Zrodzony z fantastyki

 
Awatar użytkownika
Modrzev
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn maja 16, 2016 7:40 am

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pn cze 20, 2016 1:29 pm

NOWE ZIEMIE

GRACZE:
Aleira - http://www.myth-weavers.com/sheet.html#id=851245
Asija - http://www.myth-weavers.com/sheet.html#id=848898
Młody - http://www.myth-weavers.com/sheet.html#id=850202
Septus - http://www.myth-weavers.com/sheet.html#id=817310
Zindan - http://www.myth-weavers.com/sheet.html#id=850087


Statek kołysze się lekko na delikatnych falach oceanu. Bandera z herbem Republiki Gryfów zwisa smutno, gdyż od kilku dni wiatr wiał, ale w innej części świata. Ciszę rozprasza jedynie śpiew barda, który swoimi zdolnościami próbuje umilić wszystkim przedłużającą się podróż.

Jest to druga wyprawa ufundowana przez koronę, przewożąca ludzi, narzędzi i zapasy do założonej podczas pierwszej podróży kolonii na nowym kontynencie – Gryphon Town.

Nowy Kontynent – wieść o jego odkryciu przez żeglarzy z Królestwa Spaniarri i o przywiezionych przez nich z powrotem kruszcach, przyprawach i skarbach rozniosła się bardzo szybko po całym Starym Świecie. W mgnieniu oka każdy kraj zaczął przygotowywać się do własnej wyprawy, choć każdy miał w tym inny cel. Zakon Czarnego Krzyża postanowił wykorzystać ponownie Cesarstwo Arkturiona do swoich celów i pod płaszczem szerzenia wiary wśród dzikich chce podbić ich ziemie i zdobyć bogactwa. Liga Wolnych Miast planuje przenieść swoje władze na nowe ziemie, aby całkowicie uniezależnić się od swych dawnych władców. Hrabstwo Stholm liczy na odnalezienie dogodnego źródła skór w celu polepszenia swojej pozycji na rynku. Carat Rogonowów dałby wiele za odnalezienie zachodniej drogi do Dalekiego Kitaju, aby nie musieć więcej podróżować przez stepy zamieszkałe przez niebezpieczne plemiona nomadów. Kalifat Hassaln pragnie poszerzać swoją wiedzę poprzez poznawanie zachodnich kultur, a jeśli zgodzą się dołączyć do nich to utworzony zostanie Nowy Kalifat, ale tylko pod warunkiem, że uczynione to zostanie pokojowo. Wspomniani wcześniej Spaniarrowie nie planują osiedlać się na stałe w Nowych Ziemiach, ich celem jest szybka eksploatacja zasobów i siły roboczej, a następnie przeniesienie się w inne miejsce. Republika Gryfów zaś zamierza utworzyć na nowym kontynencie kolonie uzależnione od państwa macierzystego, ale także posiadające sporą wolność. Nowe możliwości ściągają wiele osób z rożnych kultur, różnych zawodów z nadzieją na rozpoczęcie nowego życia.

Co wiadomo o Nowym Świecie? Na razie niewiele. Centralna część kontynentu pokryta jest gęstymi lasami, klimat jest bardzo wilgotny. Co druga roślina jest trująca, a co trzecie zwierze poluje na ludzi. Spotkać tu można prymitywne grupy zbieraczy i łowców, ale wieść niesie, że w sercu dżungli znajdują się imponujące cywilizacje i ruiny miast pełne skarbów. Północna część kontynentów to mroźne pustkowia, imponujące pasma górskie i oazy gorących źródeł. Południe zaś to rozległe równiny. Na odnalezione do tej pory bogactwa składają się głównie przyprawy, rośliny jadalne i ozdobne oraz niewielka ilość kruszców. Wszyscy jednak czują, że to dopiero początek i prawdziwe bogactwa kryją się głęboko w dżungli czekając tylko na chętnych do ich zabrania. Niestety nad tymi ziemiami wisi także jakaś mroczna i wroga siła. Kapłani z Arkazji – Starego Kontynentu mają problem aby utrzymać więź ze swoimi bogami, a i zwykli ludzie czują się dziwnie.

Statek kołysze się lekko na delikatnych falach oceanu. Bandera z herbem Republiki Gryfów zwisa smutno, gdyż od kilku dni wiatr wiał, ale w innej części świata. Ciszę rozprasza jedynie śpiew barda, który swoimi zdolnościami próbuje umilić wszystkim przedłużającą się podróż. Jest to druga wyprawa ufundowana przez koronę, przewożąca ludzi, narzędzi i zapasy do założonej podczas pierwszej podróży kolonii na nowym kontynencie – Gryphon Town. Większa część załogi to osoby, dla których podróż w nieznane jest jedynym wyjściem. Bez grosza przy duszy ich czas wypełniony jest starannie przez militarnego dowódcę wyprawy na czyszczeniu każdej deski statku po kolei.

Kapitan Sir Erhard Lancestrong – jego nazwisko nie kłamało o czym niejednokrotnie przekonali się jego wrogowie jak i liczne kochanki. Nie znosił sprzeciwu, a każdy jego rozkaz musiał zostać natychmiast wykonany. Mimo, iż zapłaciliście za podróż i jesteście pasażerami wyższej kategorii i tak żadne z was nie odważyło się na dłuższą chwilę przerwy czy rozmowy. Jak bowiem mówi kapitan: "Jeśli macie czas na rozmowę to znaczy, że za mało przykładacie się do pracy!" - po czym zazwyczaj wyznacza dodatkowe, uwłaczające zadania.

Na statku płynie z wami jeszcze jedna osoba – Gubernator Fester de Fallard.
Był dowódcą pierwszej wyprawy i to on założył Gryphon Town ku chwale korony. Został zarządcą nowej osady i wrócił do ojczystego kraju po kilku tygodniach, aby przedstawić listę potrzebnych zapasów, z którymi obecnie płyniecie. Wydaje się być znacznie milszą osobą niż sir Lancestrong, a poza tym płynie w nim królewska krew. To właśnie podczas jego wart udało wam się zamienić kilka słów, dzięki czemu dowiedzieliście się przynajmniej dlaczego każde z was porzuciło stare życie i wypłynęło do Nowego Świata.
Ostatnio zmieniony śr cze 29, 2016 10:53 pm przez Modrzev, łącznie zmieniany 3 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
krzysionek
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: śr cze 22, 2016 5:25 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

czw cze 23, 2016 5:45 pm




"Młody" to 14 letni chłopiec z Arkturom. Na codzień zamieszkuje dzielnicę handlową. Gdy wymaga tego sytuacja- Górne Miasto, Doki czy nawet dzielnicę arystokracji. Każde miejsce, w którym można zrobić jakiś nielegalny interes. "Młody" to kieszonkowiec, złodziejaszek, szuja, krętacz, manipulant i oszust. Od urodzenia wychowywany na ulicy. Matka i ojciec- nie znani. Wychowany przez ulicę i starsze dzieciaki z gangu. Jako najmłodszy członek szajki zawsze pracował jako osoba, która wystawiała na atak niczego nieświadomą ofiarę. Nauczył się wykorzystywać naiwność innych osób. Był mistrzem zwracania na siebie uwagi. Potrafił zagadać, wyciągnąć potrzebne informacje, wykorzystać swój młody wiek jako atut w rozmowie z dorosłymi, posługiwać się dezinformacją.
Mieszkanie w Arkturom nauczyło go, że w życiu trzeba dbać tylko o siebie i swoich braci w niedoli. Nie przywiązuje się do grupy łatwo. Jest bardzo podejrzliwy i nieufny. Wie jednak, że siła tkwi w kupie. Nie ma takiej akcji, którą lepiej przeprowadzić samemu niż w grupie. Jest lojalny i nigdy nie zdradza osób, z którymi pracuje.
Jak na złość musi uciekać z miasta przez zdradę. Prowadził wspólną akcję z zaprzyjaźnionym gangiem. Wszystko udało się lepiej niż dobrze. Nie dość, że udało im się okraść ambasadora Republiki Gryfów to jeszcze podsłuchali tajne hasło. Hasło, które pozwalało na otrzymanie w dowolnym momencie w dowolnej ambasadzie 1000 sztuk złota bez żadnych pytań ani tłumaczenia się. Była to jednorazowa pomoc, którą mógł uzyskać każda osoba pracująca jako agent wywiadu. Pieniądze oficjalnymi drogami można było otrzymać po dość długim czasie, a niektóre informacje były zbyt ważne żeby czekać. Republika bardzo szybko zorientowała się, że pieniądze trafiły nie do ich prawdziwego agenta. Dokładne śledztwo doprowadzało do zatrzymań, tortur, przesłuchania i kolejnych zatrzymań.
Gdy do "Młodego" dotarła informacja, że może być kolejnym poszukiwanym nie zastanawiał się długo. Wykorzystując swoje wszystkie oszczęsności, dokonując cudów w dziedzinie dyplomacji (a raczej szachrajstwa) i podrabiając dokumenty świadczące o jego pełnoletności, zaciągnął się do załogi statku jako zwykły majtek. Pech (a może szczęśliwy traf? jak to mówią- najciemniej pod latarnią) chciał, że jedyny masztowiec potrzebujący kogoś do załogi płynął pod banderą właśnie Republiki Gryfów. Statek przybijał do kolejnych portów zbierając ze sobą co bardziej szalonych ochotników. Celem podróży były Nowe Ziemie.
Chłopiec miał świadomość, że to podróż w jedną stronę. Miał być jednym z pierwszych osadników ze starego kontynentu. Czy się bał? Nie- wiedział, że sobie poradzi. Czy cieszył się z ucieczki? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na te pytanie. Widząc na pokładzie tyle szalonych osobistości poczuł, że uczestniczy w czymś przełomowym. "Młodego" pociągała wizja zmiany swojego wizerunku i nowych możliwości. Dość szybko zauważył, że na tym staku dziwaków nie jest wyrzutkiem. Bardzo szybko wszyscy zrozumieli, że nie jest zwykłym majtkiem. Niezbyt trudno było przejrzeć jego podejrzaną historię. Pewna uzdrowicielka bardzo szybko zorientowała się po samej budowie ciała o realnym wieku młodzika. Najbardziej imponował mu złodziejaszek, który przechadzał się po burcie. Zwąchali się po pierwszym spojrzeniu. "Młodemu" imponowała gracja z jaką poruszał się nieznajomy. W mieście najlepszym sposobem na zniknięcie był donośny hałas. Właśnie ukradłeś pełną sakiewkę? Twoja ofiara zorientowała się, że coś jest nie tak? Wyciągnij palec przed siebie, krzyknij ile sił w płucach "złodziej!" i biegnij przed siebie wskazując wszystkim kierunek. Na pełnym ludzi targowisku to spryt i znajomi decydują o udanej ucieczce. Nie ukrywanie się w cieniu. Mimo wszystko wiedział, że nowe terytorium oznacza, że musi się przystosować.
Jeśli nie chciał do końca życia udawać rolnika jakiś tropikalnych owoców musiał znaleźć znaleźć sprzymierzeńców i uciec w nieznane. Obmyślając plan na najbliższe dni skupił się na szorowaniu podłogi. Monotonna i nudna robota sprzyjała kontemplacji.
Ostatnio zmieniony czw cze 23, 2016 7:06 pm przez Lord Xan, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Ardentus
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 15
Rejestracja: pn cze 20, 2016 9:44 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pt cze 24, 2016 2:46 pm



Septus LuX Ardentus lat 17 człowiek.
Urodzony w mieście Germanika, syn Sextusa Matutitusa Ardentusa ludzkiego maga szlachcica i półelfki Aldeliry.
Jest zielonookim dobrze zbudowanym młodzieńcem, o rudoblond włosach. Zwykle ubrany w szary płaszcz pod którym ma niewiele odzienia. Posiada lekko wydłużone uszy po matce,świadczące o dziedzictwie elfów.
Budowa ciała lekko masywna, ale kwalifikująca się wciąż jako średnia. Zwykły ubierać się w szary płaszcz pod którym ma niewiele ubrania (nie chodzi tu o ekshibicjonizm :P )- lekka koszula i spodnie z uciętymi nogawkami. Lekko wydłużone uszy (po matce), poza tym brak innych cech świadczących o dziedzictwie elfów.

W dzieciństwie był świadkiem morderstwa obojga rodziców na zlecenie członków rady zakonu, ponieważ jego ojciec był mocnym przeciwnikiem umacniania roli zakonu w cesarstwie. Pod pretekstem ochrony spuścizny po ojcu, majątek rodzinny został skonfiskowany przez dwór cesarski a on sam, oddany na wychowanie wujowi Thaltowi, krasnoludzkiemu porucznikowi.
Dzieciństwo spędził na mroźnych ostępach Stholmu na zachód od miasta Ostkulm. Od najmłodszych lat przejawiał talent magiczny po ojcu, którego rozwiniecie umożliwiał mu, w miarę możliwości, wuj poprzez nauki u wynajętych magów. Jednakże jego temperament powodował że każdy zakontraktowany mag szybko rezygnował z nauki młodzieńca który uwielbiał stosować w raz z nowo poznaną magią swoje umiejętności walki wręcz. Czas w którym nie pobierał nauk spędzał wraz z wujem i jego oddziałami na polowaniach, osiągnąwszy wiek lat 10 rozpoczął naukę kowalstwa od wuja i alchemii od kapłana Waldura należącego do jego oddziału. W wieku lat 12 zabił pierwszego orka z oddziału najeżdżającego wsie na północ od Ostkulm, trafiając mu toporkiem między oczy- co zyskało mu aprobatę i akceptacje u krasnoludów. Rok później zaczął jeździć z wujem regularnie na wyprawy obronne. Spokojne i szczęśliwe czasy przerwało zabójstwo, kolejne w jego życiu bliskiej mu osoby, wuja o które został oskarżony. Nie mogąc zostać w hrabstwie i nie mają czego szukać w cesarstwa, poprosił o pomoc w ucieczce do Spanirri Waldura, który pomógł mu zbiec do wolnych miast, skąd razem wynajęli statek do Spaniarri, gdzie jak sądzili znajdą spokój. Szybko przekonał się że byli w błędzie.
Z pułapki w którą ich wplątano żywym uszedł tylko on. Nie widząc sensu w dalszej ucieczce, ani szans na wygraną z władzami zakonu, postanowił za ostatnie pieniądze kupić pokaźny zapas północnych grzybów, a następnie zaciągnąć się do załogi statku płynącego do nowego świata, jako kowal.

Obecnie jego najbliższym towarzyszem jest fretka [łasica] Koda, jego wierny chowaniec, która towarzyszy mu wszędzie.

Ostanie kilka dni na statku minęły mu na dbaniu o jakość pokładowego oręża oraz by był dostępny w każdej chwili w przypadku niespodziewanego ataku korsarzy. W wolnych chwilach obserwuje załogę i "wysłuchuje"
opinii swojej fretki,o poszczególnych jej członkach lub ogląda panoramę horyzontu... pod warunkiem że dowódca nie patrzy.
Ostatnio zmieniony sob cze 25, 2016 1:08 pm przez Ardentus, łącznie zmieniany 3 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Aleiris
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: wt cze 21, 2016 4:23 am

Re: [D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pt cze 24, 2016 8:07 pm

Aleira, to młoda, 25-letnia, utalentowana wojowniczka. Na pierwszy rzut oka widać, że nie przykłada ona większej wagi do estetyki ubioru. Tłumaczy to tym, że najlepsza odzież i obuwie, to odzież i obuwie wygodne i dostosowane do warunków terenowych i pogodowych, pozwalające na swobodne manewry w czasie walki.
Do tej pory nie opuszczała granic Spaniarri, jendak w związku z faktem, że nie była w stanie tam znaleźć przeciwników, którzy byliby w jej oczach godni (przypisywała to prowadzonemu przez zdecydowaną większość społeczeństwa Spaniarri powolnemu trybowi życia), postanowiła wyruszyć w nieznane. Wieści o wyprawach na Nowy Ląd wydały się więc kuszącą okazją, szczególnie, że Aleirę fascynowały zasłyszane pogłoski o przerażających bestiach, zamieszkujących ląd.
Jest osobą otwartą i chętnie prowadzi dyskusje. Z rozmowy z Aleirą (bardzo lubi opowiadać o walkach, szczególnie o tych, w których brała udział a które stanowiły wyzwanie - bardzo się nimi ekscytuje) da się wywnioskować, że rzadko kiedy zastanawia się nad konsekwencjami podejmowanych przez siebie działań (kierując się zazwyczaj samolubnymi popudkami). Jest impulsywna, czego bardzo często później żałuje.
Nie lubi rozmawiać o swojej przeszłości - na pytania związane z jej rodziną nie odpowiada i zmienia temat. Na pytania o pochodzenie odpowiada, że jej dom jest tam gdzie ona.
 
Awatar użytkownika
Luciak
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn cze 20, 2016 11:43 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

sob cze 25, 2016 12:19 am

Asija Khairija lat 70 gnom. Ma długie czarne włosy, zielone migdałowate oczy i uśmiech, którym potwierdza swe dentystyczne umiejętności. Pochodzi z miasta Kalhaidż, w którym wspólnie z rodziną prowadziła lecznicę.

Przybywając na statek jest w szerokich hajdawerach i przepasana fularem w piersiach. Podczas morskiej podróży z Kalifatu do Republiki Gryfów odkryła jak niewygodne jest poruszanie się w obszernej burce po statku i postawiła ją w grze w kości, w zamian zdobywając swoje trofea. Jej głowę zdobi jasnoróżowy hidżab jako pozostałość wyrazu skromności oraz z sentymentu do rodzinnych stron.

Chętnie rozmawia z współpasażerami o swojej przeszłości i rodzinie. Znana jest ze swego dziwacznego talizmanu - jak sama utrzymuje - szczęścia, który zawsze ma w swoim pobliżu. Jak dotąd raz popisał się swą umiejętnością mowy i rozśmieszył załogę twierdząc, że tylko maszt Lancestronga pcha tę łajbę do przodu.

Obserwując załogę najbardziej zaintrygowali ją dwaj młodzieńcy, którym jeszcze daleko było do wyrośnięcia ósemek - jeden z nich chciał uchodzić za o wiele starszego, choć miał jeszcze mleko pod wąsem, a przy drugim rozchodził się czasem charakterystyczny zapach, który z czymś się jej kojarzył. Ciekawostką również była dla niej młoda kobieta z blizną na brodzie - zastanawiała się ile medycznych kazusów mogłaby poznać bliżej studiując jej ciało. Z błyskiem oka pustynnego wędrowca obserwowała niebieskookiego elfa, w którego ruchach na pokładzie mogła dostrzec doświadczenie w poruszaniu się po niepewnym terenie.

BŁOGOSŁAWIŁA brak wiatru. Ostatnie dni spędziła na dolnym pokładzie. Bojąc się wychylać przez burtę wypełniała drewniane wiaderko. Przyrzekła sobie, że gdy tylko opuści statek, przed nałożeniem z powrotem przeszkadzającego w żołądkowych problemach nikabu, ucałuje stały grunt pod nogami.
 
Awatar użytkownika
Gregorio
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
Posty: 9
Rejestracja: pt cze 24, 2016 8:01 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

sob cze 25, 2016 1:24 pm

Zindan to elf z Caratu Rogonowów. Przez jedną połowę swojego krótkiego jak dotąd "życia zawodowego" spędził jako zwiadowca na wschodnich rubieżach swojego kraju. Specjalizował się w bezpiecznym przeprowadzaniu karawan podróżujących do bogatych krain dalekiego wschodu. Praca stabilna i można powiedzieć że dobrze płatna, ale trochę za mało ambitna, dlatego drugą połowę swojego doświadczenia zapewnił sobie jako najemnik dla Ligi Wolnych Miast. Był członkiem jednego z zespołów szpiegowkich wydobywających cenne informacje z sąsiednich państwa mogące potencjalnie zapewnić większe bezpieczeństwo Lidze. Po odkryciu Nowego Świata uznał że jest to całkiem interesujący nowy potencjalny rynek dla jego usług. Postanowił udać się tam, poznać nowe obszary i docelowo oferować swoje usługi zwiadowcze dalszym ekipom kolonistów i poszukiwaczy przygód. Będzie jednym z pierwszych specjalistów w tej dziedzinie.

Zindan zazwyczaj wypowiada się tylko wtedy gdy jest to konieczne. Profesjonalnie podchodzi do swoich zobowiązań i odpowiedzialnie traktuje swoje obietnice. Niby drobny, niby elf, ale jest jednym z wielu przykładów na to, że pozory mogą mylić. Nie jeden twardziel przekonał się o tym padając prawie że trupem po nastym kieliszku mocniejszego trunku.

Na statku dba głównie o siebie, obserwując innych i badając ich zachowania. Nie jest pewien w jakich okolicznościach może spotkać te osoby w Nowym Świecie, a szczegóły mogą zrobić różnicę.
Ostatnio zmieniony ndz cze 26, 2016 11:50 am przez Gregorio, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Modrzev
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn maja 16, 2016 7:40 am

Re: [D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pn cze 27, 2016 2:18 pm

Kolejne bezwietrzne dni zdawały się ciągnąć w nieskończoność.



Statek stał w miejscu na wodzie tak spokojnej i gładkiej, że zdawać by się mogło, iż utrzymujecie się na powierzchni idealnie wypolerowanego lustra. Wykonaliście już wszystkie prace, jakie tylko mógł wymyślić Sir Lancestrong, a nawet kilka dodatkowych, na które sami wpadliście. Teraz jednak nie ma na okręcie już dosłownie nic w co można by jeszcze włożyć ręce, więc wszyscy zajmujecie się bezsensownym leżeniem, piciem, albo po raz kolejny graniem w kości. Bard, który do tej pory zabawiał was swoją muzyką zdarł zupełnie gardło i pozrywał struny ze swojej lutni. Prażące słońce i wilgotne, słone powietrze prędzej czy później zaczęło doskwierać każdemu. Bóle głowy, swędząca skóra, poparzenia to tylko niektóre z objawów, z którymi nie macie już siły walczyć. Nieprzychylna sytuacja zaczęła doskwierać nawet samemu gubernatorowi, który do tej pory większość czasu spędzał w swojej chłodnej kajucie. Teraz jednak nerwowo szwęda się po pokładzie mając pretensje do wszystkich jednocześnie i do każdego z osobna.

- To niedopuszczalne! - grzmi swoim lekko piskliwym, ale w chwili obecnej groźnym głosem - Tak nie może być! Siedzicie tu sobie, nic nie robicie, a statek stoi! Zróbcie coś! Tam czekają na nas ludzie, potrzebują zapasów i narzędzi, a wy co?! Gracie w kości?!

- Panie Fallard proszę się uspokoić - głębokim, spokojnym tonem odzywa się sir Lancestrong - Każdy z tych chłopaków i dziewczyn dałby wiele żeby zejść już na stały ląd. Nic na razie nie poradzimy, natura to przeciwnik, z którym nie wygramy, możemy tylko bezwarunkowo się poddać i czekać na jej decyzję co dalej z nami począć.

- O nie panie Erhard, niech mi pan tu nie mydli oczu! - zaczerwienił się ze złości gubernator stając na palcach żeby choć trochę zrównać się wzrostem z kapitanem - Pan jest odpowiedzialny za ten okręt i to w pana najlepszym interesie leży, abyśmy jak najszybciej dopłynęli do celu. Jeśli za chwilę nie ruszymy z miejsca to czekają pana poważne konsekwencje ze strony korony!

- Kurwa mać! - zagrzmiał kapitan głosem tak groźnym, że gubernator natychmiastowo cofnął się o trzy kroki i skulił w samoobronie - Co według szanownego pana gubernatora mam zrobić? Wysiąść z chłopakami i popchnąć tę próchniejącą kupę gówna aż do Nowego Kontynentu?!

De Fallard zebrał się w sobie, ruszył krok do przodu z palcem uniesionym w górę i otworzył usta w celu zreprymendowania kapitana, ale nie doszło do tego, ponieważ nagle zatrzymał się jak wryty. Jego oczy otworzyły się trochę szerzej, a na pulchnej twarzy zarysował się delikatny uśmiech.

- To nie jest taki zły pomysł. - rzekł zadowolony do Erharda, po czym pozostawiając go z wyraźnie zdziwionym obliczem pobiegł szybko pod pokład. Wszyscy, którzy słyszeli tę wymianę zdań poruszyli się nerwowo.

"Czy gubernator oszalał od nadmiaru słońca? Czy naprawdę każe wam pchać statek? A może przywiąże do was liny i każe płynąć ciągnąć za sobą cały okręt z zapasami?"

Na pokładzie zrobiło się trochę nerwowo. Sir Lancestrong stał ze skrzyżowanymi rękoma patrząc na zejście pod pokład. Po chwili wyszedł z niego de Fallard prowadząc ze sobą swoich trzech doradców - dwóch starszych mężczyzn i elfa w średnim wieku. Odwrócił się do nich, powiedział kilka słów po czym podszedł wyprostowany, pewnym krokiem do kapitana.

- Jeśli natura nie chce nam użyczyć wiatru. - powiedział tryumfalnym tonem - To sami go sobie zrobimy. Panowie - zwrócił się w stronę swoich doradców - Zaczynajcie!

Trzech mężczyzn przeszło na rufę okrętu dumnym krokiem, jakby co najmniej zostali wyznaczeni do odebrania Orderu Złotego Gryfa. Stanęli przodem do żagli i rozpoczęli inkantacje połączone z powolną, misterną gestykulacją rękoma. Elfi czarodziej dodatkowo rozrzucał wkoło komponenty materialne zaklęcia. Już po chwili poczuliście na waszych spoconych twarzach lekki powiew chłodnego wiatru. Wzmagał się coraz bardziej na sile i już po chwili, ku radości wszystkich statek żeglował ponownie w kierunku Nowego Świata. Wszyscy zaczęli wykrzykiwać radośnie, de Fallard stał pośrodku dumny jak paw ze swojego pomysłu, nawet kapitan miał na tyle dobry nastrój, że się uśmiechnął. Nie trwało to jednak za długo...



Piorun uderzył w wodę niebezpiecznie blisko statku. Jego hałas sprawił, że wszyscy podskoczyli do góry. Niebo jeszcze przed chwilą czyste i przejrzyste jak na zawołanie zasnuło się czarnymi jak noc chmurami. Kolejna błyskawica przeskoczyła na czarnym niebie ukazując się w swoim pełnym blasku czerwieni. Wiatr wzmógł się bezlitośnie, fale przybrały na sile, woda zaczęła smagać was po twarzach.

- Cholera, przystopujcie trochę! - krzyknął kapitan do doradców gubernatora.
- Ale kiedy to nie my. - odpowiedzieli przerażeni czarodzieje.
- Co się dzieje? Jak to możliwe? - piskliwie pokrzykiwał de Fallard.

Spod pokładu wybiegł nagle przerażony kapłan. Starszy człowiek rozglądał się w koło i wyraźnie trząsł się z lęku.

- Czuję... - zaczął mówić - Jakąś złowieszczą boską siłę. Nastawioną wrogo do nas. Żądną krwi i śmierci. Ale żaden znany mi bóg nie ma takiej mocy. Nad tym obszarem czuwa jakaś prastara siła. Zbudziliśmy ją, rozgniewaliśmy, naruszyliśmy jej niepodważalną władzę nad siłami przyrody wywołując magicznie wiatr. Za karę spoczniemy na dnie oceanu. - ledwie zdążył wypowiedzieć te słowa i opadł na pokład nieprzytomny.

Oczy wszystkich skierowały się na gubernatora. Stał przerażony trzymając się masztu i rozglądał poszukując choć jednej przychylnie nastawionej osoby.

- Aaaa! Pomocy! - zdążyliście spojrzeć w stronę burty akurat żeby dostrzec płynącego z wami łotrzyka wypadającego za burtę, kiedy okrętem szarpnęła mocno kolejna fala. Podbiegliście z nadzieją, że mu pomożecie, jednak pokryta pianą woda nie dała wam żadnych szans na choćby rzucenie liny w przybliżonym kierunku.

- Dobra, nie czas teraz na szukanie winnych. - Krzyknął sir Lancestrong. Wyglądał iście epicko stojąc twardo i niewzruszenie na rozstawionych szeroko nogach na środku pokładu, którym sztorm rzucał na lewo i prawo. - niczym morski bóg. Bóg, w którego nodze tkwi niemałych rozmiarów kawałek drewna przebijający ją na wylot - Ktoś lub coś chce nas pogrzebać na środku oceanu, a ja przyrzekłem sobie, że jeśli stracę życie to tylko w walce. Dlatego teraz kurwa chcę, żeby każdy z was walczył razem ze mną o życie! Niech każdy chwyci liny, wiosła, co kurwa uznacie za słuszne i razem stawimy czoła tej pierdolonej burzy! I niech żaden z was nie myśli o umieraniu, bo śmierć nie zwalnia was z mojego rozkazu! Mamy dopłynąć do lądu mniej lub bardziej w jednym kawałku! Czy to jest zrozumiałe dla was skurwysyny?! Do roboty!
Ostatnio zmieniony pn cze 27, 2016 2:23 pm przez Modrzev, łącznie zmieniany 3 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Luciak
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn cze 20, 2016 11:43 pm

Re: [D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

śr cze 29, 2016 12:53 am

Kiedy fala uderzyła pokład żołądek podskoczył jej do gardła. Pewnie gdyby miała czym wymiotować to by to zrobiła. Weź się w garść wielbłądzia dupo! pomyślała spluwając żółcią. Wiedziała, że jest malutka i słaba, więc jeśli na coś mogła liczyć to na swoje umiejętności i autorytet. Musiała wyglądać na pewną swoich racji i kompetencji.

- Hej wy! - zawołała wskazując dwóch najbliższych drabów - Jestem medykiem! Znieść mi klechę pod pokład. Ty niższy zostajesz z nim i czekasz na moje dalsze polecenia! - popatrzyli na siebie głupio, oceniając swój wzrost, lecz po chwili usłuchali.

- Kapitanie za chwilę cię opatrzę! Siedź tam i się przywiąż! - rzekła wskazując okolice zejścia na dół. Będzie mogła wtedy wygodnie opatrywać rannych pod pokładem i mieć szybki dostęp do Lancestronga, który musiał rozkazywać załodze. - Ani mi się waż dyskutować! Możesz być pierwszy po Bogach, lecz ja jestem twym stróżem! - miała nadzieję, że to utnie jego ewentualne sprzeciwy i popędziła do kapłana.

Kapłan leżał jak kłoda na plecach. Podeszła do niego, spytała czy ją słyszy i potrząsnęła lekko ramionami. Nie zareagował. Złożyła dłoń w pięść i nacisnęła na mostek. Poruszył się nieznacznie. Skoro reagował na bodźce bólowe nie był głęboko nieprzytomny i powinien niedługo się ocknąć. Udrożniła drogi oddechowe i sprawdziła oddech. Usłyszała dwa pełne, miarowe wdechy i wydechy, więc mogła być spokojna o czynność serca. Przeprowadziła szybkie badanie urazowe głowy - reszty nie było potrzeby, widziała upadek, a na pierwszy rzut oka nie miał urazów kończyn ani nie było powodów do podejrzewania krwotoku - upewniając się, że nie ma żadnych obrażeń po upadku. Używając dźwigni ułożyła go w pozycji bezpiecznej i poinstruowała marynarza czekającego na jej polecenia jak i co ile sprawdzać w niej oddech.

- Jeśli cokolwiek się zmieni: przestanie oddychać czy zacznie wymiotować masz mnie natychmiast wołać. Jeśli się ocknie masz się nim zająć jak najlepszym kumplem, który dostał pałą w łeb w tawernie. - powiedziała idąc na górny pokład - Tylko żadnego alkoholu z nim nie chlej!

***

- GAPICIE SIĘ NA NOGĘ KAPITANA JAKBY Z CHĘTNEJ PICZKI WAM KRAKEN WYSKOCZYŁ! JA WAM PRZYBOSMANIĘ ŁACHUDRY, BOŚCIE DAWNO ELMATU NIE PRZEPRACOWALI! REFOWAĆ FOKA, REFOWAĆ GROTA! STERNIK KURS BAJDEWIND! - krzyczał Nadim z ramienia Lancestronga - SZCZURY LĄDOWE POD POKŁAD! - wymownie spojrzał w stronę gubernatora - KADECI LAĆ OLIWĄ BURTY!

Gdy rozkazy weszły w życie zabrzmiał kolejny okrzyk:
ŚPIEWAĆ A NIE FAJDAĆ GACIE!

***

Po wyjściu na górę zauważyła, że Lancestrong nie posłuchał jej zaleceń. Nie zamierzała jednak unieruchamiać go używając przemocy - dopóki chodził i mógł wydawać rozkazy rokowania były dobre. Gdyby obficie krwawił nie miałby do tego siły, a tak mógł dodawać animuszu załodze, która widziała, że kapitan mimo ran się nie oszczędza. Porywiste podmuchy wiatru chłostały ją strugami deszczu. Na szczęście akurat nadbiegał zwinny zwiadowca wraz ze struchlałymi magami.

- Zostańcie ze mną i pomóżcie załodze! Zindanie obwiąż nas byśmy byli bezpieczni! - głęboko patrząc w oczy przybyłych rzuciła błogosławieństwo (Bless), by przegnać z nich trwogę. Poleciła, by każdy mag wraz z nią uważał na ciemne sylwetki wspinające się po maszcie i był gotowy do złagodzenia ich ewentualnego upadku (Feather Fall). Nie była pewna czy Lancestrong nie usłyszał jej wcześniejszego polecenia czy ją zignorował, więc dla pewności wskazała kapitana oraz otaczających go żeglarzy i wysłała wiadomość (Message) Nie lękajcie się, czuwamy nad wami. Miejcie baczenie na kapitana i swych towarzyszy. Jeśli ktokolwiek dozna uszczerbku na zdrowiu - uniemożliwiającego pracę - na dolnym pokładzie czeka pomoc. Słuchajcie rad Nadima - to człowiek morza.

Dopiero teraz zauważyła, że nie było go przy niej, lecz słyszała jego chrapliwy głos przebijający się przez gwałtowne starcie wiatru i wody.

Podmorskie fale zielonym echem
podwodnej trawy przynoszą szmer.
Przegniłe dłonie martwego szypra
na dnie otchłani trzymają ster.

A nad powierzchnią niebo się chmurzy;
z mocami sztormu siądźmy do gry.
Śpiewa wiatr w wantach, śpiewa o burzy,
więc zaśpiewajmy i my!


Roześmiała się głupawo. Nie była pewna czy dotrwają jutra, lecz jedno wiedziała na pewno - Nadim nie utonie.
 
Awatar użytkownika
Ardentus
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 15
Rejestracja: pn cze 20, 2016 9:44 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

śr cze 29, 2016 11:01 am

Septus

W momencie gdy kapłan obwieścił załodze wieść o złej nieznanej mu sile Septus zrozumiał dlaczego za młodu wuj przy każdym jego zaklęciu patrzył się w górę i na pytanie czemu to robi, zawsze odpowiadał z charakterystycznym przekąsem w głosie „Patrzam, czy mi się już niebo wali na głowę mój smarku”. Westchnął tylko, wziął głęboki wdech i spojrzał dookoła siebie w celu rozeznania w pochmurnej sytuacji w jakiej się znajdowali. Lata spędzone na mroźnej smagane wiatrem północy sprawiły że wiatr ni był mu straszny, a na jego szczęście nigdy nie cierpiał na chorobę morską podczas żeglugi na wyprawach z wujem. Tym razem nie było inaczej. Widząc pokładowego grajka ciągnącego bezużytecznych w tej sytuacji ludzi wraz gubernatorem na czele pod pokład, spojrzał na swą fretkę:
-Idź z nim, wygląda na takiego co da rade z tymi paplami, ale jakby coś było nie tak i któryś nich zaczął w panice nas zatapiać, daj znać”.

Sam ogarnął wzrokiem ludzi na pokładzie i pomyślał „hmm… trzeba ogarnąć resztę załogi wraz z tymi niedorajdami utytułowanymi przez pomyłkę tytułem maga tfuuu… do działania, a potem- pomyślał chwilę, by przypomnieć sobie co robili podczas sztormów na północy towarzysze z grupy wuja- ściągnąć te zasrane żagle zanim je stracimy… oliwa na burtach powinna też pomóc… tjaaaa… beczka z piwem jest pełna, nastąpiło zwolnienie kurka i zara się przekonamy jakim nektarem będziemy się dziś raczyć”.

Usłyszawszy że już ktoś zaczął wykrzykiwać rozkazy pomyślał tylko „w końcu ktoś kompetentny”, by po chwili gdy zobaczył, że to okrętowy talizman rozkazuje załodze, stwierdził tylko:
-mkeeyyy, w sumie to bywało gorzej. - Widząc medyczkę instruującą nieudolnych magów, a wojowniczkę przy linach rzekł - Czyli na mnie wypadło piwo pod tytułem „oliwienie”… niech i tak będzie. - spojrzał w poszukiwaniu większej grupki mało produktywnych marynarzy i ku swojemu niezadowoleniu znalazł ją po chwili, lecz wciąż ją szybciej niż, w jego mniemaniu, powinien w takiej sytuacji. - Ej wasza 7demka przy bakburcie… tak do ciebie mowie i do twoich kumpli Ty bezzębny łysy cherlaku, dawajcie tu do mnie migiem, łapiecie oliwę i lejecie ile wlezie po burtach, jak się nie podoba to skakać do wody… wy 4rej na bakburtę z łysym na czele, wy 3ej ze mną na sterburtę… ruchy leniwe szczury, przyszedł czas zapracować na swą skórę!”

Gdy zaczął pracę zobaczył elfa biegającego po całym pokładzie i powtarzającego rozkazy reszcie załogi, ucieszony faktem że w załodze są jednostki mające łeb na karku poza nim, przyłączył się do śpiewu reszty załogi myśląc „w sumie to bywało gorzej… przynajmniej nie tylko ja staram się byśmy wszyscy przeżyli tym razem…”. Śpiew przy robocie zawsze ją umilał, nieważne czy to przy szlachtowaniu mroźnych bestii czy pisaniu raportów z wypraw.

Przez początkowy chaos panujący na pokładzie oraz turlające się nie dość dobrze zabezpieczone przed burzą beczki i inne elementy statku, praca szła wolniej niżby sobie tego życzył. W grupie którą znalazł było 2óch starszych marynarzy, którzy mieli już swe najlepsze lata dawno za sobą oraz 3ech młodych majtków którym brakowało doświadczenia w takiej sytuacji, więc początkowo pracowali bardzo powoli i niewydajnie, na szczęście było też 2óch rosłych krasi dzięki którym, udawało się nadrobić początkowe problemy z młodzikami. Po początkowej stracie kilku beczek z oliwą, praca powoli nabierała tempa.

Starając się opanować wraz z resztą sytuacje na pokładzie, cały czas czekał na sygnał od Kody czy aby sytuacja pod pokładem nie wymyka się spod kontroli i jego obecność tam nie jest wskazana.
Ostatnio zmieniony śr cze 29, 2016 12:12 pm przez Ardentus, łącznie zmieniany 5 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Aleiris
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: wt cze 21, 2016 4:23 am

Re: [D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

śr cze 29, 2016 2:20 pm

Aleira wiedziała, że nie należy ufać magii. Już nie pierwszy raz widziała, jak rzucanie zaklęć spieprzyło sprawę. Tylko teraz nie było kogo poczęstować ostrzem, żeby wszystko wróciło do normy. Bogowie. Cholera.

Zaczęło się od lekkiego powiewu wiatru. Potem radość załogi, że statek wreszcie ruszył z miejsca. Bardzo szybko jednak wszystko zaczęło się pierdzielić. Deszcz i wiatr przybrały na sile. Bezlitosne fale zaczęły kołysać statkiem. Czarne chmurzyska przesłoniły słońce. Uderzenie poruna. Kolejne. I jeszcze jedno. Każde coraz bliżej. Kurwa, zimno. KURWA.

Idiota gubernator wyglądał jakby miał zemdleć. Typowa szlachta. Najgłośniej się drze, chcąc pokazać swój autorytet a najbardziej się trzęsie i najszybciej ucieka jak tylko pójdzie coś nie tak. W Aleirze zagotował się gniew. Wizja wysłania gubernatora na spotkanie z pięścią była naprawdę kusząca. Ale Lancestrong miał rację - nie czas teraz na szukanie winnych. Pozostaje obietnica - jeszcze głupie szlachciątko za to zapłaci.

Strach załogi i pasażerów można było wyczuć w powietrzu. Smród tak znajomy, że Aleira poczuła się prawie jak za czasów na Wyspach Garda. Przyglądając się osobom na pokładzie zauważyła ogromne podobieństwo do swoich towarzyszy, u boku których walczyła z Hassalinami. Można ich było podzielić na trzy grupy:

Pierwsza, doświadczeni weterani, którzy zachowywali zimną krew - u tych strach był jak stary przyjaciel, który motywował do działania. Wahanie u nich trwało sekundę. Nie wiele takich osób można było spotkać na polu bitwy. Tutaj był tylko jeden. Lancestrong. Dzięki Arktosowi za chociaż jednego. Kiedy większość jeszcze szczała po nogawkach, kapitan próbował jakoś dotrzeć krzykiem do tych sparaliżowanych strachem i dać im coś do roboty, żeby nie poddali się na samym początku bitwy.
Bo właśnie z tym teraz mieli do czynienia - bitwą o życie.

Druga grupa. Tutaj znajdowali się doświadczeni i niedoświadczeni, którzy delikatnie mówiąc, srali w majty ale udawali, że tak nie jest. Albo sami się oszukiwali. Całkiem nieźle im to wychodziło, biorąc pod uwagę powagę sytuacji.
Tutaj również była i Aleira. Wiedziała, jak ważne jest zachowanie pozorów. Cholera, ledwo szło utrzymać się w pozycji pionowej. Trzeba było trzymać się czegoś przytwierdzonego do staktu. Zasrane pioruny. Zasrany wiatr. Zasrany deszcz smagający ciało. Cieszyła się, że niewiele dzisiaj wypiła - chyba tylko dzięki temu jeszcze nie poczuła niczego ciepłego na nogawkach. Na szczęście adrenalina zaczynała działać. Upragniona energia. Serce waliło niczym bębny wojskowe. Dobrze. Poczucie, że ponownie stoi na polu bitwy pomogło odzyskać częściowo spokój. Nie możliwe było odzyskanie go całkowicie - tylko głupcy myśleli, że jest inaczej. Ale to dobrze - zbyt spokojna ofiara, to nieuważna ofiara. A tym byli dla sztormu.
Na twarzy Aleiry pojawił się uśmiech, w oczach innych prawdopodobnie uśmiech szaleńca. Przerażenie przed nieznanymi siłami i głębią oceanu, respekt dla wroga i radość, że wreszcie coś się dzieje, po tylu dniach nudy.

Trzecią grupę stanowiły osoby sparaliżowane strachem, który wręcz z nich spływał i osoby w szoku. Była to również najbardziej niebezpieczna grupa, bo z niej rodziło się najwięcej panikarzy. Tutaj znajdowali się pasażerowie i część załogi, której była to dziewicza podróż statkiem. Nie było w tym nic dziwnego.
Aleira pamiętała swój pierwszy sztorm. Zarzygała wtedy wszystko w promieniu dwóch metrów - a uważała się za osobę o nerwach ze stali. Tamten sztorm trwał krótko i w porównaniu do tego co się działo teraz wyglądał raczej jak letnia bryza. Dzięki temu, że spotkała się już z podobną sytuacją, zawartość jej żołądka pozostała tam gdzie powinna. Choć raz po raz domagała się wypuszczenia.
Do tej właśnie grupy skierowane były słowa Lancestronga "I niech żaden z was nie myśli o umieraniu, bo śmierć nie zwalnia was z mojego rozkazu!". Arktosie, chwała Ci za przywódcę na polu bitwy. Bo dzięki jego słowom kolejne osoby ruszały do działania.

Aleira widziała jak medyk zaczęła wydawać polecenia. Zielona na twarzy, z sercem w gardle. Nie zwymiotowała. Jeszcze. Jak nie teraz to później - ze zmęczenia.
Wiele razy Aleira była świadkiem jak medycy po pierwszej bitwie opróżniali swoje żołądki - bardzo często rzucało nimi tak, że potrzeba było wtedy kolejnego medyka. Nie dziwne, w końcu to oni mieli najwięcej pracy. Koniec walki był tylko końcem dla wojowników. Nie dla leczących.
Szacunek dla dziecka pustyni. Widać było, że to jej piersza podróż, lecz pomimo przerażenia zachowała zimną krew. Zajęła umysł tym, co robi najlepiej - leczeniem i przygotowaniem swojego okrętowego lazaretu. Być może przerażenie jeszcze do niej nie dotarło. Krzyknęła nawet rozkazy do kapitana. Wywołało to lekki uśmiech na twarzy Aleiry. Mimo stanowczości, którą próbowała wlać w swoje słowa, Lancestrong nie usłuchał. Prawdziwy dowódca nie słucha rozkazów - on je wydaje. Reszta wydawała się czuć respekt przed gnomem i wykonywać jej polecenia. Dobrze.

Aleira usłyszała również jakiś inny głos rzucający rozkazy. W całym rozgardiaszu nie była w stanie zlokalizować jego właściciela, ale widać było, że zna się na tym co robi. Ponownie chwała Arktosowi. Dowódca jest. Jego prawa ręka też. Większe szanse, że to przetrwamy.

Ubaw Aleira miała z tego, który zwał się Septusem. Zastanawiała się, ile energii musiał zużyć na oszukiwanie siebie, że wszystko jest w porządku. Przechadzał się po statku (całkiem zgrabnie mu to szło, zważywszy na to, że kołysało jak na ostrym kacu; być może zawdzięczał to temu, że niewiele miał na sobie; z drugiej strony cud, że go nie zwiało), wydawał rozkazy jednocześnie udając znudzenie i brak jakichkolwiek emocji. Gra aktorska naprawdę na wysokim poziomie. Chyba minął się z powołaniem.
Trzeba mu było jednak przyznać, że zimno nie sprawiało mu problemu (zasrane zimno!) i wiedział coś o żeglarstwie. Więcej, niż można powiedzieć o sporej części pasażerów. Więcej, niż można powiedzieć o Aleirze. Kurewskie zimno!

Więcej Aleira nie była w stanie dojrzeć - zbyt dużo się działo i nie było czasu na przyglądanie się co robią inni. Po pierwsze, trzeba było ruszyć się z miejsca, a było to wyzwaniem. Aleira starała się skupić na rozkazach kapitana i jego pomocnika (kto to był?), które docierały do niej ledwo co, poprzez ulewę i grzmoty. Usłyszała coś o ściąganiu żagli. W związku z tym, że była to jedyna rzecz, którą potrafiła zrozumieć z żeglarskiej gwary, skierowała się w stronę marynarzy, którzy się tym zajmowali. W drodze do żagli chwytała się wszystkiego, co wydawało się stabilne i starała się unikać latającego ładunku. Upadek był niewskazany. Jako, że nie znała się na żeglarstwie, próbowała naśladować działania tych, co wyglądali, że wiedzą co robią, przyglądając się nieufnie masztowi (psychicznie szykując się do upadku w taki sposób, by się nie zabić i okaleczyć) oraz modląc się do Arktosa, by jednak się nie złamał. Działanie pozwoliło na odzyskanie pewności siebie. Wspinaczka była w końcu czymś, na czym dobrze się znała. Z początku zamierzała asekurować się liną, ale doszła do wniosku, że w momencie kiedy się złamie maszt a lina w nim zaplącze, to zanim zdąży się odciąć, dziesięć razy może zginąć. "Arktosie, nie pozwól mi umrzeć w tak beznadziejny sposób."

Po rozwiązaniu sytuacji z żaglami, Aleira w złości udaje się na dziób statku (oczywiście ciągle się czegoś trzymając). Unosi miecz ku niebu, rzucając wyzwanie niewidzialnemu wrogowi: "Czymkolwiek jesteś, gdziekolwiek jesteś - znajdę Cię i wepchnę Ci miecz w zad tak głęboko, że piszczeć będziesz niczym zarzynany prosiak i żaden sztorm nie zagłuszy Twojego krzyku. Wyrucham Cię nim, niczym kurwę w burdelu. Z Twoich oczu zrobię sobie kolczyki a Twoje flaki rzucę sępom na pożarcie. Zabiję Cię, albo zginę próbując!"
Ostatnio zmieniony śr cze 29, 2016 8:47 pm przez Aleiris, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Gregorio
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
Posty: 9
Rejestracja: pt cze 24, 2016 8:01 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

śr cze 29, 2016 8:42 pm

Zindan

"Burza?! Cholera jasna, tylko tego mi brakowało... Wieje i do tego zimno, nienawidzę zimna, brrr!" pomyślał w pierwszej chwili Zindan. Z braku innego wyjścia przetrawił szybko swoją sytuację. Mógł albo ratować siebie, albo dołączyć do kilku osób, które w mgnieniu oka zaczęły ogarniać życie bardziej niż krasnoludy ogarniają kopanie dołów, czy innych tam kopalni. Z jednej strony przyłączenie się do akcji ratowniczej może być pierwszą wyborną okazją do wyrobienia sobie marki. No, ale martwemu nawet nawiększa renoma na nic. Dylemat rozwiązał się sam gdy usłyszał nagle "Zindanie obwiąż nas byśmy byli bezpieczni!". No nic, jeśli umrze w tej szaleńczej walce przynajmniej będzie miał wymówkę, że mu kazano. Trzeba znaleźć możliwie dużo dobrego w tej złej sytuacji w takim razie.

W pierwszej kolejności zabrał się za obwiązanie kilku osób linami. Niby proste, nie raz i nie dwa wiązał potrójne i poczwórne węzły, ale kołyszący się pokład i wszechobecna woda utrudniały sprawę. Dobra, wszyscy co mieli być zabezpieczeni są już zabezpieczeni. Pora zobaczyć co się dzieje się z resztą pasażerów...

A dział się z nimi chaos. Z większością przynajmniej. Kilku bardziej ogarniętych zwijało żagle. Kilku innych w tym Asija, którą wcześniej obwiązał liną stało w grupie i jakby coś recytowali w skupieniu. No nic, modlitwa też jest jakąś metodą na tą sytuację.

Po krótkiej chwili stwierdził, że najlepiej będzie pozagarniać te wszystkie fajtłapy pod pokład, trochę się statek chwieje i nagle nie mogą nawet dwóch kroków przejść. Przypomniał sobie mimowolnie jak kiedyś musiał utrzymać równowagę stojąc na galopującym koniu w ramach jednych z wielu treningów jego grupy zwiadowczej we wschodnich rubieżach Caratu.

W ciągu kilkunastu minut przebiegł statek wzdłuż i wszeż tyle razy, że aż stracił rachubę. Kilka osób pewnie mu się "omsknęło", ale w takich warunkach było to nieuniknione. Tak czy siak zrobił wszystko co mógł. Dobra, pora przygotować się na następny etap, ciężko powiedzieć jak rozwinie się ta burza. A może zaczną tonąć? Kij go wie ...
Ostatnio zmieniony śr cze 29, 2016 8:43 pm przez Gregorio, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
krzysionek
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: śr cze 22, 2016 5:25 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

śr cze 29, 2016 10:23 pm

Chłopiec był wyraźnie zszokowany zaistaniałą sytuacją. Jedyna magia jaką znał to iluzoryczne sztuczki ku uciesze gawiedzi i drobne leczenia. Trzech ludzi gubernatora naprawdę ruszyło statek z miejsca! Oni... potrafili kontrolować pogodę. "Bogowie". Chłopak skarcił się w myślach. Nigdy nie wzywaj bogów. Jak sobie przypomną o tym świecie, zstąpią z niebios i zjawią się w cielesnej formie to wszystkim nam pospadają buty z wrażenia.

Młody oddałby wszystko, żeby jakimś cudem jego sandały zsunęły się ze stóp. Mało tego. Gdyby tylko mógł utrzymać się stabilnie w jednym miejscu to rozwiąząłby swoje sandały i położył się na plecach unosząc jak najwyżej kulasy. Utrata obuwia wydawała się niebotycznie lepszą karą za wzywanie bogów niż to, co działo się wokół nich.

"O mamusiu" (zastanowił się dwa razy zanim powiedział cokolwiek). "Młody" stał na środku okrętu i patrzył się urzeczony. Kto dysponował taką potęgą? Jaka siła jest w stanie stworzyć jednocześnie coś tak pięknego i tak śmiercionośnego. Teraz zaczynał rozumieć wszystkie ballady i pieśni o bezkresnych podóżach. Próbował kiedyś stworzyć kilka wersów, wpatrując się w burzę przez okno kryjówki. Zawsze jego słowa wydawały się nie mieć mocy. Brak im było odpowiedniego wydźwięku, polotu, rozmachu. "Z mocami sztormu siądźmy do gry"- usłyszał echo tłumu dookoła. Dopiero teraz- widząc krople deszczu targane raz w dół, raz w górę, stojąc twarzą w twarz z tornadem- zaczął rozumieć słowa. Miał ochotę rozsiąść się wygodnie i zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół. W jego głowie kotłowały się donośne rymy. Szkoda tylko tych wszystkich ofiar dookoła. Następnym razem wezwie bogów w jakimś bardziej odludnym miejscu- pomyślał.

- Dobra, nie czas teraz na szukanie winnych. - Krzyknął sir Lancestrong. (Tak szybko się zorientowali, że to przez niego!?) Wybudził Młodego z młodzieńczych fantazji. Na szczęście wojownik patrzył w zupełnie inną stronę wypowiadając te kwestie. Chłopiec wyostrzył zmysły. Śmierć, niebezpieczeństwo, osaczenie, niekorzystne warunki- wszystko wokół przemawiało za tym, żeby ukryć się w najbliższym cieniu i dać drapaka w najbardziej dogodnym momencie. Rozejrzał się dookoła. Zaćmiony wizjami siebie jako najwybitniejszego barda na świecie nie myślał trzeźwo. Opcja ucieczki była oczywiście całkowicie niedostępna. Widząc ludzi dookoła wiedział, że przynajmniej piąta część załogi skończy w oceanie. Nie należał do osiłków i wiedział, że jeśli ktoś ma nie wytrzymać takiego wysiłku fizycznego to właśnie on. Był bardzo zwinny- mógł lawirować pomiędzy latającymi przedmiotami i doskonale łapać równowagę- ale nie wytrzymały. Po kilku modlitwach w końcu by się pomylił. W obecnej sytuacji taki scenariusz kończył się zawsze tak samo- śmiercią.

Po dokładnej lustracji spostrzegł swoją szansę na ratunek. Postać o głosie równie piskliwym jak jego. Młody nie przeszedł jeszcze mutacji głosu. Gubernator Fester de Fallard- może w jego przypadku siła głosu jest równa pewności siebie? Na twarzy młodzieńca pojawił się uśmiech radości i tryumfu, który bardzo szybko ustąpił służalczemu, gdy tylko zbliżył się do ważnej persony. Pokonał dzielącą ich odległość w kilku zwinnych susach. Powierzchnia mokrych od deszczu desek statku i nasiąknięty piwem parkiet karczmy praktycznie niczym się od siebie nie różnił.
-Panie. Powinniście udać się pod pokład i tam wyczekiwać końca burzy- Gubernator rozglądał się dookoła nadal chyba nie wierząc w to, co dzieje się wokół niego. Zadziwiające jak niewiele potrzeba, żeby uczony arystokrata stracił rezon. Wyglądał teraz jak skamlący pies przywiązany do budy w postaci Sir Lancestronga.
-Wielki Panie!- wykrzyknął młody jednocześnie muskając arystokratę po dłoni. Gubernator najpierw popatrzył na swoją rękę, potem na tkwiego w niezgrabnym ukłonie młodzieńcu przed nim. Ktoś naprawdę zwracał się bezpośrednio do niego w całej tej zawierusze. Miał nadzieję, że ten młokos nie przyszedł prosić o radę.
-Panie, powinniście ukryć się pod pokładem z resztą wysoko urodzonych. Załoga nie możne pozwolić sobie na utratę znakomitości w Pańskiej osobie przed dotarciem na miejsce. Jesteście zbyt ważni!- podnosząc lekko wzrok dodał pewnie:
-Chłopstwo musi wiedzieć dla kogo pracują i kogo ochraniają. Musicie być pewni swoich decyzji Panie.
Fester de Fallard spojrzał jakby ugodzony czymś ostrym w rzyć. Tym razem już nie w chmury, lecz po załogantach. Zamknął otwarte dotąd ze zdumienia usta. Zmarszczył brwi przybierając zdeterminowaną minę. Młody nie wiedział co tak zmotywowało gubernatora. Mógł tylko podejrzewać, że rywalizacja z Sir Lancestrongiem lub ukryta potrzeba akceptacji jako dowódcy. Jedno trzeba było przyznać- uczyli go mistrzowie teatralni. W krótkiej chwili zamaskował swoje zagubienie. Nadal nie wiedział jak zareagować, ale już nie budził politowania. Nawet tak drobna rzecz jak wyprostowanie sylwetki i odpowiednia mina sprawi, że schodząc z pokładu wszyscy zobaczą gubernatora mającego na celu dowiezienie niezbędnych towarów. Nie czmychające w strachu panisko, ratującego własną dupę. Fester de Fallard skinął na młodego przybysza z uznaniem.
-Prowadź- rozkazał.
Świta wielkiego Pana czekała od dłuższego czasu tylko na te słowa. Przerażeni- tym co najprawdopodobniej sami wywołali- runęli pod pokład zanim ktokolwiek zdążył choćby pomyśleć gdzie jest wejście.
-Oni mogą pomóc tu na górze. Ich czary mogą uratować wiele istnień- "Młody co innego powiedział, co innego miał na myśli. Gubernator doświadczony w dworskich obyczajach dokładnie śledził wzrok chłopca. Ten padł na majtków, którzy patrzyli z wściekłością na magów i z nadzieją na Sir Lancestronga. Ten chłopiec- spojrzał na nastolatka w stroju majtka- nie jest głupi.
Ale... to by oznaczało, że zostanie bez ochrony na kołyszącym we wszystkie strony statku.
Gdy ta myśl dotarła do jego głowy nie mógł myśleć o niczym innym. Nagle stracił umiejętność oddychania. Szumiało mu w uszach. Poczuł się całkowicie samotny i bezbronny w morzu (w podwójnym tego słowa znaczeniu) nieznajomych. Atak gorąca doprowadzał do nerwowych tików- rozpinał cały czas te same guziki pod szyją, "ale, ale..." powtarzał jak zaklęcie do siebie . Młody widział w jego oczach przerażenie. Był jego ostatnią nadzieją.
Gubernator spojrzał w stronę swojego pomocnika. "Ratuje własną skórę"- przeszło przez myśl arystokracie. "I mój honor"- ponownie skinął głową na chłopca i dużo pewniej niż wcześniej krzyknął tak, aby jak najwięcej osób go usłyszało:
-Panowie - zwrócił się w stronę swoich doradców - Zaczynajcie!
Powtórzył komendę, która padła tak niedawno w stronę dokładnie tych samych osób. Znaczenie jednak było jakże odmienne.
Kilka osób spojrzało ze zdziwieniem. Nikt nie spodziewał się pomocy z tej strony. "Generał bez wojska"- pomyślał Sir Lancestrong. A jednak udało mu się uratować resztki honoru.

Gubernator prawie sturlał się po schodach. Stanął na równe nogi wyciągając ręce przed siebie. Wydawało się, że przerażony o wytrzymałość statku chce podtrzymywać go z każdej możliwej strony na raz. Gdyby tylko miał dłuższe ręce. Widząc wszystkie oczy skupione na nim w jednej chwili zmalał. Cofnął się pod najbliższą ścianę jakby czekając na atak ducha. Nie był w stanie wydać żadnej komendy. Walka z żywiołem wydawała się nie dotykać tych kilku wyżej urodzonych pasażerów. Odczuwali skutki szarpania całym statkiem ale nie zrobili nic, żeby zadbać o własne życie. Liczyli na cud albo na pomoc ludzi z pokładu.

Młody zwinnym skokiem szybko znalazł się w kajutach. Widząc brak jakiegokolweiek przygotowania sam postanowił wziąć się za dowodzenie.
-pod pokładem jedna z dziewczyn organizuje punkt opatrunkowy. My musimy przywiązać wszystko co może nam spaśćna głowe do statku. Meble razem ze sobą. Niepotrzebne drobiazgi najlepiej wyrzucić. Niech każdy przywiąże się do statku. Ja pomogę gubernatorowi.
Już chciał się odwrócić gdy zobaczył, że nikt go nie słucha. Docierają do nich głosy oczywiście ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby stosować się do rozkazów młokosa.
-Wy psiekrwie!- chłopiec zagotował się z wściekłości. A on głupi myślał, że w towarzystie samego gubernatora będzie bezpieczny w jego kajutach. Trzeba było udawać rannego pod pokładem. Postawił na złą kartę w tym rozdaniu... sam nigdy nie przymocuje wszystkich tych jeżdżących w każdą stronę mebli. Jeden nagły zwrot i wszystko runie na nich całym swoim ciężarem.
-Każdy, kto nie zastosuje się do zaleceń tego młodego człowieka będzie sądzony za zdradę stanu.
Gubernator omiótł wzrokiem zebranych. Na tym statku był głosem samego króla.

Wszyscy posłusznie wykonali polecenia.
Ostatnio zmieniony czw cze 30, 2016 8:47 am przez krzysionek, łącznie zmieniany 4 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Modrzev
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn maja 16, 2016 7:40 am

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pt lip 01, 2016 4:22 pm





Zindan skończył wiązać misterny węzeł na linie oplatającej Asiję i trzech magów. Mimo trudnych warunków był pewien, że supeł wytrzyma, a jednocześnie w razie potrzeby będzie łatwy do rozwiązania jednym ruchem. Teraz miał czas rozejrzeć się po pokładzie i ocenić sytuację. Lodowate krople z kolejnej fali rozbijającej się o burtę smagnęły go nieprzyjemnie po twarzy. Może to kwestia przemoknięcia, a może oliwa rozlewana po burtach przez Septusa i marynarzy rzeczywiście przynosiła skutek, ponieważ zdawało się, że siła uderzeń wody wyraźnie zmalała. Aleira kończyła właśnie wspinaczkę na maszt razem z kilkoma innymi osobami, wśród nich był nawet kwatermistrz - facet którego barki były chyba szersze niż wynosił jego wzrost. Nigdzie nie było za to widać Młodego, pewnie udał się pod pokład, aby tam pomóc ogarnąć sytuację. Kolejne czerwone błyskawice rozświetlały co chwilę ciemność zagłuszając swoim grzmotem na chwilę niesłabnący śpiew załogi.

Wzrok elfa trafił w końcu na postać sir Lacenstronga. Wciąż dzielnie stał na pokładzie sprawiając wrażenie jakby potężne kołysanie i wychylenia okrętu były tylko niewielką niedogodnością. Wykrzykiwał rozkazy stojąc z rękami skrzyżowanymi na plecach. Coś jednak było nie tak. Każde kolejne polecenie wydawane było odrobinę ciszej i wolniej. Może to tylko zmęczenie? A może... Kapitanem nagle zachwiało delikatnie. Chwycił się ręką burty, przy której stał i podtrzymał. Pozory jakie do tej pory kreował siłą swojej woli i wytrzymałością, a może i szokiem zaczęły pryskać. Znajdujący się w pobliżu marynarze zatrzymali się w tym, co właśnie robili i spojrzeli na niego z niepokojem.

- Wracać do roboty lenie! - Kapitan krzyknął tak potężnie, że aż podskoczyli - Choćby nie wiem co się działo, niech żaden z was nawet nie myśli o przerwie!

Załoga wróciła szybko do swoich obowiązków. Kapitan zaś spojrzał w dół, na swoją nogę. Jego jasnoszare wcześniej spodnie teraz mieniły się krwistą czerwienią, a wokół niego rozchodziła się niemała plama juchy. Oparł się plecami o deski burty i powoli osunął do pozycji siedzącej, aby następnie upaść na bok. Jego oczy były zamknięte. Żaden z marynarzy nie odważył się przerwać pracy i ruszyć z pomocą, podczas gdy półprzytomny kapitan zaczął ślizgać się powoli po pokładzie rzucanym przez fale. Rozkazy jednak padały dalej. To chyba zaprawiony w żeglarstwie Nadim starał się mimo wszystko utrzymać wszystkich w ryzach.

W tym czasie zmęczony Septus chwytał za kolejne beczki z oliwą i wylewał ich zawartość na burtę. Jego ręce mdlały już od wysiłku i zastanawiał się kiedy w końcu odmówią posłuszeństwa, jak na razie jednak nie zamierzał się poddać. Jego oddech był ciężki i ciężko było stwierdzić czy bardziej mokry jest od własnego potu czy tryskającej na niego co chwilę wody. Sytuację dodatkowo utrudniało to, że wszystko wokół, razem z nim samym było śliskie do granic możliwości. Utrzymanie równowagi sprawiało problem, a świadomość tego, że w razie jakiegoś nagłego wypadku szybka reakcja będzie niemożliwa nie napawała optymizmem. Poczuł w pewnym momencie znajome uczucie w swojej głowie - ktoś rzucał pomniejsze zaklęcia wspomagające.

"Czy to aby na pewno dobry pomysł dalej posługiwać się czarami, podczas gdy doprowadziły nas do takiej sytuacji?" Pomyślał unosząc kolejną beczkę. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Kolejna czerwona błyskawica uderzyła w burtę wywołując zapłon znajdującej się na niej oliwy. Siła podmuchu ognia odrzuciła Septusa do tyłu, ślizgając się na plecach uderzył boleśnie głową w jakiś twardy obiekt. W obecnych warunkach taki pożar nie powinien długo się utrzymać, ale kto wie jakie może w tym czasie wywołać szkody. Wiedział o tym świetnie siedzący na maszcie kwatermistrz, który z przerażeniem w oczach patrzył na języki ognia dostające się przez nieszczelności w burcie pod pokład. Spojrzał praktycznie niewidzącym ze strachu wzrokiem na Aleirę i wymówił po cichu słowa: - czarny proch.

Potężna eksplozja targnęła całym okrętem zwalając większość załogi z nóg. Kula płomieni rozświetliła nieprzeniknioną wcześniej ciemność i ujawniła pokaźną dziurę wyrwaną w pokładzie i burcie. Kawałki drewna, ludzi i bagażu pofrunęły we wszystkich kierunkach trafiając między innymi siedzącą na maszcie Aleirę i kalecząc jej ciało. Wszystko wskazywało na szczęście na to, że wyłom znajduje się ponad linią wody - niewielkie pocieszenie biorąc pod uwagę wysokość fal. Część załogi i skrzyń jeszcze przez chwilę unosiła się w powietrzu, po czym z pluskiem wpadała do oceanu. Podobny los nieudanego lotnika spotkał kwatermistrza. Eksplozja zrzuciła go z masztu posyłając na spotkanie z deskami pokładu. Asija ze względu na szok wywołany wybuchem, a może także na wzrok uszkodzony prażącym słońcem pustyni nie dostrzegła w porę spadającego. Nie zdążyła rzucić zaklęcia (może to dobrze biorąc pod uwagę konsekwencje ostatniego) i patrzyła jak ciało mężczyzny zderzyło się z drewnem, odbiło lekko w górę po czym opadło bezwładnie. W tle pobrzmiewały dalej wykrzykiwane rozkazy i polecenia.

Eksplozja wyrwała Młodego z letargu pracy i wydawania poleceń. W ciągu tej krótkiej chwili udało mu się z pomocą innych zabezpieczyć większość niebezpiecznych rzeczy pod pokładem, co przy obecnym wstrząsie zapobiegło zapewne niejednej ofierze. Rozejrzał się wokół aby upewnić się, że nikt nie został ranny. Szybko dostrzegł, że nigdzie w zasięgu wzroku nie ma gubernatora... Ruszył go szukać wychodząc na pokład rzucając do pozostałych pośpieszne polecenia.

Aleira przepełniona złością zdążyła ześlizgnąć się zgrabnie z masztu i przenieść na sam przód okrętu. Wyciągnęła swój miecz i unosząc go w niebo zaczęła wykrzykiwać pogróżki i rzucać wyzwanie niewidocznemu wrogowi. Wprawne ucho niejednej osoby na okręcie pochwyciło po chwili dziwny dźwięk. Niby podmuch wiatru i odległy grzmot błyskawicy, brzmiał jednak niczym złowrogi śmiech. Ciarki przeszły po plecach części załogi. Kolejna błyskawica rozdarła niebo, oraz główny masz, w który uderzyła rozpoławiając go na dwie części. Okręt po raz kolejny został targnięty nadnaturalną siłą powalając wszystkich z nóg.

Nieuwiązane przedmioty na pokładzie po raz kolejny zatańczyły oberka. Asija wprost przed sobą ujrzała bezwładnego kapitana, na którego ze złowieszczym skrzypieniem przewracała się jakby w zwolnionym tempie potężna i ciężka skrzynia. Widzieli to też inni i wszyscy razem zamarli na bezdechu. Odruchowo zamknęli oczy i odwrócili wzrok by po chwili usłyszeć głuche uderzenie drewna i wyraźny głos łamanych kości. To koniec...

- Czy ktoś zechciałby mi pomóc do kurwy nędzy? - usłyszeliście głos wymawiający te słowa z wyraźnym trudem i wysiłkiem. Wszyscy ponownie spojrzeli na miejsce zdarzenia, aby przekonać się, że skrzynia nie upadła całkiem tylko zatrzymała się na rękach i barkach samego gubernatora Fallarda! Jego postać znajdowała się przed waszymi oczami, przykucnięta, z rękoma znajdującymi się nad głową, nienaturalnie wygiętymi, podtrzymującymi ciężki, drewniany pakunek, który opierał się także na jego ramionach, lekko krwawiącą, łysawą głową i prawdziwą determinacją w oczach.

- Wyciągnijcie szybko kapitana, nie wiem jak długo dam radę jeszcze trzymać to cholerstwo - wydał rozkaz pewnie, mocnym głosem. Od razu kilku marynarzy rzuciło się do pomocy i usunęło bezwładnego sir Lancestronga spod skrzyni. Gubernator napiął się, uniósł skrzynię do góry, po czym szybko wysunął się spod niej i pozwolił opaść na deski pokładu z ogłuszającym hukiem - musiała ważyć naprawdę dużo. Wszyscy patrzyli na niego z niedowierzaniem. Wstał na równe nogi, jego ręce zwisały wzdłuż tułowia wyraźnie połamane, omiótł pokład swoim wzrokiem napotykając wiele pytających spojrzeń.

- Kapitan stracił przytomność, ale nie słyszałem żeby wcześniej zwolnił was ze swoich rozkazów! - krzyknął głosem tak głośnym i przekonującym jak sam Lancestrong, powodując że kilka osób aż podskoczyło. Asija zorientowała się, że jej nietypowy przyjaciel spoczywa na jej ramieniu. Dotarło do niej właśnie, że po upadku kapitana to nie głos Nadima wydawał wszystkie polecenia tylko właśnie gubernatora. Po początkowym szoku musiał odzyskać rezon i jak widać nie bez powodu został wybrany na gubernatora nowej osady. W tym momencie jak nigdy wcześniej pokazywał, że zna się na tym, co robi i potrafi kierować ludźmi nie tylko na zasadzie mówienia im "naprzód", ale raczej "za mną". Może oceniliście go zbyt pochopnie?

- Wszyscy do roboty! Część osób pozostaje przy swoich zadaniach, każda wolna para rąk za mną, musimy opanować pożar i zasklepić ile tylko da się dziur! Łapać wiadra, ścinać maszt, wypatrywać lądu! Kapitan może tego nie doświadczyć osobiście, ale przeżyjemy tak, jak sobie tego zażyczył i już ja dopilnuję żeby właśnie tak to się skończyło!
 
Awatar użytkownika
Luciak
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn cze 20, 2016 11:43 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

ndz lip 03, 2016 9:14 am

Asija była oszołomiona. Najpierw wybuch, który był karą za jej czary, a później spadek marynarza. Wysokość masztu wskazywała na to, że jeśli nawet upadek nie był śmiertelny, to nie była w stanie pomóc kwatermistrzowi w tych warunkach. Jeszcze nigdy nie zmarł jej żaden pacjent. Widziała śmierć - tych, którzy nie przeżyli skomplikowanej operacji, nie przyszli się leczyć na czas lub kobiety konające w połogu - ale to zawsze byli podopieczni jej rodziny. Ona była dentystką i nie potrafiła się pogodzić z odpowiedzialnością za tragiczny los żeglarza. A to wszystko przez jej młodzieńczą pychę i chęć zobaczenia oblicza Al'Khalima!

- Kojot was wszystkich nosem trącał! - wybuchła nie mogąc opanować swych emocji - Jeśli chcecie, by kapitan żył to przynieście go do jego kajut. Jeśli nieprzytomny klecha nie ma być ofiarą całopalną dla tej dziwnej siły też go przynieście! Gubernatorze chcesz podzielić los kapitana? Jeśli masz choć trochę oleju w głowie chodź za mną, w łubkach też możesz wykrzykiwać jak ta obszczana przez hieny łajba ma płynąć! - nie oglądając się za siebie prze naprzód w stronę kajut.

Gdy tylko dochodzi do miejsca swego nowego lazaretu osuwa się po ścianie i chlipie cicho. Jak mam uratować tych wszystkich ludzi, skoro już zawiodłam? Swoim "nie lękajcie się" wywołałam wybuch, a teraz tylu rannych, a ja nie mogę używać magii. W czym cię obraża ratowanie życia nadludzka siło? - Asija nie mogła się uwolnić od przygniatających ją myśli. Jej ciotka Buszra Maisa zawsze mawiała, że gdy uzdrowiciel za bardzo się denerwuje musi oczyścić swój umysł czymś, co jest łatwe i co uświadamia mu, że jest profesjonalistą. Asija drżącymi rękami wskazuje swoje poszczególne kostki nadgarstka - Łódka płynie - narazie płynie - księżyc świeci - ciekawe czy jest już noc? - trójgraniasty groszek leci - przed oczami stanęły jej różne latające po pokładzie przedmioty - na trapezie trapeziku - ludzie, którzy czepiają się masztów jak akrobaci i spadają bez asekuracji... - główka - Nadim dalej jest obok... - wisi na haczyku. Choć jedno pozytywne wspomnienie, o które mogłaby się zahaczyć!

***

- Jakie jest najpotężniejsze zaklęcie jakie może rzucić uzdrowiciel? - mała Asija uwielbiała zabijać nudę podróży przez pustynię dopytując się o swoje powołanie.
- Nie czas na to - z uśmiechem odpowiedział jej stryjek Abdur Razzaq Akram, a widząc, że pomyślała, że ją zbywa dopowiedział - to jest to najpotężniejsze zaklęcie. Nie czas na to. Rozpal ognisko.

Nadąsana Asija zaczęła bez entuzjazmu krzesać ogień.

- Widzę, że chciałabyś rozświetlać paleniska kulą ognia, morowe powietrze przeganiać wichurą, a umierających przywracać do życia jednym słowem. - wuj patrzył na nią karcąco - Lecz musisz pamiętać o tym, że magia jest tak samo potężna jak zawodna. Możesz rzucić różnorodne zaklęcia, jednak sił starczy ci tylko na kilka danego dnia. Swoje umiejętności możesz wykorzystać zawsze. Dlatego dobrego uzdrowiciela nie poznaje się po tym czy ruchem ręki przywróci nam zmarłych, lecz po tym jak dysponuje czasem. Czas jest twoim największym wrogiem.
- Ludzie mówią, że czas leczy rany! - Asija była w nastroju na kłótnię.
- Czy ukąszony przez żmiję z czasem będzie zdrowszy? Czy czas jest twym przyjacielem przy krwotokach? Owszem, małe rany zasklepiają strupy, a siniaki znikają wraz z jego upływem, ale czy wiesz dlaczego? DZIAŁANIE. To jest najważniejsze. Często wystarczy działanie najbliższego uzdrowiciela - naszego ciała - lecz jeśli on zawiedzie, na straży życia stoimy my. - rozczochrał jej włosy, ponownie wywołując uśmiech na jej twarzy.

***

- Nie czas na to - rzekła mocno Asija i otarła łzy. Czekała aż przyniosą do niej potrzebujących. Był to czas na działanie.

Gdy przyniesiono poszkodowanych zajęła się w pierwszej kolejności kapitanem. Uśmiechnęła się samymi kącikami ust - Przynajmniej jako nieprzytomny będzie współpracował. Oddychał, tętno wyczuła tylko na szyi, brak na tętnicy ramiennej - duża utrata krwi, ograniczenie przepływu obwodowego. Nadszedł czas opatrywania przebitej nogi. Skoro tkwiące ciało obce nie zatrzymywało krwawienia nie było sensu czekać na dogodniejsze warunki do usunięcia go. Przemyła okolice rany wyciągiem ziołowym zgodnie z zasadą "od rany do serca", nacięła skórę, by powiększyć otwór i zaczęła żmudne wyciąganie kawałka drewna. Pozostałe drobne drzazgi wyciągała pęsetą, dla pewności przepłukała jeszcze ranę naparem, by usunąć drobniejsze zanieczyszczenia i obkurczyć naczynia krwionośne. Teraz mogła zabrać się do zszywania jedwabną nicią ran. Szycie szwem pojedynczym węzełkowym zawsze ją odprężało. Na koniec wysmarowała samo zranienie i okolicę maścią o właściwościach odkażających i zabandażowała robiąc opatrunek kłosowy wstępujący. Wystarczyło już tylko ułożyć go w pozycji bezpiecznej i kontrolować jego stan.
Kapłan powoli zaczynał się wybudzać - to dobrze, niedługo będzie w stanie jej pomóc z kolejnymi rannymi, a ci będą na pewno. Dużo stłuczeń z powodu samego sztormu i oparzenia z pożaru.

***

Gdy pojawił się gubernator zobaczył malutką zmęczoną dziewczynę z zaczerwienionymi oczami. Przemawiała do niego łagodnym głosem, lecz wrażenie troskliwej opieki psuła ta piekielna główka. "Możesz zamiast łubek przyprawić mu haki? Zyska wtedy sławę jak Rapis - kapitan Morskiego Węża!". Przy usztywnianiu złamanych rąk wyglądała na bardzo markotną, więc chcąc ją trochę rozweselić zadał najbardziej naiwne pytanie "To chyba nie jest amulet szczęścia, co?". Liczył na śmiech. Rozgadała się. Była aż tak naiwna.

- To prawda, ale co miałam zrobić? - Asija lekko podciągała nosem - Nie wiem jak się uwolnić, potrzebuję pomocy, nie lubię przygód, najgroźniejszy przyrząd jakikolwiek trzymałam w ręce to wiertło dentystyczne... - na jego widok gubernator drgnął lekko. Jeszcze długo drżącym głosem opowiadała swoją historię opatrując mu krwawiącą głowę.

Dostał od niej korę wierzby do żucia w razie bólu i zalecenie ograniczenia wysiłku. Śmieszna zgarbiona istotka.

***

Asija ciągle paplając uważnie przyglądała się gubernatorowi. Widziała wielu ludzi różnie zachowujących się w stresujących sytuacjach. Zastanawiała ją zmiana zachowania gubernatora. Przemogłeś swój strach, by ratować swą skórę czy swych ludzi? Obawiasz się kary ze strony Republiki Gryfów za spowodowanie katastrofy i osłabienie pierwszej osady? A może liczysz na zaszczyty i przypisanie sobie zasług za uratowanie nas wszystkich? - zastanawiała się obwiązując jego głowę bandażem. Dobrze byłoby poznać motywy powodujące głównym zarządzcą celu ich podróży.
Ostatnio zmieniony pn lip 11, 2016 11:56 am przez Luciak, łącznie zmieniany 12 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Gregorio
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
Posty: 9
Rejestracja: pt cze 24, 2016 8:01 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

ndz lip 03, 2016 7:43 pm

Zindan

Tego dnia los bynajmniej nie był po stronie pasażerów. Ledwo co Zindan wrzucił ostatnią "sierotę" pod pokład w celu uchronięcia jej przed wypadnięciem za burtę, kiedy okazało się, że wybuchła beczka z prochem i pomieszczenie ze spanikowanym tłumem zaczynało zamieniać się w piec. "Tak to jest jak się chce komuś pomóc, czasem kończy i tak w jeszcze większym gównie". Szczęśliwie, niektórzy z pasażerów zachowali przytomność, a inni po prostu posłuchali kapitana i zaczęli czymkolwiek mogli "ubijać" płomienie. W ruch poszły koce, szmaty, a nawet ubrania. Całkiem sobie harmider. No przynajmniej się nie obijają ...

"No dobra, nie będę się tam w takim razie pchać na hura. Całkiem dobrze sobie radzą. Zobaczę co mogę zrobić na pok..." nie zdążył dokończyć myśli jak ktoś z wiernych kapitanowi członków załogi wcisnął mu siekierę w ręce, dając wyraźnie znać jakie ma oczekiwania wobec Zindana. "No, drwalem też ewentualnie mogę być w tym nowym świecie, chociaż profesja stara jak świat" po czym wziął zamach i posypały się pierwsze drzazgi. Niby prosta czynność, ale utrzymujący się porywisty wiatr i wszechobecna woda utrudniały pracę. Co chwila miał wrażenie że siekiera wymyka mu się z rąk i do tego musiał cały czas utrzymywać równowagę w związku z coraz bardziej kołyszącym się pokładem statku. "Mam nadzieję, że na tym pożarze i powodzi w jednym skończą się nasze dzisiejsze wyzwania jeśli chodzi o walkę z żywiołami" pomyślał, chociaż miał przeczucie, że los najlepsze zostawia niestety na deser ...
Ostatnio zmieniony ndz lip 03, 2016 7:46 pm przez Gregorio, łącznie zmieniany 2 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
krzysionek
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: śr cze 22, 2016 5:25 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pn lip 04, 2016 8:42 pm

-Kapitan w niebezpieczeństwie!- ryknął ile miał sił w płucach młodzieniec. Niczym półbóg gubernator zatrzymał skrzynię tuż nad bezwładnym ciałem Sir Lancestronga. Trzymał na własnych plecach ciężar, który musiało odebrać od niego kilku rosłych mężczyzn. Wyglądał jak bohater z eposów. Szarżujący w pierwszej linii dowódca, który przyjmuje ciosy na równi z każdym innym wojownikiem. Może to i głupie, ale zagrzewa do walki. Dał przykład wszytkim, którzy to widzieli.
Arystokraci nie widzieli. Oni czytali za to te wszystkie eposy od dziecka. Byli nimi karmieni przez nauczycieli. Czuli się jakby brali udział w jakiejś mitycznej batalii. Wiedzieli dokładnie co oznaczają słowa Młodego.
-Wyjąć drzwi z zawiasów! Wyrwać wrota z szafy. Statkiem już tak nie rzuca. Po drodze dołączą do nas ciurowie. Jesteśmy ostatnim bezpiecznym miejscem na statku!
Sam zainspirowany działaniami dwóch dowódców na statku rzucił się z innymi do stworzenia pierwszych prowizorycznych noszy.



Młody dopadł do Gubernatora najszybciej jak tylko potrafił. Sir Lancestrong wymagał natychmiastowej pomocy medycznej. Gubernator nie był śmiertelnie ranny. Musiał jednak koniecznie skryć się w kajutach. Połamane ręce całkowicie uniemożliwały balans ciałem, zasłonięcie się czy najprostsze nawet uniki. Najpierw jednak rzeczy najważniejsze:
-Panie. Niech oni przestaną czarować!
Gubernator spojrzał na Młodego z niedowierzaniem. Wydawało się, że w jednej chwili stracił do niego całe zaufanie.
-Te czerwone błyskawice wydają się odpowiedzią na nasze czary! To jest boska magia! Trafia idealnie w cel! Rozgniewaliśmy coś przepotężnego!
Fester de Fallard wydawał się dumać nad czymś. Wyraźnie zaintrygowały go słowa młodzieńca. Czy był na tyle zdesperowany żeby zawierzyć tak szalonej radzie? Czy ich sytacja była tak beznadziejna?
-Oddelegujcie ludzi do dowodzenia nad ratunkiem statku- Gubernator prawie się przwrócił z wrażenia. Na pewno miał sprawne nogi? Może i te połamał? Stał z wpół otwarymi ustami nie wiedząc co powiedzieć. Dzieciak bredzi w panice... A wyglądało na to, że jeszcze nie skończył mówić.
Młody kontynuował. Wiedział, że musi użyć żelaznych argumentów. Na szczęście wiedział, jak rozmawiać z ludźmi.
-Panie, potrzebujecie obu rąk do trzymania równowagi i poruszania się po tej chybotliwej łajbie. Przez cały czas będzie ktoś musiał Was pilnować. Będziecie nam kulą u nogi w czasie pracy! Nie wiemy, czy Sir Lancestrong wyjdzie z tego boju żyw. Potrzebujemy dowódcy. Nie dajcie się zabić tylko dlatego, że musieliście doglądać rąbania masztu! Kilku ludzi wykazało się niemałym sprytem i rozumiem. Podzielimy ludzi na małe grupy odpowiedzialne za konkretne zadanie. Ja zajmę się gaszeniem pożaru, Wy weźcie ze sobą uzdrowicielkę. Tej durnej wojowniczce (wskazuje na Aleirę wymachującą mieczem ku wietrze) trzeba powiedzieć, że bóg, który nas atakuje skrył się w tym maszcie. Zetnie go pazurami w kilka modlitw- śmiech. Ludzie dookoła naprawdę się zaśmiali. Ktoś zachowywał dobry humor w całej tej beznadzieji. To zawsze dodawało otuchy. Nawet jeśli gubernator nie był jeszcze przekonany o trafności całej tej przemowy, tłum dookoła przytakiwał.
-Niech pokładem zajmie się ten osiłek od beczek. Posłuchają go. Wydaje się mieć głowę na karku. Będziemy przesyłać wiadomości przez rannych. A wszystko konwencjonalnymi metodami! Żadnych czarów!
Wszyscy w skupieniu wpatrywali się w minę arystokraty. W napięciu czekali na werdykt. Czuli, że to była ich szansa na przetrwanie. Przez ostatnie minuty wszyscy widzieli kto nie stracił panowania nad sobą. Komu można powierzyć swoje życie. Ludzie wskazani przez tego chłopaka świetnie nadawali się do swoich ról.
-Gubernatorze, wydaj rozkazy.
Ostatnio zmieniony pn lip 04, 2016 8:59 pm przez krzysionek, łącznie zmieniany 2 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Ardentus
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 15
Rejestracja: pn cze 20, 2016 9:44 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pn lip 04, 2016 10:25 pm

Septus

Pisk w uszach i ból głowy po eksplozji upewniły Septusa, że używanie czarów przez kapłanów nie było najlepszym pomysłem podczas walki z burzą wywołaną przez nieznane Bóstwo… podobnie zresztą jak krzyczenie czegoś w jego kierunku, tak jak zrobiła to chwile wcześniej wojowniczka. Każdy reaguje na sytuacje w jakich się znaleźli inaczej, wykrzyczenie się nie było w jego mniemaniu złą opcją.
Pierwszą jego myślą, gdy był jeszcze na wpół zamroczony po wybuchu, było „Koda!”, na szczęście po chwili poczuł że jego Chowańcowi nic złego się nie dzieje, schroniła się pod pokładem i była obecnie w miejscu gdzie rozpoczęto znosić pierwszych rannych z pokładu.

Był zmęczony i obolały od wysiłku podczas pracy oraz efektów nagłej relacji pomiędzy nim, a pokładem. Gdy w końcu otrząsnął się po eksplozji i udało mu się wstać, ujrzał dziwnie niepokojący widok – bezwładnie leżącego kapitana i stojącego nad nim gubernatora trzymającego sporej wielkości skrzynie, która bez wątpienia zmiażdżyła by kapitana. Ponadto gubernator jakby zamienił się na osobowości z nieprzytomnym kapitanem i przejął dowodzenie.
-Albo przywaliłem tak mocno, że mam urojenia albo ktoś tu użył zamiany ciał jak mnie zamroczyło - po czym wstał i uderzył się ręką w twarz na rozbudzenie, słysząc jakie rozkazy wydaje gubernator załodze. Gdy usłyszał o pożarze stwierdził tylko – mniejsza o niego, robota czeka.

Rozejrzał się po statku, po czym zobaczył, że kolejny piorun zniszczył maszt, część załogi już szykuje się do jego ścięcia. „Oby przestał tak celnie nimi trafiać, bo zrobi się naprawdę nieciekawie” pomyślał idąc cały oblały w kierunku zejścia pod pokład i rozglądając się za członkami ekipy z którą wylewał oliwę.
- Słyszeliście, bierzcie żagiel, jest cały mokry, poszlachtujcie go na 4 mniejsze kawałki, powinien wystarczyć do zadławienia ognia… dupa w troki i… - w tem usłyszał pokładowego grajka żartującego z wojowniczki „-…trzeba powiedzieć, że bóg, który nas atakuje skrył się w tym maszcie. Zetnie go pazurami w kilka modlitw”. Septus zaśmiał się szczerze, grajek umie podtrzymać morale, tego mu nie odmówi i dalej „-Niech pokładem zajmie się ten osiłek od beczek”.
„Że niby o mnie mowa?”- pomyślał. Przewodzeniem ludźmi nie było najmocniejszą ze stron Septusa, ale jego brak okazywania emocji, poza gniewem, był niewątpliwym atutem w tej sytuacji. Jaka decyzja by nie zapadła, trzeba było podjąć ją natychmiast. Kątem oka zobaczył osoby z siekierami idącymi w stronę masztu.
- Decydujcie szybko, obaj nie jesteśmy tu potrzebni.- powiedział stojąc wraz z resztą załogi będącą jeszcze na pokładzie i patrząc prosto w oczy gubernatora.
Ostatnio zmieniony pn lip 04, 2016 10:43 pm przez Ardentus, łącznie zmieniany 2 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Aleiris
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: wt cze 21, 2016 4:23 am

Re: [D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pn lip 04, 2016 11:40 pm

Wspinaczka pozwoliła na odzyskanie Aleirze pewności siebie. Wykonywała dobrze znane i wyćwiczone ruchy, wpadając w trans. Chwyt, podciągnięcie, przeniesienie ciężkości ciała, chwyt, podciągnięcie, przeniesienie ciężkości ciała, chwyt, podciągnięcie..... i tak w kółko. Walka z grawtacją sprawiała jej ogromną satysfakcję - czuła każdy mięsień swojego ciała. Już od dziecka wysiłek fizyczny wywoływał u niej poczucie spełnienia i radości. Wspinaczka pomogła Aleirze skierować myśli z dala od wizji beznadziejnej śmierci na środku oceanu i odciąć się, choć na chwilę, od chaosu, który miał miejsce na pokładzie. Kołysanie, wiatr i deszcz przestały tak bardzo przeszkadzać.

Z góry Aleira widziała, jak Zindan obwiązywał medyka i magów, Septus wylewał oliwę za burtę. Działo się to jednak dla niej jakby we śnie. Rzeczywiste wydawały się jedynie kolejne ruchy ciała. Gdzieś w oddali pojawiła się myśl, że będzie dobrze. Wyglądało na to, że wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Ten błogi stan nie trwał długo.

Błysk, huk i ogień. Przerażenie w oczach kwatermistrza. Aleira nie była w stanie usłyszeć co powiedział, ale wyczytała z ruchu warg: "czarny proch".
Kilka sekund później walczyła o utrzymanie się na maszcie, gdy potężna eksplozja wstrząsnęła całym okrętem. Cudem nie spadła, czego nie można było powiedzieć o kwatermistrzu - jego ciało leżało teraz bezwładnie na pokładzie.

Aleira nawet nie poczuła jak latające odłamki ze statku i zniszczonego ładunku okaleczyły ją, w furii ześlizgnęła się z masztu i rzuciła wyzwanie niewidzialnemu wrogowi. W odpowiedzi usłyszała podmuch wiatru i grzmot błyskawicy, które brzmiały niczym złowrogi śmiech a następnie zobaczyła jak błyskawica rozdziera maszt na dwie części. Ponownie walczyła o utrzymanie się w pozycji pionowej na pokładzie. Rozwścieczyło ją to jeszcze bardziej.

Co ciekawe, gubernator okazał się całkiem ogarniętym szlachciątkiem. Przejął dowodzenie po niedomagającym Lancestrongu. Czyżby oceniła go zbyt pochopnie? Kolejna rzecz do długiej listy nieprzemyślanych działań podejmowanych pod wpływem impulsu, jakby było ich niewystarczająco.

Chwilę po tym, jak zabrano Lancestronga u jej boku pojawił się jeden z marynarzy. Wyciągnął ku niej rękę w której trzymał siekierę. Jeszcze nie do końca opanowana po drwinach wroga z jej pogróżek, posłała mu nienawistne spojrzenie. W złości była w stanie odróżnić pojedyncze wyrazy, nie pomagał fakt, że marynarz widząc w oczach Aleiry wściekłość zaczął się jąkać. "....bóg....atakuje... w maszcie...." Dopiero po chwili zrozumiała co chciał powiedzieć. W normalnej sytuacji prawdopodobnie uznałaby próby manipulacji swoją osobą niczym bezmyślnym barbardzyńcą za obelgę. Nie była to jednak sytuacja normalna - jej tragikomizm spowodował, że wybuchła śmiechem.

Aleira zauważyła, że elf zaczął rąbać maszt. Po chwili zastanowienia uznała, że prawdopodobnie poczuje się lepiej gdy wyżyje się, na i tak już zniszczonym maszcie. Wzięła więc wyciąganą ku niej siekierę i dołączyła do Zindana.
 
Awatar użytkownika
Modrzev
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn maja 16, 2016 7:40 am

Re: [D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pt lip 08, 2016 10:07 pm





Załamana Asija udała się powłócząc nogami po deskach pod pokład i walczyła ze swoimi wewnętrznymi demonami. W tym czasie Młody będąc poniekąd w swoim żywiole, ponieważ dookoła niego działo się wiele już zaczął przygotowywać prowizoryczne nosze, na których następnie zniesiono kapitana do uzdrowicielki, która ustabilizowała jego stan i zatamowała krwawienie. Jego rozsądne słowa sprawiły nawet, że napełniony nową energią gubernator dał się nakłonić na szybkie leczenie.

- Tylko proszę szybko Panienko, muszę wracać do ludzi. - poprosił Asiję, ale ta zdawała się go nie słyszeć. Widział w jakim jest stanie więc postanowił spróbować rozładować trochę napięcie. - To nie jest chyba amulet szczęścia? - zapytał najbardziej ojcowskim tonem jakim potrafił. Spodziewał się zwykłego uśmiechu, a tymczasem uzdrowicielka rozgadała się na dobre. "Oj chyba za szybko nie wrócę na górę" - pomyślał Fester patrząc bezsilnym wzrokiem na wejście pod pokład, o które łomotały krople deszczu.

W tym czasie Septus zaciągnął ludzi do pracy przy gaszeniu pożaru, nawet Młody zapałętał się gdzieś w pobliżu i nie uniknął dźwigania ciężkiego, mokrego płótna. Początkowo sytuacja wydawała się mocno niekorzystna, ogień nie dawał łatwo za wygraną, dodatkowo przestrzeń wypełniała się ciemnym, drapiącym w gardła dymem. Na pomoc przyszedł jednak o dziwo sam sztorm, który poprzez wyrwę w okręcie wlewał co i raz do środka wodę. Szybko z oddziału do gaszenia pożaru przeistoczyli się w oddział do wylewania wody.

Na całym okręcie dało się słyszeć równomierne odgłosy uderzeń toporów przy uszkodzonym maszcie. Ten jednak nie chciał się łatwo poddać. Dawały też znać drobne rany na ciele Aleiry oraz zmęczenie, które sprawiały, że nie miała siły dobrze się nawet zamachnąć a topór prawie wyślizgiwał się z jej rąk. Nawet ciężka praca Zindana nie była w stanie tu pomóc. Praca szła bardzo powoli i wszystko wskazywało na to, że nie zdążą w rozsądnym czasie ściąć zagrażającego wszystkim masztu.

Po chwili trwającej w jego mniemaniu wieki Fester de Fallard wrócił wreszcie na pokład. Czuł się dziwnie nieswojo z usztywnionymi rekami. Na chwilę obecną tylko tyle dało się zrobić, wyleczy się w pełni jak już stary kapłan dojdzie do siebie i sytuacja trochę się uspokoi. Teraz jednak musiał ogarnąć sytuację na pokładzie. Pożar był ugaszony, problem tkwił w tym, że woda wlewała się do statku szybciej niż byli w stanie ją wylewać, ale może wytrzymają do końca sztormu... Głupia myśl, skarcił się od razu, przecież to nie zwykły sztorm tylko jakaś magiczna zawierucha z anusa samego boga! Czemu maszt jeszcze stoi?!

- Ląd! Ląd na horyzoncie! - ktoś krzyknął. - Płyniemy prosto w stronę ziemi! - to był okrętowy wypatrywacz. Nawet w takiej sytuacji nie opuścił posterunku i rozglądał się w poszukiwaniu zagrożenia. Gubernator ruszył na dziób. Ziemia rzeczywiście zbliżała się i to dość szybko. Wraz z nią niestety coraz bliżej znajdowało się pasmo wystających z wody skał i raf.

- Wszystkie wolne pary oczu na dziób! - krzyknął gubernator. - Wypatrywać zagrożeń, musimy przebić się przez tę przeszkodę, ląd jest już blisko!

Kilka osób podbiegło na przód okrętu, wśród nich byli także Młody i Septus. Ciężko było dostrzec coś w ciemności, w której linia wody zlewała się w jedno z ciemnym niebem. Jedynym ułatwieniem były nieregularne rozbłyski czerwonego światła wywoływane przez bijące dookoła błyskawice. Czujny wzrok załogi spisywał się na medal w tak trudnych warunkach. Udawało się zauważyć każda przeszkodę. Problemem były jednak uszkodzenia statku i ciągle tkwiący dumnie maszt, które bardzo utrudniały sterowanie. Głośny skrzyp alarmująco dał do zrozumienia, że ostatnią skałę ominęli zbyt blisko.

- Nie damy rady! - Krzyknął ktoś na statku.
- Niech każdy się czegoś złapie!

Trach! Bliskie spotkanie z kolejną skałą dało się wyraźnie poczuć i usłyszeć. Było jasne, nawet jeśli nie mogliście tego zobaczyć, że w dnie waszego okrętu znajduje się obecnie imponująca dziura. Czuliście jak powoli burty statku zbliżają się coraz bardziej do poziomu wody. O sterowaniu można było zapomnieć, w sumie i tak byłoby z nim ciężko po tym, jak od ostatniego uderzenia sternik uderzył głową o ster, stracił przytomność, a jego bezwładne ciało zsunęło się do wody. Wszyscy kurczowo trzymaliście się czegokolwiek tylko mogliście siedząc w kuckach. Niektórzy modlili się w ciszy, inny na głos. Woda z kolejnej fali bez problemu przelała się przez burtę. Już tylko kilka stóp dzieliło was od całkowitego zatopienia. Wtem poczuliście że statek szybko zwalnia, dało się słyszeć szuranie. Mielizna! Uratowani? Czy całkiem straceni?

- U...udało nam się - z niedowierzaniem, drżącym głosem przemówił wypatrywacz. Rzeczywiście udało wam się. Mielizną okazał się stały ląd. Kiedy nie patrzyliście już na morze modląc się o przetrwanie wasz okręt przybił do brzegu. Jego dziób praktycznie wbił się w samą piaszczystą plażę. Nie wiadomo kiedy zakończyła się także burza, jakby ruchem ręki odgonione zostały wszystkie chmury ukazując wam, że nastała już pora wczesnego wieczoru. Słońce leniwie wystawało jeszcze samym koniuszkiem ponad drzewami dżungli. Po raz pierwszy od dłuższego czasu usłyszeliście coś poza odgłosami morza. Byliście bezpieczni.



Na statku wybuchnęły nagle wiwaty i okrzyki. Niektórzy dziękowali bogom, inni gubernatorowi, jeszcze inni całowali deski pokładu. Przeżyliście podróż do nowego świata, ale co będzie dalej? Gdzie wylądowaliście? Trudno stwierdzić czy ze zmęczenia, czy z emocji, ale Aleira straciła nagle przytomność. Ciemności przed jej oczami zastąpił sen, a może wizja, w której paskudny, stary, ogromny wąż sunął swoim ciałem po bagnistym terenie. Kolejno atakowały go jakieś zwierzęta - bardzo kolorowo upierzony ptak z dużym dziobem, wielki kot czarny jak noc z przerażającymi, żółtymi oczami, olbrzymia, włochata krowa z długimi kłami. Każde z nich jednak zostało pokonane przez węża. Wtedy na jego drodze stanął byk. Po krótkiej walce byk został ugryziony przez węża i padł, jednak sam gad został dotkliwie raniony rogiem, który rozciął jego ciało na znaczącej długości. Wąż wił się w agonii i rzucał, a w końcu poprzez ranę wyślizgnął się ze swojej starej skóry, tym razem jako piękny, błyszczący światłem, pokryty delikatnym, kolorowym pierzem wąż, który podpełzł do byka i zaczął syczeć mu do ucha słowa:...

- Kto żyw niech sprawdzi stan pozostałych! - wybudził ją ze snu krzyk gubernatora. - Nie wiadomo czy statek się utrzyma, musimy zejść na ląd. Brać tylko to, co potrzebne do rozbicia obozu, po resztę wrócimy rano! Przygotować schronienie, rozpalić ogień, budować barykady. To jeszcze nie koniec walki, musimy przetrwa noc! Wy - zwrócił się do waszej grupki. - Pokazaliście, że dobrze sobie radzicie i potraficie podejmować decyzje. Pomożecie mi przygotować ten obóz w taki sposób żebyśmy przetrwali noc. Ludzie są do waszej dyspozycji, ja niewiele pomogę w moim stanie, ale przypilnuję kapłana i kapitana. Bierzcie się do roboty!
Ostatnio zmieniony pt lip 08, 2016 10:14 pm przez Modrzev, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Luciak
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn cze 20, 2016 11:43 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pn lip 11, 2016 8:12 pm

Wiwaty! Radość załogi wyrwała ją z odrętwienia. Była zmęczona i obolała od ciągłego powstrzymywania torsji. Mechanicznie sprawdzała stan rannych i czyściła swe dentystyczne przyrządy. Cóż innego jej pozostało do robienia? Modlenie się do Al'Khalima uznała za równie nierozważne jak rzucanie zaklęć, a jeśli miała zginąć to niech odnajdą jej zwłoki z ekskawatorem w ręku! Gdy pojawił się przy niej gubernator oznajmiając, że przypilnuje rannych, przeegzaminowała go szybko z udzielania pierwszej pomocy, by być pewną, że sobie poradzi z prostymi przypadkami, powiedziała gdzie można jej szukać i wyruszyła na spotkanie zbawczego lądu.

Wilgotny piasek przywoływał miłe wspomnienia. Spotykała taki tylko przy oazach, bo nawet mieszkając w nieodległym od morza Kalhaidż nie miała okazji spacerować po plaży. Znalazła ustronne miejsce z daleka od oczu załogi i zaczęła wymiotować. Nie zamierzała udawać silniejszej niż była, a im szybciej oczyści zbuntowany żołądek tym szybciej będzie w stanie jasno myśleć.

Jak sobie obiecała ucałowała ziemię, założyła nikab i rozejrzała się dookoła. Za plecami miała spokojnie szumiące morze, a przed sobą niezmierzoną dżunglę. Stała z otwartymi ustami chłonąc widoki zachodzącego słońca nad koronami drzew. Może jednak wszyscy umarliśmy i jesteśmy w raju? Dopóki nie usługują nam siedemdziesiąt dwie dziewice trzeba założyć, że żyjemy... - zachichotała pod nosem. Słyszała i czytała o tak bujnych w roślinność miejscach, lecz nigdy nie potrafiła sobie ich w pełni wyobrazić. Jej zbudowane wokół oazy miasto wydawało się zielone. Teraz widziała jak wiele jej lud mógłby uzyskać z nowego kontynentu. Drewno w Kalifacie było bardzo drogie, do pustynnego kraju trzeba było je importować z innych krain jak i również wiele roślin, potrzebnych do stworzenia leków, które nie radziły sobie w suchym gorącym klimacie. Ileż medykamentów mogło właśnie spokojnie chłonąć słoneczne promienie rosnąc na nietkniętym ludzką stopą lądzie!

- A więc z woli boga znaleźliśmy się między Scyllą a Charybdą. - usłyszała głos Nadima. Wiedziała już, że nie należy ignorować jego słów. Z sobie tylko wiadomego powodu lubił czasem zdradzać wyroki losu. Widząc czarujących na statku magów rzekł "Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę." i uśmiechnął się tylko. To prawda, ze względu na nowe otoczenie ludzie przestali zwracać uwagę na spokojne morze, a zagrożenie mogło teraz przyjść zarówno z lądu jak i z wody. Wyrwana z marzeń Asija skupia się na postawionym zadaniu. Musimy przetrwać noc, jak mogę pomóc? Właściwie jeśli potrafię znaleźć żywność i wodę na pustyni to tym bardziej powinnam poradzić sobie tutaj. - myślała kierując swe kroki w stronę drzew. Przechodząc przez zalążek ich obozu pozdrowiła swych towarzyszy, podrapała za uchem Kodę i wzięła kilka potrzebnych jej rzeczy.

- Hej, wybierasz się może w stronę dżungli? - chwyciła nogawkę szybko przechodzącego obok Zindana. - Jeśli tak, weź proszę te bukłaki. Przyda mi się trochę czystej wody do przemywania ran. A jeśli znajdziesz gdzieś kijaszek, który byłby mocnym kosturem dla osóbki mojej postury - Asija staje na palcach i stara się przybrać groźną minę - nie omieszkaj mi go przynieść! - powiedziała z uśmiechem idąc w poszukiwaniu giętkich patyczków na skraju wilgotnego lasu.

Zbierając gałązki i zagrzebane w ziemi robaki, potrzebne do zrobienia pułapek na przybrzeżne ryby, Asija zauważyła dziwne opancerzone zwierzę. Nigdy wcześniej takiego nie widziała, całe szczęście była od zawietrznej i jeszcze nie zdążyło się spłoszyć. Stworzenie ruszało śmiesznie ryjkiem po czym wyłapywało pająki wraz z owadami i pałaszowało je ze smakiem. Postanowiła użyć tej mniej znanej rodowej umiejętności.



- Jestem tutaj. Nie poluję. - przemówiła w zwierzęcym języku. Zwierzątko w pierwszym odruchu zwinęło się w ciasną kulkę. Poprawiła się wtedy i powiedziała - Najedzona. - Zwierzęta nie pojmują abstrakcji, a więc co znaczy słowo "nie".
- Czuję, mała dwunożna - odpowiedziało. Prawdopodobnie było więc zwierzęciem nocnym o słabym wzroku, dlatego nie zdążyło się przed nią schować, gdy podeszła pod wiatr, który teraz zmienił kierunek.
- Gdzie słodka woda? Długa droga słońca? - rzuciła stworzonku jednego z uzbieranych robali pokazując przyjazne zamiary.
- Tam. Dla duży dwunożny krótka droga. - wskazało nosem kierunek i zadrżało. - Woda jaguara. Noc jaguara. - powiedziało trwożliwie i ruszyło w przeciwnym kierunku.

Niedługo po tej krótkiej rozmowie spostrzegła niedaleko Zindana.
- Wodę znajdziesz na południe od obozu, nie powinna być daleko - Asija stara się uspokoić oddech po przebieżce do niego.
- Skąd wiesz? - elf podejrzliwie się jej przyglądał.
- Jestem dzieckiem pustyni, wodę potrafię wyniuchać na kilometr! - przez nikab widać jej zadziorny uśmiech tylko w oczach. Jak inni sobie wyobrażają odkrywanie nowych oaz bez pytania okolicznych dzikich mieszkańców? Naprawdę nie miała ochoty rozpowiadać światu, że skoro wierzy na słowo rodzimym pustynnym myszkoskoczkom to uwierzyła również nieznanej istocie z dżungli! - Wracaj przed zmierzchem, nie wiem co to jest "jaguar", ale woda może być na jego terytorium a nocą rusza na łowy. - zanim Zindan zdążył poddać choć jedno jej słowo w wątpliwość oddaliła się od niego w radosnych podskokach. Była pomocna! Była z siebie taka dumna!

Wróciła w pobliże rannych, spytała gubernatora czy coś się działo pod jej nieobecność i nucąc sobie cicho zaczęła wyplatać pułapki na ryby. Używając krótkich kawałków swoich nici do szycia zrobiła z robaków przynęty. Gdy skończyła ruszyła na brzeg morza szukając dogodnych miejsc do ich rozstawienia, pamiętając by, gdy tylko się ściemni, być z powrotem przy swoim punkcie medycznym.
Ostatnio zmieniony wt sie 02, 2016 10:05 pm przez Luciak, łącznie zmieniany 10 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Ardentus
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 15
Rejestracja: pn cze 20, 2016 9:44 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

wt lip 12, 2016 4:52 pm

Septus

„Nareszcie… jak ja lubię mieć ziemie pod stopami”- pomyślał Septus stawiając stopę pierwszy raz w nowym świecie, po czym uświadomił sobie, że na nowym nieznanym lądzie są nowe nieznane stworzenia, w tym te które będą skłonne próbować pożywić się nim i resztą załogi.
– Szlak! - powiedział na głos i widząc zdziwienie na oczach osób obok dodał - to z radości… północny zwyczaj.

Wysłuchawszy wraz z resztą rozkazów gubernatora spojrzał, na stojącego obok Młodego.
-Dobra robota z Gubernatora i możnych na statku. Przypilnuj ich by nie zrobili czegoś głupiego takiego jak odrazu rozpalenie ogniska zanim rozeznamy się w terenie, bo będziemy widoczni jak na patelni, a nie wiemy kto lub co czai się w pobliżu. – powiedział idąc w kierunku pokładowego nawigatora, spojrzał na niego, był krasnoludem, stał twardo na nogach, jakby nie wzruszony całym zajściem, biła od niego aura doświadczenia.
- Jak leci- spytał
- hmm, bywało gorzej- odpowiedział po chwili krasnolud.
- Zakładam że będziesz w stanie w nocy określić gdzie nas wywiało? Pomóc z przyrządami?
- Owszem będę… - spojrzał surowym wzrokiem- Nie, dam radę.
- Świetnie, za to was zawsze cenię… za prawidłową postawę. – powiedział z poważną twarzą Septus odchodząc i kierując się do grupy marynarzy którzy wyszli o własnych siłach na brzeg. Po drodze znalazł Kodę, suszącą futerko, wzioł ją pogłaskał i powiedział- popilnujesz dla mnie jeszcze dziś tylko sytuacji na brzegu dobrze? – zobaczywszy aprobatę, ponownie pogłaskał ją i przemówił do tłumu. - Słyszeliście wszyscy co trzeba zrobić połowa za mną do wyładunku statku, reszta ścinać drzewa i kopać dół na wygódkę.

Gdy doszedł do statku spojrzał na ludzi którzy poszli za nim, było ich około 10-ciu. Wszyscy byli zmęczeni równie lub bardziej jak on, ale widać było w ich oczach zalążek determinacji, w końcu przeżyli właśnie piekło na morzu i to ich widocznie podbudowało.
- Wszyscy jesteśmy zmęczeni, więc zróbmy to szybko i sprawnie chłopaki. Ja i 4-rech innych wchodzimy na statek pozostałą połowa czekam tutaj, będziemy wam podawać z burty to co wydobędziemy. Najpierw wydobywamy ludzi których transportujemy od razu do punktu medycznego, potem jedzenie i sprzęt który może się przydać. Wszelkie młotki, piły, gwoździe całe deski będą przydatne. Szukamy kół lub czegoś na płózy do wozu… chyba że chcecie taszczyć ten cały badziew na plecach…za wóz może posłużyć nam szafa lub szalupa jeżeli któreś będzie całe, ale to już na jutro robota... aha jak znajdziecie mapy i inne rzeczy do nawigacji lecicie z nimi do nawigatora, musimy ustalić jak najszybciej gdzie jesteśmy…. do roboty Panowie, odpoczniemy po śmierci jak nas w końcu dorwie- zakończył Septus z lekkim uśmiechem na ustach, po czym rozpoczął wraz z resztą poszukiwanie ostatnich rannych i wyładunek.
Ostatnio zmieniony śr lip 13, 2016 8:10 pm przez Ardentus, łącznie zmieniany 3 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Gregorio
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
Posty: 9
Rejestracja: pt cze 24, 2016 8:01 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

wt lip 12, 2016 9:35 pm

Zindan

Zindan pływał już kiedyś statkami, ale podróżowanie rzekami i przeprawa przez może podczas sztormu to dwie zupełnie różne rzeczy. I nie lubił ani jednej ani drugiej. Miał nadzieję, że przez dłuższy czas nie będzie musiał się narażać na takie zmoczenie. Jeśli już ma być niebezpiecznie, to niech będzie to nawet walka z bogami, ale na ziemi!

Pogoda w żaden sposób nie pasowała do ogólnego zamieszania jaki zapanował na plaży. Promienie słońca leniwie prażyły wszystkich i wszystko, a w oddali słychać było inne dźwięki nie zrażonej niczym natury. Pasażerowie statku nie mogli jednak się nacieszyć tymi pięknymi widokami, tylko planować swoje następne posunięcia. Bezczynni nie przeżyją nawet tygodnia w tej nieznanej krainie.

Na szczęście wyglądało na to, że od samego początku rozbitkowie będą pracowali jako zespół dzieląc się zadaniami, tak aby każdy mógł dać to w czym jest najlepszy.

"Hej, wybierasz się może w stronę dżungli?" usłyszał ze strony Asiji. Ze wszystkich możliwych opcji ta wydawała się Zindanowi najlepsza. Rozpoznawanie nieznanego terenu terenu, w szczególności leśnego było jedną z podstawowych czynności w jakich szkolono ich na stacjach granicznych carstwa. Można było powiedzieć, że nawet to lubił. Odkrywanie nowych obszarów ... Przypomniał sobie od razu jak kiedyś jeszcze jako początkujący zwiadowca poszedł na swój pierwszy zwiad. Szło mu całkiem dobrze, dopóki nie zaczęła go gonić banda niedźwiedzi, do których jaskini wkroczył ... Jak się już uczyć to najlepiej na błędach, mawiają. Na szczęście było to jak do tej pory jedyne niemiłe wspomnienie związane z jego fachem, które miał. Nie zamierzał na pewno przez nieuwagę lub brak profesjonalizmu zdobyć podobnych w Nowym Świecie.

Na pytanie Asiji skinął tylko głową. Poprosiła go o poszukanie źródła wody pitnej. Był to bardzo dobry pomysł. Poprosiła go również o poszukanie jakiegoś patyka. Był to jedynie dobry pomysł. Na głodnego niedźwiedzia to z pewnością nie wystarczy, ale lepsze to niż nic.

Właśnie sprawdzał ekwipunek przed wyjściem do lasu, kiedy podeszła do niego jeszcze raz Asija wspominając, że woda jest na południu od wioski. Po pierwsze: skąd ona to wie?? czyżby rosła mu konkurencja? Po drugie: jaka wioska?? jesteśmy ledwo grupą i nie mamy ani dachu nad głową, ani niczego innego co by charakteryzowało nawet mieścinę! Ale niech jej będzie, trzeba patrzeć z optymizmem w przyszłość. Skończył te rozmyślania i wyruszył na poszukiwania wody.
Ostatnio zmieniony wt lip 12, 2016 9:36 pm przez Gregorio, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
krzysionek
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: śr cze 22, 2016 5:25 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

śr lip 13, 2016 7:50 pm

Młody zeskoczył na suchy ląd i wszedł na plażę. Z tej odległości i perspektywy statek, którym przypłynęli wyglądał jeszcze gorzej. Nie miał pojęcia jak ta kupa drewna mogła ich ponieść gdziekolwiek. Zastanawiał się czy to burza była tak słaba, czy oni tak waleczni. To, że przetrwali graniczyło z cudem. Jedno tylko było pewne- tym stakiem już dalej nie popłyną. Muszą znaleźć inny środek transportu lub prosić o pomoc. Zaśmiał się do własnych myśli. Właśnie odkrył kolejną rzecz, która nie mogła wzbudzać żadnych wątpliwości- jeśli mieli jakoś przeżyć kolejne dni- musieli radzić sobie sami. Do tego potrzebny był plan.

Zauważył z satysfakcją, że otaczający go ludzie zaczęli postrzegać w nim przywódcę. Gubernator poprosił jego i kilkoro innych o pomoc w organizowaniu obozu na noc. Iście komiczna to była kompanija. Znali się na budowaniu osad jak -nie przymierzając- kapłan na cyckach. W obecnej sytuacji przydałby się im dobry cieśla. Nie wojowniczka czy drobny złodziejaszek z targowiska. A może nowy świat potrzebował jednak bohaterów? Tutaj każdy mógł napisać swoją historię od nowa.

Niech i tak będzie- zdecydował. Skoro nie ma innych chętnych... rozejrzał się dookoła. Wesoła Kompania (tak postanowił nazywać grupę oddelegowaną przez gubernatora) powoli wprowadzała jako taki ład w działania marynarzy. Postanowił zorganizować o północy spotkanie. Zbieranie wody i noszenie skrzynek nie zbliży ich w żadnym stopniu do miasta, które było celem podróży. Trzeba zebrać jak najwięcej informacji jakimi zapasami dysponują, gdzie są i jak się stąd wydostać. Czasu było niewiele ale jeśli się postara wszystko powinno się udać.

Pierwszą rzeczą, którą zrobił chłopiec była rozmowowa z gubernatorem.
- Witajcie Panie- zaczął rozmowę.
- Ah to ty chłopcze- wyraźnie ucieszył się arystokrata- znów przyszedłeś poratować mnie dobrą radą?
- Chyba nie ma żadnej złotej rady na sytuację, w której się znaleźliśmy- obaj się zasępili- ludzie naprawdę dobrze się sprawują. Przed nocą wszyscy powinniśmy mieć chwilę wytchnienia- dodał by choć trochę dodać sobie i ich przywódcy otuchy. Panika wśród ludzi to teraz najgorsze co mogłoby ich spotkać.
- O północy złożę raport o wszystkich działaniach. Chciałbym też poruszyć sprawę naszej ucieczki stąd. Myślę, że trzeba będzie zebrać grupę, która wejdzie wgłąb lądu. Jeśli jesteśmy na kontynencie, to idąc wzdłuż brzegu, w końcu dojdziemy do pierwszej kolonii. Musimy tylko poczekać na gwiazdy i obrać dobry kierunek- gubernator kiwał w spokoju głową.
- Myślę, że musimy poruszyć ten temat w większym gronie- podniósł wzrok i szczerze uśmiechnął się do Młodego.
- Mogę Ci jeszcze jakoś pomóc?

Młody dokładnie wypytał Festera de Fallarda o sytuację, gdy pierwszy raz dobił do brzegu kilkanaście miesięcy temu. Chciał chociaż w przybliżeniu poznać niebezpieczeństwa jakie niesie dżungla. Dowiedział się o przyjaznej naturze tubylców. Chętnie handlowali z ludźmi ze starego kontynentu. Z opowieści wynikało, że starali się nawet poznać język nowo przybyłych. Te informacje napawały optymizmem. Istniało dużo większe prawdopodobieństwo na spotkanie tubylców, niż ludzi z kolonii. Mogli przehandlować część niepotrzebnych narzędzi i błyskotek na jedzenie. Może nawet uda się porozmawiać. Początkowo bali się rozpalać ogniska i zdradzać swoją obecność. Oba wyjścia były niebezpieczne. Z jednej strony wrogie plemiona. Z innej choroby z nadmiaru wilgotności, bardzo zimne wietrzne noce i dzikie zwierzęta. Decyzja po rozmowie z gubernatorem podjęła się sama.
- Rozpalić ogień! - wykrzyknął ku radości wszystkich głośno.

Przez resztę wieczoru Młody zbierał Wesołą Kompanię na wieczorne spotkanie. Jak się szybko okazało każdy zaczął robić to w czym czuł się najlepiej. Elf zwiadowca przyniósł garść informacji o otaczającym ich terenie. Do tego znalazł ujście wody pitnej. Septus nadzorował wypakunek wszystkich nadających się do użytku rzeczy ze statku. Będzie mógł sporządzić na spotkanie dokładną listę ich zapasów. Uzdrowicielka korzystała ze swoich umiejętności przetrwania w trudnych warunkach. Szło jej bardzo dobrze. Widać, że życie na pustyni wiele ją nauczyło. Chłopiec szedł wyraźnie zadowolony i dumny z ludzi, którzy go otaczali. Tworzył już w głowie historie pełne przygód z nimi w roli głównej. Był wyraźnie podekscytowany swoim pomysłem. Miał tylko nadzieję, że wszyscy się zgodzą. Szczerze powiedziawszy nie mieli zbyt dużego wyboru. W końcu role w jego eposach już zostały obsadzone. Spojrzał jeszcze raz za siebie i wiedział, że będą o nich pisać pieśniach.
 
Awatar użytkownika
Aleiris
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: wt cze 21, 2016 4:23 am

Re: [D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

śr lip 13, 2016 11:55 pm

Z każdym uderzeniem topora Aleira słabła, a narzędzie prawie wyślizgiwało się z rąk. Zmęczenie i rany na ciele nie pozwalały jej nawet dobrze się zamachnąć. Wydawało się, że nie uda się na czas rozprawić z masztem. Wojowniczka jednak nie zamierzała się poddać. Nie dane jej było dokończyć zadania, gdyż (z wielkimi trudnościami), dotarli na ląd.

W ciągu kilku sekund pogoda zmieniła się diametralnie. Po burzy nie było śladu, a słońce leniwie grzało poobijane ciało Aleiry. Zamiast błyskawic i grzmotów, zobaczyła ona piaszczystą plażę, zieloną dżunglę i usłyszała odgłosy nieznanej dotąd fauny.

Ulga. Radość. Krzyki i wiwaty słyszane z oddali. Zmęczenie. Świat zawirował i wojowniczka straciła przytomność. Sen, który na nią zstąpił był tak wyraźny, że mogłaby przysiąc, że to czego była świadkiem działo się naprawdę. Urwał się jednak wraz z krzykiem gubernatora, który zaczął wydawać rozkazy.

Ku wielkiej uldze Aleiry, nikt nie zauważył, że straciła przytomność. Arktosie! Jej niewidoczny wróg prawdopodobnie zwijał się teraz ze śmiechu! Co za wstyd! Gdyby był tutaj jej stary nauczyciel, nie byłaby w stanie spojrzeć mu w oczy! Niczym szlachcianka omdlała na widok szczura! Wstyd!!!

Szybko się podniosła i wraz z resztą załogi zeszła na plażę. Jak cudownie było czuć pod stopami stały ląd. Zero kołysania.

Z braku lepszych pomysłów, postanowiła na razie podążać za rozkazami gubernatora. Jako, że nie uśmiechał jej się powrót na okręt nawet na sekundę (niezależnie od tego, że nie wyglądało na to, by w jakiś cudowny sposób miał zaraz wypłynąć na pełne morze), postanowiła zabrać się za... kopanie latryny. Dlaczego? Decyzja ta została podyktowana kilkoma przesłankami.
Po pierwsze, rąbanie kiepsko jej szło. Dowodem na to był dumnie stojący maszt, który jakby drwił sobie z wojowniczki. „Może lepiej zostawię to komuś innemu. Starczy ośmieszania się na dzień dzisiejszy.”
Po drugie, kopanie wygódki miała w małym palcu. Jej przełożeni w wojsku uwielbiali przydzielać to zadanie właśnie jej, próbując w ten sposób zniechęcić Aleirę. Ku ich zdziwieniu odniosło to odwrotny skutek. Im bardziej starali się udowodnić, że miejsce kobiety jest w kuchni a nie w wojsku, ona z większym zacięciem dawała im do zrozumienia, że swoje przekonania mogą wsadzić tam gdzie słońce nie dochodzi. I tak, gdy przychodziło do rozstawienia obozu, oczywistym było, kto ma się zająć przygotowaniem latryny.
Po trzecie, wymagało to jedynie siły fizycznej. Rozdrażnienie, zmęczenie zmieszane z wieloma innymi emocjami wyprało z Aleiry chęć wykonywania bardziej złożonych zadań.
I wreszcie po czwarte (choć nie nie przyznałaby się do tego otwarcie), takie zajęcie najlepiej pasuje do omdlewającego podlotka, który ma mleko pod nosem a którym w obecnej chwili się czuła. „Może chociaż tego nie spieprzę.”.

Postanowiła, że później przyłączy się do zabezpieczania sprzętu oraz żywności przed zmoczeniem (co poleciła ostatnim niezdecydowanym, którzy nie zostali przydzieleni do żadnego zadania ani za nic konkretnego się nie zabrali) jak już zostaną zniesione z okrętu, a potem do budowania palisady. Ale to wtedy, jak ktoś zetnie te cholerne drzewa.

Widziała jak reszta załogi uwijała się niczym mrówki, co stanowiło niewielkie, aczkolwiek zawsze pocieszenie. Nigdy nie lubiła dowodzić, w związku z czym cieszyła się, że znalazły się jednostki na tyle ogarnięte, by pokierować większością ludzi.

Dziwaczny sen nie dawał jej spokoju.
 
Awatar użytkownika
Modrzev
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn maja 16, 2016 7:40 am

Re: [D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

sob lip 16, 2016 8:43 pm





Po chwili ochłonięcia oczywistym było, że sytuacja załogi nie wyglądała najlepiej. Statek nie nadawał się już do niczego. Przeciekał z każdej możliwej strony, nawet pozostawienie na nim zapasów stanowiło ryzyko. Na pewno jednak nie można już nim było nigdzie dopłynąć.
Z drugiej strony zaś na drodze stała wam nowa, nieznana dla większości osób przeszkoda. Zaraz za szeroką, piaszczystą plażą wznosiła się ściana dziwnych drzew, pokrytych mchami, pnączami, kwiatami. Ich widok napawał lękiem, ale jednocześnie nie dało się ukryć, iż były piękne. Co kryło się za nimi? Nieprzenikniona ciemność muskana zaledwie ostatnimi promieniami słońca nie dawała żadnej podpowiedzi. Jednak to właśnie tam prawdopodobnie będziecie musieli się udać.
Na razie jednak musicie przetrwać noc.

Młody biegał jak opętany. Był wszędzie - rozmawiał z marynarzami na statku, zagadał osoby ścinające drzewa, zamienił kilka słów z zanurzonymi po pas tragarzami, udało mu się nawet wymienić kilka zdań z szykującym się do zwiadu Zindanem. Informował wszystkich o planowanym o północy spotkaniu, a jednocześnie dla każdego znalazł kilka słów otuchy i pocieszenia. Sam nie wiedział do końca jak to się działo, ale już wcześniej w swoim życiu, w mieście zawsze potrafił znaleźć te słowa, które akurat chciał usłyszeć rozmówca. Morale wyraźnie poprawiło się dzięki zabiegom dzieciaka. Zanucił nawet kilka dźwięków z popularnej i znanej, skocznej piosenki żeglarskiej, co szybko pochwycili inni i z pieśnią na ustach, nie za głośną, aby nie dać od razu znać wszystkim mieszkańcom kontynentu, że do niego dotarli, zabrali się do pracy. Zadowolony z siebie Młody zaś nadzorował przygotowanie ogniska i wybraniem sobie najlepszego miejsca do siedzenia przy nim.

W tym czasie Septus, który nie pamiętał kiedy ostatnio był tak wyczerpany... chociaż w sumie to pamiętał - było to wtedy, kiedy podczas ćwiczeń szermierki uznał, że świetnym pomysłem będzie zastosować na wuju nowo poznane zaklęcie. Kto mógłby przypuszczać, że krasnolud tak bardzo zezłości się za spopielenie mu całej brody? Koniec końców czarodziej został wyznaczony do własnoręcznego uporania się z problemem niedrożnej kanalizacji w miasteczku, w którym żył. Tak... urocze wspomnienia. Obecna praca Septusa była niewiele lżejsza, na pewno jednak lepiej pachnąca. Przeszukiwał z innymi każdy zakamarek ładowni i kajut w poszukiwaniu wszystkiego, co mogło się przydać na lądzie i wymagało wysuszenia. Na pierwszy rzut oka widać było, że zgubili po drodze wiele z tego, co wieźli. Może ocean okaże się na tyle łaskawy, że wyrzuci w późniejszym czasie przynajmniej część ekwipunku na brzeg. Na razie jednak, mimo braku czasu i rąk do pracy i tak udało mu się znaleźć wiele przydatnych i sprawnych rzeczy. Poza narzędziami, żywnością i odzieżą udało się uratować część ekwipunku, który na pewno się przyda. Mniej przydatne przedmioty będą musiały pozostać na razie na okręcie do czasu, aż zdecydują co robić dalej ze swoją sytuacją.

Podłamana swoją bezsilnością w obliczu ścinania masztu Aleira postanowiła nie brać się za żadną ambitną pracę. Chwyciła znalezioną przez Septusa łopatę i ruszyła na skraj dżungli. Postanowiła, że musi zrobić dobrze coś prostego, aby pokazać samej sobie, że nie jest bezużyteczna. Wbijała metalową łychę raz za razem w wilgotny piach nie zwracając uwagi na pot cieknący jej po czole i plecach. W powtarzających się harmonijnie ruchach było coś uspokajającego. Odprężyła się i już po chwili zaczęła myśleć o swojej wizji. Czy to był tylko zwykły sen? Czy może coś więcej? Co oznaczały te wszystkie dziwne, nieznane zwierzęta walczące ze sobą? Nie wiedziała i nie była pewna czy chce wiedzieć. Jeśli tak, to na pewno będzie potrzebowała pomocy w interpretacji... Z rozmyślań wyrwał ją delikatny ruch, który dostrzegła kątem oka. Przeniosła szybko wzrok na stojącą przed nią ścianę drzew. Przypatrywała się chwilę. Wydawało jej się tylko? Może to ze zmęczenia, albo tylko kropla potu spływając po policzku dostała się w zasięg wzroku. Dosłownie sekundę później dostała odpowiedź na swoje pytanie, kiedy tym razem wyraźnie spostrzegła poruszającą się w cieniu sylwetkę człekokształtną. Za chwilę drugą. Im dłużej patrzyła w mrok puszczy tym więcej postaci widziała.
Zamarła. Nie wiedziała co robić. Pierwszy odruch kazał jej sięgnąć po broń i szykować się do walki, jednak poza łopatą nie miała nic przy sobie. Postanowiła przyglądać się postaciom dalej, będąc w gotowości do wezwania pomocy. Nie musiała długo czekać. Już po chwili jedna po drugiej sylwetki znikały z oczu przemieszczając się wgłąb dżungli. Cóż, widocznie nie miały złych zamiarów. Ale czy na pewno? Ktoś wie już o ich obecności w tym miejscu. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Najpierw jednak - testowanie nowej wygódki.

W swoim tempie i w spokoju postanowiła pracować także Asija. Upewniła się wcześniej czy osoby zajmujące się punktem medycznym wiedzą co robią, po czym ruszyła montować pułapki na małe zwierzęta. Mogła to robić ze spokojem, ponieważ kiedy odchodziła stary kapłan już zaczynał odzyskiwać świadomość. Może i mieli na statku zapasy żywności, ale kto wie w jakim są stanie po sztormie? Poza tym są całkiem nieźle zakonserwowane solą lub wysuszone - można spokojnie pożywić się nimi później, a na razie w jak największym stopniu jeść to, co uda się upolować i zebrać. Zebrała odpowiednią ilość patyków, lian i jakichś owoców na przynętę i poczęła budować małe klatki i zapadnie. Uspokoiło ją to. Dźwięki otaczającej przyrody początkowo trochę ją przytłaczały. Podczas podróży widziała oazy a nawet lasy, ale w życiu nie przypuszczałaby, że można pomieścić tyle zielonych roślin na jednym skrawku ziemi. Wszelkie zapachy odurzały ją swoją słodyczą, choć spostrzegła, że im bardziej zbliżała się do granicy drzew, tym wilgotniejsze stawało się powietrze i zaczynało pachnieć zgnilizną. Nie było to jednak niemożliwe do wytrzymania.

- Auć! - Z rozmyślań wyrwało ją mocne ukłucie w stopę, którą brodziła w wodzie oceanu rozkładając kolejną pułapkę. Odruchowo stanęła na jednej nodze i trzymając kończynę dolną w dłoniach poczęła przyglądać się jej podeszwie. Znajdowała się w niej niewielka ranka, z której nieśpiesznie płynęła stróżka krwi - nic groźnego. Z resztą ból ukłucia ustąpił już miejsca szczypaniu słonej wody. Rozejrzała się po dnie przez krystalicznie czystą wodę i nie zauważyła nic poza kamieniami. Przynajmniej dopóki coś się nie poruszyło. Wszystko wskazywało, że była to dobrze zakamuflowana ryba pokryta kolcami.


- Osz Ty mały szkodniku - przemówiła karcąco do zwierzęcia - Skoro tak nie lubisz być deptana to czemu tak dobrze się ukrywasz? Sio mi stąd zanim usmażę Cię przy ognisku. - dokończyła i tupnęła nogą w wodę, co spowodowało, że wystraszona ryba odpłynęła. Asija zaśmiała się sama do siebie. Musi pamiętać, żeby później obejrzeć i zdezynfekować rankę, a tymczasem wróciła do pułapek.

Zindan szedł plażą wzdłuż linii drzew w stronę, którą wskazała mu Asija. Trochę niepokoiło go to, iż na zwiad wybrał się sam, ponieważ nie wiedział czego może się spodziewać. Z drugiej strony jednoosobowy oddział miał największe szanse na pozostanie niezauważonym. No i ten dreszczyk emocji podczas szansy na zbadanie nieznanego! Maszerował raźnym krokiem rozglądając się czujnie. Nie zdążył się dobrze rozpędzić, a już zobaczył w oddali niewielki strumyk wypływający z dżungli i wpadający do oceanu.

"Hmm. Jakieś 15 minut w jedną stronę ocenił. Powinniśmy spokojnie zdążyć." - pomyślał, po czym ruszył dalej w stronę źródła wody. Po kilku krokach stanął jednak jak wryty. Jego uszy pochwyciły jakiś cichy dźwięk. Odwrócił powoli wzrok w stronę drzew. Zaledwie kilkanaście kroków przed sobą dostrzegł parę zielonych oczu wpatrzonych w niego z ciekawością.
Szybko zorientował się, że to jakiś nieznany mu gatunek wielkiego kota. Zapewne zrobiłby jeszcze 2-3 kroki i leżałby przygnieciony przez tego futrzaka z pazurami zatopionymi w torsie i zębami w szyi. Zindan nie stronił od odważnych zabaw z kobietami w łożu, ale to była lekka przesada w jego mniemaniu. W sumie nie musiał już bliżej podchodzić do źródełka, jego zadaniem było odnalezienie go, sam przecież i tak nie uniósłby potrzebnej wody. Postanowił wycofać się powoli. Robił pojedyncze kroki w tył uważnie obserwując zwierza. Ten, mimo iż zawiedziony, nie szykował się do ataku. Widocznie nie wkroczył na jego terytorium. Po kilku kolejnych krokach, kiedy zielone oczy zniknęły za krzakami, Zindan odwrócił się i ruszył szybko do obozu. Stanął jak wryty.

"Kijaszek... Kijaszek dla uzdrowicielki" - przypomniało mu się. Znalazł jakiś nie za głęboko w dżungli po czym już ostatecznie skierował się do obozu.

Liczniejsza wyprawa po wodę nie spotkała kota. Widocznie sama ich ilość wypłoszyła go. Przed północą udało się wybudować prowizoryczną palisadę, kilka namiotów i prostych schronisk, rozpalić ognisko, a także przygotować ciepły posiłek. Praktycznie wszyscy dostali też suchą odzież. Pułapki Asiji pozostawały jednak puste, może do rana uda się do nich coś złapać. Wszyscy zasiedli przy ognisku oczekując na ostatnie z liczących się osób. Ku zaskoczeniu niejednej osoby, podpierając się na ramieniu gubernatora do paleniska podszedł sir Lancestrong.

- Dzięki de Fallard, jestem Twoim dłużnikiem. - powiedział siadając wygodnie.
- Niech Pan podziękuje lepiej uzdrowicielce i kapłanowi, gdyby nie oni wykrwawiłby się pan na pokładzie. - z wyraźnym zadowoleniem odparł gubernator.

Kapitan skinął głową w kierunku Asiji, którą ciągle swędziała stopa, na znak podziękowania.

- Gdyby nie Ty zaś, byłbym całkiem pokaźnym plackiem z tego co słyszałem. - zaśmiał się szczerze Erhard i klepnął Festera w plecy z taką siłą, że tamten ledwo utrzymał się w pozycji siedzącej. Nic nie buduje oczu załogi tak, jak rodząca się przyjaźń rywalizujących wcześniej osób. Aż piwo kwaśnieje w piwnicach - jak mawiają krasnoludy.

- Wraz z gubernatorem postanowiliśmy, że naszym priorytetem musi być odnalezienie drogi do Gryphon Town i skontaktowanie się z tamtejszymi mieszkańcami. Statek nie nadaje się do płynięcia, a budowa nowego zajmie za długo. Z drugiej strony mamy wiele ładunku i rannych, a do naszego celu mamy jakieś... - tu kapitan spojrzał na nawigatora wpatrzonego w gwiazdy.

- 2 może 3 dni na północ. - odparł krasnolud nawet na chwilę nie odrywając oczu od świecących punktów na niebie.

- Zdecydowaliśmy więc - przejął pałeczkę de Fallard. - Że w drogę wyruszy niewielki oddział, a reszta z nas okopie się tutaj i poczeka. Przed wyruszeniem do Starego Kontynentu poleciłem mieszkańcom Gryphon Town wybudować niewielki okręt do zadań zwiadowczych i transportowych. Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, to po dotarciu na miejsce będziecie mogli wysłać po nas statek i razem z zapasami dotrzemy na miejsce.

- Oddziałem będę dowodził osobiście - rzekł kapitan. - Dzięki pomocy kapłana do jutra będę w pełni sił. Potrzebuję około 10 osób, nie więcej. Reszta zostanie aby bronić obozu i zapasów. Na miejscu pełnie władzy utrzymuje gubernator. Nie przeczę, że w naszej grupie wypadowej widzę was - mówiąc to wskazał na waszą piątkę. - Pokazaliście, że potraficie odnaleźć się w podobnych sytuacjach. Zyskaliście też odrobinę szacunku mojego i gubernatora. Dlatego chętnie wysłuchamy waszej opinii, aczkolwiek nie oczekujcie, że zmienimy zdanie. Może też macie do przekazania jakieś ciekawe meldunki na temat naszego położenia i tego co udało wam się zaobserwować w okolicy? Jak już skończymy wyekwipujcie się tym, co znaleźliśmy na statku - jest tego niewiele, ale i tak lepiej niż się spodziewałem. Potem wyśpijcie się porządnie, ponieważ ruszamy zaraz po świcie.

Ostatnio zmieniony sob lip 16, 2016 9:38 pm przez Modrzev, łącznie zmieniany 2 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Luciak
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 10
Rejestracja: pn cze 20, 2016 11:43 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pn lip 18, 2016 9:16 pm

Po dokończeniu rozkładania pułapek Asija dezynfekuje swoją ranę i opatruje ją bandażem. Może to wydawać się aż nazbyt wielką ostrożnością, ale nie chce odczuwać boleści podczas chodzenia po plaży. Z doświadczenia wiedziała, że piasek lubi dostawać się wszędzie. Zawsze ją śmieszyły przepisywane maści na wstydliwe otarcia dla ofiar romantycznych uniesień nad brzegiem morza. Martwiło ją specyficzne uczucie swędzenia. Ryzyko zakażenia po użytych środkach było znikome, wiec może... zatrucie? Zastanowiła się czy zna jakąś trującą rybę - na pewno nie. Z drugiej strony nie znała też żadnej kolczastej ryby. Stwierdziła, że nie będzie panikować, posiedzi jakiś czas bez ruchu i poobserwuje swój stan. Jeśli to dziwne mrowienie będzie się rozchodziło ostatecznie orzeknie truciznę w ciele.

***

"Pacjent zmarł". Usłyszała to już chyba po raz dziesiąty podczas dzisiejszej lekcji z dziadkiem Gijasem Rabahem.

- Nie poddawaj się, twój najważniejszy pacjent dalej żyje. - stary chirurg ujął jej podbródek i spojrzał badawczo w oczy - A teraz wymień cechy dobrego uzdrowiciela.
- Dobry uzdrowiciel potrafi dysponować czasem, dobry uzdrowiciel jest jak wielbłąd, klęka, by podnieść innych... - recytowała nastoletnia Asija bez żadnego entuzjazmu.
- Bzdury i głupoty! Czy już nikt w tej rodzinie nie potrafi niczego porządnego cię nauczyć?! Twój stryj filozofuje, a stryjenka Buszra Maisa zmądrzała dopiero po kopnięciu dromadera, więc teraz gada o nich jak natchniona! - patriarcha rodziny aż się trząsł z oburzenia - Dobry uzdrowiciel to żywy uzdrowiciel! Najważniejszym pacjentem jesteś TY. - tyrpnął ją w nos palcem wskazującym dla podkreślenia swych słów - A więc teraz Kazus Pustelnika.

Asija tylko przewróciła oczami. Niecierpiała wydumanych przez dziadka odrealnionych przypadków. Chciała być dentystką nie pustelnicą.

- Przechadzasz się niedaleko swej chatki, gdy wtem czujesz ukłucie. Nieopatrznie nastąpiłaś na skorpiona, który w agonii zdążył wbić swe żądło w twą stopę. Co robisz?
- Normalnym krokiem, by nie przyspieszyć pracy serca i rozprzestrzeniania się trucizny idę do domu po surowicę? - pytanie było głupie, każdy przemierzający pustynię znał odpowiedź.
- Nie masz surowicy, karawana, która miała ci ją dostarczyć jest opóźniona przez wczorajszą burzę piaskową.
- Co za głupiec nie ma surowicy?! W takim razie czekam w spokoju na śmierć! - Asija buntowniczo unosi głowę i piorunuje wzrokiem tajemniczo uśmiechającego się dziadka.
- Skoro śmierć tak czy siak nadejdzie, spowolnij truciznę, idź w stronę najbliższego miasta, w kierunku, z którego ma przyjść opóźniona karawana, a gdy będziesz u kresu sił rozpal ognisko, by dym pokazał gdzie jesteś. Umarłaś Asijo, ja przeżyłem. Jeśli masz zginąć czekając, zawsze wybieraj podróż. Podróż jest jak gra, zawsze towarzyszy jej korzyść albo strata, i to zwykle z nieoczekiwanej strony. - uśmiech sfinksa nadal zdobi jego usta. Młoda uzdrowicielka postanawia przerwać swe fochy i poznać zakończenie historii.
- Skoro mówisz o nieoczekiwanej stronie oznacza to, że ratunek nie przyszedł od opóźnionej karawany. Więc któż był twym wybawicielem?
- Akuszerka pędząca na łeb, na szyję do spodziewającej się rozwiązania mieszkanki niedalekiej wioski. - dziadek puszcza jej oczko.
- Babcia Baszira Haadija...

***

W tym czasie pojawił się Młody informując o spotkaniu o północy przy ognisku. Asija jęknęła w duszy. Tylko tego jej trzeba było. Na statku zawsze starała się w nocy być w odosobnieniu i przykrywać Nadima pledami, by stłumić jego nocne śpiewy. A teraz naprawdę nie miała ochoty słuchać jego gardłowego zawodzenia. Scylla i Charybda! Ma za swoje! Ostrzegła Zindana przed zagrożeniem ze strony dżungli, a sama wpadła w sidła morza! Pociera lekko swędzącą stopę. Mrowienie powoli się rozprzestrzeniało. Mogłaby użyć magii, by tak jak kiedyś dziadek spowolnić truciznę, ale widziała skutki jej użycia, a dalej byli blisko oceanu. Niepokojąco blisko. Jedynym wyjściem jest szukanie antidotum. Powinni je znać tubylcy oraz handlujący z nimi osadnicy z Gryphon Town. Musi tam wyruszyć. Nie mogę nikomu powiedzieć o swych podejrzeniach, jeszcze gotowi są mnie leczyć magią lub zatrzymać w obozie. - Asija ledwo słucha co mówi chłopak, szukając rozwiązania ze swej sytuacji. Kazus Rozbitka.

- Kolczasta ryba na dnie morza pływa. - przerywa Młodemu, wskazując swą zabandażowaną nogę. Rym był beznadziejny i nie zgadzały się sylaby, więc ma nadzieję, że wpadnie w ucho barda jak fałsz w znanej pieśni i przebrzmi, gdy będzie potrzebny. Jeśli będzie gorzej i nie zdąży pomóc w leczeniu najważniejszego pacjenta. Siebie.

Podczas ogniska Asija tylko czasami coś przebąkuje. Coraz bardziej jej myśli zaprząta zraniona stopa. Po usłyszeniu o tubylcach wyraźnie się ożywia.
- Proponuję, by kapłan został wraz z gubernatorem. Jeśli ja wyruszę na wyprawę, ktoś musi się zająć pozostałymi rannymi oraz dbać o twe złamane ręce, panie. - kłania się w stronę Fallarda. Nie chciała doprowadzić do sytuacji, w której nadgorliwy klecha zacząłby nawracać pierwotne plemiona. Jeśli ktoś miał jej pomóc zarówno ze skaleczeniem jak i z pozbyciem się tsansu to tylko one! Nie mogły być do nich zrażone!

Nadim śpiewał swe szamańskie pieśni, Asija w obojętnym otępieniu wpatrywała się w ogień. Kiedy przysłuchiwała się dokładnie melodii zaczęła dostrzegać małe niewyraźne kształty w płomieniach. Skradającego się dużego kota. Tańczące ludzkie sylwetki. Przelatujące ptaki o fantazyjnych ogonach. Zastanawiała się czy tylko ona to widzi czy pozostali również. Gdy doszło do dzielenia znalezionych na statku dóbr poprosiła o bukłak wody i o krótką laskę. Będzie dobrze służyła w wędrówce. Mój ratunek tylko w nogach, aby przeżyć muszę iść. - były to jedyne myśli jakie do końca zebrania odbijały się jej w głowie. Mantra zdrożonego wędrowca.

Gdy już cały ekwipunek został rozdany, jej oczom ukazała się dobrze znana torba. Podbiegła do niej uradowana, chwyciła ją w obie ręce i podniosła wysoko do góry kręcąc się wokoło.
- Macie moje narzędzia uzdrowiciela! - zakrzyknęła, nieświadoma tego, w jak legendarnym stylu.
Ostatnio zmieniony wt lip 19, 2016 6:21 pm przez Luciak, łącznie zmieniany 6 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Ardentus
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 15
Rejestracja: pn cze 20, 2016 9:44 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

wt lip 19, 2016 1:32 am

Septus

Wezwany po pracy na naradę Septus był w średnim nastroju, głównie dla tego ponieważ liczył że, uda mu się wydobyć wraz z resztą załogi więcej prowiantu i ekwipunku zanim zapadnie zmrok. Nie miał jednak do nikogo pretensji, gdyż każdy dawał z siebie wszystko, a praca była zwyczajnie nie należąca do tych trywialniejszych, zważywszy na warunki i ich sytuację. Miska jedzenia była wszystkim czego teraz od życia pragnął. Posilawszy się wraz z Kodą wysłuchał przemówienia kapitana i gubernatora. Pierwsza wypowiedziała się wojowniczka z informacją, żę widziała cienie w lesie, najpewniej tubylców. Fakt ten w sumie nie zdziwił Septusa, boska burza z której wyszli musiał być widoczna z lądu, a odruchem niemal każdej rozumnej rasy byciu świadkiem takiego zjawiska było by, w jego mniemaniu wysłanie zwiadu w celu sprawdzenia co tak naprawdę się wydarzyło i jakie są tego konsekwencje. W tym przypadku konsekwencjami byli oni, siedzący teraz na brzegu przy ognisku. Pozostawało pytanie czy ci tubylcy są przyjaźnie czy wrogo nastawieni… Septus wziął pod uwagę ich ostatnie doświadczenia i przeczuwał że zna odpowiedź… co wcale mu się nie podobało… kolejny raz zresztą.

Podczas posiłku zauważył że, zmęczenie nie tylko jemu daje się we znaki. Z przedmiotów do podziału wziął tylko długi kij w którym rozpoznał swój własny, jedną z niewielu pamiątek jaka pozostała mu do tej pory po ojcu i szatę maga, ku lekkiemu zdziwieniu kilku osób z załogi niepałającymi się arkana magii i wyrazie satysfakcji, u innych z nich mówiącym „wiedziałem”.

-Jeżeli chodzi o wyprawę, to masz pełne poparcie, moje i Kody Kapitanie, aczkolwiek ponad 10 osób będzie bardzo widoczne. Sugerował bym mniejszą ekipę wypadową. Dzięki temu w bazie zostanie więcej osób do potencjalnej obrony. Jeżeli po tym wszystkim stracimy tą część ładunku którą udało nam się po, tak niemałym trudzie uratować, to będzie to wielka strata i zawód dla całej załogi. Na każdej warcie powinny być co najmniej 2 osoby dowolnej rasy plus elf, ponieważ nasi elficcy towarzysze potrzebują znacznie mniej czasu na wypoczynek niż inne rasy, oczywiście to tylko moje sugestię- mówiąc to spojrzał na zebranych w poszukiwaniu innych elfów niż Zindan, ponieważ w jego ekipie ich nie było, a nie miał czasu po przybyciu tak naprawdę rozeznać się dokładnie w liczebności poszczególnych ras wśród ocalałej załogi.
- Co do ekwipunku mogę też wziąć plecak wraz z jedną trzecią racji żywnościowych, 2 bukłaki. Dla mnie poruszanie się z takim ładunkiem nie będzie większym problemem. Sugerowałbym powielić zapałki, ale krasnoludzkie jak raczej nie przemaczają. Jeżeli trzeba wezmę więcej, ale wpierw chciałbym wysłuchać co ma do powiedzenia reszta zgromadzonych- skończywszy usiadł by wysłuchać co do powiedzenia będą mieli inni.
 
Awatar użytkownika
Aleiris
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: wt cze 21, 2016 4:23 am

Re: [D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

czw lip 21, 2016 12:16 am

"Wygląda na to, że nie jesteśmy tutaj sami..." Aleira spodziewała się, że w końcu dojdzie do spotkania z tubylcami. Wojowniczka miała mieszane uczucia.
Z jednej strony była nadzieja, że nastąpi to o wiele później, w bardziej sprzyjających warunkach. Walka z nieznanymi istotami, na nieznanym lądzie, bez odpowiedniego wyposażenia i wypoczynku może stanowić poważne wyzwanie. Co więcej, Aleira zdawała sobie sprawę z balastu w postaci wycieńczonych pasażerów i załogi, których musiałaby bronić.
Natomiast z drugiej strony, na samą myśl o dobrej walce wojowniczce od razu poprawił się humor, na jej twarzy pojawił się uśmiech i jej ciało jakby dostało zastrzyku nowej energi, tak, że wykonywana praca wydawała się jakby mniej wymagająca.
Jako że w tej sytuacji niemożliwym było określenie zamiarów tajemniczych postaci, Aleira uznała za dobry znak ich wycofanie się wgłąb dżungli. Nie zmieniało to jednak faktu, że ich obecność została odnotowana - próba przedostania się do Gryphon Town niezauważenie może okazać się niewykonalna.

Jakby tego było mało, Aleirę wciąż dręczył jej sen. Nie była osobą przesądną, ale coraz bardziej upewniała się w przekonaniu, że to czego doświadczyła było czymś więcej niż zwykłym snem. Nie była pewna czy, i z kim podzielić się swoją wizją. Nie chciała by uznano ją za wariatkę. Ostatecznie postanowiła, że opowie o tym uzdrowicielce w wolnej chwili, ale nie dzisiaj. Nie uważała, by dzień czy dwa zrobiły większą różnicę a mieli ważniejsze rzeczy na głowie niż interpretowanie wizji. Dodatkowo uzdrowicielka wyglądała na głęboko zamyśloną.

Podczas narady wypowiedziała się jako pierwsza. Nie widziała powodu, dla którego informację o tubylcach powinna zachować dla siebie, więc przekazała reszcie grupy wszystko czego była świadkiem podczas kopania latryny. Musiała przyznać, że powiedzenie jej mistrza "bądź gotowa na wszystko i nigdy nie daj się zaskoczyć ze spuszczonymi gaciami" zyskiwało całkowicie nowe znaczenie. Gdyby nie powaga sytuacji, prawdopodobnie wybychnęłaby teraz śmiechem.

Podczas rozdawania ekwipunku wyraziła zainteresowanie trzema przedmiotami, a mianowicie podartą ćwiekowaną skórą, toporkiem i małą tarczą. Dodatkowo, poparła plan Septusa co do plecaków z racjami żywności i zapałkami oraz zasugerowała, że może dźwigać dodatkowy ładunek w razie potrzeby.

Po skończonym spotkaniu postanowiła skorzystać z rady kapitana i szybko udała się na spoczynek.
Ostatnio zmieniony czw lip 21, 2016 12:18 am przez Aleiris, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód:
 
Awatar użytkownika
krzysionek
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 11
Rejestracja: śr cze 22, 2016 5:25 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pt lip 22, 2016 5:35 pm

Młody w spokoju wysłuchał wszystkich na naradzie. Nikt nie wymyślił nic odkrywczego ponad to, czego sam był inicjatorem. Spodziewał się, że na wyprawę zostawnie wybrana mniejsza grupa. Trzeba się było jednak liczyć ze zdaniem gubernatora. Poza tym kilkoro dodatkowych par oczu i rąk mogło się przydać na nocnych wartach i podczas trudnej wędrówki. Miał tylko wątpliwość, czy rozmowa z sir Lancestrongiem przyjdzie mu równie łatwo co z Festerem. Do tamtego trafiały argumenty oparte na logice. Obawiał się, że do tego drugiego trzeba będzie uderzyć siłą mięśni. Oznaczało to tylko jedno- kłopoty. Chłopiec miał nadzieję, że wielki wojownik ma choć w połowie tak rozwinięty mózg jak mięśnie.

Nie znalazł żadnego ekwipunktu, który pasowałby do jego stylu walki. Skrzywił się i sięgnął po krótki miecz. Ułatwi chociaż przedzieranie się przez puszczę.

Zaraz po wymarszu zaczął nucić krótką piosenkę. Znali ją chyba wszyscy niedoszli jak i bardzo doświadczeni poszukiwacze przygód. Historia młodego chłopca, o który opowiadała była natchnieniem dla wszystkich wielbicieli fantastycznych historii.

"Gdy wyzwanie rzuci los,
Z odwagą stań i walcz..."
 
Awatar użytkownika
Gregorio
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
Posty: 9
Rejestracja: pt cze 24, 2016 8:01 pm

[D&D 3.5] "Nowe Ziemie"

pt lip 22, 2016 10:57 pm

Zindan

Jak do tej pory Zindan nie był z siebie zadowolony. Minęło już łądnych parę dni od wypłynięcia w morze, a on tak naprawdę niczym się jeszcze nie wykazał. Niby coś tam zrobił na statku podczas burzy, ale tam każdy coś robił. W sumie to dział się wtedy taki chaos, że choćby nawet jednym skokiem uratował tuzin osób to i albo w ferworze walki z żywiołem nikt by tego nie zauważył, albo nikt by nie zauważył, że to w ogóle on.

A ta "wyprawa" po szukanie źródła wody to już zdecydowanie porażka. Trudno to było nawet nazwać spacerem po plaży. I do tego jeszcze dał się zajść temu kocurowi od siedmiu boleści... Patrząc na to bardziej optymistycznie, to dobrze, że są tu wielkie zwierzyny. Może uda się coś upolować dla osadników? Albo jeszcze lepiej uratować kogoś przed pożarciem? To by było dopiero coś!

Zdecydowanie cieszył się, że już niebawem będzie członkiem zespołu, który wyruszy na poszukiwanie Gryphon Town. Liczył na to, że będzie to zespół raczej mniejszy niż większy. W mniejszym zespole łatwiej o większy własny udział w akcji i w ewentualnym sukcesie.

Z ekwipunku wybrał najlepsze co by mu się mogło przydać: krótki łuk wraz ze wszystkimi możliwymi strzałami, cichobiegi, linę, skórznię, plecak, bukłak i swoją część racji żywnościowych. Nie mógł już się doczekać wyruszenia w drogę!
Ostatnio zmieniony ndz lip 24, 2016 12:11 am przez Gregorio, łącznie zmieniany 3 razy.
Powód:

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości