Zrodzony z fantastyki

 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

śr lut 29, 2012 8:25 pm

-To świetnie!- podsumowała krótko kobieta wskazując palcem zasypane podnóże ogromnego wąwozu -Tam jest szczelina, o której mówiłam! Trzeba stopić jakoś ten śnieg!- dodała. Kobieta jednak nie czekała na pomoc Nyarli. Uniosła dłonie i rozpoczęła dziwny, energiczny taniec, nucąc przy tym przesycone magią słowa. Kilkanaście metrów nad jej głową pojawiła się mała chmura. Chmura, która z każdą kolejną sekundą zaczęła rosnąć i nabierać objętości. Już po kilku chwilach była wielkości sporego krętu. Youri przestała tańczyć i wskazała raz jeszcze palcem kierunek, w którym powinni się udać. Nagle z czarnej chmury poczęły spadać ogniste krople deszczu. Było to niesłychane zjawisko. Wyglądało to jakby podpalona oliwa spadała z nieba. Droga do wąskiej szczeliny po kilku minutach była już do przejścia.

Wąska szczelina nie pozwoliła zabrać ze sobą wierzchowców. Dla czarownicy nie był to jednak problem, gdyż ukrywanie zwierząt w stworzonym magicznie domku było od dawna przez nią praktykowane.
-Jak się dowiedziałaś, gdzie jest droga?- spytał avariel, z czystej ciekawości.
-Spytała jego...- odrzekła wskazując odkopany rękami głaz, leżący kilka metrów od miejsca gdzie druidka tańczyła rzucając zaklęcie. Kobieta ruszyła przodem, zaraz za nią szedł Thog.
-Kamień?- spytał elf wzruszając ramionami. Kompani skierowali się za Youri. Szczelina w skale była tak wąska, że sama kręta i stroma ścieżka nie była zasypana śniegiem. Tutaj jednak wiatr wiał z taką siłą, że idąc musieli się pochylać do przodu, by nie stracić równowagi.
Na szczęście żadne z nich nie było odziane w ciężki pancerz, gdyż w takim maszerowałoby się znacznie trudniej. Nikt nie narzekał na trudy wspinaczki. Nie było na to czasu ani siły. Po dwóch godzinach męczącej wędrówki dotarli w końcu do ujścia jaskini, znajdującej się u podnóża zamku. Stara budowla straszyła swym ponurym widokiem, jednak nie zamek był najstraszniejszy. To wiatr, który wzmagał się tu do takiego stanu, że idąc musieli trzymać się za ręce, szczególnie Gabriel miał sporo problemów, gdyż jego skrzydła były targane co chwila w różne strony. Ból malował się wręcz na jego twarzy. Był jednak mężny i nieugięty. Bez słowa skargi dotarli do zniszczonej bramy, która nie stanowiła żadnej ochrony dla zamku, jakby jego mieszkaniec w ogóle nie obawiał się nadejścia wrogów. Temperatura była tutaj tak niska, że każde wdech powodował nieprzyjemne drapanie w płucach.

Para z ust błyskawicznie zamarzała, brwi, rzęsy i usta w mgnieniu oka pokryły się drobną warstwą lodu. Żadna istota, nieodporna na tak skrajne temperatury nie miała tutaj najmniejszych szans przeżyć. Na szczęście, kiedy tylko weszli do wnętrza starej budowli wiatr ustąpił, choć zamek nieustannie drgał jakby miał niebawem polegnąć w walce z przyrodą na przestrzeni czasu.
-Czego szukamy?- spytał drżącym głosem Armand.
-Czegokolwiek, co żyje...- odrzekła Youri.
-Albo i nie żyć...- burknął pesymistycznie Thog. Półork rzadko się odzywał, ale jak już mówił to konkretnie.
-Czuję, że to podobny rodzaj magii, do tej którą się param, wypacza pogodę.- dodała genasi.

Kompani energicznym krokiem zbadali większość korytarzy zamku, choć trochę czasu to zajęło. Nic jednak nie znaleźli. Dopiero, kiedy dotarli do wejścia, do wysokiej wieży, która majaczyła wśród chmur doszło do nich, że być może ktoś na jej szczycie zabawia się w manipulowanie pogody. Kręte schody prowadzące na górę były kompletnie zamarznięte. Z resztą jak i ściany. Mróz był tutaj tak silny, że po każdym kroku podeszwa buta przyklejała się lekko do podłoża. Youri skinęła głową do Nyarli i Gabriela. Wiatr znów coraz mocniej się tutaj wzmagał, nerwowo trzepocząc ubraniami kompanów. Mimo to parli do przodu. Thog wejrzał przez poręcz, na górę.
-Dach nie być...- burknął. Faktycznie kilkanaście pięter wyżej, tam gdzie powinien być dach, widać było zachmurzone niebo i wirujące wkoło powietrze.

Dotarli na miejsce. Ich oczom ukazał się tajemniczy człek unoszący się jakiś metr nad podłożem, lekko wirując wokół własnej osi. Wiatr, był tu spokojny, ale niezwykle chłodny. Człek jakby na to w ogóle nie zważał. Miał rozpostarte ręce i był mocno skoncentrowany nie zważając na bliską obecność nieproszonych gości. Odziany był grubo, ale zdecydowanie było to za mało, by uchronić zwykłego człeka przed tak zabójczą temperaturą. Miał długie do ramion włosy o trudnym do zidentyfikowania kolorze, przez białą warstwę szronu, która je pokrywała. Pod zerwanych dachem wieży panowała cisza i względny spokój, zupełnie jak w oku cyklonu. Człek nagle otwarł oczy i opadł spokojnie na podłogę.
-Czego tu szukacie?!- krzyknął głosem przesiąkniętym goryczą i złośliwością...
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

sob mar 10, 2012 2:14 pm


Czarownica uważnie obserwowała poczynania druidki i magię, którą wezwała na pomoc. Była to moc zupełnie inna niż ta, z której sama korzystała. Płynęła z innego źródła w sposób, którego Nya nie umiała pojąć bez głębszych badań czy kogoś, kto wskazałby jej, jak z niego korzystać. Czuła jednak przepływ energii i zmianę jej poziomów w otoczeniu. Przyglądała się magicznej chmurze i ognistemu deszczowi raczej z zainteresowaniem niż zaskoczeniem. Fakt, że Youri poznała umiejscowienie ścieżki dzięki kamieniowi jedynie potwierdził przypuszczenia kobiety, że genasi nie była pierwszą lepszą druidką wysłaną na zwykłe rozpoznanie sytuacji. Musiała posiadać na tyle umiejętności, by poradzić sobie tu jedynie ze wsparciem natury. Pasowała do ich grupki i uzupełniała ją swoimi talentami.

Droga szczeliną była bardzo uciążliwa, choć krótka. Najgorzej było z Gabrielem, ale avariel miał duszę wojownika i Nya wiedziała, że ani słowem nie będzie narzekał na dyskomfort. Przeżył w zaświatach, przeżyje i tutaj. Z całej drużyny najlepiej trzymali się Youri, Wiktoria i Thog. Obie kobiety posiadały domieszkę krwi istot spoza tego planu, co pozwalało im odrobinę lepiej znosić niedogodności, z kolei półork przywykł to bardzo różnych warunków atmosferycznych. Za to czarownica przekonała się, że smocza krew wcale nie jest idealnym rozwiązaniem na wszystko. Mogłaby próbować ogrzać okolicę z pomocą magii, ale wiedziała, że moc może być jej wkrótce bardziej potrzebna niż chwilowe ułatwienie wędrówki.

Dotarłszy do wieży, zaczęli powoli i ostrożnie piąć się w górę. Innej drogi nie było. Każdy nieostrożny krok mógł skończyć się upadkiem i być może pociągnięciem kogoś jeszcze za sobą. W wieży było znacznie spokojniej niż dookoła, zupełnie jakby znaleźli się w samym centrum. Musieli zatem dobrze trafić. Po wspięciu się na szczyt ich oczom ukazał się widok dość... niecodzienny. Mężczyzna, który unosił się w powietrzu, musiał być okiem cyklonu, centrum wszystkiego, co działo się z pogodą dookoła tego miejsca. Wzmianka Youri na temat magii podobnej do jej własnej oraz widok, który zastali, przywiódł Nyarli tylko jedno skojarzenie. Szaleniec.

Wyszeptała słowa zaklęcia, okrywając się dodatkową magiczną zbroją i obserwowała uważnie obcego. Aż dziw, że nadal był w stanie normalnie funkcjonować, mimo że wyraźnie było widać, iż musiał już wiele czasu spędzić tu w takiej pozycji. Sposób, w jaki przywitał kompanię, wskazywał, że nie jest zadowolony z tej wizyty. Nikt jednak nie zamierzał się wycofywać.
- Szukamy źródła tej beznadziejnej pogody. I najwyraźniej znaleźliśmy... - odparła Nyarla zupełnie spokojnie, z ulgą stwierdzając, że nareszcie nie musi krzyczeć, by porozmawiać - Co tu się wyprawia? Zakładam, że zdajesz sobie sprawę, jak destrukcyjnie wpływasz na okolicę i ingerujesz w naturę. Po co Ci to... Może lepiej odpuść?
Kątem oka zauważyła, jak dłonie Gabriela i Ur'Thoga lądują na rękojeściach ich broni.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

ndz mar 11, 2012 12:33 pm

Mężczyzna zmarszczył czoło, aż pojawiły mu się spore zmarszczki na nim. Słowa Nyarli niezbyt go dziwiły. Tak przynajmniej wyglądał. Zdawał się być nie tyle spokojny, co mistrzowsko opanowany. Tajemniczy osobnik sięgnął ręką pod srebrzystą kolczugę, po czym spokojnie jak gdyby nigdy nic wyciągnął złoty symbol Talosa. Robiąc to wyprostował się i wypiął pierś jakby rozpierała go duma z faktu, jakiemu bóstwu służy.
-Talosyta!- krzyknęła Wiktoria. Gabriel błyskawicznie dobył swego miecza, podobnie zresztą jak Thog, który ciągle trzymał swój dwuręczny topór, tylko teraz uniósł go w gotowości do boju. Armand również dobył miecza, zaś Youri poczęła odśpiewywać swoje zaklęcie.

Talosyta zmrużył oczy i uniósł ręce na boki. -Agrhhh!- krzyknął z całej siły płuc w ułamku sekundy przepotężny podmuch wiatru porozbijał grupę podróżników po ścianach szczytu wieży. Wiatr był jeszcze silniejszy niż, kiedy grupka wspinała się po wąskiej ścieżce by dostać się do podnóża zamku. Uniemożliwiał oddychanie i wciskał gałki oczne do czaszki. Towarzysze czuli się tak jakby ktoś uwięził ich dusze w cielesnych więzieniach, wszak nie mogli nawet drgnąć. Choć wiatr przyciskał ich do ściany krótką chwilę zdawało im się to wiecznością.
Talosyta opuścił ręce a kompani poczuli swobodę. Wiatr ustał a oni mogli złapać dech w piersi.

-Nie ma żartów z potęgą Talosa i furią natury!- krzyknął poirytowany, jakby z nadejściem wiatru stracił swój spokój.
-Czy ktoś narzekał na pogodę rok temu?! Nie! Nikomu wcześniej nie przeszkadzała moja obecność tutaj!- wrzeszczał tak, że na jego skroniach pojawiły się małe, pulsujące żyłki.
-Nikt wcześniej tu nie dotarł. Od wielu dni... Od wielu dekadni. Nikomu się to nie udało. Ginął gdzieś po drodze, w mrozach albo spadał ze skały strącony wiatrem... Wam się udało.- zrobił skonsternowaną minę. Zbierający się z podłoża towarzysze czuli, że to będzie grubsza sprawa.
-Dotarliśmy tu nie na darmo talosyto! Poniesiesz konsekwencje naginania praw natury!- warknęła Youri.

-Z błogosławieństwem naszych bogów odeślemy Cię w niebyt oprawco!- wtrąciła się Wiktoria.
-Z błogosławieństwem waszych bogów?! A kim są wasi bogowie?! Kim Wy jesteście? Zaślepieni sztywno ustalonymi dogmatami działacie jakbyście mieli klapki na oczach!- odrzekł gniewnie -Żyłem tu z ukochaną przez tak długi czas nikomu nie wadząc. Do czasu jak nie pojawili się tu słudzy Torma... Nie byli w stanie mnie pokonać, więc uprowadzili moją ukochaną...- zamyślił się spoglądając w zachmurzone niebo nad jego głową, poprzez ogromną wyrwę w dachu wieży -Chcecie by pogoda wróciła do normy? Odzyskacie ją dla mnie. Odzyskacie moją ukochaną z rąk Tormitów, a ja przywrócę spokój tym krainom.-

-Nie ufajmy mu! To sługa zdradliwego boga! Oszuka nas i wbije nóż w plecy przy najbliższej okazji...- syknęła aasimarka.
-Zróbcie co wam nakazałem, albo nie wracajcie tu, bo następnym razem porozrzucam wasze truchła po całej okolicy nie pstrykając nawet palcem!- krzyknął. Mimo wszystko mieli wybór. Próbować sił z talosytą, odejść, lub zwyczajnie spróbować w jakiś sposób pomóc odzyskać ukochaną sługi Pana Furii.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

śr mar 14, 2012 4:08 pm


Powitanie, jakie zgotował im wyznawca Talosa, sprawiło, że Nyarla miała ochotę cisnąć w niego zaklęciem, gdy tylko znów była w stanie stać o własnych siłach. Niechybnie zrobiłaby to, gdyby mężczyzna nie przemówił. Jego słowa szczerze ją zaintrygowały. Nie podobał jej się natomiast ton, w jakim toczyła sie rozmowa. Czarownica nie była pewna, czy daliby sobie radę w walce na terenie przeciwnika i w warunkach jemu sprzyjających. Niespecjalnie zaś uśmiechała jej się dalsza zwłoka spowodowana ewentualnymi obrażeniami. Rozprawienie się z Talosytą mogło być najszybszym sposobem na załatwienie sprawy, ale było zarazem najgorszym i najbardziej niebezpiecznym. Zwłaszcza że zachowywał się nieco szalenie...

Uniosła dłoń, uciszając towarzyszy i wbiła spojrzenie w Talosytę.
- Po pierwsze, jeśli mamy rozmawiać, to w normalnych warunkach, a nie przekrzykując się nawzajem. Po drugie, nie interesuje mnie od jak dawna nikomu nie przeszkadzała obecna pogoda. Faktem jest, że w swojej egoistycznej potrzebie ukazywania żalu za ukochaną całemu światu niszczysz dorobek wielu ludzi, zaburzasz naturalny cykl przyrody i wpływasz negatywnie na znacznie większy obszar niż wymaga tego Twoja tęsknota i problem z Tormitami. W efekcie cierpi na tym więcej osób niż powinno, a to jest zwyczajnie głupie. - mówiła spokojnie i rzeczowo, nie czując się jakoś specjalnie zaangażowana emocjonalnie w to wszystko.
Dla niej sprawa była prosta - zła pogoda utrudnia i wydłuża podróż, a ona nie miała czasu.

- Po trzecie... - tym razem zwróciła się bardziej do swoich kompanów niż właściciela wieży - ...po wszystkich przejściach część z was powinna już wiedzieć, że świat nie jest czarno-biały. Skoro illithidzi mogli dotrzymać słowa w zamian za pomoc, to czemu on nie może jej potrzebować? Wyznaje Talosa, prawda, ale jak widać potrafi mimo to czuć coś pozytywnego do kogoś. Licz, którą przyprowadził Khelben do pustelnika, też mogła chcieć nas pozabijać, a jednak nie miała takiej potrzeby. Nie oceniajcie po pozorach... Zamierzam mu pomóc, z Wami czy bez Was. Nie zajdziemy daleko, jeśli każdą przeszkodę pokonywać będziemy chcieli siłą.

Kiedy skończyła, odwróciła się ponownie do Talosyty.
- Jestem Nyarla Salvani, córka Tristhandera, służę Ognistowłosej. - obserwowała mężczyznę spode łba - Chcę, by pogoda wróciła do normy i jestem skłonna pomóc ci w odzyskaniu kobiety, ale muszę wiedzieć kilka rzeczy na początek. Przede wszystkim kiedy ją porwano i skąd wzięli się tu Tormici. Poza tym nie bardzo rozumiem, czemu Ty nie jesteś w stanie w żaden sposób pomóc jej, a skoro nie mogli Cię pokonać, dlaczego nie wykorzystasz potęgi natury, aby ją odzyskać? Trochę się to całości nie trzyma, ale jeśli chcesz zaznać spokoju i mieć ją tu z powrotem, radzę współpracować. Równie dobrze możemy odejść, a Ty będziesz dalej pławił się w mrozie i burzach. Nam w końcu uda się opuścić teren, na który możesz oddziaływać i powędrujemy dalej. A z nią Tormici mogą zrobić w tym czasie, co zechcą. Nie tylko my potrzebujemy, aby pogoda wróciła do normy, ale i Ty potrzebujesz naszej pomocy, jeśli chcesz jeszcze ją zobaczyć, a nie umiesz sobie z tym sam poradzić.
Nya zdawała sobie sprawę, że wiele ryzykuje, prowadząc tak agresywnie rozmowę, ale odnosiła wrażenie, że inaczej nie dotrze do mężczyzny.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

śr mar 14, 2012 6:05 pm

Był sługą talosa. Boga furii. Naturalną cechą charakteru tego człowieka był fakt, że pewnie często i z błahych powodów wpadał w szał. Tak jak teraz. Kiedy, jednak dostrzegł zimną krew Nyarli i on się uspokoił.
-Nie obchodzą mnie wasze imiona, ani to, jakim bóstwom oddajecie cześć. Aquuiariuamini. Tak nazywa się moja ukochana. Spamiętajcie to dokładnie.- rzekł mrużąc oczy. Dokładnie zmierzył wzrokiem każdego z osobników, którzy przed nim stali. Najwięcej uwagi poświęcił samej Nyarli i Wiktorii. Pewnie nie tylko ze względu na wyjątkową urodę kobiet, ale może i dlatego że wyczuwał ich rodowód, obeznanie z magią. Cokolwiek, co odróżniało je od przeciętnych śmiertelniczek.
-Aquuiariuamini?- spytała druidka marszcząc czoło.

-Znasz ją?- rzucił Armand spoglądając na Youri.
-Nie. Ale słyszał to imię. To potężny żywiołak powietrza. Strażnik pomniejszych żywiołaków, prastara istota.- wyjaśniła druidka. Talosyta pociągnął nosem i pokiwał głową.
-Tak było kiedyś. Zrezygnowała jednak ze swej potęgi, przenosząc się na nasz plan. Wiele jej mocy znikło, kiedy osiadła tutaj...- miał skonsternowaną minę -Niedaleko stąd znajduje się klasztor Tormitów. Jakiś czas temu przybyła tu grupka młodych akolitów. Pewnie otrzymali jakąś misję od swego przeora, by oczyścić te tereny z potworów... Cóż zaatakowali nas i ponieśli tego konsekwencje. Po kilku dekadniach przybyła tu kolejna grupa. Nie byle akolici, silni i wpływowi. Rycerze i kapłani. Kilku zwiodło moją uwagę walką, reszta spętała moją ukochaną magią. Kiedy się zorientowałem było za późno.- wzruszył ramionami. Jego ton był spokojny, choć pełen żalu.

-Ich klasztor, to święte miejsce. Dawno temu, elfy zaklęły tamte ziemie, tak by żadne istoty o wrogich zamiarach nie mogły dostać się do środka. Na nic zdały się moje 'odwiedziny'. Na nic zdało się wysyłanie przyzwanych istot z innych planów. Postanowiłem więc, że skoro nie mogę dostać się do środka, to też nikt z klasztoru nie wyjdzie. Okolice budowli są zasypane śniegiem i żaden kapłan, żaden rycerz czy mag nie zmieni tego stanu, do momentu jak u mego boku nie stanie moja ukochana.- zawiesił ręce na piersi. Wyglądał na niezłomnego, zupełnie tak jakby żaden argument miał na niego nie podziałać -Wy zaś macie czyste serca. Możecie dostać się do środka i pertraktować. W jaki sposób odzyskacie moją miłość, już nie jest moim problemem.- dodał po chwili.
-Sam powiedziałeś, że żaden mag, kapłan, czy rycerz nie opuści klasztoru. Jak my się tam dostaniemy?- spytała Wiktoria.

Talosyta zmrużył oczy i skinął jej głową.
-Pięć dni. Przez pięć dni pogoda się uspokoi, byście mogli dostać się do klasztoru. Potem zaś mój gniew znowu pobudzi furię natury i wichury, gradobicie oraz błyskawice zasłonią niebo. Spieszcie się zatem i nie marnujcie czasu.- rzekł.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

wt kwie 21, 2015 8:30 pm



Miłość to wielka siła. Potrafi pchnąć do czynności, których normalnie by się nie zrobiło. Jak choćby poświęcenie swej potęgi i opuszczenie rodzimego planu. W tym przypadku zagrożone uczucie zdawało się mieć destrukcyjne konsekwencje. Kto wie, do czego jeszcze zdolny był zrozpaczony kapłan boga furii. Nyarla wiedziała, że nie każdemu z grupy będzie w smak próba odzyskania Aquuiariuamini. Jednak, jak powiedział jej kiedyś Eryk i co doskonale poznała już sama, świat nie jest tylko czarno-biały. Jeżeli istotnie żyli tutaj, nikomu nie wadząc; jeżeli faktycznie Tormici porwali kobietę, bo był to jedyny sposób w jaki mogli pokonać Talosytę...
~ Trochę to żałosne w ich wykonaniu. ~ zachowała jednak tę uwagę dla siebie.

- Pozostaje nam zatem odwiedzić Tormitów i spróbować rozwiązać ten problem. - podsumowała. - Nie zamierzam robić sobie z nich wrogów ani przypuszczać szturmu na ten klasztor, więc mam nadzieję, że zaklęta ziemia przepuści nas bez dodatkowych utrudnień. - powiedziała bardziej już do swoich towarzyszy niż kapłana.
- Pięć dni. Postaramy się je dobrze wykorzystać. Nie marnujmy więcej czasu. - poleciła i wycofała się ku wyjściu.

Przez chwilę, ledwie mgnienie oka, zastanawiała się, czy nie wykorzystać okazji i nie ruszyć po prostu dalej w swoją stronę. Pięć dni w zupełności wystarczyłoby na wydostanie się z terenów, na które oddziaływała moc Talosyty. Myśl ta jednak zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Nyarla nie byłaby sobą, gdyby zostawiła cały ten obszar na łasce i niełasce zrozpaczonego furiaty. Słowo się rzekło.

Powrotne przejście było dużo łatwiejsze z uwagi na brak uporczywego wichru i zamieci. Kiedy już wszyscy byli na zewnątrz, Nyarla zwróciła się do towarzyszącej im wciąż genasi:
- Czy zechcesz nam towarzyszyć w podróży do klasztoru Tormitów? Znasz okolicę i zapewne zależy ci na przywróceniu równowagi. Bardzo przydałaby się nam twoja pomoc. - uśmiechnęła się do genasi. - Tak jak mówiłam, nie zamierzam tu wszczynać żadnej wojny. Chciałabym po prostu porozmawiać z Tormitami i dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo ten kapłan im przeszkadzał.
Miała nadzieję, że uda się wypracować jakieś pokojowe rozwiązanie. Nie uśmiechała jej się ani krwawa jatka ze sługami Torma, ani walka z Talosytą, który przez taki czas nękał okolicę.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

śr kwie 22, 2015 10:45 am

Talosyta stał dumnie na szczycie wieżycy lustrując chłodno gromadkę poszukiwaczy przygód. Mężczyzna zdawał się niebardzo zawierzać słowom Nyarli. Być może podejrzewał, że kobieta chce zyskać tylko parę dni spokojnej pogody, aby móc przeprawić się do celu. Wiek mężczyzny szedł w parze z życiowym doświadczeniem. Pewnikiem nie raz ktoś chciał go oszukać, lecz mimo to zdawał się uwierzyć Nyarli i jej kompanom. Nadzieja na odzyskanie miłości była silniejsza od zawahania czy rozsądku. Talosyta odwrócił się do nich plecami. Prawą nogę położył na sporym skalnym bloku, który był kiedyś częścią owej wieży, ręce zaś oparł na biodrach.
-Nie wiem kim jesteście, ale zdajecie się mieć dobre chęci a ja i tak nie mam innego punktu zaczepienia, co by rozwiązać ten problem. Niechaj tak będzie. Pomogę wam. To też i mój interes. Choć nie. Właściwie to przede wszystkim mój interes.- wzruszyła ramionami. Nim kobieta skończyła wymawiać ostatnie zdanie, niebo zupełnie wyjaśniało, szaro-czarne chmurzyska zniknęły znad ich głów zastąpione błękitem, zaś mroźny, lodowaty wręcz wicher zamienił się w ciepły i przyjemny zefir.

Thog rozglądał się zaniepokojony tak szybkimi zmianami w pogodzie.
-Co jest przyjacielu?- spytał avariel dostrzegając wyraz twarzy półorka.
-Jak on to robić? Jak burza tak szybko zmienić w tchnienie wiosny?-
-Myślę, że jeszcze nie raz ten świat nas zaskoczy jak mało co- położył dłoń na ramieniu barbarzyńcy -Ruszajmy. Szkoda czasu.- ponaglił ich. Kompani zgodnie ruszyli krętymi schodami wieżycy w dół, przeprawiając się przez opustoszałe zamczysko, do miejsca gdzie znajdowała się wyrwa w skalnej ścianie.
-Konie nie przebiją się przez ten śnieg. Będą nas tylko spowalniać- rzucił Armand -Nie wiem co to za jeden, lecz musi być na prawdę potężny, skoro jego "domu" nie strzeże żaden przywołaniec, żaden sługa.- rzekł spoglądając za siebie na tajemne przejście do ruin zamku.
-Wiele mil na północ stąd śnieg przykrył ziemię. Jeśli chcecie, moi przyjaciele mogą zaopiekować się waszymi wierzchowcami, na czas naszej wyprawy.- zaproponowała genasi.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

pn kwie 27, 2015 12:37 am



- Tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że nie powinniśmy podejmować z nim walki. - czarownica odpowiedziała Armandowi na jego spostrzeżenie.
Następnie zwróciła się do Youri:
- Jeśli to możliwe, bylibyśmy wdzięczni za opiekę nad nimi. - skinęła lekko głową. - Pogoda się poprawiła, więc pewnie i głodne drapieżniki wychylą nosy ze schronień. Wolałabym nie zostawiać ich samopas. Będziemy mieli wobec ciebie dług wdzięczności.
Nyarla uśmiechnęła się lekko, sama dobrze wiedziała, co znaczy mieć w odwodzie pomocne siły.
- Chciałabym też, żebyście razem z Thogiem zaprowadzili nas w odpowiednie miejsce. Ja nie znam się na terenie. - poprosiła, nie chcąc umniejszać zdolnościom półorka.
- Porozmawiam z waszymi wierzchowcami. Uspokoję je, a następnie poproszę moich zwierzęcych przyjaciół, by zadbali o ich bezpieczeństwo - wyjaśniła spokojnie - Dajcie mi trochę czasu. - oznajmiła, po czym udała się w stronę drzewa, przy którym spętane były konie.
- Cała ta sytuacja trochę mnie niepokoi - odezwał się Gabriel, odprowadzając wzrokiem genasi - Tormici to z zasady rozsądni duchowni. Ciężko będzie ich przekonać do wypuszczenia żywiołaka. Nawet jeśli uda nam się wejść bez najmniejszego problemu w zasięg działania Mythalu, mogą uznać nasze intencje za złe. Nie chciałbym wojny z zakonem Torma, bo to sprowadzi na nas ogrom kłopotów… - Gabriel zmrużył oczy spoglądając na jasny błękit nieba.
- Wydaje mi się, że będzie tam jakiś kapłan Tyra. To najsprawiedliwsi sędziowie. Być może tędy droga?... - zastanawiał się bard.
- Żywiołak i talosyta zabić tormitów. Nikt nie poprzeć nasza sprawa. - wtrącił się również półork.
- Mnie również się to nie podoba. [i]- przyznała Nyarla. -[i] Ale i dziwi mnie to, że ci niby tacy porządni Tormici pozwalają na takie spustoszenie. Chyba powinni powiązać fakty i wyciągnąć wniosek, że aktualna sytuacja jest wynikiem ich działań.
Nyarla westchnęła ciężko, już zmęczona podróżą, która jeszcze się nie zaczęła.
-To oczywiście przy założeniu, że Talosyta nie kłamał. Dlatego bardzo chciałabym poznać wersję drugiej strony, nim zdecydujemy co dalej. - wzruszyła ramionami - Wolelibyście po prostu ruszyć w dalszą drogę?
- Dałaś słowo, że się tym zajmiesz. Nie tylko jemu, ale również i naszej nowej znajomej. - Gabriel znów spojrzał w stronę genasi - Poza tym to nie sprawa walki dobra ze złem. To sprawa walki o miłość. - dodał po chwili, spoglądając swej żonie głęboko w oczy.
- Dalibyście choć na chwilę spokój z tymi ckliwościami. - bard machnął tylko ręką, co spotkało się z piorunującym spojrzeniem Thoga.
- Dobra, już nic nie gadam. - skwitował mężczyzna.
- Może dowiemy się czegoś o twoich włościach w klasztorze. - wtrąciła się Wiktoria.
Nyarla uśmiechnęła się ciepło do męża i przytuliła do niego.
- Tak, a my wiemy jak nikt inny, że o miłość warto walczyć. Sam wiesz, na ile byłbyś gotów, gdyby ktoś zabrał ci mnie. - powiedziała wesoło.
Wciąż nie przyznała się do tego, że oddała duszę, aby zapewnić mu ochronę złotej zbroi.
- Zazdrościsz, Armandzie? - zaśmiała się cicho - Gdybyś przeszedł tyle co my, by te ckliwości mieć, patrzyłbyś na to zupełnie inaczej. - mrugnęła do niego, a reakcja Thoga rozbawiła ją jeszcze bardziej.
Na słowa aasimarki skinęła lekko głową.
- Jeśli będą chcieli z nami rozmawiać, to całkiem dobry pomysł, żeby i o to zapytać. Najpierw jednak trzeba przekonać ich, żeby wypuścili tę żywiołak. Ciężko będzie organizować cokolwiek w warowni, kiedy po drodze szaleć będzie żywioł. - był to w zasadzie kolejny argument, by zająć się tą sprawą. Po kilku chwilach Youri wróciła do dyskutującej grupy oznajmiając im, że wszystko załatwione. Spore złoża śniegu oraz masa drzew nie pozwalały Nyarli ani też żadnemu z jej kompanów dostrzec, w jaki sposób genasi zapewniła bezpieczeństwo wierzchowcom. Zwarci i gotowi na dalsze przygody ruszyli w kierunku klasztoru Tormitów.

***


Śnieg utrudniał wędrówkę i to bardzo. Każdy postawiony krok sprawiał, że nogi wędrowców zapadały się w wierzchniej, mniej zbitej warstwie puchu. Marsz taką drogą był niezwykle męczący i czasochłonny. W końcu nastał zmrok, a Nyarla - jak to już miała w zwyczaju - przywołała magiczną chatę, gdzie wraz z towarzyszami mogła spokojnie odpocząć i przywrócić ciału pierwotną temperaturę. W tym czasie też mogli bliżej przyjrzeć się nowemu kompanowi, którym była genasi ziemi. Była to barczysta, o mało kobiecych kształtach istota. Jej skóra miała kolor ciemnoszary, lecz nie jak u górskich orków, a bardziej jak wysuszona gleba. Jej oczy były głęboko osadzone w czaszce, a kości policzkowe i czoła wystawały nieco bardziej niż u przeciętnej, ludzkiej kobiety. Jej dłonie były masywne, jakby od najmłodszych lat trudniła się fachem kowalstwa. Miała czarne, krótkie włosy, które - jak to u druidów - nie były zbyt zadbane. W oczach Nyarli i każdego wyznawcy Bogini Sune Youri mogła uchodzić za niezbyt atrakcyjną, wręcz brzydką dziewuchę. Lecz Nyarla dawno już nie oceniała innych szablonowo. Teraz liczył się fakt przydatności grupie, a nie prezencji.

Thog ostrzył głowicę swego Płomiennego topora poświęcając mu sto procent swojej uwagi. aasimarka modliła się w duchu siedząc na środku izby ze skrzyżowanymi nogami. Gabriel polerował swoją zbroję, dla której Nya musiała tak wiele poświęcić, a Armand spisywał refleksje z ostatnich dni gotując się do napisania życiowego dzieła o przygodach Nyi.
- Nie wiem, jak sprawa wygląda dziś, lecz do niedawna przeorem w klasztorze [i]Słonecznej Tarczy był Gracjan Osiem Palców. Niewiele o nim słyszałem, lecz wiem, że to był niegdyś zacny wojownik, a do tego niezwykle mądry człek. Był on oddanym sługą Torma i Tyra. Cała formacja to zaś ortodoksyjni pod względem dogmatów wiary rycerze. Nie znajdziemy tam fircykowatych szlachciców szukających alternatywy od nudnego życia w włościach swych rodziców. To rycerze z prawdziwego powołania, gotowi oddać życie i znacznie więcej w imię wiary i w obronie dogmatów Torma.[/i] - odezwał się bard, przerywając na chwilę spisywanie notatek.
- Nie stoimy po żadnej ze stron. Nie mamy nad sobą ani dobra ani zła, w tej kwestii jesteśmy neutralni, albowiem działamy w imię harmonii i równowagi w naturze. - odezwała się Youri.
- I to nam może utrudnić sprawę… - skwitował Armand, po czym odłożył zapisywany pergamin i rozłożył sobie posłanie.
- Każdy może skorzystać z łóżka, powinno wystarczyć dla wszystkich. - wskazała przejście do drugiego pomieszczenia.
Magia chatki odpowiadała na potrzeby rzucającej zaklęcie. W pomieszczeniu znalazło się dość łóżek, by wszyscy mieli gdzie spać. Jedno z nich było nawet podwójne, aby młode małżeństwo mogło spać razem.
- Honor, lojalność, posłuszeństwo. - wymieniła cechy, które kojarzyły jej się z Tormem - Neutralność i bezstronność nigdy nie jest najłatwiejszą opcją. Jak okażą się grupą rycerzy-fanatyków, to będzie jeszcze trudniej.
Z torby wychynęła mała kulka czarnego futra. Przeciągnęła się, prostując łapy i miauknęła głośno. Demon podszedł do Youri, promieniując ciekawością w stronę swojej czarownicy.
- Mam nadzieję, że nie zrobili krzywdy Aquu. - jej imię było zdecydowanie zbyt długie do wymawiania go w całości za każdym razem. - Poznamy ich wersję i wtedy zastanowimy się, co dalej zrobić. Na razie chyba nic więcej nie wymyślimy. Nie zamierzam wszczynać walki z kolejną grupą... Mamy dość wrogów. Odpocznijcie. - poleciła.
Miała w zanadrzu pewien pomysł, jak wpłynąć na Tormitów. Wiedziała jednak, że będzie to wyłącznie ostateczność.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

pn kwie 27, 2015 8:27 pm

17 dzień Pełni zimy 1373 roku Rachuby Dolin


Oto nastał kolejny dzień dla grupy podróżników. Niebo robiło się szare, a gwiazdy jedna za drugą znikały pod wpływem wschodzącego słońca. Thog jak zwykle jako pierwszy budził się ze snu szykując wszystko do wyprawy. Być może były to nawyki, które wpoili mu jego orkowi przodkowie, a może nauczono go tego w podmroku, by ograniczać sen do niezbędnego minimum, więcej swego czasu poświęcając zaś na usługiwanie mrocznym elfom.
Avariel powitał ukochaną czułym pocałunkiem w usta. Czarownica przyglądała mu się gdy wstał z łóżka i przeciągnął się rozpościerając swe skrzydła. Robił to zdecydowanie bardziej spektakularnie od orła czy sokoła. Białe, anielskie pióra zatrzepotały. Mężczyzna z pomocą Armanda przyodział swoją złotą zbroję i przewiązał przez pierś rzemienie, które utrzymywały jego dwuręczniak na plecach. Gdy w końcu byli gotowi do drogi, Nya rozproszyła splot tworzący zaklęcie chatki i kompania udała się w kierunku klasztoru.

19 dzień Pełni zimy 1373 roku Rachuby Dolin


Marsz był ciężki i męczący. Wszechobecny śnieg utrudniał stawianie każdego kroku i tylko porywisty wiatr z północy raz po raz szarpał włosami kobiet jakby chcąc im przypomnieć, że czas im się kończy.
-Wreszcie.- rzucił Armand wskazując palcem majaczącą w oddali, osadzoną na szczycie wzgórza budowlę. Kompani zatrzymali się na chwilę łapiąc oddech. Do zmierzchu pozostało jeszcze parę godzin, lecz każdy z nich w duchu już pragnął ściągnąć przemoczone buty i odzienie, by wygrzać się przy ogniu paleniska i grzanym winie. Nyarla już tutaj, czuła potężną moc pradawnej, elfiej magii Mythalu. Trochę dziwił ją fakt, dlaczego elfy użyły tak potężnej magii tutaj, z dala od swych rodzimych królestw.
-Bądź błogosławiony podróżniku w imię Wielkiej Trójcy.- Youri przeczytała treść drewnianego znaku przybitego do palika nieopodal miejsca, gdzie się znajdowali. To oznaczało, że maszerowali blisko ścieżki, zasypanej śniegiem.

[img]http://s907.photobucket.com/user/dominaka/media/82637_343988.jpg.html
[/img]

Kompani ruszyli dalej. Ostatni etap wspinaczki był męczący, lecz widok ich celu dodawał sił. Po godzinie znaleźli się u bram pod trzymetrowym murem. Faktycznie budowla przypominała bardziej klasztor niż warownię, lecz magia ochronna Mythalu, oraz liczna grupa świetnie wyszkolonych rycerzy sprawiały iż miejsce to było w pełni bezpieczne. Potężne wrota z litej stali musiały być bardzo ciężkie. Całą ich powierzchnię zdobiła rycina Torma, walczącego z Bane'em. W centralnej części prawych odrzwi znajdowały się mniejsze, które z pewnością częściej służyły do przepuszczania, niż całe wrota.
-Thog tak się zastanawiać...- rzucił niespodziewanie półork -Jak żywiołak być taki zły, to jak oni go tu uwięzić? Czary klasztoru przecież chronić go przed obecnością złych...- wzruszył ramionami. Mechanizm zamku zaskoczył po drugiej stronie i mniejsze drzwi otwarły się do środka uchylając niewielką szparę. Avariel pchnął je lekko po czym wszedł jako pierwszy. Reszta kompanii wkroczyła do środka zaraz za elfem.

-Witajcie podróżnicy. Bogowie natchnęli was ogromną siłą, żeście tu trafili w tak niesprzyjających warunkach.- usłyszeli męski głos po prawej stronie. Stał tam samotny rycerz w pełnej zbroi. Pancerz odbijał słoneczne refleksy, budząc niemały podziw, nawet u tych, którzy takiego nie używali. Na jego piersi znajdował się symbol stalowej pięści Torma. Mężczyzna nie miał hełmu, to też można mu się było z twarzy dokładnie przyjrzeć. Był dokładnie ogolony, włosy miał kruczo czarne i zadbane, lecz nie za długie. Twarz miał owalną zaś groźne spojrzenie budziło u męża respekt. Jego głos był silny i męski, zaś cały obraz idealnie pasował to stereotypowego rycerza na białym rumaku, z tym że bez rumaka w tym przypadku.
-Nazywam się Durion, wierny sługa Torma. Czemuż to zawdzięczamy waszą wizytę?- odezwał się po chwili.
-Chcielibyśmy prosić was o nocleg, albowiem wędrówka mocno nas zmęczyła. Jestem Gabriel, to moja żona Nyarla, to jest Armand, to Thog, tu zaś Wiktoria i na Youri.- przedstawił ich elf.

-Pójdźcie za mną.- nakazał, domknął za nimi drzwi po czym ruszył dziarskim krokiem -Nasz klasztor służy pomocą każdemu strudzonemu podróżnikowi bez wyjątku, o ile nie ma złych intencji- wyjaśniał -Wy chyba nie macie- dodał z uśmiechem na ustach -Lecz niestety utrzymanie takiego przybytku jest niełatwe, dlatego od każdego przyjętego gościa przyjmujemy symboliczną kwotę w postaci złotej monety, które są przekazane na potrzeby całej naszej społeczności.- przestrzegł ich od razu, by mieli świadomość iż darmo nocy tu nie spędzą. Rycerz przeprowadził ich przez spory plac, gdzie śnieg był odgarnięty. Być może tutaj wojownicy na codzień szlifowali sztych walki.
-Tutaj wskazał wielki budynek z wieżą, na szczycie której znajdował się spory dzwon -Odprawiamy msze. Jeśli ktoś ma wolę pomodlić się do Trójcy, to idealne do tego miejsce.- kontynuował.

Mężczyzna poprowadził grupę do mniejszego budynku będącego częścią obronnego muru. Piętrowy budynek ciągnął się na całą długość wschodniej części muru. -Tutaj mamy swoje cele. Każdy z nas dzieli ją z jednym bratem. Wy dostaniecie dwie cele czteroosobowe.- dodał mężczyzna.
-Jeśli będziecie głodni, zapraszam was na wieczerzę, godzinę przed zmierzchem, lecz niestety za jadło też trzeba będzie zapłacić.
-Mamy swoje zapasy.- odrzekł Gabriel, choć każdy w duchu miał nadzieję na ciepły posiłek -Lecz z chęcią spróbujemy czym was tutaj karmią.- dodał z życzliwym uśmiechem. Durion skinął głową i spojrzał na każdego z członków grupy z osobna.
-Macie jakieś pytania? Potrzebujecie medyka? Wychodek jest tam.- wskazał niewielką latrynę na uboczu.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

śr kwie 29, 2015 2:54 pm



Podróż była wyczerpująca. Czarownica przeszukiwała pamięć w poszukiwaniu możliwości ułatwienia grupie całej tej wyprawy, jednak nie mogła wpaść na żaden błyskotliwy pomysł. Z daleka już podziwiała twierdzę, zastanawiając się przy tym, jak wypadłaby w porównaniu do Zachodniej Warowni. Ta druga z pewnością nie była strzeżona przez tak potężną magię. Co elfi mythal robił tak daleko od elfich włości i skąd się tu wziął? Być może budowla powstała, by strzec czegoś znacznie ważniejszego niż tylko spokój okolicznych ziem. Czarownica była pewna, że mieszkańcy klasztoru mogliby udzielić jej jakichś odpowiedzi. Nie wiedziała jednak, czy aby będą temu chętni.

- Nie wydaje mi się, aby ta żywiołak była zła. Złe istoty nie poświęcają swojej potęgi dla życia z człowiekiem na innym planie.- kobieta zwróciła się do półorka. - Musi być w tym coś więcej. Coś, czego jeszcze nie wiemy albo nie dostrzegamy.
Po przejściu przez wrota, Nya uważnie przyjrzała się Durionowi. Miała ochotę od razu przejść do rzeczy, na szczęście Gabriel ją ubiegł. Jakakolwiek rozmowa czy dalsze działania zdecydowanie lepiej było podjąć już po odpoczynku.

Poszli za kapłanem, rozglądając się po wnętrzu twierdzy. Nya próbowała zapamiętać rozkład pomieszczeń, kto wie, jak sprawy miały się dalej potoczyć. Oczywiście złoto za nocleg nie było problemem, nawet gdyby zażądano od nich dziesięciokrotnie tyle, ale nie było potrzeby afiszować się ze swoimi zasobami.
~ Ciekawe, czy z Tormem udałoby się skontaktować, tak jak z Sune, gdyby wszystkie inne sposoby zawiodły… ~ pomyślała, gdy mijali miejsce modłów tutejszych mieszkańców.
- Youri, Wiktoria, Thog i Armand wezmą jedną celę, a my dla siebie zostawimy drugą. - Nyarla od razu podzieliła pokoje między towarzyszy. Miło będzie znowu spędzić noc tylko z ukochanym.

- Dziękujemy, Durionie. Chciałabym wiedzieć, kto jest waszym przełożonym i czy byłaby możliwość, aby jutro nas przyjął? - zapytała, chcąc znać chociaż podstawowe informacje.
- Naszym przełożonym?... - mężczyzna zrobił lekko skwaszoną minę, lecz błyskawicznie zatarł na facjacie ślady zmieszania - Moim bezpośrednim przełożonym jest Gamling Nieomylny, lecz przeorem całego klasztoru jest lord Gracjan. Jeśli chcecie mogę was poprowadzić rankiem, po porannych modłach do Gamlinga, lecz nie jestem pewien czy przeor będzie chętny na rozmowy. Ostatnimi czasy choruje i mało co opuszcza swoje kwatery prywatne. - wyjaśnił człek. Nyarla kątem oka dostrzegła krótkie spojrzenie swego męża, lecz nie spuściła z oczu rozmówcy, by nie budzić jego podejrzeń.
- Dziękujemy mości rycerzu. Niech będzie tak jak mówisz. - wtrącił się avariel - Pozwolisz, że teraz odpoczniemy a ze złota rozliczymy się jutro.
- Oczywiście. - odrzekł, po czym pozostawił grupę samą sobie przed celami.

Youri i Thog pownosili plecaki i toboły do skromnych jak to w klasztorach bywa kwater, zaś pozostali odprowadzili wzrokiem Duriona, który udał się do świątyni.
- Niedysponowany przeor? - spytała Wiktoria, jakby lekko nie dowierzając.
- Słyszałem kiedyś imię Gamlinga Nieomylnego. To niezwykle kontrowersyjny i surowy Tormita. - wtrącił Armand, lecz bardziej wartościowych informacji nie posiadał.
- Odpocznijmy. Gdy już się nacieszycie sobą, przyjdźcie do naszej celi. Pomówimy, co dalej. - odezwała się aasimarka, po czym położyła Armandowi dłoń na ramieniu, dając mu do zrozumienia by dał już spokój elfowi i czarownicy. Gabriel uśmiechnął się lekko i spojrzał na żonę.
- Widzieliście jego minę? Może mają tu jakiś rozłam między Gamlingiem i Gracjanem. - powiedziała cicho Nyarla, wzięła ukochanego pod rękę i otworzyła drzwi do ich celi. - Miłego wypoczynku.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

śr kwie 29, 2015 6:37 pm

Mimo iż Nyarla już dawno nie spędziła nocy sam na sam z wybrankiem swojego serca, tego wieczoru postanowili nie korzystać z tej intymności. Raz, że mogło to godzić w przysięgi celibatu zamieszkujących klasztor rycerzy, a dwa że małżonkowi, jak z resztą i cała grupa byli bardzo wyczerpani podróżą przez wysokie śniegi. Gdy kładli się do łóżka nogi dziwnie im drżały a duch odczuwał ogromną ulgę z spoczęcia w łóżku jak każdego wcześniejszego wieczoru, gdy przychodził czas na odpoczynek. Nawet Gabriel, który snu potrzebował niewiele tej nocy ułożył się obok swej ukochanej, pozwalając jej dla większego komfortu i ciepła leżeć na jego prawym skrzydle. Kobieta usnęła jak małe dziecko po całym dniu biegania i kopania kamieni na podwórku. Małżonkowie tego wieczoru nawet nie mieli ochoty na kolacje. Pragnęli tylko położyć się w łóżku i usnąć w swoich objęciach.

~***~


Noc jeszcze była młoda, księżyc nie wskazywał nawet północy na nieboskłonie gdy Demon zbudził Nyarlę gryząc ją z wyczuciem po dużym palcu u stopy. Kobieta najpierw odtrąciła kota energicznym ruchem nogi, lecz gdy ten nie przestawał, wybudziła się z najgłębszej fazy snu i po chwili zrozumiała, że kot budzi ją ze względu na hałas, który dobiegł ją z zewnątrz. Brzęk płytowej zbroi niósł się echem gdy kilku zbrojnych przemaszerowało niewielkim gankiem przed budynkiem z kwaterami.
~Przydałby się Formit...~pomyślała, lecz niziołka już jakiś czas z nimi nie było i musieli sobie radzić bez niego. Nya narzuciła na ramiona płaszcz i prędko włożyła na nogi buty. Najciszej jak potrafiła uchyliła drzwi do celi dostrzegając tylko kawałek placu i budynku świątyni. Kroki mężczyzn oddalały się w kierunku północnym. Kobieta odczekała chwilę i gdy miała pewność, że nic już jej nie wyda wyjrzała. Zdążyła tylko dostrzec znikającego w jakimś pomieszczeniu ostatniego z pochodu.

Przez chwilę biła się z myślami, czy to może zwykły patrol, nocna warta czy coś w tym stylu, jednak instynkt podpowiadał jej, że może to mieć związek z tajemniczą atmosferą w klasztorze. Kobieta zasłoniła dekolt swej nocnej koszuli płaszczem i ostrożnie ruszyła za mężczyznami. Po chwili, dotarła do korytarza, gdzie ów delegacja znikła chwilę temu. Niezwykła moc widzenia w ciemności, która była prawdopodobnie darem po ojcu pozwoliła dostrzec czarownicy koniec prostego korytarza kończący się schodami do podziemi. Nya rozejrzała się dookoła, lecz gdy nie dostrzegła żadnego niebezpieczeństwa udała się w stronę schodów. Po cichu zeszła niżej pokonując o dziwo masę stopni. Po chwili poczuła w duchu zaniepokojonego Demona, który najwyraźniej poczłapał za panią, lecz dostateczny intelekt nakazał mu zostać przy wejściu do korytarza na czatach. Na chwilę znieruchomiała, lecz gdy kot poczuł ulgę spokoju i ona ruszyła dalej. Po chwili chłodny, północny wiatr zamienił się w innego rodzaju chłód związany z aurą podziemi.

Schody skończyły się szerokim i wysokim korytarzem biegnącym w stronę świątyni. Cztery metry dalej kobieta dostrzegła grube, stalowe drzwi, które były lekko uchylone. Z pomieszczenia za drzwiami dobiegała ją silna aura magii, co mogło oznaczać iż tam znajdował się Mythal. Również i tam znajdowali się rozprawiający ze sobą rycerze.
-...prawiła się na lepsze. To coś musi oznaczać. Tylko nie wiem co. Musimy kogoś oddelegować do Romana.-
-Poślę zwiad pod twierdzę. Być może ten szaleniec w końcu się poddał i odszedł.-
-To by było zbyt piękne i proste. Oby to nie była cisza przed burzą stulecia...-
-Wieczorem przybyła tu grupka najemników. To nie byli zwykli poszukiwacze przygód.-
-Co masz na myśli?-
-Widziałem pancerz avariela. To nie jakaś zbroja kupiona u krasnoludzkiego fachury, to coś znacznie potężniejszego. Półork miał nasyconą srogą magią topór a kobieta która była z elfem miała wiele magicznych błyskotek.-

-Miej na nich oko.-
-Tak jest.-
-Nie mogą zobaczyć co tu się dzieje.-
-Wiem. Choć już pytali o rozmowę z Gracjanem.-
-Co im powiedziałeś?-
-Że to Ty jesteś bezpośrednim przełożonym i to Ty z nimi pomówisz, zaś przeor jest niedysponowany z powodu choroby i pewnikiem i tak odmówi wizyty.-
-Świetnie. Aleksander, Will. Skoroświt udacie się do Romana. Póki pogoda nam sprzyja musimy dowiedzieć się co się dzieje.- nastała chwila ciszy, która ciągła się zdecydowanie za długo. Nya miała już złe przeczucia że jakimś sposobem ktoś odkrył jej obecność, lecz po chwili głosy znów się odezwały.
-Wiem, że to niebezpieczne, lecz muszę wszystko wiedzieć aby móc przejąć klasztor.-
-Tak jest sir. Jak każesz.-
-Dobrze a Ty pilnuj tych najemników. Mówili jak długo chcą tu nocować? Ludzie Wade'a i Arturo staną po stronie Gracjana. Może rozpętać się piekło a tego nikt z po za naszej społeczności nie może widzieć.-
-Wiem. Rankiem będę nalegać by ruszyli w dalszą drogę.-
-Dobrze. Wracajcie do siebie. I módlcie się...-
Ostatnio zmieniony śr kwie 29, 2015 6:38 pm przez Nefarius, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

sob maja 02, 2015 10:34 pm

Kiedy kroczyła wśród ciemności, śledząc tajemniczy nocny patrol, wspomnienie Formita nie dawało jej spokoju. Pamiętała, jak oddał jej różdżkę kuli ognistej w Nesme; jak próbował włamać się do chatki Chrisa; jak obiecali sobie, że wkrótce się spotkają, gdy rozstawali się w Waterdeep. Niestety doskonale pamiętała obraz Smoczego Kultysty podrzynającego mu gardło... Wzdrygnęła się lekko. Natychmiast wrócił też obraz Rurika wiszącego na przydrożnym słupie. Tylko iluzja, ale jakże wymowna. Mogli mieć go więc w swych łapskach. A co z pozostałymi? Cort mówił, że nie zastał w Silverymoon Arvana. Czy i jego dopadli? Co z Silathielem? Nathazalem? Musieli odwiedzić miasto, gdy tylko zamkną sprawę Zachodniej Warowni jej ojca.

Tak się zamyśliła, że prawie weszła w smugę światła wydobywającą się zza otwartych drzwi. Na szczęście gwałtownie wzrastający poziom magii przywrócił ją do rzeczywistości. Aura roztaczana przez mythal była tu zdecydowanie mocniejsza. Czyżby tu znajdowało się jego centrum? Wiedziona ciekawością miała ochotę zajrzeć do środka, ale wiedziała, że wtedy niechybnie zdradzi swoją obecnością. Musiała zachować najwyższą ostrożność. Przylgnęła do ściany i wsłuchała się w głosy płynące z pomieszczenia.
~ Cisza przed burzą stulecia? Ja wam tu zrobię burzę... ~ pomyślała, układając sobie w głowie to, co właśnie usłyszała.

Gdy usłyszała rozkaz powrotu wydany przez Gamlinga, czym prędzej ruszyła do swojej celi. Nie miała ochoty, by ktoś przyłapał ją na podsłuchiwaniu spisku. Wśliznęła się do pomieszczenia i zamknęła cicho za sobą drzwi. Nie uszło to uwadze jej męża.
- Gdzie byłaś?
Uśmiechnęła się do niego, kładąc się obok i przytulając.
- Przejść się. Jutro powiem wam, czego się dowiedziałam. Teraz śpijmy. - pocałowała go delikatnie i ułożyła się do snu.
Choć początkowo myśli o sytuacji w klasztorze nie dawały jej zasnąć, szybko odsunęła je od siebie, postanawiając, że na to będzie czas rano.

***


Poranek zastał ich wtulonych w siebie. Jak zwykle Gabriel już nie spał i pozwalał dospać nieco Nyarli. Czarownica wcale nie miała ochoty wstawać, ale nocne rewelacje nie mogły czekać. Przebrali się i przemyli twarze w miednicy z wodą, która stała na niewielkim stoliku w rogu pomieszczenia. Następnie zgodnie z ustaleniem udali się do celi swoich towarzyszy.
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że wypoczęliście. Mam dla was kilka informacji. - zaczęła Nyarla ściszonym tonem, wspierając się na swoim ulubionym kosturze.
- Mieliśmy rację. W klasztorze szykuje się przewrót i kapłani nie chcą, by ktokolwiek z zewnątrz wiedział, co się dzieje. - zaczęła.
Widząc zdziwione i niedowierzające miny swych kompanów, dodała:
- Przeszłam się nocą po klasztorze i usłyszałam rozmowę. - powiedziała, po czym syknęła cicho z bólu, gdy Demon wbił pazurki w jej nogę.
- To znaczy Demon obudził mnie, bo słyszał hałasy na zewnątrz. - poprawiła się z rozbawieniem.
- Wiedzą, że nie jesteśmy zwykłymi podróżnikami, no ale tego nietrudno się domyślić. - uśmiechnęła się lekko.

- Będą chcieli, żebyśmy stąd jak najszybciej wyjechali. W grę wchodzi jeszcze jakiś Roman. Nie mam pojęcia, o kogo chodzi. Może i o jakimś Romanie związanym z Tormitami słyszałeś? - zwróciła się do Armanda, którego szybko nauczyła się cenić jako prawdziwą skarbnicę wiedzy.
- Co zamierzasz z tą wiedzą począć, Nya? - odezwał się avariel.
- Nie jestem pewna. Najchętniej zagrałabym w otwarte karty, ale to może skończyć się rozlewem krwi. Za mało wiemy, żeby stanąć po którejkolwiek stronie, a przybyliśmy tu w jeszcze innym celu. Nie chcę mieszać się w ich sprawy, chcę odzyskać żywiołaczkę dla spokoju Talosyty. - wyjaśniła - Zobaczymy, jak przyjmie nas Gamling, a reszta... Cóż. Jak zwykle wyjdzie w trakcie. Chyba że macie jakieś inne propozycje?
Spojrzała po pozostałych, ciekawa ich opinii. Od początku swojej podróży stawiano ją na pozycji lidera i osoby decyzyjnej, co nie znaczyło, że nie liczyła się ze zdaniem innych.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

pn maja 04, 2015 7:35 pm

Grupa Nyarli nie musiała długo czekać. Nim którekolwiek z członków zaproponowało swój pomysł, w komnacie rozniosło się echo pukania w drzwi.
-Dzień dobry. Rad byłbym gdybyście mnie wpuścili. Pomówić musimy.- rzekł Gamling, Nyarla poznała po głosie.
Nyarla uniosła lekko brew, patrząc po towarzyszach. Nie da się ukryć, że była zaskoczona, iż Gamling sam pofatygował się do nich z rana. Czyżby ktoś jednak dostrzegł ją w nocy?
- Dzień dobry. Zapraszamy. - powiedziała, otwierając drzwi - Jestem Nyarla Salvani, to mój mąż Gabriel. Nasi przyjaciele - Wiktoria, Ur’Thog i Armand. Oraz Youri, towarzyszka. - przedstawiła całą grupę, dając czas mężczyźnie na uczynienie tego samego.
-Witajcie podróżnicy. Zwą mnie Gamlingiem.- był to wysoki i krzepki mężczyzna gabarytów Thoga. Miał na sobie ciężki pancerz, lecz nie miał przy sobie żadnego oręża -Jestem dowódcą oddziału Odzyskanej Nadziei podlegającej lordowi Gracjanowi. Od jakiegoś czasu staramy się uporać z chorobą, która zaatakowała niektórych naszych braci i jesteśmy zmuszeni rozpocząć kwarantannę. Wy zaś jesteście zagrożeni, powinniście czym prędzej opuścić nasz klasztor.- wyjaśnił spokojnie bez cienia zawahania.


Czarownica przywołała na usta jeden ze swoich najuprzejmiejszych uśmiechów, który jednak nie sięgał tym razem jej oczu. W jakiś sposób czuła, że w rozmowie z Gamlingiem słodkie słówka nie przyniosą efektu.
- Jeszcze wczoraj nikt nie uprzedzał nas o takiej sytuacji, choć powiedziano nam o wielu niuansach pobytu tutaj. Nawet zaproszono nas na śniadanie. - odpowiedziała spokojnie - Czym objawia się ta choroba? Może będziemy mogli jakoś pomóc?
Mężczyzna słuchał kobiety z wielką uwagą nawet nie wzruszając brewką przy tym.
-Myślałem, że mój przyjaciel wspominał o niedyspozycji przeora i paru naszych braci. To jakaś magiczna choroba, której zarówno pochodzenie, jak i objawy wolelibyśmy pozostawić w cieniu tajemnicy naszej małej społeczności. Nie chcemy by jakikolwiek wróg zechciał wykorzystać fakt jej osłabienia.- wyjaśnił -Moi ludzie już pracują nad warzeniem lekarstw, jednak jestem wam bardzo wdzięczny za chęć pomocy.- dodał po chwili.
Kobieta skinęła lekko głową.
- Owszem, wspominał o przeorze. Nie wspominał jednak, że ktoś jeszcze choruje. - westchnęła cicho.
- Znamy się nieco na magii i nie jesteśmy wrogiem. W końcu inaczej mythal nie pozwoliłby nam tutaj podejść. Czy możemy odwiedzić przeora? - wcale nie zamierzała łatwo się poddać i opuszczać klasztoru.

Mężczyzna przytaknął jej i rozłożył bezradnie ręce na boki -Oczywiście, że nie jesteście wrogami. Mythal to jednak tylko magia. Nawet ten sposób ochrony “niezawodny” jakby się wydawało- rzekł z ironią -da się obejść i są na świecie istoty, które to potrafią. Wróg zaś nie musi być tutaj, za murami naszej społeczności by szkodzić i mącić. Przeor ma wysoką gorączkę bredzi od paru dni i sprawia wrażenie jakby był kimś innym. Nie pozwolę by ktokolwiek widział go w takim stanie, nie wybaczyłby mi tego. Po za tym nie zaryzykuję, że dziwna choroba zaatakuje również i was. Dlatego raz jeszcze pragnę podziękować wam za troskę oraz próby okazania pomocy, lecz jestem zmuszony prosić was o opuszczenie klasztoru.- rzekł po czym spokojnie odwrócił się na pięcie zbliżając się do drzwi.
-Jako, że nie pozwoliliśmy wam nawet w spokoju zjeść śniadania, zdecydowałem że wyjątkowo nie pobierzemy od was opłaty za nocleg. Taka rekompensata.- dodał.
Nyarla uznała, że czas odkryć kolejną kartę, dopóki przeor nie stracił całkiem zainteresowania rozmową.
- Może ma to coś wspólnego z ponoć przebywającą tutaj Aquuiariuamini? A może chcielibyście wiedzieć coś na temat nagłej poprawy pogody w okolicy? - zapytała wręcz od niechcenia, uważnie obserwując reakcje mężczyzny.
Rycerz zastygnął w miejscu nie odrywając wzroku od podłogi dobre trzy uderzenia serca, by po chwili spojrzeć Nyarli głęboko w oczy, tak bardzo, że aż poczuła się nieco nieswojo a to nie przytrafiało jej się na co dzień.

-Tak. Myślę, że ma to coś z nią wspólnego. Tyle, że ona tu nie przebywa.- odrzekł -Jeśli chodzi o pogodę. To rzecz jasna biorę pod uwagę fakt iż współpracujecie z tym szaleńcem z twierdzy na południu. Nie jestem głupcem. Lecz nie to jest naszym największym problemem teraz. Tak więc wybaczcie, ale czas na was najwyższy.- rzucił ozięble i niespodziewanie.
-Zaraz, chwileczkę. Odnoszę wrażenie, że chodzi tu o coś więcej niż tylko chorobę. - smocza córka nie dawała za wygraną - Dlaczego zamierzasz przejąć klasztor? - odkryła kolejną kartę - I gdzie w takim razie możemy znaleźć żywiołaka? - nie zamierzała zaprzeczać na temat współpracy z Talosytą, trzeba było jednak przyznać, że Gamling zaskoczył ją takim wnioskiem. Nie miała pojęcia, skąd go wysnuł, mimo wszystko był jednak prawidłowy.
-Posłuchaj mnie uważnie, Ty i twoja kompanija.- rzekł chłodno wskazując Nyarlę palcem. Spotkało się to z przeciągłym warknięciem Thoga, lecz rycerz ewidentnie to zignorował -Nie próbuj mi tu grać dobrą duszyczkę która przejmuje się nieswoimi sprawami. W życiu czasem bywają sytuacje, kiedy trzeba wziąć sprawy w swoje ręce dla wyższego dobra. Z resztą wy chyba wiecie o tym doskonale, skoro zgodziliście się przyjść tu w poselstwie od wybrańca boga furii.- mężczyzna wciąż zachowywał zimną krew, lecz w jego głosie drżały nerwy -Skończyliśmy rozmawiać wynoście się stąd.- wyszedł na zewnątrz trzaskając za sobą drzwiami.

Nyarla prychnęła poirytowana jego zachowaniem. Dawno już żadna rozmowa nie poszła jej tak fatalnie.
- To ma być nowy przeor? Współczuję. - mruknęła pod nosem.
Milczała przez chwilę, obracając w dłoni kostur. Rozważała trzy opcje. Jedna wydawała się gorsza od drugiej.
- Spakujcie się. Chyba nie mamy za bardzo wyboru. Kapłan truje nam tu o większym dobrze, a sam zupełnie pomija fakt, jak ich działania wpływają na okolicę. Prawdopodobnie. Wie również o żywiołaku, ale niczego więcej się od niego nie dowiemy. - podsumowała krótko.
- W moim odczuciu wyjścia są dwa, może trzy. Możemy na siłę spróbować odszukać Gracjana, co raczej nam się nie uda i wdamy się w otwarty konflikt z ludźmi Gamlinga. To raz. Druga opcja to odnalezienie tajemniczego Romana, który zdaje się być na jakiejś ważnej misji i posiadać pewne informacje, tyle że zupełnie nie wiemy, w jaką stronę należałoby się udać. Chyba że Youri byłabyś w stanie porozmawiać z okoliczną naturą, dowiedzieć się czegoś… Nie wiem. Po trzecie… - zanim jednak wymieniła jakże kuszący pomysł załatwienia wszystkiego z pomocą łupieżców umysłów, nagle ją olśniło - Po trzecie spróbujemy może najpierw odnaleźć Wade’a lub Arturo, którzy w razie konfliktu stanęliby po stronie Gracjana? - zaproponowała towarzyszom.
-Tak, to oczywiste, lecz ten buc kazał nam się wynosić i raczej nie pozwoli nam się teraz panoszyć po klasztorze w poszukiwaniu kogoś kto mógłby nam pomóc wmieszać mu się w szyki.- zauważył Armand.
Czarownica wydęła usta, niezadowolona z takiego obrotu spraw. Bard oczywiście miał rację.
- Moja magia nie pozwoli mi na kontakt z kimś, kogo nie znam. - powiedziała jakby bardziej do siebie niż do nich - Dobrze, zabierajmy się stąd. Towarzysze Gamlinga mieli wyruszyć stąd skoro świt. Zalegający śnieg ma tę zaletę, że może chociaż dostrzeżemy jakieś ślady. - ostatecznie i ona dała za wygraną.
Na razie. Nie zamierzała jeszcze porzucać tej sprawy.

Kompani wartko pozbierali swoje rzeczy po czym opuścili klasztor w asyście dwójki pilnujących muru Tormitów. Mężczyźni niewzruszeni odprowadzili grupkę wzrokiem pod wielką, solidną bramę po czym zatrzasnęli ją za nimi.
-To wszystko nie trzyma się kupy.- rzuciła w końcu Wiktoria stając w miejscu -Powiedzieliśmy Gamlingowi o tym co wiemy, upewniliśmy go, że przysłał nas ich wróg Talosyta, daliśmy do zrozumienia, że wiemy co kombinuje a mimo to nawet palcem nie kiwnął by zrobić nam krzywdę. Mógł chociaż próbować wtrącić do lochu, co byśmy mu nie przeszkadzali.- Kobieta odgarnęła kosmyk włosów z skroni.
-Ona ma rację. To wszystko nie trzyma się kupy.- Armand pokręcił lekko głową.
-Spokojnie. Teraz i tak nie ma innego wyjścia musimy udać się tego całego Romana jak on ma się do sytuacji. Youri, dasz radę nam pomóc?- genasi ze spokojem przytaknęła tylko głową.
-Świetnie, nie ma czasu do stracenia. Ruszajmy. Jeśli rycerze ruszyli w pełnym oporządzeniu to daleko nam nie ujdą.-

-Nie możemy ich zatrzymać na szlaku. Wtedy nie doprowadzą nas do tego Romana.- syknął Gabriel na ucho ukochanej. Nyarla skinęła mu głową, wszak miała tego świadomość -Mam nadzieję, że ten cały Roman nie ukrywa się zbyt daleko. Jutro wieczorem pogoda znowu zacznie szaleć a to już nam utrudni sprawę jak jasna cholera. Nam się uda przetrwać śnieżycę, lecz tamta dwójka może nie mieć tyle szczęścia. Jeśli zamarzną to zostaniemy z niczym.- podzielił się obawami, lecz szybko się zreflektował i złapał żonę za dłoń -Ale nic to, wtedy wymyślimy coś innego.- rzekł na uspokojenie. Grupa maszerowała tuż za Youri. Kobieta nie spieszyła się, lecz nikt o to pretensji do niej nie miał. Mimo iż szybko znaleźli na śniegu głębokie i wyraźne ślady, ona raz po raz brała w dłonie garść śniegu czy wykopany z pod puchu kamień szepcąc coś pod nosem.Majaczące w oddali góry robiły się coraz większe i wyraźniejsze. Kraniec świata był coraz bliżej. Powietrze tutaj z zimnego zmieniło się w lodowate, kłując od niskiej temperatury od środka nos i płuca.

21 dzień Pełni zimy 1373 roku Rachuby Dolin


Cały poprzedni dzień kompania przemaszerowała nie spuszczając z oczu śladów dwójki Tormitów. Do podnóża Gór Krańca Świata było już coraz bliżej. Nyarla na własne oczy mogła się przekonać jak te okolice wyglądają na żywo. Teraz, gdy niebo było błękitne a wiatr naturalny, z północy widok zza okna magicznej chatki zdawał się być przejmująco piękny. Lecz Nya, jak i każdy z reszty jej kompanów mieli świadomość, że pod koniec dnia czas dany im przez sługę Talosa dobiegnie końca i potworna śnieżyca rozpęta się na nowo a kto wie czy nie z zwiększoną mocą. Tuż po świcie ruszyli w dalszą drogę nie mając zamiaru stracić ani chwili.
-Ciekaw jestem, czy gdyby nas zauważyli postanowiliby atakować.- rzucił Armand drapiąc się po skostniałym z mrozu nosie.
-Próbować. Thog rozgrzeje ich Siekierą...- burknął półork poklepując dłonią po głowicy płomiennego topora, który dawał nienaturalne, magiczne ciepło wystarczająco do przywrócenia czucia w rękach.

-Ty to każdego byś rozpłatał kto stanął by ci na drodze, co wielkoludzie?- spytała Wiktoria uśmiechając się ciepło. Relacje między półorkiem a aasimarką były bardzo ciepłe i przyjazne. Thog wzruszył tylko ramionami i poprawił lewą ręką kaptur swego kożucha
-Tylko tego, co stanie na droga Nyarli.- skwitował bez ogródek. Gabriel wejrzał kątem oka na swoją żonę. Czuł się dużo pewniejszy gdy był u ich boku półork. Zielonoskóry sługa był tak fanatycznie wierny i oddany Nyarli, że oddałby za nią życie bez chwili namysłu, gdyby tylko zaszła taka potrzeba, a avariel zaś mógł w trakcie walki skupiać się w pełni na swoich przeciwnikach.
-Czekajcie.- Youri zatrzymała rozmawiających kompanów gestem ręki -Straciliśmy stały grunt pod nogami.- dodała po chwili -To chyba zamarznięta tafla jeziora Ulfrett. Ten akwen odmarza tylko na kilka miesięcy w roku. - Kompani nawet nie zauważyli, gdy wkroczyli na otwartą przestrzeń pozbawioną roślinności czy czegokolwiek co zniekształcałoby równą powłokę śniegu.

-To stosunkowo niewielkie jezioro. Jeśli nie będziemy się zatrzymywać dotrzemy na jego drugi brzeg za około dwie godziny. - odezwała się po chwili druidka.
-Dobrze, zatem ruszajmy dalej.- Armand ponaglił resztę i grupa znów ruszyła. Ślady cały czas prowadziły na północ. Mniej więcej po przypuszczanym przez genasi czasie dotarli do brzegu. Znajdowali się u podnóża jakiejś skarpy bądź skalnego uskoku. Ślady nie prowadziły nigdzie na górę, tylko odbijały na wschód. Grupa znów ruszyła w drogę w myślach szykując się na każdy możliwy scenariusz.
Niedługo potem udało im się dotrzeć pod wejście do jaskini, biegnącej gdzieś pod skarpą. Tam właśnie prowadziły ślady. Grupa już miała szykować się do wejścia, gdy niespodziewanie ich oczom ukazał się jeden z rycerzy. Wyszedł z jamy jak gdyby nigdy nic, a zaraz za nim pojawił się drugi. Mężczyźni spojrzeli obojętnie na grupę poszukiwaczy.
-Niechaj Trójca ma was w opiece.- rzekł pierwszy z nich i mężczyźni przeszli powolnym i spokojnym krokiem tuż obok kompanów Nyarli. Kobieta dostrzegła na twarzach towarzyszy takie samo zdziwienie, jakie i chyba ją dopadło.
Ostatnio zmieniony pn maja 04, 2015 7:36 pm przez Nefarius, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

pt maja 08, 2015 11:36 pm

Gdyby nie było tak zimno i wszędzie nie zalegałby śnieg, Nyarla z pewnością mogłaby polubić okolicę. Latem musiało tu być naprawdę pięknie. Obecne warunki jednak skutecznie psuły jej ochotę na zdobywanie Zachodniej Warowni i branie pod panowanie przyległych ziem.
~ Królowa śniegu i mrozu. I gór. I pustki. ~ prychnęła w myślach.
Płynące z torby uczucie zadowolenia tylko bardziej ją zirytowało. Demon rozłożył się wygodnie wśród jej rzeczy i podróżował w cieple, zupełnie nie przejmując się pogodą. Czarownica miała ochotę, tylko chwilową ochotę, przegnać go trochę po śniegu, ale nie miała do tego serca. Niech chociaż jeden członek ich grupki będzie zadowolony. Zresztą na nagrodę zasłużył. Gdyby nie on zupełnie nie mieliby pojęcia o tym, co dzieje się w klasztorze.

Krótka wymiana zdań między Armandem i Thogiem szybko przywróciła jej dobry humor. Nie miała pojęcia, dlaczego półork był tak przywiązany właśnie do niej. Wszak to Gabriel wykupił go z niewoli w Podmroku i z nim najczęściej współpracował podczas walki. Nyarla nie zrobiła nic, aby zasłużyć na taką lojalność. Przynajmniej tak sądziła. Ur'Thog z pewnością miał jednak swoje powody, by tak ją traktować. Ona zaś była zadowolona z jego towarzystwa, bowiem spośród nich wszystkich najlepiej znał się na przeżyciu w dzikich ostępach. Nawet jeśli nie wysławiał się pięknie, a urodą nie zdziałałby wiele, Nya nie zamieniłaby go na nikogo innego. Miał miejsce u jej boku, dopóki sam nie zdecyduje odejść.

Zamarznięte jezioro było nie lada niespodzianką. Nic bowiem nie wskazywało na jego obecność - przynajmniej dla Nyarli. Ucieszyła się, że mają za sobą tak wiele dni mrozu, a dookoła siebie masę śniegu. Informacje od Youri dodatkowo ją uspokoiły. Istniała całkiem spora szansa, że tafla nie stopnieje pod ich nogami i nie wpadną do lodowatej wody. Przez głowę przeszła jej myśl, że może powinna zorganizować jakieś zastępy azirów do warowni, gdy już ją zajmą.
~ Jeśli ją zajmiemy. ~ poprawiła się.
Mimo wszystko nie chciała popaść w zbytnią pewność siebie i nie mogła lekceważyć żadnego wroga. Już kilka razy przekonała się dobitnie, jak źle może się to skończyć...

Tym razem nie mogła pominąć żadnej poszlaki - i tak już zbyt wiele tajemnic ciągnęło się za nimi. Dlatego też gdy z pobliskiej jaskini wyłonili się rycerze, zaskoczona ich zachowaniem zaniemówiła tylko na chwilę. Szybko jednak odzyskała rezon:
- Wiktorio, Armandzie - zwróciła się do kapłanki i barda - Spróbujcie ich zatrzymać i dowiedzieć się czegokolwiek. - poleciła im.
Kto jak kto, ale to właśnie oni najlepiej radzili sobie w kontaktach z innymi. Jednocześnie byli dość mocno narażeni podczas walki - dzięki swoim umiejętnościom byli wielkim wsparciem, co mogło szybko skupić uwagę myślącego przeciwnika.

- My sprawdzimy, co jest w środku.
Przez głowę przebiegło jej kilka podejrzeń: począwszy od poszukiwanej żywiołak; zbuntowanego Romana, który nie chce zostać znaleziony; przez stwory mogące wpływać na umysły; po przypuszczenie, że może tam być coś, czego nikt się nie spodziewa i nie domyśla.
- Nie atakujcie, dopóki nie zostaniemy zaatakowani. Pamiętajcie, że nie wszystko musi być takie, na jakie wygląda. Miejcie jednak broń w pogotowiu...
Miała cichą nadzieję, że nie czeka ich walka, a rycerze wiedzieli gdzie idą i nie zostali zwabieni do jaskini podstępem. W końcu nikt z grupy Nyarli nie widział innych śladów w pobliżu.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

pn maja 11, 2015 9:50 am

Aasimarka i towarzyszący jej mężczyzna od razu, na polecenie Nyarli udali się za dwójką rycerzy, doganiając ich po krótkiej chwili. Pozostała czwórka awanturników weszła do jaskini. Kompani byli zmuszeni wchodzić pojedynczo a to przez zbyt wąską szczelinę prowadzącą do wnętrza jaskini. W środku panował zaduch, a po paru krokach w ich nosy uderzyła silna woń stęchlizny i grzybów. Pierwszy wszedł Thog, jak zwykle. Po nim wkroczyła Youri, następnie Nya a pochód zamykał avariel z swym mieczem przygotowanym do ewentualnej walki. Po zaledwie paru przebytych metrach tunel się poszerzał a po chwili wpadał do większej jaskini. Dziwny zapach robił się jeszcze bardziej intensywny i drażniący dla powonienia podróżników, może z wyjątkiem Thoga, który pewnikiem za młokosa widywał gorsze rzeczy w jaskini swego orkowego klanu.

Jedyna droga w głąb jaskini prowadziła pod górkę, na śliskim i płaskim kamieniu. Wspięcie się tam było nie lada wyczynem i Nya przez chwilę zastanawiała się jak Tormici w ciężkich zbrojach sobie z tym poradzili.
-Idzie ktoś.- syknął Gabriel odwracając się, lecz po chwili atmosfera się rozluźniła gdy do jamy wkroczyła Wiktoria z Armandem.
-Nie wiem o co tu chodzi, ale ci dwaj to jacyś kretyni. Durnie normalne.- mówił Armand nie kryjąc zdziwienia -Ja do nich "co ciekawego można znaleźć w jaskini, z której żeście wyszli" a oni mi na to "Pokój twego ducha to harmonia z ciałem. Miej silną wolę a zawsze będziesz o krok do przodu przed swym wrogiem"...- rozłożył ręce zastanawiając się czy ktokolwiek po za nim to zrozumiał.
-Pytam tego drugiego, czy przeor wysłał ich z misją szerzenia mądrego słowa tak daleko od opactwa a on mi odpowiada "Sprawiedliwa Trójca czuwa, pomóż jej w wyplewieniu czarciego chwasta z naszego życia".-

-No cóż. Więc sami musimy się dowiedzieć co tu się dzieje.- rzekł avariel. Nya widziała po jego wyrazie twarzy, że chyba ma złe przeczucia co do tego zadania, lecz on nic nie mówił, nie narzekał jak zawsze. Ruszyli dalej. Po wspięciu się po śliskiej skale korytarz szedł już w miarę równo. Po chwili dotarli do niewielkiej jaskini, gdzie znajdowały się przedmioty życia codziennego. Po prawej stronie widzieli okrągły stół z dwoma stołkami, drewniane łóżko i masywny kufer. Po lewej stronie stało kilka szafek z wypełnionymi szczelnie półkami przez książki. Był ten stojący na drewnianej nodze manekin na którym leżała piękna, lśniąca zbroja. Na końcu pieczary znajdowało się wykute jakby w skale przejście głębiej, zasłonięte grubą kotarą z niedźwiedziego futra. Armand z ciekawości podszedł do biblioteczki by spojrzeć na tytuły, lecz nim cokolwiek skomentował kotara zafalowała i grupie ukazał się wysoki, niczym Gamling mężczyzna o szerokich barkach i długich, sięgających ramion, czarnych włosach. Twarz jego była pociągła i zarośnięta kilkudniową brodą zaś z oczu patrzyło mu groźnie i poważnie.
-Witajcie podróżnicy. Chyba się nie znamy?- spytał gardłowym głosem.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

czw maja 14, 2015 11:17 pm

Czarownica wysłuchała relacji Armanda i skinęła lekko głową.
- Ktoś nie chciał, żeby pamiętali swoją wizytę tutaj. Być może w ogóle nie chce być znaleziony. - spojrzałą w głąb jaskini - Prawdopodobnie zostali potraktowani jakimś rodzajem magii. Może coś w stylu ogłupienia lub sugestii. Powinniśmy się wkrótce dowiedzieć… - mruknęła cicho, ruszając naprzód.
Bardzo liczyła się ze zdaniem swego męża i nie dziwiła się jego negatywnym przeczuciom, ale ciekawość - jak zwykle - brała górę.

Dotarłszy do jaskini, Nyarla przyjrzała się uważnie wyposażeniu. Najwyraźniej ktoś urządził sobie tutaj kryjówkę i bardzo strzegł tajemnicy o miejscu swego pobytu. Kiedy zza kotary wyłonił się nieznajomy, smocza córka dygnęła grzecznie i odezwała się czym prędzej:
- Wybacz najście, panie. Nie przyszliśmy tu w złych zamiarach. Spotkaliśmy po drodze rycerzy z pobliskiego klasztoru, którzy mieli odnaleźć niejakiego Romana. - zrobiła krótką pauzę, dając mężczyźnie chwilę na rozważenie jej słów i obserwując jego reakcję na wspomniane imię.
Dała również znak swoim towarzyszom, by opuścili trzymaną w pogotowiu broń.

- Opuściliśmy twierdzę po krótkim spięciu z Gamlingiem, który najwyraźniej zamierza przejąć rządy w niej. A nam wcale się to nie spodobało. - wyjaśniła - Chcemy pomóc tej krainie, ale obecna sytuacja w zakonie nam zupełnie nie sprzyja.
Przypomniała sobie przy tym słowa przytoczone przez Armanda - być o krok przed swym wrogiem, pomoc Trójcy w wyplewieniu czarciego chwasta…
- Nie wiemy dokładnie, co zaszło, ale najwyraźniej sami potrzebujemy pomocy, by położyć temu kres… - zaryzykowała.

Mężczyzna wpatrywał się nieco ogłupiały tym co mówiła do niego Nya, raz po raz spoglądając na jej towarzyszy jakby chcąc sprawdzić czy to nie jest jakiś żart.
-Ja jestem Roman…- syknął, po czym podrapał się po skroni -Gamling chce przejąć klasztor?- spytał na głos robiąc skonsternowaną minę -To złe wieści doprawdy. A jakiż wy macie interes w tym by mu przeszkodzić?- spytał z ciekawości.

- Twierdzi, że Gracjan choruje. I ogólnie pod pretekstem choroby wyprosił nas z klasztoru. Słyszałam jak o przejęciu rozmawia ze swoimi podwładnymi. - wzruszyła lekko ramionami - Naszym celem jako takim jest odnalezienie żywiołak o imieniu Aquuiariuamini. Mieliśmy nadzieję, że tam znajdziemy pomoc. Wszystko po to, aby przywrócić normalną pogodę w okolicy. Podobno to od niej zaczęła się ta szalona zima… - wyjaśniła powód ich przybycia - Nie wiem, czy powinniśmy mieszać się w wewnętrzne sprawy kapłanów, ale mam wrażenie, że bez tego nie osiągniemy naszego celu… - dodała przepraszającym tonem.
- Czy mogę zapytać, dlaczego przebywasz tutaj w odosobnieniu?

Roman podszedł do stolika, po czym usiadł niespiesznie i bez większego stresu wygodnie wyciągając nogi do przodu, jakby rozkoszował się chwilą relaksu i komfortu.
-Nie jestem tu sam. Jest ze mną Pani Wichrów, zwana również Aquu coś tam, coś tam. Nigdy nie potrafiłem spamiętać tego przeklętego imienia.- pokręcił głową -To miejsce, to nie byle jaskinia, a więzienie dla istot z innych planów. Ja zaś jestem dozorcą tego więzienia.- wytłumaczył -Pilnuje tej cholery i dziennie wypytuje o cel przybycia na nasz plan, a także o plany tego szaleńca na usługach Talosa.- wzruszył ramionami.

Takiej odpowiedzi Nyarla się nie spodziewała.
- Czy udało Ci się uzyskać jakieś odpowiedzi, panie? - zapytała szczerze zaciekawiona - My wiemy jedynie tyle, że Pani Wichrów przybyła na ten plan, bowiem jest zakochana w tym Talosycie. Ponoć wyrzekła się w jakimś stopniu swych mocy, by mogli razem żyć. On z kolei wpadł w furię po jej utracie i stąd te całe zawirowania w naturze. - uznała, że nie ma sensu ukrywać niczego przed Romanem.
- Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale chętnie dowiem się, jak wygląda to wszystko z waszej strony. Wszak nigdy nic nie jest tylko czarne i białe. - uśmiechnęła się lekko.

-Milczy przeklęta jakby język połknęła.- wyjaśnił -Nie chce się słowem odezwać a przetrzymuję ją tu już od sporego czasu.- pokręcił głową zrezygnowany.
-Dlaczego tutaj?- spytał zaintrygowany Armand.
-To miejsce z natury wpływa mocniej na pętanie przybyszów z innych wymiarów.- wytłumaczył
-Mhm… bard zadumał się spoglądając na Youri, ta zaś wzruszyła lekko ramionami jakby sama nie wiedziała o czymś takim.

- Czym w zasadzie zawiniła, by zasłużyć na pobyt tutaj? - dociekała Nyarla.
- I czy może ja mogłabym z nią porozmawiać?
Nie ośmieliłaby się zaproponować, by jej towarzysze weszli tam z nią. Wszak Roman nie miał żadnego powodu, by ufać komukolwiek z nich. Ciekawiło ją również, co stało się rycerzom, którzy weszli tu przed nimi, ale co za dużo pytań, to niezdrowo…

-Na liście jej grzechów i przewinień widnieje wiele pozycji.- odrzekł mężczyzna -Niestety ale mam kategoryczny zakaz dopuszczania kogokolwiek do niej. Ma ona wielki wpływ na ludzkie umysły i mogłoby się to źle skończyć dla kogokolwiek z was. - dodał na koniec.

- Tak jak źle skończyło się to dla tamtych dwóch rycerzy? Czyli jednak kogoś dopuściłeś. - Nyarla uniosła lekko brew. Coś jej tu zupełnie nie pasowało.
- Gamling wysłał ich do Ciebie po informacje, bez tego nie będzie w stanie zrobić tego całego swojego przewrotu. A żadnych nie dostanie, biorąc pod uwagę ich kondycję... My potrzebujemy Twojej Pani Wichrów, aby okolica nie została doszczętnie przysypana śniegiem, bo zaraz nie będziecie mieli gdzie knuć swoich wewnętrznych intryg. - zaczynała tracić cierpliwość do tych zakutych łbów - Być może możemy sobie wzajemnie pomóc jakoś? - doprawdy Torm mógłby mieć mniej upartych wyznawców.

Roman siedział nieruchomo parę chwil przyglądając się kobiecie, od stóp do głów. Być może podejrzewał, że z nią i jej kompanią nie ma co igrać. W końcu zrobił minę jakby się poddał i wstał spokojnie nie prowokując swoim zachowaniem.
-Dobrze. Ale pójdziecie tam na własną odpowiedzialność.- rozłożył ręce w akcie bezradności -Chodźcie. Zaprowadzę was tam.-
Kątem oka Nya dostrzegła jak Thog nerwowo ściska drzewiec swego topora, lecz również i Wiktoria to dostrzegła, a jako że była bliżej półorka położyła mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście. Roman ruszył w stronę kotary i machnął ręką w zapraszającym geście.
-Chodźcie.- Każdy z nich po kolei przeszedł przez kotarę wchodząc do wąskiego korytarza który niczym wąż wił się powoli prowadząc ich niżej niż byli. Korytarz był wąski i niski, tak, że Thog musiał maszerować lekko przygarbiony. W środku unosiła się dziwaczna woń a od bladej posadzki korytarza odbijała się blado niebieska poświata. Po paru chwilach kompani dotarli do wielkiej jaskini. Pierwszą rzeczą, która rzuciła im się w oczy była kobieta. Budową ciała przypominała zwykłego człowieka. Była niezwykle wychudzona, miała podkrążone oczy i trupio bladą cerę. Kobieta nie była spętana żadnymi kajdanami. Stała nieruchomo w dziwacznym kamiennym kręgu na którym znajdowało się mnóstwo run świecących błękitną poświatą.

To musiała być swego rodzaju klatka, lecz co dziwne Nya nie czuła tutaj ani krzty splotu. Wszędzie dookoła znajdowały się drewniane stoliki z różnorakimi przyrządami do tortur i negocjacji. Mimo to kobieta która stała nieruchomo nie nosiła na swym ciele piętna tortur. Roman od razu podszedł do jednego ze stolików gdzie stało kilkanaście pustych słojów, zaś jedyny pełny wziął w dłoń i wskazał ręką półprzytomną kobietę.
-Proszę bardzo. Jeśli uda wam się z nią porozmawiać, droga wolna.-

Czarownica ucieszyła się, że udało jej się dotrzeć chociaż do Romana. Jednak gdy znaleźli się w dziwnej sali, potrzebowała chwili, by pozbierać myśli. Żywiołak wcale nie wyglądała jak pozbawiona mocy, choć z pewnością jak pozbawiona wolności. Wydawała się nieobecna i Nyarla wcale nie była przekonana, czy będzie w stanie do niej dotrzeć.
-Aquuiariuamini - zwróciła się do niej po imieniu, nie będąc jednak pewną, czy ta ją słyszy - Przysyła nas twój ukochany, sługa Talosa. Chcemy Ci pomóc. - podjęła próbę, choć nie wiedziała, czy Talosyta mówił prawdę.
Nyarla odnosiła wrażenie, że aktualnie nie może być niczego pewna.

Roman zbliżył się do Thoga i podał mu otwarty słój, który wcześniej trzymał w ręku. Półork wejrzał do środka, z resztą jak każdy z jego kompanów, który dostrzegł to jak człowiek wręcza naczynie półorkowi. W środku wił się robal wielkości ludzkiego kciuka.
-Przytrzymaj jeśli łaska.- rzekł po czym stanął obok Nyarli.
-Niech Cię nie zwiedzie jej wygląd. To prastara istota i w każdej chwili może przybrać swoją prawdziwą formę. Lecz jesteście tutaj bezpieczni.- wyjaśnił.
- Jesteś pewien? Zachowała aż taką moc? - czarownica podeszła bliżej żywiołak, która zupełnie nie zareagowała na jej słowa.
- Co wy jej zrobiliście… Co ona wam zrobiła, że musieliście oddzielić ją od ukochanego.
Nie rozumiała, kto nie powiedział jej całej prawdy, więc póki co postanowiła zagrać w tę stronę.

Roman przewrócił oczami, kręcąc przy tym głową.
-Nie mogę Ci wszystkiego powiedzieć. Lecz nie trafiła tutaj z byle powodu.- mężczyzna spojrzał na żywiołaka z politowaniem -Ty wiesz, że mogę Cię wypuścić jeszcze dzisiaj. Lecz nie chcesz współpracować…- szepnął cicho, lecz nie dość by Nya nie dosłyszała -Spełniłem każdą waszą prośbę i odpowiedziałem na każde pytanie. Co jeszcze mogę dla was zrobić?- spytał przechodząc do konkretów.
Nyarla westchnęła, niemal teatralnie.
- Czego trzeba, by ją wypuścić? - nie kryła się z tym, że dosłyszała szept Romana - Nie ukrywam, że nam na tym zależy. Nie lubię łamać raz danego słowa, a i spokój aury w tej okolicy jest w moim interesie. Oczywiście, nic za darmo. Przysługa od nas w zamian za pomoc w jej sprawie. - wskazała ruchem głowy na pojmaną.
-Musiałabyś się udać do jej królestwa, do jej dawnych włości, gdzie oczekuje jej, jej były kochanek.- wyjaśnił z uśmiechem na ustach -A to istota, znacznie potężniejsza ode mnie, Ciebie, jej, czy też pana sługi Talosa.- Roman nagle spoważniał. Nyarla kątem oka dostrzegła nieznaczny ruch ciała żywiołaka. Kobieta lekko otwarła oczy jakby z całych sił chciała pokonać zniewalającą ją moc i poruszyła ustami.
-To nie możliwe…- syknął Roman.
-U… Ucie… Uciekaj…- wydukała, po czym znów straciła przytomność.
-Co tu jest kurwa grane?!- Armand błyskawicznie doskoczył do Romana przykładając mu ostrze obnażonego rapiera do szyi. Roman podniósł do góry ręce dając znak, że nie chce bitki i cofnął się o parę kroków do tyłu.
Grupa znalazła się w potrzasku gdzieś między wypełnieniem ostrzeżenia Pani Wichrów a chęcią poznania całej prawdy z ust Romana.
~ Chyba coraz bardziej lubię Armanda. ~ stwierdziła w duchu.
- No dobrze, to może jednak powiesz nam wszystko? Najlepiej nim stanie się to, przed czym mamy uciekać… Może jej były kochanek sam tu po nią chce przyjść? I w ogóle po co niby miałaby do niego wracać? - czegoś nie dostrzegali, jakiegoś ważnego kawałka całej tej układanki i to sprawiało, że obraz całości był tak bardzo wypaczony.
- A może próbowała nas ostrzec przed tobą. Thog, odłóż proszę ten słój. Nie podoba mi się to, co siedzi w środku. - zwróciła się przy okazji do półorka.

-Bez nerwów. Tylko bez nerwów. Nie macie się czego lękać…- Roman próbował uspokoić sytuację, lecz napierający Armand widocznie działał mu na nerwy, gdyż na twarzy zrobił się aż purpurowy.
-Thog słyszysz?!- krzyknął avariel, lecz dopiero teraz dostrzegli, że słój jest pusty a Thog patrzy bezuczuciowo w podłogę.
-Cholera, robi się gorąco…- syknęła Wiktoria podchodząc do półorka. Kobieta wartko wyrwała z jego masywnej dłoni naczynie i cisnęła nim w głąb jaskini.
-Ostrzegałem was, że to manipulatorka. Mówiłem byście tu nie wchodzili, a teraz co? Teraz wszyscy…- zamilknął po czym zamknął oczy. W jaskini rozległ się przerażający krzyk, ale tak dojmujący że kompanów przeszły po plecach ciarki. Armand wypuścił z dłoni rapier i złapał się rękami za skronie krzycząc tak bardzo jak tylko pozwalały mu na to płuca. Ból był tak silny, że mężczyzna nie potrafił nawet moczu utrzymać i zwyczajnie posikał się w spodnie, lecz jego gehenna nie trwała już długo, gdyż dwie sekundy później padł na ziemię z krwią wyciekającą mu z nosa i uszu.
-Zabij!- krzyknął Roman, a Thog niby golem na jego usługach sięgnął po swój topór i wejrzał na stojącą najbliżej Wiktorię. Aasimarka pokręciła lekko głową niedowierzając.
-Nie…- syknęła cicho, lecz to nie miało żadnego wpływu na półorka. Zielonoskóry wziął wielki zamach i wbił głowicę topora w pierś Wiktorii. Na jego twarz trysnęła kobieca krew, a kości popękały jak zapałki.

Nyarlę jakby na moment zamurowało. Czas na chwilę zwolnił. Z piekielną dokładną widziała połysk metalu zagłębiający się w ciało Wiktorii. Pięknej, kochanej, cudownej Wiktorii… Martwej Wiktorii. Czarownica wiedziała, że to jej wina. Była za dobra, zbyt łagodna. Chciała dla wszystkich dobrze, nie chciała się mieszać w nie swoje problemy - dość miała własnych. Zaufała w jakiś sposób Romanowi, uwierzyła, że nie miał złych intencji, a powinna była przycisnąć go od razu. Nie było jednak teraz czasu na wyrzuty sumienia. Nya musnęła dłonią ramię męża.
- Powstrzymaj go, proszę. Tylko ty możesz z nim walczyć… Niech skupi się na walce z tobą. - poprosiła.
Wiedziała, że tylko Gabriel ma szanse z Thogiem. Szybkość i finezja przeciwko brutalnej sile.

Avariel błyskawicznie skoczył w stronę półorka. Zielonoskóry brutalnie i bezwzględnie nadepnął masywną stopą na twarz pięknej Wiktorii i bez cienia zawahania wyrwał swój płomienny topór z bezwładnego ciała. Zielonoskóry wyszczerzył pożółkłe zębiska, uniósł topór i skoczył w stronę Gabriela.
-Thog! Opamiętaj się!- krzyknął elf. Półork zrobił potężny zamach znad głowy, lecz będąc w amoku barbarzyńskiego szału wyparł strategiczne myślenie i teraz liczyło się dla niego tylko zniszczyć cel siłą. Avariel doskonale o tym wiedział i z łatwością uniknął śmiercionośnego ciosu odskakując w bok. Jego dwuręczniak świsnął jakby ważył zaledwie kilogram a na ramieniu półorka pojawiła się krwawa bruzda, lecz każdy doskonale wiedział, że do póki Thog będzie w szale, do póty jego rany nie będą robiły nań wrażenia, niezależnie jak poważne by nie były.
-...ślij mi pomoc, bym mogła powstrzymać ten rozlew krwi…- Nya słyszała modlitwę Youri i już po chwili za jej plecami pojawił się ogromny, polarny niedźwiedź. Bestia zawyła głośno i ruszyła z impetem w stronę Romana.

Czarownica zostawiła Thoga Gabrielowi. Potem się nim zajmie. Pierwszym celem był Roman.
- Jeszcze możesz ujść z życiem. Odwołaj go i uwolnij ją. - powiedziała, siegając po moc Splotu i rozpoczynając tkanie swojego czaru.
Powietrze zapachniało ozonem, a drobne włoski na karkach obecnych nastroszyły się. Nyarla nie poprzestawała na zwykłym wypowiedzeniu zaklęcia. Napełniła je mocą większą niż zwykle, czując jak elektryzująca moc próbuje już uwolnić się z jej okowów.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

sob maja 16, 2015 1:45 pm

~***~


~Twoja znajoma może sobie z nim nie poradzić...~
~Nie martw się. Widziałem co potrafi.~
~Nie martwie się. To twoja znajoma, nie moja.~
~Oh nie dramatyzuj. To nie pierwszy lepszy czarokleta. Czekaj chwil parę. Obserwuję ich od jakiegoś czasu. Roman rozegrał to po mistrzowsku, ale poradzą sobie.~
~Jeśli zatrzyma akcję jego serca, nie skorzystamy na jego śmierci.~
~Ohh... Tak. Chcesz skonsumować jego rozum...~
~O ile w ogóle sobie z nim poradzą.~
~Ile razy mam Ci mówić że sobie poradzą?~
~Podszedł ich po mistrzowsku, dali się nabrać jak małe dzieci. W pierwszych sekundach wykluczył z walki barda i anielskiego pomazańca. Zapanował również nad umysłem niewolnika. Co jeśli ta maszyna do zabijania pokona avariela?~
~Spokojnie mój przyjacielu. Mają u boku niedźwiedzicę.~
~Przecież jestem spokojny... Ehhh...~

~***~


Nyarla czuła jak moc splotu ogniskuje w jej ciele. Smród ozonu błyskawicznie zastąpił zapach stęchlizny panujący w jaskini. Głośne strzelanie elektrycznej mocy rozbiegło się echem po jamie. Gdy czarownica skończyła wymawiać słowa wyzwalacz zaklęcia splot uformował się do końca w zaklęcie i potężny błysk oślepił na sekundę każdego z walczących. Ogłuszający huk towarzyszył błyskawicy, która pomknęła w stronę Romana. Mężczyzna wytrzeszczył oczy widząc zbliżający się "pocisk". Nastała cisza. Gdy zmysł wzroku wrócił Nyarli do pełnej sprawności dostrzegła lekko osmoloną skórę mężczyzny, zupełnie jakby zaklęcie nie zrobiło mu zbyt wielkiej krzywdy.
-Kamienie.- syknęła Youri. Nya spojrzała na lśniące runami kamienie, otaczające spętaną Aquu. Jeden z kilkunastu przestał lśnić. Szybko doszła do wniosków, że to musi być jakiś jego sposób ochrony. To oznaczało kłopoty.
-Jeśli masz jakiś sojuszników, przyzwij ich czym prędzej...- rzuciła Youri.

Rosły niedźwiedź, którego przyzwała genasi pomknął między dwiema kobietami rzucając się z impetem na Romana. Potężna łapa uderzyła z wielką siłą w pierś psiona, powalając go na plecy, lecz po za rozszarpaną skórzaną zbroją mężczyzna nie odniósł żadnej rany. Kolejny z kamieni przygasł. Kątem oka Nya dostrzegła jak spętana Aquu delikatnie poruszała opuszkami palców. Sekunde później wejrzała w stronę walczących elfa i półorka. Thog miał rozcięte udo i krwawiącą bruzdę na piersi, zaś jej mąż miał roztrzaskany nos, który obficie krwawił. Nya dostrzegła też krew na lego lewej ręce, lecz nie była pewna czy to krew z nosa czy jakaś rana ramienia. Thog wziął zamach poziomo na wysokości głowy avariela, na szczęście mężczyzna zdążył unieść swój miecz by sparować cios. Udało się, choć siła ciosu Thoga była tak potężna, że niemalże przewróciła Gabriela do tyłu, mało brakowało a runąłby jak Roman. Przez ułamek sekundy spojrzenia pary małżonków spotkały się, lecz avariel prędko znów skupił się na swym przeciwniku.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

ndz maja 17, 2015 5:34 pm

Jak zwykle Nyarla najpierw zrobiła, potem pomyślała. Tak jak choćby w walce z Agness. Zamiast najpierw ocenić sytuację i pomyśleć, dała się ponieść emocjom. Być może była to część jej smoczej natury... W każdym razie zaklęcie nie uczyniło Romanowi żadnej krzywdy. Tyle dobrego, że pozwoliło rozbitej drużynie zorientować się, co chroniło ich przeciwnika.

Przez ułamek sekundy, gdy spojrzenia małżonków spotkały się, Nyarla zdążyła na nowo przeżyć śmierć ukochanego i całą trudną ścieżkę do odzyskania go. Wiedziała, że nie może pozwolić, by to stało się ponownie. Nie myśląc zbyt wiele, usłuchała Youri.
~ Sethirze... ~ nim jeszcze słowo rozbrzmiało w jej umyśle, jasne światło wypełniło komnatę.
Z niebiańskiego portalu wychynął pierzasty wąż. Nyarla nie musiała przekazywać mu ani słowa. Quoatl natychmiast ruszył ku Gabrielowi i Thogowi - dokładnie tam, gdzie chciała wysłać go czarownica.

Mogła wezwać jeszcze Eryka. Mogła spróbować z artefaktem Nobaniona. Na to jednak miał jeszcze przyjść czas... Zaczęła tkać kolejne zaklęcie. Jedno z potężniejszych ze swego repertuaru. Była niezwykle ciekawa, jak kamienie Romana zareagują na potężniejsze rozproszenie magii.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

pn maja 18, 2015 5:52 pm

Jaskrawy rozbłysk światła na ułamek sekundy oślepił walczących w jaskini kompanów. Gdy ich oczy znów przyzwyczaiły się do panujących pod ziemią warunków pierzastoskrzydły wąż frunął z impetem w stronę Thoga. Bestia z trudem manewrowała ogromnymi skrzydłami, lecz finezja i wrodzona gracja pomogły w dotarciu do walczących mężczyzn. Stwór zaatakował Thoga od tyłu. Półork w swym barbarzyńskim szale nawet nie miał pojęcia, że ktoś go zachodzi od tyłu. Couatl ugryzł półorka w lewy bark swoimi potężnymi paszczami i już sekundę później całe jego długie na prawie cztery metry cielsko owinęło barbarzyńcę od stóp do głów skutecznie wyłączając go z pojedynku z Gabrielem
~To nie magia Nyarlo! Ten człowiek korzysta z mocy umysłu. On jest psionem!~ usłyszała w głowie czarownica chwilę po tym jak kolejne użyte przez nią zaklęcie nie odniosło żadnego skutku, a przynajmniej nie było tego w ogóle widać.

Choć Roman był znacznie mniejszy i wielokrotnie słabszy od przyzwanego przez Youri niedźwiedzia jakimś cudem udało mu się wyturlać z pod nacierającego potężnymi łapskami zwierza. Jego prawa ręka zalśniła krwiście czerwoną energią i już po chwili potęga jego psionicznej mocy utworzyła dziwaczną narośl przypominającą kryształ w kształcie metrowego kolca. Psion mimo iż wciąż leżał na ziemi bez większego trudu ugodził nim białego niedźwiedzia w szyję. Ciepła, lepka juha trysnęła na ziemię i twarz Romana. Mężczyzna wartko wstał na nogi i otwarł przedramieniem zakrwawioną twarz uśmiechając się złowieszczo. Uwolniony od potyczki Gabriel stanął między nim a Nyarlą, lecz nie tak by zasłaniać małżonce miejsce do ciskania kolejnymi zaklęciami.
~Nie potrafisz sobie poradzić bez swych przyjaciół i przyzwanych bestii?~ usłyszała w głowie głos Romana.

Kobieta w głowie dobierała już kolejne zaklęcia gdy nagle za jego plecami rozbłysło wyładowanie magicznej energii. Czarownica czuła jak splot formuje się w magię teleportacyjną. Przez sekundę myślała, że Roman chce uciec, lub przyzwać jakiegoś swojego sojusznika, lecz z błędu wyprowadziła ją szczupła, wysoka sylwetka humanoidalnej istoty z czterema mackami wrośniętymi do żuchwy.
-Illithidzi!- krzyknął Gabriel. Nya nie kojarzyła tego osobnika z Podmroku. Nyarla czuła jak jej chowaniec cały drży ze strachu. Na szczęście dla nich, łupieżca umysłu nie przybył z pomocą Romanowi. Uderzenie serca po przejściu przez portal złapał psiona mocno za barki przyciągając do siebie a jego wijące się macki szczelnie opatuliły głowę osobnika. Ciałem Romana wstrząsnął nienaturalny skurcz i po chwili martwe ciało osunęło się na ziemię ukazując dziurę w czaszce, wielkości pięści.
~Dziękuję i żegnam państwa.~ rozległ się w głowie Nyi głos łupieżcy, który tak szybko jak się pojawił tak szybko zniknął w magicznym portalu zamykając go za sobą...
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

wt maja 19, 2015 10:41 pm

Nyarlę przez moment dosłownie zamurowało. Że był to illithid - nie ulegało wątpliwości. Czy był to jeden z tych uwolnionych w Podmroku? Tego nie była już taka pewna. Zatem więc, czy rachunek był wyrównany, czy jednak wciąż miała tam gdzieś tajemniczego sojusznika? Czy jakikolwiek illithid pomógłby im bezinteresownie?
~ Zaraz, zaraz... W końcu dostał nieprzeciętny mózg na przekąskę. ~ pomyślała.
Jej zaklęcie nie dało efektu - to również ją zaskoczyło. Gdyby nie Sethir, nie wpadłaby na to, że walczy z psionem albo wpadłaby dużo za późno. To był pierwszy, z jakim przyszło im walczyć... Miała cichą nadzieję, że nie trafi się kolejny. O psionice wiedziała tyle co nic.
~ Trzeba zwerbować jakiegoś do drużyny. ~ zanotowała sobie w pamięci.
Pozostawała jeszcze kwestia tego, co powiedział jej Roman. Czy rzeczywiście nie mogła poradzić sobie bez przyjaciół i przywołańców?

Wspomniała wszystkie sytuacje, w których była sama. Nie była samotna, oj nie. Zawsze miała przy sobie towarzyszy. Nawet w tym mrocznym okresie, gdy Gabriel był w zaświatach. Zawsze ktoś przy niej był. Ale to wcale nie znaczyło, że nie potrafiła radzić sobie bez nich.
- Moi przyjaciele i przyzwani sojusznicy są moją siłą. - powiedziała cicho, patrząc w miejsce, w którym zgasł portal illithida.
Nie przejmowała się tym, że nikt inny mógł nie słyszeć psiona i nie zrozumieć w efekcie, o co jej chodzi.

Czarownica wzięła głęboki oddech, by zebrać myśli.
~ Po kolei...
Najpierw podeszła do męża, by sprawdzić, czy poza rozbitym nosem i ewentualną raną na ręce wszystko jest w porządku. Upewniwszy się, że jemu nic nie grozi, zwróciła się do Thoga.
- Thog, Thog, słyszysz mnie? - przyglądała się jego reakcji.
~ Nie puszczaj go, póki nie będziemy pewni, że jest sobą. ~ zwróciła się do Sethira.
Omijając ciało Wiktorii, podeszła do kamieni, które w jakiś sposób chroniły Romana i jakby więziły żywiołak na środku sali. Wiedziała, że Thog nigdy nie wybaczy sobie śmierci aasimarki... Być może będą w stanie przywrócić ją do życia z pomocą Talosyty i jej ukochanej. Nie była bowiem pewna, czy chce jeszcze mieszać się w sprawy kapłanów Tyra.

- Aquu? Słyszysz mnie? Możesz się ruszyć? - powiedziała do Pani Wichrów.
Chciała sprawdzić, czy cała dziwna moc Romana wyparowała wraz z jego zniknięciem. Być może uwięziona żywiołak po wyzwoleniu będzie w stanie odpowiedzieć na kilka pytań. Oczekując na odpowiedź kobiety posłała kolejną błagalną myśl na inny plan.
~ Eryku. Wiktoria nie żyje. ~ Była pewna, że archanioł o tym wie, ale odruchowo musiała o tym wspomnieć. ~ Chciałabym, byś zabrać jej ciało do Błyszczącej Twierdzy, nim znajdziemy sposób, by przywrócić jej życie... To odpowiednie miejsce dla niej. Pomóż mi, proszę. ~
Być może nie potrafiła obyć się bez pomocy przyjaciół, ale i nie porzucała ich w kąt, i nie zamierzała o nich zapominać.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

śr maja 20, 2015 4:35 pm

Mimo iż Couatl nieco popuścił uścisk swojego łuskowatego ciała, Thog nawet nie drgnął. Leżał nieprzytomnie patrząc w sklepienie jaskini pozostając głuchym na nawoływanie czarownicy.
~Jego umysł jest pusty, jakby wraz z psionem opuścił ten świat.~ głos Sethira zabrzmiał w głowie Nyi.
-Kamienie...- powiedziała z trudem spętana kobieta.
-Jesteś cała?- spytał opiekuńczo avariel kładąc dłoń na ramieniu swojej żony. Mężczyzna przytulił Nyarlę na chwilę, lecz szybko się odsunął gdy dostrzegł jak jego krew barwi jej czarodziejską szatę.
-Musimy je zniszczyć.- odezwała się również Youri. Genasi zabrała bojowy młot, który Thog nosił przy sobie jako awaryjny oręż, po czym przyklękła nad kręgiem runicznych kamieni, a następnie wzięła zamach oburącz i uderzyła z całej siły. Kamień pęknął w pół a wyryta na nim runa przestała świecić.

-Trzeba wszystkie rozbić.- rzucił do ogółu gabriel wycierając zasychającą krew z ust i szyi. Twarz mu popuchła a oczy posiniały, co oznaczało że cios który przyjął w twarz od półorka musiał być nie na żarty potężny. Nyarla stała nieruchomo próbując w głowie ogarnąć cały ten bałagan. Trzy trupy. Dwoje z nich było jej towarzyszami. Półorczy barbarzyńca, który kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością. Genasi, która zamaszystymi uderzeniami zza głowy rozbijała kolejne kamienie. Couatl, który trwał bez marudzenia w trzymaniu pozornie nie stwarzającego zagrożenia Thoga.
~Eryku...~ Nya raz jeszcze zawołała swego przyjaciela z niebios, lecz deva -nie wiedzieć czemu- pozostawał głuchy na jej nawoływania.
-Musimy zrobić coś ze zwłokami.- Gabriel pochylił się nad ciałem Wiktorii. Jej twarz, tak piękna i naturalna na codzień była wykrzywiona paskudnym grymasem bólu i rozczarowania, zupełnie jak w chwili, gdy płonący topór Thoga wbił jej się w pierś.

Na skroni miała jeszcze ślady podeszwy półorka. Z ogromnej rany w piersi sterczały połamane kości, oraz zimne już, nie pracujące organy. Być może śmierć wysłanniczki Sune sprawiła, że Eryk z pięknej cytadeli milczał?
Gdy ostatni z runicznych kamieni pokruszył się w drobny mak, Aquu upadła na kolana podpierając się rękami. Z trudem mogła się poruszać, lecz jej ciało w końcu było wolne i oswobodzone.
-Podejdź Gabrielu. Uleczę twoje rany.- Youri nie czekała na polecenie czy sugestie użycia leczniczej mocy. Szybko odmówiła frazy modlitwy i niebiańska moc Silvanusa spłynęła na avariela przynosząc mu widoczną ulgę.
-Nie.- żywiołak powstrzymała genasi od leczenia -Pomóżcie mi tylko wydostać się z tego przeklętego miejsca, proszę.- kobieta miała już dość siły by składać całe zdania.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

czw maja 21, 2015 2:36 am

Czasem wystarczyło, że ziarno zwątpienia padło na odpowiedni grunt, by szybko zebrać druzgocące plony. Tak też słowa Romana migiem zatruły serce Nyarli, gdy sytuacja dookoła wcale nie ulegała poprawie, mimo że dziewczyna starała się wszystko jakoś poukładać. Czarownica spoglądała kolejno na Ur'Thoga, Armanda i Wiktorię. Trzy osoby, które najmocniej ucierpiały w feralnej potyczce.
- Nie. To niemożliwe... - szepnęła głucho w odpowiedzi na myśl Sethira.
- Tak. Jestem cała. W przeciwieństwie do całej reszty... - odpowiedziała mężowi z żalem, przenosząc wzrok z niego na Youri.
Skrwawiona suknia wcale jej nie przeszkadzała. Całe szczęście, że Gabriel zdołał przetrwać walkę z półorkiem. Drugiej jego utraty raczej by nie zniosła. Tylko dlaczego wszyscy musieli ucierpieć, a nie ona? Czyżby istotnie chowała się bezustannie za potęgą przyjaciół i wezwanych sojuszników?

Kiedy pozostali zajęli się niszczeniem dziwnych kamieni, Nyarla próbowała dojść ze sobą do ładu. Szok powoli mijał, a jego miejsce zastępowała rezygnacja i niechęć. Zebrało jej się nawet na mdłości, ale przezwyciężyła torsje. Nawet Eryk nie chciał odpowiedzieć na jej wezwanie. Nie chciał lub nie mógł. Nie potrafiła jakoś wierzyć w związek milczenia ze śmiercią aasimarki. W końcu Eryka znała jeszcze, nim spotkała Wiktorię. Nie mogła też uwierzyć, że anioł chciałby ją porzucić. Przecież w niczym nie naraziła się Sune...
- Puść go, Sethirze. Nie jest już zagrożeniem - powiedziała na głos. - Możesz ocenić dla mnie stan Armanda? Czy on również... - poprosiła, choć nie mogła dokończyć zdania.
- Dziękuję Youri. - zwróciła się do druidki, gdy rany Gabriela zasklepiły się.

- Nie ruszajmy na razie ciał. Muszę pomyśleć. - poleciła pozostałym.
Spalić? Zakopać? Teleportować? Ale gdzie? Nyarla nie byłaby w stanie przenieść ich w zasięg mythalu. W zasadzie obecnie to najchętniej wyrżnęłaby w pień cały ten klasztor Tyra. Postanowiła jednak powściągnąć swe uczucia i zaczekać, aż - być może - Aquu coś im wyjaśni.
- Gabrielu, pomóż mi, proszę. - zwróciła się do męża, podchodząc do Pani Wichrów i łapiąc ją z jednej strony pod ramię.
Droga na zewnątrz wydawała się Nyarli wiecznością. Najpierw przeszli do jamy, w której stały sprzęty Romana.
~ Do przeszukania i sprawdzenia później ~ odnotowała w pamięci.
Następnie czekało ich żmudne przeciskanie się przez wąski, śliski korytarz prowadzący już na mróz i śnieg.

Po wyjściu na zewnątrz Nyarla chciała dać Pani Wichrów chwilę spokoju, aby ta mogła napawać się bliskością przyrody i odzyskać odrobinę sił. Sama zaś zwróciła się do męża z bólem w oczach i ściśniętym gardłem:
- Ja nie wiem, czy to ma sens... Po co ja to w ogóle robię? - Potrząsnęła lekko głową, łapiąc się za skronie. - Po co mi ta warownia? Po co to wszystko? Co nam z tego przychodzi? Tylko śmierć bliskich!
Łzy zabłyszczały w oczach czarownicy. Ale nie pozwoliła sobie na ich uronienie. Tylko raz płakała i nie zamierzała płakać więcej.
- Mogę wymienić imiona wszystkich, którzy zginęli po to, by mi pomóc. Ilu jeszcze? O ilu nie wiem? Ja już nie chcę...
Przytłaczało ją to, kim była. Przerastać zaczęło ją zadanie od ojca. Przez moment zapragnęła być zwykła dziewczyną bez smoczej magii we krwi. Przytuliła się do Gabriela i oparłszy policzek o złotą stal zbroi, zapatrzyła się gdzieś w dal.
- Chcę do domu... - szepnęła.
Tylko gdzie właściwie był jej dom?
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

czw maja 21, 2015 3:28 pm

Gabriel słuchał swojej żony z nieskrywanym zdziwieniem, wręcz szokiem.Pierwszy raz widział jak silna, twarda i stanowcza Nyarla, pewna swoich celów teraz odpuszcza i próbuje się poddać. Kątem oka spojrzał na Aquu, która dobrowolnie upadła na kolana a następnie całym ciałem w śnieżną zaspę, jakby życiodajne siły miały powrócić do niej prosto z ziemi.
-Co ty w ogóle opowiadasz?- w końcu zebrał się w sobie na odpowiedź -Kto zginął przez Ciebie? Każda z tych osób, o których myślisz szła za tobą dobrowolnie, znając najmniejsze ryzyko. I Bruno i Formit i Armand i Wiktoria. Każdy był świadomy tego co może go spotkać maszerując z nami. Myślisz że ja tego nie miałem w świadomości? Thog? Każdy doskonale o tym wiedział, że może go to spotkać. Każdy.- zdawał się być wręcz rozgniewany załamaniem żony -Po za tym masz na uwadze to, że każdy kto odszedł z tego świata będąc naszym towarzyszem, był najemnikiem, łowcą nagród. Okrutny los czeka na każdym kroku amatorów wrażeń. Każdy z nich mógł zginąć gdziekolwiek przy jakiejkolwiek misji.-

Gabriel wziął głęboki wdech i pokręcił głową -Zastanów się tylko ilu osobom pomogliśmy w czasie odkąd wyruszyliśmy z Silverymoon. Mam wymieniać? Ile osób ocaliliśmy? Ile teraz ratujesz uspokajając furię pogody? Masz świadomość ile osób ratujemy? To już chyba nie dziesiątki ani nawet setki, a tysiące!- rzekł stanowczo zaciskając dłoń w pięść -Po za tym do domu nie możesz wrócić jak gdyby nigdy nic. Tamtego dnia, kiedy zechciałaś dotrzeć na urwisko by spojrzeć na wielki ocean wybrałaś drogę, z której nie ma powrotu. Do dziś dnia zdobyliśmy wielu sojuszników, ale masz też potężnych wrogów. Wracając do domu ściągniemy na głowy twojej rodziny niebezpieczeństwo.- wytłumaczył jak to wyglądało z jego perspektywy.
-Nie możesz się poddać- zmienił ton na znacznie delikatniejszy i subtelny -Nie teraz. Po za tym nie jesteś sama. Ciągle masz mnie. A ja? W tym pancerzu przecież jestem wręcz niezniszczalny.- miała świadomość, że mówi to tylko po to by ją pocieszyć, gdyż jego krew na jej sukni świadczyła o tym iż dalej jest tylko zwykłym śmiertelnikiem, którego stal miecza może wysłać na inny świat.

-Nyarlo. Gabrielu. Pójdźcie ze mną. Coś wam pokażę.- Youri zawołała kompanów z głębi korytarza. Avariel wejrzał na swoją żonę po czym przytulił ją ciepło i opiekuńczo.
-Chodź.- rzekł stanowczo jakby chciał naprowadzić Nyę na właściwe tory.
-Odpoczywaj. Zaraz wrócimy.- rzekł do Aquu. Para wróciła do jaskini gdzie spoczywały zwłoki jej kompanów.
~Jego umysł jest martwy. Psion zmiażdżył swoją siłą jego mózg. Serce bije, lecz on nigdy nie odzyska świadomości.~ usłyszała w głowie od Sethira, lecz nie o to chodziło genasi.
-Spójrz tu.- pochyliła się nad bezwładnym ciałem Thoga odwracając je na bok. Para małżonków dostrzegła dziwacznego robala, przyssanego do potylicy. Był to dokładnie ten sam robal, który był w słoju, gdy Thogowi wręczał go Roman.
-Boję się go dotknąć by nie zrobić jakiejś trwałej krzywdy waszemu kamratowi. Ale ktoś kto się zna na medycynie i opatrywaniu lepiej niż ja, powinien sobie poradzić z usunięciem tego stworzenia.- wyjaśniła.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

pt maja 22, 2015 4:24 am

Każdy miał prawo do chwili zwątpienia. I Nyarla, tak jak każdy, też mogła zwątpić. Zawsze była silna, zawsze zmierzała do celu na przekór wszelkim przeciwnościom losu, zawsze miała dla każdego dobre słowo. W końcu musiał jednak nastać taki czas, że i ona zawahała się przed kolejnym krokiem. Dawniej nie potrafiła pogodzić się z porażką, ale tym razem wolała ją zaakceptować i zapomnieć o tych niby pisanych jej wielkich czynach. Na szczęście w takiej chwili miała Gabriela. Ukochanego avariela, który stanowczo i konkretnie postanowił wyprowadzić ją z błędu. Wojownik nie pozwoliłby, żeby jego ukochana poddała się tak blisko jednego z większych celów, które postawił przed nimi los. Każde jego słowo było szczere i Nyarla wiedziała, że miał rację, choć początkowo wcale nie chciała mu wierzyć. W końcu jednak uwierzyć musiała.

- Każdy z nich mógł zginąć gdziekolwiek przy jakiejkolwiek misji, ale to ja nie potrafiłam ich obronić! Jak mam władać czymkolwiek, skoro nie potrafię chronić tego, co blisko mnie? - spytała, wcale nie oczekując odpowiedzi.
Doskonale pamiętała wiedźmę z bagien, która nikogo już nie zaatakuje; wilkołaki z Nesme, które nikogo nie zmuszą do krwawych polowań; dridera-maga z opuszczonego domu z lubością wabiącego poszukiwaczy przygód; Agness z Podmroku więżącą nawet illithidów; Nero służącego Demogorgonowi… Jak wiele istnień, o których nie miała pojęcia, żyło tylko dzięki ich czynom?
~ Już raz cię straciłam. Co będzie, jeśli i ciebie nie ochronię… po raz kolejny. ~ przyglądała się przez chwilę mężowi, ale tę myśl zachowała dla siebie.
- Tak. Masz oczywiście rację. Nie mogę się poddać - odpowiedziała, gdy ją przytulił, zdobywając się nawet na blady uśmiech.

Była mu wdzięczna za okazane wsparcie. Choćby dla niego powinna iść dalej. Tylko czy wciąż będzie potrafiła podróżować w większej grupie i narażać innych? Czy bez towarzyszy będzie w stanie zdobyć warownię?
~ Po kolei ~ pomyślała z westchnieniem.
Wtulona w avariela Nyarla wróciła do jaskini, gdzie spoczywały trzy trupy jej przyjaciół. Kiedy jej wzrok przesunął się po zmasakrowanych zwłokach Wiktorii, przez moment poczuła, że to ona powinna tam leżeć, nie aasimarka. Rewelacje Youri przyjęła bez specjalnego zainteresowania.
- Jego umysł jest pusty, jakby wraz z psionem opuścił ten świat - Nyarla zacytowała słowa Sethira, które przekazał jej zaraz po walce. - Jeżeli chcesz, usuń go. Jemu i tak nic już nie pomoże. Jeżeli nie, spalimy go razem ze zwłokami.
Smocza córka nie wiedziała, na jakiej zasadzie funkcjonuje takie stworzenie, ale była niemal pewna, że nawet usunięcie robaka przez kogoś uzdolnionego nie przywróci im już Thoga.

Nyarla przyklęknęła przy ciele Wiktorii. Wsunęła ręce pod jej kolana i ramiona, po czym podniosła się z trudem. Twarz wykrzywiona już na zawsze grymasem bólu, ozdobiona śladem podeszwy półorka odchyliła się groteskowo do tyłu. Połamane kości wystające z klatki piersiowej odsłoniły się tuż pod oczami Nyarli. Jedna ręka zwisła bezwładnie. Prawie ją zemdliło. Prawie…
Mogła pomóc sobie magią, ale chciała samodzielnie wynieść ciało kapłanki na zewnątrz.
- Weźcie pozostałych - poleciła Youri i Gabrielowi.
Przeciskanie się przez korytarz prowadzący do jaskini było wystarczająco trudne bez trupa przyjaciółki na rękach. W końcu jednak Nyarla znalazła się na zewnątrz. Ułożyła zwłoki w śniegu, czekając na pozostałych.
Odszukała wzrokiem Aquu.
- Jak się czujesz, pani? - zapytała.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

czw maja 28, 2015 7:00 am

Gdy Nyarla opuściła wąską i wilgotną szczelinę w skale ujrzała Aquu w całkiem innym obliczu, niż gdy ją tu zostawiła parę chwil wcześniej. Kobieta nie miała na cerze siniaków, nie miała również podkrążonych ze zmęczenia oczu. Stała dumnie, z wyprostowaną sylwetką i przez chwilę Nya czuła, że jest podobna do Pani Wichrów. Z oczu Aquu biła władczość ale i poczucie dumy. Kobieta spoglądała pustym wzrokiem na nadciągające z południa czarne chmury zwiastujące koniec czasu, który dał im sługa Talosa. Przez chwilę na jej twarzy pojawił się promyk uśmiechu.
-Chcę byście mnie poprowadzili do opactwa.- rzekła chłodno i władczo.
-Do opactwa?- zdziwiona Youri wyłoniła się zza pleców Nyarli -Przecież to oni cię porwali i uwięzili.- burknęła genasi.
-Nadal nic nie rozumiecie? Od samego początku to był tylko misterny plan Romana. Dlaczego nie więzili mnie w ich świątyni? Ponieważ Roman nie miałby prawa wstępu tam.-

-Należą nam się wyjaśnienia.- do rozmowy wtrącił się również Gabriel.
-Otrzymacie je. W odpowiednim czasie. Teraz, prowadźcie mnie do klasztoru.- odrzekła. Gabriel fuknął niezadowolony z niewdzięczności żywiołaka, lecz już słowem się nie odezwał. Spojrzał tylko pytającym wzrokiem na Nyarlę.

Czarownica odpowiedziała Gabrielowi ponurym spojrzeniem. Stała nad trojgiem martwych przyjaciół i miała przyjmować rozkazy od żywiołak, którą za cenę ich żyć uratowali? Niedoczekanie. Pani Wichrów czy nie, nie miała w tej chwili prawa żądać czegokolwiek.
- Odprowadzimy cię. W odpowiednim czasie. Mamy tu najpierw coś do zrobienia - odpowiedziała z zimnym opanowaniem. - To ja zdecyduję, kiedy nadejdzie czas.
- Przyszliśmy tu, by przywrócić ład pogodzie. Uwolnienie ciebie miało w tym pomóc. Zrobiliśmy swoje. Jeśli chcesz naszej pomocy, my chcemy wyjaśnień.
Nie liczyła na wdzięczność, liczyła jedynie na odrobinę zrozumienia.
- Najpierw spalimy ciała. Ułóżcie ich razem, proszę. - zwróciła się do Gabriela i Youri.
Wszak tylko oni jej pozostali.

Kobieta zmrużyła oczy w momencie gdy Nyarla postawiła swoje warunki. Najwyraźniej nie spotykała się dotąd z taką postawą zwykłych śmiertelników. Chwilę milczała, po czym uniosła brew i pokręciła głową.
-Półork żyje. Ktoś musi usunąć mu robaka z głowy.- rzekła chłodno, co sprawiło, że Nyarla mogła nieco odetchnąć z ulgą, że na szczęście nie każdy z jej towarzyszy odszedł tego wieczora.
-Co chcesz wiedzieć?- spytała Aquu.


Chociaż Nyarla była śmiertelniczką, to z pewnością trudno było nazwać ją “zwykłą”. Szansa, że chociaż Thog może wrócić do żywych, była wielką ulgą dla czarownicy.
- Musimy więc zabrać Thoga ze sobą - zdecydowała bez wahania. - Dziękuję - zwróciła się Pani Wichrów.
Nie ulegało jednak wątpliwości, że pozostałe ciała nadal należało spalić lub chociaż pochować, a zarówno do jednego, jak i do drugiego mieli nie najlepsze warunki. Tym jednak mogła pomartwić się za chwilę. Wiktorii i Armandowi raczej nic nie mogło już pomóc.
- Najlepiej wszysko po kolei - odpowiedziała w końcu na pytanie pani żywiołaków.
- Przede wszystkim chciałabym wiedzieć, ile było prawdy w historii Talosyty, który robi tu istną apokalipsę z twego powodu? I co zakładał plan Romana? Oraz co zamierzasz zrobić, gdy dotrzemy do klasztoru wyznawców Torma - zadała najbardziej palące pytania.

-Więc po kolei.- odrzekła i wzięła głęboki wdech -Myślę, że Roman od początku był w to zamieszany i to on przekonał opactwo Torma do wysłania nowicjuszy na zwiad w okolice zamku. Wiedział, że młodzi i ambitni będą chcieli pokazać się z dobrej strony. Wiedział, że mój kochany w przypływie furii i z chęci bronienia mnie nie będzie miał dla nich litości. Wiedział pewnie i o tym, że to sprawi iż Tormici wyślą do zamku znacznie bardziej doświadczonych rycerzy. Roman od samego początku musiał nimi manipulować, wcześniej nikomu nasza obecność tam nie wadziła. Ten głupiec pragnął bym wróciła na rodzimy plan i zabrała z skarbca mojego dawnego partnera potężny artefakt, wzmacniający moc psioniki.- wyjaśniła jednym tchem jakby faktycznie miała w płucach tyle powietrza co sztorm wiatru -Pragnę załagodzić sytuację w klasztorze i wyjaśnić im dlaczego tak się to potoczyło.- wzruszyła ramionami -Nie musisz się martwić. Nie szukam zemsty. Te parę miesięcy to nic dla mnie. Moje życie jest zbyt długie by się tą chwilą niewoli przejmować.- dodała na koniec.

Nyarla pokiwała lekko głową. Takie wyjaśnienia w zupełności jej wystarczały. Co prawda mogła dociekać, czy Aquu sama jest z nią szczera, ale ze strony Pani Wichrów jak na razie nie spotkało ich nic złego.
- Rozumiem. I dziękuję. Oczywiście, zaraz ruszymy z powrotem do klasztoru. Choć nie będzie to łatwa podróż. Musimy też zabrać ze sobą Thoga. - wskazała bezwładne ciało półorka, wpatrujące się niewidzącymi oczami w pochmurne niebo.

Następnie podeszła do Wiktorii i Armanda. Zamierzała spalić ciała razem z całym dobytkiem. Nie wyobrażała sobie nosić czegokolwiek, co należało do nich, gdy zginęli za jej sprawę. Zaintonowała słowa zaklęcia, by mocą splotą przemienić się w żywiołaka ognia. Tylko tak była w stanie skrzesać tu ogień wystarczający, by pochłonął ciała. Kiedy stała się płomieniem, śnieg dookoła począł się gwałtownie topić. Czym prędzej weszła pomiędzy kapłankę i barda, by przyklęknąć nad ich ciałami.
- Niech wasze dusze odnajdą spokój w krainach waszych bogów… - szepnęła tylko, nim huk ognia zagłuszył wszystko inne.
Podobno ogień oczyszcza. Nyarla wcale nie czuła się lepiej, mimo że w zasadzie stała się nim na chwilę. Była pośrodku ognistej burzy, która nie czyniła jej najmniejszej krzywdy za to ciała przyjaciół obracała w popiół. Czarownica przyglądała się, jak pełgające języki płomieni zabierają z tego świata raz na zawsze makabryczny widok tych zwłok. Gdy pod jej stopami została już tylko sucha wypalona ziemia, a z zwłoki stały się popiołem, rozwiała magię zaklęcia. Coraz mocniejszy wiatr porwał nieco prochów i poniósł je dalej w srebrzystych smugach.
- Sprawdzę jeszcze, czy Roman zostawił tu coś ciekawego i ruszamy do Tormitów - zakomenderowała tonem pozbawionym wszelkich emocji, po czym wróciła jeszcze na chwilę do mrocznej jamy.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

ndz maja 31, 2015 12:33 pm

Nyarla wróciła do jaskini. Najpierw zbadała dokładnie pomieszczenie, gdzie Roman "pomieszkiwał". Wiele ksiąg w skromnej bibliotece psiona miało dla Nyi nic nie znaczący tytuł. Było też parę pozycji, które Nyarla kojarzyła, lecz ich treścią czarownica nie była zbyt zainteresowana.W drugiej kolejności Nya udała się do sporej skrzyni, którą człek ustawił sobie obok łóżka. Z lekkim wysiłkiem otwarła spore wieko kufra i zajrzała do środka.
Solidna kolczuga nie miała w sobie ani krzty magicznej mocy, lecz poskładana wraz z peleryną z symbolem Pięści Torma była wyraźnym dowodem na to, że Roman głęboko wniknął w społeczność klasztoru uzurpując jednego z rycerzy. Nya odłożyła zbroję na bok. Kobieta dostrzegła w pierwszej kolejności niewielką szkatułkę wielkości dwóch dziecięcych pięści. Z tego już magia emanowała na tyle mocno, że kobieta z łatwością ją wyczuła. Kolejną rzeczą, którą wypatrzyła kobieta był sztylet o falowanym ostrzu i niewielkiej głowie węża na krańcu rękojeści. On również pulsował esencją magii.

Nyarla schowała sztylet i szkatułę, a następnie zabrała się za wyciąganie starych dokumentów, glejtów i zniszczonych map z dna kufra. Po chwili dokopała się do pięknej broszy na złotym naszyjniku, która podobnie jak szkatuła czy sztylet była natchniona magiczną mocą. Niewzruszona schowała fanty do swej torby, po czym ruszyła do drugiej jaskini, gdzie przetrzymywana była Aquu. Na drewnianych stolikach wokół kamiennego kręgu znajdowały się różne mikstury, lecz Nya nie mogła rozpoznać żadnego jej znanego specyfiku. Być może osłabiały stan umysłu ofiar Romana nim ten zaczynał korzystać ze swej psionicznej mocy, kto wie? Na jednym ze stolików znalazło się kilkanaście słojów jak ten, który Roman podał Thogowi. Większość była kompletnie pusta i nie nosiła śladów użytkowania ale w siedmiu znajdowały się zaschnięte ślady, podobne do takich jakie zostawia za sobą ślimak. Nya od razu domyśliła się, że Roman miał do dyspozycji więcej robali, które w jakiś sposób pomagały mu opanować łatwiej umysł ofiary.

Gdy Nya opuściła jaskinię ujrzała niecodzienny widok. Aquu stała z założonymi rękami w oczekiwaniu na smoczą córę zaś za jej plecami znajdowały się dwa piękne stworzenia rodem z planu żywiołu powietrza trzymające na "rękach" ciała Wiktorii i Armanda.
-Zasługują na nieco lepszy pochówek od spalenia czy pogrzebania na zwykłej ziemi. Tormici urządzą im godny pochówek na swoim cmentarzu. Zadbam o to.- wyjaśniła. Gabriel tylko wzruszył ramionami. Zdawał się nie mieć nic przeciwko chociażby próbie rozegrania takiego scenariusza. Żywiołaki, które towarzyszyły Pani Wichrów były pięknymi, choć groźnie wyglądającymi istotami. Ich półmaterialne ciała przypominały nieustannie wirujący wiatr, układający się w zbliżone do humanoidalnych kształtów ciała. Bez większego trudu utrzymywali ciężkie ciała aasimarki i barda.
-Co z Thogiem?- zamyślił się avariel.
-Ja się nim zajmę.- odezwała się Youri.

Kobieta odmówiła głośno krótką litanię w nieznanej Nyi mowie i po paru chwilach jej ciało rozbłysło bladym światłem i w mgnieniu oka przybrało formę niedźwiedzia grizli. Gabriel spojrzał na Nyę i przewrócił oczami. Sethir pomógł ułożyć ciało półorka na grzbiecie niedźwiedzicy, po czym zniknął na swój mini plan ukryty w przedmiocie, w którym był zaklęty.
Wieczór zapadł błyskawicznie, choć bez wątpienia czarne chmury zasłaniające niebo przyspieszyły moment w którym zrobiło się ciemno. Mimo, iż wiatr wył głośno, targając bezlitośnie koronami pobliskich drzew, unosząc przy tym tumany śniegu ich podróż przebiegała spokojnie, pewnie za sprawą mocy Aquu.
Kompani nie odeszli zbyt daleko od jaskini, gdzie więziona była żywiołak, a już musieli zrobić sobie przystanek. Na swej drodze bowiem napotkali tych samych rycerzy, których mijali u wejścia do jamy. Jeden i drugi stał jak kołek gapiąc się pustym wzrokiem gdzieś w siną dal.

Ich umysły były tak samo puste i wyłączone jak Thoga. Choć Tormici im nie zawinili niczym, to jednak grupa Nyarli nie miała już środków do zabrania ich ze sobą i pozostało tylko modlić się do bogów by mężczyźni nie umarli z zimna na środku zamarzniętego jeziora.
W końcu po dość długiej i męczącej podróży kompani dotarli na wzniesienie, gdzie stał klasztor wyznawców Torma. Strażnicy wypatrzyli ich z muru i gdy dotarli na miejsce brama już była otwarta a na dziedzińcu, gdzie prawdopodobnie odbywały się codzienne ćwiczenia czekał już komitet powitalny. Gamling wraz z grupą parunastu rycerzy z nieskrywanym zdziwieniem przyglądali się kolejno przechodzącym przez bramę kompanom Nyi. Choć czarownica była nieziemsko piękna, to jednak więcej uwagi rycerzy skupiała na sobie Aquu.
-Nie wiem, co żeście zrobili, ale chyba powinienem być wam za to wdzięczny!- krzyknął próbując być głośniej od huczącego złowrogo wiatru.

-Nie podejrzewałem, że tu wrócicie i to w takim składzie!- krzyknął ponownie -Przejdźmy do katedry! Pomieści nas wszystkich i porozmawiamy!- Aquu skinęła głową zgadzając się na to bez większego namysłu. Ruszyła do przodu wraz z swymi przyzwanymi sługami nie dając wyboru Nyi, Gabrielowi i przemienionej Youri. Rycerze wartko otwarli na oścież bramę do świątyni wpuszczając najemników do środka. Gdy wszyscy już znaleźli się w katedrze, masywne odrzwia zostały zamknięte.
W środku panował chłodny, żołnierski styl. Szerokie na pięć metrów ławy podzielone były wąskim chodnikiem prowadzącym pod wielki pomnik Wielkiej Trójcy.
-Więc to ty byłaś powodem tego zamieszania.- rzucił Gamling przyglądając się Aquu.
-Zajmijcie się zwłokami.- odrzekła żywiołak, przyzwane przez nią istoty odłożyły na ziemi zwłoki Armanda i Wiktorii, po czym znikły, wracając na rodzimy plan. Również i Youri zrzuciła z grzbietu Thoga, wracając do swej humanoidalnej formy.

-On żyje, uważajcie na niego.- syknął Gabriel.
-Wiemy. W opactwie mamy kilka osób, które są w podobnym stanie jak wasz kompan.- Gamling zbliżył się do Nyarli.
-Wybacz, za to jak was potraktowałem. Zrozum, jednak że sytuacja która tutaj panowała tego ode mnie wymagała. Na szyi naszego opata tkwi jakiś paskudny robal. Medycy pracują nad jego bezpiecznym usunięciem. Na karkach paru innych rycerzy również. Nie wiemy co to za stworzenie, ale podejrzewam, że to w jakimś stopniu kontroluje umysły osób, na których tkwią.
-Jeśli o to chodzi to wasi dwaj kompani są tak samo ogłupieni jak Thog. Stoją mniej więcej na środku zamarzniętego jeziora. Poślij po nich czym prędzej nim zamarzną w śnieżycy.- rzekł Gabriel. Gamling zmrużył oczy i wejrzał za siebie.
-Richard, Bulit, weźcie konie i pędźcie po nich.- nakazał, po czym dwóch rycerzy bez słowa zabrało się za wykonanie rozkazu.

-Należą nam się wyjaśnienia.- wtrąciła się również Youri. Gambling wziął głęboki wdech po czym skinął głową.
-Racja. Parę tygodni temu nasz opat kompletnie zgłupiał. Przestał wychodzić z swej kwatery, przestał odmawiać orędzia i modlitwy. Jego decyzje początkowo dla nas niezrozumiałe zaczęły prowadzić do dziwnych sytuacji, których nie dało się nie powiązać ze zmianą pogody. Chcieliśmy przewrotu władzy tutaj nie po to by sobie zaleczyć kompleksy pozycjami, lecz po to by ratować dobre imię klasztoru i nasze losy.- wytłumaczył.
-Czemu od razu nie mówiłeś?- zbulwersował się elf.
-Jak już wspominałem, dbałem dobre imię klasztoru. Wieści o zwariowanym przeorze nie mogły wyjść po za mury tego świętego miejsca.- wytłumaczył.
-Dlaczego po prostu nie powstrzymaliście tego całego Romana?- spytała genasi.
-W nieznany mi sposób zapanował nad opatem. Ten zaś wydawał takie polecenia, by nie przeszkadzać Romanowi. Mieliśmy związane ręce.-

W tym momencie drzwi do świątyni otwarły się lekko i do środka katedry wbiegł młody człowiek, który akurat zbroi na sobie nie miał.
-Dowódco. Udało nam się. Lord Gracjan odzyskał rozum. Pozbyliśmy się tego pasożyta z jego karku i lord odzyskał świadomość. Ma kontakt ze światem, lecz jest potwornie zmęczony i nic nie pamięta.- zameldował człek, który pewnikiem był tu jakimś medykiem.
-Świetnie. Zatem do roboty. Trzeba pozostałych ocucić. Nim też się zajmijcie szybko.- wskazał palcem Thoga.
-Tak jest!- medyk skinął głową jednemu z rycerzy i mężczyźni we dwóch wynieśli półorka, pozostawiając na jego miejscu na ziemi torbę i płonący topór Thoga.
-Oni widzę nie podołali...- rzekł w konsternacji spoglądając na Wiktorię i Armanda.
-Dobrze widzisz. Trzeba pogrzebać zwłoki.- odezwała się znów Aquu.
-Oczywiście. Jutro z rana urządzimy pochówek, choć pogoda nam nie ułatwi sprawy.- rzekł.
-Pogodą już zajmę się ja.- odpowiedziała Aquu.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

pn cze 01, 2015 10:06 am

Nyarlą wstrząsnął widok zarówno pięknych żywiołaków z planu żywiołu powietrza, jak i ciał Wiktorii i Armanda. Chwilę temu dopiero pożegnała się z nimi, zwracając ich ziemi, a Aquu przywróciła ich na powrót temu światu. Przecież było im wszystko jedno, jak zostaną pochowani, ich dusze były już...
Chyba że...
- Myślę, że Tormici mogą zrobić dla nich coś więcej - odparła Nyarla już zupełnie spokojnie. - Dziękuję. To była lekkomyślna decyzja.
Rozpacz faktycznie czasem potrafiła zaćmić umysł. Teraz jednak czarownica złapała się kolejnej myśli i zamierzała kurczowo trzymać się jej, dopóki nie dowie się, czy realizacja jest możliwa.

W podróż powrotną udała się urocza grupka złożona z trzech istot z innego planu, trzech żywych istot z Pierwszej Materialnej i trzech trupów. Proporcje nie były zbyt wesołe. Na szczęście przynajmniej pogoda im nie dokuczała dzięki obecności Pani Wichrów. Do klasztoru dotarli dużo szybciej niż do jaskini Romana. Na wszystkie te rozmowy i wydarzenia u Tormitów Nyarla nie zwracała jakiejś specjalnej uwagi. Rejestrowała nowe informacje, ale nie miała ochoty wypowiadać się na żaden z poruszonych tematów. Dopiero kiedy przyszło do pochówku, ocknęła się z zamyślenia i zatrzymała Gamlinga spojrzeniem praktycznie w miejscu.

- Zaraz, chwileczkę - zaczęła cicho. - Szybko zorientowaliście się, że nie jesteśmy zwykłymi poszukiwaczami przygód. Mogliście poprosić nas o pomoc. Mogliście nam powiedzieć. Przez waszą ignorancję ucierpiały setki osób mieszkających w pobliżu. Przez wasz strach o dobre imię klasztoru zginęli także i oni - wskazała Armanda i Wiktorię.
- Zależało nam, by pomóc zwykłym ludziom... Tym, którzy codziennie muszą liczyć się z konsekwencjami czynów takich ludzi jak wy. Bo imię klasztoru było ważniejsze - mówiła spokojnie, ale pełna moc smoczego dziedzictwa przemawiała jej ustami.
- Ich krew jest na waszych rękach. Gdyby nie fakt, że w ostatniej chwili pomógł nam łupieżca umysłów, pojawiając się nagle znikąd i kończąc walkę, zapewne byłaby tam i nasza. Gdybyście odważyli się spojrzeć poza koniuszki własnych nosów i dobre imię klasztoru... Byłoby zupełnie inaczej.
W powietrzu zaczął rozchodzić się delikatny zapach ozonu. Splamione krwią szaty Nyarli zafalowały łagodnie na wietrze, którego nie było. Włosy obecnych zaczęły stawać dęba w miarę jak powietrze w katedrze stawało się coraz bardziej naelektryzowane.

- Roman nie żyje. Nie jest dla was dłużej zagrożeniem. Będę wdzięczna za usunięcie pasożyta i przywrócenie Thoga do zdrowia. Co zaś tyczy kapłanki i barda... - spojrzała na Gamlinga, a między jej palcami zaczęły trzaskać maleńkie wyładowania elektryczne.
Doskonale pamiętała słowa kapłana z Waterdeep - zwrócić życie komuś, kto zginął niedawno, a jego ciało było w jednym kawałku, było stosunkowo łatwo. Tylko pełne wskrzeszenie, jakiego potrzebował Gabriel, wymagało prawdziwie potężnej mocy.
- Ciała są świeże. Czy naprawdę nikt z obecnych w tym przybytku nie jest w stanie zwrócić im dusz? Ich umysły pozostały sprawne do końca. Jestem pewna, że nawet jeśli nikt z was nie jest do tego zdolny, sam Gracjan powinien dać sobie radę. Wówczas możecie zająć się ciałami, by pozostały w odpowiedniej formie do czasu jego powrotu do pełni sił.
Większa błyskawica przeskoczyła między ramieniem Nyarli a mieczem Gabriela. Czarownica obiecała sobie w duchu, że jeśli Tormici odmówią jej pomocy, rozwali im w pył tę całą twierdzę, aż nie zostanie z niej kamień na kamieniu.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

czw cze 04, 2015 9:45 am

-Sama słyszałaś w jakim stanie jest Gracjan. Ledwie odzyskał kontakt z rzeczywistością. Obawiam się, że tak potężny rytuał jakim jest ożywienie jest w tej chwili po za zasięgiem jego możliwości.- rzekł spokojnym tonem Gamling.
-Z resztą droga Nyarlo, samiście tam poszli gdzie Roman był. Mogliście pójść gdziekolwiek a poleźliście właśnie tam. Może niech za śmierć waszych kompanów odpowie ten, kto kazał wam pchać się do tej jaskini za moimi ludźmi? Nie wciskaj mi tu mowy o tym, że my mamy krew waszych przyjaciół na rękach bo oboje wiemy, że tak nie jest.-
- Dlatego też powiedziałam, że możemy zaczekać, aż odzyska siły - odparła już dużo spokojniej, a jej aura zaczęła się uspokajać.
- Gdybyśmy wiedzieli, z czym przyjdzie się nam mierzyć, nie dalibyśmy tak omamić się Romanowi - westchnęła.
- Ale zostawmy to. Problem rozwiązany. Pogoda też wkrótce powinna się uspokoić. Czy wiecie coś o pobliskiej Zachodniej Warowni, która powinna mieścić się niedaleko w górach? - postanowiła zmienić temat na bardziej neutralny.
Gdyby Wiktoria żyła, z pewnością by o to zapytała.

-Rozmawiajcie sobie, nic tu po mnie.- wtrąciła się Aquu -Sami wiecie, że ktoś na mnie czeka. Po za tym pogoda… Pozostawia wiele do życzenia.- uśmiechnęła się ciepło choć akurat z szerokiego repertuaru uśmiechów, ten najmniej do niej pasował.
-Tobie Nyarlo i Twoim przyjaciołom chciałam podziękować za… Zaangażowanie w uwolnienie mnie od tego psychopaty Romana. Gdyby nie wy, bogowie wiedzą jak długo by mnie tam trzymał i ilu niewinnych przy tym by ucierpiało.- kobieta zbliżyła się do czarownicy i w dworski, teatralny wręcz sposób objęła ją delikatnie.
Czarownica przez moment chciała wyrazić nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkają. Było w Pani Wichrów coś majestatycznego, co ją przyciągało. Była jednak również władczynią żywiołu i ciężko było żywić do niej zwykłą sympatię.
- Powodzenia - powiedziała więc tylko, pozwalając jej odejść na powrót do ukochanego.

Youri i Gabriel zaś musieli zadowolić się tylko dygnięciem Aquu.
Kobieta opuściła świątynię odprowadzona spojrzeniami każdego z rycerzy, oraz członków grupy Nyi.
-W takim razie moja misja również dobiegła końca.- burknęła niezbyt rozmowna do tej pory Youri. Genasi spojrzała Nyarli głęboko w oczy i również się uśmiechnęła, jednak zdecydowanie bardziej szczerze niż żywiołak.
-Wasze konie będą na was czekać o świcie u bram klasztoru.- oznajmiła.
-Nie chcesz do nas dołączyć? Twoje moce przydadzą się nam wszystkim a cele mamy dobre według mej oceny.- zwrócił się do niej Gabriel.
-Moja misja trwa tutaj. Ale miło będę wspominać wyprawę z waszą grupką.-
- Dziękujemy Youri. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, być może wkrótce będziemy sąsiadami - odparła Nyarla. - Nie wahaj się wówczas prosić nas o pomoc w razie potrzeby.
Genasi pokłoniła się i opuściła świątynię parę chwil po Aquu.
-Pójdźmy coś zjeść. Jesteście pewnie zmarznięci, wyczerpani i głodni.- zaproponował Gamling. Gabriel wejrzał na żonę i tylko wzruszył ramionami dając do zrozumienia, że nie ma nic przeciwko.
Nyarla również wzruszyła lekko ramionami w odpowiedzi. Ani nie miała nic przeciwko, ani nie mieli wyboru.
- I tak musimy zaczekać, aż Thog będzie w stanie podróżować - odparła ponuro.
Najwyraźniej pogodziła się już z tym, że Wiktorii i Armandowi nie przywróci życia. Wizja zdobywania twierdzy bez kapłanki i barda tylko jeszcze bardziej ją przybiła. Próbowała jednak tego nie okazywać. Prosta sylwetka, dumnie uniesiona głowa, pewny krok.

Gamling poprowadził ich korytarzami twierdzy do podłużnego pomieszczenia, które służyło za jadalnię. Sala była schludnie wysprzątana i - podobnie jak wiele pomieszczeń w twierdzy - surowo urządzona. Stały rzędy utworzone ze stołów i ław, aby rycerze i kapłani mogli spożywać wspólne posiłki. Po drugiej stronie znajdowało się jeszcze przejście do kuchni. I tyle. Żadnych zbędnych sprzętów czy ozdób. Nyarla usiadła, oczekując na posiłek i popatrzyła na Gamlinga, unosząc lekko jedną brew. Wciąż czekała na odpowiedź.
-Zachodnia warownia?- zamyślił się Gamling -Z tego co wiem to w tym miejscu roi się od potworów, a kiedyś nawet podobno zamieszkiwał ją smok.- Nya wejrzała na Gabriela, w tym samym momencie, gdy on spojrzał na nią -Co prawda nie terroryzował okolic, lecz plebs z tych stron, oraz łowcy nie raz widzieli, jak gad frunie w kierunku twierdzy.- rzekł rycerz -Budowla jest niezwykle trudna do oblężenia, albowiem postawiono ją na skalnym wzniesieniu, dobre dziesięć metrów nad poziomem ziemi, zaś pod wzniesieniem znajduje się jeszcze rów liczący trzy metry, w którym kiedyś chyba płynęła fosa. Budowla składa się z trzech wieżyc, z których jednej szczyt jest zrujnowany, jakby ustrzelony z katapulty.- Gambling opowiadał z pamięci -Za murami znajduje się kilka budynków. Każdy z nich jest z pewnością zamieszkiwany przez chmary potworów.

Po chwili do stołu zbliżył się młody giermek podając sporą tacę z mięsem, za nim zaś maszerowało dwóch kolejnych młodzików z pieczywem, oraz winem. Gdy młodzi chłopcy odeszli Gamling spojrzał znów na Nyarlę i kontynuował -Sama droga do twierdzy to już niezwykle trudna podróż. Kręta ścieżka znajduje się w niewielkim kanionie, który jest bardzo prostym do osaczenia i atakowania z góry. Z tego co wiem niegdyś pod warownią znajdowała się kopalnia diamentów, lecz od dawien dawna nikt nie schodził do sztolni. Teraz pewnie będzie tam więcej potworów z całej okolicy niźli złóż czegokolwiek do wydobycia.- wyjaśnił. Nyarla i Gabriel dowiedzieli się znacznie więcej niż podejrzewali.
-Daleko to stąd?-
-Wiele mil i jeśli tam zmierzacie to czeka was kawał drogi.- o dziwo nie spytał dlaczego Zachodnia warownia jest ich celem podróży.
-Musicie być ostrożni. To już nie kwestia orków i goblinów. W czeluściach tego miejsca czają się bestie znacznie potężniejsze niż zielonoskórzy. Nawet jeśli twoja moc magiczna, oraz twój kunszt wojownika jest na mistrzowskim poziomie, lękam się, że to i tak za mało by przejść spokojnie chociażby dziedziniec bez problemów.- mężczyzna wyprostował się i uśmiechnął -Zjedzmy bo ostygnie.

Nyarla nałożyła sobie porcję mięsa i jadła powoli, zagryzając chlebem. Mimo że była głodna, a jedzenie było smaczne, niespecjalnie miała apetyt. Musiała jednak jeść, by mieć siły przed dalszą podróżą.
- Kopalnia diamentów - powiedziała znad talerza jakby do siebie - to rozwiązałoby problem funduszy na utrzymanie twierdzy - dodała, zwracając się do Gabriela.
- Dziękujemy za informacje. Jako że jest nas prawie połowa mniej niż było, gdy dotarliśmy w tę okolicę, z pewnością odwiedziny w twierdzy nie będą zbyt przyjemne. Byle tylko nie czaiła się tam zgraja takich jak Roman - wzdrygnęła się zauważalnie.
Czarownica już na zawsze miała mieć do psioniki negatywne podejście.
- Czy byłaby możliwość zaopatrzenia się w jakiś prowiant na podróż, nim ruszymy dalej? - zapytała, maczając kromkę chleba w gęstym sosie. Nya nie byłaby sobą, gdyby z czystej ciekawości nie zapytała jeszcze:
- Nie zdziwiło cię specjalnie, że udajemy się w tamtą stronę?
Sięgnęła po kielich ciekawa odpowiedzi kleryka.

-Czy mnie to zdziwiło?- spytał zaskoczony Gamling -Nie, nie zaskoczyło mnie to ani trochę. Już od paru lat trwamy w tym klasztorze i spotykamy różne persony. Większość z nich to poszukiwacze przygód, szukający wrażeń i chwały w okolicy. Wy macie na twarzach wypisany poziom ambicji waszych celów. Gdybym spotkał was na największym targowisku w Amn może bym się nad tym nie zastanawiał. Tu, gdzie bohaterów nie wielu i większość chowa się przed mroźną zimą łatwo rozpoznać drugą osobę.- wyjaśnił powód swojego, stoickiego spokoju.
Skończywszy posiłek, Nyarla z Gabrielem udali się do przydzielonej im wcześniej celi. Tym razem ta obok miała pozostać pusta… Wino podane do mięsa było wyborne i czarownica z chęcią zabrałaby większy zapas do pokoju na noc. Nie powiedziałaby tego na głos, ale bała się znów, które na trzeźwo mogą przyjść do niej po wydarzeniach ostatnich dni. Nie wypadało jednak upijać się w domu boga takiego jak Torm.
- Chciałabym już znowu być w drodze... - powiedziała do ukochanego z ciężkim westchnieniem, gdy byli już w łóżku.
Przytuliła się do niego, czerpiąc spokój z jego bliskości i ciepła, którym ją otaczał. Dłuższy czas nie mogła zasnąć myśląc ciągle o Armandzie i Wiktorii; o Eryku, który postanowił nie odpowiadać więcej na jej prośby; o Thogu, który wkrótce się obudzi i stawi czoło okrutnej prawdzie; wreszcie o niemożliwym zdaniu, które było przed nim… Zmęczona przeżywaniem ciągle tych samych emocji, zasnęła w ramionach Gabriela.

22 dzień Pełni zimy 1373 roku Rachuby Dolin


Gdy Nyarla otwarła oczy było już dawno po wschodzie. Ospale przeniosła wzrok na leżącego na łóżku, na grzbiecie Demona. Kot dyszał ciężko ukazując szereg malutkich ząbków, lecz gdy wyczuł drobny ruch swej pani przewrócił się na bok przeciągając w zabawny sposób. Demon zeskoczył z łóżka i zniknął Nyarli z oczu, ta zaś miała okazję by przyjrzeć się podśpiewującemu radośnie ptaszkowi, który siedział na parapecie jej celi. Nyarla dopiero po chwili zrozumiała, że niebo, które widziała przez okno było błękitnie czyste. Z radością usiadła na łóżku spoglądając na leżącego obok męża. Avariel uśmiechnął się do niej. Pewnikiem nie spał całą noc, lecz nie stał przy oknie niby stróżujący golem, a leżał obok w łóżku grzejąc swoją ukochaną pierzastym skrzydłem. Nyarla pozbierała się z łóżka i odziała czując nieustannie na sobie wzrok avariela.
-Chcesz rozmawiać z Gracjanem?- spytał elf. Nya tylko skinęła mu głową w odpowiedzi. Temat poległych w boju towarzyszy wciąż był dotkliwie bolący.
-Zatem pójdźmy.- Mężczyzna bez chwili namysłu zeskoczył z wąskiego i niewygodnego łóżka, założył ubranie, po czym złapał w dłoń złotą zbroję. Chwilę tak myślał stojąc nad nią nieruchomo po czym odłożył ją z powrotem pod łóżko, najwidoczniej stwierdzając, że już im tu niebezpieczeństwo nie grozi.

Para poszukiwaczy przygód opuściła celę. Od razu ujrzeli uprzątnięty od śniegu plac ćwiczeń, gdzie doskonale widać było ślady porannych treningów.
-Pilnuj kwatery Demon.- rzucił elf zamykając za Nyą drzwi. Para ruszyła w stronę prywatnych kwater wyżej postawionych duchownych. Gdy mijali korytarz prowadzący do medyka ich oczom ukazał się jeden z rycerzy, których poprzedniego dnia widzieli przed więzieniem Aquu. Mężczyzna wzdrygnął się i jak rażony piorunem wybiegł z korytarza.
-Niech was dumna pierś Torma przed złem uchroni.- powitał ich, dodając do słów ciepły uśmiech. Był wysoki i dobrze zbudowany, choć wzrostem Thoga nie przewyższał. Jego ciężki pancerz był wypolerowany i zadbany a na napierśniku widniał wygrawerowany symbol zaciśniętej pięści.
-Nie pamiętam zbyt wiele z wczorajszego dnia, ale sir Gamling wspominał, że to wam po części żywot zawdzięczam. Gdy odzyskałem świadomość ujrzałem waszego kamrata. Śpi nieprzytomny, choć rany ma uleczone i opatrzone. Postanowiłem czuwać nad nim aż się nie zbudzi. Możecie być spokojni.- wyjaśnił.
-Chcemy mówić z przeorem. Nadal jest pod obserwacją waszego medyka?- spytał Gabriel.
-Nie avarielu. Sir Gamling stwierdził, że lord Gracjan lepiej odpocznie w prywatnej kwaterze.- odrzekł, po czym pokłonił się lekko i wrócił korytarzem przed drzwi do sali medyka.

Nyarla wymieniła porozumiewawcze spojrzenie ze swym mężem po czym ruszyli dalej. Chwilę później ich oczom ukazał się Gamling.
-Witajcie. Niech sprawiedliwość Tyra zawsze wam sprzyja.- powitał ich rycerz -Widziałem was z okna. Pewnie chcecie rozmawiać z przeorem?- spytał.
-Jak byś zgadł rycerzu.- odpowiedział elf.
-Zatem w drogę. Lord jest wciąż wyczerpany ale już z nim mówiłem i obiecał was przyjąć. Jest bardzo wdzięczny za to, jak przyczyniliście się do uwolnienia naszej społeczności z okowów plugawej mocy psiona. A także za przywrócenie naturalnej równowagi pogody…- Gamling stanął przed grubymi, okutymi stalą drzwiami, po czym zastukał w nie parę razy.
-Wejść…- usłyszał ze środka. Rycerz otworzył drzwi wpuszczając parę przodem. Nyarla i Gabriel ujrzeli starego człeka o pomarszczonej twarzy, który mimo wieku na głowie wciąż miał kruczo czarne włosy. Lord nie miał na piersi zbroi. Wciąż był widocznie za słaby. Jego ciało chroniło wilcze futro.
 
Awatar użytkownika
Amanea
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1629
Rejestracja: wt sty 05, 2010 1:31 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

pn cze 08, 2015 6:23 pm

-Więc to wam należy się moja wdzięczność…- powitał ich z otwartymi ramionami. W izbie unosił się zapach stęchlizny, który ktoś nieudolnie próbował ukryć silnymi perfumami. Była to cela starego człowieka, zatem ani elf ani czarownica nie zdziwili się zbytnio mało przyjemnym zapachem. Cela była urządzona trochę mniej skromnie niż pozostałe, które widzieli, lecz nikogo to zbytnio nie dziwiło. Stary człek miał masę pamiątek i rzeczy, które wypełniały jego izbę.
-Niech was uściskam.- rzekł po czym podszedł do Nyarli przytulając ją po bratersku -Uratowaliście starego człeka z nielada opresji. Z resztą nie tylko mnie.- rzekł z głosem wypełnionym ciepłem i wdzięcznością


Pełne radości i uprzejmości zachowanie mijanych osób zdawało się mocno wpływać na nastrój czarownicy. I to nareszcie pozytywnie. Dzięki ich ciepłym słowom i okazywanej wdzięczności Nyarla zaczynała wreszcie odczuwać, że śmierć jej towarzyszy nie poszła na marne. Dwa życia za kilkadziesiąt, a biorąc pod uwagę opłakaną w skutkach pogodę, może nawet kilkaset. Zupełnie tak jak mówił Gabriel, a avariel nie miał w zwyczaju rzucać słów na wiatr tylko po to, by pocieszyć ukochaną.

Kiedy zatem w końcu spotkali się już z przeorem, czarownica osiągnęła już jako taką równowagę psychiczną i mogła na powrót być sobą.
- Udało nam się niejako przypadkiem - zaczęła, odwzajwmniwszy delikatnie uścisk. - Naszym celem było ukojenie natury, aby móc kontynuować podróż w góry - przyznała.
- A że źródłem wszystkich problemów był Roman, pomogliśmy przy okazji i wam - uśmiechnęła się delikatnie. - Mamy talent do pakowania się w różne kłopoty - dodała zupełnie poważnie.
- Czy Gamling wspominał o naszych stratach? I mojej prośbie w sprawie użyczenia waszych mocy w ramach wzajemnej pomocy? - zapytała ostrożnie i uprzejmie.
Nie zamierzała się poddać, nawet jeśli pogodziła się z utratą kapłanki i barda.

Mężczyzna skinął głową, lecz długą chwilę milczał trzymając czarownicę i elfa w niepewności.
-Przejdźmy się. Od dawna nie używałem świadomie nóg.- rzekł po czym podszedł do drzwi i otwarł je na oścież wskazując gestem ręki ustępione pierwszeństwo parze jego gości. Lord Gracjan wyszedł jako ostatni i zamknął za sobą drzwi po czym dołączył do małżeństwa i przemówił w końcu.
-Gdy praktykowałem jako młody adept, pieczę nade mną trzymał kapłan o imieniu Arthur. Był świetnym wojownikiem i bardzo mądrym człowiekiem. Każde jego słowo, każdą naukę i każdą radę traktowałem tak poważnie, że niemal ryłem ją sobie w sercu dłutem mej wiary i młotem jego siły persfazji.- rzekł. Szli bardzo spacerowym tempem nigdzie się nie spiesząc.
-Pamiętam jak przyszedł czas gdy zacząłem panować nad potęgą mej wiary przeobrażając ją w magię. Mówił mi, módl się gorliwie każdego dnia, rankiem, południem i wieczorem. Módl się gdy o coś prosisz ale i gdy dziękujesz. Mocy boskiej nie używaj na marne. Ale nade wszystko cenił sobie kolej rzeczy. Mówił, że jeśli ktoś z tego świata odszedł nie należy go opłakiwać, albowiem bogowie tak chcieli a im sprzeciwiać się nie wolno.- spojrzał na kobietę, która podejrzewała do czego dąży przeor.
-Ja w pełni popieram te mądre słowa. Jeśli wasi kompani zginęli to należą się wam moje kondolencje, za ich dusze będę się modlić, lecz wskrzeszenie ich to coś co kłóci się z dogmatami mojej osobistej wiary.- rzekł z nieskrytym na twarzy smutkiem.

Nyarla czekała cierpliwie, aż przeor skończy swoją przemowę. Stąpała spokojnie między kapłanem a Gabrielem, do ostatniej chwili chowając w sercu iskrę nadziei. I ona jednak zgasła, gdy przebrzmiały ostatnie słowa Gracjana.
- Rozumiem - odpowiedziała cicho.
Nie zamierzała nakłaniać kapłana do zmiany osobistych wierzeń i zasad. Najwyraźniej musiała pogodzić się z utratą przyjaciół i łaski Sune.
Po dłuższej chwili milczenia odezwała się ponownie:
- Wobec tego chcielibyśmy prosić o godny pochówek dla naszych towarzyszy i ruszyć dalej, gdy tylko nasz przyjaciel odzyska zdrowie.
-Co?- spytał zdziwiony avariel jakby nie mógł uwierzyć w słowa swej małżonki -To nie jest rozumiem. Bogowie na pewno nie chcieli żeby Armand skończył zaszczany z bólu, z rozsadzoną czaszką! Bogowie też nie chcieli żeby Wiktoria padła trupem od topora swego przyjaciela z dziurą wielkości mojego ramienia w piersi w kałuży własnej krwi! Nie tego chcieli dla nich bogowie i nie taki był ich los.- Nyarla ujrzała jak drobna żyłka na skroni Gabriela energicznie pulsuje. Widywała go w takim stanie nie raz, lecz zawsze oznaczało to koniec walki, w której brał udział.
-Masz moc nadaną przez bogów, skorzystaj z niej, przecież wolno Ci.- zwrócił się bezpośrednio do przeora.
-Wolno mi, lecz moje zasad…
-Twoje zasady są twoimi zasadami. Oni ginęli kiedy Ty siedziałeś tutaj z opanowanym umysłem przez tego skurwysyna. Gdyby nie ich śmierć dalej leżałbyś bez kontaktu ze światem gapiąc się tępo w sufit. Gdyby nie ich śmierć Gamling musiałby próbować przewrotu tutaj być może przelewając krew swoich braci dla wyższego dobra. Łatwo Ci mówić o zasadach kiedy twoje ręce nie są ubrudzone z krwi.- elf ścisnął dłoń w pięść.

Gracjan wziął głęboki wdech. Nyarla domyślała się, że był to kapłan na tyle potężny i wpływowy że mógł Gabriela swoją kapłańską mocą bez problemu uspokoić.
-Dobrze. W takim razie zrobię to dla was, lecz tylko jedno z nich rankiem do was dołączy.- odezwał się w końcu Gracjan. Gabriel nieco się uspokoił spoglądając na Nyarlę.

Nie uspokajała męża. Pozwoliła, by powiedział, co myśli. Za to że między innymi go kochała. Gdy ona odpuszczała i godziła się z sytuacją, on wciąż stawał do walki. Bez niego nie zaszłaby tak daleko. Tam gdzie jej uroda i dyplomacja zawodziły, tam jego temperament torował im drogę.
- Wiktoria - odparła prawie bez namysłu.
Powodów było wiele. Jeśli mieli dalej podróżować z Thogiem, nie mogli pozwolić, by zjadły go poczucie winy i wyrzuty sumienia. Aasimarka była z nimi dłużej. Bogini Nyarli obdzielała swą kapłankę specjalnymi względami. Jej piękno nie mogło tak po prostu zgasnąć. Zapewne Wiki wolałaby, by to Armand powrócił, ale decyzja należała do Nyarli.
- Dziękuję - powiedziała bardziej do męża niż Gracjana, po czym dygnęła dworski i wspólnie z avarielem odeszli, zostawiając przeora samego.
 
Awatar użytkownika
Nefarius
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 3956
Rejestracja: śr mar 08, 2006 6:39 pm

Re: Jestem legendą [D&D 3,5ed. FR] sesja solowa

wt cze 09, 2015 3:09 pm

Gracjan nieco zaskoczony tak szybką rozmową z parą gości ukłonił się lekko i nie kryjąc zawodu z zakończonego spaceru odwrócił się na pięcie i pomaszerował do swej kwatery. Nyarla wraz z Gabriele również udali się do swej celi, gdzie niecierpliwie wyczekiwał ich czarny jak smoła kot. Demon ucieszył się na widok swej pani i jej męża. Mieli jeszcze cały dzień czekać na to aż przeor przygotuje się do obrządku wskrzeszenia. Z resztą Thog pewnie wciąż cierpiał od ran.
-Pójdę zobaczyć co u półorka.- rzekł Gabriel jakby czytając jej w myślach. Nyarla skinęła głową avarielowi i przypomniała sobie o przedmiotach znalezionych w jaskini Romana. Wartko sięgnęła ręką do swego plecaka skąd wyjęła sztylet, broszę i szkatułkę. Identyfikacja magii zaklętej w przedmiotach już nie zajmowała jej tyle czasu co kiedyś, lecz Nya miała do zagospodarowania cały dzień, to też nie spieszyła się z tym wszystkim. Spokojnie rozłożyła znalezione rzeczy na łóżku, usiadła na drewnianym stołku obok i zaczęła przyglądać się fantom.

Pierwszą rzeczą, za którą się zabrała był sztylet. Ostrze było długie na dobre dwadzieścia centymetrów, stal z której je wykonano była solidna i zadbana. Falujący sztych wchodził w smukłą rękojeść, na której krańcu znajdował się malutki łeb żmii. W końcu Nyarla odkryła iż dzięki magii zaklętej w orężu broń potrafiła skazić krew ranionej osoby doskwierającą trucizną.
Przyszła kolej na broszę. Ta kryła w sobie moc iluzji. Moc nie byle jaką, gdyż dzięki niej Nyarla mogła zmienić swój obraz w znacznie większą od siebie istotę a do tego iluzja była tak silna, że potrafiła doskonale imitować dźwięki i zapach stworzenia, do którego chciała się upodobnić. W końcu przyszedł czas na szkatułkę. Nya ostrożnie otwarła pudełko w którym znajdował się jeden z legendarnych kamieni ioun. Ten, który miała przed sobą miał kształt kawałka drewna wielkości kciuka, zaś jego kolor był określany potocznie jasnolawendowym. Kobieta nawet nie zauważyła jak zleciało jej pół dnia. Był to dobrze zagospodarowany czas i kiedy już zaczęła się zastanawiać jak wykorzystać resztę wolnego czasu do celi wszedł Gabriel a zaraz za nim owinięty bandażami Thog.

Był bardzo wycieńczony i nie wyglądał najlepiej, lecz Nya wiedziała, że nic to dla niego. Zielonoskóry uśmiechnął się na jej widok ciepło i usiadł na ziemi obok łóżka.
-Nie dał się przekonać, że powinien odpoczywać u medyka.- Gabriel rozłożył ręce uśmiechając się przy okazji.
-Thog woli tu odpoczynek.- wytłumaczył się.
-A gdzie Wiki i bard?- spytał rozglądając się dookoła. Nyarla nieco spoważniała przez chwilę zastanawiając się co powiedzieć kamratowi.
-Armand nie przetrwał boju.- wyręczył Nyarlę -Wiktoria dołączy do nas jutro do południa.-
-Jak to? Gdzie być?- spytał zaniepokojony.
-Nie przejmuj się. Odpoczywaj. Jutro prawdopodobnie wyruszamy dalej do Zachodniej Warowni. Droga przed nami długa i trudna, musisz być w pełni sił.- elf poklepał zielonoskórego po barku.
-Thog zawsze w pełni sił.- wyszczerzył szereg pożółkłych zębów.

Reszta dnia zleciała trójce kamratów dość nudno. Nyarla korzystała z chwili odpoczynku. Dłuższy postój pewnie prędko nie nadejdzie, to też po wykonaniu wszystkich obowiązków czarownica rozsiadła się wygodnie na łóżku poświęcając czas na odpoczynek i inne nie wymagające wysiłku fizycznego czynności. Thog rozłożywszy sobie posłanie na chłodnej posadzce prędko usnął nie przeszkadzając Nyarli w niczym. Gabriel zaś korzystając z okazji popołudniowego treningu rycerzy postanowił dołączyć do ćwiczeń zupełnie jakby mu wciąż brakowało bitki. Wieczorem kompani zjedli obfitą, przygotowaną na ich cześć kolację z dziczyzny, świeżego chleba i dobrej jakości wina, które Nya z rozkoszą i przyjemnością wlewała z drewnianego pucharu do ust.
Tuż po kolacji jeden z rycerzy zabawił gości heroiczną historią o tym jak jego rodak z Cormyru poskromił czerwonego smoka, terroryzującego leśne osady w swych rodzinnych stronach. W końcu uczta dobiegła końca. Część kapłanów udała się na spoczynek inni jeszcze odczuwali potrzebę odmówienia modłów w budynku świątyni. Nyarla wraz z mężem wróciła do celi.

23 dzień Pełni zimy 1373 roku Rachuby Dolin


Drzwi do izby otwarły się z impetem.
-No witam!- kobiecy głos zagrzmiał w skromnych czterech ścianach. Kompani z radością powitali Wiktorię w swoich szeregach. Aasimarka również nie kryła radości mimo iż zdawała się być bardzo osłabiona powrotem do żywych. Kobieta usiadła na łóżku nie krępując się tym, że łoże należało do Nyarli i Gabriela. Była kapłanką Sune i z pewnością nie takie rzeczy widziała w swoim życiu. Kobieta nie wyraziła również krzty pretensji w stronę Thoga. Nie była głupia i doskonale wiedziała, że z własnej woli półork nigdy nie wyrządziłby jej krzywdy. Szybko też domyśliła się, że pozostały w nieświadomości Thog nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że to on odebrał jej życie. Znów byli w czwórkę, jak za starych, dobrych czasów. W końcu wszyscy pozbierali się i gotowi do drogi postanowili nie marnować więcej czasu. Pogoda im sprzyjała. Choć opadający przez wiele dni śnieg wciąż zalegał na szlakach, to jednak porywisty wiatr ustąpił wraz z czarnymi jak heban chmurami, co oznaczało że Aquu dołączyła do swego ukochanego a ten dotrzymał słowa.

Ostatecznie kompani pożegnali się z lordem Gracjanem, dowódcą zbrojnego ramienia klasztoru Gamlingiem, oraz innymi wdzięcznymi im rycerzami. Danego słowa dotrzymała również Youri, czekając na grupę z ich wierzchowcami przed bramą klasztoru. Z nią również pożegnali się ciepło po raz ostatni, ruszając dalej w drogę. Ceremonia pogrzebowa Armanda odbyła się wczesnym rankiem na świętej ziemi klasztoru. Kapłani nie poinformowali grupki o tym, lecz może nawet i lepiej, bo Nya nie musiała intensywnie myśleć nad przykrymi wydarzeniami z przed dwóch dni. Nyarla była spokojna o to że pochowany na poświęconej i strzeżonej Mythalem ziemi duch Armanda może być spokojny o to, że jego ciało nigdy nie padnie łupem żadnej nekromantycznej mocy.
Choć Thog i Wiktoria nie byli jeszcze w pełni sił grupa ruszyła dalej. Co prawda klasztorny medyk nie pochwalał ich decyzji to jednak Thog palił się do ruszenia w dalszą drogę zaś Wiktoria udawała, że dobrze się czuje. Zarówno aasimarka jak i zielonoskóry zdawali sobie sprawę jak ważna jest misja odzyskania Warowni.

13 dzień Szponu zimy 1373 roku Rachuby Dolin


-Jesteś pewien, że nie zabłądziliśmy?- Wiktoria skwitowała pytanie figlarnym uśmiechem, by maszerujący przodem Thog nie poczuł się urażony. Zielonoskóry wejrzał na kobietę z ukosa po czym uderzył się pięścią w pierś
-Lepszy przewodnik nie znaleźć w cały Toril!- odrzekł gromko. Maszerowali na północny zachód od parunastu dni. Thog niedługo po opuszczeniu klasztoru czuł się dobrze. Kontakt z naturą bardzo mu pomagał. Czasem Nya zastanawiała się co półork zrobi gdy już zdobędą Warownię i trzeba w niej będzie osiąść.
Wiktoria dopiero od paru dni czuła się w pełni sił a wstrząsający proces wskrzeszenia przestał męczyć jej organizm. Z każdym kolejnym dniem, kiedy byli już coraz bliżej celu Nyarla zastanawiała się intensywniej jak odbić Warownię z rąk hordy bestii i potworów. Czarownica spodziewała się być może najtrudniejszej przeprawy na swej drodze, może nawet i trudniejszej niż wyprawa do Podmroku.

-Niebawem dopadnie nas zmrok. Kochanie możesz zająć się schronieniem?- Gabriel zwrócił się do małżonki.
-My z Thogiem pójdziemy coś upolować. Zjadłbym świeże mięso a nie ciągle te suszone płaty.- Na myśl o polowaniu półork aż się wzdrygnął. Uwielbiał polować.
-Jasne, prawdziwe samce. Kobiety do chaty a my idziemy pokazać swoją męskość ubijając bezbronną sarnę phi!- skomentowała Wiktoria.
-Dla Ciebie Thog upolować dzik. Gołymi rękami.- zażartował głupkowato. Tak jak postanowili, tak też uczynili. Nyarla przyzwała zaklętą chatkę jak co wieczór, dziękując w duchu za ten czasem ratujący życie czar. Avariel wraz z półorkiem zaś udali się w głąb lasu zapolować i zadbać o świeże mięso, które pewnie starczy im na parę dni wędrówki.
-To ja pozbieram drewno na opał.- Wiktoria wzruszyła ramionami i wartko udała się w poszukać odpowiednich do ogniska gałęzi. Pieczenie mięsa przy kominku w chatce było bardzo niewygodne i wszyscy dobrze wiedzieli, że lepiej zwyczajnie piec je na zewnątrz przy ognisku.

Gdy tylko moc splotu wywołana frazami zaklęcia Nyarli utworzyła magiczną chatkę, kobieta postanowiła pomóc Wiktorii w zbieraniu drewna. Zmrok zbliżał się wielkimi krokami. Słońce było coraz bliżej koron masy drzew otaczających ich wkoło. Przez chwilę Nyarla poczuła się dziwnie zaniepokojona, znane jej uczucie, jakby ktoś ją obserwował. Czarownica wyprostowała się i ukradkiem rozejrzała dookoła. Nawet jeśli ktoś jej się przyglądał nie chciała dać po sobie poznać, że jest tego świadoma. Dopiero po paru chwilach dostrzegła refleks świetlny złotej zbroi swego męża. Stał samotnie, bez Thoga między drzewami oddalony dość spory kawałek od miejsca gdzie rozbili obóz, ledwie widoczny za drzewami. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę mimo iż dzieliła ich znaczna odległość. Elf stał nieruchomo jak słup soli, lecz gdy kobieta go dostrzegła odwrócił się na pięcie i powoli ruszył w przeciwnym kierunku omijając spokojnie drzewa stojące mu na drodze. Dziwne zachowanie Gabriela nieco ją zaniepokoiło.



Rozdział XII: Uwolnić się z okowów





+++++++++++++

Zdobyte doświadczenie: 21000 PD
Ostatnio zmieniony wt cze 09, 2015 3:11 pm przez Nefarius, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości