Zrodzony z fantastyki

 
Awatar użytkownika
Yester
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 99
Rejestracja: sob maja 02, 2009 10:49 pm

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

wt paź 13, 2009 11:20 pm

Milo
Trącony w ramie niziołek spojrzał na już odwróconego Skunkę jak na totalnego głupca, jednak nie wypowiedział ani jednego słowa, nieco nawet uśmiechnął się na jego żart, ale najwyraźniej nie odpowiadał mu nagły cielesny kontakt z obcym człekiem - nie, to sprawiało, że czuł się najmniej niekomfortowo. Dość by powiedzieć, że niziołek po tym co widział mógł domniemywać, że kontakt fizyczny w tym miejscu sprowadza się do agresji, a tej wolał by uniknąć - nie była ona wskazana w zaistniałej sytuacji. Uwagę niziołka wkrótce pochłonęły jednak inne rozważania i zdawać by się mogło, że chwilowy dyskomfort powstały w wyniku lekkiego trącenia w plecy odszedł w niepamięć.
~Ciekawe, że ów człek nie zwrócił uwagi na fakt iż to on raczej bez większego rozmysłu rozłupał czaszkę innemu, chociaż drugiej strony - może jego działania miały jakiś ukryty sens, którego ja ze względu na istotę mojej egzystencji w tych wymiarach pojąć nie mogę.
Moja reakcja być może mogła zdać mu się zbyt nerwowa, gdyż jako żywo omal nie stracił życia, dość by rzec, że jedynie mój refleks zdołał go uratować przed bełtem wbitym między oczy. Ale dobrze się stało - wrogów mam zapewne aż nadto a w mojej sytuacji ich mnogość nie jest raczej wskazana. Wręcz odwrotnie. A moja reakcja, mogę próbować bardziej dogłębnie analizować zamierzane działania, bo to mogło by mi zapewnić podjęcie wtedy odpowiedniej decyzji - to chyba dobry pomysł - myślenie nie trwa aż tak długo. Ach... A tamta reakcja - cóż w tamtej sytuacji spodziewałem się raczej nagłego ataku wroga niż nagłego ataku przyjaciela - lub przynajmniej osobnika, którego muszę tak nazwać ze względu na sytuację - przecież przyjaciel mógł zabić jeńca bez nagłego natarcia, mógł to zrobić, szybko, bez litości - ale nie musiał tego robić nagle i z zaskoczenia - tak, myślę, że moja reakcja była jednak prawidłowa - bądź co bądź to on postąpił z mojego punktu widzenia irracjonalnie.~

Niziołek uśmiechnął się lekko, komfort jaki miał z doprowadzenia siebie do stanu przekonania o słuszności i logiczności z jego perspektywy danego zachowania był pokrzepiający - tym niemniej po chwili przypomniał sobie coś bardzo ważnego
~Lecz jednak muszę pamiętać o moim przyjętym z istnienia materii poza moim układem przyczynowo skutkowym i wynikającym wprost z przyjętych założeń o tym, iż mój ciąg przyczyn jest jedynie małym aspektem innego, ograniczonym bardziej niż by wynikało z jego specyfiki - muszę pamiętać o nieuniknionych nieomal z mojego punktu widzenia zakrzywieniach logiczności czasu i przestrzeni, które już teraz dają mi się we znaki - to pewnie jeden z ich symptomów. Tak, muszę pamiętać o sporej dozie niepewności, choć nie działając wcale, mogę zaszkodzić sobie jeszcze bardziej niż działając na podstawie pokrętnej logiki, która jednakowoż mija się z nieznaną mi logiką ogółu~
Niziołek rozumiał coraz więcej, a właściwie rozumiał coraz mniej z otaczającej go przestrzeni, jednak coraz bardziej zdawał sobie sprawę ze swej niewiedzy i czuł się coraz bardziej wyindywidualizowany. W końcu jednak uznał, iż ciągle brak mu wystarczającej pewności, by przyjąć jakiekolwiek mniemania za obowiązujące - pozostało mu tylko czekać na rozwój wypadków.
Nieco zdołowany, ale jednocześnie nie widzący innej możliwości działania, Milo ruszył za Skunką i grupą idącą na poszukiwanie tych kilku włosów...
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

śr paź 14, 2009 7:28 am

Scatty

Scatty był gotów do ucieczki. Chciał uciec. Był głupcem gdyż nie wierzył w to co nienamacalne i potępiał to czego nie rozumiał, a w tej sytuacji miał do czynienia z oboma aspektami problemu. Z jednej strony chciał uciec, stracić się, zaszyć gdzieś w niewielkiej wsi, pełniąc rolę społecznej komórki wpływającej na wszystkich mieszkańców. Z drugiej strony, jeśli skoczny Skunka miał rację i ich włosy mogą naprawdę przyczynić się do śmierci za życia, lub jakiegoś innego tragicznego końca. Mężczyzna pokręcił głową –Paranoja…- burknął pod nosem. Jego wzrok był wbity dłuższą chwilę w mech, skupiony na okrągłym kamieniu. –A wiesz jaki masz cel obrać? Wiesz dokąd się udać?- spytał człeka –Przypuśćmy, że będą w stanie wykorzystać nasze włosy do jakiś tajemniczych obrzędów. Ale wiesz czego szukać? Kogo, gdzie? Cokolwiek?- spytał. Cała sytuacja go przerastała. Miał wiele pytań, na które odpowiedzi chyba nie chciał znać…
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

śr paź 14, 2009 9:59 am

[Skunka]

O dziwo, krótkie słowa prawdy, podziałały otrzeźwiająco na jednego z chcących uciekać mężczyzn. Jendak zamiast zacząć w końcu działać, ten mial tylko wątpliwości i obawy. Zmęczony już tym wszystkim lekko Skunka rzucił pośpiesznie.
- Jeżeli nic nie zrobisz w tej kwestii to się nie dowiesz. Na pewno marudzenie czy ucieczka nie przybliżą cię do rozwiązania problemu. Tylko działanie. Improwizacja i adaptacja. Coś ty chłopie robił całe życie, zachowujesz się jak jakaś płaczliwa baba. Mamy trakt, mamt trop pięciu konnych. Plan jest prosty. Dzielimy się na dwie grupy i idziemy poboczem drogi, najlepiej w ukryciu, wypatrując czy trop konnych nie przecina naszej marszruty. Oczywiście co pewien czas sprawdzamy czy nadal można odnaleźć ich trop na trakcie. Niedługo zapadnie zmierzch, a nie sądze by podróżowali nocą, więc prawdopodobnie gdzieś zatrzymają się na nocleg. zważając na to kim są w jakimś ustronnym miejscu, a może mają tu w okolicy większe obozowisko. Przy odrobinie szczęścia - tu Skunka wykrzywił twarz jak jeszcze nigdy dotąd, jakby ostatnie słowo, nie chciało mu przejść przez gardło. Cóż, on sam nie wierzył w coś takiego jak szczęście, no ale jakąś nadzieje, trzeba było dać reszcie, - ich znajdziemy, a jeśli nie, cóż będziemy się tym martwić póżniej. Jeszcze jakieś biadolenia?
 
Bielon
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2193
Rejestracja: czw maja 06, 2004 11:28 am

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

śr paź 14, 2009 10:37 pm

Podział, który zaznaczył się już na początku, kiedy nagle zostali oswobodzeni, teraz stał się faktem. Potyczka zakończyła się sukcesem pełnym. Ambroży z Tumbergu nie zdążył jeszcze wystygnąć wraz ze swoimi, pociętymi bez cienia miłosierdzia kompanionami, kiedy szóstka wędrowców obrawszy swoich niedoszłych łowców z wszystkiego co mogło im przysłużyć na trakcie, już podzielona ruszyła w dwóch grupach w dwie różne strony. Malcolm, któremu udało się zapanować nad wierzchowcem jednego z przybocznych Lorda Ambrożego, ruszył w las samotnie, w kierunku na strumień a piątka pozostałych więźniów, Skunka, Milo, Hared, Scatty i Marcus ruszyli w kierunku rozbitego furgony Świętego Oficjum, ich niedawnego środka transportu. Nie obeszło się rzecz jasna bez prób znalezienia sposobu na to by wciąż podążać razem. By wspólnie wyjaśnić słowa uwolnionego z furgonu człowieka, który opowiadał o okultystycznych praktykach. Skunka wołał za Malcolmem, próbował przekonać jego i Scattiego. Na próżno. Scatty dał się przekonać, ale Malcolm ruszył w leśną gęstwinę, nie dbając o kompanów. Wkrótce podział stał się faktem. Uciekinierzy w dwóch grupach rozpoczęli swoją ucieczkę. Czas miał pokazać, którzy z nich wybrali właściwie.


***


Malcolm dosyć szybko odnalazł strumień. Płynął wartkim nurtem pośród leśnych mateczników zasilany od czasu do czasu wpływającymi doń ruczajami. Nie namyślając się długo wparł konia w płytki strumień i ruszył pod prąd. Tak psom trudniej było znaleźć trop, to wiedział. Podążał pod prąd strumienia dobre kilkanaście pacierzy. Lodowata woda dawała najwidoczniej w kość i wierzchowcowi, albowiem musiał coraz częściej go poganiać, zmuszać do podążania lodowatą wodą, która w tej późno jesiennej porze roku musiała być wyjątkowo zimna. Malcolm kilkukrotnie już chciał wyjechać korzystając z zasilających strumień strumyków, ale parł dalej. W końcu jego upór został nagrodzony. Wąski, niski jar odsłaniał uskok kamienisty, najlepsze miejsce do porzucenia strumienia. Wnet ruszył leśną gęstwiną nie zważając na zapadający coraz szybciej zmrok. Niebawem trafił na leśną ścieżynkę. Ledwie ślad szlaku, który jednak z czasem okazał się ścieżką. Zwolnił nieco, ruszył ostrożniej. Wkrótce koń przyspieszył, jakby coś zwęszył. Chwilę później do jego nozdrzy dotarł zapach rozlewający się po podniebieniu niczym miód. Chleb. Gdzieś blisko ktoś piekł chleb a zapach tego chleba rozlewał się po leśnej, powoli kąpiącej się coraz mocniej w wieczornym półmroku, kniei. Ruszył ostrożniej, ale i tak psy usłyszały i zwęszyły. Rozjazgotały się głośno. Malcolm zaklął podle. Skryte podejście diabli wzięli. Po dwóch pacierzach jego oczom ukazały się zbite ze sobą, wzniesione jedna koło drugiej chylące się ku sobie chaty. Kryte darnią dachy, niskie, najpewniej wkopane w ziemię ściany z bali i niedbale sklecone z byle jakich konarów płotki. Z kominów chat snuł się na okolicę gęsty, siwy dym. Kilka małych kundli ujadało na podworcu, przed chatami wtórując dwom większym, skundlonym straszliwie brytanom. Pośród których stało kilku kmiotków odzianych w kosmate futra, uzbrojonych w widły, wyglądających przybyszy, których nadejście obwieściły czworonogi.

- Wszelki duch Pana naszego chwali! – zakrzyknęli groźnie potrząsając widłami. Widać jednak było, że owa czwórka kmiotów wygląda na takich, którzy nie boją się byle czego i z nie jednego pieca chleb jedli, nie zawaha się bronić swego. I że „gości” postrzegają wyłącznie przez pryzmat dotychczas rabowanych im dóbr…


***

Skunka gadał. Dużo gadał. Hared jakby poddając się temu sam zaczął opowiadać, ale kiedy powiedział o tym, że znał zabitego przed chwilą Lorda i że ojciec jego zapraszał go do siebie na zamek ze względu na jego wyraźną służalczość względem Świętego Oficjum, i kiedy ujrzał wlepione weń ponure spojrzenie reszty kompanów, zamilkł. Później gadał już głównie Skunka. Wszyscy pozostali razem wzięci gadali dwa razy mniej niż on sam. Dziwny był jakiś. Ale też wszyscy widzieli dzikość jego ataku na Lorda Ambrożego. Nikt nie miał zamiaru mu przeszkadzać w gadaniu. Furgon odnaleźli od razu. Tylko, że plany poszukiwania jakichkolwiek tropów musieli sobie włożyć pomiędzy mrzonki. Wokół furgonu ziemia była zdeptana i tak obfita w ślady, że nie sposób było stwierdzić, czy z orszaku Lorda Ambrożego odłączył się ktokolwiek. Nie zniechęceni wcale ruszyli wyraźnym, wydeptanym w ubłoconej ziemi tropem odcisków końskich śladów. Na tyle licznych i świeżych, by mogły być tropem albo ludzi Ambrożego, ale dużo pewniej tych, którzy przyczynili się do uwolnienia jeńców z furgonu. Tyle, że był to szlak, którym do niedawna podążał furgon. Mimo to ruszyli. Wszak ci co ich uwolnili i przygotowywali się do jakiegoś rytuału, podążali w tę stronę. Gdzieś tam musieli odbić z traktu. Musieli.


Nie odbili. Traktem podążali wciąż, kiedy było już dobrze po zmroku. Z każdym pacierzem szli coraz bardziej milczący. Jednak ich myśli nieustannie krążyły wokół niedawnego badania ich przez Święte Oficjum. Oraz wokół dwójki kompanionów. „Czy wybrali lepiej?” Odpowiedź na to los wciąż pozostawiał zakrytą. Drwiąc z nich. Szli jednak nieustanni z każdym pacierzem, każdym krokiem zbliżając się do miejsca, gdzie miał być odprawiany rytuał. Tyle, że ci, którzy przed nimi uciekali, korzystali z koni. Na pewno jechali szybciej.


O tym, że zbliżają się do osady, większej osady, dowiedzieli się, kiedy usłyszeli ujadające wściekle psy. Niebawem też trakt, teraz już pogrążony w mroku i powoli muskany smugami mgieł, wyłonił się z leśnej gęstwiny na pola, które lekkim stokiem schodziły ku widocznym, otoczonym drewnianym częstokołem zabudowaniom. Nad nimi zaś górował kasztel stojący na niewielkim, sztucznym wzniesieniu. I zdobiąca go, kilkukondygnacyjna wieża, która niczym palec Boży sterczała wyprostowana ku niebu. Jak przypomnienie. „Ja tu jestem!”. Wokół częstokołu widać było kilkanaście domostw z których kominów, w niebo, mknęły smugi siwego dymu. Małe miasteczko położone na trakcie do Framberga, liczyć mogło i kilkaset dusz. Z czego większość mieszkającą w obrębie częstokołu, do którego wiodła brama, ku której zmierzał trakt. O dziwo, pomimo niezwykle późnej pory, wciąż otwarta. Gdzieś tam majaczyły sylwetki stojących na murach i w bramie straży. Gdzieniegdzie mignęły sylwetki mieszkańców osady. Osady, której nazwę szybko obwieścił milczący całą drogę Marcus.


- Wszyscy Święci. Ziemie Lorda Guretha z Melhorów spokrewnionych z baronem Reweree, Janem Drwalem. Dzień drogi do Frambergu. Podążanie dalej, to szaleństwo. – powiedziawszy to stanął z boku trakty i rozzuwszy spodnie zaczął szczać. Przy zrabowanym przybocznemu Ambrożemu mieczu wyglądał lepiej niż z łopatą. Hared zastanowił się i po chwili przyznać musiał, że i o Wszystkich Świętych; osadzie położonej dzień drogi od Framberga, którą władał właśnie ów Lord Gureth, jak i o samym lordzie to i owo słyszał. Między innymi i to, że żyjąc w cieniu Framberga, którego tu w pogodne dni było widać z wieży, Lord Gureth służbie Panu poświęcił swe życie. A w jego osadzie niemal na każdym skrzyżowaniu znaleźć można było kapliczkę poświęconą Niezwyciężonemu. Jeśli faktycznie ci, którzy ich uwolnili podążyli w tę stronę znaczyć to mogło jedynie tyle, że za nic sobie mają Niezwyciężonego i Święte Oficjum razem wziętych. O czym zresztą dobitnie świadczyły ich dotychczasowe czyny…




.
Ostatnio zmieniony śr paź 14, 2009 11:11 pm przez Bielon, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Heretyk
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 5036
Rejestracja: pn mar 28, 2005 12:23 pm

czw paź 15, 2009 10:24 am

Malcolm Metzger
Metzger obrzucił uważnym spojrzeniem przyszłych gospodarzy i odrzekł:
- I chwalił będzie po wsze czasy. Miło spotkać bogobojnych ludzi w środku lasu. – wjechał w krąg światła pochodni. Inkwizytorski płaszcz może i nie wyglądał imponująco jednak nie pozostawiał wątpliwości, co do tożsamości noszącego go. Kmiotkowie wzdrygnęli się lekko.
- W gościnie u lorda Ambrożego byłem i na polowanie, żeśmy się udali. Jednak rozdzieliliśmy się, gdy za jeleniem ruszyłem. Noclegu szukam. Rzecz jasna odwdzięczę się. A z pewnością dobre słowo ze strony skromnego sługi naszego pana – mówiąc to spojrzał w górę czyniąc znak miecza - pocieszy wasze dusze dobrzy ludzie. A jutro być może sir Ambroży zawita z gościna i z pewnością wynagrodzi mam okazaną dobroć.
Chłopi także pospiesznie uczynili znak miecza. Gdyby Malcolm był większym służbistą z pewnością zwróciłby uwagę, że dwóch z nich zrobiło to nie ta ręką, co trzeba. A że jak na inkwizytora był dosyć ludzki tedy machnął na to ręką.
- To choćta panie do izby, co tu po nocy stać będziemy. Konika tam do szopy dajcie, dach solidny to i mu krzywda się nie stanie.
Metzger zsiadł z konia i powiódł go do wskazanej szopy. Rzecz jasna, ani przez chwilę nie wierzył w dobre intencje kmiotków. Ale liczył, że powaga instytucji i znajomości z świętej pamięci panem tych ziem zapewni mu bezpieczny nocleg. Oporządził konia i zarzuciwszy sakwy na ramię odwrócił się do wyjścia.
- Po co tam mokniesz dobry człowieku, jeśli słowo chcesz zamienić zapraszam pod dach.
Odpowiedziało mu zdziwione sapniecie i mlaskając łapciami po błocie wszedł jeden z wieśniaków. Prosta sztuczka a robi wrażenie na wieśniakach, ale co poradzić. W zawodzie Malcolma wrażenie i pozory były równie ważne jak przejrzenie na wylot ludzkich zamiarów.
- No, z czym przychodzicie? – ponaglił Metzger.
- No… ten tego panie…
- Aha
– mruknął pod nosem Malcolm i rzekł – Bez obaw, naprawdę służbowo tu nie przyjechałem. Tedy nie martwcie się na zapas. No chyba, że wiecie o czymś godzącym w dobre imię pana naszego tedy mówcie śmiało.
- Niee… bo wiecie panie, ja tak tylko…
- No jak tak to chodźmy się trochę ogrzać w izbie. Prowadź.

Kmiotkowi najwyraźniej ulżyło i ruszył przodem. Reszta wieśniaków pochowała się po domach, choć co poniektórzy wyglądali zza uchylonych drzwi.

Izba była zagracona niemiłosiernie. Gospodarz kopniakiem zgonił drzemiącą na zydlu kurę i wskazał go Malcolmowi.
- Siednijcie se. Zaraz coś do jedzenia stara wam przygotuje.
- Dziękuję dobry człowieku. Pozwólcie i mnie się do wieczerzy przyczynić.
– wyjął z sakwy klika pasków suszonego mięsa. – Na sucho żeby połamać można, ale z pewnością da się coś na tym ugotować.
Przestawiwszy zydel tak by mieć na oku i gospodarzy i drzwi na oku Malcolm oddal się kontemplacji zapachów. Cały dzień w drodze więc i zgłodniał solidnie.
 
Awatar użytkownika
Yester
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 99
Rejestracja: sob maja 02, 2009 10:49 pm

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

czw paź 15, 2009 10:43 am

Milo

Niziołek przystanął przypatrując się osadzie w oddali, odkorkował bukłak z wodą, który wcześniej zabrali tym z którymi walczyli i pociągnął z niego spory łyk, bardzo intrygowało go podejście jego kompanów.~Ciekawe, że tacy rośli ludzie tak boją się jednej organizacji, wpływy wpływami - rozumiem, że niektórzy zdołali je posiąść i w chwili obecnej po gruntownym przeanalizowaniu zachowań kompanów dochodzę do wniosku, że ta organizacja posiadła naprawdę spore wpływy. Jednakowoż zastanawiającym dla mnie jest fakt, czy aby pewni są tego, że podążanie dalej jest szaleństwem. A nawet jeśli - czy przypadkiem w tym szaleństwie nie odnajdzie się metoda~ - Milo oderwał bukłak od ust i przyjrzał się towarzyszom - Cóż - pytanie brzmi tak naprawdę do jakiego stopnia nasi oponenci opanowali sztukę identyfikacji osobników. W sytuacji, w której znaleźliśmy się poprzednio, nie było trudno nas znaleźć i odróżnić od tłumu - bo tłumu nie było, ale w takim miasteczku - wszyscy wszystkich nie znają, a nawet obcy mogą się tu czasem pojawiać... Kupcy i takie tam, to możliwe - choć nie wiem jak sytuacja miewa się w tym układzie przestrzennym i w bieżącym czasie. Czy będzie nas łatwo rozpoznać? Może uda im się rozpoznać nas po zrabowanej broni, może po bukłakach - ale tego w imię ukrycia chyba można się pozbyć. Jeśli udało by nam się dostać do miasta... Kto by nas tam szukał - ci ludzie z którymi walczyliśmy wyglądali na pewnych siebie, co oznacza, że w tej wyodrębionej strukturze goniąca nas organizacja budzi prawdziwy respekt. Kto przy zdrowych zmysłach kryje się w mieście, które leży na trasie pogoni i to idąc pogoni w twarz a nie od niej odskakując - szalony pomysł i niestety nie jestem w stanie obeznać się jego w konsekwencjach, bo nie mam żadnych założeń i świadomości świata zewnętrznego, tym niemniej, może udało by mi się zasugerować to rozumowanie moim kompanom - jeśli nie są zbyt ograniczeni by je przyjąć. Mam jeno nadzieję, że nie będzie to pomysł o wysokiej stopie surrealizmu w tym świecie, bo może się wtedy okazać, że będę zmuszony do wyjaśnień - a tych zwyczajnie nie mam.
Niziołek kiwnął głową w stronę mieściny spoglądając - Nie udało by nam się tam skryć? Aż tak dobrze wiedzą jak wyglądamy? Schowajmy te broń, zbierzmy jakie zioła... - niziołek spojrzał w teatralny sposób na leśny podszyt - może przeczekamy przejście pogoni przez to miasto a i rozeznamy się po cichu gdzie poszli Ci, których my ścigamy.
Nie udało mu się przekazać lekkiej sugestii, dobrze wiedział, że ryzykuje naprawdę sporo rzucając taki pomysł, ale wiedział także, że ten moment musi prędzej czy później nastąpić.
Pociągnął znowu z bukłaka, udając, że na tym skupia swą uwagę a idea była jedynie luźną myślą rzuconą od niechcenia, jednak w rzeczywistości przypatrywał się najdrobniejszym zmianom, jakie zachodziły w mimice kompanów.
Ostatnio zmieniony czw paź 15, 2009 10:53 am przez Yester, łącznie zmieniany 2 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

czw paź 15, 2009 10:50 am

[Skunka]

Mały odrażający stworek, przez chwilę namyślał się w ciszy, poczym podzielił sie z resztą swymi genialnymi koncepcjami
- Pchać się do środka, to jak prosić się o porządnego guza. Trzeba nam będzie trzymać sie od miasteczka z daleka. Trzeba by inno dowiedzieć się czy nasi heretycy, wjechali do miasta i czy z niego wyjechali. Dobrze by było zakraść sie i wypytać jakiegoś wieśniaka, jeszcze ich kilku kręci się wokół domostw przy trakcie. To samo wypadałoby zrobić z drugiej strony miastaczka przy wylocie traktu. Ustalimi czy nasi wrogowie, zostali na noc w środku czy pojechali dalej. Z zakradnięciem się nie będzie problemu, tylko co potem, likwidować chłopa po przesłuchaniu czy nie?
Marcus słysząc słowa Skunki powoli skończył to co robił, po czym ruszył do chytrego człeka. Jego oblicze widoczne w słabej poświacie wschodzącego księżyca, do przyjemnych nie należało.

- Chybaś oczadział smrodku! Chesz ludzi ubijać, by dowiedzieć się czego? Cóż oni winni? Jako i my pod butem Kościoła żyją. Krzywdząc ich dasz dowód, żeś taki jak i ci, co nas więzili. I ukrzywdzisz tych ludzi. Nie pozwolę na to! - Marcus stanął przed Skunką, po czym zmierzył go z góry złym wzrokiem. - Tak jak nie podobało mi się to, cożeś uczynił z tym ostatnim człekiem Lorda Ambrożego. Ale tego co się stało, nie odstanie się. Teraz jednak już ci na to nie pozwolę. Do miasta by trza posłać którego z nas. Albo się przemknąć osobno. Myślę, że to akurat problemem by nie było. Uprzednio wypytawszy wieśniaków z podgrodzi. Grzecznie...

Skunka przez chwilę, mierzył Marcusa nieprzyjemnym spojrzeniem a jego myśli krążyły gdzieś pomiędzy, sztyletem, a szyją mężczyzny. Lecz po chwili przypomniał sobie co jeszcze nie tak dawno obiecał i już tylko spokojnie mu odparł.
- Smrodku to możesz mówic do swojego ojca, wybierdku jeden. Na razie nie chce nikogo mordować tylko staram się omówić i rozważyć wszystkie opcje. Nawet te ostateczne. Może dla ciebie nie, ale dla mnie najważniejsze jest moje i co za tym idzie wasze bezpieczeństwo. Więc musimy być gotowi na wszystko. No chyba, że od razu chcesz się oddać w ręce inkwizycji droga wolna. - Po czym Skunka jakoś tak dziwnie posmutniał i jakby zapadł się w sobie. - Winni mi są oni aż nazbyt wiele. Nawet gdybym wymordował całe to maisteczke, nie spłaci to ich winny. - Poczym już twardo spojrzał na Marcusa. - Jeżeli uważasz, że oni tacy święci to proszę bardzo idź, przyznaj się, że uciekłeś z konwoju inkwizycji i poproś o pomoc i schronienie, obaczymy jak ci dobrzy i niewinni ludkowie wpakują cię z powrotem w ramiona inkwizycji, a może zresztą nie. Może tobie nic nie grozi, bo coś mi się widzi, żeś ty coś za dobre serduszko, żeby zadrzeć z inkwizycją, może ty po prostu podstawiony jesteś. Cwana sztuczka, ale mi znana. Tak inkwizycja podstawiła swego człowieka, żeby z nas wydobył po dobroci i przyjaźni tego co na torturach by nie dali. Bo coś za chętny jesteś wleźć w paszczę lwa. Tak i jeszcze pojedyńczo mamy leźć a ty pewnie pierwszy i szepniesz słówko strażnikom i wyłapią tych którzy ci zbędni. Bo coś mi się widzi, że inkwizycja chętnie by się dowiedziala jakie tajemnice skrywa nasz szlachetka - tu Skunka wymownie spojrzał na Hareda. -Dziwne, że przez całą drogę nie rzekłeś dokąd zmierzamy mimo, że dobrze wiedziałeś gdzie dojdziemy. Teraz jeszcze głupka zgrywasz i udajesz, ze otwarta brama to nic niezwykłego o tak póżniej porze. Jak myślisz dobry wujaszku, na kogo oni jeszcze czekają. Na nasz pierdolony konwuj, a ty chesz im razem z nami sam się oddać w ich łapska. Idź biegnij, przecież wyglądasz jak każdy inni zwykły podróżny a nie jak zbiegły więzień w łachmanach z obitym ryłem. No ale dobra nie chesz zabijania, postaram się nikogo nie zabić, jeżeli tylko będzie inne wyjście. Teraz pozwolisz, że pójdę się rozjerzeć a wy tu siedźcie i niech głupie pomysły nie przychodzą wam do głowy. No chyba, że jszcze ktoś chce coś odkrywczego powiedzieć.
Ostatnio zmieniony czw paź 15, 2009 12:46 pm przez Burko, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pt paź 16, 2009 4:38 pm

Scatty

Słowa Skunki przekonały wykidajłę. Jego argumenty były wystarczające by zmienić tok rozumowania, zaś faktycznie podróż we dwójkę z Malcolmem może skończyć się dużo szybciej niż ucieczka w towarzystwie czwórki uciekinierów. Milczał. Chciał by samotny mąż nie opuszczał ich i nie próbował samotnie zbiec pogoni, jednak jeśli nie udało się to jego towarzyszom to jemu tym bardziej. Był niesympatyczny, mało charyzmatyczny, nie znał wielu słów i nie władał żadnym potężnym argumentem, który mógłby przekonać Malcolma. Zatem rozdzielili się. Scatty pokręcił głową zaciskając szczękę. Tym samym zapewnił sobie koniec marzeń o powrocie Diego. Choć z tym już się pogodził, gdy dostrzegł śmierć krasnoluda i kobiety, wszak nie uchronił kompanów od śmierci. Ruszyli. Krótko ścięty mężczyzna milczał, jak zwykle. Nie był wylewny, ale to i dobrze, bo nie narzekał na chłód, na deszcz i temu podobne przeciwności, które przeważnie uprzykrzają drogę podróżnikom. W końcu dotarli do miasteczka, leżącego na trakcie. Wykidajło nie wniósł nic do kłótni towarzyszy. Nie miał żadnych pomysłów, ani nic w tym stylu. Był przeciętnym fizycznym, który dużo lepiej od myślenia wali w ryj. Gdy Skunka oznajmił, że idzie na zwiad i Hered ma niczego nie próbować, Scatty wejrzał na tego pierwszego i delikatnie kiwnął mu głową, na znak że zadba o człeka. Przynajmniej tyle mógł zrobić.
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

sob paź 17, 2009 12:08 am

[Skunka]

Nie widząc zbyt natarczywych głosów sprzeciwu, Skunak ruszył na zwiad. Wystarczyło, że przeszedł kilka kroków i wszedł pomiędzy większe krzaki, a już zniknął towarzyszom z oczu, a wydawane przez niego do tej pory dźwięki stały się nie do odróżnienia od zwyczajnego nocnego tła. Skunka już wcześniej uważnie przypatrzył się domostwom przed miasteczkiem i wybrał najodpowiedniejsze do jego zadania. Po pierwsze było blisko drogi, po drugie jeszcze ktoś się po nim krzątał. Po trzecie był sam a po czwarte nie było tam ani jednego psa. Po piąte było w relatywnie sporej odległości od innych. Już po chwili dopadł celu i zaległ w cieniu, patrząc przez chwilę jak mężczyzna w kwiecie wieku krząta się po gospodarstwie. Tak jeszcze chwila a będzie się zbierał. Karzeł nie czekał już dłużej, ostrożnie rzucił trzy złote monety zrabowane lordowi, w miejsce, w którym chłop musiał je zauważyć i tak też się stało, w blasku księżyca były aż nazbyt widoczne. Chłop przystanął ze zdziwienia rozdziawił gębę, poczochrał lewą ręką czuprynę, poczym przykucnął by pozbierać monety. Na ten właśnie moment czekał Skunka. Jednym szybkim ruchem znalazł się za wieśniakiem, a jego nowy sztylet, jemy służący jako krótki miecz znalazł się na gardle mężczyzny.
- Tylko spokój pozwoli ci zachować życie i skarb, który znalazłeś. – Cicho wyszeptał prawie do ucha zamarłego ze strachu wieśniaka. Po chwili kontynuował – Grzecznie proszę powiedz kto przejeżdżał ostatnio drogą w stronę miasta, a kto z niego wyjeżdżał i ilu ich było. Tylko radze wysilić pamięć, a jak to zrobisz, to może wzbogacisz się jeszcze bardziej, a o mnie radze błyskawicznie zapomnieć bo jakem Marcus, wrócę tu i pochowam ciebie wraz z całą twoją rodziną. Na dokładkę rzeknij czemu brama rozwarta na oścież, co to za dziwne zwyczaje, hę? Jak odejdę, wracaj do chaty i siedź tam do rana, inaczej marny twój los. – Tak, na razie wszystko szło według planu, ale Skunka nie był głupi, wiedział, że wieśniakowi mogą przyjść różne dziwne rzeczy do głowy, więc cały czas był czujny i skupiony, a gdy chłop odpowie na jego pytania, Skunka miał zamiar go obdarować kolejnymi trzema monetami, a potem rozwiać się w mroku, by przyczaić się zaraz przy wyjściu z gospodarstwa, gdyby chłopa naszła ochota podzielić się z kimś informacjami o spotkaniem z nocnym przybyszem. Ot dawał mu jakieś pół godziny, gdyby jednak w tym czasie wieśniak nie wytrzymał z wrażenia, rozwiązanie było tylko jedno…

 
Bielon
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2193
Rejestracja: czw maja 06, 2004 11:28 am

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

sob paź 17, 2009 9:32 am

Malcolm Metzger:

Z tych kilku witających go kmiotków, których w pierwszej chwili zaniepokoiło jego przybycie, w izbie było ledwie trzech. I dwie baby. Malcolm zasiadł za ławą, na zydlu opuszczonym chwilowo przez kurę. Gdaczący zwierz, pełen żali, wlazł na jedną z krokwi pod sufitem dołączając do kilku jego pobratymców. Malcolm przestał poświęcać mu uwagę skupiwszy się na kmiotkach, którzy z czapkami futrzanymi w zgrabiałych, brudnych łapach stali pod ścianą, jakby bojąc się odezwać. Baby, którym przypadło w udziale przygotowanie strawy dla tak znamienitego gościa, warzyły w kociołku na wolnym ogniu. Kocioł kipiał a po izbie roznosił się zapach bulionu. Przyjemny zapach bulionu. Pasy suszonego mięsa zapewne dodały mu mocy. Malcolm bez słowa przyjął drewniany kubek pełen podejrzanie klarownego napoju o którego pochodzeniu zaświadczył bijący na milę zapach samogonu. Darowanemu koniowi w zęby się nie spogląda. Kmiotkowie nie pili. Stali przestępując z nogi na nogę. Malcolm zaś spokojnie lustrował izbę.

Chłopi mieszkali ciasno, wespół ze swoją trzodą. W kąciku była mała zagródka, gdzie stały trzy pochrząkujące warchlaki. Małe jeszcze. Jakby były większe zajęły by sporą część izby. Kury spały na krokwiach nad głowami kmiotków i miały całą drabinkę belek zbudowanych dla wejścia na ową konstrukcję. Koza przestępowała z nogi na nogę tuż obok wielkiego barłogu, który rozkładał się pomiędzy paleniskiem a zagrodą warchlaków. Wyłożone liśćmi, futrami i skórami było miejscem spania najmniej kilku osób. Dwie nędzne półki mieściły misy, sztućce i naczynia drewniane a pęki ziół schnące opodal paleniska odgradzały ławę i zydle ze ściętych pniaków od gorącego, otoczonego kamieniami paleniska. Dym był z gorącego żaru prosto w niebo uchodząc przez wąską szczelinę w dachu. Coś jęknęło w barłogu a kmiotkowie znów nerwowo przestąpili z nogi na nogę. Malcolm po którego ciele już przyjemnie rozchodził się żar okowity też zwrócił na to uwagę. Nie zdążył jednak zapytać, kmiotek który nań czekał odezwał się pierwszy.

- No… ten… Pan sam widzą. Prawdziwy… cud że was tu Pan … zesłał. – odchrząknął i zbliżył się nieco widząc błądzące od barłogu z którego wykopała się babska noga do niego spojrzenie Malcolma. – Bo tu trza … cudu. Baba nam umiera. Wiecie… w połogu… - chłopek powoli osunął się przed Malcolmem na kolana, po czym na siłę, jakby walcząc z samym sobą, nie zważając na wbite weń ponure spojrzenia pozostałych mieszkańców, wydyszał. – Błagam… ratujcie…

Malcolm usłyszał krzyk niewieści, którego tym razem nie stłumiły skóry i futra. Jedna z bab zaklęła wściekle i skoczyła do barłogu odsłaniając leżącą tam, zakopaną pospiesznie niewiastę. Pomimo półmroku Malcolm dostrzegł jej zakrwawione w okolicach łona giezło, mokre od odchodzących z krwią wód. Wzdęty brzuch nie był świadectwem niestrawności. Bab rodziła. Tyle, że na jej czole widniała wypalona, pięcioramienna gwiazda. Znak, że już kiedyś uszła Świętemu Oficjum z łap choć sądzono ją za czary. To najpewniej była przyczyna, dla której skryto ją przed jego wzrokiem…


***


Na skraju lasu:


Skunka zniknął w półmroku a jego kompani pozostali na skraju lasu schodząc jedynie ze środka drogi, by uniknąć ewentualnego, przypadkowego spotkania. Nie było po co kusić licha. Wnet strudzeni wędrówką zlegli na omszałych, zwalonych w wysokich paprociach pniach starych buków. Mogli odpocząć czekając na swego zwiadowcę. Obserwowali się czujnie, jakby wiedząc, że nie mogą sobie do końca zaufać. Marcus, którego słowa wywarły takie wrażenie na Skunce, siedział chwilę milczący. Jakby pochłonięty swoimi myślami. Jednak w końcu odezwał się cicho. I tak go słyszeli a odległe ujadanie psów nie miało prawa zagłuszyć jego słów.


- To zły i dziwny człek. Nie podoba mi się i wiem, że nic dobrego z tego co on zamierza, nie wyjdzie. Wasza wola jak postąpicie, mnie nic do tego. – wyraźnie mówił do wszystkich. Najwidoczniej brak reakcji na słowa Skunki odebrał jak przyzwolenie na jego przywództwo. I najwidoczniej nie podobało mu się to. – Jeśli skrzywdzi kogo jeszcze powstrzymam go. Z waszą pomocą, lub bez niej. Nie jestem ja zdrajcą, ale też nie jestem kanalią. Trochę racji ma nasz druh mówiąc, żem za prawy. Bo jestem prawy. W… poprzednim życiu byłem Paladynem. Służyłem Niezwyciężonemu i ścigałem tych, którzy wbrew prawom boskim występowali parając się czarną, podłą i okultystyczną magią. Alem widać zgrzeszył, skoro Pan mnie tak doświadcza. Ale zniosę to w pokorze. Jak wiecie Pismo każe nam modlić się do niego słowami „Każdy wyrok Twój przyjmę twardy, przed mocą Twoją się ukorzę.”. Jestem tylko sługą. Ale nie zdrajcą. Musimy się zastanowić co czynić. Ale mordowanie kogokolwiek nie będzie krokiem ku lepszej przyszłości. Nie da się na cudzej krzywdzie budować swego dobrobytu. Nie godzi się. – Marcus milcząc myślał chwilę, czekając na ich słowa. Milczeli. W myślach sprawdzali swą wiedzę o tych, których zwano „Paladynami Pana”. O bezwzględnych łowcach czarnej magii i demonów. Ludziach czystego serca, którzy jednak pozbawieni mieli być miłosierdzia i duszy. Gaszący wszelkie zło w oczyszczającym płomieniu ognia. Milczeli. Podjął więc dalej. – Bramy otwarte mają, bo są pod bokiem Frambergu. Pewni są, bo i strachać się czego nie mają. Większa żadna kupa by pod bokiem twierdzy Świętego Oficjum nie lazła. Mnie jednak martwi coś innego. Skoro ci, którzy nas uwolnili i skradli nam włosy by je w podły sposób wykorzystać, jechali w tę stronę, znaczy że bardzo być muszą pewni. Nie podoba mi się to…


Może i Marcus chciał dodać co jeszcze, może i chciał kontynuować swój monolog, ale od strony miasteczka dał się słyszeć jakiś rwetes. Wnet przypadli do skraju kniei wyglądając w kierunku bram miasta. Obawa, że to Skunka spowodował zamieszanie wnet znalazła ukojenie. Tyle, że na krótko. Bo choć to nie ich kompan najpewniej był przyczyną zamieszania, to jednak ich oczom ukazała się wyjeżdżająca właśnie przez rozwarte wrota miejskiej bramy kawalkada jeźdźców. Było ich może z dziesięciu, każdy dzierżący płonące łuczywo. Jechali powoli, nie spiesząc się. Prowadzeni przez jeźdźca, którego okrywał biały płaszcz sługi Świętego Oficjum…


***


Skunka:


Dotarcie na skraj podgrodzia i znalezienie domostwa, którego nie strzegł by rozszczekany burek zajęło Skunce chwilę. Mimo to miał szczęście. Psy co prawda ujadały wściekle, ale z dwóch podsłuchanych rozmów kmiotków zwiedział się, że w okolicy jest suka z cieczką. To tłumaczyło miejscowym wszystko i pozwalało żartować. Skunka uśmiechnął się do swego szczęścia. Wnet więc nie niepokojony przez kogokolwiek pokonał płotek i zagrodę jednego ze stojących na uboczy domów, z którego dobry był widok na trakt. Tam zoczył swą ofiarę i wnet udało mu się ją zwabić w zasadzkę. Później zaś wszystko poszło tak, jak sobie to zaplanował. Chłopina z nożem przy szyi zesztywniał i słuchał. O nic innego Skunce nie chodziło. Szybko wyjaśnił czego odeń oczekuje. Chłop lekko skinął głową, że rozumie, po czym szeptem, by nikogo nie przywołać aby i Skunce głupie myśli do łba nie strzeliły, zaczął odpowiadać na pytania swego nocnego gościa.


- Powiem wszystko, ino nie ubijaj. Mam dzieciaki i żonę chorą. Powiem wszystko. Ledwie przed wieczorem przyjechał tu jeździec ode Grabów… - kmiotek wskazał ręką na trakt, którym do miasteczka doszedł i Skunka. - … na tak spienionym wierzchowcu, że musiał się spieszyć straszliwie. A wcześniej jeszcze przyjechali rycary jakoweś, będzie ich kilku. I kupcy z wozami trzema. I pielgrzymi do Pańskiej Twierdzy co jadą. A od miasta tamój pojechało na Graby rankiem chyba z sześciu chłopa, pielgrzymów podejrzanych wielce, bo i elf był ponoć z nimi. Elf panie! I kupcy, co tu z Pańskiej Twierdzy wracali i nocowali. No i Maciej, co to w lesie mieszka i zioła zbiera. I to już chyba wszyscy. Nie zabijajcie…


Kmiotek żebrał o życie a Skunka ważył w dłoniach kolejne monety. Jednak obu przerwała poruta przy bramie, przez którą wyjeżdżało właśnie kilkunastu jeźdźców z pochodniami, prowadzonych przez męża w pancerzu krytym białym płaszczem sługi Świętego Oficjum. A Skunka wyczuł wręcz napięcie i wahanie chłopa…


.
 
cortez90
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 14
Rejestracja: śr wrz 09, 2009 5:21 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

sob paź 17, 2009 1:00 pm

Hared

A może popełnił błąd, może było mu dane powędrować razem z Malcolmem, przynajmniej nie musiał by słuchać ujadania Skunki. Czasami zdawało cię Haredowi, że ów człeczyna jest nieco upośledzony, niedorozwinięty po prostu głupi. No ale takie miało być przeznaczenie rycerza, wszak otrzymał zadanie od Niezwyciężonego, a sprzeciwianie się woli boskiej nie leżało w naturze honorowego rycerza. Tak o to musiał wysłuchiwać ujadania człeczyny, wiedząc, ze robi to dla większego dobra.

Pomysł Skunki o wybraniu się do miasta był na tyle głupi, że aż śmieszny. Nie przystoi rycerzowi taka myśl, a żeby człeczyny spotkało jakieś nieszczęście, chociaż w duchu Hared bardzo tego pragnął. Rycerz mógł tylko czekać, aż w mieścinie rozlegną się jakieś wrzaski. Chwila spokoju nie trwała długo, lecz o dziwo nie byłą spowodowana działaniem Skunki. Przez bramy miasta wyjeżdżali jeźdźcy. wszystko było by w porządku, gdyby nie fakt, iż kawalerzysta na czele nosił szaty Świętego Oficjum, co nie wróżyło nic dobrego.

-Nie wiem jak wy, ale ja nie mam zamiaru stać tak tutaj i czekać tych jeźdźców. Proponuję jak najszybciej udać się w ustronne miejsce i poczekać na przybycie tego dupka Skunki. Wszak nie pałam do nie go miłoscią, ale może nam sie jeszcze na coś ta człeczyna przydać.
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

ndz paź 18, 2009 12:59 am

Skunka

Karzeł widząc wahanie sie chłopa, wykrzywił się pod nosem, tego jednak chłop nie mógł widzieć. Za to z pewnością usłyszał głos Skunki.
- Jak myślisz, co się stanie gdy po wpadnięciu w ręce inkwizycji wyznam, żeś mój wspólnik i razem biliśmy pokłony przed bożkami, a ty mnie zdradziłeś bo poszło o pieniądze. Oj wezmą cię na tańce, na których wyśpiewasz, że w bałwochwalstwie towarzyszyli ci żona, dzieci i wszyscy sąsiedzi, których znasz. Pamiętaj nie próbuj zjeść więcej niż możesz – i Skunka rzucając kolejne trzy złote monety pod nogi wieśniaka, odskoczył w mrok, który pochłonął go całkowicie, tak , że nikt nie powiedziałby, że jeszcze przed chwilą tu był.

Karzeł w ukryciu oddalił się odrobinę i obserwował co dalej będzie się działo...
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pn paź 19, 2009 9:36 am

Scatty

Scatty siedział nieruchomo na potężnym głazie, którego sporą część obrastał miękki mech. Mężczyzna spoglądał na towarzyszy niedoli kątem oka. Zastanawiał się jak radzi sobie tamten, który zostawił ich niedawno, próbując coś wskórać na własną rękę. Scatty przyglądał się przede wszystkim Marcusowi. Wyglądał niepozornie, niegroźnie, ale z całą pewnością był cwany. Takie Scatty odniósł wrażenie po jego rozmowie z Skunką. Też mu się zdawało, że ich chce wystawić straży próbując uratować przy tym swoją skórę. W ich sytuacji mógł to jednak zrobić każdy i trza było uważać nie tylko na poczynania Marcusa. –Każdy z nas jest złym człekiem. Inaczej nie ścigałaby nas inkwizycja…- syknął w końcu młodzian, po wypowiedzi sprytnego mężczyzny. Ten chyba chciał ich podejść. A może Scatty popadał w paranoję? Jedno jedyne zdanie zdawało się przekonywać Scatty’iego do Marcusa. Miał rację. Mordowanie nie będzie krokiem ku lepszej przyszłości. –A co jeśli nie będzie wyjścia?- spytał. –Co jeśli będziesz musiał wybrać między swoim życiem, a życiem osoby, która może na ciebie donieść? Wolisz zdychać w męczarniach przy torturach tych świętoszkowatych sadystów?- Pozostawił odpowiedź Marcusowi, sam zaś wstał i podszedł do grubej sosny, by się wyszczać. Po wszystkim wrócił na swój głaz i w milczeniu wyczekiwał powrotu Skunki. Nie lubił zabijać. Zabijanie jest dla tych, którzy nie potrafią sobie poradzić z samym sobą. Nie raz rozbił łeb natrętnego pijaka w szynku, lecz zabijania unikał jak ognia…
 
Heretyk
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 5036
Rejestracja: pn mar 28, 2005 12:23 pm

pn paź 19, 2009 3:42 pm

Malcolm Metzger
Malcolm zaklął solidnie, aż chłopi cofnęli się o pół kroku. Że tez musiał wpierdolić się w takie gówno.
- Nie macie akuszerki?
Wszyscy pokręcili głowami.
„Pięknie – pomyślał Metzger – Ale, kurwa, przynajmniej nikt nie będzie miał pojęcia, że też za cholerę nie wiem co robić.”
Co prawda nie było to pierwszy poród Malcolma, ale poprzednia matka, miała kopyta i rogi. Ta w zasadzie też, jeśli zapytać by kogoś w Oficjum.
- Widzę, że ramię sprawiedliwości wyciągało się po wiedźmę. Dobrze, więc widzicie, że uciec się nie da przed prawem boskim. A biorąc grzechy na swe sumienie czasem i niewinnym zaszkodzić możecie. Ale być może pan nasz okaże się łaskawy. Nie stać tak do kurwy nędzy. Dawać gorącą wodę i szmaty – Malcolm nie miał pojęcia, po co ale tak wołały zawsze akuszerki. Zrzucił płaszcz. Przyklękł rozganiając barłóg i zaglądając w krocze kobiety.
- Panie, użycz mi swej mądrości i poprowadź mnie w tej godzinie próby. Daj znak czy wybaczasz tej kobiecie jej postępki i jaki los zgotujesz potomstwu czarownicy. – „Zatopiwszy się” w modlitwie spoglądał po wszystkich wokoło.
- Panie, gorąca woda.
- Po chuj mi… weź to kobieto i zanieś do ojca dziecka, niech przyrodzenie wymoczy to być może grzechy zostaną mu odpuszczone. Gdzie, wracaj
– zawrócił babę lecącą z cebrzykiem do drzwi – Jeszcze, kurwa nie pobłogosławiłem. Panie wszechmogący, zechciej rozpuścić kropelkę swej potęgi w tej oto wodzie i spraw by grzeszne narzędzie spotkała zasłużona nagroda – uczyniwszy znak miecza pogonił babę.
Splunowszy w dłonie zatarł je i… za cholerę nie wiedział, co robić. Krowie wsadziłby całe ramie i wymacał, co jest nie tak. Tu nijak ramię nie wejdzie. Zawinąwszy rękaw wytarł o spodnie i… nie mógł. Spojrzał na najbliższego chłopa i zapytał:
- Masz krowę?
- No, mam. Mleka trza?
- Srać na mleko. Pan nasz w swej mądrości pozwolił mi dojrzeć cząstkę swego zamysłu. Przemówił do mnie tymi słowy: „Albowiem ten, kto czary czyni i swe oblicze obraca ku ciemności jest niczym zbłąkana krowa i tak też traktować ją należy. Lepiej kij na niej połamać lubo gnaty poprzetrącać niż pozwolić by w wilcze zęby wpadła.”
- Tedy nie stój z rozdziawioną gębą, bo ci się kurwa wiewiórki zalegną, tylko bierz się jak do krowy.
- Kiedy panie… to nie moje… ja nie…
- Taki z ciebie, kurwa gospodarz? –
Malcolm zerwał się na równe nogi i spojrzał z góry na chłopa – Bydlęciu cierpieć pozwalasz, gdy pan spogląda na ciebie? Wszak księga rzecze: „Biada tym, którzy lekce sobie ważą porządek świata, którym to ja w swej mądrości was obdarowałem. Albowiem ten kto, kurwa, porządek boski narusza spłonie w ogniu, święte płomienie strawią grzeszne ciało uwalniając oczyszczoną duszę.” Znasz się na krowach kmiocie?
- No…
- To kurwa bierz się do roboty, a oficjum zapomni o twojej osobie na wieki.

Zapadła na chwile cisza, gdy baba brała kolejny oddech przed krzykiem. Zza chałupy rozległ się prawie, ze nieludzki wrzask. Grzeszne narzędzie zostało oczyszczone…
 
Bielon
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 2193
Rejestracja: czw maja 06, 2004 11:28 am

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

sob paź 24, 2009 11:26 am

Malcolm widział już przerażenie w oczach chłopów a jego częste cytaty, rzucane na chybił trafił z tego co pamiętał z niektórych mszy w jakich dane mu było brać udział oraz z obszernej znajomości z kanonikami i sługami Kościoła w ostatnich tygodniach wypłaszały resztki odwagi, na jaką się zdobyć potrafili. Chłopina, któremu kazał do niewiasty jak do krowy, drżał cały a ręce latały mu jak epileptykowi. Mimo to podszedł do przepełnionej bólem, dyszącej niewiasty. Postępując tuż przed Malcolmem.


Baba była cała spocona, jej nie brzydką twarz wykrzywiał raz po raz grymas cierpienia a oczy zdawały się rozsadzać od środka czaszkę. Teraz, kiedy już nie musiała kryć swej obecności, wyła w rytmie następujących po sobie skurczy. Malcolm widział jej mokrą koszulę. Wiedział więc, że się zaczęło. Kiedy odrzucili okrywające ją skóry i futra ujrzał jeszcze krew. I szeroką na kilka palców pomiędzy udami dziewki szczelinę. Baba rodziła. Już…


- Szybko, umyj ręce! – drżenie w głosie Malcolma można było zrzucić na nerwowość spowodowaną głupotą chłopka. Dziewka zawyła po raz kolejny, dwóch innych kmieci podbiegło chwycić ją za ręce bo zaczęła się w bólach miotać.


- Szybko! Nie przyj durna! Jeszcze nie! Oddychaj! – Malcolm sam umył ręce wydając gromko komendy, które pamiętał z lat dziecinnych, kiedy widywał jak we wsi akuszerki odbierają porody. Krzyki były wówczas na porządku dziennym. Przez drzwi wchodzili coraz to nowi, ciekawi wydarzeń kmiotkowie. Stawali pod ścianą ze swymi babami i dzieciskami. Teatrum, które już chciał przegonić, ale znów przerwał mu krzyk rodzącej…


- Ona umrze Panie! – jęknął jeden z kmiotków widząc coraz mocniej wypływającą spomiędzy ud dziewki krew. Malcolm był gotów się z nim zgodzić. Jemu jednak zależało głównie na tym, by umierając nie wzięła go ze sobą.


- Pismo mówi „Pan daje, Pan odbiera”. Nie narzekaj zatem na wolę Bożą! – oratorski ton nie uspokoił chłopka, ale też zamknął mu pysk. Zawsze to jakaś korzyść. W szczelinie pomiędzy okrwawionymi udami dziewki ukazało się wyoblenie. Baba zawyła jakby ją nadziewano na pal. W sumie było podobnie. – Trzymajcie ją mocno. A ty… - Malcolm wskazał na gospodarza przywołując go skinieniem by podszedł między jej nogi - … ostrożnie poszerz jej łono i pomóż wyjść dziecku. Płótno jakie macie? Koszulę czystą? I nóż czysty? – szybko podali mu to czego się dopominał. Chłop w tym czasie wraził palce tam, gdzie pewnie nie raz już wsadzał i nic nie robiąc sobie z przejmującego wycia baby, którą trzymało dwóch innych kmiotów rozwierał jej napiętą skórę wokół zarośniętego, okrwawionego łona.


Skórcz przyszedł nagle a główka dziecka wyskoczyła, niczym jajo.


- Rozewrzyj mocniej, pomóż jej wyprzeć! – Malcolm sam sobie się dziwił. Czystą połać płótna trzymał w ręku, gotów schwycić dzieciaka. Chłop rozwarł babskie łono jeszcze mocniej. Za główką ukazały się ramionka i zaraz po nich cały pokryty krwią i śluzem korpus malucha uczepiony matki pępowiną. Malcolm schwycił dzieciaka pewnie w płótno i trzymając go podał nóż chłopu. – Tnij! – rozkazał wskazując palcem gdzie. Chłop chwycił i przeciął a Malcolm trzymając na ramieniu chłopca przytrzymał pępowinę gdy tamten pętlił na niej mocny węzeł. Krew pomiędzy udami baby przybrała na sile. Malcolm odwrócił milczącego dzieciaka do siebie i strzelił go lekko w tyłek. Dzieciak spiął się cały i… zakwilił przejmująco. Niemal namacalnie dało się poczuć ulgę wieśniaków. Nawet rodząca rozpromieniła swoje oblicze na ułamek chwili. Wnet jednak znów wypełnił je grymas cierpienia. Zaś pomiędzy jej udami ukazała się nóżka…


- Drugie… - wyszeptał chłop na głos, to co widzieli wszyscy. Wszyscy też zobaczyli również, że i dzieciak ułożył się złą stroną. To przesądzało jego los niemal na pewno…


- Bierz! Weź je gdzie ciepło! – warknął Malcolm wręczając jednej ze stojących bab dzieciaka. Sam jak w ukropie skoczył ku babie. Pierwsze powodzenie sprawiło, że nie miał zamiaru się poddać.


- Rozewrzyj jej mocno nogi. – chłop skinął głową cały przejęty, po czym zabrał się do dzieła. Baba zawyła i naparła. Malcolm skoczył ku niej i wyciął ją w pysk. – Stój franco! Przeć będziesz jak każę! Rozumiesz? Jak każę! Na razie dychaj. – wrócił do ociekającego krwią i strzępami łożyska krocza. Nóżka wyszła już do pół uda a druga gdzieś się zaplątała. Przeklął w duchu swe szczęście, po czym raz jeszcze umył ręce. Dopiero wówczas ostrożnie wsadził rękę w krocze dziewki, głęboko zanurzając ją aż po łokieć. Główkę namacał szybko. I pępowinę, która ją okalała. „Jak ma iść źle, to pójdzie”. Ostrożnie odwijał dwoma palcami śliską żyłę. Wyślizgiwała mu się bodaj z trzy razy. W końcu mu się jednak udało. Westchnął ciężko a jego westchnienie tonęło w kwileniu urodzonego już malucha.


- Słabnie Panie! – mruknął jeden z chłopów. Malcolm miał to w dupie. Nie wiedział nawet o kim ów mówi. Ostrożnie wyciągał przez szczelinę drugą nóżkę a później chwycił dzieciaka za kark i przytrzymując palcami rączki przy ciele pociągnął krzyknąwszy jednocześnie do baby… – Przyj!


Naparła. Widząc że maluch wyjść nie chce Malcolm wyrwał nóż z rąk drugiego chłopa i ostrożnie naciął napięte łono. Dzieciak zaczął się wysuwać. Baba krzyczała.


Nie bez pomocy własnej siły Malcolm w końcu wyciągnął ramiona i główkę spomiędzy ud kobiety. Dzieciak był bardziej siny i pomarszczony od swego brata. I drobniejszy. To była dziewczynka. Sina dziewczynka dokładniej rzecz ujmując. Malcolm sam przeciął pępowinę a chłop szybko zawiązał na niej węzeł. Leciała mu przez ręce, ale Malcolm nie miał zamiaru spisać ją na straty. Odwrócił i ją i ją wyciął w tyłek. Musiał zrobić to dwa razy nim zakwiliła słabo. Malcolm szybko podał ją czekającej z płótnem babie, która wcześniej odebrała chłopca, który teraz grzał się przy ogniu. Uwolniony od ciężaru dzieciaka wrócił do rodzącej. Była słaba. Widząc nieporadność chłopa wyjął jej z łona okrwawione strzępy łożyska. Namoczył kawał kolejnego płótna w ciepłej wodzie i obmył ją. Dychała, więc żyła. W końcu sam odsunął się od niej, zostawiając ją w rękach kmiotków.


- Zaszyjcie jej to cięcie. I przysuńcie bliżej ognia. I dajcie jej dzieci do nakarmienia. Niech poczują matkę… - wydyszał dosuwając się do ławy, gdzie siedział po tym jak zawitał w chłopskiej chacie. Był słaby, ale jakoś dziwnie szczęśliwy. Był to wszak jego pierwszy poród, jaki dane mu było odbierać. I udał się on zadziwiająco dobrze, mając na uwadze wszystkie komplikacje. Nie wiedział nawet który z kmiotków dał mu kubek z okowitą, ale wypił do dna jednym haustem. Należało mu się…


***


Skunka skulił się w mroku obserwując kmiotka. Czekał w napięciu, ale tamten milczał zaraz po tym jak podjął z ziemi fortunę, która spadła mu z nieba. Widział jak nerwowo rozgląda się na boki, czy aby kto go nie widzi. Denerwował się bardzo. Jednak nie uczynił nic, by przywołać do się jeźdźców. Miał jednym słowem nie najgorzej w głowie poukładane. W końcu chłop wlazł do walącej się, przyległej do ściany chałupy szopy. Skunka odczekał chwilę a później ruszył z powrotem do kompanów. Wieści zasłyszane od chłopa miały wszak dla nich wszystkich znaczenie. Musiał tylko ustalić jak to im przekazać. I ile…


***


Skryci na skraju lasu przeczekali przejazd kawalkady jeźdźców. Na ten czas Milo i Marcus przerwali swoją cichą rozmowę a później włączył się do indagowania człowieka Scatty. Po jeźdźcach pozostał jedynie unoszący się w powietrzu zapach koni. Czekali na powrót Skunki. Nie wiedzieli w sumie co robić. Marcus słysząc słowa Scattego i widząc pytające spojrzenia pozostałych skinął głową w ciemności.


- Nie. Nie oddam się już bez walki. Ale jeśli drogą ma być śmierć niczemu niewinnych ludzi, pójdę inną drogą. Nie wierzę w mniejsze zło. Nie ma mniejszego. – Marcus podszedł z idącym za nim Niziołkiem do Scattego. Jako, że dołączył do nich i Hared, siedzieli w mroku wszyscy. Ujadające w oddali psy wciąż przypominały o bliskości miasta.


- To co mamy czynić? – Hared, rycerz którego ciśnięto w gmin bez cienia szacunku dla jego urodzenia zdawał się w tym wszystkim najbardziej bezradny.


- Nie wiem. Wierzę w ten rytuał, bo wiem do czego źli ludzie są zdolni. Widziałem ja i czarną i białą magię i wiem, że mrok potrafi wiele. Wiem więc, że grozi nam coś, choć sam nie wiem co. Musimy ich schwytać, przerwać to, co zamierzają. Oni zaś zmierzali tu, do miasta. Jeśli więc jeszcze nie wyjechali muszą gdzieś tam być. Nasz kompan pewnie wywie się co i jak. Jeśli jednak są w mieście, ja bym ich poszukał. Bo jak czekać będziemy, to w końcu na nas to co planowali spadnie. A jutro, pojutrze ruszy za nami obława. Z psami, z łowczymi i leśniczymi, tropicielami i łowcami. I w końcu nas dojdą, bo i daleko szukać nie muszą. Teraz zaś najłatwiej przecie skryć się wśród ludzi. Tu psy mogą zgubić trop. Na szlaku znajdą nas od razu… - Marcus mówił cicho, przez co udało im się usłyszeć zbliżającego się kompana. Skunka jednak był już od nich ledwie o kilka kroków. Poruszał się jak duch.


- Wiem to i owo. I nikt przy tym nie zginął… - dodał sarkastycznie spoglądając wyzywająco na Marcusa. Ten jednak jedynie skinął głową. Po czym odparł – Przynajmniej za to ręczysz swoim słowem. Cokolwiek by to znaczyć miało…


To była prawie obraza. Mimo to Skunka i Marcus nie rzucili się ku sobie. Moarcus powtórzył jedynie to co powiedział przed chwilą, nie wiedząc ile z tego słyszał Skunka. Jechali na jednym wózku. Skunka więc również powiedział swoje. Tyle, ile uznał za stosowne.


Pewnie mogli by dyskutować długo. Każdy miał swoje do powiedzenia. Każdy miał własny plan i pomysł. Tyle, że właśnie w tej chwili przez bramy miasta wybiegała ujadająca, wiedziona przez kilku jeźdźców na postronkach, sfora. Za nią zaś spiesznym marszem szła grupa kilku piechurów. Słowa Marcusa zdawały się wróżebne. Psy właśnie ruszały na trakt…


.
 
Heretyk
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 5036
Rejestracja: pn mar 28, 2005 12:23 pm

sob paź 24, 2009 10:43 pm

Malcolm Metzger
Usiadł ciężko i wychylił podany kubek z gorzałą.
- Jeszcze – wyciągnął kubek w bok nie patrząc, otarł pot z czoła i pociągnął solidny łyk z ponownie napełnionego kubka.
- A teraz, wszyscy, którzy nie zajmują się dzieciakami, baba i nie mieszkają w tej chacie wypierdalać do siebie. Módlcie się do pana naszego by przychylnie spojrzał na tą czarownicę i jej dzieci. Rano okaże się jak gorliwie się modliliście.
Ludzie jakoś mało ochoczo garneli się do wyjścia.
- Chyba, że jesteście z rodziny czarownicy. Ci mogą zostać… - Malcolm zawiesił znacząco głos. Po tej odezwie z chałupy wywiało praktycznie wszystkich.
- No – rzekł Metzger przysuwając zydel do stołu i zerknął na chłopa. – Dobrześ się spisał a teraz jadła podaj, bom zgłodniał. A potem się napijemy jeszcze po kubku.
Chłop raz dwa zakrzątnął się i jedzenie stanęło na stole. Malcolm mruknął cos niewyraźnie w podzięce i zabrał się do jedzenia. Gdy już napełnił brzuch, wypiła na rozgrzewkę z gospodarzem i rzekł:
- Prześpię się z koniem w szopie. Pomodlić się muszę w samotności.
Zarzuciwszy płaszcz i pozbierawszy swoje rzeczy ruszył do wyjścia. Przy drzwiach wyjrzał ostrożnie czy aby ktoś nie zechce mu podziękować sztachetą w tył głowy, ale nie. Było pusto. Wszedł do szopy i zamknął koślawe drwi, które podparł widłami.
Na wiązkę słomy w kącie rzucił swój płaszcz. Miał zamiar się zdrzemnąć trochę i przed świtem ruszyć dalsze drogę. Miał nadzieję uniknąć wzruszających pożegnań…
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

ndz paź 25, 2009 1:08 am

[Skunka]

Skunka spokojnie czekał w ukryciu, nie czuł strachu, jedynie ciekawość. Strachu wyzbył się już dawno temu. Chłop jednak wykazał się rozsądkiem i zniknął w domu, więc Skunka spokojnie wrócił do reszty oczekującej go bandy. Jak to zwykle miał w zwyczaju, uczynił to nadzwyczaj cicho i w ukryciu, więc załapał się praktycznie na całe przemówienie Marcusa, a gdy ten podważył prawdomówność Skunki, ten tylko wzruszył ramionami i rzucił.
- Myśl sobie co tam chesz. Ja mówię jak jest. Gierki zostawiam takim jak ty, a teraz słuchajcie, co powiedział wieśniak, gdy go grzecznie wypytywałem - i Skunka powtórzył praktycznie słowo w słowo wszystko co uszłyszał od chłopa - No więc wygląda na to, że nasz dzielny lord narobił nam dodatkowego kłopotu. No ale spokojnie mamy nad nimi kilka godzin przewagi. Zdaje sie, że te rycery, o których wspomniał chłop to nasi włosolubni towarzysze. Cóż proponuje obejść miasto. Wypytywać już pewnie nie będzie kogo, więc cóż pozostaje nam dostać się do miasta. Liczę na to, że od tamtej strony nie będą zbytnio podejżliwi i może wieści jeszcze do nich nie dotarły, więc mamy szanse dostać się do miasta. Jeżeli uznacie, że niosę ze sobą zbyt duże ryzyko, spróbuje sam dostać się przez mury. Nie pierwszy raz, będę robił coś takiego więc dam radę. Proponuje też nie rodzielać się, a teraz może Marcus, który tak dobrze wyznaje się w tutejszej okolicy opowie nam dokładniej o tym miasteczku z zaznaczeniem, gdzie takie wspaniałe rycery mogły się zatrzymać.

Jednak odpowiedż Marcusa przerwało pojawienie się psów, na ten widok Skunka tylko wzruszył ramionami.
- Cóż można sie było tego spodzioewać. Zasadniczo to nic nie zmienia. Psy i tak najpierw muszą dotrzeć do miejsca zasadzki i mogą pójść jednym z trzech tropów. Niekoniecznie naszym. W sumie mamy i tak sporą przewagę. Musimy zrobić swoje a potem się zobaczy.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

ndz paź 25, 2009 9:52 am

Scatty

Wykidajło ucieszył się w duchu, z powrotu Skunki. Choć był brutalnym prostakiem, to jednak posiadał nabytą, życiową mądrość. Był bardzo podobny do Scatty’iego, choć tamten pierwszy nie wahał się dobić rannego, Scatty zaś nie przepadał za uśmiercaniem pokonanych przeciwników. Powtórzone słowa schwytanego wieśniaka nie wzruszyły wykidajłę. Młody człek spoglądał chłodno na każdego z towarzyszy. Zastanawiał się czy zaufanie do nich będzie jedynym ratunkiem, czy też drogą do zatracenia. Wciąż też miał w głowie wizję anielskiej istoty. Pokręcił głową i wstał z omszałego głazu –Nie musisz iść sam.- burknął porozumiewawczo do Skunki. –Pójdziem z Tobą. Przynajmniej ja.- dodał wciąż ściszonym głosem. Jakby nie byli w lesie, daleko od wszelkiej formy gwaru pewnie nikt by go nie zrozumiał. –Pomysł z obejściem miasta dookoła jest dobry. Ja go popieram.- wyjaśnił spoglądając na kompanów. Oczekiwał ich odpowiedzi i reakcji. Miał jednak nadzieję, że nie będą protestować.
 
Awatar użytkownika
Yester
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 99
Rejestracja: sob maja 02, 2009 10:49 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pn paź 26, 2009 10:54 pm

Milo
Nim jeszcze jeźdźcy wyjechać zdołali z miejskich bram, Milo wiedział co zamierza uczynić - to było jedyne rozwiązanie - nie było innej opcji. Musiał wiedzieć - cokolwiek, choćby najdrobniejszy szczegół musiał znać - mieć jakiś punkt zaczepienia. Wiedział, że musiał jednemu z nich wyjawić to co oznaczało dla niego pełną prawdę, a dla nich być mogło tylko jej cieniem zakrzywionym w pryzmacie nieufności.
~Kogo jednak wybrać?~ - pytanie zadźwięczało w umyśle niziołka. Nie potrzebował wiele informacji, ale i tak warto by było wybrać kogoś dobrze doinformowanego. Milo zwrócił wzrok ku Marcusowi. Miał do stracenia wszystko a do zyskania patrząc realnie - niewiele. Ale sam nie mógł tego wiedzieć - niczego nie mógł być pewien. ~Więc tak się właśnie czuje człek stawiający wszystko na jedną kartę. No nic jakaś połowiczna szansa jest, że to człek rzekł to nie był jedynie zmyślny blef. Z bieżących kandydatów tylko on wydaje się mieć tak dobre rokowania~
Do tego punktu rozważań dotarł akurat w chwili gdy jeźdźcy opuszczali miasto - korzystając z lekkiego rozproszenia, niby przypadkiem zbliżył się do Marcusa i upewniając, że w promieniu kilku metrów nie widać kompanów a kopyta koni nie są słyszalne zbyt blisko odzywał się do niego półszeptem.
- Panie, nie wiem czy mogę Ci zaufać, bo teoretycznie każdy może powiedzieć, że jest prawy. Jednak pomimo tego, od początku sprawiałeś dość dobre wrażenie i sądzę, że mogę przyjąć że twoje intencje są dobre co przyznam w mojej niezbyt ciekawej sytuacji może tylko pomóc.
Po tych słowach niziołek zrobił pauzę, spoglądając na Marcusa z lekką niepewnością.
Marcus spojrzał na niziołka beznamiętnym wzrokiem. W końcu skinął głową, jakby chciał potwierdzić jego słowa, lub zachęcić do mówienia. Bez wątpienia w końcu w trudnej sytuacji w każdej konwersacji można odnaleźć jakieś ukojenie - choćby chwilowe. To jedno z głównych prawideł historii i ludzkiej psychiki sprawdzalne w nieomal wszystkich przypadkach.
- Podobnie Ty zresztą nie możesz mieć pewności co do moich intencji, ale do czego zmierzam...
Niziołek nabrał powietrza w płuca przez chwilę jeszcze wahając się, po czym wreszcie kontynuował
- Nie bardzo wiem dlaczego znalazłem się na tym wozie. W ogóle nie wiele wiem. Mówiąc Ci to stawiam praktycznie wszystko na jedną kartę. Na ciebie... Mam jakąś połowiczną szanse, że mi się powiedzie, ale lepszej opcji nie widzę. Ciężko mi to będzie wyjaśnić tak byś to jasno zrozumiał, ale wyobraź sobie jakbyś się urodził wczoraj.... Ja dla siebie i względem siebie urodziłem się dokładnie w chwili gdy ten człek obcinał nam włosy...
Wreszcie kończące się powietrze w płucach zatrzymało potok słów niziołka, najwyraźniej uznał on, że jest to znak by dać dojść do głosu swego rozmówcy, bo znowu spojrzał na kryjącego się w pobliżu człeka oczekując na jego reakcję.
Marcus spojrzał na nizołka, jakby ujrzał go po raz pierwszy, albo jakby chciał sprawdzić czy aby maluch z niego nie kpi. W końcu skinał głową
- Słyszałem ja o takich przypadkach. Tylko mimo współczucia, jakie sie rodzi, cóż ja mogę? Czegóż chcesz ode mnie?
Milo przymknał na chwilę powieki zbierając jakby myśli
- To raczej proste, chciałbym, ażbyś mi pomógł i w wolnych chwilach wyjaśnił powagę sytuacji - bo chyba nic lepszego w tej chwili nie da się zrobić - wystarczy, byś między wierszami mówiąc coś wtrącał takie uwagi bym mógł to zrozumieć nie znając tego co tu jest - dopowiadając to co dla wszystkich innych jest oczywiste - pokiwał głową - bo wcale nie wiem jakiemi siłami dysponują ci jeźdźcy, nie wiem jakie mają zaplecze, nie wiem co mogą nam zrobić, nie wiem dokąd zmierzamy - spojrzał na Marcusa przygryzając wargi - mógłbyś to dla mnie zrobić Prawy Rycerzu?
Marcus spojrzał nań smutno, po czym odparł cicho - Nie nazywaj mnie tak, obdarto mnie z mej prawości a rycerskość podeptano. Ale wyjaśnię ci, co wiem sam. Bo musimy teraz na sobie polegać. Ci co ku nam jadą, noszą płaszcze Świętego Oficjum. Służą więc Kościołowi i są tymi, którzy nas więzili. W całej Senecji nie ma ich wielu, ale widzisz jesteśmy o dzień może drogi konno od ich największej Seneckiej twierdzy, Frambergu. Tam nas wieźli. Zatem i w okolicy ich więcej będzie. Tutejsi panowie zresztą też im będą nadskakiwać i pomagać ile sił. Kościół, zwłaszcza tak blisko Frambergu, ma ogromny wpływ na ludzi i nikt nie chce by padło na niego odium herzji

Milo pokiwał głową spokojnie - rozumiem i dziękuję, cóż - razie to musi wystarczyć, ale miło wiedzieć, że mam kogoś, kto w razie czego wyjaśni mi co trzeba - uśmiechnął się nieco po czym wrócił do obserwowania jeźdźców zza zarośli, jakby uznając że dość już słów padło jak na jedną rozmowę.

***

Chwilę później gdy piechurzy z psami pojawili się w zasięgu ich wzroku spojrzał na swych dyskutujących kompanów i zatonął w rozmyślaniach, które jednak po chwili okazały się wybitnie krótkie. ~Wygląda na to, że dojdą do wszystkiego sami, chyba nie mam co im przeszkadzać~ - tak pomyślawszy Milo przeczekiwał dialogi z boku czekając na jakąś decyzję, albo słowa wystarczająco nie po jego myśli wypowiedziane by musiał swymi je naprawiać.
Ostatnio zmieniony pn paź 26, 2009 10:56 pm przez Yester, łącznie zmieniany 3 razy.
Powód:
 
cortez90
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 14
Rejestracja: śr wrz 09, 2009 5:21 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

śr paź 28, 2009 7:57 pm

Hared

Rycerz czuł się totalnie zmieszany, nie wiedział co ma ze sobą począć, był na skraju wyczerpania psychicznego. W jednej chwili z prawego i honorowego rycerza zrobiono z niego najgorszego złoczyńce, wroga Świętego Oficjum. Myślał, że sytuacja odmieni się po wizji jaką dane mu było przeżyć. Próżne były jego nadzieje. Nie potrafił znaleźć wspólnego języka z współtowarzyszami niedoli. Każde słowo, które wypowiedział były niczym jesienne liście spadające z drzew pod naporem wiatru. Totalnie nie mógł sobie poradzić. Trzeba było się wsiąść w garść, resztki dumy, które pozostały w Haredzie nie pozwalały mu zostać outsiderem grupy. Wiedział też, że w pojedynkę ma niewielkie szanse dowiedzieć się czegoś więcej o dziwnym rytuale. Wizja przewodnictwa w grupie oddaliła się od niego na tyle, iż nie widział dalszego sensu przeciągania tej farsy.

~Jeżeli o mnie chodzi to nie mam nic przeciwko wyruszeniu do miasta, a wręcz jest to wskazane. Być może dowiemy się jeszcze czegoś ciekawego.
Ostatnio zmieniony czw paź 29, 2009 1:20 pm przez cortez90, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
WitchDoctor
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 773
Rejestracja: śr gru 19, 2007 5:25 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pt paź 30, 2009 12:22 am

Malcolm Metzger

Okrytą płaszczem wiązkę słomy w nocnych ciemnościach z łatwością można by pomylić z leżącym na sianie człekiem, Metzger pamiętał o wszystkim, nawet zabarykadował drzwi od niewielkiej szopy, a sam skrył się z tyłu, gnieżdżąc się między deskami i jakimś starym wózkiem, pewnie używanym do wożenia owej słomy, która teraz służyła za sprytną podpuchę. Usnął szybko, bo i dzień obfitował w zdarzenia, które z trudnością mogłyby być zaliczone do zwyczajnych, nie co dzień wszak odbiera się poród, uciekłszy wcześniej z więziennego furgonu Świętego Oficjum. Jego wrodzona podejrzliwość jednakże, sprawiła, że sen miał lekki, a najdrobniejsze skrzypnięcie i mruknięcie zawodzącego kota stawiało go na nogi. Najlepiej wiedział, że ufać może głównie sobie, a innym niekoniecznie.

Kur jeszcze nie zapiał, ogłaszając kolejny poranek, gdy do uszu Malcolma doszły podniesione głosy i tętent końskich kopyt, gdzieś też zaskomlał pies, nerwowo, gorliwie, jakby zwęszył trop. Metzger zaklął pod nosem, cicho, by nikt nie usłyszał i podczołgał się do samej ściany starej szopy, starał się nie narobić hałasu, najdrobniejszy dźwięk mógłby mu być teraz bardzo nie na rękę. Przytulił się do zbutwiałych desek i spojrzał przez szparę, wyczekując…

- Hejże gospodarzu… - jeden, na pewno jest jeden, Malcolm liczył w myślach, starając się chociaż połowicznie oszacować liczebność pościgu. Drugiego widział, jak przejechał na koniu, mijając go o kilka łokci, nie zauważając niczego. Barwy konnego zasłaniał ciężki brunatno-szary płaszcz, spięty pod szyją stalową zapinką. - Nie widzeliśta nikogo tu wczoraj? Nocną porą? Mężczyzny. Imieniem Świętego Oficjum, nakazuję wam gospodarzu mówić prawdę, karą za użyczenie zbiegom Inkwizycji schronienia jest śmierć przez powieszenie, dla ciebie i twej rodziny. - ten, który mówił, głos miał mocny, acz wypowiadał się spokojnie, wszak nie musiał kłamać i grozić. W takiej bliskości Frambergu powoływanie się na Najświętsze Oficjum, bez posiadania jakichkolwiek ku temu podstaw było samobójstwem, oni nie wyglądali na samobójców.
- Szlachetny, ten, Panie… Nikogo nie widzieliśmy, kobita mi rodziła, noc całą i dzień w domostwie spędziliśmy, pieczę nad nią sprawując… Nikogo nie widzieliśmy, prawdę mówię! - Metzger usłyszał głos tego, któremu żonę i dzieci uratował, przez chwilę poczuł ogólną dumę, że na tym świecie są jeszcze ludzie, którzy nie zdradzą drugiego i pamiętają o uczynionych im przysługach, lecz po krótkiej chwili uznał, że nie ma co święcie wierzyć w ludzką uczciwość. Czasu ku temu nie było, trzeba było stąd jak najprędzej czmychać.

Tym bardziej, że nagle rozległo się szczekanie psów, a następnie dźwięk pazurów, drapiących o drzwi stodoły. Malcolm zaklął pod nosem. Na podwórzu zaś podniosły się ożywione głosy, co najmniej czwórki mężczyzn.
- Nikogo nie widzieliście? To otwórzcie stodołę, niechże zobaczymy, co tam trzymacie, gospodarzu… Chyba, że chcesz nam coś powiedzieć… - rosły mężczyzna zeskoczył z konia i podszedł do drzwi, Malcolm słyszał jego ciężkie kroki, szukając innego wyjścia z tej pułapki, w którą wpakował się na własne życzenie. Rozległ się dudniący głos, gdy członkowie pogoni starali się otworzyć drzwi, a widząc, że są zamknięte, poczęli tym bardziej wzmagać wysiłki, by dostać się do środka.
- Szlachetni panowie! Kiedy… Tam… Naprawdę… Uwierzcie… - w tej chwili nawet Malcolm się zdziwił, że mimo wszystko próbują go chronić, cóż, nie miał zamiaru płakać. Po chwili znalazł luźną deskę i odczepiając ją wypełznął z stodoły. Po drugiej jej stronie nie ujrzał nikogo. Wszyscy zajęci byli próbą wywarzenia drzwi. Wreszcie deski puściły, z głuchym trzaskiem, a pogoń zwaliła się do środka stodoły. Metzger nie czekał, szybko skrył się w pobliżu i obserwował. Po chwili zaś usłyszał jedno zdanie, które miało zdecydowanie zaważyć na jego najbliższej przyszłości…

- Szukać go! Zostawił tu swój płaszcz! Dawać go chartom! Niech zwęszą trop! Gospodarza zarżnąć, niech zdycha zdradziecki pies… Udzielający schronienia uciekinierom Officjum! Reszta! Szukać go, nie mógł odejść daleko!
 
Awatar użytkownika
WitchDoctor
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 773
Rejestracja: śr gru 19, 2007 5:25 pm

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pt paź 30, 2009 1:12 am

Skunka, Milo, Scatty, Hared

Gończy wraz z psami wynurzyli się z miasta, niczym fala zalewając piaszczysty trakt. Głośna fala, pełna ognistego fanatyzmu i żądzy pochwycenia tych, którzy ośmielili się kpić z potęgi Oficjum. Uciekinierzy patrzyli na ten obrazek ze skraju lasu, kryjąc się pośród gęstych krzaków, rozmawiając szeptem, jakby każdy najmniejszy odgłos mógł sprowadzić nań nieszczęście. Decyzję trzeba było podjąć już teraz, szybko, albo mogli być pewni, że ten dzień, będzie ostatnim dniem ich krótkiej wolności, a może i życia?

Miasto budziło w nich obawy, miasto tak bliskie Frombergu, pełne wiary, a może tylko fanatycznej religii, o wiele bardziej od niej niebezpiecznej. Jednak bez względu jak zdawało się być niedostępne, nosiło w sobie, niczym rosnącą narośl - odpowiedzi na ich pytania. Tajemniczy rytuał, do którego zostali wybrani, a raczej zmuszeni wbrew swej woli, pozostawał w ich pamięci niby ostry cierń, zarówno w myślach, jak i pamięć o nim odciskała się chłodnym piętnem na ich sercach, jak gdyby z tym małym kosmykiem włosów pozbawiono ich czegoś zdecydowanie cenniejszego, może nawet ich duszy?

Skunka i Scatty, szybko zawiązali porozumienie, a reszta nie miała innego wyboru, jak zaufać tym, którzy zdecydowali za nich. Marcus wydawał się niepocieszony tym wyborem, jednak ze stoickim spokojem przyjął decyzję grupy, która była taka jaka była, ale ich. Tylko bogowie mogli oceniać, czy słuszna.

Kryjąc się na skraju lasu, szli, wchodząc weń coraz głębiej, lecz wciąż kierując się dookoła miasta. Zaciskając pięści, nasłuchując dochodzących doń odgłosów, które wcale nie napawały ich optymizmem. W oddali psy warczały, ujadały, wyły jak opętane, podniesione głosy idących za nimi mężczyzn mogły świadczyć o wszystkim, albo o niczym. Uciekinierzy przedzierali się przez gęste chaszcze, starając się nie pozostawiać zbyt wielu śladów, lecz byli w pośpiechu i wiedzieli, że prędzej czy później ich znajdą. Lecz mieli szczęście. Czas mijał, a odgłosy oddalały się, powoli niknąc w szeleście poruszanych wiatrem liści. Wreszcie stały się prawie niesłyszalne, a po kolejnych, niesamowicie długich minutach, całkowicie zaniknęły, pozostawiając w ich w przyjemnej ciszy. Marcus odetchnął z ulgą i poczynił na piersi znak miecza, odmawiając pod nosem krótką modlitwę, do Niezwyciężonego. Pełna była słów takich jak „chroń nas”, „dzięki ci”, „panie mój”, i chociaż były to tylko słowa, które wyrzec mógł każdy, to w ustach paladyna brzmiały prawdziwie, ożywczo, niczym woda z górskiego strumienia.

Przez chwilę mogli przysiąść, przeszło im przez myśl, że to sam Niezwyciężony spoglądał na nich przychylniejszym okiem. Lecz potem pojawiła się myśl kolejna, groźniejsza, wcale nie przyprawiająca ich o lepsze samopoczucie. Może ich szalone szczęście było sprawką kogoś zgoła od Niezwyciężonego odmiennego i jeśli tak, to jaki miał w tym cel?

Sami nie wiedzieli co gorsze…

Powoli zapadał zmierzch, a uciekinierzy odeszli głębiej w las, trzymając się jednak wciąż, w niewielkiej odległości od miasta, mieli nadzieję, że w nocy zaprzestaną pogoni, byli zmęczeni. Ucieczka, przeżycia, bardzo dały im w kość, wysysając zeń wszystkie siły. Cisza lasu, nieprzerywana niczym, poza pohukiwaniem puchacza i szelestem liści, uspokajała. Skunka uśmiechał się groźnie, z triumfem, wszak miał rację, by nie pchać się do miasta, Hared oddychał z ulgą, odzyskując swą godność i odwagę, mając wiarę, że oto odwróciła się od nich zła passa, że teraz może być tylko lepiej. Podobnie myśleli Scatty i Milo, chociaż daleko było im do euforii, uznali to za istny uśmiech losu.
Zaczęło robić się naprawdę ciemno. Częściej potykali się o wystające konary, kaleczyli o gałęzie i ostre krzaki, niż znajdywali czyste przejście. Wiedzieli, że powinni iść dalej, lecz nie mogli kontynuować tej wędrówki. Zatrzymali się na niewielkiej polanie, skrytej pośród gęstych krzaków i młodych brzózek, które okalały wszystko szczelnym pierścieniem. Marcus przyciągnął sobie leżący nieopodal kamień i przystawił do drzewa, rozsiadając się na nim wygodnie. Przymknął oczy, zatapiając się w rozmyślaniach, a może odpoczywał? Za jego przykładem poszła reszta. Teraz, gdy nie musieli obawiać się pogoni mogli na spokojnie zastanowić się nad swym losem. Siedzieli w milczeniu. Marcus zamknął oczy, zaciskając powieki, mocno, zbyt mocno, jak na sen. Nawet w mroku wszyscy ujrzeli, że zaciska zęby, krzywi usta, z bólu…

- Deumos, Matko, Ukoronowana, Czteroroga, Pani Legionów, Śmiertelna Zarazo… - otworzył usta, a głos który zeń się wydobywał, niepodobny był do niczego, co słyszeli w swym życiu. Czuli niepokój, nie tylko z powodu słów, ale miejsce, w którym ucięli im włosy, jęło palić ich niczym żywym ogniem, natrętnie, wwiercając im się w myśli.
- Daję Ci ofiarę. Daję Ci życia wybranych. Daję Ci czarę własnej krwi. Daję Ci zdradę sługi Pana. Daję Ci to wszystko w świętym domu ostatecznej pokuty.
- Deumos, Matko, Ukoronowana.
- Daję Ci skazę na mym sercu. Daję Ci urżnięte pióra anioła. Daję Ci bożą krew na mym mieczu.

- Odpowiedz nam. Użycz nam swej mocy. Użycz nam swej złości. Użycz nam swych synów i cór. Przybądź do nas, pozwól nam kąpać się w twym krwistym blasku.

- Po sześciokrotność będziem Cię wzywać. Po sześciokrotność będziem Cię przywoływać. Po sześciokrotność będziem Cię kusić.
- Deumos, Matko, Ukoronowana...

Z ust Marcusa trysnęła krew, spływała mu z kącików ust, oblicze mu pobielało, stało się białe niczym kreda, a oczy wyglądały, jak gdyby miał wyskoczyć z orbit, przekrwione… Słowa wychodzące z jego ust zamieniły się w stłumiony bulgot, a sam rycerz padł na ziemię, pogrążony w szaleńczych drgawkach... Lecz zdawało się, że paladyn choć trochę odzyskał panowanie nad sobą, albowiem bezustannie, walcząc sam z sobą, żegnał się znakiem Miecza...
 
Heretyk
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 5036
Rejestracja: pn mar 28, 2005 12:23 pm

pt paź 30, 2009 3:46 pm

Malcolm Metzger
Wyślizgnąwszy się na zewnątrz Malcolm przeskoczył koślawy płotek i ukrył się pod dachem równie koślawej wiaty z grubsza chroniącej od deszczu porąbane i ułożone prawie pod sam sufit szczapy drewna. Nawet nie zaklął, gdy usłyszał wołanie, że znaleźli płaszcz. Nawet jakby go zabrał, to łowczy oficjum musieliby być ślepymi idiotami niepotrafiącymi skojarzyć konia zdobytego na miejscowym szlachetce z uciekinierem.
Spod wiaty miał dobry widok na to co się dzieje. Naliczył trzech jeźdźców i jednego pieszego z psami. Trzy bydlaki to ścigania zbiegów. Nie było, na co czekać. Zsunął się z drewna i zamarł mało nie wpadając na psią budę. Coś poruszyło się w środku, jednak nie wyskoczyło, by ujadaniem zdradzić Metzgera. Ten ostrożnie zajrzał do budy, jednak ostrzegł tylko zmrużone ślepia w szczelinie, jaka pozostała po zastawieniu wejścia do budy korytem dla świń podpartym kołkiem. Malcolm przypomniał sobie wczorajsze przybycie do wsi, nie widział żadnego biegającego luzem psa… a tu teraz zamknięte w budzie stworzenie. Suka. Uśmiech pojawił się na twarzy Malcolma. Suka z cieczką. Kopnięciem pozbył się kołka i odciągnął na bok koryto. Przeciął konopny sznurek i kopnął w tylną ścianę budy. Suka wynurzyła się trochę niepewnie się rozglądając.
- Idź, znajdź sobie jakiegoś przyzwoitego kawalera.
Powiał wiatr i chwilę potem rozszczekały się psy w całej wsi.
- Chyba złapały trop, blisko musi być. O żesz kurw… - krzyknął psiarczyk pociągnięty przez psy.
Suka słysząc nadciągających amantów, zaskamlała i wycięła na skos przez podwórze, do dziury w płocie a potem w las. Chwilę potem pojawiły się psy wlokąc za sobą chudego i zarośniętego osobnika. Widząc znikający w krzakach obiekt ich uczuć gwałtowniej rzuciły się w pościg. Chudzielec szarpnięty wyłożył się jak długi wypuszczając z dłoni powrozy z psami.
- O żesz kurwa jego mać! – dał upust swym uczuciom gramoląc się na błocie.
Nic więcej powiedzieć nie zdążył, Metzger doskoczył do niego i szarpnął za kudły odsłaniając gardło. Ostrze miecza zazgrzytało na kręgach, krew buchała z obu tętnic prawie sięgając płotu.
- Tu jest kurwi syn! – wrzasnął jeden z jeźdźców objeżdżając właśnie szopy. – Brać go!
Podrzucił do ramienia myśliwską kuszę i strzelił prawie bez celowania. Tego dnia jednak Malcolm najwyraźniej mógłby wygrać w kości baronię, ba królestwo nawet. Ale że akurat nie grał to szczęście dosięgło go tu, pośrodku lasu, na błotnistym podwórku. Bełt rozorał bok i utkwił w walającej się pod płotem beczce.
Malcolm skrzywił się tylko, w jego dłoni jak za sprawą czarów pojawił się sztylet, by sekundę później śmignąć w kierunku jeźdźca. Niestety, pocisk dosięgł konia. Sztylet utkwił w końskim łbie za słaby by przebić kość jednak wystarczający by panika wzięła górę. Wierzchowiec z rżeniem stanął dęba zrzucając jeźdźca na ziemię. Niestety Malcolm nie miał czasu by go dobić. Przesadził płot dobywając miecza i przeturlał się pod końskim brzuchem drugiego pachołka inkwizytorskiego chcącego wziąć go w kleszcze. Pchnięcie w pachwinę wysadziło wroga z siodła nim ten zdążył wznieść broń do ciosu. Metzger wyszarpnął z martwej dłoni kordelas i wyjrzał zza rogu. Jego wysokość inkwizytor właśnie odwracał się od padającego wieśniaka.
Ścieli się w połowie podwórza Malcolm nie walczył czysto. Lata poniewierki nauczyły go wielu sztuczek. Inkwizytor też najwyraźniej miał bujną przeszłość, bo na większość brudnych sztuczek znał równie brudne odpowiedzi. Ale większość to nie wszystkie…
Związawszy kordelasem żelazo inkwizytora Malcolm chlasnął go od wewnątrz przez ramię. Z bezwładnych palców wysunęła się rękojeść. Uderzeniem barku odrzucił broczącego krwią inkwizytora pod ścianę chałupy.
- Bracie Remigiuszu, skurwiel usiekł Radowita i… - wbiegający zza chałupy zrzucony z konia pachołek najwyraźniej stracił glos widząc, co się dzieje.
Szczekanie psów powoli cichło. Inkwizytor szorując plecami po ścianie odsuwał się na bok znacząc błoto u swych stóp szkarłatem. Z chałupy rozległ się płacz dziecka, a za chwilę dołączył do niego drugi.

Rzuty:
[Rzut w Kostnicy: 73]
 
Awatar użytkownika
Burko
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1813
Rejestracja: śr cze 11, 2008 11:09 am

[DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

sob paź 31, 2009 8:16 am

[Skunka]
Skunka przez chwilę ze skupieniem przyglądał się popisom Marcusa. Cóż czasami i tak bywa, spóźnili się, szaleniec już zaczął swój rytuał, ale Skunka nie zamierzał się poddać, nie miał takiego zwyczaju, zaczął działać. Dobrze, że podczas drogi zrobił stosowne przygotowania. Jeszcze raz w myślach przejrzał swoje zapasy, oprócz tych zdobytych przy inkwizytorze, podczas szabrowania drużyny lorda dodał do swojej kolekcji dość bogato zdobiony mistrzowsko wykonany sztylet, na szczęście bez specjalnych znaków szczególnych oraz drugi całkiem zwyczajny. Oby dwa spokojnie mogły mu służyć jajko krótkie miecze. Z około pięćdziesięciu sztuk złota, większość w platynie, 6 sztuk złota już wydał. Zrabowaną biżuterię podzielił an dwie kupi, jedna skromniejsza zawierała trzy srebrne sygnety i jeden bogato zdobiony złoty, oraz dwa srebrne łańcuszki bez szczególnych znaków, warte w sumie około 100 sztuk złota. Druga zawierająca bogato zdobiony złoty łańcuch z małym ametystem, pierścień z rubinem i złotą obrączkę umieścił an drugiej kupce. Całość była warta z 300 sztuk złota, niestety wszystkie przedmioty były trefne, oznaczone herbem lorda, albo w inny sposób mogące być łatwo z nim skojarzone. No nic to musiało wystarczyć. Karzeł kiwnął na Skatiego i obaj odeszli odrobinę poza zasięg słuchu reszty, wtedy Skunka wyłożył mu pokrótce swój plan.
- Idę do miasta, najkrótszą drogą, bo jak widzisz czas nam się kończy. Wy idźcie dalej tak jak planowaliśmy i wejdźcie przez bramę od Framberga. Zadokujcie się gdzieś w mieście i nie zwracajcie na siebie uwagi, znajdę was. Gdyby Marcus przestał być sobą, lub zaczął sprawiać poważne kłopoty, zabij go. Dla niego może już nie być ratunku, a i my przez niego zginąć możemy. Masz – tu Skunka wcisnął w ręce lekko zaskoczonego mężczyzny zawiniątek. – To trefny towar, ale może nie będziecie mieli wyjścia. Najlepiej daj go pod opiekę Marcusowi – i zanim Scatty zdążył cokolwiek odrzec Skunka już zniknął przesłonięty krzakiem, jakby rozpłynął się w ciemnościach.

Karzeł przez chwilę przemierzał las w stronę, z której przyszli, po czym wdrapał się na drzewo i wykorzystując swoją dość niezwykłą zręczność, niesamowitą skoczność i spore umiejętność wspinaczki przemierzył kilkadziesiąt metrów przechodząc z drzewa na drzewo. Choć nabawił się przy tym trzech sporych guzów i lekko nadwyrężył pogryzioną nogę, to w połączeniu z naturalną zdolnością do zacierania śladów jego przechadzka powinna załatwić sprawę ewentualnej pogoni. Gdy już skończył zabawiać się z drzewami, pobiegł najkrótszą drogą w stronę murów, cały czas ukrywając się w sprzyjającym terenie pod osłoną ciemności. Gdy był już dość blisko zatrzymał się by z liny, siekier i odrobiny szmat sporządzić kotwiczkę dzięki, której miał zamiar wspiąć się na mury. Przy okazji przez chwilę się im przyglądał. Marcus po części miał rację, bliskość Frambergu, rozleniwiła strażników. Nikogo nie było na murach. Chwileczkę jeden dokonywał obchodu, ale wyraźnie był znudzony robotą i ze trzy razy ziewnął zanim zniknął Skunce z oczu. Ten odczekał jeszcze chwilę i potem ruszył w stronę muru, ten nie był zbyt wysoki. No ale był i to wystarczyło, żeby niejednego śmiałka zniechęcić, ale nie Skunkę. Ten zakręcił kotwiczką i cisnął ku blankom, niestety nie wycelował dokładnie i kotwiczka opadła na ziemię na szczęście dzięki wyciszeniu praktycznie bezgłośnie. Drugi raz poszło już znacznie lepiej, karzełek pociągnął jeszcze kilka razy by sprawdzić czy trzyma dobrze, ale widocznie wszystko było w porządku, bo siekiery nie spadły mu na głowę. W końcu zaczął się wspinać wykorzystując mur jako oparcie dla nóg. Szło mu całkiem nieźle choć zmachał się okrutnie i w końcu był na szczycie, złapał kotwiczkę przebiegł na druga stronę i rozglądając się uważnie, po schodach wiodących z muru, niezauważalnie zszedł pomiędzy ciasne uliczki.

Na dole odetchnął pełną piersią. Przez chwilę poczuł się jak w domu, znaczy miejscu, w którym spędził praktycznie całe swoje życie, bo nikt zdrowy na umyśle nie nazwałby go domem. Nikt oprócz Skunki, on nie znał innego, ale nie czas było na wspominki. Rozmontował prowizoryczną kotwiczkę i ruszył przez miasto, wyuczone instynkty wracały. Choć nigdy tu nie był, rozpoznawał charakterystyczne znaki i zapachy miasteczka, praktycznie bezbłędnie potrafił określić, który zaułek kończy się ślepo zanim jeszcze do niego wszedł. Lata praktyki ulicznika robiły swoje. Teraz jednak przywołał inne doświadczenie. Doświadczenie, które nabywał od piątego a może szóstego roku życia i ruszył w stronę bramy, przez, którą nie tak dawno wyruszyła pogoń. Nie miał zamiaru zbliżać się bezpośrednio do bramy ani tym bardziej przez nią przechodzić. Wiedział jedno, że w każdym mieście, nieważne jak bogobojnym zawsze znajdą się ludzie by być na bakier z prawem, a wystarczy ich kilku by się odpowiednio zorganizowali i utrzymywali kontrole nad ciemną stronę każdej społeczności, a tacy ludzie chcą być dobrze poinformowani. Tak też musiało być i tutaj, nie inaczej. Ot karzełek już dotarł w pobliże bramy, rozejrzał się uważnie wsłuchał w rytm miasteczka, o tam ta większa sterta łachów w ciemnym zaułku, w miejscu skąd o dziwo bardzo dobrze widać samą bramę. Skunka przykucnął w pobliżu. Wiedział, ze się nie pomylił, gdyż zanim się odezwał sterta nieznacznie się poruszyła, pewnie jej właściciel, właśnie wymierzył w niego kuszę. Nie czekał na więcej, wiedział, że jest na dobrym tropie, doświadczenie zdobywane latami nie poszło na marne. Rzucił cicho w slangu znanym tylko takim jak on i mieszkaniec sterty łachów. Dla postronnych niezrozumiałym, ale mniej więcej brzmiało by to tak, gdyby ktoś postarał się monolog Skunki przetłumaczyć
- Brat w niedoli, kroczący ciemna nocą przybywa z daleka. Potrzebuje pomocy i gotów za nią zapłacić krwią. Czas goni go. Prosi o szybki kontakt z wyższą instancją. Potrzebuje informacji o kilku jeźdźcach, którzy kilka godzin temu wjechali przez tą bramę oraz pomocy w konfrontacji z nimi, – na słowo jeźdźcy kupa szmat drgnęła, więc Skunka wiedział, ze jest na dobrym tropie. Poczym w ręku Skunki zakołysał się srebrny łańcuch z zapiętym na nim złotym sygnetem.

Nie musiał czekać długo pod sterty szmat wystrzeliła ręka i złapała zdobycz chciwie, po czym zniknęła z powrotem. Nagle na znak, którego nawet Skunka nie zauważył, z nory tak małej i ciemnej, że zdawało się, że w ogóle nie istnieje wypełzł dzieciak może pięcioletni i podskoczył cichutko niczym cień do sterty, poczym zniknął pod nią. Skunka drgnął w jego umyśle obudziły się wspomnienia. Wspomnienia, których wolałby sobie nie przypominać. Ręka powoli drgnęła i zacisnęła się na zdobytym sztylecie. Jednak karzeł w porę zdążył się opanować i praktycznie był pewny, że właściciel stery szmat nie dostrzegł jego nagłego wzburzenia. Przez chwilę trwały ciche szepty poczym dzieciak pojawił się z powrotem, ściskając w ręce złoty sygnet i zniknął gdzieś w głębi uliczki niczym cień. Skunce nie pozostało nic innego tylko czekać, wtopił się w mrok i pogrążył we własnych wspomnieniach.
Ostatnio zmieniony pn lis 02, 2009 11:00 am przez Burko, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: [DnD-Bissel] - I - Ofiara (Wd i B)

pn lis 02, 2009 1:01 pm

Scatty

Jak zwykle maszerował w milczeniu nie narzekając na zmęczenie, ani niewygody drogi. Elokwencja, charyzma i temu podobne słowa znał tylko z teorii. Chciał odpoczynku. Tak samo jak jego kompani był przemoczony, zmarznięty i rozgoryczony swoim losem. Ale milczał. Narzekanie innych zawsze go irytowało, to też nie miał zamiaru robić tego innym. Postanowili chwilę odpocząć. Wykidajło usiadł na gęstej kępce trawy, która dla jego zmęczonych nóg stanowiła miłą i miękką odmianę. Człek podciągnął kolana pod piersi i oparł na nich swe ręce opuszczając głowę w dół. Był senny, ale nie zamykał oczu, bo nie chciał stłumić swego skupienia. Wciąż się zastanawiał nad wizją anioła, który proponował mu swój układ. Na szczęście nie musiał się długo nad tym zastanawiać, gdyż Skunka poprosił go na bok. Niski człowiek oznajmił, że zmierza do miasta krótszą drogą. Pewnie tylko on ją zna i jest raczej niedostępna dla Scatty’iego i reszty. Wykidajło najbardziej się zdziwił z faktu różnych świecidełek, które Skunka wcisnął mu do ręki. To dawało młodemu człowiekowi pewien cień pewności, że Skunka nie chce ich wykiwać. W końcu sam mógłby spieniężyć cały osprzęt który znalazł i zostawić ich samych sobie.

-A…- chciał coś powiedzieć, jednak gdy podniósł wzrok z zaciśniętej pięści Skunki już nie było. –Szybkiś…- syknął pod nosem. W końcu jednak wrzucił błyskotki do kieszeni i wrócił do reszty. –Dobra. Czas leci, pospieszmy się to jutro będzie czas na odsypianie i odpoczywanie w łóżku w szynku w mieście.- odezwał się w końcu. Jednak nim ktokolwiek zareagował, swój spektakl zaczął niezależny Marcus. Bredził, jakby ktoś przemawiał przez niego. Scatty poczuł jak robi mu się ciepło, bo o ile da sobie radę z spitym osiłkiem, to z opętanym przez demony może sobie nie poradzić. Człek jednak ich nie atakował, nie odgrażał się, a konsekwentnie, siedząc na głazie przemawiał. Wykidajło przełknął ślinę i przejechał dłonią po głowie. Głowie, w której tłoczyło się od dziwacznych myśli. Co jeśli i oni niebawem zaczną tak się zachowywać. Co jeśli Marcus dostanie takiego ataku za bramą w obliczu straży miejskiej, lub jakichkolwiek innych świadków. Strach było się nad tym zastanawiać. Scatty w końcu się przełamał i prędko doskoczył do Marcusa. Młodzieniec złapał go za ramiona i potrząsnął mocno –Zbudź się! Co Ci jest?!- nie krzyknął, a rzekł podniesionym tonem, w końcu jednak wymierzył mu potężny cios w żuchwę mając nadzieję, że to przywróci mu zmysły…

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości