniom. Przeznaczenie dopełni się i samo upomni o twą duszę. Śpij teraz, dziecino. Narodzisz się na nowo jako moja kapłanka.
Na twarzy dziewczyny pojawiła się ulga, ale nie sposób było powiedzieć, czy to z powodu jego słów, czy też z nadchodzącej, błogiej nieświadomości. Zamknęła oczy, tracąc przytomność.
- Kolejna do drużyny, co? – Dulrick wyszczerzył zęby. – Całkiem ładniusia.
- Przecież ona zna twoje imię – mruknęła Vayla.
- Ty też je znasz – czarodziej spojrzał kątem oka na sukkuba. – Czy masz coś do dodania w tej sprawie?
Nie miała.
- A co robimy z tym czymś? – mały chłopiec uniósł do góry szamocącą się świnkę.
- Kolejna do drużyny – odparł, uśmiechając się szeroko. – Witaj, stara przyjaciółko.
- Czarodzieju – zwierze pociągnęło nosem. – To chyba koszmar...
Czarną dłonią ujął delikatnie różowe stworzenie i przytulił je do piersi. Usłyszała głośny łomot pracujących serc.
- Czemu drżysz? Z radości, czy też strachu?
- Zmieniłeś się – szepnęła.
- Wiem. Ale tylko z zewnątrz. Chodźmy – spojrzał na otwarty portal i wypowiedział trzy słowa, zamykając go na zawsze. – Świat czeka. I niech ktoś weźmie kapłankę.
Ruszył, wciąż tuląc swoją małą towarzyszkę.
Gdy wyszli na parter, frontowe drzwi otworzyły się i do środka weszło kilku rycerzy. Idący na przedzie krzyknął, widząc wyłaniającą się z mroku bestię.
- Spóźniliście się – powiedziała. – Znowu.

***

Leżący na łóżku starzec patrzył przestraszonym wzrokiem na wirujące na ścianie cienie. Widząc wyłaniającego się z mroku dawnego znajomego, wyraźnie się uspokoił. Odetchnął głośno i ponownie ułożył głowę na poduszce.
Demoniczny mag podszedł do łoża i spojrzał na niego beznamiętnie.
- Więc jesteś... – kapłan odezwał się głosem niewiele głośniejszym od szeptu. Zakasłał paskudnie.
- Jestem – odparł. – Trochę to trwało, ale jestem.
Marius zaśmiał się gorzko.
- Ileż to lat? Dwadzieścia? Straciłem rachubę.
- Dwadzieścia sześć. Też byłem zdziwiony.
- Argan Mold! Sławny pisarz baśni dla dzieci... W moim domu! Czytałeś chociaż tę książkę?
- Owszem.
- Ja też. Po tym jak ze mnie zakpiłeś, chociaż tyle mogłem zrobić. Jest niezwykła, prawda?
- Bardzo.
- Piękna. Urzekająca. Mimo, że o zakazanych bóstwach.
- Nie jesteś już za stary na bajki kościoła o jedynym słusznym bogu?
- Przeklęty demonie! – podniósł się w napadzie kaszlu. – Nie myśl, że w ostatnich minutach życia namówisz mnie do herezji.
- Twoja wola.
- Odkryłem twój plan, magu. Przestudiowałem dokładnie wszystkie księgi. Wiele przez ciebie nażarłem się nerwów i wiele nocy nie przespałem, ale zrozumiałem.
- Nie wiesz nawet połowy.
- Powiedz mi, jak tam jest? W Mgławicy...
- Mglisto.
Kapłan zachrypiał, śmiejąc się cicho.
- Tak... Jesteś jednym z nich... Sługą namiętności. I przyszedłeś tu, do mnie, starego, schorowanego byłego arcykapłana prowincjonalnego miasteczka.
- Przyszedłem.
- Czemu? – spytał, choć znał już odpowiedź.
- Krąg musi się zamknąć.
- Nim to nastąpi – kapłan uśmiechnął się smutno, a jego oczy zaszkliły się. Podparł się łokciami, podnosząc odrobinę. – Czy możesz mi jeszcze powiedzieć jedną rzecz...?
- Pytaj.
- Jak masz na imię?
Mag uśmiechnął się lekko. Liczył na to pytanie.
- Wiesz to, Mariusie.
Oczy kapłana rozszerzyły się. Otworzył usta.
- Imię sukkuba, które mi podałeś... – wyszeptał. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze, a z oczu polały się łzy. Opadł bezsilnie na poduszkę, wpatrując się w lśniący za zasłonami księżyc. – Nie stałeś się demonem. Zawsze nim byłeś.
Spojrzał na czarodzieja, jednak zamiast niego zobaczył najeżone zębami szczęki.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

pn sie 11, 2008 2:10 am

Czas na zakończenie, ostatni akord.



Epilog


Vayla westchnęła przeciągle, wpatrując się w niebo pełne gwiazd. Przepełniony powóz, na którego dachu siedziała, telepał się od zawrotnej prędkości, z jaką przemierzał pustą drogę. Cała konstrukcja skrzypiała w agonii, w każdej chwili grożąc całkowitą destrukcją. Siedzący na miejscu woźnicy Dulrick klął głośno i raz po raz strzelał batem, nakazując zwolnić oszalałemu koniowi o sześciu oczach i paskudnej dziurze z lewej strony klatki piersiowej.
Mały chłopiec miał bardzo złą rękę do zwierząt.
Zbezczeszczone Damen zostało już daleko z tyłu. Wszyscy duchowni i rycerze byli martwi, kościół splądrowany, a dom, w którym wszystko się zaczęło, zrównany z ziemią. Doskonały plan zadziałał w stu dziesięciu procentach i czarodziej mógł teraz przejść do następnej fazy. Ludzkie życie, Mgławica... Wszystko to stało się już tylko częścią przeszłości. Oczywiście Matka Demonów jest zawsze i nigdy nie przemija, ale Vayla nie sądziła, by prędko mieli znaleźć się ponownie w jej czułych objęciach.
Choć wszystko skończyło się szczęśliwie, nie była zadowolona. Ta grupa istot, która zbierała się wokół maga... Co to w ogóle miało być? Chętnych wciąż przybywało, a przecież jeszcze nie tak dawno temu byli tylko ona i on. Skąd wziął się ten cały zwierzyniec?
W Damen dołączył się do nich kolejny dziwak, jakiś stary znajomy czarodzieja z czasów jego, ha-ha, młodości. Skontaktował się z nim, a tamten przybył używając kostki Clockmoor’a i po kilku minutach wzruszającego powitania przedstawił reszcie jakże wdzięcznym imieniem „Gnef”. Ten kościsty, ledwie zipiący dziaduch był podobno kapłanem boga wiatru, co sukkub uznał za dobry żart. Jego wyznawcy uznawali życie za wyzwanie, któremu muszą podołać, i nie wyobrażała sobie, czemu podołać może ten na wpół-umarły człowiek. Wraz z Alcandrinem, nieprzytomną Tejlą i świnią siedział teraz wewnątrz karety i rozmawiał z magiem. Jedynym jego plusem był flet, na którym wygrywał naprawdę ładne melodie. Dobrze też pamiętała wypowiedziane przez niego słowa – „inni umarli”. A więc byli inni. Cała armia charczących, kaszlących i cierpiących na reumatyzm starców, ogarniętych manią spełnienia snu jednego z przedstawicieli ich gatunku.
Fascynujące.
Czarodzieja oczywiście nie zasmuciła ta wieść. Owszem, pochylił głowę w wyrazie zadumy, pewnie nie tyle nad losem człowieczym, co nad korektami w swoich planach, które będzie musiał przeprowadzić, ale jej nie oszuka. Demony nie znały emocji takich jak żal czy smutek, chyba, że to właśnie były ich namiętności. Dla nich były to trwające sekundy ukłucia, tak słabe i nikłe, że trudne do nazwania uczuciami w pełnym znaczeniu tego słowa. Zamiast marnować czas na smutki wolały działać, spełniając swe nigdy nienasycone pragnienia.
Wracając do głównej myśli – to nie ilość towarzyszy jej przeszkadzała, ale jakość. Była spragniona seksu, swej największej namiętności, której nie miała okazji zaspokoić już od przerażająco długiego czasu. Masturbacja nie była tu rozwiązaniem. Potrzebowała prawdziwego mężczyzny, który spełni swój naturalny obowiązek, a potem ona spełni swój, zabijając go w wiecznej rozkoszy. Tylko gdzie go miała znaleźć?
Czarodziej wypiął się na jej wdzięki, w całości pochłonięty przez swoje marzenie. Alcandrin był tylko kupą starożytnych kości, a zresztą nie miał dolnej połowy ciała. Gnef był stary i brzydki, poza tym niedługo na pewno sam umrze. Wciąż też tylko pieprzył o marzeniu, zupełnie jak czarodziej. Z dzieciakiem nie chciała nawet próbować, obawiając się, że to ona stałaby się ofiarą. Świnka była świnką, kapłanka kobietą... Pozostawał Dulrick.
Nigdy. Choćby był ostatnią istotą z penisem (o ile naprawdę go miał – widziała, jak szczał przez jakąś szklaną rurkę) na Ziemi, nie tknęłaby go nawet dwumetrowym kijem. Ten mały, cuchnący gównojad był uosobieniem wszystkiego, czego może brzydzić się kobieta.
I tak, ostatecznie nie zostawał nikt, z kim mogłaby się zabawić. Nawet w przeklętym Damen nie byli wystarczająco długo, by zdążyła zrobić coś konkretniejszego. Dopadła tylko i zgwałciła paru kapłanów podczas ogólnej rzezi, ale to zaspokoiło jej głód w zaledwie najmniejszym stopniu.
Z drugiej strony, skoro czekała już tyle czasu, mogła wytrzymać jeszcze trochę. W końcu na pewno zajadą do jakiegoś miasta, gdzie wreszcie się zadowoli. Akurat w tej chwili denerwowało ją coś innego – ból tyłka od ciągłego podskakiwania.
- Nie możesz go uspokoić? – spytała siedzącego obok chłopca, wpatrującego się w gwiazdy. Spojrzał na nią z szerokim uśmiechem.
- Skarbie, ciemności nie da się poskromić.
Westchnęła ponownie.
- Co to za smutna mina? Powinnaś się cieszyć, jesteśmy przecież na Ziemi.
- To nie...
- NA ZIEMI, skarbie. Oryginalny świat, pierwszy wymiar, w którym wszystko się zaczęło, dom ludzi i ich pragnień. Cały nasz. Widziałaś marzenie, wiesz, jak daleko sięga. Szykuje się wspaniała zabawa i jestem pewien, że nasz znajomy czarodziej jeszcze nie raz nas zaskoczy.
Wstał, bez problemu utrzymując równowagę. Rozłożył szeroko ręce i odetchnął głęboko ciepłym powietrzem, wypełnionym zapachem koszonych zbóż.
- Nadchodzimy! – krzyknął. – Rzucamy ci wyzwanie, świecie!
Odwrócił się i wyszczerzył zęby, widząc jak linia horyzontu rozjarza się różowym światłem. Alcandrin wystawił głowę przez okno, również podziwiając wynurzające się zza krawędzi wielkie Słońce. Chłopiec zaśmiał się obłąkanie.
- Właśnie tak! Starożytny boże czczony przez pierwszego człowieka, walcz z całych sił. Póki możesz – wskazał palcem dwóch wieśniaków idących poboczem drogi, których właśnie mijali. Chłopi spojrzeli na niego z niedowierzaniem. – I wy też! Ludzie wszystkich nacji, wyciągnijcie swoje bezużyteczne bronie i walczcie za to, co kochacie! MARZENIE NADCHODZI I POCHŁONIE WAS WSZYSTKICH!
Vayla uniosła brwi.
Kareta pomknęła w stronę odległych pól, wciąż skrytych pod chłodnym płaszczem umierającej nocy. Głośny rechot, w niczym nieprzypominający już niewinnego śmiechu dziecka, niósł się daleko po bezkresnych równinach, zwiastując nadejście mrocznych czasów.

Koniec Tomu Pierwszego
(Co, chyba nie myśleliście, że całości? ;P)

Może macie jakieś przemyślenia, uwagi, pomysły, z którymi chcielibyście się ze mną podzielić, jak to zrobił Brilchan, nim przejdziemy do kolejnego etapu marzenia? Coś Wam się nie podobało, irytowało? Za dużo dialogów, za mało akcji, a może na odwrót? Zbyt mało szczegółowo opisane miejsca, przez co trudno Wam jest się odnaleźć w akcji? Zdarzenia toczą się za szybko, za wolno? Każde Wasze zdanie będzie dla mnie cenne.
A jeśli podoba Wam się tak, jak jest teraz, to cóż... Po prostu czekajcie ;) Długa jeszcze droga przed nami.
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

ndz mar 22, 2009 11:30 pm

Zgodnie z tym, co napisałem, wrzucam nową wersję pierwszego rozdziału, gdyby komuś się nudziło na tyle, żeby ją czytać ;)

--//--

Wielkie wrota wzmacniane żelaznymi sztabami skrzypnęły głośno. W zazwyczaj pustych i cichych korytarzach rozległ się odgłos podkutych butów uderzających o kamienną posadzkę. Brzęk łańcuchów, skrzypienie zbroi, szelest szat.
Promienie zachodzącego słońca wpadały przez małe szklane okna i tworzyły na przeciwległej ścianie cienie idących.
Pochód składał się z siedmiu doborowych rycerzy o imponujących posturach. Na ich zbrojach widniały wygrawerowane napisy i święte symbole, mające wszystkim uświadomić ich rangę i władzę.
Strażnicy światła.
Pomiędzy umięśnionymi postaciami kroczył powoli starzec. Choć szedł wyprostowany, jego głowa sięgała ledwie do ramienia najniższego z rycerzy. Kościste ręce, skute łańcuchami, trzymał przed sobą. Usta zakneblowane miał brudną szmatą. Po kamiennej posadzce ciągnęły się jego długie, czerwone szaty, które, podobnie jak ich właściciel, swoje najlepsze lata miały już dawno za sobą.
Przypadkowy przechodzień mógłby parsknąć śmiechem, widząc ten groteskowy pochód. W tych stronach mało kto już pamiętał, jak wygląda czarodziej i jak śmiertelnie niebezpieczną mocą włada.
Rycerze wiedzieli, dlatego nie było im do śmiechu. Co chwila któryś z nich nerwowo zerkał na więźnia, obawiając się jakiejś diabelskiej sztuczki z jego strony. Mimo to szli raźnie do przodu, a ich wątpliwości i strach znikały, gdy myśli kierowali do umiłowanego boga.

Rozdział I
Przeznaczenie

Słońce zaczęło powoli opadać ku horyzontowi, barwiąc niebo na pomarańczowy kolor. Złote promienie tańczyły na wyjątkowo pustych tamtego dnia ulicach, wślizgiwały się przez okna do domów i zastawały ich mieszkańców odpoczywających po wczorajszym hucznym świętowaniu początku lata. Na próżno szukały kogoś, kto zwróciłby uwagę na ich piękno, na próżno muskały twarze śpiących domowników, którzy jedynie odwracali się na drugi bok, mamrocząc przy tym niezrozumiałe słowa.
Podążały więc dalej, kontynuując swe poszukiwania. Przemierzyły na wskroś całe miasto, leżące na ciągnącej się aż po horyzont równinie, zagościły w pustych karczmach, rozbłysły wszystkimi barwami tęczy w kościelnych witrażach, aż w końcu trafiły do małego pokoiku w zapuszczonym domu gdzieś we wschodniej części miasta. Zatańczyły na zakurzonych regałach uginających się pod ciężarem opasłych tomów, przeczytały strony otwartych ksiąg leżących na podłodze i łóżku. Obejrzały dziwaczne wzory i geometryczne figury, widniejące na porozrzucanych po całym pomieszczeniu kartkach, i ostrożnie ominęły te przedstawiające lemniskaty i enneagramy. Szybko odnalazły też właściciela, który za sto pięć aureli miesięcznie wynajmował ten nieduży pokój od pewnej starszej pani.
Siedział na krześle przed biurkiem, a jego głowa leżała bezwładnie na pradawnym tomiszczu. Wydawał się być martwy i tylko unosząca się od czasu do czasu klatka piersiowa przeczyła temu wrażeniu. Promienie próbowały dostać się do jego twarzy, ukrytej pomiędzy fałdami rękawów czarnej koszuli, a gdy im się nie udało, potańczyły na jego rozczochranych, siwych włosach.
Kolor nieba zmieniał się po kolei z pomarańczowego na czerwony, później na lekko fioletowy, by na końcu przybrać ciemnoniebieski odcień. Stary człowiek obudził się dopiero wtedy, gdy zapaliły się pierwsze gwiazdy, a ludzie zasiedli do wieczornego posiłku.
Przeciągnął się, ziewając przy tym głośno. Przetarł oczy i mętnym wzrokiem popatrzył na książkę, którą czytał, nim zasnął. Próbował sobie przypomnieć, o czym było ostatnie sto stron, ale nijak nie mógł. Zmarszczył brwi.
Od niechcenia podniósł pierwszą z brzegu kartkę i zapatrzył się na widniejący na niej obrazek, przedstawiający parę starych rękawic z wyrysowanymi na nich symbolami i napisami w nieznanym mu języku.
Rozejrzał się po swoich zbiorach. Większość ze zgromadzonych książek i zwojów dotyczyła sposobów przedłużania życia i oszukania śmierci, a część traktowała nawet o nieśmiertelności. Choć każdą z nich dokładnie przewertował, znalazł tylko zabobony, dawne mity i legendy. Dwa dzieła wyraźnie wskazywały rzekomo niezawodny sposób, ale była to właśnie ta metoda, dla której tak usilnie próbował znaleźć zastępstwo.
Brakowało mu już pomysłów, a czas przeznaczony dla niego na tym świecie dobiegał końca.
Westchnął cicho i pozwolił kartce dołączyć do setek innych, leżących na podłodze. Wstał i przeciągnął się jeszcze raz, słuchając trzasków starych kości. Podszedł do okna i wyjrzał na ulicę, rozświetloną światłem latarni. Nie było na niej nikogo, prócz białego kota, który, spłoszony hałasem otwieranego okna, zniknął w którymś z zaułków.
Człowiek z lubością nadstawił porytą zmarszczkami twarz na ciepły powiew wiatru. Świeże powietrze rozbudziło jego organizm i zaniedbywany ostatnimi czasy żołądek, który zaraz zaczął dopominać się o coś do jedzenia.
Starzec rozejrzał się po pogrążonym w mroku pokoju. Był pewien, że dziś rano kupił pęto kiełbasy, które gdzieś tu powinno być. Chciał zapalić świeczkę, ale ze zdziwieniem odkrył, że wszystkie już dawno się wypaliły. Zmuszony do korzystania z samych zapałek, rozpoczął poszukiwania. Zajrzał pod łóżko, ale nie znalazł niczego prócz kurzu i butelki pełnej czegoś, co kiedyś było mlekiem. Zaraz znalazł też przegryzioną torbę, w której niegdyś znajdowały się parówki.
W ciemności przed nim błysnęły dwa kaprawe ślepka. Wyciągnął rękę przed siebie, a płomień zapałki oświetlił ryjek małej świni, siedzącej na poduszce i przypatrującej się z zainteresowaniem swemu panu.
Starzec wzruszył ramionami i mamrocząc pod nosem wyszedł z pokoju. Zamknął drzwi na klucz, choć wszystkie cenne rzeczy miał przy sobie, a księgi, mimo że wartościowe, nie mogły skusić zwykłego złodzieja. Zszedł ostrożnie po spróchniałych schodach i wyszedł z budynku, rozkoszując się powietrzem czerwcowej nocy.
Postał chwilę, w zamyśleniu spoglądając na czarne niebo, po czym ruszył w dół ulicy. Na początku przyglądał się domom i kamienicom po obu stronach, zatrzymując co jakiś czas wzrok na rozświetlonych oknach i próbując wychwycić ślady rozmów, ale potem popadł w zamyślenie i szedł po prostu przed siebie, nie zwracając na nic uwagi i garbiąc się lekko.
W końcu to już jutro...
Z tego podobnego do snu stanu wyrwał go dopiero czyjś głos. Jakieś dziesięć kroków przed nim stał szczupły, na oko trzydziestoletni mężczyzna. W prawej ręce trzymał nóż.
- Głuchy jesteś? Dawaj wszystko, co masz – rzekł nieznajomy.
Starzec w pierwszej chwili wyglądał na przestraszonego, ale po chwili odzyskał spokój. Wyprostował się i spojrzał z pobłażaniem na rozmówcę.
- Chcesz obrabować bezbronnego, starego człowieka?
- Poderżnę ci gardło – zagroził tamten.
Przyjrzał mu się dokładnie. Wyglądał na obeznanego ze złodziejskim fachem, który niejedno już ma na sumieniu i który nie zawaha się przed niczym, byleby zdobyć pieniądze.
- Spokojnie, przyjacie...
- Nie jestem twoim przyjacielem, dziadku. Dawaj złoto – przerwał mu. Przerzucił nóż do drugiej ręki i z powrotem, chcąc pokazać, jak sprawnie się nim posługuje. Zbliżył się o dwa kroki. – Zaczynam tracić cierpliwość.
- Rozumiem, rozumiem. Zawsze chodzi o pieniądze, prawda? Weź, są twoje – powiedział z jawną pogardą, po czym odpiął od paska sakiewkę i rzucił ją złodziejowi. Tamten złapał i zajrzał do środka, a słaby blask księżyca odbity od złotych monet mile połechtał jego dumę.
Coś małego uderzyło go w głowę. Spojrzał ze zdziwieniem na czarną kostkę, turlającą się po ziemi.
- Co wypadło? – Doleciał go głos niedoszłej ofiary.
Chciał odpowiedzieć, ale z przerażeniem odkrył, że nie może poruszyć ustami. Choć wciąż był świadomy tego, co się wokół niego działo, nie mógł wykonać nawet najmniejszego ruchu. Starzec tymczasem spokojnie podszedł i wyjął z jego dłoni sakiewkę, ponownie przypinając ją do paska. Spojrzał na kostkę.
- Oczywiście, piątka – powiedział pod nosem, po czym schylił się i podniósł mały sześcian. – Cholernie przydatne urządzenie. Dziś już się takich nie robi... Choć z drugiej strony nieco upierdliwe, bo łatwo je zgubić. Rzucasz nimi podczas bitwy, a potem łazisz jak idiota i szukasz wiatru w polu.
Popatrzył na pocącego się złodzieja.
- Pewnie i tak nie wiesz, o czym mówię.
Po kilkunastu sekundach szukania wyjął z sakiewki małą monetę i pokazał ją złodziejowi.
- Widzisz? Po jednej stronie ma wyryty płomień, a po drugiej runę. Teraz nią rzucę i jeśli wypadnie płomień, zginiesz, a jeśli runa, zostawię cię tu i gdy skończy się czas zaklęcia, będziesz wolny. Wybacz, że sam wybrałem, ale ciebie nie mam jak spytać, więc... – Odkaszlnął i podrzucił monetę.
Zbielały na twarzy złodziej usiłował śledzić ją wzrokiem. Wydawało mu się, że ta krótka chwila, w której pieniążek leciał w powietrzu, trwała całą wieczność. Brzęk o kamienisty bruk prawie przyprawił go o zawał serca.
Starzec pochylił się, podniósł monetę i schował do worka, nie mówiąc przy tym ani słowa. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, podobnie jak beznamiętne, ciemnobrązowe oczy. Zamamrotał pod nosem parę słów i z małej kieszonki w spodniach wyciągnął fiolkę z czarnym płynem. Umoczył w nim końcówkę palca, a potem nakreślił na nadgarstku bandyty magiczny symbol. Uśmiechając się, dokończył zaklęcie.
Substancja błyskawicznie wsiąknęła pod skórę i dostała się do krwiobiegu. Z drżącej ręki wypadł nóż, z brzękiem uderzając o bruk. Oczy złodzieja zaszły krwią, po czym zniknęły w głębi czaszki. Usta rozchyliły się szeroko, gdy dolna szczęka zaczęła odpadać, ciągnąc za sobą kawałki skóry. Rozległy się trzaski osłabionych kości, pękających pod ciężarem ciała.
Mag ze swego rodzaju satysfakcją patrzył, jak ludzkie ciało rozkłada się na czynniki pierwsze. Pochylał się nad szybko malejącą kupą mięsa, niknącą w fałdach ubrania, i uśmiechał się szeroko; jego oczy lśniły z radości zmieszanej z nienawiścią.
- Gnij, mały robaku – powiedział, choć tamten już go nie słyszał. – Właśnie tak.
Minęła może z minuta, gdy proces dobiegł końca. Jedyną pozostałością po złodzieju były jego bezużyteczna broń oraz zapchlone ubranie, cuchnące wielodniowym brudem. Ostatnie krople krwi wyparowywały z materiału.
Wszyscy gnijecie, pomyślał starzec. Tylko to potraficie.
Parsknął śmiechem, próbując wyobrazić sobie zaskoczenie swego przeciwnika, gdy ten poznał jego prawdziwą tożsamość. Czarodziej? Tutaj, na tym zadupiu?
- A to się zdziwić musiał! – Zarechotał, opluwając się przy tym.
Opanował się po chwili i rozejrzał ostrożnie na boki, szukając ewentualnych świadków. Odkrycie jego prawdziwej tożsamości byłoby wyjątkowo niekorzystne, zwłaszcza teraz. Gdzieś w ciemności zaułku przemknęło małe stworzenie, zapewne kot. Na dachu jednego z budynków zaskrzeczał ptak.
Błysk nieludzkich oczu w szczelinie muru. Cichy chrobot szponów przesuwanych po kamieniach. Zduszone warczenie dobiegające z mroku studzienki kanalizacyjnej.
Oczywiście. Oni są zawsze. Zawsze patrzą...
Z uśmiechem ruszył w dalszą drogę, na powrót przyjmując pozę zgarbionego, bezbronnego starca. Nie czuł już głodu, rozbudzona magia krążyła w jego żyłach, dostarczając potrzebnej energii.
Przeszedł jeszcze dwie przecznice i zatrzymał się przed drzwiami sklepu z zapasami żywności. Nacisnął klamkę, ale bez skutku. Tknięty przeczuciem pogrzebał chwilę w jednej z kieszeni i wyciągnął stary zegarek na łańcuszku. Wskazówka nieubłaganie pokazywała drugą w nocy. Czy spacer rzeczywiście zabrał mu tyle czasu, czy też wyszedł, gdy sklepy były już zamknięte?
Westchnął ze zrezygnowaniem i ruszył z powrotem, w stronę domu. Wrócił do swego małego pokoju na pierwszym piętrze i pokręcił głową, gdy przypomniał sobie jak uzbrojony w zapałki przeszukiwał ciemne pomieszczenie.
- Naprawdę, coraz gorzej ze mną – mruknął i skupił się na szklanej bańce, zawieszonej u sufitu na prowizorycznym haku. Zmrużył oczy i wypowiedział krótkie słowo, a pręcik w jej środku rozjarzył się od przepływającej przez niego mocy i oświetlił pokój jasnym światłem.
Świnia wylegująca się na łóżku chrumknęła cicho.
- Mogłaś mnie powstrzymać – rzekł z wyrzutem mag.
- Po co? Zresztą, próbowałam, ale mnie nie słuchałeś – odparło zwierzę.
- Mogłem tam zginąć, zaszlachtowany przez jakiegoś miejskiego kmiota.
- Co za czasy... – Widząc ponurą minę swego pana, odchrząknęła i wyszczerzyła zęby w parodii uśmiechu. – Ale żyjesz.
- Bo sobie w porę przypomniałem. Doprawdy, te zaniki pamięci wpędzą mnie kiedyś w poważne kłopoty.
- Już wpędziły.
- Och? Mniejsza o to. – Machnął ręką. Podszedł do biurka i zamknął leżącą na niej książkę. – Przydałoby się zrobić tu porządek, zanim... No.
Poukładał opasłe tomiska jedno na drugim. Po chwili to samo zrobił z papierami i zwojami, a następnie zabrał się za resztę pokoju. Zwierzęcy towarzysz przyglądał się swemu panu i wspierał go duchowo.
Gdy słońce rozpoczęło swą kolejną wędrówkę po niebie, całe pomieszczenie było już uprzątnięte. Książki stały równo na regale, a te, na które zabrakło miejsca, leżały na podłodze, jedne na drugich. Tak samo papiery, zebrane i ułożone w jednym z kątów. Nawet łóżko było zaścielone, choć świnia zaczęła już mościć sobie nowe legowisko.
Stary mag siedział na krześle i podziwiał efekty swej pracy. Zapomniał już, jak odprężające może być sprzątanie.
Obrócił lekko głowę i spojrzał za okno, na różowe niebo odbijające się w szybach opuszczonego budynku naprzeciwko.
To już dzisiaj... To dzisiaj, gdy Słońce zacznie chylić się ku zachodowi, jego życie dobiegnie końca. Wiedział o tym dzięki zaklęciu jasnowidzenia, jakie rzucił półtora tygodnia temu. Takie czary nigdy nie były dokładne i miały w sobie więcej z kuglarskich sztuczek niż prawdziwej magii. Dawały rzucającemu jedynie mgliste pojęcie o tym, co ma nadejść, nie znał więc dokładnej godziny ani przyczyny zgonu, ale jedno było pewne – to jego ostatni dzień życia tutaj i jeśli czegoś nie zrobi, będzie ostatnim w ogóle.
Nie miał w planach śmierci. Nie spełnił jeszcze swego marzenia i dopóki to się nie stanie, nie umrze. Nie powiodło mu się za ludzkiego życia, to fakt, ale na szczęście magia pozwała mu kontynuować jego podróż. Dzięki niej nie obowiązywały go prawa dotyczące zwykłych ludzi.
Metody starożytnych astrologów na uzyskanie nieśmiertelności zginęły w mrokach dziejów wraz z nimi, ale pewien sposób, ze względu na swą naturę, przetrwał i wciąż był znany tym, którzy starali się naśladować swych wielkich przodków. Dość makabryczny, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Najważniejsze, że dawał szansę na ominięcie przeznaczonego losu.
Mag otworzył szufladę starego biurka i wyciągnął pudełko specjalnej kredy. Wyjął pierwszą z brzegu, po czym klęknął na podłodze i zaczął kreślić geometryczne wzory. Czas płynął nieubłaganie.
Gdy postawił ostatnią kreskę, było już późne popołudnie. Odetchnął i otarł spocone czoło. Spojrzał na swe dzieło, zajmujący sporą część podłogi okrąg z wpisaną w niego dziewięcioramienną gwiazdą i otoczony setkami run i tajemnych symboli. Z pełnego pudełka kredy ubyła przynajmniej połowa zawartości.
- Mistrzowska robota, panie! Majstersztyk. – Świnia wydawała się być poruszona.
Kiwnął głową, otrzepując dłonie z pyłu. Spojrzał na swój zegarek. Piętnasta. Zdążył.
Ubrał oficjalne, czarodziejskie szaty o rubinowym kolorze i ostatni raz spojrzał za okno, jakby licząc na to, że gdzieś tam znajdzie inne rozwiązanie swych problemów.
Ze schowka w podłodze wyjął żelazny kostur, który towarzyszył mu przez wiele lat podróży. Mimo niewielkiej mocy zamkniętej w jego wnętrzu, nieraz okazywał się przydatny.
- Masz mi nie przeszkadzać – starzec upomniał świnkę, po czym odetchnął. Choć gdzieś w jego wnętrzu kotłował się niewypowiedziany żal, nie dał tego po sobie poznać. Wyciszył umysł i rozpoczął powolną i długą inkantację.

***

Dłoń, wielka niczym bochen chleba, zacisnęła się na wystającej kości i z siłą, której pozazdrościłby każdy mężczyzna, bezlitośnie oderwała kurze udko. Kąsek zatrzymał się w pół drogi między talerzem a otwartymi ustami, gdy dzierżący go paladyn znieruchomiał, rażony przeczuciem niczym gromem. Uniósł brwi w wyrazie bezgranicznego zdziwienia.
Arcykapłan siedzący po przeciwnej stronie suto zastawionego stołu również przerwał posiłek.
- Czy coś nie w porządku? – spytał. – Nie lubisz, panie, tłustej kury?
- To nie to. Czuję...
Pozostali siedzący przy stole rycerze spojrzeli na swego dowódcę. Paladyn milczał przez chwilę, wystawiając cierpliwość zebranych na nie lada próbę. Potem pokiwał głową, uśmiechając się nieznacznie.
- To demon.
Po sali rozeszły się szepty i westchnienia. Choć większość rycerzy poczuła strach, nikt nie dał tego po sobie poznać.
- Tutaj? – Kapłan parsknął. Zanurzył kawałek mięsa w gęstym sosie. – Co niby miałby tu robić demon?
- One są wszędzie, Marcusie – odparł mężczyzna.
- Oczywiście, ale...
- Tu nie ma żadnych ale. Jeszcze potrafię wyczuć, gdy otwiera się przejście do tego, co poza. W przeciwieństwie do ciebie. Byłbym rad, gdybyś więcej nie podważał mego autorytetu. – Pogładził swój gładko ogolony podbródek. – Tak, teraz wszystko nabiera sensu. Nie przybyliśmy tu bez powodu. Światło wskazało nam drogę.
- Co robimy, panie? – spytał jeden z rycerzy. Wystarczająco gorliwy, by móc przypuszczać, że nie miał jeszcze okazji w swym krótkim życiu spotkać demona.
- Moi bracia, towarzysze podróży – rzekł uroczystym głosem paladyn, wstając. – Oto bóg daje nam szansę na udowodnienie miłości, jaką go obdarzamy. Możemy stanąć oko w oko z esencją czystego zła i zdusić je, nim rozprzestrzeni swój jad i niewinni ucierpią. Do broni, bracia! Nie marnujmy ani chwili. Ku chwale światła!
- Ku chwale! – odkrzyknęło chórem jedenastu rycerzy, wstając jednocześnie od stołu. Nawet sceptyczny Marcus dał ponieść się tej niesamowitej sile. W jego wnętrzu na nowo rozgorzało pragnienie walki za to, czemu poświęcił całe życie.
W komnacie zaroiło się od młodych chłopców, pomagających założyć swym panom srebrne zbroje. W ich jednakowo ostrzyżonych włosach dało się dostrzec pojedyncze, białe pasemka – symbol i dowód na to, że marzeniem i celem każdego z nich było zostanie w dalekiej przyszłości jednym ze rycerzy światła.
- Mam iść z wami? – spytał arcykapłan.
- Nie ma takiej potrzeby – odparł paladyn, zakładając na głowę srebrną przyłbicę. – Bądź jednak czujny, Marcusie. Demonów nie można lekceważyć.
Rycerze, w większości ponurzy i niespokojni, zdawali się podzielać ten pogląd.

***

Powietrze zgęstniało od nagromadzonej w pokoju energii. Runy rozbłysły zielonym światłem. Z podłogi zaczęły się unosić mgielne opary niewiadomego pochodzenia, a obce dźwięki, trzaski i syki z każdą chwilą stawały się coraz głośniejsze. Mimo to wciąż było słychać starego maga, który zatracił się już zupełnie w magicznym amoku i wymachiwał szaleńczo rękoma wykrzykując przy tym słowa zaklęcia. Kula u sufitu zgasła, gdy zamknięty w jej wnętrzu pręcik stopił się od nadmiaru mocy. Siedząca na łóżku świnia kwiczała, gdy jej różowe ciało rozpuszczało się powoli, w końcu jednak jej płacz utonął w odgłosach z innego świata.
Powietrze nad symbolami drgało jak od wysokiej temperatury. Cała mgła zebrała się w jednym miejscu i zaczęła kotłować w szarej kuli, powoli wiercąc dziurę w samej istocie Wszechświata. Czarodziej zakończył inkantację, akcentując ostatnie słowo i choć odgłosy nie ustały, w pokoju zrobiło się dziwnie cicho.
Oparł się o swoją laskę, wyczerpany zaklęciem. Skrzywił się i ścisnął mocniej kij, siłą umysłu utrzymując połączenie. Z fascynacją patrzył, jak nad enneagramem, niczym szara róża, otwiera się portal.
Z widocznego w międzywymiarowej dziurze morza szarości wyłonił się zamglony cień, z każdą chwilą nabierający coraz wyraźniejszych kształtów. Mag wzdrygnął się nieznacznie, gdy jego oczom ukazała się piękna kobieta w skąpym stroju.
Nawet serce starca zabije szybciej, gdy doświadczy uroku sukkuba.
Wyszła powoli z dziury, wyginając rzeczywistość i łamiąc jej odwieczne prawa. Mgła, oplatająca ją niczym pępowina, zaczęła się powoli cofać. Gdzieś z portalu dobiegły wrzaski i ryki – dziki protest tych, którzy musieli pozostać w wiecznej szarości i czekać na kolejną szansę.
Dziewczyna wyprężyła się, prezentując swe walory. Z jej ust wydobył się jęk rozkoszy, a ciałem wstrząsnęły dreszcze.
Wyglądała jak normalna kobieta o dość jasnej karnacji, ale jej nogi poniżej kolan, porośnięte szczeciną, zakończone były kopytami; z pleców zaś wystawała para skórzastych skrzydeł. Spomiędzy czarnych włosów sterczały dwa, wygięte do tyłu rogi dopełniające demonicznego obrazu.
Strój, ciasno opinający ciało, uwydatniał kształty i zakrywał tylko najbardziej intymne miejsca. Na przedramionach miała założone dwa karwasze.
Portal zniknął ze zgrzytem, ale skaza na tafli rzeczywistości, tak jak tysiące innych, miała pozostać już na zawsze. Światło run na podłodze przeszło z zielonego na ciemnoczerwony, gdy zmieniły swą funkcję.
Odetchnęła, rozkładając swe skrzydła na tyle, na ile pozwolił jej magiczny okrąg. Rozejrzała się, na chwilę zatrzymując wzrok na wpół rozpuszczonej świni, powoli odzyskującej swoją dawną formę. Zwierzę patrzyło na nią ponuro. Uśmiechnęła się lekko i skierowała swe fioletowe oczy na tego, kto ją przywołał.
Rozchyliła usta.
- Proszę, proszę. Prawdziwy czarodziej. Jak w starych bajkach.
- To cię dziwi? Kto inny byłby w stanie was przywołać?
Skrzyżował wzrok z demonem, nie przejmując się mrowieniem z tyłu czaszki. Sukkub odwoływał się do zupełnie innych pragnień i był zbyt słaby, by móc sforsować umysł starca.
- Nie doceniasz ludzkiej inwencji. Dawno nie widziałam żadnego z was i nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę. Jesteście wymierającym gatunkiem.
- Ja trzymam się całkiem nieźle.
- Widzę. W takim razie, zacznijmy jeszcze raz. Bądź pozdrowiony, czarodzieju. - Mówiąc to, dygnęła lekko i uderzyła swymi karwaszami jeden o drugi. Gdy nie doczekała się żadnej odpowiedzi, odezwała się ponownie. – Jakie jest twe pragnienie?
Wyraźnie zaakcentowała ostatnie słowo, dając dobrze do zrozumienia, jakie „pragnienie” ma na myśli. Jakby od niechcenia zaczęła się bawić paskiem przytrzymującym dolną część jej stroju.
Mag pokręcił głową.
- Nie tędy droga.
- Zbyteczna nieśmiałość. Władca materii to też człowiek, czyż nie? Jesteśmy przecież tacy sami, musimy trzymać się razem. Niezrozumiani przez świat, obłąkani... – Utkwiła wzrok w podłodze, przygryzając wargę. – I samotni. Przytłoczeni pustką kosmosu szukamy pocieszenia w ramionach nam podobnych. Pragniemy czułości.
- Doprawdy... – Mag zamyślił się. – I tak jestem już na to za stary.
- Nie przejmuj się, potrafię wzbudzić pożądanie nawet w trupie – zażartowała, rozpogadzając się nieco.
- Doprawdy? I mogłabyś bez obrzydzenia uprawiać seks ze mną, takim pomarszczonym, wysuszonym starcem?
- Skarbie, jestem starsza od ciebie o całe stulecia. Poza tym, liczy się to, co masz... w środku – powiedziała, zniżając kusząco głos.
Uśmiechnęli się, rozumiejąc ironię.
- Mówisz piękne rzeczy, ale, niestety, nie zrozumiałaś mnie. Jestem za stary na wasze sztuczki. Na to drugie mam odpowiednie zioła.
- Sztuczki? – Sukkub stracił dobry humor. – Co masz na myśli? W największym zaufaniu mówię ci o mojej potrzebie czułości, a ty podejrzewasz mnie o...
- Skończ.
- Wiesz jak zdesperowana musi być kobieta, by nieznajomemu mężczyźnie mówić...
Przerwał jej chichot starca.
- Mówisz tak, jakbyś wciąż była człowiekiem.
- Nawet jeśli z wyglądu...
- Nawet jeśli z wyglądu go przypominasz, jesteś demonem. Wybrykiem natury, który nie powinien był nigdy powstać. Twoja forma i zachowanie są jedynie odzwierciedleniem twych pragnień, z których się składasz. Bez nich nie istniałabyś.
- Wy też nie.
- Mało wiesz o ludziach.
- A ty o demonach – mruknęła, zakładając ręce na piersi i odwracając wzrok. – Ta rozmowa nie ma sensu. Mów, co chcesz i kończmy to.
- Wreszcie. Wezwałem cię, bo spodziewam się rychłej śmierci.
- Boisz się nicości, co? – Nie starała się ukryć pogardy.
- Nie wiem, co jest dalej. A jest za wcześnie, by umierać. Wciąż są... rzeczy, które trzeba zrobić.
- Taa. – Westchnęła. – Zawsze jest za wcześnie, a potem za późno. Zdajesz sobie sprawę z konsekwencji, prawda? Gdy to zrobimy, nie będzie już odwrotu.
- Chyba mi nie odmówisz?
- My nigdy nie odmawiamy, magu. Chciałam tylko się upewnić... sama nie wiem, po co. Zapomnij. Niechaj błogosławieństwo Matki pozwoli mi spełnić twe pragnienie.
Starzec spuścił głowę, jeszcze raz analizując wszystkie możliwe drogi. Świnka patrzyła na niego ze smutkiem, jednak, tak jak obiecała, nie zamierzała się odzywać. Decyzja należała do maga.
Westchnął i krańcem laski starł kawałek enneagramu, przerywając magiczny okrąg. Uderzyła go dusząca woń fiołków.
Demon uśmiechnął się dziko.

***

Głowy ciekawskich mieszkańców wystawały z okien i śledziły wzrokiem pochód strażników światła, maszerujących ciasnymi uliczkami. Wszyscy przechodnie z szacunku lub strachu schodzili im z drogi.
Dotarcie do zapuszczonego domu zajęło rycerzom niecały kwadrans. Aura negatywnej energii jasno wskazywała, że trafili pod dobry adres. Paladyn wyczuwał, jak to, czego nie widać gołym okiem, zbiera się wokół budynku, by przyglądać się jakiemuś ważnemu wydarzeniu.
- Spieszmy się.
Frontowe drzwi otworzyły się przed nimi, ukazując zacienione wnętrze. Wyciągnęli miecze, nic się jednak nie pokazało. Jeden z rycerzy obejrzał się gwałtownie, ale zobaczył jedynie opustoszałą ulicę, pogrążającą się w wieczornym mroku.
- Spokojnie, bracia – przemówił donośnie paladyn. Wpatrywał się w ścianę budynku, jakby widział tam coś niezwykłego. – Wiem, co czujecie. One tu są, w nienaturalnie dużym skupisku. Ktoś musiał otworzyć przejście albo bramę, także coś mogło się przedostać. Zachowajcie najwyższą czujność.
Weszli do środka. Jeden z rycerzy zwymiotował prawie natychmiast, inni ledwo się trzymali. Smród był obezwładniający, ale nie pozostawiał wątpliwości co do rodzaju demona.
- Sukkub. – Paladyn splunął z odrazą, wyraźnie niezadowolony z małej skali wyzwania. W przeciwieństwie do jego drużyny.
Panował półmrok, światło wpadające przez brudne szyby było mętne i słabe. Z wielu miejsc wznosiły się szare smugi mgły, w niewytłumaczalny sposób omijające nogi rycerzy. Niepokojące dźwięki dochodziły zza ścian.
Paladyn wiedział, którędy iść. Potrafił odróżnić prześwity tego, co było po drugiej stronie, od rzeczywistości. Wskazał drogę, swoją pewnością i odwagą zwiększając morale innych.
Schody drżały, gdy dwunastu mężczyzn wbiegało na piętro. Szybko odnaleźli właściwy pokój. Jeden porządny kopniak wyrwał spróchniałe drzwi z zawiasów.
- Nie ruszać się! – ryknął dowódca, wbiegając do środka w pełnej gotowości. Z niedowierzaniem spojrzał na kwiczącą świnię, chowającą się właśnie za łóżkiem. Potem przeniósł wzrok na klęczącego na środku pokoju starca. Ten zerknął w jego stronę w tym samym momencie.
- Było otwarte.
- Otoczyć go – rozkazał.
W ciągu paru chwil pokój wypełnił się rycerzami. Stanęli wokół czarodzieja i czegoś, co wyglądało na wyrysowany dawno temu, ledwie widoczny enneagram wpisany w koło.
Choć skulony dziadek wzbudzał raczej litość niż strach, nikt nie dał się zwieść. W ich wyczulonych oczach staruszek wyglądał zupełnie inaczej: widzieli mroczne cienie, wylewające się z jego wnętrza, czuli przeklętą aurę otaczającą go ze wszystkich stron. Na dodatek miał na sobie czarodziejskie szaty.
Był człowiekiem pragnień, winnym od urodzenia, i to po niego przyszli.
- Jesteś zatrzymany za bluźnierstwo. Nie masz żadnych praw – orzekł żelaznym głosem paladyn. – Gdzie jest to, co przywołałeś?
Mag podniósł się powoli z podłogi i zatoczył, jakby był pijany. Wszyscy zacisnęli dłonie na rękojeściach mieczy, gotowi w jednej chwili rozpłatać niebezpiecznego człowieka.
Spojrzał na rycerzy i uśmiechnął się lekko. Jego oczy miały teraz nienaturalnie jasny, prawie pomarańczowy kolor.
- Spóźniliście się – powiedział, a jego twarz wykrzywił przerażający uśmiech.
- Spętać go.
Dwaj mężczyźni ruszyli w stronę starca, ale zatrzymali się, gdy w pokoju nagle pociemniało. Nim ktokolwiek zdążył coś zrobić, na ścianach rozjarzyły się czerwone symbole, wijące się jak robaki.
- Na boga... – sapnął paladyn, czując, jak drętwieją mu wszystkie mięśnie. Kątem oka zerknął na swych towarzyszy: wszyscy mieli ten sam problem.
Mag uśmiechał się ponuro. Choć pojawienie się elitarnego oddziału było ostatnią rzeczą, jakiej mógł się spodziewać, nie miało to tak naprawdę żadnego znaczenia. Życie nauczyło go przewidywać każdą okoliczność i unieruchamiające runy, założone pierwszego dnia jego pobytu tutaj, były na to najlepszym dowodem.
Wiedział, że zaklęcie nie utrzyma długo paladyna. Czas się zbierać.
Schował swój kij do sakiewki wiszącej u pasa i skinął głową w stronę świnki, wyglądającej zza łóżka. Ruszyli, zostawiając za sobą unieruchomionych rycerzy.
Dokąd powinni się udać? Najbezpieczniej byłoby ruszyć na wschód, w stronę wielkich rubieży, gdzie kończyła się władza człowieka. Ale z drugiej strony, czy nie była to właśnie ta droga, z którą wiązała się jego śmierć? Może, wbrew zdrowemu rozsądkowi, powinni udać się na zachód, w głąb państwa? Tyle że wtedy musieliby ukrywać się przed wszędobylskim kościołem.
Ukrywać się, jak to robili zawsze, przez wszystkie te dziesięciolecia. Nigdy nie zaznać spokoju, być wiecznie prześladowanym.
Zatrzymał się w drzwiach. Spojrzał do tyłu, a uśmiech wpełzł na jego spoconą twarz. Zawrócił.
- Panie? – chrumknęła świnka, oglądając się. – Co robisz? Chodźmy, zanim...
- Dość już uciekania.
Właśnie tak.
Stanął w środku kręgu utworzonego przez rycerzy. Z sakiewki wyjął metalowe widełki i miniaturowy młotek i rozpoczął inkantację. Powietrze zgęstniało od przenikającej je magii.
Mężczyźni, przeczuwając, że za chwilę będą martwi, zdwoili wysiłki, próbując przezwyciężyć paraliż. Niektórym udało się odrobinę poruszyć; paladyn jako jedyny zrobił krok do przodu.
Czarodziej dokończył zaklęcie. Stuknął młotkiem w metalowe urządzenie. Dźwięk rozszedł się po całym pokoju, wprawiając w drganie gęste powietrze i wraz z nim wszystkie znajdujące się w pomieszczeniu przedmioty.
Gdzieś przy drzwiach rozległ się kwik. Książki zaczęły spadać z rozchybotanego regału. Szyby pękły, podobnie jak wisząca u sufitu bańka, zasypując wszystkich odłamkami szkła.
Świdrujący dźwięk nie ustawał – wręcz przeciwnie, wzmacniał się z każdą chwilą, a wszystko wokół drgało, tak, jak małe widełki. Posrebrzane zbroje zaczęły trzeszczeć, a z uszu mężczyzn polała się krew. Przestali widzieć cokolwiek. Czuli jak dźwięk wnika w ich ciała i wwierca się w umysł, burząc myśli i wspomnienia, zamieniając wszystko w bezkształtną papkę.
Ich dusze pod wpływem niekończącego się rezonansu zaczęły powoli oddzielać się od fizycznych ciał. Śmierć, w porównaniu z bólem, jaki czuli, nie wydawała się już tak straszna; była raczej obietnicą ukojenia, którą z chęcią przyjmowali.
Choć wszystko trwało niecałą minutę, wydawało im się, że walczą od wielu godzin. Zrezygnowani poddawali się, a działające zaklęcie w jednej chwili pozbawiało ich życia.
Ze stalowo-błękitnych oczu paladyna popłynęły krwawe łzy. Czuł, jak do jego umysłu dobija się zaklęcie, jak świdruje mu czaszkę i próbuje zabrać to, co najcenniejsze. Tylko modlitwa utrzymywała jego świadomość w całości.
Poczuł silne szarpnięcie, a ból po lewej stronie klatki piersiowej wzmógł się.
Już nie mogę... Boże!
Usłyszał cichy trzask i wszystko się skończyło.
Czarodziej zatrzymał drgające urządzenie chwilę później. Powietrze rozrzedziło się. Symbole na ścianach zbladły i znikły, a uwolnione ciała rycerzy runęły na ziemię. Mrok ustąpił miejsca ciepłym promieniom słońca.
Mag stał tam, gdzie wtedy, z uśmiechem patrząc na martwych wrogów. Starł cieknącą z nosa strużkę krwi i zaśmiał się głośno.
Przerwał mu czyjś gardłowy kaszel. Z niedowierzaniem spojrzał na paladyna, który powoli podniósł się z ziemi. W popołudniowym świetle jego srebrny napierśnik zmienił się w czyste złoto. Czarodziej zmrużył oczy i zrobił krok w lewo, swym cieniem gasząc blask zbroi.
- Twardy, co? – Mag spytał kpiącym głosem. – Nigdy nie wiecie, kiedy umrzeć.
Rycerz spojrzał na swego oprawcę mętnym wzrokiem i dopiero po chwili dotarło do niego, że jest głuchy. Zaczął iść w jego stronę, nie próbując nawet podnieść miecza. W zwarciu z kruchym staruszkiem dwumetrowy mężczyzna nie potrzebował żadnej broni.
Czarodziej cofnął się o parę kroków, sprawnie wymijając leżące ciała i sięgając do kieszeni. Zamachnął się, ciskając w stronę paladyna małym sześcianem.
Kostka odbiła się od zbroi i poturlała po ziemi. Rozpoznając demoniczne urządzenie, rycerz z wściekłym pomrukiem rzucił się do przodu. Nie zwolnił nawet wtedy, gdy kostka zatrzymała się na trójce, a cały świat zniknął w ciemnościach.
- O żesz ty kur... Uch! – Czarodziej stęknął głośno, gdy sto dwadzieścia kilo mięśni runęło na niego. Rozpędzony i oślepiony paladyn nie zatrzymał się nawet wtedy.
Paru przechodniów obróciło głowy, z niedowierzaniem patrząc jak dwóch mężczyzn wypada z okna starego domu. Podświadomie czuli, że nie są to sceny przeznaczone dla oczu zwykłych śmiertelników, oddalili się więc czym prędzej, pilnując swoich spraw.
Choć lot na dół trwał tylko parę sekund, to czarodziej zdążył przekręcić się tak, że gdy uderzyli w brukowaną ulicę, to paladyn był na dole i przyjął na siebie prawie całą siłę upadku. Uderzenie wycisnęło mu powietrze z płuc wraz z głośnym jękiem.
Mag sturlał się szybko z oszołomionego rycerza i skrył głowę w fałdach rękawów, gdy z góry posypał się na nich deszcz drzazg. Potem wstał, chwiejąc się.
Spojrzał na gramolącego się niezdarnie z ziemi paladyna i parsknął.
Podniósł największy kawałek szyby, jaki udało mu się znaleźć i ruszył w stronę zdezorientowanego rycerza. Tamten, klęcząc na jednym kolanie, zamarł w bezruchu. Był całkowicie bezbronny; nic nie widział i nie słyszał. Wiedział, że mag wykorzysta okazję i zaatakuje.
Nagle wszystko stało się jasne. Promień światła rozdarł ciemność dookoła rycerza i poprowadził jego dłoń, przynosząc jednocześnie ukojenie. Mężczyzna wiedział już, w którym momencie i w którą stronę uderzyć, by powstrzymać przeciwnika.
Wytrącony z dłoni kawałek szkła rozprysł się na bruku.
- Kurwa! – zaklął mag.
Rycerz prowadzony świetlistą smugą rzucił się do przodu, wykorzystując całą pozostałą mu siłę. Uśmiechnął się, gdy uderzył w coś miękkiego.
Przewrócił starca i przygniótł swym ciężarem. Wymierzył kolejny cios, ale tym razem chybił celu. Starzec od razu przeszedł do kontrataku i z całej siły uderzył przeciwnika w twarz, po czym pomagając sobie nogami zrzucił go z siebie i odczołgał się kawałek dalej.
- Mam cię już dość – wysapał, wstając i patrząc na podnoszącego się paladyna. Tamten również na niego spojrzał i ze zdziwieniem odkrył, że go widzi. Z każdą kolejną sekundą obraz stawał się coraz wyraźniejszy.
Zamrugał parę razy, by pozbyć się czarnych plamek przed oczami. Gdy w końcu odzyskał w pełni wzrok, mag kończył już zaklęcie.
Szkarłatny promień pomknął w stronę rycerza. Paladyn uskoczył w bok, było jednak za późno na unik, za późno na cokolwiek.
Skwiercząca energia trafiła go w prawy bark, przebijając się przez świętą zbroję i odrywając rękę. Siła uderzenia obróciła wielkiego mężczyznę o trzysta sześćdziesiąt stopni. Upadł z chrapliwym jękiem.
Magowi drgnęła powieka. Jego twarz zatrzymała się na czymś pomiędzy uśmiechem ostatecznego tryumfu a niedowierzaniem.
- Dlaczego chybiłem? – spytał, sam nie do końca pewien, kogo. – Dlaczego ty wciąż żyjesz, żałosna istoto?
Tamten nie odpowiedział, najwyraźniej był nieprzytomny. Czarodziej zgrzytnął zębami.
Dość już zmarnował zaklęć na tego paladyna, tak kurczowo trzymającego się swego życia. Powinien czym prędzej wyruszyć, zostawiając go, by wykrwawił się w samotności. Ale nie potrafił.
Choć wiedział, jak głupio postępuje, nie mógł jeszcze odejść. Nie, dopóki nie będzie miał całkowitej pewności, że ten, który przysporzył mu tak wielu kłopotów, umrze.
Podszedł do paladyna, leżącego w powiększającej się kałuży krwi. Wykrzywił twarz w grymasie pogardy.
- Jesteś mój.
Wyciągnął z kieszeni fiolkę z czarnym płynem i pochylił się nad nieprzytomnym.
Gdzieś z tyłu dobiegł go szmer. Odwrócił się gwałtownie, na końcu języka mając już gotowe zaklęcie. Zająknął się jednak, widząc stojącego kilkanaście metrów dalej arcykapłana, otoczonego przez ponad dwudziestu rycerzy. Nim zdążył zrobić cokolwiek, coś uderzyło go w tył głowy, pozbawiając przytomności.
Przegrał.
Tak, jak było zapisane.

***

Trzema palcami nabrał odrobinę kremu i dokładnie wtarł go w skórę dłoni. Następnie sięgnął po swoje jedwabne rękawiczki i założył je, starannie chowając ich końce w mankietach zdobionych rękawów. Jeszcze raz spojrzał w lustro. Sprawnym ruchem poprawił blond włosy, kaskadą opadające na szerokie barki. Wygładził tunikę.
Był gotów.
Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Wszedł do środka pogrążonej w mroku komnaty, nie przejmując się smrodem potu, gnijącego ciała i fekaliów. Otworzono okienko przy suficie, wpuszczając do środka światło dnia.
Znajdujący się pośrodku lochu starzec jęknął, wyrwany z marazmu. Wychudzone ręce, skute kajdanami, zmuszony był trzymać wysoko w górze i bardziej wisiał, niż stał. Sine palce były dodatkowo unieruchomione specjalnymi obręczami.
Nie przejmując się tkwiącą w ustach szmatą wycharczał straszne przekleństwo, gdy do jego uszu dotarły dźwięki świata na zewnątrz, szum drzew, czyjeś odległe nawoływania.
Nic nie pogłębia poczucia straty tak, jak przypominanie o tym, co zostało utracone.
Uniósł głowę i otworzył oczy, ale zaraz potem zamknął je, porażony jasnością.
- Witaj, starcze. – Rozległ się melodyjny głos. – Nie lękaj się, proszę. Nie jestem jednym z tych brutalnych katów, którzy zadali ci tyle bólu, którzy tak okaleczyli... i zbezcześcili twoje ciało. Zaiste, straszne jest ich dzieło. Gdybym tylko przybył wcześniej...
- Hgmf.
Ktoś pstryknął palcami. Rozległ się cichy szum, na głowę maga założono hełm wykonany z nieustannie wibrującego metalu. Pod nos podstawiono mu na chwilę szmatę nasączoną specyfikiem o mocnym, ostrym zapachu, od którego z oczu ciekły łzy, a w głowie szumiało. Z ust wyjęto knebel, akurat, by mógł głośno jęknąć.
- Niedopuszczalne. – Kontynuował mężczyzna, palcem grzebiąc w ropiejącej ranie więźnia. – Taki brak taktu, zero wyczucia i delikatności, finezji jakiejkolwiek... Ale nic to. Nie martw się. Teraz wszystko się zmieni. Już jesteś bezpieczny.
Starzec zamrugał, przyzwyczajając się do blasku dnia. Mętnym wzrokiem spojrzał na stojącego przed nim młodzieńca. Rzeczywiście, nie wyglądał na kolejnego kata. Jego twarz, głos, jak i ubiór jasno wskazywały szlacheckie pochodzenie.
- Kim...?
- Ach, gdzie moje maniery! – Zaśmiał się tamten. – Jestem Lirian de Apolonwe, syn Agnariusa. Pasterz umęczonych ciał, boży palec, nadzieja wiecznie żywych, odkupiciel dusz. I, co najważniejsze, człowiek. Z krwi, mięsa i kości.
- Lirian... – Starzec otworzył szeroko oczy.
- Tak, magu. Siódmy spośród pierwszych, kat z ramienia Stolicy. Jestem twoim nowym opiekunem i przewodnikiem w drodze do odkupienia. – Pokłonił się. – Twe zdziwienie mogę odczytać na dwa sposoby: albo, w swej nieugiętej dumie i pysze, niezadowolonyś jest z mej niskiej rangi, albo wręcz przeciwnie, kajając się przed boskim majestatem wiesz, że nie jesteś godzien mej obecności. Stawiałbym na pierwsze, badałem wszak wasz gatunek już wiele, wiele lat. Ale to teraz nieważne.
- Nic nie powiem.
Lirian uśmiechnął się.
- Chyba się nie zrozumieliśmy. Nie chcę cię do czegokolwiek zmuszać, to nie moje zadanie. Ja jestem tu jedynie po to, by doświadczyć piękna twego ciała. Nic więcej.

***

- Jak poszło?
- Bardzo dobrze. – Lirian, moczący dłonie w misie pełnej gorącej wody, nawet się nie odwrócił, co normalnie uznano by za bluźnierstwo i obrazę. Był jednak przedstawicielem Stolicy, podlegającym samej Radzie Dwunastu, mógł więc sobie pozwolić na wiele.
- Wyznał już coś?
Zaśmiał się cicho. Sięgnął po ręcznik i rzucił okiem na stojącego przy drzwiach arcykapłana.
- Oczywiście, że nie. To dopiero pierwsze spotkanie. Nim przejdziemy do wyznawania sekretów, musimy się wpierw poznać. Cierpliwości. – Zamilkł, skupiając się na dokładnym wycieraniu rąk. – Martwi mnie co innego. Prosiliśmy przecież, by z więźniem obchodzić się łagodnie. By do mojego przyjazdu był zdrów, bo to do nas, nie do was, należy wyciąganie z niego informacji. A tymczasem co? Ropiejące rany, oderwane paznokcie, wyłamane palce, w tym dwa odcięte? Że o innych szkodach nie wspomnę.
- Gdyby udało nam się go zmusić do mówienia, nie musielibyście tu w ogóle przyjeżdżać.
- Nie udałoby wam się. Nie macie odpowiednich środków, nie znacie metod. A ich wola jest silna. I potrafią znieść bardzo wiele, a często nawet więcej. Twoi kaci nie potrafią go nawet dokładnie umyć, nie mówiąc już o prawdziwym doświadczaniu. Na szczęście wewnętrzne organy pozostały nienaruszone.
Arcykapłan patrzył na niego z nieukrywaną niechęcią.
- Co więc zamierzasz? Kiedy zmusisz go do mówienia?
- Pomyślmy... – Zaczął przyglądać się swym paznokciom. – Za tydzień, gdy dojdzie już do siebie, rozpocznę właściwą część. Wtedy, w przeciągu miesiąca, wyciągnę z niego wszystko, co będzie dla nas użyteczne.
- A jeśli nie?
- Tylko jeden mag, którego ciała miałem przyjemność doświadczać, wytrzymał dłużej. Był to jednak człowiek wyjątkowy. Dopiero po wywierceniu otworu w czaszce...
- Wierzę, że dasz sobie radę. Masz wolną rękę.
Kat skłonił się zamaszyście. Arcykapłan, bez szaleństw, skinął lekko głową.
- Ubrudziłeś się – rzekł na odchodnym, wskazując rękaw.
- Ach, to. – Lirian przejechał dłonią po poplamionym materiale. – To krew, nie brud.

***

Ciemność...
Otula mnie, przenika, tworzy. Odradzam się w niej niczym mityczny demon z popiołów, wciąż ten sam, a jednak inny. Coś się zmienia, czuję to. Może nie powinienem tego mówić, ale mimo mej beznadziejnej sytuacji, tu, w nieprzeniknionej czerni...
Czuję się jak w domu.
Wszystko znikało. Zarysy posadzki, noszącej na sobie ślady krwi dziesiątek męczenników, którzy za pragnienia swoje lub innych cierpieli tu katusze. Kontur drzwi, których już samo skrzypienie – zapowiedź nadchodzących tortur – budziło w człowieku najgorsze instynkty. Widok ciała, którego umysł nie chciał zaakceptować jako własnego. I, co najważniejsze, ból.
W mroku wszystko odchodziło w niebyt. Czarodziej zatracał się w nim, przechodząc w stan nieistnienia. Pozwalał odpłynąć świadomości w bezkresną czerń.
Zmęczyło go ciągłe rozmyślanie o porażce. Nie chciał już wyobrażać sobie tego, co by było, gdyby wtedy nie zawrócił, gdyby odszedł. Wolny.
Nie mogło być inaczej. Choć nie zwykł wierzyć w przeznaczenie kontrolujące ludzkie poczynania, to ciężko było mu znaleźć inne wytłumaczenie. Przypadek lub pech nie wchodziły w rachubę. Tu działo się coś większego. Wszystko wydawało się z góry ustalone, może przez bogów, a może przez jego własne działanie.
Nie bez powodu udało mu się ujrzeć przyszłość. Nie znał swej roli w tym wszystkim, ale jedno było pewne – zmierzał w stronę obiecanej śmierci i wyglądało na to, że nic nie mogło już zmienić biegu historii.
Mimo to wciąż nie chciał zaakceptować swego losu. Zbyt wiele lat walczył o przetrwanie, zbyt wiele razy upadał, a potem podnosił się i parł dalej, by teraz tak po prostu umrzeć w małej mieścinie gdzieś na krańcu świata. Bywał już w gorszych sytuacjach, a mimo to zawsze udawało mu się uciec. Tyle że teraz...
Teraz znikąd nie widać było ratunku.

***

Tortury skończyły się. Mag nie wiedział, kiedy się zaczęły ani jak długo trwały. Czas rządził się tu własnymi prawami. Podczas sesji każda sekunda była minutą, a minuta godziną; w ciemności wszystko zamierało.
Choć teraz troszczyli się o niego, ból pozostawał ten sam. Na początku ostry i nierówny, potem jednolity, niezmienny. Tego, co działo się w jego wnętrzu, nie mogło uleczyć żadne lekarstwo. Koniec był bliski.
W chwilach pełnej świadomości próbował nawiązać kontakt ze swoim towarzyszem niedoli. Wiedział, że nie jest sam w komnacie – był tu jeszcze ktoś, kolejny męczennik, cierpiący za swe grzechy, idee bądź niewinność. Mag słyszał jego urywany oddech i strzępki niezrozumiałych słów
Wielokrotnie starał się zwrócić na siebie uwagę stęknięciami i brzękiem łańcuchów. Nie miał konkretnego powodu – po prostu chciał czymś zająć umysł. Nigdy jednak nie otrzymał odpowiedzi. Najwyraźniej tamten nie mógł się porozumieć lub też postradał zmysły i, zostawiwszy konające ciało, udał się w daleką podróż.
Minął dzień, dwa, a tortury zaczęły się od nowa. Ból, choć wydawało się to niemożliwe, stał się jeszcze większy i przyćmił nawet ten wewnętrzny. Lirian wiedział, że wszystko zaczyna się i kończy w umyśle, na nim więc skupiał swoją uwagę, fizyczne tortury traktując jako dodatek.
Był dobry w tym, co robił.
Ciało i umysł, bezustannie cierpiące od zadawanych ran i narkotycznego głodu, spowodowanego magiczną abstynencją, zaczynało się poddawać. Magia, krążąca w żyłach i utrzymująca przy życiu ciało, które już wiele dziesiątek lat temu powinno umrzeć, powoli wygasała. Zbliżał się koniec. Mrok gęstniał.
Nadchodzą zmiany. Nie potrafię tego zatrzymać. Co najgorsze – nie jestem nawet pewien, czy chcę. Przecież... nie wygram z przeznaczeniem.

***

Lirian uśmiechał się szeroko, wodząc ostrzem noża po brzuchu maga.
- Tak, właśnie tak. Na to liczyłem. Dzięki twemu hartowi ducha i żelaznej woli wciąż mogę doświadczać. Poznawać cię, tak jak nikt inny wcześniej poznać cię nie mógł. To cudowne, nieprawdaż? Ale to jeszcze nic, to nic. Przed nami moja ulubiona część. Wasze organy są tak niezwykłe, a krew... Ach, boże, wasza krew! Widziałeś ją kiedyś? Widziałeś krew czarodzieja? Te małe, niebieskawe drobinki, jakie w niej się unoszą, widoczne tylko pod określonym kątem i w jasnym świetle. Do dziś nie wiem, czemu je zawdzięczacie. Może magii, może ziołom, którymi się narkotyzujecie. Nieważne. Ważne, że widok jest wspaniały. – Nachylił się, ustami muskając ucho więźnia. – A jej smak... jest jeszcze lepszy.
- Nim to nastąpi – kontynuował, odsuwając się – arcykapłan chce z tobą porozmawiać. Próbowałem go przekonać, że jest za wcześnie, że jeszcze nie pora, ale uparł się. Nie martwię się jednak. Wiem, że mnie nie zawiedziesz i nie oddasz mu swych cennych sekretów. Chcesz, bym dalej cię poznawał, prawda? Tak... Nie zawiedź mnie, magu. Wołajcie go! – krzyknął do stojącego przy drzwiach mężczyzny. Ten skinął głową i otworzył drzwi, kłaniając się nisko wchodzącemu duchownemu.
- Jest do twojej dyspozycji – rzekł młodzieniec, odsuwając się w mrok.
Mag uniósł głowę.
- To tylko ja, stary przyjacielu – rzekł arcykapłan Marcus, przypatrując się uważnie umęczonemu ciału. – To właśnie lubię w twojej metodzie, Lirianie. Schludność. Prawdą jest, co mówią o tobie.
- Przyjemność po mojej stronie, o najwyższy. Wybrałeś najlepszy moment, by to powiedzieć.
- Wiem. Wyjmijcie mu tę szmatę i załóżcie blokadę.
Podczas gdy dwa sługusy odprawiały codzienny rytuał, podstawiając nasączoną szmatę i zakładając wibrujący hełm, arcykapłan kontynuował:
- Cieszy mnie twoje niegasnące pragnienie życia, mogę je bowiem interpretować tylko w jeden sposób. Chcesz zeznawać, czyż nie? Zrozumiałeś, że twa butna postawa nic ci tutaj nie da, że niczego nie udowodnisz, nikogo nie zachwycisz. Że bardowie nie będą śpiewać o heroizmie, jakim się nam tutaj wykazałeś, a to z tej prostej przyczyny, że nikt się o nim nie dowie.
Z nosa starca pociekła strużka krwi.
- Zrozumiałeś, że umrzesz bez honoru i należnego ci szacunku, i że jedyną drogą na uratowanie siebie jest wyznanie win. I skrucha, oczywiście. Nie twierdzę, że bóg ci wybaczy – któż może znać jego wyroki? – ale głupotą byłoby nie skorzystać z szansy, zwłaszcza teraz, gdy jesteś jeszcze cały. Zapewniam, że potem możesz już nie mieć okazji. Hm? Co powiesz?
- Idź do diabła.
Jeden ze sługusów automatycznie uderzył czarodzieja. Nim zadał następny cios, Marcus powstrzymał go gestem dłoni.
- Czyżbyś był aż tak głupi? A może zbyt poważnie traktujesz moje słowa? Dobrze wiesz, że mówiąc o boskim przebaczeniu, nie je miałem na myśli. Że mówiłem o końcu mąk, uldze, jaką przyniesie śmierć. – Przerwał na chwilę, oczekując reakcji. – Widzę, że polubiłeś Liriana, skoro chcesz, by dalej się z tobą bawił. Chciałem ci dać szansę na uratowanie choć części godności, ułatwić, ale ty mi nie pozwalasz, nie chcesz. Wiedz jednak, że prędzej lub później złamiesz się, a wtedy wyznasz swe sekrety, błagając o litość i szybką śmierć. Ale wtedy będzie już za późno na skruchę.
Mag opuścił głowę, nic nie mówiąc. Jego twarz pozostawała beznamiętna.
- Dlaczego? – Arcykapłan westchnął, po raz pierwszy okazując rezygnację. – Dlaczego idziesz w zaparte? Kogo chronisz? Przecież już tak dobrze ci szło. Przyznałeś się do przywołania sukkuba, do ognia, jaki targnął twymi lędźwiami. Zdarza się, w końcu jesteśmy tylko ludźmi. Nawet nie wnikałem, dlaczego, zamiast po prostu iść do burdelu jak normalny człowiek, wziąłeś się za sprowadzanie demona. Wyznałeś swe grzechy, a ja ci je odpuściłem. Nawet morderstwo i próbę zabicia paladyna. Dlaczego teraz się opierasz?
Bez odpowiedzi.
- Szkoda. Najwyraźniej moja łaska nie jest tak skuteczna jak metody Liriana. Jak to mówią, nie przekonasz geniusza o jego słabościach, dopóki nie dasz mu po mordzie. Najwyraźniej tak to działa. Niepotrzebnie kazałem mu przestać.
Westchnął ponownie. Machnął ręką w geście rezygnacji i skierował się ku drzwiom.
Lirian wolnym krokiem podszedł do więźnia, rzucając mu obłędne spojrzenie. Jego młodzieńcza twarz zamarła w grymasie nieludzkiego uśmiechu. Przysunął się blisko, błądząc dłońmi po ciele maga.
- Wiedziałem – wyszeptał mu do ucha drżącym głosem. – Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz. Teraz już nic nas nie rozdzieli, teraz doświadczymy...
Mag otworzył szeroko oczy. Zadrżał na całym ciele.
Nie wygram z przeznaczeniem.
- Poczekaj. Chcę... zeznawać.
Po co więc cierpieć na darmo?
Kat odsunął się gwałtownie, jakby został spoliczkowany. Arcykapłan, stojący już w drzwiach, odwrócił się i uśmiechnął. Nie wyglądał na zaskoczonego.
- Nareszcie. Nie jesteś więc aż tak głupi. Rozpocznijcie przygotowania. Chcę go wyspowiadać tak szybko, jak to możliwe.
- Arcykapłanie, poczekaj. – Lirian przejechał dłonią po mokrych od potu włosach. Chwycił w dłonie twarz maga i zajrzał mu w oczy. – Czy jesteś pewien? Może twa decyzja jest jedynie oznaką chwilowej słabości, może...
- On jest pewien, Lirianie. Spełniłeś swoje zadanie.
- Spełnienie? – odparł, rozżalony. Zrobił kilka kroków do tyłu. – Gdzie tu spełnienie, skoro kolejny z nich okazał się słaby, a ja znów pozostanę sam...? Dlaczego to zawsze kończy się w ten sposób?
- Uzyskamy informacje – rzekł chłodno Marcus. Nagła przemiana siódmego kata Stolicy nie robiła na nim wrażenia; słyszał już o jego dziwactwach.
- Cóż nam po jego informacjach! Co on może wiedzieć, czego my jeszcze nie wiemy? Oni nigdy nie zdradzą tych najważniejszych sekretów, prędzej umrą. Odpowiedź musimy znaleźć sami, w ich wnętrzu. To jedyna droga. Czemu tylko ja to widzę?
- Uspokój się i zachowuj tak, jak przystało na wysłannika Stolicy – upomniał go arcykapłan. – Nie wiem, w jakim wnętrzu chcesz szukać tych sekretów i niewiele mnie to obchodzi. Jeśli zaś tak cię boli utrata obiektu doświadczeń, pomyśl sobie o tych wszystkich, którzy wciąż są na wolności i przemierzają świat. Prędzej czy później, trafią do ciebie.
Lirian ponownie wygładził włosy i kiwnął niepewnie głową. Otarł mokre od łez policzki.
- Tak. Masz rację, Marcusie. Świat jest wielki, a ich wciąż jest dużo. – Spojrzał na maga i uśmiechnął się krzywo. – Wiem, że zrobiłeś to specjalnie, by mnie zranić. Zawiodłeś mnie, to prawda, ale nie ty pierwszy. Przeto ja, w swym nienaruszonym majestacie, wybaczam ci. I oby bóg był dla ciebie równie litościwy.

***

Spotkali się dwa dni później w komnacie spowiedzi. Arcykapłan Marcus w towarzystwie straży przybocznej, i ledwie żywy czarodziej, obwiązany grubym sznurem, oszołomiony ziołami i z wibrującym hełmem na głowie.
Tym razem się nie opierał, nie grał w żadne gry. Nie wywyższał się, nie kpił, nie bluźnił przeciw bogu. Może z rezygnacji, może ze skrajnego wymęczenia. Może w myślach wciąż był z demonicznym Lirianem.
Słabym głosem, załamującym się pod ciężarem ostatnich doświadczeń, przyznał się do wszystkiego. Powtórzył zeznania w sprawie przywołania sukkuba, wskazał miejsca skrytek w swym pokoju. Z żalem wspomniał o kryjówkach w innych miastach, w większości zajętych przez kościół wiele lat temu. Podał, choć z oporami, nazwiska paru magów, których jednak nie widział już od wielu, wielu lat.
Informacje płynęły. Mag jąkał się i wielokrotnie gubił wątek, ale posłusznie odpowiadał na każde pytanie, o ile potrafił. Jak się okazało, w przytłaczającej większości przypadków jednak nie potrafił.
Marcus nie miał mu tego za złe. Nie oczekiwał samej prawdy. Wiedział, że były rzeczy, których żaden czarodziej nigdy by nie zdradził. Choć mogli wydawać się bezwzględnymi, pozbawionymi honoru szaleńcami, to jednak mieli coś, jakiś kodeks zachowań, wierności któremu nie mogła złamać nawet śmierć.
Mag okazał skruchę, przyznał się do błędów. Co działo się w jego umyśle – tego nie mógł wiedzieć nikt.
- Zbliżamy się do końca – oświadczył arcykapłan, odchylając się na krześle. – Pozostały dwa pytania. Jedno z nich jest kluczowe dla całej sprawy, drugie mniej, choć przyznam, że na obu mi zależy. Swoją odpowiedzią ostatecznie dowiedziesz, czy i jak bardzo żałujesz swych czynów. Choć i tak wiemy, że ich nie żałujesz.
Czarodziej czekał. Kiwał głową w przód i w tył, nie przejmując się cieknącą z nosa krwią.
- Nie muszę dodawać, że masz powiedzieć samą prawdę. I kiedy mówię prawdę, to właśnie ją mam na myśli. Rozumiesz?
- Aha.
- W porządku. Pierwsze, mniej ważne: jak się nazywasz?
- Przecież... – Starzec aż poruszył się niespokojnie. – Przecież mówiłem już, na samym początku.
- Tak, tak. Mówiłeś. Ale łgałeś. Nie bardzo rozumiem, dlaczego, wszakże to tylko imię. Wiem, jak ważne jest ono z punktu widzenia magii, ale chyba nie łudzisz się, że uda ci się jeszcze uciec? Ktoś ci chyba powiedział, że umrzesz? Czemu ci zależy?
- A tobie?
- Jestem ciekaw – rzucił, uśmiechając się. – Lubię wiedzieć, z kim rozmawiam. A poza tym, wiesz, te wszystkie papiery, formalności... Ktoś to będzie musiał wypełnić, a ja przecież nie każę mu wpisać... Jak to szło?
- Ander Malicio.
- Właśnie. Ander. Malicio. Nie traktuj mnie, proszę, jak głupca. To tylko imię – rzekł z naciskiem, nachylając się w stronę maga i zaglądając mu w oczy. Musiał zauważyć nienaturalny kolor tęczówek, ale nie wydawał się tym w ogóle interesować. – Chyba możesz to dla mnie zrobić? Czyż nie byłem dla ciebie dobry? Wierz mi, że wybierałem najlżejsze tortury, a najchętniej nie stosowałbym ich wcale, gdybyś tylko ty nie był taki zawzięty. Przyznasz chyba, że twój opór był, lekko mówiąc, bezcelowy? Ale mniejsza o to. To jak będzie? Przysłuż się sprawie, jak to robiłeś do tej pory.
W zachowaniu maga coś się zmieniło. Przestał się nerwowo kiwać, wyprostował się i odważnie skrzyżował wzrok z duchownym. Aura zmęczenia i desperacji, jaką wokół siebie roztaczał, nagle zniknęła. Dłonie rycerzy mimowolnie zacisnęły się na rękojeściach.
- Skoro przykładasz tak niewielką wagę do imion, może podasz mi swoje?
Arcykapłan zawahał się, po raz pierwszy od początku spowiedzi. Jego imię nie było żadną tajemnicą, ale skoro czarodziej chciał je poznać, musiał mieć w tym jakiś cel. I ta nagła zmiana zachowania... Czyżby siedzący przed nim staruch miał w zanadrzu jeszcze jedną sztuczkę?
Być nie może.
- To... dziwna propozycja. Powinieneś znać imię opiekuna swego miasta. Wypadałoby.
- Szczerze przyznam, że nie interesują mnie wasze hierarchie i urzędy. Poza tym, niedawno przybyłem.
- Ach, fakt, wspominałeś o tym. Yhm... A, co tam! Jeśli chcesz, to podam. Ale tylko pod warunkiem, że ty mi podasz swoje. Prawdziwe.
- Zgadzam się.
- Przyrzekasz? Na honor swój i swojej czarodziejskiej braci?
- Przyrzekam. Ale ty pierwszy.
- Mhm. Jestem Marcus Aneville, Pierwszy Arcykapłan Damen, reprezentant Stolicy i z jej ramienia sprawu...
- Argan Mold, ostatni mag Peririi.
- Daj bóg – odparł, szybko zapominając o przerwaniu jego tytulatury. Odchylił się ponownie, wpatrując się w sufit. – Ale to byłoby zbyt piękne. Jesteście jak zaraza, jak plaga szczurów. Coraz częściej myślę, że usunięcie was wszystkich jest po prostu niemożliwe. Zawsze będą się rodzić tacy jak wy, nieszczęśni marzyciele o poglądach zbyt szerokich i zbyt daleko idących jak na nasze czasy. Ale przecież nie możemy koegzystować, na pewno świetnie zdajesz sobie z tego sprawę.
Patrzył jeszcze przez chwilę w sufit. Westchnął.
- Polubiłem cię, Arganie. Jesteś twardy, wiesz, czego chcesz. Szczerze mówiąc sądziłem, że już się nie złamiesz, że prędzej dasz się pokroić Lirianowi, niż odpowiesz na moje pytania. Pomyliłem się, ale to bynajmniej nie umniejsza twoich dokonań. Wręcz przeciwnie. Coś tam sobie udowodniłeś, mam nadzieję, a gdy nadeszła pora, potrafiłeś się wycofać. Doceniam to. Pozostaje nam tylko jedno pytanie, jak już wspomniałem, kluczowe. Jak się nazywał tamten demon, którego przywołałeś?
Czarodziej uśmiechnął się w duchu. Arcykapłan miał rację – to pytanie było najważniejszym ze wszystkich. To dla niego się tutaj spotkali.
Imię. Niezbędne do odnalezienia w oceanie pragnień pojedynczego demona i sprowadzenia go na Ziemię. Bardzo cenne, zwłaszcza, gdy należało do sukkuba, jednego z najbardziej ludzkich i najsłabszych mieszkańców tego, co Poza. Przywołanie takiego nie wiązało się z wielkim ryzykiem, łatwiej też było go złamać i zmusić do mówienia, a potem zabić.
Kościół tylko raz popełnił błąd, rzucając się na głęboką wodę i przyzywając pradawne stworzenie, które przez następne półwiecze terroryzowało kraj, nosząc przy pasie czaszki najwyższych kapłanów. Od tamtej pory sprowadza się wyłącznie mniejsze okazy, choć mag i tak nie rozumiał celowości całego procederu. Czyżby Stolica naprawdę wierzyła, że eliminując pojedyncze jednostki w jakikolwiek sposób naruszy nieskończone hordy demonów? Człowiek nie znał mocy zdolnej to zrobić.
- Jak się nazywał? Śmiało, mów.
- Powiem ci, ale będziesz mi musiał oferować coś więcej.
- To znaczy? – Arcykapłan uniósł brwi. – Chodzi o sposób egzekucji?
Kiwnął głową.
- Chcę umrzeć przez powieszenie. I bez tego całego cyrku. Nie mam najmniejszej ochoty jeździć po placu, zamknięty w klatce jak zwierzę.
- Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo zawiedziesz publiczność? Stos jest niezwykle efektowny, zwłaszcza po opracowaniu tej nowej metody. Tak, widzę, że masz to gdzieś. Cóż za szkoda, nie kryję rozczarowania, bo, mimo mej sympatii do ciebie, sam chciałem to zobaczyć. Nie mamy tu zbyt często okazji do palenia kogokolwiek... W porządku zatem. – Machnął lekko dłonią, pokazując, że dla niego nie ma to żadnego znaczenia. – Zawiśniesz. A teraz daj nam jego imię.
Dał.
- Cudownie. Cuuudownie. W takim razie, to wszystko. Udało ci, a właściwie to nam się udało, przebrnąć do końca tych męczarni i dopełnić formalności. Teraz tylko egzekucja i jesteśmy wolni. Ucieszysz się zapewne, słysząc, że Lirian nie będzie nam towarzyszył, jako że wyjechał jeszcze tego samego dnia, kiedyś go tak skrzywdził okrutnie.
Mag nic nie odpowiedział, wpatrując się beznamiętnie w przestrzeń.
- Jeszcze jedno – odezwał się nagle, gdy arcykapłan zaczął wstawać z krzesła. – Wiem, że to nie ma żadnego znaczenia, ale... kim jest człowiek, który był wraz ze mną uwięziony w celi?
- Hm? Najwyraźniej miałeś majaki. Byłeś tam sam, magu. Tylko ty i ciemność.

***

Pochód zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami. Prowadzący pchnął wrota, a twarze wszystkich omiótł przyjemny, ciepły wiatr wieczoru.
Wyszli na dziedziniec. Za nimi, w swej glorii i chwale, wznosił się wielki kościół otoczony koroną złotych promieni zachodzącego słońca. Przed nimi czekał już orszak liczący ponad dwudziestu ludzi – duchownych, rycerzy, pachołków i błaznów. Na zdobionym krześle niesionym przez czterech rosłych chłopów siedział arcykapłan, niekryjący podekscytowania.
- Ruszajmy! – oznajmił, gestem dłoni wskazując wschodnią bramę.
I ruszyli. Grupa prowadząca skazańca szła, wyjątkowo, na przedzie kolumny. Marcus czułby się nieswojo, mając czarodzieja za plecami. Wpatrywał się w niego, w ten nierówny, powolny krok, zgarbione plecy i siwe włosy, rozdmuchiwane przez wiatr. W czerwone szaty, w które rozkazał go ubrać, by wszyscy mogli na własne oczy zobaczyć, jak wygląda prawdziwy czarodziej.
Nie potrafił przestać o nim myśleć. Nurtowały go dziesiątki pytań, na które pewnie nigdy nie pozna odpowiedzi. Na co czarodziejowi było potrzebne jego imię? Czy naprawdę przywołał demona tylko dla seksu? Czemu trzymał w pokoju karłowatą świnię? I wreszcie – kim w ogóle był ten tajemniczy człowiek, niefigurujący w żadnych księgach, który przybył znikąd tylko po to, by po niecałym miesiącu tortur skończyć swe niewątpliwie długie i niezwykłe życie na szubienicy?

***

Gdy tylko przeszli przez żelazną bramę oplecioną bluszczem i ruszyli w dół ulicy, zaczęli za nimi podążać ludzie. Najpierw dwóch, później czterech, a potem dziesięciu. Gapie. W oknach mijanych domów widać było twarze, śledzące pochód tak długo, jak się dało.
Nim pochód dotarł do miejsca przeznaczenia, znajdującego się kawałek za miastem wzgórza, minęło pół godziny.
Jak zawsze, chętnych widzów nie brakowało, zwłaszcza po tak długiej przerwie od ostatniego razu. Większość od dawna czekała przy miejscu wykonania wyroku, rozmawiając lub jedząc przekąski, sprzedawane przez drobnych kupców, węszących dobry interes.
Mag uśmiechnął się w duchu, słysząc niezadowolone buczenie tłumu, gdy strażnicy zaprowadzili go pod szubienicę, a nie do stojącego kilkanaście metrów dalej stosu drewna. W towarzystwie trzech rosłych rycerzy wszedł po schodkach na drewniany podest, na którym czekał już kat w swym słynnym szarym kapturze.
Wzniosły się wiwaty i okrzyki, witające nadchodzącego arcykapłana. Pięciu możnych miasta skłoniło się w pas. Odpowiedział skinieniem głowy, choć myślami pozostawał przy magu, ustawianym właśnie na zapadni.
Karłowate błazny po raz wtóry zaczęły zabawiać publikę, parodiując nadchodzącą egzekucję, jak i wcześniejszą walkę paladyna i czarodzieja, oczywiście zakończoną całkowitym zwycięstwem dobra. Bez ofiar i urwanych rąk.
Podczas gdy kat zakładał pętlę na chudą szyję skazańca, ktoś z tłumu cisnął zgniłym warzywem, chybił jednak. Nikt inny nie odważył się rzucić, nie teraz, gdy po platformie kręciło się tylu rycerzy.
Jeden z nich, najwyższy i odziany w najpiękniejszą ze zbroi, wystąpił przed szereg. Pilnując, by wszyscy, patrząc na niego, mogli też widzieć chuderlawego starca, począł przemawiać donośnym głosem, którym natychmiast skupił na sobie uwagę wszystkich.
- Przez arcykapłana naszego, niechaj was bóg błogosławi, a światłość nigdy nie opuszcza. Zgromadzeni mieszkańcy! Słuchajcie, mam bowiem zaszczyt przemawiać do was w dniu bożej chwały, kiedy zło zostaje strącone w otchłanie mgieł, a ludzki rozum tryumfuje nad zwierzęcymi pragnieniami. Kiedy szaleńcy, gotowi złamać najświętsze zasady i sięgnąć po to, co dla człowieka prawego nie było, nie jest i przeznaczonym nigdy nie będzie, spotkają zasłużoną karę. Spójrzcie! - Wskazał dłonią czarodzieja. - Ten oto starzec, a imię jego Argan Mold, zboczył ze ścieżki światła i dla zaspokojenia własnych pragnień uciekł się do demonicznej magii, która niechybnie doprowadzi każdego do zguby, wcześniej lub później. Spójrzcie, jak wygląda ten, który ośmiela się igrać z nieczystymi siłami, który odwrócił się od ludzi, który plugawe bestie mroku ma za braci. Patrzcie, bowiem nie jesteście od niego różni. W każdym z was, w każdym, powiadam, żyje bestia, której nigdy nie pokonacie inaczej, jak z bożą pomocą w dniu łaski ostatecznej. Przyjrzyjcie mu się dobrze! I zapamiętajcie, jak skończył.
- Zabić! – krzyknął ktoś.
- Bo tak kończą wszyscy, którzy odwracają się od światła. Nie ma bowiem mocy większej nad boską, nie ma autorytetu nad jego. Nie ma siły zdolnej mu się przeciwstawić. Pamiętajcie o tym i podążajcie ścieżką światła, bo tylko ona doprowadzi was do wiecznego zbawienia.
- Chcemy tortur! Chcemy ognia!
- Rozumiem wasze szlachetne chęci, rad żem z waszej gorącej wiary. Niemniej jednak człowiek ten wycierpiał już dość, przynajmniej za życia ludzkiego. Ponadto wyznał skruchę. Niechaj bóg go osądzi i, jeśli takową znajdzie potrzebę, na wieczne męki ześle.
- Co, jak wiemy, na
 
Awatar użytkownika
DraMeo
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 61
Rejestracja: czw sty 19, 2006 7:49 pm

ndz mar 22, 2009 11:31 pm

- Co, jak wiemy, na pewno nastąpi – rzucił jeden z błaznów, a wszyscy odpowiedzieli mu donośnym, nie raz wymuszonym, śmiechem.
To prawda, pomyślał arcykapłan, ani na chwilę niespuszczający wzroku z maga. Wszyscy mamy je w sobie. I czy rzeczywiście tak ciężkim grzechem jest akceptacja tego, co ludzkie...? Może...
Wzdrygnął się, gdy czarodziej uniósł głowę i spojrzał na niego przenikliwie, z uśmiechem tym dziwniejszym, że nie okrutnym czy szyderczym, lecz szczerym, przyjacielskim.
Obym ja też potrafił się tak uśmiechnąć w godzinie mojej śmierci.
- Nie waż się podnosić wzroku, sługo demonów! – ryknął rycerz, uderzając maga. – Kacie, szykuj się. Tłum jest spragniony. Nadszedł czas.
Zazwyczaj padało jeszcze pytanie o ostatnie słowo skazańca, jednak tym razem pominięto je, z oczywistych względów. Ostatnie słowo maga mogło być ostatnim dla nich wszystkich.
Ale jemu to nie przeszkadzało. Od chwili, gdy poczuł na szyi szorstki gruby sznur, myślami był już gdzie indziej. Patrzył na czerwoną łunę za miastem, na rosnące nieopodal drzewa, na ziemię pokrytą zieloną trawą i stare, brunatne deski podestu ze sterczącymi gdzieniegdzie zardzewiałymi gwoździami. Jego myśli rozpraszały się i zbierały ponownie, nie wiedząc, na czym powinny się skupić w tych ostatnich minutach. Szmery podnieconej publiczności i błyszczące z podniecenia i strachu oczy ludzi, którzy po raz pierwszy mieli okazję zobaczyć prawdziwego maga, zupełnie go nie obchodziły. Podobnie jak długa przemowa paladyna, pełna pięknych słów, nijak mających się do rzeczywistości.
Wziął głęboki wdech, rozkoszując się różanym powietrzem wieczoru. Mimo spokoju ducha jego serce waliło jak oszalałe, jakby chciało maksymalnie wykorzystać pozostały mu czas i dobić do z góry przeznaczonej liczby uderzeń.
Przeznaczonej...
Początkowy spokój zniknął, gdy umysł zrozumiał, że to naprawdę koniec. Nadszedł skręcający wnętrzności bunt i żal wobec wszystkiego, co miało się zostawić za sobą i nigdy już nie odzyskać. I jeszcze złość, nienawiść.
Zacisnął zęby, tłumiąc wszelkie emocje i nadstawiając twarz na podmuchy wiatru. Jak za dawnych lat, z których nawet te najgorsze wydawały się teraz piękne i czyste.
Nie powinien żałować. Żył dłużej niż powinien żyć zwykły człowiek i widział więcej niż wszyscy mieszkańcy tego miasta razem wzięci. Był w miejscach niedostępnych dla śmiertelników i dowiedział się o świecie więcej, niż inni mogliby to sobie wyobrazić. Nazywali go aniołem, nazywali diabłem. Czasem czcili jak boga, choć częściej ścigali i chcieli spalić na stosie.
Nie miał tylko, ze względu na swą aparycję, szczęścia do kobiet, ale to akurat można było nadrobić mocno wypchaną sakiewką.
Tak, zakosztował życia we wszelkich jego aspektach, od rynsztoku po królewskie pałace.
A teraz dotarł do kresu swej podróży. Kierowany przeznaczeniem, w które nigdy nie chciał uwierzyć, a które to w końcu przyczyniło się do jego klęski.
Jedna tylko została rzecz, której nie mógł darować.
Nie spełnił swego marzenia.
Poświęcił mu całe życie, a nawet więcej. Jeśli przegrałby ostatecznie, poddał się tu i teraz, wszystko, co zrobił do tej pory, straciłoby znaczenie. Wszystkie poniesione ofiary i wyrzeczenia, wszelkie wysiłki. Mógłby się w ogóle nie narodzić.
Dlatego też nie mógł się zatrzymać. Jeszcze nie teraz. Dopóki nie spełni swego snu. I ani starość, ani śmierć, ani cokolwiek innego nie mogło go powstrzymać. Nawet przeznaczenie.
Spojrzał na arcykapłana i uśmiechnął się.
Ty i twój żałosny kościół... Zaprzeczenie zaprzeczenia, a więc akceptacja. Życie w kłamstwie nie anuluje grzechów, ale czy ty w ogóle zdajesz sobie z tego sprawę? Nie... Równie dobrze mógłbym spytać, czy robak zdaje sobie sprawę z ogromu gwiazd, jakie migoczą nad jego głową.
Wszyscy jesteście robakami pod moimi stopami, ale kocham was, bo wasza ślepota pozwoli mi zajść na szczyt i spełnić moje marzenie. Na przekór wam wszystkim i waszym wymyślonym...
Cios rycerza ogłuszył go na chwilę. Zgubił wątek, ale to i tak nie miało znaczenia.
- To już, staruszku – powiedział kat zadziwiająco miękkim głosem. Poklepał maga po ramieniu i zaczął się powoli wycofywać w stronę dźwigni.
Rzeczywiście, dopasowana lina ciasno oplatała szyję.
A więc już, to koniec. Czarodziej pożegnał się z ukochanym i znienawidzonym zarazem światem, obiecując zemstę i powrót. Spojrzał na cienie pobliskich drzew, nienaturalnie długie i sięgające jego stóp.
Głośne skrzypnięcie dźwigni rozdarło powietrze.
Zapadnia, mimo długiej przerwy w działaniu, zadziałała bezbłędnie i w chwili, gdy ostatni promień Słońca zgasł na zachodnim niebie, starzec poleciał w dół.
Świat zawirował i eksplodował tysiącem barw, które zlały się w nieprzeniknioną czerń.
Ciałem wstrząsnęły ostatnie konwulsje, a przez tłum gapiów przeszedł szmer zadowolenia, szybko przeradzając się w wiwaty, śmiechy i dzikie okrzyki.
Z ukrytej kieszonki czerwonych szat pod wpływem wstrząsów wysunął się złoty zegarek i po krótkim locie roztrzaskał się o wystający z ziemi na dole kamień.
Arcykapłan jeszcze długo wpatrywał się w wiszące zwłoki, jakby wciąż wierząc, że starzec ma w zanadrzu jakąś sztuczkę.

***

Wszedł do małego pomieszczenia, jednego z wielu w podziemiach kościoła.
Za drewnianym stołem siedziało czterech młodych adeptów, przeglądających zabazgrane kartki i księgi, zajmujące większość komnaty. Na widok arcykapłana zerwali się z krzeseł i skłonili nisko.
- Podobno macie już szczegółowy raport.
- Tak, najwyższy kapłanie. Oto on – rzekł jeden z mężczyzn, przeciskając się między tomiskami i podając Marcusowi stos papieru. Arcykapłan obrzucił go niechętnym spojrzeniem.
- A tak w dużym skrócie? Jakieś wskazówki, rozjaśniające naszą jakże zawiłą sprawę?
- Obawiam się, że nie, najwyższy kapłanie. Większość notatek i ksiąg dotyczy sposobów na przedłużanie życia i zyskanie nieśmiertelności, jest też coś o alchemii, jedna kucharska...
- Nieśmiertelności, powiadasz... Cokolwiek o demonach?
- Właściwie nic, czego już byśmy nie znali. Legendy, podania... Ale nie ma tego wiele. Wszystko zostało szczegółowo opisane w raporcie, streściliśmy każdą księgę i... Ehm, no prawie każdą. Niektóre są dla nas kompletnie niezrozumiałe.
- Zapisane szyfrem, zapewne.
- Niewątpliwie masz rację, o najwyższy, ale obawiamy się, że nie jest to jeden ze znanych nam szyfrów. Wysłaliśmy próbkę do Stolicy, oczekujemy odpowiedzi lada dzień...
- Jesteście świeżo po studiach, poradzicie sobie. Zapewne.
- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, arcykapłanie. – Młodzieniec skłonił się nisko, inni podążyli za jego przykładem.
- Ta... – mruknął, biorąc od niechcenia pierwszą lepszą książkę do ręki. Przeczytał tytuł i zamarł.
Na brązowej, lekko podniszczonej okładce widniał napis:

ARGAN MOLD
„O Bogu Traw wśród nieskończonych pól”

Szczerze wątpił, by jego niedawny rozmówca był pisarzem.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość