Zrodzony z fantastyki

 
Rolnik.

czw mar 27, 2008 4:49 pm

James Priestley

James jeszcze nigdy nie widział tak potężnie zbudowanej istoty. Przez kilka chwil osłupiały gapił sie na tą dziwną hybrydę. W pewnym momencie zrozumiał , że niegrzecznie jest sie tak gapić. Oderwał swój wzrok i powiedział:
- Wybacz przyjacielu.
~Lepiej mieć w nim przyjaciela, a niżeli wroga~ - pomyślał widząc mięśnie na jego ciele.
- Wracając do naszego problemu, jestem dobrym łucznikiem jednak radze sobie tez z bronią biała. Posiadam łuk, rapier, kilka wybuchowych strzał oraz line z hakiem. - powiedział niespokojnym głosem, który mógł sugerować, że jest źle.
- Jeśli masz jakiś plan to lepiej szybko nam go przedstaw. Czas nagli.

============

James Priestley wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Jego ulubioną bronią jest łuk. James potrafi zastrzelić jabłko z głowy biegnącego człowieka. Biegłe posługuje sie rapierem. Jest zadziwiająco zręczny. Od urodzenia szkolony był na wojownika służącego królowi. Często chodzi zakapturzony. Jest zdyscyplinowany i słucha rozkazów wydawanych przez jego przełożonego, nielubi jednak być podporządkowany osobą, które są słabsze lub głupsze od niego. Jest dyskretny gdy jest taka potrzeba. Zawsze dotrzymuje słowa ponieważ tak został wychowany. Jest stanowczy i pewny siebie. (jeśli chodzi o wygląd to nie będę sie rozpisywał po prostu dam linka do zdjęcia)
 
Awatar użytkownika
Elvin
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 655
Rejestracja: ndz sie 21, 2005 6:45 pm

czw mar 27, 2008 9:04 pm

Wszyscy

11. April 1554 A.D - Północna brama Bergen.
Syndra obrzuciła wszystkich, którzy byli tak pewni, że posiada jakiś plan spojrzeniem pełnym irytacji. W jej oczach pojawiły się wściekłe ogniki.
- Powiedzcie mi proszę, tylko szczerze: czy ja wyglądam na jakąś wróżkę? Bo jakoś nie jestem w stanie przewidzieć i przygotować się na takie sytuacje. - po czym dodała zdenerwowanym tonem, zaciskając pięści - Zwłaszcza TAKIE.
Rzuciła jeszcze jedno krótkie, aczkolwiek uważne spojrzenie na wszystkich, pozostawiając przez dłuższą chwilę wzrok na Blake'u. Wpatrywała się w niego z mieszaniną nieufności i zdziwienia. Po czym oznajmiła dość cicho.
- Problem jest bardzo, bardzo duży, ja znam tego skurwysyna. Nie ma on zbyt dobrej sławy. Jest niebezpieczny dla wszystkich jednakowo. I nie jest ważne czy ktoś jest magiem z Anglii, inkwizytorem oficjum, czy hiszpańską dziwką. A tak szczerze to wolałabym pojedynkować się na czary ze smokiem, niż stawić czoła temu oszołomowi w otwartej walce.
Następnie spojrzała zaskoczona na Kurta. Na je twarzy przemknął cień zrozumienia.
- To może się udać... - po czym znów zwróciła się do reszty - bądźcie przygotowani na konieczność naprawdę szybkiej ucieczki. No chyba że wam życie nie miłe. - to powiedziawszy zwróciła się do Blake'a
- Ethelpray, podtrzymuj rozmowę, chociaż pare chwil. Z resztą, macie pewnie wspólne tematy. - pierwszy raz odkąd spotkaliście tą dziewczynę, w jej głosie pojawiła się złośliwość.

W czasie gdy Syndra udzielała wam szeptem wskazówek. Czarny "rycerz" podjął dialog z Blake'iem. Na słowa anglika chłopak uśmiechnął się bardzo sztucznie.
- Oh doprawdy myślisz, że zadałem sobie tyle TRUDU, - tu skinieniem zwrócił uwagę na Bjorgvina. -aby teraz ROZMAWIAĆ z wami? Przecież, gdyby można było rozwiązać nasz malutki problem dyplomatycznie, to zaprosiłbym was na... no niewiem, może herbatkę do pałacu. Nie sądzisz Blake, że karą za spisek przeciw jarlowi i próbę pozbawienia go życia, najsłuszniejszą karą jest śmierć?
Na twarzy chłopaka pojawiło się prawdziwe rozbawienie wymieszane z sadyzmem. Chłopak prowadził najwyraźniej jakąś chorą gierkę, a za swoje dzisiejsze ofiary, na nieszczęście wybrał was.
- Oh, wybaczcie mi, gdzie moje maniery, zapomniałem się przedstawić. Nie przystoi aby rozstawać się, nim się poznamy. Nazywam się Gore i jestem NOWYM najbliższym doradcą jarla. - wypowiadając ostatnie słowa uśmiechnął się naprawdę paskudnie.

Znów usłyszeliście szept Syndry.
- On naprawdę jest żałosny.... No dobrze niech sobie gada. James na znak wystrzelisz te swoje wybuchowe strzały w żołnierzy za nimi, nie obrażę się też nawet jakbyś przestrzelił głowę temu gnojkowi. Reszta, na znak wycofujemy się pod bramę, Olaf i Kanut będziecie osłaniać nasz tył. - zrobiła małą pauzę, przyglądając się czy nie zwróciła niczyjej uwagi mówiąc zbyt wiele, po czym dodała. - No, Ethelpray wywalcz nam chwilę, widzę że znajdujecie wspólny język.
 
Rolnik.

sob mar 29, 2008 3:40 pm

James Priestley

James napoił cięciwę z całej siły i wycelował ja w oddział stojący za "czarnym rycerzem". Na cięciwie znajdowały sie dwie strzały, można było wyczuć wyciekająca z nich esencje magiczna. Strzały paliły sie od momentu gdy łuk został napięty. Jednocześnie James objął sobie drugi cel, którym był chłopiec w czarnej zbroi. James stał nieruchomy szukając miejsca, w które najlepiej trafić aby efekt wybuchu był jak największy. Anglik oddychał bardzo spokojnie jeden fałszywy ruch i mógł by chybić, a to skończyło by sie źle dla wszystkich.

- Jestem gotowy. - powiedział spokojnym głosem. Po czym dodał. - Czekam na rozkaz!

Wykorzystując ostatnia chile policzył ilu łuczników znajduje sie na bramie, było ich piętnastu, a to trochę za dużo jak na niego samego.
- A co z nimi? - zapytał kiwając głowa w stronę bramy. - Sam nie dam rady sie ich pozbyć. Jeśli ktoś dysponuje jakim rodzajem broni dystansowej to wole wiedzieć o tym teraz. Po strzale w oddział uda mi sie pozbyć dwóch może trzech. Chyba nie macie zamiaru uciekać w stronę bramy, na której znajduje sie piętnastu łuczników? Twój plan pani wymaga kilku udoskonaleń. - Powiedział do kobiety o dziwnej opaleniźnie.
 
Awatar użytkownika
Cristof
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 450
Rejestracja: sob kwie 05, 2003 1:48 pm

ndz mar 30, 2008 12:29 pm

Blake Ethelpray

Spojrzał z ukosa na Syndrę, wzrokiem, który miał oznaczać żeby go nie niedoceniała. Cała sytuacja go irytowała już. Było pewne, że znał chłopaka skądś. Ale nie był w stanie sobie przypomnieć. Irytowało go jeszcze bardziej, że czarodziejka jest lepiej zorientowana w tej materii niż on sam.

- Kim ty do cholery jesteś? – nie wytrzymał w końcu.

- Im mniej wiesz tym dłużej żyjesz... – usłyszał za sobą głos Syndry.

- Cicho bądź i zajmij się tym co robisz. – cicho odpowiedział, po czym już głośniej do chłopaka. – No mów! – Wiatr zawiał mocniej zrzucając kaptur z głowy Blake’a.
 
Macieg
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
Posty: 0
Rejestracja: czw mar 20, 2008 2:04 pm

ndz mar 30, 2008 2:20 pm

Narrick Fenalb

Niziołek stał i przysłuchiwał się rozmowie. Nic z tego nie rozumiał, chociaż chciałby rozumieć.
~ Jesteśmy ze sobą od kilku chwil, a już w tarapatach po uszy ~ przeszło mu przez głowę.
Wiedział, że Blake nic nie wskóra tą rozmową, ale przy stanie gdy nikt nie miał żadnego pomysłu jakby się stąd wydostać, gra na czas była najlepszym pomysłem. Uważnie popatrzył po wszystkich towarzyszach.
~Gdyby tak ten potężny barbarzyńca rzucił się w stronę jednego z przejść, a my za nim biegiem, na pewno byśmy się wydostali..ale dalej zostaniemy w mieście~- głowił się nad jakimś planem, który mógł odnieść sukces. Niewątpliwie kłopoty szukały Narricka.
 
Awatar użytkownika
Asmy
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 269
Rejestracja: pt paź 14, 2005 8:17 pm

ndz mar 30, 2008 3:49 pm

Kanut Biały

Kanut się niecierpliwił, cokolwiek miało się wydarzyć, najlepiej by wydarzyło się już teraz. Jego łuk był przyczepiony do pleców, cięciwa zaś niezałożona, nie spodziewał się wielkich kłopotów w mieście, a z tymi niewielkimi wierzył, że poradzi sobie za pomocą topora. Nie za bardzo żałował jednak tego, iż nie przygotował broni, był co najwyżej niezłym łucznikiem, zaś dobrym wojownikiem, a w takiej sytuacji najlepiej było polegać na najlepszych zdolnościach.

Blake nadal zagadywał tajemniczego młodzieńca, Syndra zaś czekała nie wiadomo na co, Biały był w naprawdę paskudnym humorze i tylko chwile dzieliły go od szału, panował nad sobą resztką sił woli, wiedząc, że jeżeli za chwile nie zacznie się coś dziać, to on pewnie sam sprowokuje w jakiś głupi sposób przeciwnika.

- To wszystko będzie kosztowało ekstra ślicznotko - mruknął pod nosem Kanut, nie bacząc czy pracodawczyni go usłyszy czy też nie. Podziwiał jej piękno jako kobiety, jej opanowanie jako dowódcę tak zróżnicowanej grupy i jej opanowanie w obliczu takiego niebezpieczeństwa, nadal jednak pozostawał sobą, toteż zupełnie nie przeszkadzało mu to jednak myśleć o pieniądzach, teraz jednak znów koncentrował się wyłącznie na przeciwniku, zaś drzewce topora ściskał tak mocno, że pobielały mu knykcie. Czekał.
 
Vimes6
Częsty bywalec
Częsty bywalec
Posty: 135
Rejestracja: ndz lut 03, 2008 12:59 am

ndz mar 30, 2008 7:27 pm

Olaf Nevertheer
-James,ja mam kuszę.-odpowiedział mu cicho Nevertheer.
Plan nabierał kształtów,ale pewne wątpliwości krążyły nadal w głowie Olafa.
-Sądząc po tym,co robi z ciałem jarla wątpię,by strzały zrobiły mu cokolwiek.
Nasza sytuacja jest beznadziejna,nie mamy ani koni,ani zapasów żywności. Nawet jeśli uda nam się przebić przez bramę to Gore z pewnością ruszy wraz ze swoją strażą na koniach.
-po tych wnioskach,Olaf przeszedł do konkretów.
-Dlatego uważam,że uciekając musimy zniszczyć całą bramę. Pytanie tylko czy mamy wystarczającą moc,by to zrobić.-to powiedziawszy do uszu członków wyprawy,Olaf czekał na odpowiedź innych.
 
Awatar użytkownika
Elvin
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 655
Rejestracja: ndz sie 21, 2005 6:45 pm

ndz kwie 06, 2008 4:44 pm

Sala tronowa

11. April 1554 A.D
Młody władca już zacierał ręce, był bardzo zniecierpliwiony. Obiecano mu coś wyjątkowego, biskup zapewniał, że to co zobaczy będzie niezwykle egzotyczne. Był tak ciekaw tego co otrzyma, ze wstał z samego rana i wyczekiwał do wieczora.
Gdy ku uciesze monarchy, słońce już zachodziło, przybył do króla posłaniec. To była wiadomość od biskupa. Dostojnik kościelny prosił władcę by zjawił sie w nowo wybudowanej kryjówce, kilka poziomów pod pałacem. Niezbyt to zachwyciło króla, ale uznał ze cały dzień pójdzie na marne jeśli teraz nie uda sie za rada biskupa, którzy przecież nigdy go nie zawiódł.
Król szybkim krokiem udał sie do tajemnego przejścia, tam uaktywnił kilka mechanizmów, i czekał aż platforma na której stoi zjedzie na sam dol.
Gdy już był na dole przeszedł przez kilka korytarzy, tworzących dobrze obmyślany labirynt. W końcu zadowolony otworzył dwu skrzydłowe drzwi do swojej tajnej sali. Tam czekał już biskup, i paru innych wyższych kleryków, byli także zaufani generałowie króla. Obrazu głos zabrał biskup:
- Panie, proszę zasiądź na swoim miejscu, mam nadzieję że czekanie nie było zbyt irytujące...
- Skądże...
- Uhm.. no więc panie chciałbym Ci przedstawić pewną osobę, mam nadzieję że będziesz zadowolony.
- Osobę? Liczyłem na jakiś podarunek...
- Poczekaj z osądami, warto.
Król zbliżył sie do tronu i zasiadł. Biskup uczynił nieznaczny gest ręką, i magiczne pochodnie lekko przygasły, pogrążając pomieszczenie w półmroku. Po kolejnym mistycznym geście, pomieszczenie wypełnił słodki zapach owoców. Następnie biskup wycofał sie do wnęki, skąd wyprowadził kobietę, która szla za klerykiem z opuszczona głowa. Dopiero gry kobieta podniosła wzrok na władcę, wszyscy ujrzeli niezwykły widok, biorąc pod uwagę ze w europie ludzie tacy jak ona nie mieszkali. Była wysoka, i szczupła, miała długie brązowe włosy. I to co ja wyróżniało - lekko skośne oczy. Regularne rysy twarzy w połączeniu z figura tworzyły piękną, naprawdę piękną całość. Wszyscy w komnacie byli zauroczeni jej orientalna uroda. Nie zmieniały tego nawet zimne stalowoszare oczy, pełne gniewu i nienawiści.
Zadowolony wrażeniem, jakie zrobiła jego zdobycz, biskup zasiadł obok króla. Po czym zwrócił sie do kobiety.
- Król chciałby usłyszeć twoja pieśń... niewolnico. - ostatnie słowo kapłana wypowiedziane było ze szczególną zawiścią. Jednak kobieta nie reagowała, tylko wpatrywała sie zimnym wzrokiem w biskupa. Ten, lekko zmieszany uznał ze warto coś powiedzieć, cokolwiek, aby tylko odwrócić uwagę władcy od niezręcznej ciszy.
- A wiec panie, jak wiesz oficjum prowadzi wojnę z każdym przejawem plugawej magii na świecie, i nie ograniczamy sie tylko do europy. Z jednej z takich wypraw wojennych na dalekim wschodzie przywieziono tą oto kobietę. A papież oddal Ci ja w prezencie, w uznaniu twoich trafnych decyzji politycznych. Z tego co wiemy to prosta artystka, jednak oferuje ona coś zupełnie innego niż to do czego przyzwyczajeni jesteśmy w Europie. - po tych słowach kardynał z satysfakcja zaobserwował ze król pokiwał głowa z uznaniem. Po chwili król chrząknął i zwrócił sie do kobiety.
- Nie obawiaj sie mnie, nie spotka Cię z mojej strony żadna krzywda. Powiedz mi jak sie nazywasz. - nie trzeba było być dobrym obserwatorem aby zauważyć ze królowi bardzo sie spodobała kobieta. Ona jednak rzuciła mu oburzone spojrzenie i rzekła:
- Wasze uszy nie są godne by usłyszeć moje imię! Jestem..
- MILCZ!!!!!!!! - przerwał jej kardynał, nerwowo pocierając zloty krzyż który trzymał w reku. - Król chce usłyszeć twoja muzykę. Wiec jeśli Ci życie mile to daruj sobie wywyższanie się i śpiewaj.

Kobieta odpowiedziała mu tylko jadowitym spojrzeniem. Gdyby reinkarnacja była prawdą, a wzrok zabijał, to kardynał miałby już zagwarantowana śmierć na przynajmniej 10 kolejnych wcieleń.
Wygląd kobiety: klik - gdyby ktos w tekscie nie znalazl.

Wszyscy

11. April 1554 A.D - Bergen
Gore przymrużył oczy i paskudny uśmiech pojawił się na jego twarzy.
- A czy to, że Ci powiem coś zmieni? W końcu i tak umrzesz, to po co Ci ta wiedza?
Na te słowa Blake przewrócił oczami.
- A ty jak miałbyś umrzeć to nie chciał byś znać imienia swojego kata, dowiedzieć się kim jest... - powiedział spokojnie - ...choćby po to by rzucić na niego klątwy czy pozdrowić jego matkę która się smaży w piekle.
Gdy Blake wypowiedział ostatnie zdanie kapłan wybuchł ponurym, nieco upiornym śmiechem
- Pozdrowić w piekle będziesz mógł, ale SWOJĄ, na pewno tęskni OD DAWNA. - ton jakim kapłan mówił wskazywał jednoznacznie, że znał los matki Blake'a. - Nie martw sie, zawszonego tatusia i smarkatą siostrzyczkę też zobaczysz. - widać było, że mistykowi sprawia sporą przyjemność prowadzenie tego typu rozmowy.
Na twarzy Blake'a pojawiło sie lekkie zdziwienie, mało kto znał historie jego rodziny. Przez co zaczął się powoli domyślać kim może być chłopak. Poza tym widać było, że złapał haczyk i łotrzykowi uda się kupić trochę czasu dla Syndry.
- Mów kim jesteś psi synu! - krzyknął.
- Ostatnią osobą, którą widziała smarkula. - to powiedziawszy kapłan zarechotał. - Taka odpowiedź Ci pasuje?
Po tym, coś się zmieniło w obliczu zabójcy. Oczy lekko pociemniały a gdzieś głęboko w nich rodził się gniew. Coraz większy. Jak choroba zajmuję ciało. Tamte wydarzenia sprzed wielu wielu lat wyryły się w umyśle Blake'a bardzo dokładnie, niczym wypalone ogniem. Przez niezliczoną ilość nocy przeżywał to raz po raz. I teraz widział je bardzo dobrze. Zmrużył oczy w gniewie. Wiedział, że nigdy nie daruje sobie tego jeśli nic nie zrobi.
- Giń.. - Szybki ruch ręką, jeden z noży poleciał w stronę zakutego w czarną zbroję chłopca. Blake szybko wystartował za nim...


Eskill

11. April 1554 A.D
Był gotów. Nałożył ozdobny hełm dowódcy jazdy zachodniego regionu. Odwrócił się do współtowarzyszy.
- Przyjaciele, czy jesteście gotowi oddać... zdaje się ostatnią, przysługę czcigodnemu jarlowi?
- TAK! - zawołali żołnierze, członkowie elitarnego oddziału kawalerii.
Wsiedli na konie, i ruszyli.

Gore Stormhell

11. April 1554 A.D
Przesadził. Co prawda jego słowa były niczym więcej, jak prowokacyjnym kłamstwem, ale przesadził. Kolejne co zobaczył to ostrze lecące w jego kierunku. Atak Blake'a był tak szybki, że kapłan nie zdążył nawet choćby pomyśleć o wzniesieniu jakiejś bariery ochronnej.
Usłyszał świst koło ucha.
~Chybił? ~
Jednak wątpliwości kapłana szybko zostały rozwiane, poczuł niemiłe ciepło na szyi. A gdy jej dotknął i spojrzał na rękę, ujrzał ogromną plamę krwi. Nie tyle śmiertelna rana, co faktem iż ktoś zdołał go zranić, wprawił kapłana w ogromne zaskoczenie. Po sekundzie zaskoczenia, na twarzy chłopca pojawiło się przerażenie, pogłębione tym, że poczuł smak krwi w ustach. Siły opuszczały go w zastraszającym tempie. Zatoczył się, wciąż trzymając się za miejsce w którym sztylet osiągnął cel.
To co zobaczył za żołnierzami przeraziło go jeszcze bardziej. Cały oddział kawalerii z generałem Eskillem właśnie wbijał się w tyły jego straży.
Rzucił jeszcze spojrzenie na tego który zadał mu ranę, i z przerażeniem stwierdził, że Blake biegnie w jego stronę z rządzą mordu wymalowaną na twarzy.

Eskill

11. April 1554 A.D
Przyspieszyli, byli już na miejscu. Wyciągnął miecz. Przywołał jeszcze w pamięci wizerunek kochanej Agnes. Tak, teraz był gotów.
~ Czas wyrównać rachunki z tym bachorem. ~
- Za jarla Bjorgvina! - krzyknął

Cały oddział konnych wbił się w tyły zwartej grupy strażników, dosłownie miażdżąc pierwszy szereg po kopytami koni. Wycinając drugi szereg zanim gwardziści się zorientowali, że są atakowani. Dopiero przy trzecim rozpoczęła się jatka.
Generał wytężył wzrok w poszukiwaniu grupy. Gdy tylko wypatrzył Blake'a rzucającego nożem w czarnego kapłana krzyknął.
- UCIEKAJCIE! JESTEŚCIE JEDYNĄ SZANSĄ

Wszyscy

11. April 1554 A.D
Syndra popadła w jakiś rodzaj transu. W jej oczach co chwila pojawiały się złote iskierki. W końcu gdy jej wzrok się ożywił na jej ręce pojawiła się obłok ciemno złotej mgły.
- Dobrze, dobrze Blake. Jeszcze chwila. - szepnęła i wymruczała cicho serię niezrozumiałych słów. Gdy skończyła kolejny etap splatania czaru. Spojrzała na zabójcę i powiedziała
- Blake, opanuj sie, spokojnie, nie zwracaj uwagi na to co on mów... - nie dokonczyla. Sztylet poleciał. Blake pobiegł już w stronę chłopaka.
- Blake ZACZEKAJ, WROĆ TO NIC NIE DA!!! NIE MARNUJ ŻYCIA NA COŚ TAKIEGO! - wrzasnęła za nim rozpaczliwie.

Gore Stormhell

11. April 1554 A.D
- Porażka...? - szepnął sam do siebie, po czym zebrał resztki sił i wykrzyknął
- W TAKIM RAZIE ZGINIEMY WSZYSCY!
Żelazna dyscyplina przygotowała go dobrze, na tyle że nawet wykrwawiając się, był w stanie zebrać ogromną energię. Słowa zaklęcia wypowiedział szybko, ale wyraźnie, a jego głos przepełniony czarną magią odbił się echem po całym mieście.
- καταιγισμόσ του χίλια κεραυνόσ - słowa zaklęcia brzmiały tajemniczo dla wszystkich którzy magią się nie posługiwali - lub nie znali greckiego. Ci, którzy znali język magii choć trochę z łatwością odgadli chociaż nazwę czaru, która została wypowiedziana.
"Deszcz tysiąca piorunów" - mimo że nikt nie słyszał o takim zaklęciu, sama nazwa przyprawiała o gęsią skórkę.
Gore z ponurą satysfakcją stwierdził, że udało mu się.
Przez niebo przeszła pojedyncza wiązka światła. Sekundę później setki zaczeły uderzać w ziemię. Podpalając budynki, zabijając zarówno jeźdźców jak i gwardzistów Gore'a

Wszyscy

11. April 1554
~ No to teraz jesteśmy w dupie ~ pomyślała Syndra.
- Teraz i tak już nie mamy nic do stracenia - syknęła do wszystkich. - Gotowi do ucieczki?
Momentalnie odwróciła się w stronę bramy i wyciągnęła rękę w jej stronę. Niestety jeden z łuczników miał świetny refleks. Świst strzały.
Syndra z największym zaskoczeniem zauważyła strzałę wystającą z jej piersi. Mimo to wydała z siebie okrzyk:
- έκρηξη - co w języku greckim oznaczało "wyłom". Złocisty obłok na jej ręce rozszedł się z sykiem towarzyszących mu wyładowań złotych iskier. Złote światło rozbłysło w pięciu punktach na murze i bramie. Później tylko ogromny huk. Eksplozja była ogromna. Spalone ciała łuczników spadały, razem z kolejnymi fragmentami muru. W miejscu w którym sekundę temu była brama, teraz nie było nic.
- Ucieka... - jęknęła czarodziejka, i byłaby upadła gdyby nie złapał jej Kurt. Czarnoskóry mężczyzna omiótł was wzrokiem, wszyscy usłyszeliście "w głowach" jego głos.
~ Czas uciekać drodzy przyjaciele, dalej przez bramę! ~

Eldon Brushgather

11. April 1554 A.D
Rozkaz do ucieczki był całkiem jasny. Kurt już zmierzał wraz z omdlałą Syndrą do bramy. Uniknął przy tym dwóch piorunów które wciąż sypały się z nieba. Ruszyłeś. Jeden krok. Drugi. Błąd. Omiotła Cię świetlista aura. Zrozumiałeś co się stało. Czułeś ból przeszywający każdy centymetr twojego ciała. Do tego ten dym, i zapach palonego ciała. Czułeś jak twoja skóra pęka, jak ogromna temperatura omiata całe twoje ciało. Ostatnią myślą było to, że dołączysz do swojego przyjaciela Gunlufa, i w Valahalli napijecie się miodu, wraz z największymi bohaterami waszego państwa, i bogami z którymi żyliście w zgodzie całe życie.
Vieriemu dziekuje za gre.

Blake Ethelpray
Teraz twoje serce przepełniało tylko jedno - chęć pozbawienia tego dupka życia. Przez sekunde pochwyciłeś jego wzrok. Nie było w nim już pewności siebie, lecz strach. Wyparował również cały jego cynizm i złośliwość. Biegłeś w stronę wystraszonego dziecka, dziecka którego życie chciałeś zaraz zakończyć. Jednak w jego spojrzeniu dostrzegłeś także coś innego, był to żal i jakby wstyd z powodu popełnionego czynu.
Gdy byłeś w połowie drogi zatrzymałeś się nagle, zręcznie unikając pioruna, który spopieliłby Cię tak jak twojego towarzysza, co dostrzegłeś kątem oka.
Poczułeś znajomą obecność w swoim umyśle.
~ Warto? Wracaj i biegnij za resztą, Syndra twój występek może przypłacić życiem, MASZ WOBEC NIEJ DŁUG~ ostatnie słowa zadudniły w twojej głowie, zdałeś sobie sprawę z tego jak bardzo Kurt musi być na Ciebie wściekły.




Enjoy.
 
Awatar użytkownika
Cristof
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 450
Rejestracja: sob kwie 05, 2003 1:48 pm

śr kwie 09, 2008 3:56 pm

Blake Ethelpray

Obudził go pisk. Pisk i znajoma wibracja powietrza. Zerwał się szybko z łóżka. Nerwowo rozejrzał się po pokoju. Nie ma jej! Szybko wyleciał na korytarz. Nie zwracał uwagi na zimne kamienie po których stąpał. Przeczuwał najgorsze. Powietrze było coraz cięższe, ale on niestrudzenie biegł dalej. Czuł jakby czas zwalniał coraz bardziej i bardziej. Wbiegł do wielkiej sali. Krzyczał jej imię. Kay. Widział ją na drugim końcu sali. Widział też uzbrojonych ludzi wokół niej. Widział jak jej oczy świecą się wrzosowym światłem. Wiedział co się zaraz stanie. Powietrze było jeszcze cięższe niż wcześniej. Powinien do tego przywyknąć. Przeżywał to setki razy, jednak nigdy nie mógł przyzwyczaić się do tego. Oddychał ciężko. Biegł ile sił w nogach. Krzyczał ciągle. Ktoś starał się go powstrzymać, ale on zwinnie uchylił się przed starającą się go chwycić ręką. Przewrócił się i upadł z wyciągniętą dłonią w jej kierunku. Wszystko działo się tak szybko. Nie był do końca pewny, ale chyba budynek drżał. Ktoś go złapał i przygwoździł do ziemi, nie mógł się ruszyć. Coś w nim wtedy pękło i wyszło na zewnątrz...

Widział jak sylwetka Kay coraz bardziej zamazuje się we wrzosowej energii. Chwile później utonął w niej wraz z nią...

***

Był wściekły. Równie wściekły jak niebo ponad nim. Biegł na chłopaka w czarnej zbroi. Przestraszonego, żałosnego. Poczuł lekką wibracje powietrza przed sobą. Zaufał instynktowi – jeszcze nigdy go nie zawiódł. Odskoczył w bok. Sekundę później w tamto miejsce uderzył piorun.

~ Warto? Wracaj i biegnij za resztą, Syndra twój występek może przypłacić życiem, MASZ WOBEC NIEJ DŁUG~

Nie wiedział czy to piorun czy głos Kurta zadziałał na niego jak kubeł zimnej wody. Racjonalne myślenie wróciło w jednej chwili. Jednak nim zawrócił, rzucił szybko jednym ze swoich noży w chłopaka. Po czym pobiegł w stronę Kurta i Syndry wyczulając wszystkie swoje zmysły by uniknąć błyskawic uderzających wokoło.
 
Awatar użytkownika
Asmy
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 269
Rejestracja: pt paź 14, 2005 8:17 pm

śr kwie 09, 2008 4:50 pm

Kanut Biały

Chaos był wprost niesamowity, łucznicy strzelali do każdego nie wiedząc, kto jest przyjacielem, kto zaś wrogiem, konni szarżowali, brama rozpadała się pod wpływem zaklęcia Syndry, wszędzie uderzały pioruny zbierające krwawe żniwo pośród wszystkich. To był czas absolutnego nieładu, powrotu do zwierzęcych instynktów, to był czas Kanuta.

Zwierzoczłek osłaniał odwrót swoich towarzyszy, szerokimi zamachami topora nie pozwalał nikomu podejść, samemu zaś przeprowadził kilka skutecznych ataków, nie wiedział czy jego ciosy były śmiertelne, wystarczyło mu, iż czuje, że obuch wbija się w kolejne ciało.

Kilku zbrojnych padło, reszcie, przynajmniej na chwilę, przeszła ochota do ataku na Białego, ten jednak pamiętał, iż tam gdzieś w środku, pomiędzy wrogami, piorunami, dziwnym chłopakiem, konnicą i tylko duchy wiedzą czym jeszcze, znajdował się Blake. Jeden stracony towarzysz to aż nadto by podkopać morale drużyny, szczególnie, iż Eldon umarł w sposób bardzo widowiskowy, toteż należało ratować Etherpray'a.

Na szczęści pioruny dużo mocniej były przyciągane przez duże grupy okutych w stal ludzi, niż przez potężnego zwierzoczłeka, toteż niezbyt się nimi martwiąc Kanut rzucił się rycząc pozbawionym jakichkolwiek ludzkich cech głosem prosto na oszołomionych wrogów. W jego oczach widać było furię, której teraz wcale już nie tłumił, wargi uniosły się wysoko odsłaniając zbyt duże i zbyt ostre jak na człowieka zęby. Potężne cięcia powaliły niejednego wroga, ci odwdzięczali się Białemu z niewielką skutecznością, toteż najemnik zaliczył kilkanaście niegroźnych ran. Dla zbrojnych równie niepokojącym był widok rozszalałego barbarzyńcy, co dźwięk wydawany przez jego topór, kiedy ostrze uderzało był on wyraźny, z łatwością dało się rozpoznać w nim przeciągły krzyk człowieka, lub raczej wielu ludzi, krzyk osób cierpiących niewysłowione męki. Obuch reagował bardzo dziwnie na krew, miast czerwienieć delikatnie szarzał, każda śmierć zmieniała go w bardzo niewielkim stopniu, jednakże gdy już kilka osób padło pod uderzeniami Kanuta uważny obserwator z łatwością dostrzegłby, iż topór jest teraz ciemniejszej barwy.

- Blake! Tutaj! Wycofujemy się! - Krzyczał na całe gardło Biały wiedząc, że w takim ścisku nawet wytrawny wojownik łatwo może się zgubić, zaś dźwięk stanowił tutaj jakby latarnię, pozwalał trafnie dobrać drogę. - Blake! Tutaj! Na pohybel skurwysynom! Blake!...
 
Vimes6
Częsty bywalec
Częsty bywalec
Posty: 135
Rejestracja: ndz lut 03, 2008 12:59 am

śr kwie 09, 2008 8:55 pm

Olaf Nevertheer

~Tego,kurwa w życiu się nie spodziewałem~pomyślał ponuro Olaf.
W ciągu chwili rozpętało się piekło,gdyż magiczna siła,którą wyrzucił Gore nie dbała o to,kogo zabijała,przyjaciół czy wrogów,a na pierwszy ogień poszli nieoczekiwani sprzymierzeńcy grupy.
~Niech Odyn ma ich w swojej opiece,gdyby nie oni to Gore rzuciłby to prosto w nas i byśmy na pewno zgineli~pomyślał unikając błyskawicy i patrząc na miejsce na,którym niedawno stało przynajmniej 30 zbrojnych,teraz tylko pokryte sadzą.
~To moglibyśmy być my.~Rozważył to ponuro.
Gdy się odwrócił zauważył zwęglone szczątki Eldona.
~Niech Odyn ma cię w swojej opiece.~
Wyszeptał i ruszył do wspołtowarzyszy.
Jedynym pozytywnym punktem była otwarta ,a właściwie rozwalona brama,a wszystkich łuczników stojących na niej szlag wziął.
Niewiele zbrojnych ruszyło na grupę,gdyż większość widząc błyskawice pędzące w ich kierunku uciekła,przynajmniej za najbliższy budynek.
Nevertheer walczył z tymi nielicznymi,jednakże to zwierzoczłek rozpłatał ich w swoim szale bojowym.
~Zdecydowanie nie chcę nigdy walczyć przeciwko temu człowiekowi.~

Byli już blisko bramy i czekali tylko na Blake,który już nadbiegał.
 
Macieg
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
Posty: 0
Rejestracja: czw mar 20, 2008 2:04 pm

czw kwie 10, 2008 1:18 pm

Narrick Fenalb

Niziołek stał z tyłu, nie chciał angażować się w walke. Skutecznie unikał kolejnych strzał i błyskawic. Nigdy takiej bitwy nie widział, ale był dobrze przygotowany na wszystkie niespodzianki. Gdy jego kompani zdobywali przewagę, niepostrzeżenie przedarł się za plecy jednego z łuczników, był on słabo opancerzony, srebrzysty sztylet lekko błysnął, niziołek pchnął ostrzem pod kolano, łucznik zwalił się na ziemię...kolejne, jedno pchnięcie zakończyło jego żywot. Niziołek uśmiechnął się..był w swoim żywiole. Skutecznie zamaskował ostrze.
-Jeden-cicho wyszeptał.
Drugiego już nie było. Jego kompani gromadzili się za bramą. Barbarzyńca bardzo dobrze radził sobie z wieloma przeciwnikami, ciął i rąbał, rządził i dzielił..zapewne też to lubi..
 
Rolnik.

czw kwie 10, 2008 4:48 pm

James Priestley

~Cholera zginęło by zbyt wiele niewinnych osób gdybym wystrzelił te strzały~ pomyślał po czym zwinnym ruchem schował płonące strzały do kołczanu jednocześnie wyciągając dwie inne. Bardzo szybkim ruchem naciągnął owe strzały na ciecie po czym rozpoczął atak. Strzelał mimo to, że cały czas powoli wycofywał sie do miejsca ewakuacji. Wystrzeliwał po dwie strzały na raz, jednak nie wiedział kto stoi po ich stronie, a kto jest ich przeciwnikiem. Wszyscy wyglądali podobnie, jednak udało mu sie pozbyć dwóch nieprzyjaciół, a przynajmniej miał nadzieje ze nimi byli.

W pewnym momencie James poczuł okropny, przenikliwy ból lewego ramienia. Chwile potem poczuł smród spalenizny, przerwał atak by spojrzeć na ramie. Znajdowała sie tam okropna, przypalona rana prawdopodobnie zadana przez jedna z błyskawic. Co za szczęście, że nie przesunął sie o jeden krok w lewa stronę. Wtedy prawdopodobnie już by nie istniał. W tej sytuacji kontynuowanie ataku było niemożliwe. Rana okropnie bolała przy choćby najdorodniejszym ruchu. Jedyne co pozostało to wycofanie sie i przerwanie ataku. Z reszta widząc jak dobrze radzi sobie ta "hybryda" można wnioskować, że póki co nic im nie grozi.

James szybko wycofał sie do miejsca, w którym znajduje sie reszta "drużyny". Co prawda James znał ich dopiero od jakiś pięciu minut ale cała ta sytuacja nie daje mu większego wyboru.

- Hej ty dziwa... ~ Chyba nie mądrze będzie użyć słowa "dziwaku" w stosunku to tej hybrydy~ ...ty... Barbarzyńco kończ szybko. - krzyknął do istoty, która wyglądała jak dla niego dziwnie.
 
Awatar użytkownika
Elvin
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 655
Rejestracja: ndz sie 21, 2005 6:45 pm

wt cze 10, 2008 1:29 pm

Karawana

11 April 1554 A.D - Dolina Hordaland
Dzień powoli chylił się ku końcowi, ostatnie słabe promienie słońca padały na ziemię. Zaś gdzieś w dolinie Hordaland pewna grupa uwijała się w błyskawicznym tempie, aby zakończyć rozbijanie obozu. Nie trzeba było być dobrym obserwatorem aby zauważyć, że obozujący muszą być obcokrajowcami. Posiadali dziwaczne, wysokie namioty, wszystkie z czerwonego materiału, jeden z nich, umiejscowiony w centrum posiadał bardzo bogatą ornamentację, przeszywany złotymi nićmi i zdobiony wyszywanymi smokami, rycerzami w dziwnych zbrojach, i innymi cudami, o których nie słyszano w Europie. Także ludzie się wyróżniali, wszyscy raczej niskiego wzrostu, o dość ciemnej karnacji, o kształcie oczu przypominającym migdały. Ponadto wszyscy, oprócz dwójki, mieli wygolone głowy. Większość była także niecodziennie ubrana. Mimo zimna jakie panowało w Norwegii, sprawiali wrażenie, że posiadanie jedynie zwykłych czerwonych ubrań zapewnia wystarczającą ochronę przed chłodem.
Jedynie owa dwójka się wyróżniała.
Drobna młoda kobieta odziana w bogate zielone szaty ozdobione smoczymi wzorami. Sprawiała wrażenie bardzo dobrotliwej. Szczery uśmiech ciągle gościł na jej twarzy. Warto zauważyć że owa kobieta była naprawdę piękna, co nie pozostawało niezauważone przez jej towarzyszy. Ciągle rzucali pełne pożądania spojrzenia na jej urzekające błękitne oczy i długie jasne włosy, teraz akurat spięte w gustowny kok.
Ona jednak w przeciwieństwie do reszty grupy, ona cały dzień spędzała na modlitwach przed prowizorycznie wzniesionym ołtarzem, w centrum którego znajdowała się statuetka wężopodobnego smoka. Kobieta prawie się nie odzywała do nikogo. Była jakby myślami daleko stąd.
Druga osoba wyróżniająca się z drużyny była jakby przeciwieństwem tamtej kobiety. Jeśli ją można było porównać do anioła - on z pewnością był diabłem. W czerwonych oczach można było dostrzec dumę i wyniosłość. Resztę grupy postrzegał jako ludzi niższej klasy. Zdaje się że nie trzymał się obyczaju noszenia skromnego czerwonego ubioru i zgolenia włosów z głowy. Mężczyzna posiadał krótkie czarne włosy, chodził w wygodnych czarnych ubraniach, wykonanych z najwyższej jakości materiałów. U pasa miał dwa miecze. Jeden długi typu katana, drugi zaś wyglądał jak trzy razy krótsza replika tego pierwszego. Ludzie z jego otoczenia dobrze wiedzieli czym Geshe się zajmował w cesarstwie, dlatego gdzie nie poszedł, ludzie okazywali mu duży szacunek... a może szacunek z domieszką strachu?
Geshe zrobił ostatni obchód po obozowisku, nic nadzwyczajnego. Jako prywatny ochroniarz Czwartego Sanina, musiał dbać o bezpieczeństwo, szczególnie o bezpieczeństwo snu swojego pana. Tak samo, jak od paru wieczorów, wyznaczył więc straże, i sprawdził czy pułapki zamontowane wokół obozu są nienaruszone.
Gdy upewnił się, że dopełnił już wszystkich obowiązków, skierował się do namiotu mistrza. Nie ośmielił się wejść do środka. Jedynie stanął przy jego wejściu.
- Wybacz najwyższy, że Cię niepokoję, chcę zakomunikować, że obóz został zabezpieczony. - powiedział szeptem, pochylając nisko głowę przed wejściem. Poczekał chwilę. W końcu w ciemności wypełniającej namiot zajaśniała para świecących oczu. Kontynuował więc.
- Dowiedzieliśmy się także paru rzeczy. Obecnie są w pobliskim mieście - Bergen, miasto to jest stolicą tego regionu. To jakieś dwie godziny marszu stąd na południe. Jednak z naszych informacji wynika, że nie zostaną tu zbyt długo, szukają jakiegoś artefaktu. - tu zrobił krótką pauzę. - Oczywiście do twojego osądu panie, pozostają dalsze działania, ale jeśli mogę zasugerować - powinniśmy ich złowić jak najszybciej, im bliżej będą celu, tym większe prawdopodobieństwo klęski naszej wyprawy. - nie miał nic więcej do dodania. Ukłonił się więc nisko, i odmaszerował na swój posterunek.
Gdy szedł, coś przykuło jego uwagę - w oddali. Tam gdzie znajdowało się miasto Bergen. Ogromna siła magiczna, tak to to przykuło uwagę Geshe'iego. Trudno było także nie zauważyć czarnych jak atrament chmur i wszechobecnych wyładowań. Pioruny spadały na miasto jeden po drugim.

Gore Stormhell

11. April 1554 A.D
Kapłan nie mógł uwierzyć w to wszystko. Stał tu, umierający, a wokół niego pełno ciał, mieszkańców miasta, jego własnych wojsk, jak i podkomendnych Eskilla. Całe Bergen płonęło, a to wszystko "zasługa" Gore'a. A jakby tego było mało, ludzie których miał schwytać i zabić uciekają właśnie. I wcale nie pocieszała go myśl, że jednego z nich zabiła błyskawica, drugiego raniła, a jeden z łuczników prawdopodobnie posłał wiedźmę w zaświaty... a to wszystko na nic, bo wielu z nich wciąż żyje, i będą kontynuować swoje zadanie. A co najgorsze - nie pozbawił życia Blake'a. Do tego siły opuściły go już prawie zupełnie, wyczerpany użyciem tak potężnej techniki magicznej, do tego krwawiący obficie, w końcu upadł na kolana.
- Nie.... - zasyczał. -to tak się nie skończy, ja nie mogę tak po prostu przegrać, umrzeć tutaj i pozwolić tamtym śmieciom dopiąć swego...- niewiele się zastanawiając otarł krew z ust i szepnął:
-Demony siódmej pieczęci- po tych słowach, własną krwią wyrysował pentagram przed sobą. Na efekt nie musiał długo czekać. Wokół czarnego kapłana zmaterializowały się cztery widma, te same które mu towarzyszyły w pałacu. Zjawa o czerwonych oczach zaśmiała się donośnie.
-Ohhh mistrzu Gore... czy nie mówiłeś kilka minut temu, że nie potrzebujesz naszej pomocy aby się rozprawić z tą bandą nieudaczników?- ale demon szybko pożałował swych słów. Amulet na szyi Gore'a zajaśniał, a czerwonookiego upiora omiotła szara aura, która najwyraźniej sprawiała demonowi nieziemski ból, bo widmo zaczęło się zwijać i krzyczeć.
-Nie pytałem Cię o zdanie Lyconie.- syknął wściekle Gore, po czym powiedział dość głośno, wskazując ręką na oddalającą się drużynę.
-Macie przynieść mi ich głowy!

Blake, Olaff, James, Narrick, Kanut, Syndra, Kurt

11. April 1554 A.D - Bergen.
Sytuacja nie malowała się w zbyt jasnych kolorach. Trzy z upiorów już sunęły w waszą stronę. To nazwane Lyconem pozostało przy czarnym kapłanie. Trójka napastników zwolniła, gdy dzieliło was jakieś dwadzieścia metrów. W końcu się zatrzymali.
Widmo o bursztynowych oczach wystąpiło o krok z szeregu. Leniwie podniosło czarną rękę i wskazało palcem na Kurta. Kurt po chwili zastanowienia skinął głową. Obaj, zarówno czarne widmo jak i Kurt zniknęli, by po chwili pojawić się spory kawałek od was. Stali dość daleko za bramą, w stronę lasu. Trwali w bezruchu, wpatrując się w siebie nawzajem. Po chwili się zaczęło...

Kurt

Czarnoskóry mężczyzna słyszał głos jakby dobiegający z wewnątrz jego głowy, było to dość niekomfortowe, biorąc pod uwagę, że to jego głos słyszeli zawsze inni. Teraz miał unikalną okazję poprowadzić w myślach dialog z kimś, lub czymś o talencie podobnym do jego własnego.
Ten głos był dość interesujący, należał jakby do dziecka, lecz chwilami był tak zimny, że dziecko byłoby ostatnim skojarzeniem Kurta.
- Dużo słyszałem o tobie Kurcie...
- Bardzo mnie to cieszy, ale nie przeciągaj rozmowy, nie ma czasu.
- Oh, wybacz. Myślałem, że będę miał okazje porozmawiać z wielkim mistrzem mocy, który mocą umysłu przewyższa wielu czarowników, zanim go pozbawię życia...i duszy.
- Jesteś bardzo pewny siebie istoto cienia, zobaczymy na ile ta pewność się zda, ja o tobie nigdy nie słyszałem...
Te słowa wyraźnie rozdrażniły demona, dobry obserwator, mógł dostrzec, jak pomarańczowookie widmo zaciska pięści. Zimnym głosem pewnym gniewu podtrzymywało jednak dialog.
- Głupi jesteś, mógłbyś sobie "kupić" nieco czasu. Jeśli mnie nie znasz, nazywam się Hypnos. Z drugiej strony zabawne, że ktoś taki jak ty nie słyszał o Demonach Siódm... - nie dane mu było skończyć.
Kurt uderzył z ogromną siłą. Mimo, że ciągle stał w bezruchu, jego oczy płonęły wściekłym szarym płomieniem. Hypnos mimo zaskoczenia szybko odzyskał równowagę. Jego oczy również rozjarzyły się ciemnopomarańczowym światłem.
Obaj stali teraz na przeciw siebie. I toczyli zacięty bój, każdy wyposażony w przerażającą moc umysłu, dzięki której mogli naginać, zmieniać i tworzyć rzeczywistość.

Blake, Olaff, Kanut, Narrick, James, Syndra

Walka dwóch... sami nie wiedzieliście jak ich nazwać, była bardzo widowiskowa, pola siłowe wokół nich były już tak silne że nawet większe kamienie unosiły się ku górze, mniejsze nie wytrzymywały naporu i miażdżone były w pył. Do tego co chwile pojawiało się gdzieś wokół nich pasmo świetlne przypominające piorun.
Jednak nie było czasu na oglądanie tej widowiskowej walki. Pozostały jeszcze dwa widma stojące obok was.
Pierwszy odezwał się niebieskooki upiór.
- Nie chciałbym przeszkadzać... oni są zajęci sobą. Wy jesteście dla nas... - po tych słowach roześmiał się demonicznie. - Ahh nie przedstawiłem nas. Jestem Leviatan, pan Czarnego Oceanu. A ta żółtooka to Kasandra, przeklęta wieszczka.- Po tych słowach Leviatan skinął głową. Wyciągnął rękę przed siebie. Przed nim pojawiła się niebieska wiązka światła która natychmiast uformowała się w niebieski świetlisty miecz, który był prawie że rozmiarów miecza dwuręcznego, jednak demon trzymał go w jednej ręce. Natomiast demon, czy raczej demonica nazwana Kasandrą, machnęła rękoma w powietrzu, w efekcie czego pojawiły się dwa pasma żółtej energii. Każde pasmo przylgnęło do jednej z jej rąk, jednym z końców do nadgarstków, reszta zaś po chwili zamieniła się w łańcuchy emitujące żółtawą aurę, posiadające szpikulce na swoich końcach.
Oczy Kasandry błysnęły złowrogo, po czym nie czekając na swojego towarzysza wypuściła łańcuchy w stronę Kanuta. Jeden z nich owinął się wokół szyi wojownika, drugi zaś wbił się w ramię. Oczy wiedźmy-demona rozjarzyły się jeszcze bardziej i po łańcuchach przeszły dwie małe błyskawice, sprawiając Kanutowi niewyobrażalne cierpienie.
Zaś waszych uszu dobiegł głos żółtookiej.
- To takie proste, nie wiem czemu Gore prawie poniósł klęskę w walce z nimi.... do roboty Leviatanie!.
Leviatan jakby od niechcenia, aby pokazać, że nie jest to słuchanie woli jego towarzyszki, uniósł miecz, i wolnym krokiem skierował się w stronę Olaffa i Jamesa.

Enjoy.
 
Vimes6
Częsty bywalec
Częsty bywalec
Posty: 135
Rejestracja: ndz lut 03, 2008 12:59 am

pt cze 13, 2008 1:18 am

Olaf Nevertheer

Patrząc na rozgrywane wydarzenia Olaf po cichu przeklinał swoją zgodę na przyjazd tutaj.
~Na zachodzie byłoby bezpieczniej~westchnął głęboko.
W ciągu zaledwie paru godzin jego spokojna wędrówka zamieniła się w pełną niebezpieczeństw przygodę.Niby tego chciał,ale w momencie,gdy demony się zbliżyły poczuł się,delikatnie mówiąc,"nieprzygotowany".
~Demony,demony,czy ja kiedyś czegoś o nich nie słyszałem.~mówił sobie pod nosem.
Przypomniał sobie wioskową szkołę,do której chodził,a jej nauczycielem był starzec Warlack.
Siedział akurat przy oknie w trzeciej ławce wraz ze starszą panią Notcitz,gdyż do szkół chodzili wszyscy bez względu na płeć i wiek mający czas oraz chęci się uczyć.
-Koniec zajęć-oznajmił Warlack,gdy skończyli ostatni przykład z matematyki przygotowany na dzisiaj.
Wszyscy poczuli ulgę i skierowali się w stronę wyjścia,z wyjątkiem jednej osoby,która zbliżyła się do profesora.
-A pan Nevertheer,prawda?
-Tak
.-odpowiedział mający,wtedy lat dwanaście Olaf.
-Z jakim zapytaniem przyszedł pan do mnie?-spytał się Warlack.
-Demony...-odpowiedział z lękiem Nevertheer.
-Ach tak. A dlaczego to cię interesuje?
-Ci nowi z Rzymu coś mówili,czytali jakieś księgi..
-Wiedz,że to istoty,które czynią tylko zło.Niezwykle wytrzymałe i odporne na zwykłe bronie. Wykorzystują ludzi oferując im takie rzeczy,jak władza,pieniądze,zabierając w zamian duszę lub zamieniają ludzi w swoich niewolników.Jednak niektóre demony po prostu polują na dusze dla zabawy lub pożywienia.Ale na szczęście to bardzo rzadkie stworzenia.
-Jak pokonać coś takiego?
-Najlepiej w ogóle nie spotkać.Może magia kapłańska mogłaby coś zdziałać.
Jednak najlepiej uciekać.A poza tym po chcesz to wiedzieć?
Wątpię byś w swoim życiu spotkał nawet jednego demona
.-Powiedziawszy to uśmiechnął się i poczochrał go po głowie.

Jednak w obecnej chwili Olaf nie widział jednego ,ale trzy groźne demony.
~Ciekawe co byś powiedział na to profesorze.~pomyślał ironicznie o jego słowach.
Wątpił,by jego broń coś zdziałała,ale miał szalony,mające nikłe szanse na powodzenie plan.
Ostatnio zmieniony ndz cze 15, 2008 3:33 pm przez Vimes6, łącznie zmieniany 1 raz.
 
Awatar użytkownika
Asmy
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 269
Rejestracja: pt paź 14, 2005 8:17 pm

sob cze 14, 2008 8:08 pm

Kanut Biały

Gdy łańcuchy demona trafiły barbarzyńcę ten zawył z bólu i wściekłości, ryk który wydał nie przypominał jednak ani trochę ludzkiego głosu mieszały się w nim odgłos wprowadzonego w furię białego tygrysa a także coś co ciężko było zidentyfikować, jednakże był to dźwięk przerażający, niosący ze sobą grozę czegoś przynajmniej równie starego jak ludzka rasa.

Łańcuchy wbite w ramię i owinięte wokół szyi nadal sprawiały mu ból, jednakże nie był on już tak dotkliwy, część wypchnęła bowiem szaleńcza furia. Barbarzyńca nie próbował nawet odrywać łańcuchów od ciała demona, pociągnął tylko potężne za nie, następnie zaś ruszył do szaleńczego ataku. Magiczny topór, który dzierżył w dłoniach delikatnie wibrował, zaś jego posępna pieśń - jęki potępionych - rozległa się z zwielokrotnioną mocą.
 
Rolnik.

ndz cze 15, 2008 1:12 pm

James Priestley

James pierwszy raz w życiu widział takie istoty. Wyglądały jak cień, na który narzucono czarne płaszcze. Priestley nigdy nie walczył z takimi istotami. Nie wiedział jak zaatakować żeby osiągnąć jak najlepszy efekt. Pierwsze co przyszło mu do głowy to ogniste i magiczne strzały. To działało na większość dziwactw, z którymi walczył. Anglik zdał sobie sprawę, że walka robi się coraz bardziej skomplikowana. Najpierw pojedynek miedzy dwoma dziwactwami a teraz cień z mieczem podążający w ich stronę. Nie zastanawiając się długo naciął pierwszą strzałę, była to ognista strzała, którą już wcześniej miał zamiar użyć. Strzała wystrzeliła z wielką szybkością, rozbijając się na cieniu. Wybuch ognia był ogromny a cały demon stanął w ogniu. Zadowolony James wystrzelił dwie kolejne magiczne strzały te jednak przenikały przez ciało demona niczym przez powietrze. Zdziwienie na twarzy Jamesa było olbrzymie, jeśli nie działa na nich magia to co zadziała? Jedyna nadzieja to ogniste strzały, których jednak nie było wiele. James z cierpliwością czekał na ruch przeciwnika przygotowany na śmierć.
 
Vimes6
Częsty bywalec
Częsty bywalec
Posty: 135
Rejestracja: ndz lut 03, 2008 12:59 am

ndz cze 15, 2008 3:09 pm

Olaf Nevertheer

Olaf widział,co strzały zrobiły z demon.Jednak to nawet nie zadrasnęło demona.
-James nie marnuj strzał.Nasza broń nic im nie zrobi.-powiedział do swojego towarzysza,który już dawno to zauważył.
~Skoro nasza broń nic im nie robi.To może należy tak,ich sprowokować,by się zaatakowali wzajemnie.~
Tuż po tej myśli demon był tuż przy nim.W ostatniej chwili Olaf zablokował atak.Jednak nie zaatakował go,tylko czekał na kolejny cios,by znów go zablokować.Wiedział,że gdyby to zrobił,demon dawno by zabił.
Wykorzystywał czas potrzebny demonowi na atak na powolne poruszanie się.W ten sposób,znalazł się tuż przy łańcuchach drugiego demona. Gdy demon powtórnie zaatakował,zrobił unik i pozwolił,by niebieski miecz trafił w żółtawe łańcuchy drugiego demona.
 
Awatar użytkownika
Cristof
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 450
Rejestracja: sob kwie 05, 2003 1:48 pm

wt cze 17, 2008 1:45 am

Blake

~W co ja się wpakowałem?~ Pomyślał zgryźliwie. Nieumarły Jarl. Burza błyskawic. Jakieś demony. Brakuje jeszcze wielkiego smoka latającego nad głowami... Sam nie wiedział czy obecna sytuacja była gorsza od faktu, że jego przeszłość dogoniła go. Zawędrowała po niego aż do mroźnych norweskich krain. Ale nie miał czasu zastanawiać się nad tym wszystkim.

Sytuacja nie wyglądała za wesoło, dziwne i potężne stwory atakowały ich właśnie, a on zupełnie nie wiedział jak je skutecznie zaatakować. Spojrzał na leżącą obok Syndrę, by stwierdzić, że jej stan jest stabilny. Chodź była nieprzytomna, oddychała miarowo mimo postrzału, nawet krwawienie właściwie ustało, a przynajmniej nie było tak obfite jak wcześniej.

Zobaczył Kurta walczącego z jednym z mrocznych stworów. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Widać było, że walczą w domenie Kurta. Mógłby się postarać trochę zachwiać koncentracje demona, co mogło by pomóc Kurtowi. Szybkim ruchem sięgnął po nóż i sprawnie rzucił w stronę walczących. Wycelowany idealnie, leciał w kierunku głowy stwora. Nie mógł nie trafić... A jednak. Około metr od demona zatrzymał się jakby uderzył w niewidzialną ścianę i spadł na ziemię. To jednak wystarczyło. Bursztynowe oczy zwróciły się w jego stronę, i rozbrzmiał dziecięcy głos demona.

- Ty... ty obłąkany!!! Ten atak to największa obelga jakiej dziś doznałem! Myślisz, że można wielkiego Hypnosa w ten sposób ata... - najwyraźniej stracił koncentrację, bo zachwiał się, a następnie został odrzucony do tyłu przez Kurta. Cieniste ciało odbiło się od drzewa i padło jakby bezwładnie, jednak umysł nie poddawał się najwyraźniej po już po paru sekundach pole siłowe znów się pojawiło, i cicha walka pomiędzy mistrzami umysłu trwała dalej.

Wyjął krótkie miecze i odwrócił się w stronę reszty, czekał na rozwój sytuacji, gotowy na wszystko. Po chwili zdał sobie sprawę, że wyczuwa w coś w powietrzu. Znajomą obecność i poczucie, że wszystko będzie dobrze...pewien spokój. I zapach fiołków. To mogła być tylko jedna osoba...

~Cesarz.~

***

Księżyc w pełnym swym obliczu wznosił się leniwie ponad lasem. Siedzieli przyczajeni w krzakach przy drodze. On i Vivian. Na drzewie po drugiej stronie siedział przyczajony Ray. Słychać już było jak nadchodzą. Jeszcze tylko chwilę. Sekundy dzieliły ich od rozpoczęcia akcji. Jednak coś było nie tak. Coś jakby się zmieniło. Wszechobecną w takich sytuacjach aurę wyczekiwania i napięcia, zastąpił spokój i pewność, że wszystko się ułoży... Dodatkowo, jakby wszechobecna woń fiołków.

- O, nie. Tylko nie on... – usłyszał szept Vivian.

Z drugiej strony bowiem szedł środkiem drogi chłopak. Miał nie więcej niż dwadzieścia lat, stwierdził Blake. Ubrany na czarno, zatrzymał się przed nadjeżdżającą karawaną, która uczyniła podobnie.

- Ktoś ty? – spytał niepewnie jeden ze strażników.
- Twój najgorszy koszmar. – chłopak uśmiechnął się po czym podniósł rękę i pstryknął palcami. Jego oczy zaczęły jarzyć się lekką poświatą. I coś się zaczęło dziać z jego rozmówcą. Upuścił trzymany miecz. Zaczął się chwytać za tors, widać było jak coś się porusza pod jego skórą, niczym stado owadów. A po chwili wręcz wybuchł! Kilku innych strażników stało w osłupieniu. Jeden rzucił się na niego. Wysoki chłopak wykonał kilka gestów. Po chwili reszta strażników eksplodowała, zalewając ścieżkę i roślinność krwią i swoimi resztkami. Czarodziej powoli wszedł do wozu i wyszedł ze szkatułką ozdobioną wymyślnym ornamentem. Oddział Blake’a stał już na drodze gdy szedł z powrotem.

- Uznałem, że to zadanie jest zbyt ważne, byśmy mogli sobie pozwolić na chociaż minimalną szansę porażki. – Wyjaśnił, po czym odszedł nieśpiesznie.

Blake spojrzał na Desmonda. Stał spokojnie, twarz taką jak zwykle, o ostrych rysach. Tylko jego oczy zdradzały jak bardzo zdenerwowała go ta sytuacja.

- Kto to był? – spytał po chwili Blake.
- Cesarz.. – odpowiedział krótko Desmond. Po czym wszyscy ruszyli w milczeniu do kwatery.

***

Teraz tylko po czyjej stronie stanie.
 
Awatar użytkownika
Kejmur
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1684
Rejestracja: wt cze 15, 2004 4:35 pm

wt cze 17, 2008 5:42 am

Yao Tai Min

Podróż była wyjątkowo męcząca. Ciągnąca się wiele kilometrów trasa od stolicy cesarstwa Chin, po dzikie krainy Azji aż do terenów Imperium Osmańskiego po Europejskie ziemie barbarzyńców. Chociaż jako nadworny Mag dworu cesarskie oraz filozof jego cesarskiej mości odnajdywał w tej całej wyprawie wiele obiektów do obserwacji i przemyśleń. Od zaśnieżonych szczytów górskich, po dżungle oraz lasy umiarkowane aż po niemal bezludne pustynie. Ich trasa była pełna najróżniejszych widoków, które jego duszę nieświadomie satysfakcjonowały. Chociaż jego ciało mówiło co innego. Nawet on, specjalista od walki wręcz, czuł zmęczenie. Byli coraz bliżej celu. Jego ciągły uśmiech na twarzy był tylko przykrywką, bo sprawa była śmiertelnie poważna. Spojrzał na materiał swojego namiotu i na chwilę wstał, by się rozprostować. Jego małe, muskularne ciało wyprężyło się momentalnie. Czarne włosy, które spiął w koński "ogon", były już brudne oraz przesiąknięte potem. W sumie jako doradca króla był przyzwyczajony do regularnych kąpieli, uznawał wodę za symbol życia oraz dar, który był najwyższym darem Buddy. Jednak był także magiem oraz wojownikiem, więc takie niedogodności musiał przeboleć. Po chwili przymknął swoje brązowe oczy i usiadł w pozycji kwiatu lotosu, by się skoncentrować i przemyśleć parę spraw.

Księżniczka Cesarstwa Chin została porwana przez grupę pięciu potężnych Oni - Demonów, których miejscem narodzin były Chiny. Chociaż on sam pochodził z Tybetu, niemal wieśniaczej rodziny, to on gdy już był mały słyszał historię o tych stworzeniach, dla których przybranie ludzkiej postaci było prostsze niż mrugnięcie oka. Ich okrucieństwo oraz sadyzm były znane w całych krainach, a on jako sługa jego Cesarskiej Mości musiał zrobić wszystko co w jego mocy, by wrócić z księżniczką do cesarstwa. Bez niej równie dobrze mógł popełnić samobójstwo. Porażka nie wchodziła w grę i będzie gotowy nawet poświęcić życie, by ją ocalić. Zbliżali się do celu, a tam miał nadzieję odnaleść parę pytań,. Tym bardziej, że miał do pomocy zaufanych sług, niezawodnego Geshe oraz pięnej Miyu, z którą spędził parę bardzo przyjemnych chwil. Jednak nie cenił w niej tylko urodę, ale także ukrytą inteligencję i dobrotliwość, która za każdym razem pokrzepiała jego serce. Rozmyślając nad tym wszystkim wyczuwał instynktownie, że niedługo wydarzy się coś, co będzie przełomem w ich wyprawie. Nie mógł zawieść, to nie wchodziło nawet w rachubę. Tym bardziej, że tytuł Sanina do czegoś zobowiązywał. Ze stanu medytacji wyrwał go jego najlepszy ochroniarz Geshe. Spojrzał na niego i wstał, uśmiechając się serdecznie. Zawsze się uśmiechał, to było jego charakterystyczną cechą, często przy tym mając zamknięte powieki. Wiedział, że pierwsze wrażenie jest bardzo istotne, a serdeczność nie zaszkodzi w stosunku do kogoś, kto był od niego niżej w hierarchii.

- Wybacz najwyższy, że Cię niepokoję, chcę zakomunikować, że obóz został zabezpieczony.

Yao skinął głową. Musiał przyznać, że w ostatnim czasie okolica była w miarę spokojna, co zwykle oznaczało ciszę przed burzą. Zawsze tak było. Zadowolony z Geshe, gestem dłoni pozwolił mu kontynuować.

- Dowiedzieliśmy się także paru rzeczy. Obecnie są w pobliskim mieście - Bergen, miasto to jest stolicą tego regionu. To jakieś dwie godziny marszu stąd na południe. Jednak z naszych informacji wynika, że nie zostaną tu zbyt długo, szukają jakiegoś artefaktu. - tu zrobił krótką pauzę. - Oczywiście do twojego osądu panie, pozostają dalsze działania, ale jeśli mogę zasugerować - powinniśmy ich złowić jak najszybciej, im bliżej będą celu, tym większe prawdopodobieństwo klęski naszej wyprawy.

Min uśmiechnął się ponownie, trawiąc w głowie te informacje. Faktycznie, ich poszukiwania z pewnością nie sprzyjały ich celom. Musiał szybko zorganizować niedługo dalszą podróż, gdyż sytuacja nie cierpiała zwłoki. Spojrzał za odsłonięty otwór namiotu, przypatrując się okolicy. Gdyby miał tylko dłuższą chwilę, to by usiadł i namalował te krajobrazy albo po prostu by napisał na ten temat jakiś poemat. Chociaż wiedział, że takie frywolne myśli były w jego mniemaniu zakazane i nie mógł się nimi rozpraszać. W końcu przemowił.

- Jak zwykle spisałeś się znakomicie, Geshe. Rzeczywiście, musimy ich jak najszybciej złapać. Musimy być szybsi, albo nasze problemy się jeszcze powiększą. Możesz wrócić na swój posterunek, wkrótce ruszamy. I to jak najszybciej.

Zawsze był znany z chwalenia podwładnych, co postrzegano jako jego dziwne zdziwaczenie, gdyż tak naprawdę nikt nie traktował ludzi niższego stanu niż on. Chociaż Konfucjusz nauczał filozofii Yi (prawości) oraz Ren (Humanitarności) to z lekkim rozczarowaniem musiał przyznać, że tylko on tak naprawdę był restrykcyjny w ich przestrzeganiu. I zawsze go bawiło niemal idealnie ukryte skrępowanie Geshe, gdy tak go traktował. Oraz był znany z tego, że spoglądał na świat w idealistyczny sposób. Nawet wtedy, gdy życie pokazywało, że zwykle brak realizmu prowadzi do klęski. Po prostu starał się być dobry, a czy to mu wychodziło czy nie, to już nie jemu było oceniać. Zresztą był jeszcze ciekaw, jak się sprawdzi nauka tych europejskich języków, która pochłonęła kawał jego życia. Wyszedł na chwilę z namiotu, gdy dostrzegł w oddali potężne wyładowanie atmosferyczne. Nie, magiczne. Musiał przyznać, że wyglądało to imponująco. Nie zastanawiając się, stwierdził, że to był znak, by ruszyć.

- Wszyscy zwijać obozy oraz szykować karawanę do dalszej wyprawy ! Nie mamy czasu do stracenia, potem wypoczniemy !

Przynajmniej miał taką nadzieję, bo wiedział, że tak łatwo nie będzie. Nie trzeba było być wróżbitą, by to wiedzieć. Bo w końcu czyż te Oni nie były na tyle potężne, by było je stać na porwanie samej księżniczki ? Z pozornym uśmiechem na ustach wrócił do namiotu i sam się szykował do podróży, czekając aż przybędzie Miyu. W końcu gdy ona była w pobliżu, czuł się od razu lepiej. A w tej chwili czuł, że potrzebuje tego bardziej niż chciałby to sobie przyznać...
 
Awatar użytkownika
Elvin
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 655
Rejestracja: ndz sie 21, 2005 6:45 pm

śr cze 18, 2008 1:07 am

Gore Stormhell

11.April 1554 A.D
Kapłan wykorzystał moment zamieszania. Wciąż świadom znacznej utraty sił magicznych i krwi, postanowił użyć zaklęcia z TEJ księgi. I chociaż wiedział, że zaklęcia w niej zawarte są niesłychanie niebezpieczne... to zdawał sobie także sprawę z ich potęgi. Z resztą jednego już użył.
Gore przymknął na chwile oczy. Powrócił myślami do tamtego momentu.

***
1549 A.D - Ruiny starej biblioteki, gdzieś w Egipcie.
Oto stał w ciemnym pomieszczeniu, oprócz niego był tu tylko jego mistrz. Demoniczny hrabia nakazał mu poszukiwanie książki zatytułowanej Ne..
W końcu pół nocy siedzenia w tej starożytnej bibliotece opłaciły się, znaleźli kopię plugawej książki. Mistrz Gore'a był niezwykle podekscytowany. Jednak przygasiło to jego ostrożność. Po otworzeniu woluminu błysnęły czarne płomienie i rogaty czarownik zwalił się na ziemię martwy, a wielkie nietoperze skrzydła przykryły jego ciało w całości. Gore mógł sobie tylko wyobrazić zdziwienie jakiego doznał mag-kapłan w chwili śmierci. Jednak młody kleryk był na tyle ostrożny by nie dotykać ciała osoby której rozkazów musiał wysłuchiwać przez ostatnie kilka lat. Nawet nie żałował śmierci tego zgrzybiałego demonicznego starca.
Jednak jeśli chodziło o księgę.. to zupełnie coś innego. Gore podszedł do starego dzieła, było napisane w języku greckim. Ze smutkiem stwierdził jednak, iż większość zaklęć na pierwszych stronach to zaklęcia dla czarowników. Dlatego z drżeniem rąk przerzucał strony dalej. W końcu znalazł, po dziesięciu stronach znalazł kilka zaklęć-modlitw, które mogłyby być dla niego użyteczne. Przerzucał strony dalej.. i doznał szoku, tylko pierwsze dwadzieścia stron było zapisanych, pozostałe czterysta było pustych. Na dwudziestej pierwszej stronie znalazł jedynie przypis.
Niestety, ta księga jest zbyt mroczna, a tajemnice w niej zawarte nie powinny ujrzeć światła dziennego, dlatego drogi czytelniku proszę o wybaczenie. Ja sam czuję, że niebawem zwariuję.. to przerasta każdego śmiertelnika.. - i to były ostatnie słowa autora, napisane... krwią.
Gore był zawiedziony. Jednak lepsze to niż nic, wrócił do tych paru modlitw. A gdy upewnił się że zapamiętał je wszystkie, coś błysnęło, a odpis książki rozpadł się w proch.
~Interesujące...~
***

Skupił się. Był zdecydowany to zrobić. Poczuł jak moc jego patrona wzbiera w nim, ale to było wyjątkowe doznanie, moc była tak czarna, tak plugawa i przytłaczająca, że Gore na ułamek sekundy czuł się jakby postradał zmysły. W końcu dźwignął się i wstał wykrzykując:
- τελευταίοσ βρυκόλακασ- efekt był przerażający. Z każdego ciała w którym tliła się jeszcze iskierka życia, i z każdego strażnika który wciąż walczył, i z każdego podkomendnego Eskilla, jak i z samego Eskilla, w kierunku czarnego kapłana wystrzeliło czerwonawe pasmo światła.
Rana na szyi kleryka zniknęła bardzo szybko, a on sam poczuł się jak nowo narodzony.
Natomiast zupełnie inaczej wyglądała cała reszta. Ci którzy umierali dokonali żywota, a ich ciała poszarzały. A Ci którzy jeszcze walczyli padli jak porażeni gromem, z ich ciałami stało się dokładnie to samo co z ich odchodzącymi towarzyszami. Nie pozostał nikt, zaklęcie nie oszczędziło ani obrońców ani wrogów Gore'a.

Kurt

11.April 1554 A.D
Psion już wiedział, że to koniec zabawy. Jego przeciwnik mimo to, że próbował wciąż się bronić, wyczerpał cały pokład swojej energii mentalnej. Bariera demona została w końcu strzaskana.
- Hypnosie... i tobie wydawało się, że jesteś przeciwnikiem dla mnie? Jesteś skończony.- stwierdził sucho w myślach czarnoskóry człowiek. Po czym używając swojej mocy zaczął rzucać demonem jak marionetką, tłukł nim o ziemię, o drzewa, kamienie, a jakby tego było mało zaczął ciskać w cieniste ciało szarymi piorunami...
Aż w końcu poczuł, że i on niedługo straci swoją moc - należało kończyć to przedstawienie. I skupił się przywołując swoją najstrasznieją moc. Technika ta miażdżyła całkowicie umysł przeciwnika i poważnie uszkadzała jego duszę, pozostawiając po wrogu jedynie pustą skorupę, która mogła wegetować jak roślina. Gdy kończył zbieranie swojej mocy, Hypnos odezwał się słabym głosem.
- Głupiec... zwykły głupiec...- te słowa odbiły się echem w głowie Kurta. Zrozumiał nagle swój błąd... przeciwnik wcale nie stracił mocy, a jedynie wyprowadził Kurta w pole.
Psionik został ugodzony niezwykle silną techniką. Resztki jego mocy zostały zmarnotrawione, czuł jak opuszczają go siły. Jedyne co mógł zrobić to wpatrywać się w Hypnosa z mieszaniną szoku i szacunku.
Natomiast czarny demon wstał spokojnie. Jego oczy na nowo rozjarzyły się bursztynowym blaskiem... nie teraz już nie tylko oczy, ten demon musiał być niezwykle potężny. Jego ciało wydzielało złotą aurę o takim nasileniu, że Hypnos wyglądał jakby stał w centrum ogromnego złotego płomienia. Kurt przymknął oczy i uśmiechnął się do siebie - A więc koniec..
Demon wskazał palcem na postać psiona. Natychmiast wystrzeliło z niej pięć ciemnozłotych promieni. Przebiły one z łatwością ciało czarnoskorego człowieka, który zdążył jeszcze ryknąć najgłośniej jak potrafił.
- RATUJCIE SYNDRĘ!- i to powiedziawszy opadł bezwładnie na ziemię, zabrudzoną jego własną krwią.
Demon podszedł do ciała swojego przeciwnika i powiedział, tym razem używając normalnej mowy.
- Tu dokonał żywota Kurt, potężny psionik, pokonany przez Hypnosa, oby odnalazł drogę do światłości.

Gore Stormhell

11.April 1554 A.D
Z zadowoleniem patrzył na rozwój wypadków. Tak, to było coś. Demony sprawdzały się całkiem nieźle, będzie musiał złożyć swojemu panu dużą ofiarę, za wypożyczenie mu ich. Jednak nie to było najważniejsze w tym momencie. Gore chwycił swój medalion, przedstawiający pentagram z wężowym okiem po środku - tajemny symbol demona, któremu chłopak służył od wielu lat.
- No to teraz się zabawimy.- mruknął sam do siebie. Spojrzał jeszcze na czerwonookie widmo które wciąż stało koło niego. Rozważył możliwość udzielenia nagany Lyconowi za nic nie robienie, ale uznał, że nie będzie potrzeby używać najpotężniejszego z demonów siódmej pieczęci.
Skupił się więc ponownie na symbolu. Poczuł potęgę demona która w nim wzbierała. Użył pojedynczego słowa-zaklęcia, i posłał czarną błyskawicę w stronę odzianego w czerń karła. Zaklęcie zadziałało idealnie, martwe ciało zostało odrzucone i wbite w pozostałości murów. Gore nie dbał w sumie o to czy go zabił czy nie. Przez parę sekund wyszukiwał Blake'a w tłumie... i w końcu go odnalazł. Wypuścił pierwszą błyskawicę, i ogarnęła go wściekłość gdy tak upragniony cel uniknął śmierci. Skupił się więc, chcąc wysłać drugą, potężniejszą, gdy nagle...
Poczuł jakieś zachwianie mocy.. obejrzał się za siebie, i z przerażeniem zobaczył jak jego ghoul, stworzony z ciała jarla rozpada się w pył a medalion, który kapłan zawiesił mu na gnijącej szyi spada na ziemię popękany. Następnie sam kapłan został przytłoczony jakąś dziwną aurą. Ogarnął go nienaturalny spokój, nawet mimo to, że został rzucony na kolana przez jakąś niewidzialną siłę.
Złudne wrażenie spokoju nie trwało długo, bowiem doszedł do Gore'a zapach.. fiołki...
- Ttt... ty?- jęknął kapłan.

Blake, Kanut, Olaff, James, Narrick

11.April 1554 A.D
Z przerażeniem obserwowaliście sceny które miały miejsce przed chwilą. Gore który, kosztem życia dziesiątek ludzi, odzyskał siły, zabił Narricka. Kurta oddał życie po widowiskowej walce. Syndra prawdopodobnie umierała nieświadoma tych wydarzeń. A wy zostaliście sami na placu boju, nie było już nawet Eskilla i jego żołnierzy.
Lecz w momencie gdy upadł Gore, was ogarnął jakiś dziwny spokój, poczuliście jakby przypływ nadziei, co było dość paradoksalnym odczuciem w takiej sytuacji. Do tego rozeszła się wszędzie woń fiołków, zastanawialiście się co za czary zwodzą wasze zmysły.

Olaff Nevertheer

11. April 1554 A.D
Nigdy nie walczyłeś z kimś tak potężnym, ciosy demona były naznaczone jakąś dodatkową siłą. Nie byłeś pewny czy to wina demona, ale było Ci przeraźliwie zimno. Cały drżałeś. Jednak miałeś podstawy by sądzić, że stoją za tym jakieś tajemne moce tej bestii, zauważyłeś że twój miecz po każdym sparowaniu ciosu, jest coraz bardziej oszroniony. Im dłużej to trwało tym trudniej Ci było utrzymać lodowate ostrze, a osłabienie organizmu utrudniało odpieranie ataków Leviatana. W końcu demon osiągnął cel. Mimo że była to jedynie mała rana, bo ostrze tyle co rozcięło Ci skórę na ramieniu, to musiałeś przyznać, że twój przeciwnik jest straszny. O ile twój miecz wydawał się okropnie zimny od samego kontaktu z diabelską bronią, o tyle rana nią zadania była niczym najokrutniejsza z tortur. Zraniona ręka była przemarznięta, jak gdybyś trzymał ją kilka godzin w lodzie, przez co odmawiała Ci posłuszeństwa.
I kiedy myślałeś że to już koniec, dzięki poczuciu nadziei, które Cię ogarnęło, zdobyłeś się na to, przerzucając miecz do drugiej, zdrowej ręki, i wyprowadziłeś cios, który normalnego człowieka trafiłby w serce. Leviatan był zaskoczony, ale jedynie odsunął się od Ciebie o krok.
- Gratuluje, zniszczyłeś moją cienistą formę. Dostąpisz zaszczytu oglądania mojego prawdziwego oblicza.- rzekł uprzejmie demon.
Niebieskie ogniki zgasły, a ciemność się rozwiała. Stał teraz przed tobą mężczyzna średniego wzrostu. Gdyby nie to, że był demonem, mógłbyś mu dać około 35lat. Miał krótkie ciemnoszare włosy i zapuszczoną brodę w takim samym odcieniu. Jego skóra była jasnoszara. Wpatrywał się teraz w Ciebie swoimi niebieskimi oczami, które wciąż lśniły jakimś wewnętrznym blaskiem. Leviatan ubrany był w granatową zbroję płytową, wykonaną z łusek stworzenia którego nie byłeś w stanie zidentyfikować. Całości dopełniały dwa czarne proste rogi, i ogromne skrzydła, których błona była zupełnie przezroczysta. Tak oto stanął przed tobą Leviatan - Pan Czarnego Oceanu.
- Jesteś zabawnym człowiekiem, mimo beznadziejności sytuacji nie poddajesz się.- nowy głos diabła był niemal, że ojcowski. A na pewno uprzejmy i spokojny. - Bardzo cenię sobie takie cechy, jednak nie jesteś przeciwnikiem dla mnie.- ostatnie słowa wypowiedział z nutą smutku i zawodu. Po tych słowach zadziałał z niesamowitą szybkością. Odtrącił twoje ostrze i rąbnął Cię opancerzoną rękawicą z ogromną siłą. Zachwiałeś się i upadłeś do tyłu, patrząc w oczy swojemu przeciwnikowi, który rzucił tylko.
- Mam nadzieję kontynuować walkę, gdy nabierzesz nieco wprawy... i walka będzie bardziej wyrównana. I odwrócił się od Ciebie, idąc w stroną powalonego tajemniczą siłą Gore'a.

Kanut Biały

11. April 1554 A.D
Ból był okropny, dodatkowo wiązki energii uderzające w Ciebie sprawiały, że nie bardzo mogłeś się ruszyć. Lecz dzięki Olaffowi dostałeś swoją szansę. Gdy parował jeden z ciosów cienistego demona, błękitny miecz opadł na żółte łańcuchy, zmuszając Kasandrę aby cofnęła swoją broń.
Ruszyłeś do ataku, twój topór zagrzewał Cię do boju "śpiewem" umęczonych dusz. Uniosłeś ostrze, i opuściłeś na zaskoczoną przeciwniczkę. Efekt był zdumiewający, na ostrzu topora rozbłysły dwie runy, których wcześniej nie było. Broń nie była jednak umazana krwią, w ogóle nie było krwi. Stałeś teraz na przeciw rozdartej od góry do dołu demonicy. Ciemność wypływała z niej w zastraszającym tempie. Stała tak chwilę, i w końcu obie połówki eksplodowały zmieniając się w szary dym. Nie nacieszyłeś się zwycięstwem jednak. Gdy dym się rozszedł, stała przed tobą niska kobieta-demon, w jednym kawałku.
Kasandra wyglądała na dwudziestokilkuletnią kobietę. Wiatr rozwiewał jej długie złote włosy. Nieskazitelna, jasna skóra, piękne włosy i idealne kształty sprawiały, że mogłaby uchodzić za całkiem piękną damę. Lecz szpeciły ją, i zdradzały duże żółte oczy o pionowych źrenicach i metrowy ogon, zakończony płytką kostną w kształcie trójkąta, do tego łańcuchy wychodzące wprost z jej nadgarstków. Dostrzegłeś coś jeszcze - u jej stóp wił się ogromny czarny wąż o żółtych oczach i plamce na "czole", tego samego koloru. Sądząc po rozmiarach, mógłby połknąć młodego niedźwiedzia. Sama wiedźma-demon odsunęła się kilka kroków i z pogardą syknęła.
- Ciekawa broń... tego się nie spodziewałam, z pewnością z domieszką krwi świętego i zaklętym urokiem "zguby demonów"... ciekawe skąd ją masz..- Jej twarz wykrzywiła się w odrażającym uśmiechu. Następnie Kasandra wzięła zamach i łańcuchy znów poleciały w twoją stronę. Tym razem jeden owinął się wokół twojej broni. Drugi zaś wbił się w twój brzuch, natychmiastowo powodując duży krwotok. Wiedźma już szykowała wiązki błyskawic, by wysłać je w Ciebie, lecz przestała i wycofała łańcuchy. Rozglądała się przez chwilę uważnie, po czym...

Blake, Kanut, Olaff, James, Narrick.

11. April 1554 A.D
W pewnym momencie walka ustała, a wszystko pogrążyło się w martwej ciszy, nie słyszeliście trzasku płomieni trawiących domostwa, nie słyszeliście uderzających błyskawic, a nawet własnych oddechów. Słychać było tylko ciężkie kroki, od strony miasta ktoś się zbliżał, szedł dość szybko, ale nie spieszył się. Zanim jednak dostrzegliście źródło kroków, poczuliście słodką woń kwiatów. Fiołkowy zapach rozniósł się wszędzie. Byliście tym wszystkim zdezorientowani.
W końcu zza budynków wyłoniła się postać. W waszą stronę szedł dostojnie młody chłopak. Mógł być trochę starszy od Gore'a, wyglądał na 18-19lat. Był wysoki i szczupły. Jego bardzo blada skóra kontrastowała z czarnymi krótkimi włosami i ciemnobrązowymi oczami. Sprawiał nieco upiorne wrażenie. Ubrany w czarne spodnie i czarną koszulę, jakby nie zwracał uwagi na temperaturę panującą w tym regionie szedł przed siebie, wciąż stukając solidnymi skórzanymi butami o metalowym okuciu. Nie przeszkadzał mu także deszcz, krople wody jakby odbijały się od przybysza.

Blake Ethelpray

11. April 1554 A.D
Byłeś zaskoczony, on nic się nie zmienił mimo upływu lat. Ale byłeś pewien, że to on. Członek syndykatu o przezwisku Cesarz, nadanym mu, gdyż chwalił się często swoim pochodzeniem. Utrzymywał, że jego przodkowie pochodzili z cesarstwa rzymskiego, i byli dość blisko związani więzami krwi z dynastiami rządzącymi cesarstwem.
Przerażała Cię myśl, że ktoś z syndykatu tu się pojawił, a w szczególności on.. mimo że nigdy nie doszedł do władzy, czy nawet nie był zastępcą szefa... on zawsze budził strach we wszystkich, zarówno swoim nienaturalnym spokojem i brakiem strachu wobec kogokolwiek, jak i sposobami działania, które były niezwykle brutalne.
Spostrzegłeś jednak, że nie rzucił Ci nawet najmniejszego spojrzenia, kierował się w waszą stronę patrząc w jakiś nieokreślony punkt.

Kanut Biały

11.April 1554 A.D
Byłeś zaskoczony przybyciem nowej postaci, i to nie samym przybiciem, a tym kim był przybysz. Ty go znałeś. Pamiętałeś jak przez mgłę. Gdy byłeś jeszcze dzieckiem, i dopiero zacząłeś trening, on przybył do twojej wioski. Rozmawiał z twoim ojcem. Nawet wybuchła awantura, jednak nikt nie śmiał go tknąć. Zostawił jakiś duży przedmiot zawinięty w płótno. I zanim odszedł, podszedł do Ciebie i powiedział, że ma nadzieję że się spotkacie w przyszłości, a póki co, zostawił mały prezent dla przyszłego Tygrysa Północy.
Zaszokowało Cię jeszcze bardziej to, że ten chłopak wyglądał tak samo jak wtedy, gdy byłeś dzieckiem.

Cesarz

11. April 1554 A.D
~Idioci...~ pomyślał.
Chłopak kontynuował marsz, aż doszedł do klęczącego Gore'a.
- Kretynie nie kazałem Ci ich zabijać wszystkich, a z tego co widze to dążysz do unicestwienia ich, siebie i wszystkiego wokół. Gdyby nie PEWNE WZGLĘDY to już bym się z tobą rozprawił. Ja nie toleruje nieposłuszeństwa.- warknął do kapłana, a gdy ten probował coś powiedzieć, prawdopodobnie na swoje wytłumaczenie, Cesarz kopnął go z całej siły w twarz, efektem czego było przemienienie twarzy Gore'a w krwawą miazgę i odrzucenie kleryka kilka metrów dalej.
Odziany w czerń chłopak zaraz podniósł wzrok na Lycona, który ruszył w jego stronę, jednak daremnie. "Ciało" złożone z cienia zostało wystrzelone w górę i szybko zniknęło z zasięgu wzroku zebranych tu ludzi. W tej samej chwili Hypnos i Leviatan odteleportowali się gdzieś. A zaskoczona Kasandra została poderwana i wbita w ścianę, i osunęła się nieprzytomna.
Gdy Cesarz uznał, że tamci dostali już nauczkę, zwrócił uwagę na grupę awanturników. Podszedł wolnym krokiem w ich stronę.
- Jakże miło mi was poznać.- stwierdził drwiącym głosem. - Dla tych co nie wiedzą, mówią na mnie Cesarz.... - to powiedziawszy zwrócił w końcu wzrok na Blake'a.
- Kopę lat...- i uśmiechnął się paskudnie.


Yao Tai Min

11. April 1554 A.D
Miyu przybyła do twojego namiotu, była zatroskana. Jednak nawet to nie zmieniało piękna jakie bilo od jej anielskiego oblicza. Zbliżyła się do Ciebie. I bez żadnych zahamowań obięła Cię mocno.
- Yao.. boję się, dzisiejsze wróżby z płatków kwiatu wiśni nie były pomyślne, wisi nad nami widmo..
Spojrzałeś zaintrygowany na Miyu, w sumie samemu odczuwając dziwny niepokój. Jednak musiałeś sprawić wrażenie, że czujesz się pewnie. W końcu to ty dowodziłeś tą wyprawą i to ty odpowiadałeś za wszelkie morale w karawanie. To ty byłeś w pewnym sensie ich duchowym przywódcą. Uśmiechnąłeś się i delikatnie przejechałeś palcami po jej policzku oraz przytuliłeś delikatnie. Jakoś... nie potrafiłeś jej okłamać, wiec powiedziałeś to co myślałeś:
- Powiem szczerze, że sam mam pewne obawy. Jednak bez względu na okoliczności się nam uda. W imię Wielkiego Cesarstwa Chin. Innej możliwości nie ma i nie mamy prawa myśleć inaczej. Co do widma... coś jeszcze dostrzegłaś, moja droga ?
Spokojnie odsunąłeś ja lekko od siebie, spoglądając jej w oczy, jednak bez swojego charakterystycznego uśmieszku. Znałeś dobrze jej możliwości i wiedziałeś, że jej wróżby bardzo często były trafne. Jednak nie mogłeś się dać rozproszyć takimi myślami, tym bardziej, że podróż musiała trwać dalej.
Ona coś chciała odpowiedzieć ale przerwał wam hałas. Usłyszeliście huk i krzyki wojowników... i coś jeszcze.. jakby szmer, wyczuwaliście użycie jakiejś mrocznej magii. Gdy tylko opuściliście namiot zamarliście na chwile. Obóz został zaatakowany. Przynajmniej trzydziestu zbrojnych przypuszczało szturm na garstkę obrońców. Zbrojni wyglądali dość dziwnie. Poszarzała skóra i martwe oczy - nieumarli. Za nimi zaś stała postać złożona jakby z cienia. I te oczy... blask zielonych oczu wpatrujących się w was z nienawiścią.

Narrickowi dziękuję za grę.
Enjoy.
 
Vimes6
Częsty bywalec
Częsty bywalec
Posty: 135
Rejestracja: ndz lut 03, 2008 12:59 am

czw cze 19, 2008 9:37 pm

Olaff Nevertheer

Podniósł się powoli.Zdziwiło go,że demon go oszczędził.
W ogóle całe jego zachowanie całkowicie różniło się od historii oraz opowiadań o demonach,które czytał i słyszał.Nie był krwiożerczą bestią żądną jego duszy.
Zachowywał się jak prawdziwy wojownik o stalowych nerwach i doskonałych umiejętnościach.
~Zadał mi tylko draśnięcie i cała moja ręka...Ale nie pora na to~pomyślał Olaff,rozcierając powolutku całą prawą rękę i zmuszając ją do ruchu.Jej odrętwienie i skostnienie poszło w niepamięć.
Po chwili Nevertheer podszedł do swojego miecza,ostrożnie go podniósł i popukał go o spód buta strząsając lód. Na jego szczęście broń nadawała się do dalszego użytku.
Gdy podszedł do nich ten młody chłopak,większość drużyny spojrzała na niego z lękiem i strachem.
Nie zdziwiło to Olafa,gdyż widział z jaką łatwością powalił on tego kapłana.
Jednak siedział on cicho i po prostu rozgrzewał swoją rękę,czekając na dalszy bieg wydarzeń.
 
Awatar użytkownika
Cristof
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 450
Rejestracja: sob kwie 05, 2003 1:48 pm

ndz cze 22, 2008 3:23 pm

Blake

~Jest z nimi?!~ Blake przełknął głośno ślinę. Jego nadzieje, że dawny znajomy stanie do walki po ich stronie, legły w gruzach. A byłby sprzymierzeńcem, który mógłby przechylić szale zwycięstwa na ich stronę. A raczej „szalę” przeżycia... Bo chcieli tylko wydostać się z tego ciągu sytuacji. Gdzie każda następna jest trudniejsza, skomplikowana.

- Cześć Cesarz.... – powiedział. Opuścił ręce i ostrza razem z nimi. Stanął na pozór wyluzowany, jednak starał się być gotowy na wszystko. Pojawienie się Cesarza oznaczało, że albo mają zdecydowanie pecha, albo niezwykłego farta.

Chłopak natomiast odpowiedział mu tajemniczym spojrzeniem, i jeszcze bardziej tajemniczym uśmiechem.
- Dawno się nie widzieliśmy... A ty starzejesz się, żeby dać się wrobić w coś takiego... żałosne.- gdy to mówił, na jego twarzy pojawiła się mieszanina obrzydzenia i zawodu.

- Ta...jakoś tak wyszło... - wiedział, że raczej na przyjacielski wypad do karczmy, pełen wspominków przy trunkach, liczyć nie może.

Cesarz jakby czytał w jego myślach.
- Szkoda, że to spotkanie nie nastąpiło w innych okolicznościach, moglibyśmy się napić wina... a tak.. cóż. Będziesz musiał mi wybaczyć.- oczy Cesarza stały się jakby ciemniejsze, a powietrze wokół niego zaczęło lekko falować. To nie zapowiadało niczego dobrego.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość