Zrodzony z fantastyki

 
Bielon
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2193
Rejestracja: czw maja 06, 2004 11:28 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pn paź 05, 2009 11:29 pm

OFIARA



Reguły sesji:

* Prowadzący: Bielon i Witch_Doctor.
* Kwestia konwencji: BielHekowy heros-slowfood. Greyhawk.
* Kwestia zgodności z settingiem: Wszelkie materiały kanoniczne zachowują ważność, data rozpoczęcia przygody to zima roku 620. Moja interpretacja settingu jest moją interpretacją settingu. A świat jest nieco inny. Jaki? W sesji się okaże. Warto zajrzeć do opisu Bissel mego pióra. Oraz pióra kilku współtwórców.
* Kwestia zastosowania mechaniki: W tej sesji opieramy się na logice i zdrowym rozsądku, wszystkie rzuty wykonują MG. Gramy korzystając z mechaniki. DnD. Mechanika rozstrzyga kwestie sporne, przy czym spory z MG rozstrzyga MG. O konieczności odwołania się do niej decyduje MG.
* Kwestia kontroli MG nad poczynaniami graczy: Gracze mają nieograniczoną swobodę, jednak opis konsekwencji ich czynów leży w gestii MG. Sytuacja ta dotyczy nade wszystko sytuacji w której uczestnikami działań Graczy są inni Gracze lub kluczowi NPCowie. Tutaj proszę o wstrzemięźliwość i „zawieszanie” opisu skutku. Zatem nie „ciął odrąbując jajo” ale „zamierzał ciąć tak, by urąbać jajo”. Proste?
* Kwestia relacji wewnątrzdrużynowych: To jest życie, więc konflikty w drużynie są akceptowane, choć nie patrzę już na nie tak przychylnym okiem jak niegdyś. Fabularnie uzasadnione są zawsze zasadne.
* Kwestia częstotliwości postowania: Tempo postowania ustalamy na jak najczęstszą. Dbajcie jednakże o nie spowalnianie rozgrywki. W niektórych sytuacjach zdarzyć się może, że częstotliwość postów będzie większa. Lub mniejsza. Proszę jednak na wzięcie pod uwagę, że mam 2 maleństwa. Myślę więc, że 3 posty/tydzień to minimum. Nie bądźmy minimalistami. Ja i Witch_Doctor postaramy się nie być. Wolał też będę postować krócej a częściej. Prosił bym o zachowanie tej rytmiki: post MG, dzień na odpowiedź Graczy, post MG w przedziale 24h-48h po poprzednim poście MG. Bym miał czas przemyśleć co napisaliście. Im później napiszą Gracze, tym później odpisze MG. Skrajne modele będą eliminowane. Bez urazy.
* Kwestia preferowanej długości postów: Długość się liczy mniej, ważniejsza jest jakość a najważniejszy MG. Gracze piszący posty jednolinijkowe są mile widziani, w charakterze mięsa armatniego. W końcu trzeba zapracować na tytuł "Rzeźnik". Jednak 5 stron opisu blasku księżyca jest widziane równie mile.
* Kwestia poprawności i schludności notek: Żadnych emotek, psują mój nastrój. Post zaczynamy imieniem postaci, by go nie musieć poszukiwać w treści notek.
* Kwestia zapisu dialogów: Dialogi piszemy. Kursywą oraz poprzedzamy myślnikiem. Najlepiej.
* Kwestia zapisu myśli postaci: Jeżeli znajdzie się postać decydująca się na myślenie to myśli postaci zapisujemy wybranym przez MG kolorem czcionki - czarnym. Myśli poza tym zaznaczamy z obu stron tyldą oraz piszemy kursywą. Lub inaczej, choć lepiej nie.
* Kwestia podpisy pod notkami graczy: Wyłączamy podpisy w notkach sesyjnych. Lub nie. Można umieszczać w podpisach pochlebne opinie na temat MG i Forum. Lub inne. Pochlebne mniej.
*Walki w grze: Rzecz bardzo ważna. Chciałbym byście pamiętali a od tej sesji wzięli sobie to poważnie do serca, że walka to ostateczność. To sposób rozwiązania konfliktu, gdy wszelkie inne metody zawiodły. A walkę wygrywa nie ten który zabije przeciwnika, tylko ten, który przeżyje. W walce można wszak zginąć i wierzcie mi, może się to stać waszym udziałem w tej sesji. Nie życzę wam tego. Wy sobie, jak sądzę, również tego nie życzycie. Pamiętajcie więc o tym obywając broni. Bo nasi NPCowie dobywając jej iść będą zwykle na pewniaka. Bo też chcą żyć. Czego i wam życzymy.

UWAGA 1:
Kto chce dołączyć do sesji może zawsze do niej dołączyć pod warunkiem uzgodnienia postaci z MG.

Gracze:
1. Nefarius
2. Uriel
3. heretyk
4. Burko
5. Yester
6. cortez 90
7. Zertul


Tak, wiemy. Nadbagaż. Zredukuje się.

Powodzenia


============================================================================================



Rok 620 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. A miał to przecie być pierwszy rok w którym dla Bissel nastać miał czas spokojnej szczęśliwości i zbierania zasianych plonów. Czas żniw.

Wiosna przyszła z końcem lutego, niespodziewanie niczym mąż kochanki. Ziemia, trzymana dotąd w mroźnym uścisku zimy, tajała z dnia na dzień. Topniejący śnieg, spływający z gór potokami, zasilił Strumień Real, który osiągnął nigdy dotąd nie spotykaną szerokość, zalał wsie i sioła i rozlał się po łąkach i polach, zmieniając kraj w wielkie trzęsawisko. Na parę tygodni stanął handel, podróżnicy utkwili przy brodach i promach, nie mogąc przekroczyć wezbranych rzek.

Gdy tylko palące słońce, niezwykłe dla tej pory roku, osuszyło trzęsawiska, szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się z Marchii Gran i zniszczyła zasiewy i trawy, co miało być w oczach ludu przepowiednią elfich napadów.

Gdy więc tak porządek przyrodzenia zdawał się być wcale odwróconym, wszyscy w Królestwie oczekując niezwykłych zdarzeń zwracali niespokojny umysł i oczy szczególniej ku Nilandowi, od którego łatwiej niźli skądinąd mogło się ukazać niebezpieczeństwo. A zarówno w Nilandzie, wyniesionym po wojnie domowej z Senecją do rangi księstwa, jak i w samym Bissel, działy się rzeczy, które – choć dla ludzi światłych wtedy wydawały się pozbawione znaczenia – okazały się brzemienne w skutki. Z końcem wiosny zdarzyło się wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa koloru krwi przecięła nieboskłon. W Pellak widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w obłokach; odprawiano więc posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili, że zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki. Kościół dął w róg grzechu w jakim żyć miał lud Bissel ze szczególnym uwzględnieniem walczącego z nim o władzę możnowładztwa. Możni odpowiadali ograniczając władzę lokalnych księży. W nilandzkich kniejach zaś miały się gromadzić coraz to większe grupy elfów, mówiono o miedzianowłosym kalece, mającym być wcieleniem Świętego Porfiriona, o orkach, o banitach gromadzących się w ostępach Nilandu, o heretykach i apostatach zbiegłych do leżącego na uboczu księstwa. Pogłoskom i plotkom nie było końca. Nikogo więc też nie dziwiła większa niż gdziekolwiek indziej aktywność Świętego Oficjum w tej nowej dziedzinie Bissel. Kościół walczył tam z pogaństwem na każdym kroku. Co drugi człek był co najmniej innowiercą, jeśli nie heretykiem. Plugawe parające się magią elfy z inszymi, gorszymi jeszcze nieludzkimi poczwarami wypełzały ze swoich robaczywych nor w poszukiwaniu żeru z ludzkiej niewinności i czystości serc. Ileż to opowieści krążyło o mrocznych rytuałach krasnoludów przez które ich broń zyskiwała potężną moc? Ileż opowieści krążyło o wrażych elfach, które schwytanych ludzi więziły w wiklinowych koszach i paliły bez cienia miłosierdzia? O zdradzieckich niziołkach trujących skrycie podróżnych trutką skrytą w jadle. Ileż opowieści o gnomach magach? O diabłach? Półdemonach i czarownicach urządzających swe sabaty na poszczerbionych, krytych wrzosami szczytach Nilandzkich równin. Święte Oficjum, Paladyni Niezwyciężonego a także zwykłe sługi Kościoła miały tam, w Nilandzie, pracy na lata. I niczym czarne kruki rzucili się oni na padliny strzęp, jakim obecnie stała się owa utaplana w krwi kraina. Dając przyczynek kolejnym opowieściom.

Dawano im ucha tym chętniej, że w oczach większości mieszkańców królestwa Niland jawił się jako kraina obca i nieprzyjazna, i tak też po części była. Nowo mianowane księstwo było ledwie połacią ziemi wyrwanej koczownikom, wciśniętej pomiędzy góry i las i żyjącej zupełnie innym od cywilizowanych ziem królestwa życiem. Jednak nawet tu obfitość plonów zwiastowała najtłustsze z tych w ostatnich latach zbiory. Choć mieszkający w Nilandzie nie dzielili jeszcze skóry na baranie. Życie ich tego nauczyło przez co cieszył ich wyłącznie wróbel ściśnięty w garści. I nauczyli się ściskać go ze wszystkich sił. Czas pokazał, że to oni mieli rację.

Choć dla niektórych może i nilandzka ziemia mogła być tą obiecaną - przez pewien okres czasu - nigdy nie była dobrą matką dla swoich dzieci. Nie płynęła mlekiem i miodem, częściej krwią i łzami. Była to kraina kurhanów i popiołów - ale przecież popiół użyźnia. Użyźniała widać i krew, bowiem tylko w Nilandzie rosły niezwykłe kwiaty karminowej barwy, zwane przez lud krwawnikami. Jak zwali je uczeni, jeden Święty Wernencjusz wie.
Surowa była to ziemia, niegościnna. Opierająca swoje granice z północnej strony na nieprzebytych turniach Zaporowych Wierchów, od południa wciskała się w gęstwinę Przyćmionej Puszczy. Od zachodu graniczyła ze Stepami zamieszkiwanym przez dziesiątki, a być może nawet setki, klanów wojowniczych koczowników, wyruszających na łupieżcze wyprawy w głąb Nilandu, który płacił wysoką cenę w krwi. Tylko od wschodu Niland graniczył z cywilizowanymi ziemiami, z Senecją. Ale była to niezwykle wąska granica. Strzęp mięsa trzymający Niland przy kości Bissel.

Mieszkańcy królestwa, widząc niezwyczajne zaburzenia pogody, chętnie obarczali winą za to innych – a to elfy, a to lordów, a to magów, tylko kleru jakoś nikt nie winił. A winić było za co. Pomimo długo trwającej wiosny spiekota nie ustępowała, żar lał się z nieba i spodziewano się suszy, kiedy nadeszły ulewne deszcze. Lało tak przez tydzień z okładem, a spękana, wyschnięta ziemia królestwa chciwie piła każdą ilość wody. I choć nic tego nie zapowiadało, a wręcz przeciwnie, plony tego roku były nadzwyczaj obfite. Dobra dla zbiorów pogoda, deszcze krótkie a intensywne i długie dni w których ciepłe promienie słońca oświetlały żyzną glebę, sprawiły iż łany zboża falowała złocąc się ciężkimi od ziaren kłosami. Chłopi ciężko pracowali w polu starając się jak najlepiej wykorzystać zmienną i nieprzewidywalną pogodę. Ostatnie lata bywały latami chudymi, więc ten jeden ciepły rok urodzaju był przez nich wypatrywany niczym zbawienie. Ciepłe lato, koronacja Gudryka de Marque, drugiego w historii króla Bissel, oraz obfite plony radowały ludzi. Bogaciło się królestwo, bogacili się i oni.

Ciepłe lato ostatecznie dobiegło końca, jednak początek jesieni również był ciepły i słoneczny. Plony zostały zebrane, karczowano lasy, wyrównywano trakty, powstawały nowe osady i faktorie rosnących w siłę bisselskich kupców. Po niecałych trzech tygodniach września prace wstrzymano, a cały kraj zaczął przygotowywać się do jednego z dwóch najważniejszych świąt ludowych - do Święta Płodności...

Nikt nie spodziewał się, że właśnie ten dzień będzie datą wybuchu wojny. Nikt przy zdrowych zmysłach. Jednak gdzieś tam w Nilandzie byli widać i tacy, którzy się tego spodziewali. Śmierć Johana de Bruck, namiestnika Nilandu i książęcego brata, z ręki elfiego zamachowca wstrząsnęła Nilandem. Bardziej jednak wstrząsnęły nim żelazne hufce połączonych sił rycerskich i Kościelnych hufców Nilandu, które pomaszerowały prosto ku sercu puszczy, by ogniem i mieczem odpłacić poddanym Pani Jeziora za ich zdradziecki atak. To był początek wojny, która do zimy, która na Niland spadła nagle i gwałtownie, pochłonęła tysiące ofiar i spopieliła dziesiątki, jeśli nie setki, siół graniczących z Przyćmioną Puszczą, domeną zdradzieckich elfów.

Kolejnym nieszczęściem, jakie spadło na Niland była plaga zarazy. Wszystko zaczęło się na południu w Parzycach, najbardziej wysuniętym na południe mieście Nilandu. Zaraza spadła na miasto gwałtownie i choć palono dzielnicę za dzielnicą, nie pomogło nic. Po niespełna dwóch tygodniach z Parzyc, dużego miasta, ostało się ledwie może dwie setki ledwie żywych mieszczan. Czarna magia elfów wzięła na nich krwawy odwet za ścięcie ku czci Niezwyciężonego pięciu setek schwytanych od początku wojny elfów. Święte Oficjum jednak czuwało i zagęszczało szyki. Do Nilandu przybywali kolejni słudzy Niezwyciężonego by czuwać nad czystością dusz jego mieszkańców i chronić ich ode złego. Mało kto im się miał czelność sprzeciwiać.

Kościół. To też było coś, czego jeszcze dwadzieścia lat temu nikt nie spodziewał by się w Bissel. O Nilandzie nie wspominając. Kościół przez te dwadzieścia kilka lat zyskał na znaczeniu ogromnie. Umacniając pozycję władców Bissel, wpierając ich rojalistyczne plany zyskiwał władzę, wpływ na rządy państwa i ziemie. Mając zaś aż tyle łatwo budował swe struktury, zwłaszcza że tak blisko było do jego apostolskiej stolicy. Veluna wszak była zaraz za Sierpowymi Wzgórzami. Stamtąd zresztą Niezwyciężony do Bissel dotarł. Teraz zaś tą samą drogą kroczyły zastępy fanatycznych sług jego łapiąc wolny dotychczas kraj szponiastą łapą jedynej wiary godnej służby i oddania. A pozbawiony alternatyw lud poddawał się temu z mozołem. Od czasu do czasu budził się sprzeciw, ale tylko raz, w 617 bodaj roku w Senecji przybrał potężną siłę budząc pradawne siły a władający nimi żercy ruszyli przeciwko Kościołowi. Ich nierówny bój o wolność wyznań, przeciwko Jedynemu, trwał kilka lat. Ostatecznie zaś zakończył się tym, że na oczerniałych ruinach starych chramów stawały nowe, pachnące świeżo ściętą sosną. Zaś okoliczne żalniki zdobiły nowe kopce.

Kościół zaś wyszedł z tego potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. W każdym księstwie wznoszono kamienną katedrę ku chwale Jedynego. Każde miasto chciało mieć kamienny chram a wioska choćby drewnianą świątynię. Kapłani Jedynego potrafili tak strzyc swoje owce, by te przynosiły z roku na rok coraz bardziej obfite plony. Rolą sług Kościoła było strzeżenie ludu przed grzechem. Zaś nieodzownym wsparciem w tej materii okazywało się Święte Oficjum. Bezwzględni ludzie w białych płaszczach z krwawym mieczem haftowanym wyraźnie. Słudzy Jedynego nie wstydzili się nosić Jego znaku. I nie bali się.

Strach padał na tych, którzy niechcący ujrzeli pokornego sługę Świętego Oficjum. Zwykle zaś był to strach uzasadniony. Albowiem jak głosi Księga rzekł Pan „Wszyscy oni grzeszą, albowiem nie znają światłości Królestwa Bożego”…




CDN.

.
 
Awatar użytkownika
WitchDoctor
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 773
Rejestracja: śr gru 19, 2007 5:25 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 06, 2009 12:38 am

Rzęsisty deszcz bił rytmicznie o dach więziennego furgonu, przemierzającego wyboiste, leśne drogi Senecji. Wiatr zacinał ostro, kołysząc nagimi gałęziami. Późna jesień przyniosła ze sobą bardzo niekorzystną aurę, liście już dawno pospadały z drzew, a poranne przymrozki niejednokrotnie pozostawiały za sobą pobieloną szronem ziemię. Powożący powozem Jan z Kopytnic klął, spod przemokniętego do suchej nitki kaptura, na czym ten cały świat stoi. Nie szczędził bata, poganiając konie do żywszego galopu, ot nie mieli czasu, bo i wiedział dobrze, że jakiekolwiek opóźnienie nie wchodzi w grę. Nie lubili czekać na nowe dostawy, tam we Frambergu…

- Szlag by tą pogodę trafił. Koła grzęzną. - mruknął do siedzącego obok na zydlu rosłego mężczyzny, tamten jedynie prychnął, zrzucając z głowy i tak przemoknięty, biały kaptur.
- Niezwyciężony doświadcza nas w różnoraki sposób, każdego czeka jego dola, na nas wypadło moknięcie w deszczu. Pomyśl mój drogi Janie… Czy wolałbyś się zamienić z tymi w środku? - pociągła twarz, okraszona sępim nosem dodawała mu drapieżnego wyglądu, kilkudniowy zarost tylko potęgował to odczucie, lecz nie to sprawiło, że Jan wzdrygnął się odwracając wzrok. Mężczyzna miał na piersi haftowany czerwienią miecz - symbol Najświętszego Oficjum.
- Nie Ojcze Inkwizytorze, z całą pewnością nie… Jestem tylko pokornym sługą Pana…
- Tak myślałem, a więc znoś dane ci niewygody… W pokorze. - cień uśmiechu przemknął przez oblicze inkwizytora.

W środku więziennego furgonu atmosfera była równie napięta, nie było w tym wszakże nic dziwnego. Opowieści, które więźniowie zdążyli powtórzyć sobie już co najmniej dziesięć razy, wyraźnie świadczyły o tym, że z Frambergu żyw jeszcze nie wyszedł nikt, a atmosferę beznadziei z wprawą podsycali też pilnujący ich inkwizytorzy, którzy z wręcz fanatycznym oddaniem rozpływali się o „wygodach”, framberskich lochów. Więzienia Inkwizycji były miejscami codziennych tortur, upokorzeń i śmierci, a Framberg… miał z nich wszystkich największą sławę.
Pamięć o wstępnych przesłuchaniach, których mieli wątpliwą przyjemność być uczestnikami, w siedzibie Pomórskiej Inkwizycji, była wciąż bardzo żywa. Zapomnieć o nich nie dawały rany, które mimo mijających dni nadal paliły niczym ogień.

Na samym końcu furgonu, skrępowany mocniej niż wszyscy, skuty dodatkowo łańcuchami, siedział chudy mężczyzna. Miał na sobie szarą, podartą szatę, plamy krwi już dawno zbrązowiały ze starości… Ciało pokryte głębokimi bliznami, było wyraźnym świadectwem, że kat ze szczególną uwagą zadbał o jego przesłuchanie. Oczy wypełnione miał niczym nieskrępowanym szaleństwem. Chybotał się na drewnianej ławie wodząc wzrokiem za krążącą w koło świecy ćmą.
- Myślimy, myślicie, że, że… Udało się wam mnie złapać? Prawda? Jak tą ćmę, widzicie? Lata… Ja też wam wylecę… - zaśmiał się i dmuchnął w stronę ćmy, która zdezorientowana wleciała w płomień, spalając się na popiół. Szaleniec zaśmiał się obrzydliwie, próbując poderwać swe wątłe ciało z drewnianej ławy, lecz żelazny łańcuch przytrzymał go w miejscu. Warknął, zwierzęco miotając się i brzęcząc żelazem.
- Plwam, plwam na waszego Niezwyciężonego. W rzyci go mam i sram na jego sługi. Tratatata! O tak! Zobaczycie! Odbiją mnie! Już prawie czas! Nawet nie zdajecie sobie sprawy! Nie zdajecie sobie sprawy!- pełen szaleństwa głos mężczyzny narastał, aż przeszedł w pełen histerii skrzek, mężczyzna spurpurowiał na twarzy i zwymiotował pod nogi, lecz nawet to mu nie przeszkodziło, z ustami pełnymi rzygowin krzyczał dalej. Aż wreszcie pilnującym ich inkwizytorom skończyła się cierpliwość, jeden z nich nie wytrzymał i doskakując do szaleńca trzepnął mu stalową rękawicą w pysk, aż trzasnęło, zamykając mu usta.

- Stul pysk! Framberg niedaleko, tam sobie pokrzyczysz za wszelkie czasy. Sam kurwa tego dopilnuję, wyrwę ci pierdolcu jęzor, byś już ani słowem nie mógł lżyć na naszego Pana.
- O tak, wszyscy sobie pokrzyczycie. - dodał drugi, zwracając się do całego furgonu. - Obiecuję wam, że… - cóż takiego miało być im obiecane, nie dowiedzieli się.
Powóz stanął nagle, a wszystko otoczyła dziwna, gęsta mgła. Miała słodkawy zapach, przywodziła na myśl spokojne zacisze domostwa, lecz jednocześnie wwiercała się w umysł, otępiając go. Magia była aż nadto wyczuwalna…
- Co do diabła… - jęknął strażnik i znieruchomiał, wpatrując się bez świadomości w ścianę furgonu. Więźniowie ani się obejrzeli, a również poczuli coraz szybciej postępującą słabość i odrętwienie. Próbowali się poderwać, wstać z ław, zaprotestować krzykiem, lecz sprawiło to jedynie, że padli na deski. Członki odmówiły im posłuszeństwa, a język przypominał galaretę.

Wzrok zaczynał powoli płatać im figle, wizja rozmazywała się, a odgłosy dochodziły doń z daleka, jakby z pod wody. Lecz nie mieli innego wyjścia, bezradni, nie mogący ni drgnąć, patrzyli jak drzwi do furgonu otworzyły się z głuchym trzaskiem. Sparaliżowani inkwizytorzy nawet nie zdążyli mrugnąć, gdy dwie zakapturzone sylwetki poderżnęły im gardła, szybko zabierając klucze i oswobadzając jedyną osobę, na którą dziwna mgła nie miała wpływu. Chudy szaleniec wstał i wyłamał sobie palce, z głośnym trzaskiem. Jego oszalałe oblicze wyostrzyło się wyraźnie, gdy odetchnął pełną piersią. Lecz oczy pozostały takie same, szalone.

- Idioci… - kopnął inkwizytorskie truchło, aż strzeliły żebra, potem kopnął drugi raz, trzeci, nie przestawał przez dłuższą chwilę, aż do środka weszła kolejny kultysta. Ubrany był czarną szatę, z czerwonymi zdobieniami, a na klatce piersiowej, spoczywał mu wisior, przedstawiający złamany miecz, wpisany w pentagram. Twarz człeka niknęła w cieniu przepastnego kaptura.
- Czy to oni?
- Tak. Wszyscy, których potrzebujemy…
- Wspaniale… Czyń swą powinność. - więźniowie mogli się tylko przyglądać, nieobecnym wzrokiem, jak szaleniec, dzierżąc w dłoni zakrzywiony sztylet, podchodzi doń po kolei i ścina im po kosmyku włosów, wkładając ucięte kępki do płóciennej torby, mrucząc przy tym tylko sobie znane inkantacje.
- Będziecie idealnymi kandydatami, do tego rytuału, nie martwcie się, nie będzie bolało, ani troszeczkę… Martwych nie boli…

- Skończyliście już? - głos doszedł do wszystkich zza otwartych drzwi furgonu. Człek weń stojący był rosły, wśród szarych plam, widzianych zamglonym wzrokiem, ujrzeli jedną, inną, wyróżniającą się. Na bieli jego płaszcza widniało coś na wzór… krwistoczerwonego miecza.

- Tak. Zaraz czar powinien ich całkiem ogłuszyć. - stojący we wejściu do furgonu człek zaczął coś mówić, lecz dla więźniów nastała ciemność, a jedynym odgłosem, pozostał miarowy stukot spadających kropel deszczu…

Ocknęliście się, od tajemniczego napadu minęło może pół godziny? Może godzina? Deszcz nadal pada, trupy dwójki Inkwizytorów leżą gdzie leżały, woźnica martwy, jesteście ubożsi o kosmyk włosów...W pierwszych postach proszę o opisanie naszych "Dramatis personæ". Ze swojej strony życzę miłej gry. Dla nas i was.
 
Heretyk
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 5036
Rejestracja: pn mar 28, 2005 12:23 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 06, 2009 9:08 am

Malcolm Metzger
Dopiero po dłuższej chwili Malcolm zorientował się, że podziwia fakturę nieheblowanych desek podłogi. Zamrugał i powoli dźwignął się na kolana. Zabrzęczały okowy. Taak. Wszystko było na miejscu. Przysiadł na piętach i wciągnął głęboko wilgotne powietrze. Z każdym oddechem wracały siły i władza nad ciałem. Pozostali towarzysze niedoli też zaczynali się poruszać. Metzger podpierając się skutymi rękami popełzł w kierunku strażnika. Odwrócił ciało i skrzywił się widząc poderżnięte od ucha do ucha gardło. Partacka robota. Widowiskowa, ale partacka. Zgrzyt wydobytego miecza zakłócił dudnienie deszczu o deski dachu furgonu. Obejrzał drugiego strażnika. Nic, nie było kluczy. Nie, są. Na wpół utopione w błocie połyskiwały w brunatnej breji. Malcolm bardziej wylazł niż wyskoczył z furgonu. Wbił zdobyczny miecz w ziemie i sięgnął po klucze. Trzeci z kolei pasował do okowów. Łańcuchy z chrzęstem upadły w błoto. Witaj wolności. Wziął miecz i rozejrzał się wokoło. Leśna droga ciągnęła się w obie strony prosto jak strzelił niknąć za kurtyną deszczu. Krótkie czarniawe włosy przylepiły się do czaszki, woda spływała po ostro zarysowanych kościach policzkowych skraplając się na pod lekko kwadratowej szczęce. Podróżne skórzane ubranie jeszcze nie namiękło, dziesiątki mił włóczenia się po bezdrożach zaimpregnowały je wystarczająco. Malcolm wrzucił klucze do furgonu trafiając kogoś w bok. W podzięce usłyszał bliżej nie sprecyzowane słowa dziękczynne. Chyba. Przysiadł na progu furgonu chroniąc się przed deszczem i zaczął ściągać czarny płaszcz z inkwizytora. Co prawda podszywanie się pod urzędnika oficjum karane było śmiercią, ale przecież nawet jak go złapią to i tak nie złagodzą mu kary. W końcu lepszy stryczek niż wizyta w apartamentach mistrzów małodobrych we Frambergu. Zarzucił na siebie płaszcz i zaczął grzebać między ciałami w końcu mruknął zadowolony i wywlókł trochę zdeformowany kapelusz o wąskim rondzie. Wyprostował go paroma ruchami i nałożył. Teraz był w pełni sobą, choć nie. Brakowało pewnego elementu. Zawłaszczył sztylet inkwizytora i przeciągnął ostrzem po krawędzi futryny wycinając długa drzazgę. Ułamawszy pół wsadził ją do ust. Przerzucił ją z jednego kącika ust w drugi i podrapał się po kilkudniowym zaroście. Może być. Do kąpletu z mieczem i sztyletem wszak były pasy i pochwy.
Dopinając sprzaczki przyklekł kilka kroków do furgonu badając ślady. Deszcz zrobił swoje i nawet wprawne oko miało kłopoty by coś dostrzec.
 
Awatar użytkownika
Yester
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 99
Rejestracja: sob maja 02, 2009 10:49 pm

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 06, 2009 10:46 am

Milo
Młody niziołek obudził się trafiony kluczami, stęknął lekko z bólu, choć sam nie był w stanie dookreślić, czy bardziej boli go miejsce, w które trafiły ciężkie klucze, czy miejsca, które całkiem niedawno zetknęły się z może nieciężką, ale jakże twardą podłogą.
Rozejrzał się po furgonie swymi błyszczącymi zielonymi oczyma - kilku jeszcze leżało na ziemi, choć jego bardziej interesowali Ci, którzy już się kręcili. Po chwili dostrzegł także dwa truchła, oraz człeka przebierającego się w ubrania jednego z nich. Pod nogami dostrzegł wreszcie klucze, które jeszcze przed chwilą o mało go nie zabiły, wziął je w dłoń i rozkuł kajdany, które z głośnym szczękiem opadły na podłogę furgonu.
Przez chwilę jeszcze krótką niziołek stał wpatrując się w okolicę, coraz bardziej nieobecnym wzrokiem. Westchnął po chwili i nabrał w płuca dechu, by zacząć rozmowę z człekiem przypinającym sobie właśnie pas, jednak zawahał się, a już ta chwila wahania starczyła by człek bez słowa odszedł kawałek dalej przyglądając się śladom.
Niziołek wzruszył ramionami, w jego sytuacji nierozważnym było by odzywać się do kogokolwiek, ale nierozważnym było by też odejść chociaż o jeden krok od wozu, który w pobliskiej dziczy może być jedyną ostoją cywilizacji. Spojrzał więc na leżących bez życia inkwizytorów i przyjrzał się ich uzbrojeniu, zapewne uznał, że warto mieć jakąkolwiek broń do obrony bo sięgnął po tę broń, która wedle jego intuicji najbardziej mu odpowiadała, spośród znalezionych a następnie spojrzał na innych za sobą i na ich stan, obserwując dokładnie ich ruchy.

Spoglądając na Mila z perspektywy trzeciej osoby można dostrzec nizołka, o dość przeciętnym jak na swoją rasę wzroście a jednocześnie mniejszego od przeciętnego kilkulatka ludzkiego. Ma lekko rozczochrane włosy w kolorze ciemny blond, a jego oczy mają głęboką zielonkawą barwę i lekko się szklą. Kroki stawia raczej z rozwagą, patrząc co ma pod nogami, a oczyma wodzi po okolicy obserwując tak wiele szczegółów jak wiele jest w stanie zaobserwować.
Ostatnio zmieniony wt paź 06, 2009 10:50 am przez Yester, łącznie zmieniany 2 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Uriel
Grafik
Grafik
Posty: 403
Rejestracja: sob mar 24, 2007 6:03 pm

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 06, 2009 12:55 pm

Malaika

- Szanowna...eee damo...
- Pierdol się!

- Ech. Dobrze, jeszcze raz. Szanowna Pani, tuszę iż świadoma jesteś tego, co czeka Cię za tymi drzwiami.
- mężczyzna złożył ręce, siląc się na spokój. Nie, żeby był zdenerwowany, ino po prostu aż kipiał z radości, mając przed sobą związaną Malaikę. Wreszcie. Przynajmniej jednego z tych parszywych szczurów udało im się złapać.

- Inkwizytor, bo ty masz zbyt małego kutaska, by zająć się kimś takim jak ja.

Zacisnął mocno pięści. Nie, nie da si sprowokować. Nie tej małej, pieprzonej siksie.

- Tak, moja droga. Inkwizytor. Poza oczywistą winą, jaka wiąże się z napadaniem na karawany, systematycznym grabieniem mych wiosek bardzo, ale to bardzo zainteresował ich fakt, że taka młoda kobietka jak pani, tak bezcześci prawo boże i takimi słowami się do Naszego Jedynego Boga odnosi. Mam przytoczyć?
- "W dupie mam waszego Niezwyciężonego, jego łaskę i jego kler, który siedzi sobie wygodnie za grubymi murami, odziany w złote szaty i pociągający za sznurki wszystkich władyków w okolicy. Gardzę wami, waszą głupotą, że dajecie się ciągać za nosy jak muły, że oddajecie ostatni grosz by wspomóc tych, jakże biednych i pobożnych inkwizytorów i zakonników, którzy każdej nocy spijają się waszym winem i pierdolą dziwki jak każdy z was... - wyrecytowała słowo w słowo, unosząc dumnie twarz.

Tylko po to, by zaciśnięta pięść mężczyzny mogła z mściwą satysfakcją trafić jej policzka.

* * *

Do więziennego furgonu wrzucono ją niedbale, pobitą i nieprzytomną. Cóż, może i lepiej tak było dla przymusowych towarzyszy, przynajmniej na większość drogi zaoszczędzono im wrzasków, darując w prezencie, na ostatnią drogę, chociaż trochę spokoju. Mężczyznom w takich chwilach zapewne różne rzeczy roją się w głowie, z tym, że w przypadku Malaiki, chociaż leżała nieprzytomna i w samej koszuli, trudno było sobie cokolwiek roić, gdy słyszało się za co właściwie oberwała aż tak, że nie ocknęła się do tej pory. Cóż, przynajmniej jeden mężczyzna na zawsze zapamięta, że 'nie' znaczy 'nie', a 'jeżeli mnie dotkniesz będziesz dławił się własnym chuje" też znaczy dokładnie to.

Wreszcie jednak otworzyła oczy, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego gdzie jest, a właściwie dokąd podąża. Wściekle uderzyła kajdanami o drewnianą podłogę i wydarła się potwornie, wystarczająco głośno, by usłyszeli ją ci przy koniach.

- Stul kurwa pysk bo znów Ci przypierdolę tak, że obudzisz się dopiero we Frambergu!

Już miała odpowiedzieć, gdy jeden ze współwięźniów złapał ją za ramię i siłą usadowił pomiędzy sobą, a drugim mężczyzną.
- Przestań się wydzierać. - warknął, a ona, o dziwo, posłuchała.

* * *

Jęknęła cicho, zwijając się w kłąb. Głowa bolała ją tak, jak wtedy gdy pierwszy raz razem z Hunkiem wypiła całą butelkę bimbru za magazynem. Gdy zaś się poruszyła, dotkliwie poczuła każdy siniak, od razu przypominając sobie wieczór po, gdy ojciec uświadomił jej, że póki przynajmniej nie ukończy tych piętnastu lat, to pić z mężczyznami, po kątach, nie będzie.

Widząc mocującego się z kluczami i kajdanami niziołka podsunęła mu pod nos swoje, zakute w żelazo, nadgarstki.
- No weź...- chrapnęła, a jej oczy zabłyszczały w półmroku. Chcąc nie chcąc wreszcie oswobodziła się z kajdan, rozmasowała zbolałe dłonie i ostrożnie, powoli wyskoczyła z kibitki. Dobrze, że chociaż zostawili jej buty, bo gdy tylko skoczyła na ziemię zatopiła się po łydki w grząskim błocie.

W lepszym świetle można było wreszcie zobaczyć, że jest osobą niewysoką i raczej przeraźliwie, jak na dziewczynę, chudą. Proste jak druty, ciemnobrązowe włosy okalały raczej mało pulchną twarz i jedynie bystre, czarne oczy rozglądały się dookoła. Gdy zaś spostrzegły ciało inkwizytora, który parę dni wcześniej tak dobitnie dał jej odczuć łaskę bożą na własnym ciele, uśmiechnęła się, ale nie tak delikatnie, po kobiecemu, tylko obnażając zęby i marszcząc nos. Nawet w sposobie jej chodzenia nie było nawet krzty jakiegoś kobiecego pierwiastka. Kroki stawiała pewnie, ale chociaż zwinnie i lekko, to bez tego czegoś.

- Skurwiel. -warknęła, kopiąc z całej siły głowę nieboszczyka. Krew z jego ust prysnęła na jej kolana, brudząc i tak ubłoconą już, lekko ciemniejszą niż normalnie spotykaną, skórę. Pochyliła się i wyciągnęła zza pasa mężczyzny sztylet, a po chwili namysłu wyciągnęła też zza szlufek spodni cały pas. Zręcznie dorobiła w nim jeszcze parę dziurek i przewiązała nim biodra. Już miała odejść, gdy jeszcze po raz ostatni zwróciła twarz w stronę trupa, robiąc z ust dzióbek, jak zawsze gdy nad czymś się zastanawiała.

Może i płaszcz nie pasował jak ulał, ale przynajmniej było w nim cieplej, niż w samej koszuli. No i sięgał jej niemal do kostek przez co wyglądała jak jeszcze gorsza pokraka.

- Framberg... Framberg, Framberg, framberg... Sramberg. - warknęła pod nosem, starając się przypomnieć w jakiej okolicy mogłaby być. Droga, skąpana deszczem i błotem nie wyglądała specjalnie znajomo, jednak po lepszym przyjrzeniu się okolicy doszła do raczej mało błyskotliwego wniosku. Trasa z Pomoru do Framberga, a sądząc po drodze, bliżej tego drugiego. Ciekawe, czy strażnicy tego owianego złą sławą miejsca szybko zareagują na opóźniającą się dostawę nowych więźniów. Wolała nie sprawdzać tego na własnej skórze.
 
Zertul
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 84
Rejestracja: pn lis 19, 2007 12:14 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 06, 2009 3:16 pm

Trodgrim
Barczysty krasnolud zaraz po odzyskaniu świadomości jął podnosić się z podłogi w czym przeszkadzały mu bardzo skute ręce i nogi. Zaklął. Rozejrzał się uważnie po otoczeniu. Dojrzał niziołka. Zaczął powoli iść w stronę niziołka co szło mu niezbyt szybko z powodu krótkiego łańcucha który łączył solidne żelazne obręcze gdy w końcu do niego doszedł niziołek zdążył już wyswobodzić zarówno siebie jak i ludzką kobietę. Krasnolud podsunął mu niemal pod nos kajdany spinające mu nadgarstki dobitnie sugerując czego oczekuje. Gdy jego nadgarstki i kostki zostały oswobodzone kiwnął tylko głową i odszedł od niziołka w kierunku wyjścia. Średni zręcznie wyskoczył z wozu. Wylądował akurat w dogodnej pozycji żeby sprzedać solidnego kopa jednemu z martwych inkwizytorów. Po wyswobodzeni nogi z błota które sięgało mu na tyle wysoko, że niemal wlewało sie do jego ciężkich skórzanych butów nie omieszkał skorzystać z okazji i kopnął tak, że aż strzeliło i głowa inkwizytora wygięła się w dziwnej pozycji krasnolud tylko mruknął coś z nutą zadowolenia w głosie po czym zaczął poszukiwania broni ktorą mógłby w bliższej lub dalszej przyszłości wykorzystać. Przy pierwszym inkwizytorze z którym się już jako tako policzył nie znalał nic przy drugim miał odrobinę więcej szczęścia, znalazł ciężki buzdygan nic więcej nie udało mu sie już wyszabrować jego towarzysze zwyczajnie okazali sie szybsi. Ważył przez chwilę buzdygan w dłoni patrząc w twarz jednego z byłych oprawców. Nie chciało mu sie jednak schylać i tylko to uratowało paskudną mordę denata przed zmiażdżeniem buzdyganem. Zamiast tego postanowił obejść wóz i zlustrować wzrokiem najbliższą jego okolicę. To że na jego drodze znajdowalo sie akurat ciało inkwizytora należało uznać za dogodny zbieg okoliczności. Krasnolud oczywiście nie trudził sie z jego przestępowaniem tylko najzwyczajniej w świecie po nim przeszedł. Gdy znalazł sie z powrotem w pobliżu punktu wyjścia wszedł z powrotem do środka. Nie było co moknąć na próżno trzeba było usiąść i zastanowić sie nad obecną sytuacjią. Zostać tu to byłaby czysta głupota nie należało więc nawet rozważać takiego rozwiązania. Pozostało więc ruszyć w jakimś kierunku i to jak najszybciej puki pada deszcz który zatrze ślady...

Trodgrim jest barczystym krasnoludem średniego wzrostu z popielatymi włosami, piwnymi oczami i długą brodą która sięga mu niemal do pasa. Na sobie nosi grube podrużne ubranie w chwili obecnej przyozdobione ciemno brunatnymi plamami krwi. Na nogach cięzkie skórzany buty. Jeśli przyjrzeć sie dokładniej twarzy oprucz brody i włosów można też dostrzec na niej kilka blizn z których część jest dosyć świeża.
 
cortez90
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 14
Rejestracja: śr wrz 09, 2009 5:21 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 06, 2009 5:37 pm

Hared

Mężczyzna z trudem podniósł się z drewnianej podłogi furgonu, był na tyle wyczerpany, dodatkowo całą sprawę utrudniał mu fakt, że został skuty ciężkimi kajdanami. Gdy już udało mu się podnieść z podłogi skierował swe skrępowane ręce tak jak i inni skazańcy w kierunku trzymającego klucze niziołka. Uwolniwszy się z kajdanów wyszedł na zewnątrz furgonu by zaczerpnąć świeższego powietrza. Głowa bolała go iż kroki które stawiał nie były zbyt pewne. Po chwili jednak oddychania świeżym powietrzem, oraz ochłodzenia swojej obolałej twarzy kroplami deszczu przyprowadził się do względnej równowagi.
Rozglądając się po najbliższym otoczeniu zauważył, że inni "uczestnicy" zdarzania przeszukują ciała inkwizytorów w poszukiwaniu broni dla siebie. Widząc, że z strażników już wile nie wydobędzie skierował swe korki ku woźnicy. Mężczyzna ubrany był tylko w zakrwawioną koszulę oraz spodnie dlatego pierwsze co zrobił to ściągnął płaszcz z woźnicy i przyodział się nim, ponieważ ziąb panujący na zewnątrz niezbyt sprzyjał staniu w samej koszuli. Następnie wziął skórzany pas do którego przymocowany był miecz.

- To nienormalne, wieźć niewinnego człowieka, w dodatku szlachcica w takich warunkach. Dobrze im tak, spadła na nich zasłużona kara. Za wszystkie te lata upokorzeń, pogwałcania praw niewinnych, tylko dla tego, że ich wiara nie skupia się na powiększaniu swojej władzy.

Słowa te wypowiedziane ze złością zdawały się nie wzruszać pozostałych więźniów. Hared pomyślał wtedy, że oni nie widzieli tego co on widział. Nie słyszeli pojękiwań dzieci zarzynanych w imię niezwyciężonego. Słowa które wypowiedział kłóciły się z kodeksem postępowania, którego przyrzekł przestrzegać, ale tenże kodeks został wypaczony przez lata cierpień, jakie jego podwładni musieli znosić z rąk kościoła, który przecież to miał stać w obronie niewinnych. Mężczyzna stał wpatrując się w niebo w oczekiwaniu na jakiś znak, wskazówkę jak ma dalej postępować, niestety ta nie nadeszła.Stał tak jeszcze przez chwile po czym skierował swój wzrok na furgon, miejsce, w którym miał spędzić ostatnią drogę przez swoją ojczyznę, a teraz to miejsce przekształciło się w schronienie przed coraz to mocniej padającym deszczem.

Hared to wysoki mężczyzna, dobrze zbudowanym o krótko ściętych blond włosach i szarych oczach. Kilkudniowy zarost na jego twarzy nie jest normalnym widokiem.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 06, 2009 7:31 pm

Scatty

-Ponoć to jakiś mąż, który ma wielkie wpływy w kościele Jedynego…- syknęła młoda służka, do stojącego przy drzwiach do karczmy draba. –Właśnie widać, jacy oni wszyscy są świętobliwi.- niewiasta w białym fartuchu psioczyła na kler, półszeptem, by przypadkiem nikt jej nie usłyszał. Stojący obok niej mężczyzna miał ręce założone na piersi. Spoglądał złowrogo na świętobliwego męża, który to w ewidentnie wskazującym stanie, zaczepiał drugą z trzech służących, krzątających się z drewnianymi tacami, między stolikami. –Widziałeś Scat?- syknęła, szarpiąc wykidajłę za rękaw szarej, flanelowej koszuli –Znów ją pomacał!- Dwudziestosześcioletni drab wciąż obserwował kleryka i pytanie młodej białogłowy uznał za retoryczne. Milczał. Milczał i wpatrywał się nieustannie w stolik z naprzykrzającym się grubasem, w bogatej szacie. Popijał drogie wino i spoglądał sprośnie na czarnowłosą kelnerkę, którą wciąż umyślnie wołał do swego stolika, ta zaś zważywszy na swój fach, nie miała prawa odmówić przyjścia. Dziewczyna specjalnie stanęła trzy kroki od stołu, by opasły kleryk nie mógł jej zaczepić. Ten jednak mimo tego iż był spity miał wciąż całkiem niezły refleks. Prędko się zamachnął i zdołał chwycić kelnerkę za nadgarstek mocno go ściskając. Dziewczyna skrzywiła się z bólu. Widząc to Scatty ruszył z miejsca, dziarskim i pewnym siebie krokiem zmierzając w stronę kleryka. Kątem oka dostrzegł swego starego szefa, który chciał obejść ladę i zdążyć przed reakcją wykidajły. Nie zdążył. Zaczepiający dziewkę grubas zauważył idącego w jego stronę ochroniarza, puścił rękę kelnerki i wstał z hukiem przewracając krzesło. –Wiesz kim jestem śmierdzący kmiocie?!- krzyknął oburzony. To jednak nie zatrzymało Scatty’iego. Wykidajło ostatnie pięć kroków pokonał dwoma susami, złapał kleryka dłonią za kołnierz koszuli, a następnie błyskawicznym i druzgocącym uderzeniem głowy pozbawił go przytomności, łamiąc nos i zalewając twarz i ubranie jego własną krwią…

***

Droga w powozie tak bardzo mu się dłużyła. A to wystające korzenie, a to brukowana kostka na trakcie. Szaleniec ciskający dookoła bluzgami, również nie odbiegał normą elementów od uprzykrzających podróż. Scatty tylko przewrócił oczami, widząc jak obłąkany mężczyzna rzyga pod siebie i wydziera się na cały głos. Widząc to wykidajło pokręcił głową i spuścił ją w dół, nie mogąc już dłużej patrzeć na skretyniałego więźnia. I nagle los kilku skutych osób miał się odmienić. Powóz zatrzymał się, zaś Scatty i jak szybko zauważył nie tylko on, poczuł się bardzo dziwnie. Jego głowa, anemicznie lawirowała na szyi, ręce i nogi stały się osłabione a język zapomniał jak ma mówić. Jak się szybko okazało, za dziwaczne zmiany pojmowania świata odpowiedzialna była grupa osób, które przybyły by odbić majaczącego wcześniej szaleńca. Cóż to była za ironia. Kilka chwil później, gdy wszystko powoli się wyjaśniało, jeden z morderców inkwizytora uciął wszystkim skutym w wozie po kosmku włosa. Scatty nie był pewien, czy dobrze słyszy lecz wszystko wydawało się takie realne. Mimo to za nic nie mógł zrozumieć sensu słów, które padały z ust oprawców. Wykidajło zamknął oczy.

***

Z wymuszonego snu, wyrwało go szuranie współwięźniów. Ktoś się obudził i na szczęście celowo lub nie pobudził też pozostałych. Prawie wolni musieli coś zrobić, by skorzystać z daru, jakim było pojawienie się kilku dziwnych person. Młodzieniec zastanawiał się ile z tego co widział i słyszał było prawdą a ile tylko psikusem jego umysłu, który uszkodzony mechanicznie przez wiele przeżytych bójek nie potrzebował nawet magii. Ktoś podał mu klucze, z których prędko i bez chwili namysłu wykorzystał do tego, do czego je stworzono. Rozkuł krępujące go kajdany i potrząsnął głową, chcąc się upewnić, że na pewno dziwaczne stany przeminęły. Mężczyzna wstał i przejechał dłonią po odrastających, krótkich włosach na głowie. Był wysoki, trudno było określić czy dobrze zbudowany, gdyż luźna, flanelowa koszula skutecznie skrywała górne partie jego ciała. Scatty rozejrzał się. Podzielał parszywy los z krasnoludem i niziołkiem. Rzadko kiedy widywał przedstawicieli tych gatunków. Bardzo rzadko. Mężczyzna zmrużył oczy i spojrzał przez otwarte drzwi powozu na podwórze. Nie podobało mu się, że będzie musiał moknąć. Nie było jednak innego wyjścia. Mężczyzna zeskoczył z wozu rozejrzał się na boki. Wiedział, że idąc koło drogi, którą jechał furgon może zostać schwytany przez patrolującą okolice straż, czy cholera wie co jeszcze. Powoli i ostrożnie ruszył w kierunku oznaczonym w jego mniemaniu jako „jak najdalej od traktu”…
 
Bielon
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2193
Rejestracja: czw maja 06, 2004 11:28 am

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 06, 2009 9:25 pm

Wyszedł bodaj jako ostatni z „podróżnych”. Podróżnych, którym los kazał tego dnia odbywać więziennym furgonem podróż traktem z Pomoru na Framberg, wyszedł rozcierając poobcierane do krwi kajdanami przedramiona. Dobrze, że Niziołek pozostawił pęk kluczy na podłodze bo Markusowi niezręcznie było jakoś prosić nieludzia o pomoc. Nie, żeby przeciwko tymże nieludziom akurat miał coś specjalnie. Co to, to nie. Ale jednak był to nieludź. W dodatku wielce mizernego wzrostu. Było by mu niezręcznie tak jakoś.

Był wysoki tak, że ledwie zmieścił się w drzwiach furgonu. O dziwo szybciej niż inni dochodził do siebie, ale to niespecjalnie go dziwiło. Kiedy niedoszli kompani rozeszli się w poszukiwaniu broni i odzieży on spojrzał smutnym wzrokiem na ciała tych, którzy wszak tylko robili to, co do nich należało. Byli tacy podobni do niego samego.

- Każdy wyrok Twój przyjmę twardy, przed mocą Twoją się ukorzę. – powiedział głośno słowa rzadkiej modlitwy wzbudzając zdumienie pozostałych. Nie dbał jednak o to tak naprawdę. On nie musiał nikomu udowadniać istnienie Pana. – Trzeba by ich pochować. Nie godzi się człeka ostawić na szlaku bez pochówku... – powiedział, ale to było gorsze od słów wcześniejszej modlitwy. Wzruszył muskularnymi ramionami i nie zwracając zupełnie uwagi na ich zdumione spojrzenia ruszył na tył furgonu. Tu wszak były kufry. Musiała więc też być łopata. Była.

Przydrożny rów zdawał się najlepszy do szybkiego pochówku. Wystarczyło zrzucić ciała i przykryć je ziemią zgarniętą z dwóch stron rowu. Markus zabrał się za robotę bez większego wysiłku wlokąc pierwszego, woźnicę na skraj drogi. – Pomogli byście, było by szybciej. Czasu mamy mało. Do Frambergu blisko. Jak powóz na czas nie przybędzie ruszą mu na spotkanie. Może nie od razu, ale w końcu spuszczą psy. I nas dostaną. Ale to mniejszy z naszych problemów. Bo mnie po stokroć bardziej martwi ten z którego powodu nas uwolnili. Dokładniej zaś ów rytuał o którym wspominał. Nie wiem jak wy, ale ja nie mam zamiaru posłużyć mu za ofiarę. Może to zabrzmi niezręcznie, ale po moim trupie! – Markus spojrzał za odchodzącym niedoszłym kompanem. Ten już widać uznał, że czas się ulotnić. Nie można było odmówić mu rozsądku. Tyle, że umknęło mu widać to, że sam miał służyć za ofiarę. – Hej ty! Słyszysz co mówię?! Jak daleko uciekniesz nim nastąpi ten rytuał o którym mówił ten świr? A wówczas co? Bo po coś ten kosmyk brał, nieprawdaż? To czarna magia. Nie znam się na niej zbytnio, ale pewny jestem że nie oznacza to dla nas niczego dobrego. Trzeba by ruszyć za nim i mu włosy odebrać. Dopiero wówczas będziemy prawdziwie wolni…

Mówił widząc, że skupił na sobie wzrok pozostałych. Oni jakby dopiero teraz zdawali sobie sprawę, że tak naprawdę ktoś już skradł część ich osobowości. I że skutki tego mogą być dla nich opłakane. Dozgonnie opłakane.

Malcolm obserwował całą przemowę Marcusa w milczeniu. Sam zajęty był głównie śladami i działaniom wielkiego świętoszka nie poświęcał zbyt wielkiej uwagi. Wyraźnie odciśnięte w błocie ślady mówiły mu wiele o liczbie napastników. Piątka jeźdźców i sześć koni. Przyjechali po odbijanego jeźdźca. Wokół furgonu nie było śladu oporu. Jakby ochrona furgonu i woźnica nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia i zostali jego pojawieniem się zaskoczeni zupełnie. Lub jakby ufali tym, którzy na nich sprowadzili owe nieszczęście. Co nie było niemożliwym. Wszyscy więźniowie widzieli wszak jednego z napastników oraz noszone przezeń szaty. Żywy dowód na to, że był w służbie Świętego Oficjum. Mieli prawo mu zaufać. Kiedy zaś było po wszystkim odcięli konie od dyszla wozu i ruszyli traktem dalej. Tak, jakby zmierzali w tę samą stronę co furgon. To zaś już było zupełnie pozbawione sensu…




.
 
Awatar użytkownika
Yester
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 99
Rejestracja: sob maja 02, 2009 10:49 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 06, 2009 11:10 pm

Milo
Niziołek wysłuchał mowy Marcusa starając się wyłapać każde z jego słów, po czym przypatrując się reakcjom pozostałych począł rozmyślać nad ich sensem.
Byli więźniami, to nie ulegało wątpliwości, po słowach Marcusa wnioskował, że jego oprawcy, jakiej motywacji by nie mieli nie należeli do typów delikatnych i rozmownych a raczej preferowali siłowe rozwiązania. ~Z drugiej strony to my jesteśmy przeciw porządkowi, ja jestem, chyba... Nie mam odzienia jak strażnicy, więc raczej nie należę do nich. Jakie jest prawdopodobieństwo, że pośród całego wozu więźniów był ktoś z przedstawicieli władzy, ale incognito. Dwóch strażników, słyszeli rozmowy. Wyglądali na pewnych siebie, więc zapewne nie przewidywali problemów, stąd pewnie nie zabezpieczyli by się przeciw nim kimś bez munduru. Nie... Tu raczej nie było nikogo kto byłby tajniakiem. A nawet jeśli to prawdopodobieństwo, że to byłem ja jest niewielkie... A nawet jeśli... No cóż, wtedy i tak ujawnianie się w tej chwili przy takiej przewadze było by błędem taktycznym~ - bystry wzrok niziołka zliczył szybko towarzyszy niedoli - ~ zdecydowanie, więc w kwestii władzy logicznym założeniem jest to, że jestem w jakiś sposób jej oponentem, a to prowadzi do unikania konfrontacji, przynajmniej póki nie dowiem się kto jest "tą władzą", bo w końcu bandytom też zdarza się wozić więźniów, choć nie koniecznie z taką bogatą obstawą. No dobrze... Tu może nie ma jasności, ale tylko jedno wyjście wydaje się logiczne, teraz druga kwestia~ - niziołek przypomniał sobie dokładnie słowa człeka dotyczące ich nieoczekiwanego uwolnienia - magia, rytuały - znał te pojęcia, jednak żadna siła nie pozwalała mu na przypomnienie sobie jakichkolwiek faktów z nią związaną, z samą definicją zaczął deliberować - ~no tak, skoro mówi o magii to pewnie coś jest na rzeczy, tym bardziej, że spotkał się z taką uwagą. Ile można zrobić dzięki kilku włosom, przecież je można zebrać choćby z ubrania, nie mogą znaczyć aż tak wiele. Ale z drugiej strony, może chodzić o świeże włosy, albo ucięte danym narzędziem, przy tak rozległym pojęciu jak magia nie łatwo jest cokolwiek przewidzieć. Oni zdają się wiedzieć więcej, choć sam nie wiem - może tylko wydaje im się, że wiedzą. To może być jakaś forma obrazowania, to wcale nie musi być realne, zresztą moje myśli, one też mogą być jedynie całkiem absurdalnie abstrakcyjnym pojęciem~ - przez chwilę niziołek zacukał się po czym wbiegł na tor myśli wyższego nieco poziomu, omijając bezkresną głębie swego własnego umysłu - ~myślę więc jestem, to dobre założenie, bo nawet gdy błędne to niebyt nie może powodować skutków, bo nie może być przyczyną... Innej opcji nie wiedzę, może i ona jest, ale nieznana opcja jest jedynie pozostawieniem marginesu niepewności, o tak, niepewność jest dobra i całkiem logiczna.~ - niziołek spojrzał dokoła czy nic nie uległo zmianie, na szczęście potok jego myśli znacząco wyprzedzał wydarzenia, toteż ponownie zatopił się w szybkim rozważeniu zagadnienia. Ta analityczna analiza najwyraźniej stała się jedynym co był w stanie z siebie wykrzesać nieznający żadnego aksjomatu ani faktu świata niziołek - ~ dobrze, więc przyjmijmy, że jestem, jestem i oni też są~ - w myślach korygował sam siebie - ~więc oni słuchali jego, i wyglądają jakby na osoby zainteresowane, jest kilka opcji, mogą być wszyscy oprócz niego, a może i z nim ~ - przyjrzał się mówcy z uwagą - ~w tej samej sytuacji co ja, to wydaje się dość logiczne, choć raczej nikt się do tego nie przyzna, jeśli tak będzie to albo przeprowadzą podobny ciąg wywodów z użyciem standardu przyczyna skutek, bo inne myślenie i tak nie może być wdrożone z perspektywy zera aksjomatów, albo przeprowadzają inny ciąg bo pracują na innego rodzaju podświadomości i wiedzy podświadomej, albo nie przeprowadzają takiego rozumowania bo nie są w stanie tego zrobić, ze swego ograniczenia, niewiedzy innych założeń czy może przez wzgląd na ową magię, właśnie - może to magia wpływa na niwelację wiedzy w moim umyśle. A może po prostu ta wiedza nie istnieje, bo to jest punkt zero linii czterowymiarowego ciągu przyczynowo skutkowego, a może on ma więcej wymiarów, a może mniej. No i skąd cholibka miała by się wziąć ta przyczyna, toż w swym rozumowaniu zakładam ciąg przyczyn i skutków, gdzie jest jakiś skutek musi być przyczyna. Ach mniejsza, nazwijmy ją w tym przypadku przyczyną pierwotną, a docelowe miejsce skutkiem ostatecznym. No dobrze. A co jeśli to wcale nie opiera się na takim ciągu, wtedy moje rozumowanie jest błędne ale nie mogę dojść do prawdziwości imponderabilii, więc pozostaje mi utrzymać założenie wyższego, choć nie koniecznie poznawalnego porządku. No nic - wróćmy do naszych kompanów i magii przy założeniach przyjętych. W takiej sytuacji da się wywnioskować, że oni są w identycznej sytuacji co ja - to jest logiczne, choć nikt się do tego nie przyzna, to łatwo będzie można wychwycić, kto w niej nie jest, bo raczej nikt w takiej sytuacji nie będzie wymyślał samemu światów i miejsc, żeby się ukryć, bo musi się liczyć z tym, że tylko on jest w takim położeniu. Więc łatwo mogę eliminować tych, którzy w takiej sytuacji jak ja na pewno nie są. W jego przypadku mogę przyjąć że jest zorientowany ~ - wzroku nie odrywając od Marcusa - ~ więc jest spoza mojego ciągu przyczyn i skutków, ale z ciągu zazębiającego się o mój bo wpłynął na skutek, choćby wyimaginowany, jest więc skutkiem czegoś, choć spoza mojego układu przyczynowo-skutkowego, jeśli i oni będą okazywać podobne tendencję, będę mógł poczynić podobne założenia względem nich. Niezależnie od tego, mamy minimalnie jednego osobnika okazującego znajomość bieżącego układu czasoprzestrzennego - nie jest źle. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak jemu zaufać, bo czy byt czy niebyt mnie przy nim czeka to przy zerowej aksjomatyzacji otaczającego świata z dużą dozą prawdopodobieństwa, pomijając skrajne przypadki jak społeczności w pełni poświęcone nieograniczonej agresji, jestem w stanie określić, że raczej samotnie tutaj nie przetrwam, a co więcej jego słowa dotyczące wszelkiego mistycyzmu muszą być chociaż do pewnego stopnia realne. Więc nie pozostaje mi nic innego jak do pewnego stopnia oddać się prądom realności i przyjąć to co mnie czeka, przy boku tego, który może znać ten układ. A co do towarzyszy wyjętych spod prawa, to pewna ostrożność może być zalecana, bo choć mogą tu podróżować z tego samego powodu to mogą też z innego, a może mnie znają?~ - niziołek z umysłową gracją skoczył na płaszczyznę niskiego porządku - ~No cóż, tego nie wiem, ale Ci przynajmniej zdają się pozostawać w podobnej sytuacji co ja, a jeśli tak, to chyba nie będę miał wyboru, zresztą, jeśli pójdą za świadomym to nie mam żadnego wyjścia bo on może być jedyną odpowiedzią na otaczającą mnie realność.~ - niziołek już wiedział (choć to słowo, może nico inne znaczenie niż słownikowe tutaj posiadło) - z całą stanowczością, choć bez najmniejszej pewności. Przystanął nieopodal Marcusa, delikatnymi gestami wskazując, iż gotów jest do niego przystać - przynajmniej póki co.
Ostatnio zmieniony wt paź 06, 2009 11:27 pm przez Yester, łącznie zmieniany 3 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

śr paź 07, 2009 12:12 am

Skunka

Miało być tak wspaniale. Niestety droga, którą kroczył Skunka nie była usłana różami. Znajdowały się na niej tylko łzy, ból i nieszczęścia. Niekoniecznie w takiej kolejności. Kiedyś pewien mędrzec, z którym podróżował przez pewien czas, zanim usypał mu mały kopczyk z kamieni, powiedział, że karma każdej żywej istoty dąży do równowagi. Jak jednego dnia spotka cię coś złego to następnego dnia szczęście będzie ci sprzyjać. W długim okresie czasu wszystko się wyrówna. Niestety gdyby karma w życiu Skunki miała osiągnąć równowagę, już jutro musiałby zostać władcą całego Greyhawku i rządzić przynajmniej ze sto lat, a na to z pewnością się nie zanosiło. Odkąd opuścił swoją troskliwą rodzinkę podróżował od jednego kłopotu do drugiego, na swej drodze pozostawiając jedynie płacz i zgrzytanie zębów, niekoniecznie za sprawą własnej osoby. Zaczynał mieć wrażenie, że jest przeklęty i śmierć jego długoletnia towarzyszka zbytnio przywiązała się do niego. Choć ciągle miał nadzieję, że jednak spełni swoje oczekiwania, co do życia na wolności, może kiedyś. Tak obecna sytuacja w jakiej się znalazł, nie należała do czegoś niezwykłego w jego życiu. Wiadomo ludzie go nie lubili to pewnie z powodu wyglądu, ale żeby od razu truć mu jadło i wydawać w ręce tej hołoty zwącej się świętym oficjum to już lekka przesada. No ale cóż począć, to zasadniczo nie jego wina, że wyglądem mógłby przestraszyć niejednego demona. Całe jego ciało stanowiła kolekcja blizn. Nie było fragmentu skóry, który nie nosiłby śladów od wszelakiej broni, kłów, pazurów, ognia, kwasu i czego tylko można by sobie zażyczyć, a bliżej prawdy było by powiedzieć, że każdy fragment jego skóry nosił te ślady po wielokroć. Większa cześć twarzy jak i praktycznie cała skóra głowy wraz z lewą ręką była jedną wielka blizną po oparzeniach. Sporych rozmiarów kartoflowaty nos, wielokrotnie złamany bardziej przypominał już wielką narośl, niż ten szlachetny organ. Jedno ucho było w połowie ucięte, a drugie nosiło ślady sporego naderwania. Bliznowata skóra miała szary odcień. Mimo okropnych blizn, jego ciało wydawało się nie cierpieć na jakieś trwałe uszkodzenia. Ręce miał nadzwyczaj zwinne i poruszał się z jakąś taką dziwną gracją przywodząca na myśl polującą panterę. Jego oczy były chyba jednak najgorsze z całego wyglądy. Trudno w to uwierzyć, ale wyglądały jak oczy martwego człowieka. Puste nieruchome, praktycznie czarne, jak dwie bezdenne studnie. Zdecydowanie też do olbrzymów nie należał. Był niewiele większy od niziołka, choć proporcje jego ciała, na myśl przywodziły raczej istotę rozmiaru człowieka. Po tym gdy szalony kultysta, wziął sobie jego jedyny ocalały kosmyk włosów, był już całkowicie łysy. Tak okoliczności przyrody nie były zbyt interesujące, ale to nic trzeba sobie radzić. Przez chwilę własnymi siłami próbował oswobodzić się z kajdan, niestety nadaremnie, musiały być przedniej jakość. W końcu jednak skorzystał z klucza i mógł spokojnie zorientować się w swoim położeniu. Staranie przeszukał ich wspaniały środek transportu, a nóź gdzieś znajdzie się choć cześć z jego wyposażenia, które miał przy sobie nim trafił w łapy tych drani, lub przynajmniej jakaś odpowiednia dla niego broń. Niestety ze smutkiem Skunka musiał przyznać, że całe to święte oficjum było przereklamowane, w dziedzinie zadawania bólu, byli niczym błądzące dzieci we mgle, przynajmniej w porównaniu z jego wspaniałą rodzinką. W sumie to nawet odrobinę żałował, że nie będzie dane poznać wspaniałości Frambergu, choć wiedział, że i tak nie doświadczy tam niczego nowego, z czym nie miałby już okazji się spotkać i to przynajmniej kilkakrotnie. W końcu z uwagą zaczął przyglądać się swoim nowym towarzyszom. Przez chwilę coś rozważał w myślach, a potem cicho jakby do siebie, ale za to nadzwyczaj stanowczo rzucił
- Tak tym razem na pewno się uda. – Jego głos nie należał do najpiękniejszych, twardy chropowaty jakby wydobywał się nie z gardła ale z wąskiego kamienistego tunelu. Gdy jego wzrok spoczął na Malaike uśmiechnął się. Przynajmniej w teorii miał to być uśmiech. Bo w praktyce jego zniekształcona twarz wyprodukowała coś pośredniego pomiędzy miną srającego kota, a grymasem wściekłości atakującego wilka. Ot nic przyjemnego, i znowu do siebie zamruczał – Choć w tym przypadku nie wszystkie założenia da się spełnić, ale kto ją tam wie.
Jeszcze raz rozejrzał się po najbliższej okolicy, i rzucił w stronę swoich nowych towarzyszy
- Rozejrzę się, zaraz wracam - poczym wszedł w zarosła koło drogi i już go nie było widać. Jakby rozpłynął się w powietrzu, a z miejsca, w którym przepadł nie docierał też najcichszy dźwięk. Jednak dziwnego skrzata nie było nazbyt długo. Nim Marcus uporał się z chowaniem trupów, ciekawe po jaką cholera zresztą, on już było z powrotem i podzielił się z pozostałymi informacjami o najbliższej okolicy.
 
Heretyk
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 5036
Rejestracja: pn mar 28, 2005 12:23 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

śr paź 07, 2009 9:42 am

Malcolm Metzger
Zamarł na chwile wpatrując się w dal. Wzrok miał jakby nieobecny, po kilku chwilach wyprostował się i rzucił do przypadkowych towarzyszy:
- Psy. Ruszyli z psami. – wrócił do reszty kompanii – musimy się spieszyć.
Ominął trupy i zaszedł furgon od tyłu. W otwartej przez Marcusa skrzyni oprócz narzędzi walał się worek z żarciem i bukłak. Malcolm potrzasnął nim. W połowie pełny.
- Kto chce może iść ze mną, kto chce może błądzić po lasach. Możecie też poczekać na ratunek tutaj.
Rzucił worek z żarciem na ziemie w wspiął się na kozła. Odsunął martwego woźnice i wyciągnął zaklinowany pod ławką bukłaczek. Każdy woźnica miał taki schowany, smaganie wichrami, śniegiem i deszczem musieli wszak się jakoś ogrzać. Przyczepił go do pasa i zeskoczył rozbryzgując błoto. Zarzucił worek z żarciem na ramię i popatrzył wokoło.
- Zostaw trupy, Oficjum samo się nimi zajmie. Jak tu dotrą, wierz mi wykopią ich z powrotem.
- Deszcz ułatwi nam ucieczkę przed psami, ale i tak powinniśmy iść do strumienia. Mamy dwa do wyboru. Ruszymy na północ i to jak najszybciej, a nie wszyscy mi tu wyglądacie na obytych z lasem. Będą nas szukać w obu kierunkach, więc rozdzielą siły…
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

śr paź 07, 2009 4:51 pm

Scatty

Szedł przed siebie. Nie zatrzymały go krzyki jednego z więźniów, którzy zostali przy powozie. Nie wierzył w to, że ktokolwiek za pomocą kępki jego włosów będzie mógł zrobić mu krzywdę. Nie wierzył w to, bo nigdy czegoś takiego nie doświadczył, nikt mu o tym nie opowiedział i nawet by mu to do głowy nie przyszło. On, człowiek nie wierzący w bogów, twardo stąpający po ziemi baczący na ciosy przeciwników, a nie łaski bóstw i ich klątwy. Nagle cały jego światopogląd obrócił się do góry nogami. Wszystkie teorie, w które nie wierzył i z nich kpił mogły nabrać znaczenia. Oto bowiem upadł na kolana, w dziwacznym stanie umysłu. Czuł się tak, jak gdyby duch opuścił ciało i powędrował daleko po za ziemie Frambergu, Bissel, Greyhawku... Gdy otwarł oczy złapał się ręką za pierś, by sprawdzić czy jego serce wciąż bije, czy może wizja jakiej dostąpił była następstwem śmierci. Żył. O dziwo. Początkowo myślał, że to efekt dziwacznej mgły, która przecie raz doprowadziła go do utraty świadomości. Wizja, która dręczyła teraz jego rozsądek była jednak tak realna, niemal namacalna, że chyba chciał w nią uwierzyć.

Rzeczą oczywistą był fakt, że w Framerbergu czekała ich śmierć. Miał zamiar ominąć to miasto największym łukiem, jaki tylko byłby w stanie wykonać. Mężczyzna zmrużył oczy, gdy usłyszał oddaloną watahę gończych psów, towarzyszących osobistością zmierzającym w ich kierunku. Człowiek wejrzał przez ramię na kotłujących się więźniów. Byli wolni, jednak taki stan mógł się zmienić tak szybko, jak on potrafił wyprowadzić lewy prosty. –Jak najdalej od lochów przeklętego zamku...- jęknął pod nosem, po czym znów spojrzał na pozostałych. Wstał i prędko ruszył z powrotem w kierunku powozu. –Chodźcie za mną. Znam tę okolicę. Wiem, gdzie uciekać.- rzekł półszeptem, bardziej spokojnie niż powinien. Miał nadzieję, że nikt nie spyta, skąd zna okolice i co to za miejsce, o którym wspomniał. Nie lubił kłamać, a opowiedzenie o wizji, mogłoby utrudnić mu jego „zadanie”. Scatty wejrzał w stronę, z której dobiegało ujadanie psów. –Nie ma czasu, chodźcie.- dodał, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku, który obrał jego umysł, pod wpływem niesamowitego doświadczenia, które spłynęło na niego przed kilkoma chwilami...
 
Awatar użytkownika
Uriel
Grafik
Grafik
Posty: 403
Rejestracja: sob mar 24, 2007 6:03 pm

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

śr paź 07, 2009 10:03 pm

Malaika

Podskoczyła parę razy, obryzgując błotem tych stojących najbliżej niej. Patrzyła się w niebo, w krople spadającego zeń deszczu, który aż tak straszny jej nie był. Właściwie, nawet wolała takie deszczowe pogody, ale to głównie z takiego powodu, że w deszcz łatwiej było złapać jakąś powolną karawanę. Deszcz dawał schronienie, przynajmniej wówczas.

- A co mamy zrobić? - zapytała Marcusa, przyglądając się jak mężczyzna sięga po łopatę. Nie miała zamiaru kopać grobu dla inkwizytora, o nie nie. Najchętniej to zostawiłaby je tutaj, na pożywkę ptactwu.- No ja się na magii nie znam, co prawda znam jednego, co niby umi zrobić *fush* z ogniem, ale jakoś mnie to nie specjalnie się udawało. Poza tym, halo...?! Nie wiemy nawet gdzie oni są?

Wreszcie dało się słyszeć pogoń, prawdę mówiąc Malaika wytężała słuch od momentu gdy się obudziła, więc i to niezbyt ją zdziwiło, chociaż nie miała zamiaru stać tu i czekać. Na chwilę obecną dużo bardziej sensownym pomysłem było oddalić się stąd, jak najszybciej i jak najsprawniej, co proponował jeden ze współwięźniów.

- Prowadź. Ja nie znam tych rejonów tak dobrze. - odparła do mężczyzny w kapeluszu, zręcznie podrzucając w dłoni sztylet. Gdy złapała go po raz kolejny wreszcie opuściła dłoń i popatrzyła na przymusowych towarzyszy, których imion nawet nie znała. Narazie tak było bezpieczniej, ona również nie miała zamiaru, przynajmniej jako pierwsza, się im przedstawiać. Na razie nie miała jednak zbytnio wyboru, czy chciała iść z nimi czy nie, wiedziała, że w pojedynkę marne ma szanse wyjść z tego cało, czy w ogóle z tego "wyjść", więc chcąc nie chcąc musiała współpracować z obcym. Dziwne było to dla niej uczucie, nawykła bowiem do życia i przemieszczania się w grupie dobrze jej znanej, bo nawet jak czasem pojawiał się ktoś nowy, to wokół siebie nadal miała prawie tuzin, nazwijmy to, przyjaznych twarzy. Bycie, niemal po raz pierwszy w życiu tak naprawdę w pojedynkę, bez ojca i grupy, czuła się jak zaszczute zwierze, choć starała się tego nie okazywać i bynajmniej widać tego nie było.

- No? Chadcie, póki jeszcze deszcz leje, a i w lesie trudniej będzie im nas wywęszyć.
 
cortez90
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 14
Rejestracja: śr wrz 09, 2009 5:21 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

czw paź 08, 2009 10:18 pm

Hared

Mężczyzna stał jak wryty w ziemię, wizja, która przed paroma sekundami nawiedziła jego umysł zdawała się mu tak realna, tak łatwo można by uwierzyć, a jednak cień wątpliwości pozostał. Dlaczego ten, przez którego on i jego podwładni tyle wycierpieli posyła doń swego posłańca.~Czy mogę jej zaufać? Czy powinienem postąpić zgodnie z wskazówkami tej istoty?, a może to pułapka, może niezwyciężony chce zwabić mnie i resztę w swoje sidła.~

Hared nie wiedział jak ma postąpić, z jednej strony obawy, co stanie się, gdy wizja okaże się pułapką? Z drugiej zaś w oddali dało się słyszeć co raz ro głośniejsze odgłosy pogoni. Psy zwęszył trop, nie było wiele czasu, trzeba było działać szybko. Był tylko jeden, znaczący problem. Mężczyzna w ogóle nie orientował się w tych terenach. Miał okazję tylko raz przejeżdżać tędy w drodze na zachód by walczyć z dzikimi plemionami. Wtem usłyszał jak jeden z współtowarzyszy niedoli mówi, jakoby znał te tereny. Hared nie wiedział czy może mu zaufać, ale zważywszy na sytuacje w jakiej się znalazł nie miał innego wyboru.

-Myślę, że powinniśmy się udać razem z nim. Wskazał na mężczyznę z krótkimi, czerniawymi włosami-Nie wiem jak wy, ale ja nie znam tutejszej okolicy, może dobrze by było poruszać się z kimś, kto je zna? A i przy okazji nazywam się Hared. A ty zostaw już te ciał, nie ma na to czasu, wiem, pozostawienie ich, niezależnie kim byli bez pochówku nie nie godzi się z moim charakterem, ale naprawdę nie ma na to teraz czasu.

Było mu obojętne co odpowie wysoki mężczyzna, musieli działać szybko, nie było chwili do stracenia, pogoń z Frambergu była już bardzo blisko. Rycerz cały czas nie mógł zrozumieć, dlaczego to właśnie on został wybrany. On, znany z gardzenia ludźmi Świętego Oficjum.
 
Awatar użytkownika
WitchDoctor
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 773
Rejestracja: śr gru 19, 2007 5:25 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

czw paź 08, 2009 11:02 pm

Szczekanie psów i huczące zawodzenie rogów poniosło się echem po leśnych ostępach, dźwięk długo brzmiał wśród drzew, unosząc się aż po same korony, wciąż narastając swą bliskością. Po chwili dało się też słyszeć tętent kopyt, wielu koni. Milo dojrzał obławę pierwszy, zatopiony w rozmyślaniach, które tylko dla niego zdawały się mieć jakiś głębszy sens, zorientował się, że migające, daleko między drzewami, cienie to coś więcej, niż wytwory jego chorego umysłu. Czy było to możliwe, że pościg dosiągł ich tak szybko? Dla niziołka owszem, wszystko zgadzało się, układało w jedną, bardzo logiczną, całość.
- Idą na nas! - rzekł szybko, podniesionym tonem, a tętent kopyt tylko dodawał powagi całej sytuacji. Nie było czasu na rozmyślania, dyskusje, szukanie wspólnego stanowiska, czy choćby zamienienie kilku słów. W jednej chwili do przymusowych towarzyszy niedoli, będących niedawno więźniami Inkwizycji, a teraz cieszących się ulotną wolnością, dotarło, że oto nadchodzi kres ich radości. Charty zwęszyły trop i rzuciły się pędem za tropem. Trzeba było walczyć, o swą wolność, o życie i resztki godności, które pozostały po upokarzających torturach w Pomórskim Inkwizytorium.

Scatty nie czekając na reakcję swych towarzyszy, wierząc, że wybiorą dobrze i posiadając zaufanie w mocach, o których istnieniu nie miał jeszcze przed kilkoma minutami żadnego pojęcia, ruszył przed siebie, w myślach widząc miejsce, do którego powinien dotrzeć, które miało nieść im spokój i schronienie. Biegiem. Nie krzyczał, nie poganiał, w myślach swych pozostawała mu obietnica, obietnica, która droższa dlań była niby wszelkie skarby tego świata, która mogła sprawić, że znów byłby szczęśliwy, chociaż przez krótką chwilę. Pędził na złamanie karku, poznając, jak gdyby za pomocą szóstego zmysłu, którego wszak nie posiadał, każde drzewo, gałąź, czy krzak na swej drodze, jak gdyby wczoraj był tutaj i dokładnie badał trasę. Wreszcie w oddali zaczęła majaczyć mu kryjówka, miejsce, w którym obiecano mu schronienie.

Była to nora w ziemi, skryta między krzakami, osłonięta od wiatru i wzroku niepożądanych obficie rosnącymi dokoła paprociami. Każdy by przeszedł obok tego obojętnie, lecz on wiedział, że to właśnie tutaj ma się udać. Hared pędził zaraz za Scattym, będąc, podobnie jak i on, przekonany, że to jest właśnie to, co winien uczynić. Wpełzli doń szybko, nie bacząc na ostre kolce, wżynające im się głęboko ciało, nie bacząc na brud i błoto, które okleiło ich ciała, włosy, oblepiając ich brunatną mazią. Wierzyli, a wraz z nimi ci, którzy byli gotów im zaufać, że to jest ich wybawienie. Ratunek przed pogonią, która wręcz nadeptywała im na pięty.

Malcolm z drugiej strony, miał w głowie cokolwiek inny pomysł, który, ku jego zadowoleniu, Scatty zaczął realizować wręcz idealnie. Wypluł wykałaczkę i gdzieś, tak naprawdę, mając resztę swych przymusowych towarzyszy, ruszył pędem, kierując się do strumienia, wierząc, że uda mu się zgubić pogoń. W końcu znane mu były podania, że pies, nawet szkolony, nie złapie tropu przez wodę. Tu szukał swego ocalenia, mając pomoc w mocach, które na pewno nie był szlachetne, acz jakże uczynne… Za drobne przysługi. Biegł więc. I nie obchodziło go, czy ktoś ruszył wraz z nim, liczyło się wszak jego własne życie, droższe niż cokolwiek w tym jakże pięknym świecie…

***

Ambroży z Tumbergu pogonił konia, gdy ujrzał, że jego myśliwskie charty podejmują trop. Miał nadzieję, że to lis, jego kochana małżonka zażyczyła sobie futro z lisa, a on już drugi dzień spędził na polowaniu i ani na ślad tego szlachetnego zwierzęcia się nie natknął. Wiedział, że z powrotem nie co wracać, zwłaszcza, że to ona, na całym majątku łapę trzymała.

- Dalej, galopem! - jechali, aż dotarli do opustoszałego furgonu. To był już zły znak, a to cóż ujrzeli potem, wyraźnie świadczyło, że wpadli po same uszy w gówno. Znak Świętej Inkwizycji, wymalowany na boku powozu był wyraźnym świadectwem problemów.

- Do diabła… Eustachy, jedz szybko do wioski, Oficjum zawiadom, jaka tragedia się stała. My z resztą ruszym za nimi, w pogoń! Taka nasza dola! - zakrzyknął i trzepnął konia ostrogami. Nie musiał dodawać, że gdyby tego nie zrobili, a nie daj boże, ktoś by sypnął, to sami by trafili do takiego furgonu… Chwycił za broń i pogonił czwórkę jeźdźców, w których dłoniach naraz zalśniły miecze, a i ich postura wyraźnie świadczyła, że nie w ciemię bici byli i niejeden bój stoczyli.

- Puśćcie psy tropem. Widzę, że zwęszyły naszych gagatków! Jazda!

***

Malcolm i każdy, który mu zawierzył, pędzili na złamanie karku, a jak na złość strumienia nigdzie nie było widać. Szlag, powtarzał sobie w myślach, a mógł być tak blisko. Nagle wyrósł przed nimi niewielki jar, z ułamanym drzewem, biegnącym ponad zagłębieniem.

Szybko doszło do nich, że jeśli gdzieś miał być strumień, to właśnie w tej okolicy, nie bacząc na odgłosy pogoni, które narastały z każdą chwilą, rzucili się przed siebie, zbiegając po pochyłym, nie licząc się już z niczym, poza chęcią ucieczki. Za późno. Tętent kopyt był zbyt blisko, nie mieli czasu, nie mieli już niczego, poza ostatkami sił, by stawić opór tym, którzy rzucili się za nimi w pogoń…
Nagle ujrzeli sylwetki jeźdźców, przystające na skraju jaru, w którym, zawierzając siłom nadnaturalnym, się skryli. Byli w potrzasku.

- Jakem Ambroży z Tumbergu! Wasal Barona Jana Drwala, żądam abyście poddali się i złożyli swą broń! Oraz udali się wraz ze mną! Nie macie szans, Święte Oficjum zostało już zawiadomione! Nie stawiajcie oporu!

***

Scatty i Hared bali się drgnąć, nie wybrali drogi wiele różnej od tej, którą podążył Malcolm. Słyszeli wszystko, krzyki Ambrożego i złorzeczenie tych, którzy wybrali inaczej. Ukryci pośród błota i paproci, jeszcze raz zastanawiali się nad tym wszystkim, czy wybrali dobrze? Dla nich na pewno…

Jednak nie mogli odrzucić wrażenia, że coś jest nie tak. Pamiętali słowa kultysty, który obiecywał im śmierć, w ramach rytuału. Nie wiedzieli już co jest prawdą. Skoro tamci zadali sobie tyle trudu, by odbić swego towarzysza z transportu Inkwizycji i zabrać część ich „życia”, dlaczego nie mieliby, mieć mocy… By zabrać im całą resztę.

.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pt paź 09, 2009 12:06 am

Scatty

Biegł ile sił w nogach. Choć nie szło mu to tak gładko jak by chciał. Jego dotychczasowa praca polegała na staniu w drzwiach i łamaniu nosów natrętnych gości szynku, którzy zaczepiali bezbronne kelnerki. Potrafił zabić człowieka, wbijając mu kość nosową w mózg, jednak biegacz był z niego przynajmniej marny. Było jednak wiele racji w opowieściach jego znajomych, którzy to uciekając przed miejską strażą, a to zdradzanymi mężami, którzy odkryli romans swych żon. Adrenalina potrafiła zmusić uciekiniera do niewyobrażalnych wysiłków. Takich jak ten teraz. Jak wielkie było jego zdziwienie, gdy faktycznie dostrzegł niewielką jaskinię, o której istnieniu miał świadomość, a nigdy wcześniej jej nie widział. Przedarłszy się przez gęste krzewy, chronione ostrymi cierniami, Scatty znalazł się w środku. Czuł niesamowitą ulgę, dziwną lekkość duszy, która na chama chciała wycisnąć na pobliźnioną twarz młodzieńca, promienisty uśmiech. Oznakę pewności siebie i dobrze podjętej decyzji.

Oparł się o wilgotną ścianę jaskini. Jego nierówny, oddech przemienił się w sapanie, które jednak prędko opanował w obawie przed odkryciem. Nagle usłyszał, jak pościg dorwał kogoś z grupy. Co dziwniejsze nie byli to ludzie z inkwizycji. To jednak nie polepszało sytuacji schwytanych. Scatty’iemu wciąż kołatały się po głowie myśli, dotyczące niesamowitej wizji. Czuł, że jeśli nic teraz nie zrobią tamci skonają w męczarni w lochach inkwizycji. Nie chciał do tego dopuścić. Nie miał pojęcia dlaczego. Jego wzrok pokierował się w dół. Na ziemi leżał owalny kamień. Za młodu był świetnym strzelcem. Radził sobie zarówno z procą jak i ciskaniem gołą ręką. Mężczyzna pochylił się, złapał kamień i powoli i cicho wyszedł z ukrytej jamy. Scatty wychylił się zza gęstych krzaków i dostrzegł waćpana na rumaku, dzierżącego mistrzowskie ostrze, w towarzystwie kilku drabów. W jego umyśle toczyła się straszliwa batalia. Cisnąć kamieniem czy nie? Trafi czy nie? Jak trafi to co się stanie.

Mężczyzna zamknął oczy i zacisnął zęby. –Psia krew…- syknął pod nosem, zaś bluzg był nieprzypadkowy. Wykidajło zacisnął dłoń, wziął zamach i rzucił. Modlił się jak nigdy dotąd by tym razem coś mu się porządnie udało. I udało mu się. Kamień trafił w łeb wierzchowca lorda Ambrożego. Zadbany koń zarżał przeraźliwie, stanął na tylnych łapach, jakby dostrzegł watahę wilków i zrzucając z grzbietu swego właściciela wyrwał się do przodu. Trafienie było bezbłędne, a co najważniejsze pomocnicy waćpana mogli nie zauważyć pocisku i to dawało szansę zarówno Malcolmowi, jak i Scatty’iemu…
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pt paź 09, 2009 12:34 am

Skunka

Gdy Skunka przeszukiwał furgon, znalazł jakieś szmaty, które wykorzystał jako dodatkowe odzienie oraz sklecił z nich coś na kształt torby. Dwa sporych rozmiarów noże spokojnie mogły mu służyć jako krótkie miecze, wziął też nieduży zwój liny i dwie małe siekiery, którymi z powodzeniem mógł rzucać. Tak wyposażony ruszył rozejrzeć się po okolicy.

Po krótkim rekonesansie Skunka wrócił w miejsce zasadzki. Nic ciekawego, wokół rozciągał się gęsty las. Teren był górzysty wiec niewiele mógł dostrzec. Na miejscu odkrył jedynie, że zasadzkę urządziło pięciu kultystów, a następnie odjechało w stronę Flamberga.

Gdy pozostali więźniowie na odgłos nadciągających psów wpadli w panikę i zaczęli uciekać. Skunka, nie widząc specjalnego wyjścia, pobiegł za nimi, bez trudu dotrzymując kroku najszybszemu z biegaczy. Gdy pogoń zbliżała się, nie namyślał się długo , tylko błyskawicznie wspiął się na drzewo i skrył wśród gałęzi. Dobył dwóch noży i czekał. Reszta towarzyszy znikła mu z oczu. Wtem w dole dostrzegł nadciągających jeźdźców. Psy pognały do przodu za wyraźniejszym tropem. Nagle koń pod lordem spłoszył się, zrzucając wielmoże na ziemię. Skunka nie mógł oczekiwać lepszego momentu. Niczym pantera skoczył z drzewa na plecy oszołomionego mężczyzny z zamiarem przeszycia jego szyi zdobycznymi nożami. Szanse ucieczki z miejsca zbrodni upatrywał w natchnionym biegu w przeciwnym kierunku niż poszły psy i w swej niesamowitej zdolności maskowania.
 
Heretyk
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 5036
Rejestracja: pn mar 28, 2005 12:23 pm

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pt paź 09, 2009 4:37 pm

Malcolm Metzger
Pościg przybył o wiele za szybko i jak się okazało był to jeden wielki, gówniany przypadek i niefart. Zaszyty wraz z kilkoma uciekinierami w krzakach na dnie jaru Malcolm zastanawiał się co dalej. Opcje miał w zasadzie dwie, pierwsza od razu odrzucił. Zresztą w mig przestała być aktualna, gdy któryś skoczył na szlachcica. Zakląwszy pod nosem, Malcolm ściął dwoma szybkimi ruchami dwa drzewka. Żadne nie było grubsze niż na dwa kciuki. Złożył je tak by korona liście były po każdej stronie tym samym kryjąc zaostrzony koniec. W jednej ręce niosąc swą ”broń” w drugiej trzymał miecz ruszył w górę zbocza.
Na spotkanie skoczył mu jeden z psów, Metzger smagnął drzewkami po psim pysku i korzystając z ułamków sekundy jego dezorientacji pchnął w gardło mieczem. Pies zaskowyczał, jednak Malcolm nie miał nawet chwili by upewnić się o celności ciosu. Przyboczny Ambrożego wydobył miecz i już odwracał konia by natrzeć na zbiega. Jedyne co pozostało Malcolmowi to zasłonić się drzewkiem i liczyć, że rycerz zrobi to co każdy by zrobił na jego miejscu. Zetnie drzewko. Nie wiedząc, że tylko niewielkiego ruchu będzie wymagało nadzianie go na drugi zaostrzony kij…
 
Awatar użytkownika
Yester
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 99
Rejestracja: sob maja 02, 2009 10:49 pm

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

sob paź 10, 2009 12:57 pm

Milo
Milo spojrzał w dal, a w jego oczach zakwitł strach - nie wiedział kto go ściga, nie wiedział skąd jadą, ciężko mu też było określić jaka dokładnie odległość ich dzieli. ~kto by to nie był, to z pewnością nie wygląda na zagubionego czy niepewnego - oni wyraźnie mają jakiś cel, po tym co tutaj usłyszałem, domniemywać można, że my jesteśmy ich celem, a nawet jeśli to nie prawda, to i tak najlepiej chyba będzie unikać konfrontacji w tym odciętym od przyczyn układzie. ~ Idą na nas! - rzucił niziołek w eter, w rzeczywistości nie wiedząc, czy są to oni prawdziwym celem dostrzeżonych osobników, ale chcąc wzbudzić zainteresowanie i skierować uwagę towarzyszy na konie wyłaniające się z za horyzontu w taki sposób, ażeby móc obserwować ich reakcje. A przede wszystkim reakcję Marcusa.

Gdy ów ruszył za Malcolmem w stronę jaru, Milo ruszył za nimi, choć ledwo udawało mu się za nimi nadążyć. Gdy zbiegli w dół, a Malcolm wdał się w walkę, Milo naciągnął bełt na kuszę i zaczął mierzyć, choć nie wiedział nawet kim jest ten, w kierunku którego skierował bełt. ~Lepiej by było tego uniknąć~ układała się prosta myśl w głowie niziołka, jednak sytuacja nagle stała się znacznie gorsza i Milo zmuszony był do zareagowania, gdy na Malcolma ruszył rycerz na koniu. Stwierdziwszy, że rycerze nie wyglądają na takich, którzy zadawali by pytania przed zaszlachtowaniem (zwłaszcza w sytuacji gdzie doszło już do rozlewu krwi), wypuścił bełt w stronę nacierającego na Malcolma rycerza, mając nadzieję, że uda mu się go wyłączyć z walki, ale nie zabić. ~dobrze by też było gdyby koń uszedł z tego z życiem, jeśli tak jak mówił rycerz "Święte oficjum" - cokolwiek by to nie było nas ściga, to może być przydatny w ucieczce~. Cięciwa kuszy naciągnięta już naprawdę mocno, została wreszcie odbezpieczona i bełt ruszył w stronę rycerza przybocznego, Milo celował wysoko, po czym postarał się znaleźć bezpieczne zagłębienie terenu, w którym ciężko było by go dosięgnąć z konia by naciągnąć na kuszę kolejny bełt.
Ostatnio zmieniony sob paź 10, 2009 1:00 pm przez Yester, łącznie zmieniany 2 razy.
Powód:
 
cortez90
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 14
Rejestracja: śr wrz 09, 2009 5:21 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

sob paź 10, 2009 8:37 pm

Hared

Sytuacja, w której znaleźli się uciekinierzy była zła, żeby nie powiedzieć beznadziejna, aczkolwiek istniał cień szansy. Mężczyzna zauważył, jak jeden z uczestników pogoni spada z konia, był to lord Ambroży. Hared nawet z daleka poznał tego osobnika, szlachcic był bowiem częstym gościem na ucztach wydawanych przez świętej pamięci Tigderna, ojca Hareda. Rycerz widząc nadarzającą się okazję, chciał jak najszybciej udać się w kierunku lorda Ambrożego, jednak jak się okazało plany te pokrzyżował jeden z skazańców. Sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz lepsza. Falswernowi nie pozostało nic innego jak tylko dobyć miecza znalezionego przy woźnicy i skierować swe kroki w kierunku reszty przeciwników. Na początku przyszło mu walczyć z jednym z psów gończych, jednak walka nie trwała zbyt długo. Jednym, potężnym uderzeniem miecza Hared odrąbał psu głowę. Był to początek walki, teraz przyjdzie się mu zmierzyć z rycerzami na koniach. Sam miecz nie wystarczy na pokonanie takiego przeciwnika. Niezbędna do tego celu była włócznia, która najlepiej nadawała się do walki z konnicą, jednak takowej Hared nie posiadał. Przygotowanie odpowiedniego narzędzia trwało by zbyt długo, dodatkowo nie miał czym ściąć odpowiedniej grubości drzewa. Nie pozostało mu nic innego jak poszukać dostatecznie długiej i o odpowiedniej grubości gałęzi nadającej się na włócznie. Być może był to zbieg okoliczności, może działanie sił nadprzyrodzonych. Parę kroków od miejsca, gdzie rycerz stoczył pierwszą walkę leżało ułamane drzewko, było wprost idealne. Dwoma szybkimi cięciami zaostrzył jeden z końców drzewka. Teraz nie pozostało mu nic innego jak przygotować się na morderczą walkę z jeźdźcami.
~Niezwyciężony, jeżeli taka jest twoja wola, dopomóż swemu pokornemu słudze w pokonaniu swych przeciwników~
 
Bielon
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2193
Rejestracja: czw maja 06, 2004 11:28 am

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

ndz paź 11, 2009 11:04 pm

Gęsty, bukowy las dawno nie widział takiej jatki. Jatki, która by wybuchła z taką gwałtownością i pochłonęła tyle istnień. Tak nagle i tak nieodwracalnie. Bo też rozcięte mieczami łby czy wyprute wnętrzności nie były czymś, co pozwoliło by mieć nadzieję na cudowne modlitwą ocalenie. O ile był ktoś na tyle wierzący by na to tracić czas. Ci, których wychowało Bissel, albo co gorsza Niland, na takie głupoty nie tracili czasu. Było to poświęcenie zbędne. Życie rządziło się tam bardzo prostymi prawami, których prawidła powtarzały już dzieciaki w slumsach. Zabijesz, albo zostaniesz zabity. Prawo natury.

Pierwszy jego surowy powiew poczuł gnający na końcu, potężny Trodgrim, krasnolud, który tak brutalnie potraktował zabitych przy powozie. Nie spodziewał się, że tak szybko dopadną go psy, biegł ostatni w kierunku jaru, ale słysząc dudnienie ciężkich końskich kopyt zwrócił się ku nim. Stara krasnoludzka tradycja nie pozwalała mu oddać życia podając przeciwnikowi tyły a pewnym już było, że zbawiennego strumienia nie dojdzie w porę. Cień skaczącego mu do gardła psa zauważył w ostatniej chwili. Zdążył zasłonić się ramieniem, ale już więcej nie. Potężne szczęki zwarły się na jego ramieniu szarpiąc go w dół w chwili, kiedy dwa inne psy skoczyły mu na pierś. Krasnolud do ułomków nie należał. Zakręcił się w miejscu czując jak wyrzucany tym ruchem pies rozrywa kłami jego ramię, ale nie stęknął nawet. Ogromny kułak spadł na czaszkę drugiego psa w chwili, kiedy ten pierwszy uderzył w drzewo i zaskomlał straszliwie i przejmująco. Co mu się stało krasnolud nie widział. Ujrzał wielki, czarny cień i nim zdał sobie sprawę, że to pierś jadącego wierzchowca uderzony nią runął koniowi pod kopyta. Pierwszy przesadził go w chwili, kiedy on wciąż szamotał się z psem, ale już drugi, celowo powodowany wprawną dłonią jeźdźca wylądował na jego piersi kopytami. Coś w krasnoludzie trzasnęło i naraz ogarnęła go ciemność. Nie widział już dalszych losów pogoni, która niebawem przybrała znacznie bardziej dramatyczny obrót.

Malaika dopadała już jaru. Biegła starając się cały czas widzieć Marcusa i Malcolma. W tej dwójce pokładała jakieś swoje własne plany wydostania się z bagna w jakie cisnął ich los. Jeden sprawiał wrażenie znającego życie i mającego na nie swoje sposoby, drugi imponował spokojem i czymś ulotnym, jakąś taką czystością. Obaj zaś byli przed nią. Kilkoro z uciekinierów rozbiegło się na boki, w las a ona sama słyszała jak psy dopadły z tyłu kogoś, najpewniej krasnoluda. Jar jednak już był blisko a kompani skryli się już za jego przegięciem i ona…

… ciśnięta myśliwska włócznia weszła głęboko w plecy dziewczyny, pomiędzy jej łopatki wychodząc poniżej mostka. Pobiegła jeszcze kilka kroków nie słysząc już narastającego dudnienia. Upadając na ziemię była nawet zaskoczona, bo wciąż chciała i mogła biec! Skonała, nim dane jej było usłyszeć głos puszącego się z konia szlachetki. Ambrożego z Tumbergu.

Ten ostatni też nie spodziewał się, że jego pęd za uciekającymi zbiegami, który miał zaowocować wspaniałą opowieścią o łowach i być może nawet przychylniejszym wejrzeniem jego cholerycznej małżonki, w chwili kiedy spodziewał się ich poddania i błagania o życie, zostanie nagle zburzony w planach. I to przez jego własnego, ukochanego Bufesola! Koń, który służył mu tyle razy w polowaniach, nie rycerski ciężki wierzchowiec, ale pełnej krwi nilandzki wierzchowy skoczył nagle dziko i wściekle wyrzucając w powietrze zaskoczonego Lorda tak, że huknął on o ziemię tuż obok oszalałego wierzchowca. Który zresztą od razu skoczył w przód starając się przesadzić jar, co zresztą możliwym nie było.

- Czarna magia! – krzyknął któryś z przybocznych, chyba Jan Ryba, ale Lord Ambroży nie był tego pewien. Powoli dochodził do siebie łapiąc dech i już miał żądać podania wierzchowca, gdy nagle z nieba spadł nań cień. Tyle jedynie, że zdążył schwytać straszliwe, ostre skrzydła morderczego nietoperza o dziwnie, diabelsko ludzkich kształtach, kiedy nagle poczuł dziwne ciepło na szyi. O dziwo ramię napastnika, które jeszcze chwilę temu trzymał wyswobodziło się a uzbrojone w nóż ugodziło go w szyję. Tego wiedzieć nie mógł. Nie mógł również zrozumieć nagłej słabości, która sprawiła, iż zmącił mu się w oczach obraz. Nie mógł również już słyszeć krzyków przerażenia swoich ludzi, którzy ujrzeli Lorda Ambrożego sikającego krwią z rozpłatanej szyi, na którego piersi siedział napastnik, który zjawił się znikąd. Dwóch z czterech przybocznych od razu skoczyło doń wydając i psom rozkaz – Brać go! Muff, Hurr, Borr bierz! – Psy skoczyły natychmiast. Tyle, że i Skunka skoczył. A był w tym naprawdę szybki…

Malcolm nie zwrócił uwagi na psa, którego powalił ciosem ściętego drzewka. Usłyszał skowyt, ale to już było za nim. On miał przed sobą pochyłość jaru i Lorda Ambrożego, który był w zasięgu, kiedy nagle tamtemu skoczył koń a Malcolm złowił tylko cień, który wyrżnął tegoż konia w łeb. Jednak Lorda już szans dojść nie miał. Był za to jego przyboczny, który wbił ostrogi w bok konia i zmusił go do drobienia po pochyłości, w dół, na spotkanie z uzbrojonym w miecz napastnikiem. Gdzieś z tyłu, za Malcolmem, rozległ się szczęk zwalnianego mechanizmu kuszy. Bełt wystrzelony przez Niziołka pomknął błyskawicznie i wbił się wystrzelony z tak bliska wprost w udo zbrojnego. Ten zaskowyczał wściekle, nieludzko wręcz wysokim falsetem, jak baba. Malcolm nie czekał aż koń, który nagle stanął dęba, upadnie. Przemknął pod jego brzuchem i uderzył z całej siły w drugie udo wyjącego mężczyzny. Cios zadany z całym skrętem w nieosłoniętą część ciała wszedł głęboko, po kość, która chrupnęła pod mieczem. Wycie przeszło w niemożliwe, wyższe jeszcze tony. Malcolm zbroczony posoką przybocznego nie zważał na protesty tamtego. Schwycił go za miotającą się bezradnie już lewą rękę, po czym ściągnął go bez litości z konia, pod kopyta jego własnego wierzchowca. Skoczył na konia od razu zajmując miejsce jeźdźca w siodle. Teraz mógł walczyć…

Hared ujrzał jak naraz Lord Ambroży pada a ten kto go dobił wbijając bez cienia litości noże w gardziel leżącego Lorda staje oko w oko z dwójką jeźdźców i trójką szkolonych na niedźwiedzia, dzika i inną zwierzynę psów. Nie miał on szans żadnych, ale ta chwila zwrócenia nań uwagi dała Haredowi czas na ścięcie małego buka. Jeszcze żeby dane mu było go naostrzyć, to już żaden jeździec…

… cios uderzył go w łopatki i posłał w paprocie. Zerwał się od razu i tylko dzięki temu, że ściął buka przeżył. Koń już spadał nań po raz drugi powodowany pewną ręką jeźdźca. Hared nie miał wiele czasu. Tyle, że uniósł w górę ścięte drzewko i naraz… pierś wierzchowca nadziała się na zatknięte o ziemię drzewo a te wygięło się i pękło. Resztka korony wciąż sterczała z piersi oszalałego z bólu konia. Jego jeździec wyskoczył z siodła rzucając się prosto na swą niedoszłą ofiarę. – Zabiję cię skurwysynie!

Hared miał w tej materii zdanie polemiczne. Wolał nie. Ściął się ze swoim przeciwnikiem krzyknąwszy jednocześnie – Po moim trupie! – To tamtego na chwilę zatkało. Musiał być bystry. Na pewno dość bystry by zrozumieć, że ta chwila zadumy nad absurdem zdania kosztowała go życie. Miecz Hareda wszedł mu w podbrzusze jak w masło i z brzydkim mlaśnięciem rozorał go do mostka. Wyszarpując oręż z rany Hared widział gasnący wzrok zdziwionego tym wszystkim mężczyzny. Jego palce wciąż próbowały złapać i powpychać wylewające się z rany wnętrzności, ale była to desperacka, skazana na porażkę próba. Umarł, choć wciąż nie zdawał sobie z tego sprawy.

Skunka był bardzo szybki, ale wszak i w Bissel znane było powiedzenie „I rycar dupa jak wrogów kupa”. Skoczył pod nogi wierzchowca jednego z nacierających przybocznych pragnąc przemknąć pomiędzy nimi, ale wówczas właśnie poczuł na nodze kły któregoś z ogarów. Szarpnął się i zawinął w miejscu przeskakując pod wierzchowcem nie zważając na ból. Coś świsnęło mu koło ucha, najpewniej miecz jeźdźca, ale on nie miał czasu zważać na to. Wyrwał się psu, ale dwa inne były już o włos. I naraz rozległ się skowyt. Jednego z nich. A pies minął Skunkę lecąc z dziwnie naderwaną, krwawiącą łapą. Marcus zakręcił łopatą młynka i sparował cios miecza, którym uraczył go przyboczny. Uderzył trzonkiem od razu, prosto w chrapy konia a ten zakwiczał wściekle. Malcolm już nadjeżdżał a Hared zachodził przybocznych z drugiej strony. Psy rzuciły się ku Skunce, ale ten był znów w swoim żywiole, kiedy nie miał nad sobą jeźdźców. Zszedł z ich linii ataku w niezwykle płynnym uniku i ciął płasko, wzdłuż ich brzuchów. Skowyt rozbłysł i zgasł. Skunka zwrócił się ku ostatniemu psu, który nie zważając na nic skoczył mu na pierś. Czasu na unik było za mało. Kły zwierzęcia wbiły się mu w ramię, którym na szczęście osłonił szyję, ale zwierze miało siłę wołu. Skunka wiedział, że jego zaletą siła nie jest. Chart szkolony do łowów był odeń znacznie silniejszy. Ale też Skunka nie miał zamiaru tanio żywota sprzedać. On poza siłą miał swą zręczność. I nóż. Ten zaś od razu, pomimo przygniatającego go psiska, wbił w bok psa i nie zważając na ból miażdżonego w uścisku ramienia wbijał raz po raz. Aż pies puścił go w końcu skowycząc i skamląc w żalu za uchodzącym przez rany życiem…

Marcus skoczył pierwszy, zaskakując jeźdźca, który nie spodziewał się ataku człeka z … łopatą. Krawędź narzędzia uderzyła go w bok zrzucając z siodła, siła ciosu musiała być wielka. Próbował się jeszcze podnieść, ale dopadli go Hared i Malcolm. Zaatakowany z dwóch stron został rozniesiony w jednej chwili. W kilku zaledwie złożeniach mieczem. Cała trójka, Malcolm, Marcus i Hared spojrzeli na osamotnionego, ostatniego przybocznego Lorda Ambrożego. Z jaru zaś wyłonił się uzbrojony w kuszę Niziołek. Powstał Skunka a z krzaków wyłonił się Scatty. Wszyscy spojrzeli na przybocznego a ten zrozumiał wszystko w jednej chwili.

- Poddaję się! To była pomyłka. Nie zabijecie przecie bezbronnego… - przyboczny cisnął od siebie miecz tak, jakby trzymał prawicę trędowatego. Błagalnym wzrokiem spoglądał od przeciwnika do przeciwnika. I jak oszalały zwierz szukał ocalenia…


.
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

ndz paź 11, 2009 11:45 pm

[Skunka]

Skunka lekko kulejąc ruszył w stronę poddającego się przybocznego, jednak podczas drogi, gdy był już całkiem blisko niego lekko odbił za drzewo niknąc na chwilę jeńcu z oczu i ten już więcej go nie zobaczył. Zresztą nie wiele więcej zobaczył w ogóle, gdyż dwie siekiery ciśnięte z dość bliskiej odległości przez wyskakującego Skunka za pobliskich krzaków, wbiły się mężczyźnie w czerep, druzgocząc czaszkę i wbijając się głęboko w jego mózg. Gdy ten padał martwy na ziemię Skunka rzucił
- Nie jesteś już bezbronny – i zaśmiał się pustym złowrogim śmiechem. Poczym podszedł i po chwili walki odzyskał swoje siekiery, spojrzał po pozostałych byłych jeńcach, wyglądających na lekko zszokowanych.
- Po pierwsze nie potrzebni nam jeńcy, po drugie sam zrobiłby to samo, a w zasadzie coś dużo gorszego bo wydał nas w ręce inkwizycji. Teraz jak już uporaliśmy się z tą niby pogonią – tu Skunka szyderczo się uśmiechnął, a przynajmniej starał, co mu wyszło było widać – ruszajmy za kultystami, ja tam wiele zniosę, ale posłusznym zombi zostać mi się nie uśmiecha…

Następnie ruszył szabrować trupy z co cenniejszych rzeczy, licząc przy okazji na uzupełnienie swojej kolekcji broni. Gdy już z tym niewdzięcznym zadaniem uporał, zajał się swymi ranami. Opatrzył co był w stanie. Zresztą kolejne szramy do kolekcji nie robiły już na nim żadnego wrażenia.
Ostatnio zmieniony ndz paź 11, 2009 11:48 pm przez Burko, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Yester
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 99
Rejestracja: sob maja 02, 2009 10:49 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pn paź 12, 2009 11:57 am

Milo
Niziołek wystrzeliwszy swój bełt spojrzał w kierunku ofiary tegoż upewniając się, że nie chybił. Trafił dobrze - nie w konia i nie śmiertelnie - to dawało mu jakąś przewagę.
Choć nie był w stanie uratować rozszarpywanego gdzieś w oddali krasnoluda, był zadowolony ze swego małego sukcesu - więcej strzałów nie oddał, choć po przeładowaniu kuszy dokładnie obserwował całą walkę w poszukiwaniu miejsca gdzie interwencja bełtu mogła by okazać się niezbędna. Jednak nie było takich miejsc, jego kompani radzili sobie doskonale z 'wrogiem' a końcówka bełtu tylko wodziła od jednego do rycerza do drugiego odprowadzając ich aż do śmierci. Milo zdawał sobie sprawę, że każdy strzał wiąże się z ryzykiem chybienia realnego celu, a trafienia kogoś, kto w rzeczywistości jest jego 'kompanem' - jakiegokolwiek znaczenia nie miało to słowo w danej chwili.
Dodatkowo humor poprawiła niziołkowi krótka wymiana zdań Hareda z jego oponentem, uśmiech zagościł na twarzy Mila a z jego ust wydobył się lekki chichot. Zdawał sobie sprawę z trudności sytuacji w jakiej się znalazł jednak nie był w stanie walczyć z niziołczą naturą, która nakazywała mu wyłapać każdy dowcip i ironię w promieniu mili i cieszyć się z tego jak dziecko - a może to właśnie ta natura pozwalała mu przetrwać najczarniejsze chwile - sam nie wiedział, ale wiedział na pewno, że to nie jest w tej chwili jego największe zmartwienie.

Gdy bitwa miała się już ku końcowi a ostatni z rycerzy jął błagać o litość niziołek spokojnie opuścił kuszę i całkowicie wyszedł z jaru. Nagłe uderzenie siekiery w czaszkę jeńca sprawiło, że niziołek podskoczył nim jeszcze na dobre zaczął rozmyślać - szybkim ruchem podniósł kuszę i odruchowo wystrzelił w stronę Sanuki. W ostatniej chwili poderwał jednak kuszę ku górze i bełt wzleciał wysoko nad korony drzew by spaść wkrótce spory kawał dalej poddając się nieustępliwej sile grawitacji. Niziołek przełknął ślinę, jedno oko zwrócił ku swojej kuszy, którą zaczął bez większego pośpiechu przeładowywać a drugim obserwował reakcję niedoszłego celu. Nie żywił płonnych nadziei, że Sanuka nie zauważył tego wystrzału, wiedział jednak dobrze, że nie potrzebuje dodatkowych wrogów i miał nadzieję, że pozostali będą myśleli podobnie.
- Leś mnie wystraszył - ostrzegaj zanim narobisz takiego rabanu - rzucił niziołek w stronę człeków chichocząc pod nosem - miał nadzieję, że to wystarczy by uspokoić ich na tyle, by doszli do zgodnego z prawdą zresztą wniosku, że ten wystrzał był tylko niefortunnym przypadkiem.
Mimo dużego zaangażowania w dalszą obserwację otaczającego go świata, niziołek dał się w końcu dogonić swoim własnym myślom i zaczął rozmyślać nad swym położeniem.
~ Teraz jedno jest nieomal pewne, narobiliśmy sobie wrogów, jeśli oni już wcześniej nimi nie byli na co wskazywała by ich reakcja na nas - choć z drugiej strony - kto nie goni uciekającej zwierzyny... Nie mogę wrócić na trakt działać samotnie, bo zdawać by się mogło teraz, że tylko ja jestem wyalienowany z chaotycznego dla mnie świata, którzy w rzeczywistości może być skrajnie uporządkowaną, misterną, choć niezbyt stabilną konstrukcją. Nie mam pojęcia jak rozkładają się tutaj siły, ale pewność słów teraz już nieboszków rycerzy, była na tyle duża, iż mogę domniemywać że albo unieśli się przerośniętą ambicją, albo działali jak skrajni głupcy, albo co najbardziej prawdopodobne działali pod kuratelą jednej z silniejszych frakcji tego układu. Tak jak pierwsze dwa powody były by całkiem znośne tak ostatni jest dość niepokojący a co gorsza naprawdę prawdopodobny, choć z drugiej strony brak jakichkolwiek skrupułów ze strony moich towarzyszy wskazywał by, iż bardziej realne jest to, że siła którą miał na myśli rycerz nie jest zbyt wielka, ale jego chora ambicja pchnęła go do tego działania, tak niefortunnego dla niego i zapewne dla nas też w skutkach.
Niezależnie od tego, czy to ambicja i pycha czy realna siła, mamy do czynienia ze swoistą frakcją, nie wiem co zawiniłem jej wcześniej, bo po tym co zobaczyłem słuszniejszym jest założenie, że coś jednak im zrobiłem, wiem mniej więcej co jestem im winien po tym starciu. Nie wiem jednak czy jestem po stronie prawa czy chaosu, i czy "dobra" czy "zła", i będzie mi to cholernie ciężko ustalić, póki nie dojdzie do kolejnych konfrontacji - a ich mogę być nieomal pewien.
Muszę jeszcze zrewidować swoje założenia dotyczące startu układu przyczyna skutek, w którym się znalazłem. Choć z mojego punktu widzenia czysto wyizolowanego to założenie zdaje się być logicznie poprawne i można go w dalszym ciągu wykorzystywać do przeprowadzania czysto logicznych wywodów bazując na zasadach tworzenia i rozwiązywania problemów i zdań logicznych, to jednocześnie muszę mieć świadomość iż istnieje spore prawdopodobieństwo iż moje osoba, choć nie koniecznie obdarowana tą samą świadomością prowadzącą ją do takich a nie innych wniosków ze względu na całkowity brak wiedzy mogła istnieć już wcześniej, a brak jakichkolwiek wspomnień wynikać może z bardzo wielu czynników. Stąd warto we wczesnym wnioskowaniu niskiego poziomu mieć na względzie ewentualne zaburzenia logiczności mojego inercyjnego układu, wynikające z faktu, że pomimo iż ja nie poznaję tego szerszego układu, to jednak inne osoby, czy organizację mogą we mnie rozpoznać element tego ciągu - to znacząco utrudnia rozumowanie i dość mocno ogranicza potwierdzalność moich przewidywań, ale jednocześnie daje szansę na uniknięcie pewnych kłopotów, których mógłby by się zdarzyć, gdybym swej logice nie wziął pod uwagę tych zaburzeń mojego inercyjnego układu wynikających z jego realnej nieinercyjności.
Z tego wywodu jasno wynika, że muszę pozostać przy jedynej sile znanej mi w tej chwili w tym układzie, która ma jakiekolwiek przebicie i w jawny sposób nie próbuje mnie unicestwić - zgadzam się z nimi czy nie ~
- niziołek spojrzał na rycerza-jeńca z rozgruchotaną czaszką - ~przynajmniej póki co nie widzę dla siebie alternatywy, która pozwalała by mi pojąć moją pozorną imponderabilię wynikającą zapewne z wycięcia części mojego układu odniesienia i wyinercjalizowaniu mnie z szerszej całości - tak, pozostanie z nimi to jedyne co mi jest teraz względnie słuszne z mojego punktu widzenia, choć biorąc pod uwagę owe zaburzenia muszę wziąć pod uwagę sporą stopę niesprawdzalności i zachować daleko idącą ostrożność. Bez względu na to co mnie przy nich spotka, póki co nie bardzo mam wybór - muszę z nimi pozostać - tym bardziej, że zdają się oni zmierzać do rozwiązania drugiej niepokojącej mnie rzeczy - problemu z "kultystami" - to powinno także zadziałać na moją korzyść~
Rozwiązawszy w swym umyśle zawiłą szaradę niziołek uznał, że póki co dalsze rozmyślania nie doprowadzą go zapewne prędko do sensownych wniosków i począł zajmować się czystą materią przeglądając ciała poległych w poszukiwaniu bełtów i jakiegoś ostrego sztyletu, czy krótkiego miecza.
Ostatnio zmieniony pn paź 12, 2009 5:07 pm przez Yester, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Heretyk
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 5036
Rejestracja: pn mar 28, 2005 12:23 pm

wt paź 13, 2009 10:39 am

Malcolm Metzger
O dziwo walka skończyła się lepiej niż można było przypuszczać. Metzger wytarł miecz i schował go do pochwy i rzekł do Skunka:
- Pośpieszyłeś się. Mogliśmy go przepytać czy więcej ludzi sir Ambroży po lasach nie puścił. Bieżcie, co się da – rzucił do reszty sam dobierając się do sakw zdobycznego konia. Żarcie. Dobrze, nie będą musieli polować. Trzeba odejść najdalej jak się da od miejsca walki i zgubić pościg.

Gdy wszyscy byli gotowi do drogi Malcolm wskoczył na zdobycznego konia i skierował go w kierunku, gdzie powinien być strumień. Koni było prawie akurat, prawie. Niziołek mógł praktycznie jechać z każdym nie dodając zbytniego ciężaru dla konia.
- Ruszajmy. Nie mamy czasu do stracenia. Jeśli dopadną nas siepacze oficjum nie wykpimy się tak łatwo.

Klucząc między drzewami ominęli w końcu jar i ruszyli przez las. Po kilkudziesięciu metrach do uszu Metzgera dotarł szum wody rozpryskującej się na kamieniach. Strumień. Tak niewiele im brakowało. Wprowadził konia w środek koryta strumienia, woda w najgłębszym miejscu nie sięgała wierzchowcowi nawet brzucha. Teraz trzeba było tylko znaleźć jakąś kamienista łachę by ślady nie zdradziły gdzie opuszczą strumień. Psy powinny mieć trudny orzech do zgryzienia, ich zapach wymieszał się z zapachem świty polującego szlachcica. A to dawało nadzieje na to, że rozmyty przez deszcz trop umknie psim nosom…
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 13, 2009 11:53 am

Scatty

Jak widać jego rzut kamieniem wywołał odpowiednią reakcję swych kompanów. Poradzili sobie z ludźmi lordowskiego ścierwa, które chciało pomóc inkwizycji w schwytaniu byłych więźniów. Scatty pojawił się na widoku. Zszedł z niewielkiego pagórka i ogarnął prędko wzrokiem pozostałości po całym tym zamieszaniu. Jego wzrok skupił się na skowyczącym po cichu harcie, którego potężna rana, była prawie śmiertelna. Zwierz męczył się. Na myśl przyszło mu co by zrobił, gdyby to leżała jego wierna Diego. Wykidajło pochylił się na czworonogiem, złapał mocno za łeb i przetrącił energicznym ruchem rąk kark psa, szczędząc mu ostatecznej porcji bólu i cierpień. Mężczyzna wziął głęboki wdech. Mieli kilka wolnych chwil, by ostatecznie się pozbierać, przygotować i ruszyć jak najdalej od tego miejsca, jak najdalej od traktu i jak najdalej od Frambergu. Był ciekaw jak długo inkwizycja postanowi ścigać morderców i bluźnierców. Nie miał zamiaru przejmować się tym do momentu, jak nie usłyszy tętentu koni i ujadania kolejnej watahy psów pościgowych. Scatty kiwnął głową. –Przede wszystkim za strumień. Co dalej, ustalimy, jak będziemy mieli pewność, że psy nas nie wytropią.- rzekł do reszty…
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 13, 2009 12:32 pm

[Skunka]

Podczas szabrowania zwłok, Skunce przyszedł do głowy pewien, pomysł, a nóż da się go wykorzystać w praktyce. Każdemu z trupów, uciał kosmyk włosów, i staranie związując poupychał je po zakątkach swego odzienia. Gdy zoapatrzył się we wszystko co cenniejsze i niezbędne do dalszej drogi, czekał na decyzje reszty byłych jeńców. Jednak na jedyne na co się doczekał to oddalenie się dwójki z nich w głąb lasu bez słowa wyjaśnień. "Nie no tak to nie będziemy pogrywac" - przeszło mu przez myśl. Postanowił jednak dać mi jeszcze szanse i zakrzyknął za nimi.
- Chcecie tak uciekać do końca życia. Z opewnością macie spore szanse, bo potrwa ono najwyżej jeszcze kilka dni. Zanim ten szaleniec zrobi użytek z waszych włosów. No ale wasza wola.
Poczym spojrzął na pozostałych.
- Ty Marcus, chiałeś iść odzyskać kosmyk, jak dobrze zrozumiałem? Jeszcze ktoś się z nami wybiera? Nie ma co mitrężyć czasu. Mieliśmy pecha, że natkneliśmy się na tego durnia, przy odrobinie szczęścia uda nam sie oddalić zanim ktoś więcej się zorientuje co się stało. Framberg jest przeszło dzień drogi stąd. Niedługo będzie zmierzchało. Ruszjamy więc - i Skunka z towarzyszami, którzy woleli nie stać się zombiakami za życia ruszył w stronę powozu a potem skrajem lasu za tropem szaleńca z włosami.

Gdy dotarł do miejsca gdzie zaatakowano wóz, odszukal tropy grupy lorda i sprawdził czy czasami ktoś sie od niej nie odłaczył, a jeżeli tak to, w którym kierunku sie udał. Skuna cały czas pozostawał w ukryciu i wysilał wszystkie swoje zmysły by za wczasu ostrzegły go o nadciągającym niebezpieczeństwie.
Ostatnio zmieniony wt paź 13, 2009 1:36 pm przez Burko, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Yester
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 99
Rejestracja: sob maja 02, 2009 10:49 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 13, 2009 6:50 pm

Milo
Niziołek spojrzał za formującymi się grupami szykującymi się do drogi w dwie przeciwstawne sobie drogi. Nie wiedział dokąd wiedzie każda z nich, ale domyślał się, co zamierzała uczynić każda z drużyn.
~Ucieczka przed pogonią wydaje się być dość rozsądna, tym bardziej jeśli faktycznie to "oficjum" jest aż zdesperowane by gonić nas wszędzie gdzie się udamy - a tak by wynikało z ich słów. Nawet jeśli to nie jest typowa desperacja a próba okazania siły, mocy i nieuchronności pewnych działań, to ucieczka zdaje się mieć sens. Z drugiej jednak strony są te włosy~ - niziołek przeczesał delikatnie swoją czuprynę wsłuchując się we własne myśli ~Jedno i drugie jest zaiste interesujące, ale i jedna i druga decyzja może się okazać dosyć niebezpieczna. Przyjmując jednak, że są to zagrożenia o równym stopniu - a niestety nie sposób mi w tej chwili określić zaawansowania zagrożenia ze względu na moje położenie, to podążanie za tą "plugawą magią" zdaje się być sensowniejsze, bo walczymy o jedno jednocześnie nie przekreślając sobie szansy na drugie. W końcu może droga do tych kosmyków włosów stać się także drogą ucieczki przed oficjum. Zresztą, jak sam stwierdziłem - kolejne spotkanie z nimi jest raczej kwestią czasu i warto być wtedy w towarzystwie dobrze rozeznanych~
Nie myśląc długo ani w sposób złożony nazbyt (jak na siebie), niziołek podszedł do grupy formującej się przy Marcusie i Skunce, po raz kolejny subtelnym gestem wskazując mu swoje poparcie i chęć podążania za nim.
~całkiem chytre~ pomyślał niziołek przyglądając się spoglądając na zbierającego kosmyki włosów Skunkę ~A swoją drogą to całkiem zabawne, będziemy goniącymi i gonionymi zarazem, ciekawe jak to się zakończy~
Niziołek uśmiechnął się wesoło, bo choć nadal niewiele wiedział o miejscu, które go otaczało, to dał się ponieść fali a jego własne założenia doprowadziły go wreszcie do mniej lub bardziej potwierdzalnych wniosków...
Ostatnio zmieniony wt paź 13, 2009 6:52 pm przez Yester, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
cortez90
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 14
Rejestracja: śr wrz 09, 2009 5:21 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 13, 2009 9:30 pm

Hared

To było piękne zwycięstwo, pomimo skrajnego wyczerpania fizycznego, spowodowanego przez tortury Świętego Oficjum rycerz był dumny ze swoich kompanów. Walczyli z poświeceniem, nawet Ci najmniejsi. Spoglądając ostatni raz na swojego wroga Haredowi przeszły przez myśl ostatnie słowa "Zabiję cię skurwysynie!". Rycerz miał szczęście, że trafił na tak nieodpowiedzialnego przeciwnika. Lekceważenie to podstawowy błąd jaki można popełnić w walce z wrogiem. Rozmyślanie nad pokonanym przerwał okropny ból z okolicy pleców. Hared jednak nie dał po sobie znać, tego co aktualnie przeżywał, jako rycerz nie jest mu dane okazywanie słabości.

Następnie wraz z jednym z towarzyszy dopadł jednego z sług Lorda Ambrożego. Walka nie trwała długo, parę cieć i było po krzyku. Po wygraniu kolejnego pojedynku oczy Hareda zwróciły się ku mężczyźnie. Był to szlachcic, leząc na ziemi prosił o litość. Majaczenie lorda zostało przerwane przez Sunkę, który zmiażdżył Ambrożemu czaszkę.

-Nie powiedziałbym że jestem zadowolony z twojego postępowania, jednak okoliczności w jakich się znajdujemy,stwierdzam, że nie było innego wyboru. Znałem tego osobnika, był częstym gościem na ucztach mego ojc, zapraszany tylko ze względu na jego powiązania z Świętym Oficjum.

Nie było wiele czasu, grupa nie była pewna, czy ci, których przed chwila zabili byli jedynymi znajdującymi się w tych lasach na polowaniu. Trzeba było szybko zabrać się za przeszukanie zwłok, zabranie tego co najpotrzebniejsze i udanie się z dala od tego miejsca oraz od Frambergu. Jednak pozostawała jeszcze niewyjaśniona sprawa tzw "kosmyków".

Po przeszukaniu ciał Hared zwrócił się do pozostałych towarzyszy słowami: -Ciągłe uciekanie nie ma sensu, trzeba wyjaśnić całą sytuację i tą sprawę z kosmykami włosów. Nie żebym był natrętny, ale to, że będziemy się chować przed Świętym Oficjum może nam za wiele nie dać. Widzę, że ty.. Kierując swój wzrok na jednego z towarzyszy...zgadzasz się ze mną, Tak więc przyłączam się do twojego pytania, jaka jest wola pozostałych?
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 13, 2009 10:50 pm

[Skunka]

Rzezimieszek przez chwilę spoglądał na Hareda, jakby chciał zrozumieć o co mogło chodzić mężczyźnie. Skunce zdało się, że ma on odrobinę nie po kolei w głowie i nie za bardzo wie co tutaj się dzieje. "Pewnie to szok po przeżyciu starcia i walki o życie. Nic tam przyzwyczai się."
- Nie wiem czy zauważyłeś, ale dwóch z naszej grupy właśnie znika w głębi lasu, a my w czwórkę, bo rozumiem, że idziesz z nami, idziemy tropem kultystów. Sprawa Świętego Oficjum może poczekać, ale nie bój nic dorwiemy drani i wyrównamy z nimi nasze rachunki.

Przy okazji wrócił pamięcią do skrócenia marnego żywota przybocznemu lorda. Na przyszłość zanotował w pamięci co by nigdy nie znajdować się na linii strzału kiedy niziołek trzyma nabitą kuszę. Choć z drugiej strony dobrze by było gdyby coś z tym zrobił, jego juz nie trafi przypadkiem, ale mógł zabić któregoś z tymczasowych towarzyszy.
- Dobrze, żeś nikogo z nas nie trafił - zwrócił się do niziołka - ale chyba musisz popracować nad swoimi nerwami. Jak znajdziemy chwilkę i będziesz oczywiście chętny, pokaże ci kilka sposobów. Ot akurat jesteśmy w lesie, dobrze się składa. Mrowisk tu po dostatkiem. Nic tak nie uczy panowania nad nerwami jak leżenie w mrowisku, sam wiem coś o tym - i wykrzywił usta w coś na kształt uśmiechu. Poczym klepnął małego w plecy i dodał. - Czas na nas, więc w drogę...

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość