Zrodzony z fantastyki

 
Awatar użytkownika
Antara
Wyróżniony
Wyróżniony
Posty: 1264
Rejestracja: ndz cze 29, 2003 7:01 pm

Elvin [past] Długa droga z Barcelony

śr sie 17, 2005 6:13 pm

[center:ecf77b3229][size=18]<span style='color:indigo'>Długa droga z Barcelony</span>
<span style='color:indigo'>[b]Reguły sesji:
</span>
Tytuł: Długa droga z Barcelony
Podtytuł: W służbie Koronie
Kwestia konwencji: Heroic fantasy, jednak będą elementy mroczne.
Kwestia zgodności z settingiem: Gramy w alternatywnym "naszym" świecie. Średniowiecze, kampania rozpoczyna się w roku 1554. Parę informacji o ważnych zmianach. Jednak nie jestem w stanie opisać wszystkiego, więc rzeczy o których zapomniałem wyjdą podczas gry, ewentualnie przy odniesieniu do wydarzeń historycznych proszę o kontakt na GG przed napisaniem notki.
Kwestia mechaniki: Walki będą rozgrywane systemowo, wszystkie rzuty wykonuje MG. Edycja 3.5, ECL 8. O zasadach magii w świecie można przeczytać w temacie z zapisami, z resztą, myślę że wszyscy wiedzą o co chodzi i nie wymaga to rozpisywania.
Kwestia kontroli MG nad poczynaniami graczy: Przed opisywaniem efektów działań mechanicznych postaci (używanie czarów, skilli, specjalnych zdolności, przedmiotów) proszę o konsultację na GG. A najlepiej by było gdybyście w poście zawierali wykonywanie działania, ja w odpowiedzi będę zamieszczał jego efekty.
Kwestia relacji drużynowych: Ze względu na rozbieżność charakterów postaci konflikty w drużynie są akceptowane. Poza tym postacie są diametralnie inne, więc nie raz wystąpią konflikty interesów. Prosiłbym jednak by zabijanie w drużynie było ostatecznością.
Kwestia częstotliwości postowania: Jedna notka na dzień-dwa, góra trzy. O nieobecnościach prosze wsześniej mnie zawiadamiać, bo inaczej.... patrzcie na sesje Kiaryna. Trup może ścielić się gęsto jeśli nie będę powiadomiony o nieobecności.
Kwestia preferowanej długości postów: Nie liczy się długość, ważniejsza jest jakość, jednak nie piszcie dwulinijkowców.
Kwestia poprawności i schludności notek: Żadnych emotek, psują nastrój. W dialogach gracze mogą pozwolić sobie na używanie archaizmów, ale nigdzie indziej.
Kwestia zapisu dialogów i myśli: Na początku piszemy boldem imię postaci i w nawiasie (bez bolda) grupę. Jeśli chodzi o dialogi lub myśli postaci, to jak pisać, zorientujecie się po opowiadaniach wstępnych. Jeśli to za mało (choć wątpię) to proponuję zobaczyć posty Elvina w sesji Vhaeraun's Heart.
Kwestia podpisu pod notkami graczy: Nie ma obowiązku wyłączania podpisu, tu jest dowolność.

<span style='color:indigo'>Postacie:</span>
Deven Chavarri [Cristof] - piękna, zielonooka córka bogatego hiszpańskiego kupca, ktora ma w życiu tyle szczęścia co i pecha.
David Lynch [Kejmur] - niebieskooki były inkwizytor, teraz służy swoimi unikalnymi zdolnościami Koronie.
Harald Bjornson [Urko] - dziki wędrowiec z północy, ostoja dzikich duchów natury.
Loki Santino Tattagia [Aerion] - włoski dyplomata, który przybył do Angli aż z Neapolu.
Bastian Herebe [Ymir] - niezwykle utalentowany muzyk angielski, o szlacheckim rodowodzie.
Henrik Arlaband [Loozak] - Tajemniczy (k/t :wink: )upiec handlujący wełną, pochodzący z Francji, którego przeszłość pozostała w cieniach.
Jonatan MacPherson [Lightfencer] - zagubiony szermież o słabej pamięci i przeszłości, której sam nie pamięta.

Link do komentarzy.

<span style='color:indigo'>Zapowiada się ciekawa sesja, bawcie się dobrze. - Antara</span>
 
Awatar użytkownika
Elvin
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 655
Rejestracja: ndz sie 21, 2005 6:45 pm

śr sie 17, 2005 7:43 pm

1212 - pojawła się magia. - patrz opowiadanie "Wezwanie"

Właśnie magia.. tajemna siła, pozwalająca dokonywać rzeczy niemożliwych. Jednak wciąż nie zbadana. Nie wpłynęła na wydażenia w świecie zbytnio, głównie dlatego że została stłumiona przez kościoł i królów (a raczej ich armie) którzy chcieli się kościołowi przypodobać. Tak więc magia zniknęła... a raczej się ukryła. Tylko co jakis czas znajdywano prawdziwą czarownicę lub czarownika. W histori największym odkrytym zgromadzeniem magów był zakon templariuszy z którymi krwawo się rozprawiono.
Największą zmianą jaką przyniosła magia to skazy na duszy, spowdowane przez wszelakie duchy. Ludzie skażeni wykazują pewne cechy związane z duchami ktore ich opętały. Poza tym tacy osobnicy mogą władać czarami, co sprawia że wszysc mają na nich oko. Jednak przez lata takie jednostki zdołały się wmieszać w ludzi, i dobrze się kryją. Pozornie skażonych jest niewielu, lecz tak naprawde stanowią ponad 1/4 populacji ziemi.
Wszystko toczyło się w miarę normalnie, aż do XV wieku. Kiedy kościół utworzył oficjum inkwizytorskie. Dzięki niemu przejął władzę w prawie całej europie, a zrobił to dzięki swojej "białej magii". Oficjalnie wszystkie państwa są niezależne, ale wszyscy wiedzą że królowie tańczą jak im papież zagra.... przynajmniej narazie. I tak się utrzymuje aż do chwili rozpoczęcia gry, czyli Sierpień A.D 1556.

Troche o państwach:
Włochy, Niemcy, Hiszpania, Francja, Portugalia, to głowne państwa cesarstwa kościelnego. Wszystkie uznają zwierzchnictwo Watykanu. Są to kraje gdzie surowo przestrzega się praw nałożonych przez kościół. Przywódcy tych krajów nie mają narazie powodów, ani chęci by spiskować przeciw papieżowi. Z całej działalności cesarstwa mają dużo kożyści, ułatwiony handel, pokój, wzajemną pomoc w każdej dziedzinie. Jednak wszystko jest zmienne, królowie już nie chcą równości w cesarstwie, każdy chce wywierać wpływy na innych. Poza tym, monarchowie nie są ślepcami, widza narastające napięcie na wschodzie. Wiedzą że jeśli na wschodzie wybuchną bunty, każdy z nich będzie chciał wysłać tam wojska, by szerzyć swoje wpływy. Poza tym, jeśli Anglia zwycięży wojnę, autorytet papieża zostanie nadszarpany, co może doprowadzić do chęci masowego powstania i zniszczenia potęgi, jaką jest watykan.

Troche inaczej ma się sprawa z państwami północnymi, Holandia, Islandia, Dania, Norwegia, Szwecja, Anglia. Holandia stoi twardo po stronie papieża, jednak póki co nie bierze udziału w wojnie, tłumacząc się wyczerpanymi zapasami i małym wojskiem. Trzy kolejne państwa nie zważają całkowicie konflikt, nie chcą mieć nic wspólnego ani z cesarstwem, ani z kłótliwymi anglikami... jednak bardziej przychylnie patrza na brytyjczyków niż resztę świata, mają w tym swój cel, bo jeśli anglia padnie, oczy papieża zwrócą się na nich. Już teraz papież pokazuje jak bardzo jest niezadowolony z tego iż te państwa odmówiły przyjęcia zwierzchnictwa Watykanu. Państwa Cestarstwa ni prowadzą z nimi handlu, i przy każdej okazji dokuczają i przeszkadzają w planach. Wspierają też państwa które mają z nimi jakiekolwiek utarczki. Zaś co do Angli, odłączyli się od cesarstwa kościelnego, i ogłosili że nie wyparli się plugawej magii a królowa oświadczyła że jest potężną maginią i jest z tego dumna. Tak więc na początku 1556 roku rozpętała się wojna, anglicy czarami nadrabiają przewagę liczebną przeciwników. Jednak sytuacja wewnętrzna jest coraz gorsza, królowa nie pokazuje się publicznie od lutego, siódemka arcymagów angli się rozpadła. Dwóch zamordowano, jeden zaginął, a wśród reszty czai się zdrajca.

Państwa wschodu i słowiańskie.
Formalnie pod zwierzchnictwem papieskim. Ale w praktyce są tylko fikcyjnie częścią cesarstwa, naprawde ulegają wpływom Rosji, ktora również praktykuje magię, taką jak anglicy. Warto zauważyć że Rosja stała się z niewiadomych powodów wielką potęgą. Nie zadziera z nią ani papież, ani państwa cesatstwa, mimo iż wschodni sąsiad posiada armię, którą cesarstwo mogłoby rozgromić w kilka tygodni, w magii również nie są tak biegli jak anglicy. Póki co, powody dla których cały świat liczy się z rosją, znają tylko królowie państw europy i papież. Zaś państwa dalekiego wschodu odseparowały się całkowicie od świata, jednak wiadomo iż sympatyzują z Rosją, mają dużą armię, i są biegłymi mistykami.



Lista graczy:
Deven Chavarri [Cristof] - piękna, zielonooka córka bogatego hiszpańskiego kupca, ktora ma w życiu tyle szczęścia co i pecha.
David Lynch [Kejmur] - niebieskooki były inkwizytor, teraz służy swoimi unikalnymi zdolnościami Koronie.
Harald Bjornson [Urko] - dziki wędrowiec z północy, ostoja dzikich duchów natury.
Loki Santino Tattagia [Aerion] - włoski dyplomata, który przybył do Angli aż z Neapolu.
Bastian Herebe [Ymir] - niezwykle utalentowany muzyk angielski, o szlacheckim rodowodzie.
Henrik Arlaband [Loozak] - Tajemniczy (k/t )upiec handlujący wełną, pochodzący z Francji, którego przeszłość pozostała w cieniach.
Jonatan MacPherson [Lightfencer] - zagubiony szermież o słabej pamięci i przeszłości, której sam nie pamięta.
Tombe d'Lirant [Zsu-et-am] - mistrz tajemnej sztuki, ceniący ponad wszystko prawo i kodeks swojego zakonu.
Shandehezzad Zann [Demoon] - niepozorny starzec praktykujący zakazaną magię, i utrzymujący kontakt z potęgami, wykraczającymi poza śmiertelny umysł.
Bartolomew Hohenheim [Garret Jorinson] - posępny druid uosabiający dziką i niebezpieczną stronę natury.
 
Awatar użytkownika
Elvin
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 655
Rejestracja: ndz sie 21, 2005 6:45 pm

śr sie 17, 2005 7:57 pm

[center:45e0293b80]Wezwanie[/center:45e0293b80]Czwarty dzień wiosny - A.D 1212. - Marsylia - Francja

Dzień był nadzwyczaj Ciepły. Enzo Tintranel siedział w luksusowej gospodzie. Teraz miał przerwę, nie musiał się przejmować całym tym zamieszaniem, całym tym szaleństwem. - Na cholerę Innocenty zorganizował wogólę ten cyrk ? Przecież to nikomu nie potrzebne. - pomyślał rycerz.
Wypił jeszcze jedno piwo, zapłacił, po czym udał się do swoich braci. Trzech młodych zakonników stało przed gospodą i czekali na swojego najstarszego brata. Gdy zauważyli nadchodzącego rycerza ich oblicza się rozpromieniły.
- Witaj bracie, czekaliśmy na Ciebie, musimy niezwłocznie ruszać - powiedział uprzejmie, lecz stanowczo, najniższy z zakonników.
- Tak, tak, Maxime. Już wyruszamy - stwierdził z wyraźnym niezadowoleniem młody rycerz.
Cała czwórka ruszyła w stronę krańca miasta. Tam już czekali.... Oddział rycerzy i dzieci. Setki dzieci, które papież wysłał na szaloną, i z góry skazaną na niepowodzenie misję. Krucjata w wykonaniu dzieci musiała się zakończyć niepowodzeniem. Już podczas marszu wiele z nich oddało ducha. Enzo dowodził tą wyprawą. I choć wiedział że to się nie uda, musiał być połuszny rozkazom. W końcu słowa samego papieża nie podlegają jakiejkolwiek dyskusji. Rycerz miał jeszcze na karku swoich trzech braci, zakonnicy nalegali by wyruszyć z bratem. Gdy nalegał by zostali w domu, oni załatwili sobie u wyższych dostojników, nakaz wyruszenia na tą misję. Enzo nie wnikał w powody, dla których cała trójka chciała wyruszyć.
- Bracia - zwrócił się do wszystkich, swoich braci, ale też innych rycerzy, którzy wyruszyli na tą krucjatę. - Za miastem, jakieś dwa dni marszu, spotkamy się z inną grupą. Połączymy się z nimi i wspólnie podejmiemy dalszą podróż. - rzekł smutnym tonem, po czym skierowal się do namiotu. Następnego dnia mieli wyruszyć.
I wyruszyli, nawet niewiedząc co ich czeka.

Piąty dzień wiosny - A.D 1212. - wieś w okolicach Marsyli - Francja

Kolejny dzień zapowiadał się znakomicie, o ile oczywiście w takiej sytuacji można użyć takiego słowa. Podróż szła nadzwyczaj szybko. Późno w nocy byli już tam, gdzie mieli być około południa, dnia następnego.
Dowódca pochodu zarządził w końcu postój, na skraju zapuszczonej wioski, której nawet nazwy nikt nie znał. Albo nie pamiętał, wogóle ta wioska była dziwna. Zamieszkiwali ją prawie wyłącznie ludzie starzy. Nie było nigdzie pól uprawnych, nigdzie nie było zwierząt. To wszystko bardzo zaniepokoiło Enza, tym bardziej że krążyły pogłoski, że te tereny są w jakiś sposób przeklęte. Jednak chcąc, niechcąc musieli tu zrobić postuj. Jutro przybędzie druga grupa, i ruszą razem... ruszą wyzwalać ziemię świętą... krwią dzieci.
Koszmarne sny męczyły Enza całą noc. Widział rzeź, rzeź dzieci. Ale nie w ziemi świętej, lecz na polach, tuż obok wioski. A mordu dokonywały trzy postacie, ubrane w czarne szaty, z kapturami zawieszonymi na głowach. - w końcu wizja tej zbrodni przerosła dowódcę dziecięcego pochodu. Enzo zbudził się gwałtownie, był cały zlany potem.
- To tylko sen, nie ma się czym przejmować - szepnął do siebie, po czym wyjżał zza namiotu. Był świt, a wszystko wokół wyglądało zupełnie normalnie. Kilku zbrojnych krzątało się po obozie, kilkoro dzieci ganiało się. Nic niezwykłego... pozornie. Wzrok francuskiego rycerza zatrzymał się na trzech zakonnikach. Bracia ubrani byli w długie, czarne szaty z kapturami. Rycerz natychmiast ruszył w ich stronę, czuł przy tym że jego serce wali jak szalone, przypominała mu się koszmarna wizja której doznał. Gdy tylko się zbliżył, najwyższy zagadał odrazu do niego wesołym tonem.
- Ojj, chyba źle spałeś bracie. Szybko musisz się doprowadzić do porządku, druga karawana już jedzie. Nawet my ubraliśmy się odświętnie, w klasztorne szaty. - zakonnik uśmiechnął się uprzejmie do brata. Jednak w jego wyrazie twarzy było coś tajemniczego... i ten błysk w oku. - No i oczywiście wzieliśmy tu trójkę naszych małych przyjaciół, niech poznają szlachetnego Rycerza, który przejmie dowództwo. - tą wiadomością zakonnik wręcz powalił Enza.
- Jak to ? Przecież ja jestem dowódcą, mianował mnie sam papież ! - Enzo prawie krzyknął na własnego brata.
- Zrozum bracie, tamten jest spokrewniony z papieżem. Innocenty mianował go na przywódce, i tak ma być. - teraz odezwał się najniższy z braci, a odezwał się głosem prawie współczującym, jednak zimnym i okrutnym.
Enzo miał już odwrócić się i wrócić do namiotu, założyć zbroję, i przygotować się. Jednak nim zdązył się ruszyć, usłyszał za sobą zrzenie konia, gdy się odwrócił ujżał za sobą jakiegoś młodego Rycerza. Lśniąca kolczuga, i miecz przy pasie, długie bląd włosy, a nawet płaszcz. Wszystko to wprost mówiło że ma się doczynienia z kimś bajecznie bogatym. Poza tym, młodzieniec byl niezwykle szybki. Już po chwili zszedł z konia i stał przez byłym dowódcą. Enzo skłonił się lekko.
- Witaj, spodziwaliśmy się ujżeć Cię dopiero za kilka godzin, ale miło nam że przybyłeś wcześniej, o wielki ...... - i nie skończył. Został odrzucony do tyłu, przez wszystkich trzech braci. Którzy w oka mgnienu stali wokół nowoprzybyłego rycerza. Każdy z nich miał obok siebie jedno z dzieci. Nie czekali na reakcję nowego dowódcy.
- Mamy tylko jedno pytanie, o wielki panie rycerzu. Czy prawdą jest że pochodzi pan z rodu królewkiego ? - pytaie padło z ust najwyższego z braci. Młody wojownik był zbyt zaskoczony by zareagować w sposób logiczny jęknął tylko:
- Tak... - po czym zwalił się na kolana. Trzy sztylety były wbite po rękojeść w ciele szlachcica.
- Taak, to nam wystarczy. - mruknął najniższy z zakonników. Po czym wszyscy zarzucili kaptury na głowy. I wyciągneli kolejne sztylety. Enzo patrzył na to wszystko ogłupiały. Nic z tego nie rozumiał. W końcu wyciągnął krótkie ostrze, ktore nosił wszędzie ze sobą, i uczynił krok w stronę swoich braci. Nie zdążył jednak podejść, choćby na pięć kroków, impet lecących strzał odrzucił go do tyłu. Został przybity do drzewa, które stało za nim. Krew sączyła się obficie z miejsc gdzie dwie ostre strzały weszły w ciało rycerza. Nie mógł się ruszyć.
- Ccoo...co wy robicie.. bracia - jęknął tylko, widząc że sztylety które zakonnicy wyciągneli, znajdują się już w sercach dzieci. Ezno spostrzegł jeszcze że młody rycerz, który właśnie umierał na kolanach, znajduje się w centrum dziwnego okręgu wyrysowanego na ziemi. Krąg był pełen dziwnych znaków, których Enzo nie znał.
- Zamknij się głupcze. - ryknął trzeci z braci Tintranel, który dotychczas milczał. - Nawet nie masz pojęcia co tu się zaraz stanie.. - syknął cicho, po czym roześmiał się.
- Dobra, zaczynajmy. - ponaglił najniższy.
Wszyscy trzej wyciągneli kolejne sztylety. Ale te były inne. Długie, z pofalowanym ostrzem, wykonane z jakiegoś czarnego metalu. Z pewnością były to noże rytualne, nie nadawały się do walki. Każdy z braci wyciągnął lewą rekę, i przecigął ostrzem po nadgarstku. Wszycy, mimo bólu, wypowiedzieli jednocześnie:
~ Przez nasza krew ~
Krople krwii, które skapywały na ziemię, skwierczały i dymiły się. Jednak bracia nie poprzestawali na tym. Najstarszy wbił swój nóż w gardło umierającego rycerza. Po czym wymówił słowa:
~ Przez szlachetną krew ~
Gdy krew szlachcica spływała na ziemię, znaki wyrysowane pod nim zaczęły lśnić wszystkimi kolorami.
Teraz brat, który milczał prawie cały czas, wyciągnął mały nożyk z serca dziecka, które padło pod jego stopami. Przez chwilę męczył się, wycinając serce swoim rytualnym sztyletem. w końcu wyjął niewielkie serduszko, które wciąż pulsowało. Wepchnął je do ust rycerza, mówiąc:
~ Przez niewinną krew ~
Dwaj bracia spojżeli razem na najniższego. Wzrok był wyczekujący. - Ha ! cała chwała dla mnie - pomyślał najniższy, i zarazem najmłodszy z braci. W końcu rzekł:
~ Wzywamy Cię Belizariuszu, mistrzu legionów piekielnych. Ty, którego upokożono, wróć by ukarać swych wrogów. I pokaż całemu światu swoją potęgę. ~

Enzo Tintranel tylko patrzył na to wszystko ze strachem. Życie ulatywało z niego bardzo powoli. Przez co miał okazję być świadkiem tego horroru. Z ciała nowego dowódcy wystrzeliły dziesiątki... setki a może nawet tysiące duchów. Każdy był inny. Jedne przypominały zwierzęta, inne demony, a jeszcze inne anioły. Były też duchy przypominające zwykłych ludzi, tyle że jedne płonęły, z innych leciała woda, obok jeszcze innych trzaskały błyskawice. Wszytkie duchy rozlatywały się na różne strony, szukając żywych istot. Gdy tylko jakiś odnalazł takową. Wlatywał do niej, by po chwili wylecieć. Jednak zawsze zostawiały w ofiarach drobną aurę. Duchowe istoty były tak szybkie że w oka mgnieniu były już poza zasięgiem wzroku. Część biegła, część latała. Ale to już nie obchodziło Enza, jego świadomość powoli zamierała. Z satysfakcją jedynie zauważył że jego bracia są równie oszołomieni zdarzeniem jak on i wszyscy dookoła. To wszystko trwało okolo pięciu minut. Później wszystkie duchy wróciły z błyskawiczną predkością. Wróciły do ciała rycerza... gdyż właśnie miał przybyć ten, którego wezwali bracia zakonni. Gdy do ciała jasnowłosego rycerza wleciał ostatni duch, jego oczy zapłonęły piekielnym ogniem. W jego ciele zaszła straszna przemiana. Na głowie wyrosły potworne rogi, ręce przekształciły się w szpony. Zbroja, i wszystko co miał na sobie, stało się czarne jak noc. Przełknął serce, które bylo w jego ustach, i w końcu przemówił:
~ Dobrze się spisaliście, czeka was za to nagroda. Szkoda tylko waszego brata, mógł być dobrym sługą. ~ głos, z pewnością nie należał do rycerza. To wezwany Belizariusz zagościł w umierającym ciele, i przemawiał.
Jednak Enza to już nie obchodziło, zapadł w ciemność.... i w sumie dobrze. Nie usłyszał jak Belizariusz mówi swoim sługom, o tym że w tym momencie na świecie takich rytułałów odbyły się setki. I że wzywane były różne siły, tak samo diabelskie jak i anielskie. I że na świat dostały się duchy... duchy piekielne, boskie, duchy bestii, żywiołów i wielu innych rzeczy. I to te duchy przyniosły na świat potężną siłę, magię. Która odmieni świat.
 
Awatar użytkownika
Elvin
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 655
Rejestracja: ndz sie 21, 2005 6:45 pm

śr paź 05, 2005 11:01 pm

Deven i David

Deven
Tego zupełnie się nie spodziewałaś, osoba siedzaca pod ścianą wcale nie była trupem. Tajemnicza postać nagle wyszarpnęła rekę w twoją stronę, wyrzucając zakrzywione ostrze. Nóż szybko osiągnął cel. Zobaczłaś tylko rękojeść wystającą z twojej piersi. Chwile potem poczułaś że siły Cię opuszczają, i zapadła ciemność.

David
Gdy Deven padła raniona, zabójca rozpłynął się w powietrzu, zostawiając Cię w tym mrocznym miejscu. Na próżno wsłuchiwałeś się w ciszę, chcąc usłyszeć jakikolwiek szmer wskazujący na położenie drania. Najwyraźniej już go tu nie było, teraz twoja uwaga skoncentrowała się na leżącej u twoich stóp Deven. Musiałeś coś szybko zrobić, nie mogłeś dopuścić do tego by się wykrwawiła, nie mogłeś jej stracić...

Deven proszę o niepostowanie i kontakt na priv. :wink:

Loki Santino Tattagia
Przybyłeś do Londynu, tutaj miałeś wykonać zadanie, wiedziałeś że twój ojciec liczy na Ciebie. Jednak pewnego wieczoru odwiedził Cię tajemniczy człowiek z listem, list był zapieczętowany, na pieczęci widniał herb twojego ojca. W liście znalazła się ważna informacja. Twój ojciec zmienił nieco charakter twojego pobytu w Angli, kazał Ci dołączyć do grupy poszukujących ksiąg opisujących nowy rodzaj magii. Grupa do której miałeś jakoś dołączyć działała z ramienia Korony, musiałeś się do nich wkupić, by dotrzeć na dwór, gdzie będziesz mógł wykonać zadanie. Wyruszyłeś do hrabstwa ktorego nazwy nie pamiętasz, podróż trwała długo, ale w końcu dotarłeś do wsi, nieopodal ktorej znajdowała się posiadłość z wieżą, a tam miały znajdować się księgi magiczne. Cała wieś była dziwna, jej mieszkańcy nic nie pamiętali, podobnie jak i ty. Jakby dla nich czas zatrzymał się w miejscu. Chciałeś już wyruszyć do posiadłości Arcymaga, jednak nastawał wieczór, więc wykupiłeś pokój w gospodzie. W której o dziwo siedziało kilka osób. Trzech tajemniczych osobników w mnisich szatach, co Cię zdziwiło, zakonnicy kościelni w Angli ? Rzucił Ci się także w oczy mężczyzna w błękitnych szatach, najprawdopodobniej mistrz sztuk tajemnych. A także dość głośna banda, której najwyraźniej przewodziła hałaśliwa kobiera odziana w czarne szaty. W tym momencie pomyślałeś, czy nie warto by było znaleść sobie jakieś wsparcie, na wypadek komplikacji z grupą do której chciałeś dołączyć.

Bartolomew Hohenheim
Długo zbierałeś informacje, bardzo długo. Pomagali Ci twoi zwierzęcy towarzysze. By się zemścić musiałeś być blisko tych, którzy Cię zranili, a nie ma na to lepszego sposobu niż do nich dołączyć. Dowiedziałeś się o ważnej wyprawie, bardzo ważnej dla Korony. Więc wyruszyłeś do dzikich lasów Angli, do wieży arcymaga Nelofona. Gdy tylko przybyłeś do wsi leżącej pod górą na której się znajdowała wieża, odrazu spostrzegłeś iż coś jest nie tak. Mimo że ktoś Ci mowił nazwę tej wsi nie pamiętałeś jej, nie pamiętałeś jaki jest rok, a co gorsza byłeś tego zapomnienia świadom. Również mieszkańcy nie pamiętali tego typu rzeczy.
Nastał wieczór, a ty siedziałeś przy kominku w gospodzie, miałeś z rana wyruszyć do wieży by jakoś dołączyć do grupy poszukującej jakiegoś woluminu....

Harald Bjornson
Twoje życie w lasach Walii było bardzo spokojne, aż do czasu wizji. doznałeś objawienia w którym ujżałeś grotę z zielonego kryształu. Wiedziałeś że musisz tam się udać. Po kilku tygodniach odnalazłeś to miejsce. Nie miałeś czasu podziwiać tego tworu natury, w środku jaskini spotkałeś wilka, którego ciało składało się z kryształów. To była właśnie manifestacja wyroczni natury. Wyrocznia powiedziała Ci straszne rzeczy. Wszystkie lasy spłoną, jeśli Anglia przegra wojnę. A ty zostałeś wybrany, jako udział matki natury w tej wojnie. Wilk opowiedział Ci o osobach które mają odmienić losy wojny. Potem wszystko zniknęło.
Następnego dnia dotarłeś do wioski, o której mówiła Ci wyrocznia. Jednak się spóźniłeś, osoby ktore miałeś odnaleść juz wyruszyły do ruin posiadłości Nelofona, Arcymaga Cieni. Postanowiłeś wyruszyć z rana, na noc zatrzymałeś się w gospodzie w której było wyjątkowo tłoczno tego wieczora. Zastanawiało Cię co tyle podróżników robi w tej zapomnianej wiosce. Jednak ostrożności nigdy za wiele, należy wybadać, czy nie są oni przypadkiem zagrożeniem dla osób z którymi masz się spotkać. Twoją uwagę odrazu przykuło dwóch mężczyzn, mimo iż siedzieli kawałek od siebie, jeden ubrany w ciemny, elegancki strój, drugi zaś był magiem w błękitnych szatach. W tym magu wyczułeś coś znajomego, on też posiadał jakąś więź z naturą....

Jonatan MacPherson
Minął kolejny ciężki dzień, ponownie z rana wyruszyłeś w poszukiwaniu pracy, i ponownie jej nie znalazłeś. Ponieważ nastawał wieczór, postanowiłeś wrócić do gospody by odpocząc, a jutro kontynuować poszukiwania stałego zajęcia. Jednak ten wieczór był inny, czułeś że dzieje się coś dziwnego.... a wszystko zczęło się w momencie gdy wszedłeś do gospody. Odrazu rzuciła Ci się w oczy grobowa atmosfera w pomieszczeniu, nie było pijanych mężczyzny, rozchichotanych kobiet do towarzystwa, nawet grajek tej gospody siedział w zadumie. Ty jednak nie zwracając uwagi na tą dziwną sytuację podszedłeś do karczmarza i poprosiłeś o coś ciepłego do jedzenia. W odpowiedzi na to jego córka obdażyła Cię wrogim spojżeniem, a osoba siedząca koło Ciebie syknęła Ci do ucha
- No wiesz, jego żona dziś zmarła, znaleziono ją dziś w jednym z pokoi, ktoś pobił ją na śmierć... - szepnęła tajemnicza osoba, i zanim zdołałeś się jeszcze o coś zapytać, zebrała swoje rzeczy i wyszła. W tym czasie przyszedł karczmarz, był blady, miał załzawione oczy. Niewiedzieć czemu nie byłeś pewien jego smutku, jakbyś czuł, że coś jest nie tak. On jednak niezwracając uwagi na Ciebie, rzucił Ci tależ z pieczenią. I właśnie w tym momencie poczułeś dziwny zawrót w głowie, a twój wzrok widział więcej niż inni, dostrzegłeś biały obłok formujący się za osobą karczmarza. Teraz byłeś już pewien, że jest tu ktoś kogo nie widać, ktoś kto nie może zostać dostrzeżony, ale kogo ty możesz zobaczyć.

Henrik Arlaband
Długo namieżałeś swój cel, aż w końcu nadażyła się okazja. Zamordowano żonę właściciela jednej z większych gospód w mieście. Łatwo można było usunąć cel, i zwalić winę na seryjnego mordercę. A więc usunąłeś cel, o dziwo udało Ci się to zrobić cicho i niezauważenie.... a jednak, gdy opuszczałeś miejsce zbrodni pojawiło się nagle dwóch czarodzieji odzianych w fioletowe szaty ~ Gwardia Królewska ~ - pomyślałeś z niepokojem. Zostałeś unieruchomiony i najwyraźniej uśpiony. Następne co pamiętasz to to że obudzłeś się w zimnej celi, byłeś zupełnie sam, o dziwo nie odebrano Ci nic z ekwipunku. Siedzialeś tak dobry kwadrans, aż w drzwiach do celi pojawiła się wysoka postać w czarnej szacie z porcelanową maską na twarzy. Gdy postać przemówiła zdawało Ci się że mówi do ciebie cały chór.
- Witaj - rzekła tajemnicza postać głosem, który wyrazał jedynie obojętność. Osoba która do ciebie przemawiała obracała w palcach coś, co rozpoznałeś jako różę, czarną różę. - Ciężkie masz przewinienie wobec Korony - kontunuowała po czym ściszyła głos - Ale możesz uratować życie....... możemy się dogadać.
Ty zaś siedziałeś zafascynowany tą istotą, nie byłeś w stanie nic zrobić, chcałeś tylko jej słuchać. Dopiero z tego dziwnego stanu wytrącił Cię głos twojego przyjaciela:
~ Ostrożnie ~ - w jego głosie słyszałeś lęk. Bardzo Cię to zaskoczyło.. więc on też odczuwa strach ....

Tombe d'Lirant
Siedziałeś spokojnie w swojej pracowni, badając kolejną książkę dotyczącą swojego zadania. Jednak drzewo potomków Jakuba zostało pomieszane, nie byłeś w stanie ustalić tożsamości potomka którego miałeś odnaleść i chronić. Byłeś bliski załamania gdy dotarł do ciebie kruk z listem od zwierzchników. Wskazali Ci oni trop mało pewny, ale lepszy taki niż żaden. Jakaś wyrocznia stwierdziła że odnajdziesz niebawem potomka, i że jego imię rozpoczyna się na literę ,,D", a także że jest mocno związany z Koroną. To musiał być jakiś szczęśliwy traf, ponieważ dowiedziałeś się od swoich informatorów, iż organizowana jest wyprawa tropem wysłanników królowej, i imię przywódcy zaczyna się na D... ten trop wart był sprawdzenia. Zainteresowani wyprawą mają przybyć dziś w nocy pod szubienicę na "Rynku Egzekucji". Poczekałeś do wieczora. W końcu nadszedł czas, miałeś wiele wątpliwości co do tego tropu, musiałeś jednak zdecydować czy nim podążyć..

Bastian Herebe
Jednak chęć podróżowania była silniejsza, opuściłeś zamek rodziców i wuruszyłeś do londynu. Tam grałeś, poznawałeś nowe utwory w najsławniejszej z Angielskich szkół dla muzyków. Jednak i to szybko Cię nudziło. Potrzebowałeś czegoś ciekawego, unikatowego, dramatycznego, niebezpiecznego, bohaterskiego.... potrzebowaleś przygody. I nie musiałeś jej szukać, dziwnym trafem to ona odnalazła Ciebie. Gdy wieczorem wróciłeś do swojego miejsca zamieszkania, na stoliku czekał na ciebie list, jego treść była niezwykle interesująca:
~ Szukasz sławy większej niż masz ? Większego majątku ? Jeśli wyruszysz na tę wyprawę zdobędziesz to i wiele innych rzeczy. Może zmienisz przebieg wojny ? Chcesz być tym, który będzie tworzył na bierząco pieśni o podstępach na dworze królewskim ? Przytym możesz oddać przysługę Koronie. Przybądź na zebranie osób chętnych do tej wyprawy pod szubienicę na Rynku Skazańców, dokładnie o północy ~

Treść listu była dość zwariowana i nieprawdopodobna, ale cóż miałeś do stracenia ? List Cię zaintrygował, głównie dla tego że zamiast podpisu była pieczęć przypominająca herb jednego z Arcymagów Koronnych... tylko nie byłeś w stanie ustalić którego....

Xav'rilin
Mały demon ruszył na spotkanie z demonologiem, nie lubił robić za posłańca, ale sprzeciwienie się władcy oznaczało tyle co wyrok na siebie samego. W końcu wydostał się z piekieł i zmaterializował się w gabinecie starucha. Zann zasnął przy biurku.
- Co za muł, zupełnie nieodpowiedzialny - syknął mały imp podlatując do śpiącego starca. Nie chciał jednak budzić starucha, bo ten umiał spętać demona tak, że żaden mieszkaniec piekieł, za wyjątkiem mistrzów diabelskich, nie mógł mu się oprzeć. Imp odnalazł pergamin i napisał wiadomość:

~ Wiadomość do Ciebie, o najplugawszy z plugawych, o Gwiazdo Śmierci oświecająca nędznych śmiertelników, mój pan, czyli też twój pan, Ten którego imienia boi się wymienić pół piekła, uprzejmie prosił - tu szponiasta ręka Xav'rilina zadrżała - byś dołączył do grupy straceńców, którzy mają ''ratować koronę'', gdy do nich dołączysz, zostaną Ci przekazane dalsze instrukcje. Mają się oni spotkać dziś o północy koło jakiejś szubienicy na jakimś rynku, będziesz wiedział o co chodzi. Nasz pan kazał też przekazać że w otchłani wiąże się jakiś spisek, i może dossamy się do władzy, wtedy nas chojnie wynagrodzi. W każdym bądź razie, byśmy byli w grupie rządzącej, trzeba zamieszać na tym świecie, i dla tego masz się tam dostać.... więcej niewiem.
Zawsze Plugawy Xav'rilin ~

Demon zostawil list przed śpiącym magiem, nasępnie splótł czar i zniknął. Po chwili Zann się obudził, a obudziło go zaklęcie demona, w szyby gabinetu uderzały setki kruków, wydając przy tym koszmarne dźwięki, które mogłyby obudzić umarłego.

Zann
Ptworny huk zbudził Cię ze snu, gdy doszedłeś do siebie pierwsze co zauważyłeś to list, list którego wcześniej nie było. Odrazu poznałeś że był pisany ręką Xav'a, przeklnałeś czarta za tą pobudkę, i zagłębiłeś się w czytaniu listu.

(oby) Miłej gry :wink:
 
Ymir__
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 396
Rejestracja: czw wrz 09, 2004 8:15 pm

czw paź 06, 2005 6:55 pm

Bastian Herebe

Tak d³ugo jak wojna toczy³a siê z dala od Bastiana to go nie interesowa³a. Pie¶ni o dworach królewskich pisa³ i tak. Oddawanie przys³ugi Koronie go nie poci±ga³o. Gdyby nie nietypowy nadawca to Bastian zapewne zapomnia³ by o li¶cie tu¿ po przeczytaniu. Jednak¿e w takich okoliczno¶ciach sprawa przedstawia³a siê nieco inaczej.
Ruszy³ na Rynek Skazañców jeszcze na kilka godzin przed spotkaniem. Jako ¿e nie mia³ zamiaru staæ ca³y wieczór pod szubienic± uda³ siê do pobliskiej karczmy.

Drzwi do karczmy otworzy³y siê i do ¶rodka wszed³ szczup³y mê¿czyzna. Ubrany w by³ w strój podró¿nika, jednak ju¿ na pierwszy rzut oka widaæ by³o, ¿e w³a¶ciciel ubrania dba zarówno o siebie jak i strój. Mia³ na sobie wysokie czarne buty, br±zowe spodnie, i skórznie w tym samym kolorze. Na to narzucon± mia³ czarn± kurtê. Na g³owie mia³ kapelusz z szerokim rondem, który nie udolnie próbowa³ rzuciæ cieñ na blask z³otych oczu mê¿czyzny. Przez plecy przerzucony mia³ skórzany worek. Przy pasie by³a wyj±tkowo piêkna sciavona.
Mê¿czyzna skierowa³ prosto do szynkwasu i ¶ciszonym g³osem odby³ krótk± rozmowê z w³a¶cicielem lokalu.
Bastian odebra³ butelkê bu³garskiego wina zrobi³ kilka kroków w stronê ¶rodka sali, rozejrza³ siê i ruszy³ w stronê lepiej urz±dzonej czê¶ci sali, w której przebywali szlachcice i bogacze. Zasiad³ przy ma³ym stolik i postawi³ przed sob± butelkê. Jednak otwieraæ wino rozwi±za³ rzemyk wi±¿±cy worek, który Bastian nosi³ na plecach. Z worka wyj±³ piêkn± mandolinê. Szybko sprawdzi³ czy instrument jest dobrze nastrojony (jak zwykle by³) i zacz±³ graæ. Na pocz±tku zagra³ ciekaw± kompozycje charakteryzuj±c± siê zmianami tempa i nastroju. Gdy gra³, wiêkszo¶æ ludzi przesta³a rozmawiaæ i zaczê³a siê przys³uchiwaæ. Podziwiali nie tylko melodiê ale tak¿e sposób gry. Gdy po paru minutach aasimar przerwa³, ludzie zaczêli biæ brawa. Mê¿czyzna odkorkowa³ wino, upi³ do¶æ sporo i powróci³ do gry. Gdy zakoñczy³, spakowa³ instrument z powrotem do worka, wzi±³ wino i ruszy³ do pokoju, który s³u¿ba zd±¿y³a ju¿ dla niego przygotowaæ.
 
LightFencer
Częsty bywalec
Częsty bywalec
Posty: 169
Rejestracja: pt lis 11, 2005 8:31 pm

czw paź 06, 2005 9:24 pm

Jonatan MacPherson
- Czy to zabiło jego żonę? A może to kolejna zjawa? Muszę... Nie zdążę, to może już go zabić... A może to właściwie nie istnieje? - Te wszystkie myśli i wiele innych, wdarły się nagle, jak magia na świat, do pustki w umyśle Jonatana, która nastała po zawrocie głowy.
- Znowu... Boże, czemu to ja? Myśl, myśl Jon. - Myśli same napływały uporczywie. Czarne długie włosy, które zwykle sięgały mu do łopatek miał zaczesane w koński ogon, lecz jak zwykle niestarannie i parę niesfornych kosmyków opadało mu na twarz o ostrych, sokolich rysach, która przybrała kamienny, siny jak zwykle wyraz. W jego ciemno niebieskich oczach widać było pełne skupienie, ale także rozterkę, która w nim panowała. Odruchowo, w oka mgnieniu złapał chudą, choć silną dłonią, którą teraz owinientą miał tkaniną, lekko szkarłatną od krwi, za rękojeść pięknego miecza. Na czoło wstąpiły mu momentalnie malutkie, ledwo zauważalne krople potu, sam nie wiedział czy to przez rękę czy przez emocje. Zadecydował już w pewnym momencie, że zaatakuje, ale w myśli wdarł mu się obraz dziesięciu strażników prowadzących go przed sąd. Nagle poczuł w ustach coś gorzkiego, musiał przegryźć sobie wargę.
- Uspokój się, tam niczego nie ma. - Powiedział pod nosem, po czym spojrzał jeszcze raz na to coś, i drżącą ręką wziął misę z jedzeniem. Zdał sobie sprawę, że nadal trzyma rękę na mieczu i że nawet lekko wysunął ostrze, schował je szybko i odszedł od kontuaru. Usiadł przy jednym ze wspólnych stołów, i choć czuł, że jest bardzo głodny, to przez wycieńczenie i nerwy nie mógł wmusić w siebie więcej niż parę kęsów.
- Nienawidzę tego cholernego mrozu! - Przeklął poniekąd sam siebie w myślach. Dopiął jeszcze skórzany kaftan i zaczął nerwowo rozglądać się po karczmie. Przez myśl przeszło mu, że mógłby zbadać sprawę pobicia, ale na to nie miał już siły. Był zbyt zmęczony.
 
Garret Jorinson
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 314
Rejestracja: pn kwie 05, 2004 8:23 pm

czw paź 06, 2005 10:29 pm

Bartolomew Hohenheim

~ Dziwne miejsce... Jak siê ono w ogóle nazywa? ~
Oto co w tej chwili zawraca³o g³owê Bartowi. Odk±d od trzydziestu lat chodzi po tej ziemi, wiele widzia³, lecz nigdy nie czu³ sie tak nienaturalnie w jednym miejscu. Kompletne odludzie- jako druid lubi³ takie osady, lecz nie takie jak ta- co to, to nie.
~ I w dodatku ludzie jacy¶ tacy dziwni... ~
Liczy³, ¿e bêdzie móg³ szybko wyrównaæ porachunki z Koron±. Dlatego na³o¿y³ na siebie swoje najlepsze szaty w swym ulubionym, niebieskim kolorze. P³aszcz naturalnie te¿ wzi±³, ale tutaj nie widzia³ powodu dla którego mia³by ukrywaæ to¿samo¶æ. Powoli nawet zastanawia³ siê, czy rzeczywi¶cie jest tym, kim jest...
~ Ciekawe co te¿ ten ca³y Nela...Nele...Nelof... Nelofon... Co takiego ma? W sumie nie jest mi to obecnie potrzebne, chocia¿ kto wie jak bardzo mo¿e siê przydaæ Koronie... ~
Genasi my¶la³ nad tym wszystkim jaki¶ czas przy kubku wina, po czym odezwa³ siê:
-Karczmarzu, macie tu w pobli¿u jaki¶ strumieñ albo.... staw?- zapyta³ z lekk± przerw± jak gdyby przypominaj±c sobie s³owa.
-Nie- odpowiedzia³ ober¿ysta.

~ Nie ma to jak przyjazne otoczenie... Skup siê na ojcu, na zem¶cie... ~
 
Awatar użytkownika
Urko
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 896
Rejestracja: śr sty 07, 2004 2:53 pm

sob paź 08, 2005 9:18 pm

Harald Bjornson

Odziany w zwierzęce skóry jegomość wkroczył pewnym krokiem do karczmy, nie zaprzątając sobie głowy rozglądaniem się po pozostałych gościach. Ściągnął z pleców ciężki płaszcz, odsłaniając twarz, o szerokich kościach policzkowych, dużym, płaskim nosie i rudych warkoczach, w które została zapleciona broda. Oczy, błękitne i zmrużone, od razu skierowały się na wolny stolik. Mężczyzna przeciągnął się, prężąc potężną muskulaturę i opadł na krzesło, podpierając się jednym łokciem o oparcie. Z głośnym świstem wciągnął powietrze przez nozdrza.
-Smród miasta. Obyś szczezł. - mruknął z pogardą, marszcząc nos i brwi w obrzydzeniu.

-Karczmarz! - huknął głośno, waląc ciężką ręką w stół. -Przynieś no mnie tutaj natychmiast wrzątku i spirytu. - Po złożeniu zamówienia Harald utkwił wzrok w blacie stołu, przyglądając się fakturze drewna, z którego był wykonany. Kiedyś był to mocny, piękny dąb. A teraz został zredukowany do odrapanego, zniszczonego mebla w siedzisku Miasta. Brodacz zacisnął szczękę, tak, że ścięgna mocno zaznaczyły się na policzku.

Wtem poczuł, że w karczmie jest ktoś mu podobny. Ktoś, to chociaż w małym stopniu ukochał Naturę. Harald wzrokiem odszukał tego mężczyznę. Człowiek w niebieskiej szacie. Postanowił go obserwować. Jakoś musiał zabić czas...
 
Awatar użytkownika
Demoon
Wyróżniony
Wyróżniony
Posty: 1295
Rejestracja: sob sty 29, 2005 4:34 pm

ndz paź 09, 2005 3:06 pm

Shandehezzad Zann

Po przeczytaniu listu dziadu by³ jeszcze bardziej niespokojny ni¿ po pobudce. Podró¿owaæ z lud¼mi? Wyrwaæ siê z laboratorium i udawaæ chronienie korony? To wiele.. ale nie zbyt wiele. Na poprawê humoru starzec postanowi³ poprzysi±c zemstê na impie za tak± pobudkê. Nakre¶li³ w powietrzu palcami s³owa: "Marny twój los. Zann". Dziwnym by³o to, ¿e w miejscu w którym pojawi³ siê jego palec tworzy³a siê ma³a mgie³ka. Gdy mg³a zaczê³a przypominaæ zdanie, Zann dmuchn±³. Chmura rozwia³a siê, a sêdziwy demoniczny jegomo¶æ u¶miechn±³ siê, gdy w my¶lach us³ysza³ jêk Xav'rillina.
Shandeshezzad Zann by³ albo czym¶ na kszta³t cz³owieka, który powinien umrzeæ ze staro¶ci ju¿ dekadê temu, albo nadnaturalnym bytem. Ca³e jego cia³o zdawa³o siê byæ martwe; obwis³a, szara skóra, zmêczona i pocharatana twarz, wysuszone usta.. chodzi³ tak¿e powoli i ociê¿ale. Zaiste, zdawa³ siê ju¿ prze¿yæ ¶mieræ. Wspiera³ siê na lasce wykonanej z jakiego¶ dziwnego drzewa; ca³a by³a poskrêcana, ale trzyma³a siê zanadto dobrze. W wygl±dzie starca jedna rzecz by³a dziwna - wprawny obserwator móg³ dostrzec niezbyt du¿e, czarne wypustki na czole Zanna. By³y to rogi, którymi zosta³ on obdarzony przez swoj± demoniczn± naturê. Na dodatek z regu³y starzec ¶mierdzia³ siark±, jak gdyby jego kontakty z przybyszami z Otch³ani i mu zapewni³y czê¶æ ich cech.
Nieliczni tylko wiedzieli o nadnaturalno¶ciach Zanna. Dobrze ukrywa³ rogi. ¦miesznym jest to, ¿e za pomoc± magii, która tak¿e by³a szczêtnie kamuflowana. Dziadek rzadko kiedy opuszcza³ swoje tajemne laboratorium w którym komunikowa³ siê z istotami o których tyle wiedzia³ - z demonami.

Zann powolnym ruchem podniós³ siê z fotela i obejrza³ siê w oko³o. Nie zauwa¿y³ niczego, co mog³oby przykuæ jego uwagê, wiêc chwilkê po tym przywo³a³ kilkoma demonicznymi sylabami swojego chowañca o imieniu Dellar'sanawasq. By³ to Quasit, jedna z pierwszych demonicznych istot jakie przyzwa³. Nastêpnie wypowiedzia³ kolejnych kilka sylab w dziwnym jêzyku, a wszystkie szuflady i szafki w gabinecie siê zamknê³y. Starzec wyszed³ z laboratorium, nastêpnie ze swej posêpnej kamienicy. Niedaleko ma³a, ciemna sylwetka quasita wzbi³a siê w powietrze i z daleka strzeg³a swojego pana.

Po doj¶ciu na miejsce spostrzeg³, i¿ nikogo oprócz wisz±cego w powietrzu, wysoko, Quasita tu nie ma. U¶miechn±³ siê - nie mia³ zamiaru z nikim rozmawiaæ, przynajmniej nie teraz. Dostrzeg³ karczmê, w której najwyra¼niej trwa³a jaka¶ zabawa. Rozgl±dn±³ siê, po czym dotkn±³ kciukiem i palcem wskazuj±cym prawej rêki swych rogów i wypowiedzia³ s³owo w abysalnym jêzyku. Rogi znik³y. Starzec usiad³ na kamiennym murze, znowu udaj±c pozbawionego samodzielno¶ci mêdrca. Schyli³ g³owê i powiedzia³ co¶ jeszcze. Quasit odlecia³.
 
Awatar użytkownika
Kejmur
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1684
Rejestracja: wt cze 15, 2004 4:35 pm

ndz paź 09, 2005 6:40 pm

David Lynch

Mimo ciągłej czujności, nie zdążył zareagować na szybkie cięcie napastnika, który świetnie udawał martwego. W pierwszej chwili poczuł gniew, ale gdy ujrzał ukochaną osobę w tym stanie natychmiast się zwrócił w jej stronę. Wypowiedział inkantację, licząc na jakikolwiek trop. Po tym spojrzał na stan Deven, a ten nie prezentował się zbyt dobrze - nóż idealnie trafił w środek piersi, a Deven była nieprzytomna. Nie wachając się ani chwili, wyjął z plecaka miksturę. Tą jeszcze z czasów kapłańskich. Nie wiedział czemu, ale w tym momencie zaufał przeszłości. Przeszłości, która minęła spory kawałek czasu temu. Tyle się zmieniło. Przygoda, miłość, cierpienie... Jednak niczego nie żałuję. Mimo zmiany frontu jest zadowolony z tego. Otwierając butelkę, rzekł:

- Trzymaj się, dasz radę. Nie mogę cię stracić. Zbyt cię kocham...

Korek potoczył się po podłodze, a butelkę postawił na podłodze. Teraz nie mógł się rozproszyć. Sytuacja nie była wesoła, a każdy błąd mógł się zakończyć tragedią. Chwycił ostrze i szybko je pociągnął. Po tym natychmiast chwycił eliksir i powoli rozlewał po miejscu, gdzie była rana. Jeszcze kojarzył nauki kapłańskie, że nieprzytomnej osobie lepiej nie wlewać mikstury do ust, gdyż można ją udusić. Uśmiechnął się ironicznie - przeszłość, od której się odgrodził potrafiła go nawiedzać w najmniej spodziewanych momentach. Raz pozytywnie, a raz negatywnie. Szkoda, że częściej negatywnie. Zostawiając gdzieś mniej więcej ćwiartkę płynu, jak się zbudzi, by wypiła resztę. W tym momencie mógł tylko czekać...
 
Awatar użytkownika
Urko
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 896
Rejestracja: śr sty 07, 2004 2:53 pm

ndz paź 09, 2005 10:38 pm

Harald Bjornson

Kiedy karczmarz w końcu przyniósł dwa kubki, z czego w jednym parował wrzątek, Harald podziękował mu skinieniem głowy i dwoma miedzianymi pieniążkami, bitymi w Norwegii. Do parującego kubka wsypał dwie wyciągnięte z sakiewki garście ziół. Powietrze wokół niego momentalnie wypełniło się ich zapachem, na co twarz mężczyzny wyraźnie się rozluźniła. Kubek spirytusu, wypełniony w trzech czwartych Harald podniósł do ust, upijając solidny łyk i krzywiąc się przy tym. Teraz alkohol wypełniał niewiele ponad połowę naczynia i jego posiadacz przelał cały ziołowy wywar do pojemnika ze spirytusem. Pusty kubek zostawił na stoliku, a w ręku dzierżąc coraz mniej parujący napar wstał i ruszył w stronę mężczyzny, od którego czuł moc Natury. Bez pytania dosiadł się do niego, stawiając obok siebie pachnący ziołami kubek.
-Jestem Harald Bjornson i coś czuja, że mamy wspólne poglądy na to otoczenie. Jestem sługą Natury, jak ty. Co robisz w tym gnieździe smrodu, jak można wiedzieć? - zagadnął gardłowym głosem Harald mężczyznę w niebieskiej szacie, upijając łyk pachnącego napitku i mrużąc przy tym z lubością oczy.
 
Garret Jorinson
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 314
Rejestracja: pn kwie 05, 2004 8:23 pm

pn paź 10, 2005 8:23 pm

Bartolomew Hohenheim

~ Co to za go¶æ... ~ pomy¶la³ Bartolomew, patrz±c w oczy temu, który przedstawi³ siê jako Harald. Po chwili spojrza³ siê na swój kubek wina, zas³aniaj±c bliznê na lewym policzku. ¦ci±gn±³ szate, dok³adnie zas³aniaj±c swoje ramiona, po czym odezwa³ siê
-Nazywam siê... Python. Erbert Python. Staram sie spotkaæ z tutejszym lordem ziemskim Mel... Neolo... Nelofonem bodaj¿e. Wybacz, ale jako¶ dziwnie sie czujê. Zapomnia³em nawet jak sie ta osadka nazywa.
~ Zwierzêce skóry, butny, ha³a¶liwy, ale otwarty... ale bo to jednego g³upiego druida na s³u¿bie Korony widzia³? ~
-Sk±d tak w³a¶ciwie przybywasz, przyjacielu? Ja pochodzê z puszczy Haselnot, na po³udniowym wschodzie Walii, blisko Kor...
W pewnym momencie zda³ sobie sprawê, ¿e w tawernie znajduje siê bardzo potê¿na si³a.
Magiczna si³a.
Uderzy³a w niego ca³kiem niespodziewanie. Bart rozejrza³ siê po karczmie i stara³ sie zlokalizowaæ jej ¼ród³o. Odnalaz³ j± w pewnej m³odej, czarnow³osej z gdzieniegdzie pojawiaj±cymi sie czerwonymi kosmykami kobiecie. Bia³a szata, przykryta czarnym napier¶nikiem, do¶æ dobrze wspó³gra³a z dobrotliw± magi±, jak± Bart wykry³. Siedza³a na drugim koñcu pomieszczenia, otoczona kilkoma dziwnymi osobnikami.
~ Oby ta jej dobrotliwa moc nie stanê³a mi na drodze ~
-S³uchaj... Harald. Wiesz mo¿e cos o tej bia³ej damie, siedz±cej, o tam?- odezwa³ sie ponownie, wskazuj±c palcem na intryguj±c± kobietê.
 
Loozak
Częsty bywalec
Częsty bywalec
Posty: 248
Rejestracja: pn mar 28, 2005 9:14 pm

pn paź 10, 2005 8:51 pm

Henrik Arlaband

~Postaram się, Duchu.~ -rzekł do swego towarzysza. ~Powiedz mi tylko, co byłoby najlepsze w tej sytuacji? A z resztą, postaram się to załatwić w jak najlepszy sposób.~

-Cóż... Jestem otwarty na dysputę. -odpowiedział tajemniczemu jegomościowi.
~Tak, zwłaszcza, że jestem przyparty do muru, co w tej sytuacji jest dość dosłowne.~ -pomyślał dość mało optymistycznie młodzieniec.

Henrik z mieszanym uczuciem wstał. Jego szczupła osoba, odziana w ubrania koloru nocy, wydawała się niepozorna. Wręcz nieszkodliwa. Na jego twarzy, wyraźnie zarysowanej przez kości, zagościło zmieszanie i zakłopotanie. Jego błękitno-szare oczy kryjące straszliwą tajemnicę z uwagą śledziły tajemniczego osobnika.
Nagle jego tważ zmieniła się na podobieństwo maski, przestając ukazywać emocje.

Młodzieniec wiedział, że ktokolwiek to jest i cokolwiek chce zaproponować, Duch wesprze go. A przynajmniej miał taką nadzieję.
 
Awatar użytkownika
Urko
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 896
Rejestracja: śr sty 07, 2004 2:53 pm

pn paź 10, 2005 9:35 pm

Harald Bjornson

-Jeg er fra Norge. - mruknął cicho Harald, szczerząc zęby. Widząc, że Python najpewniej nie rozumie norweskiego rozłożył ręcę, jakby chciał ukazać się w całej okazałości.
-Jako widać, jestem z Norwegii. Jeżeli chodzi zasię o jarla Nelofona... - Norweg nastroszył gęste brwi, przyglądając się się Walijczykowi. Coś go zastanowiło. -Wraz z kilkoma ludźmi, którzy mnię wykiwali, miałem udać się w ruiny jegoż posiadłości. Więc całkiem możliwe, że już nie odszukasz Arcymaga Cienia. Ale jak kcesz, to mogę tam z tobą jutro pojechać. Nudno samemu.
Kiedy Erbert przez chwilę rozglądał się po karczmie, Harald znowu napił się swego wywaru, z lubością rozprostowując kości. Przyjemny dla nosa aromat ziół napełnił jego nozdrza, przypominając czasy nauki w śnieżnych lasach Kraju Fiordów...
Ze wspomnień wyrwał go głos nowopoznanego druida, wskazującego na kobietę w białej szacie. Harald splunął pod stół i z pogardą przemówił.
-Kristen. - słowo to powiedział, jakby było najgorszą obelgą, jaką znał. -Krześcijanka pewnie, i to kapłanka. Zaraza pcha się gdzie się ich nie prosi i wmawia ludziom, że Odyna i Thora nie ma, i że wrogów trza oszczędzać. A chodzi im tylko o to, żeby ich, tych, no... zakonów nie ruszać i złota nie rabować. Nie ufam im, a ta kobieta jeszcze bardziej mi siem nie podoba. Forbannet kristen. - skrzywił się, a lewy kącik ust uniósł się, ukazując mocnego, białego kła.
 
Awatar użytkownika
Zsu-Et-Am
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 9825
Rejestracja: sob cze 26, 2004 11:11 pm

wt paź 11, 2005 11:32 pm

Tombe d'Lirant

Gdy Tombe d'Lirant opuszczał aptekę, ponad którą znajdowało się jego dotychczasowe miejsce zamieszkania, dawno już zapadł zmrok. Pogasiwszy wszelkie światła, zamknął w końcu na klucz drzwi do ponurego, ciasnego budynku kamienicy. Niewielkie pomieszczenie pełne było wszelakich fiolek, odważników, proszków, płynów i pigułek, nie brakło tam również bogatego zbioru ziół. Niektóre, te cenniejsze i nie do końca legalne, przechowywane były gdzie indziej, znacznie lepiej zabezpieczone... Alchemik wyszedł na ulicę, chowając jednocześnie klucz do jednej z wewnętrznych kieszeni. Ubrany był dosyć prosto, wygodnie, ale zarazem tak, by nie zwracać na siebie uwagi i nie przyciagać kłopotów.

Poruszając w ciszy ustami, Tombe przemierzał ciemne, wąskie ulice miasta. Dwu i trzypiętrowe, stłoczone ze sobą kamieniczki nachylały się nieco ku ziemi, a nieliczne okna zaledwie minimalnie odbijały światło księżyca i gwiazd. Buty brudziło błoto i walające się po ulicach śmieci, choć starał się omijać co większe sterty. Mimo zupełnych ciemności radził sobie wcale nieźle, dostrzegając - zdawałoby się - wszystko równie sprawnie jak w dzień. Stając na nieco większym, w przybliżeniu kwadratowym, wydeptanym rynku, z pewnym utęsknieniem spojrzał na gwiazdy i chmury kłębiące się na tle granatowo-czarnego nieboskłonu przetykanego świetlistymi punktami i jaśniejszymi smugami. W zamyśleniu powtórzył po cichu fragment Apokalipsy, mówiący o Smoku zmiatającym ogonem trzecia część gwiazd z nieba. Pośpiesznie odpędził natrętną myśl i spróbował skupić się na sprawach bardziej doczesnych.

Środek placu zajmowało drewniane podwyższenie, na którym rozmieszczono szubienice. Na niektórych z nich, skrzypiąc na nocnym, chłodnym wietrze, kołysały się ciała. Poprawiając kaptur płaszcza, osłaniając się przed gwałtowniejszym powiewem, d'Lirant przyśpieszył kroku, kierując się ku wisielcom, ignorując wciąż jeszcze dobiegajace z pobliskiej karczmy odgłosy zabawy...
 
Awatar użytkownika
Elvin
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 655
Rejestracja: ndz sie 21, 2005 6:45 pm

czw paź 13, 2005 9:15 pm

[center:7e0fe49310]Egzekucja de Molaya[/center:7e0fe49310]

18 marca A.D 1314 - Paryż - Cela de Molaya.

Zaraz po torturach Jakub de Molay, ostatni oficjalny Wielki Mistrz zakonu Templariuszy, został zabrany do swojej nowej celi. Dla odmiany ta przypominała naprawde luksusową komnatę. Cały ten przepych utwierdził tylko rycerza w przekonaniu że szykuje się najgorsze. Nie zdążył obejżeć całego pomieszczenia, nim przyszła obsługa, która umyła go, gdyż on sam po torturach, miał sparaliżowane nogi. Kiedy już skończyli obmywanie z krwii, potu i innych substancji z czego większość była elementem tortur, ubrali go w piękne ubrania, których nie powstydziłby się nawet sam król. Gdy tylko skończyli, służący natychmiast opuścili pokój, zostawiając de Molaya samego w fotelu. Rycerz został sam około godziny, rozmyślając nad tym co się stało, i co ma się stać. W tej ciężkiej chwili nawet duch nawiedzający ciało Jakuba nie odzywał się, a warto zauważyć że czasem prowadził konwersacje z zakonnikiem, a tylko naprawde bardzo potężne duchy mogły robić coś podobnego, większość milczała, i tylko przekazywała magię... oczywiście jeśli osoba związana z duchem chciała tylko magii używać. Jakub nie żałował że przyjął dar od ducha, był dzięki niemu potężny, na tyle potężny że mógł ukrywać fakt używania przez templariuszy magii tajemnej bardzo długo. Prosty lud wierzył że ich magia pochodzi od istot boskich, reszta była oszukiwana podstępnymi zaklęciami rady zakonu, a ci którzy nie dawali się oszukać, byli zastraszani.. lub załatwiani na miejscu. Jednak niedawno o wszystkim dowiedział się król Filip, a niebył on osobą którą można by zabić szybko i cicho, zastraszyć też nie bardzo się dało. Pertraktacje też nie wchodziły w gre, gdyż Filip chciał zniszczyć zakon, i teraz miał pretekst by pomógł mu w tym sam papież. Dzięki zniszczeniu templariuszy jako heretyków, Filip Piękny pokazał się w oczach ludu jako obrońca wiary, zaskarbił sobie ufność wszystkich... i nikogo nie obchodzilo że król ma zamiar przy okazji zagarnąć cały dobytek. Nastały ciężkie czasy dla rycerzy zakon, został im wytoczony proces i zostali skazani na śmierć. Wielu zostało potajemnie zamordowanych, część aresztowano, a 55 rycerzom wyznaczono uroczystą egzekucję, jako formalne "zamknięcie" zakonu, a wśród tych 55 zakonników musiał być Wielki Mistrz, czyli de Molay. Jakub pocieszał się jedynie faktem że ani król, ani papież niewiedzą jak bardzo mały odsetek rycerzy poszedł pod miecz. Bardzo wielu uciekło, jeszcze wielu zmieniło tożsamość i zlało się z ludem... jednak cokolwiek by nie zrobili, wciąż działali, tyle że już nie jawnie. Mając tą świadomość rycerz odczuwał bardzo ponurą satysfakcję, a przy tym łatwiej było mu się pogodzić ze śmiercią, która go niewątpliwie czeka. Z tych rozmyślań wyrwał go odgłos otwieranych drzwi, przez które wszedł sam Klemens V, papież był do niedawna bliskim przyjacielem de Molaya. Król kościoła ubrany był w odświętne szaty, białe, zdobione złotem. Podszedł do fotela w którym siedział z dumną miną okaleczony rycerz. Ustawił drugie siedzenie tak, by mód usiąść dokładnie na przeciwko templariusza. Gdy tylko usadowił się wygodnie zanucił coś w tajemnym języku, a jego oczy zapłonęły wewnętrznym blaskiem. Gdy skończył, on i rycerz byli otoczeni czymś na kształt bańki. Jakub spojżał na niego bez zrozumienia, na co Klemens machnął dłonią i rzekł:
- To tylko czar wyciszający, nie chcę by nas ktoś podsłuchał, przyjacielu. - zaczął niepewnie stary już zakonnik.
- Nie mów do mnie tak, "przyjacielu" - syknął Jakub młodym głosem, gdyż pomimo iż miał ponad 60 lat, odmładzał się magią - wydałeś cały mój zakon temu sępowi. I śmiesz nazywać się moim przyjacielem ? - gdyby de Molay mógł się ruszyć, to pewnie udusiłby Klemensa tu i teraz.
- Jakubie, wiesz jakie mamy czasy, wszędzie chowają się heretycy, władza kościoła się uszczupla, nawet ja muszę tańczyć jak mi Filip zagra. Dla mnie, śmierć twoich rycerzy to jedno, ale wystawienie przyjaciela na śmierć to już zupełnie inna sprawa. Chcę Ci pomóc. Wszystko jest zorganizowane. - rzekł szybko papież, nerwowo zacierając ręce - Jeśli chcesz przedstawię Ci mój plan wydostania Cię stąd. - spojżał z nadzieją na rycerza.
- Nie, nie zostawię moich ludzi, tylko dla tego że TY będziesz miał wyrzuty sumienia... z resztą, dobrze Ci tak. Jeśli to wszystko co masz do powiedzenia to dobrze. - tu odwrócił głowę w stronę drzwi, uniósł słabo rękę i wyszeptał pojedyncze słowo, magiczna bańka pękła - Bo filip właśnie nadchodzi - zakończył dokładnie w momencie w którym drzwi ponownie się otworzyły i wszedł sam król. Filip odziany był w srebrny napierśnik, i biały płaszcz. A na jego twarzy zagościł radosny uśmiech. Nie zrażajac się grobową ciszą w pomieszczeniu zapytał szybko, głosem pełnym entuzjazmu:
- To co de Molay ? Gotów na bal ?- na ustach króla zagościł szczery uśmiech.


Sześć godzin później - Plac egzekucyjny w Paryżu:

Na wielkim placu stało kilka stosów z czego wszystkie oprócz jednego juz kończyły się palić, szubienica na której wisiał zastępca Jakuba, cztery szafoty, zakrwawione, obok nich leżały głowy, duże klatki z psami, gdzie głodne bestie kończyły obrzerać ciała i wiele pali z nabitymi na nie rycerzami. Od pięciu godzin trwał ów obrzydliwy "bal" o którym mówił Filip, templariusze byli mordowani długo, boleśnie w grupach po kilku. W końcu z grupy 55 rycerzy został tylko ich przywódca, Jakub de Molay, Wielki Mistrz Zakonu Templariuszy. Był już przywiązany do pala, wokół którego ułożono stos, na którym miał dokonać żywota rycerz. Stos był ustawiony dokładnie na przeciw loży, w kórej zasiadali członkowie najbogatszych rodów, król Filip z rodziną, a także Klemens V wraz z trzema wysokimi rangą zakonnikami, przedstawionymi reszcie jako bracia Tintranel.
W końcu Filip wstał, po czym sam odczytał oskarżenie:
- Jakubie de Molay, zostałeś powołany przed sąd w związku z oskarżeniem o herezję, czy chcesz coś zmienić w swoich zeznaniach ? - zapytał przymilnym tonem Filip.
- Nic co by wpłynęło na wyrok, z resztą, twoja chęć zagarnięcia skarbów zakonu jest silniejsza od całej magii tego świata, więc nie ma rzeczy ktora by teraz mogła cokolwiek zmienić - powiedział z pogardą w głosie mistrz zakonny.
- W takim razie wszystko jasne - Filip rozejżał się po zebranych, by sprawdzić czy żaden nie chce zabrać głosu. Jednak wszyscy milczeli, więc król usiadł i wydał tylko rozkaz - Spalić.
Zza loży wyszło kilku zamaskowanych inkwizytorów, wymówili dziwne inkantacje, po czym stos zapłonął srebrzystym płomieniem. Ów płomień objął cały stos i urósł do wysokości około 3-4 metrów. Wszyscy zgromedzeni zdziwili się, że pomimo ogromnego bólu, który niewątpliwie odczuwał de Molay, którego ciało spalało się w zastraszającym tępie, nie wydał żadnego jęku, tak jakby ogień mu nie przeszkadzał, rycerz był spokojny, miał zamknięte oczy, a jego twarz zdradzała że na czymś się mocno koncentruje. W końcu otworzył oczy, które pełgały błękitną energią. Wtym samym momencie zerwał się mocny wiatr, który sprawił że srebrny ogień "położył się" odsłaniając wszystkim sylwetkę skazańca, by mógł swobodnie przemówić:

~ Odwołuję swoje zeznania, które zostały na mnie wymuszone torturami ~ - krzyknął, a wiatr poniósł jego głos po całym Paryżu, potem zwrócił się do Filipa i Klemensa:
~ Przeklinam was ! Ciebie Klemensie, sędzio niesprawiedliwy, powołuję przed Sąd Boży w 40 dni od dnia dzisiejszego,
a ciebie królu Filipie, równie niesprawiedliwy, w ciągu roku jednego ~ - i te słowa wiatr zabrał ze sobą do każdego, kto chciał ich wysłuchać. Zaś blask oczu Jakuba przygasł, rycerz osunął się, a wiatr, który oddzielił go od płomieni słabł z każdą sekundą. W tym momencie de Molay wypowiedział swoją ostatnią wolę, a raczej wyszeptał, tak cicho że nikt go nie słyszał:
- Filipie, zginiesz z ręki mojego potomka, będziesz ginąć tyle razy, ilu zginęło tu moich ludzi, odczujesz ból, jaki odczuli oni wszyscy... i ja. - moc rycerza-czarownika osłabła na tyle że czuł już prawie żar ognia inkwizycji. - Baphomecie, przekazuję potężnego ducha wiatru, którym mnie obdarowałeś, mojej rodzinie, niech pilnuje on wykonania wielokrotnej egzekucji na Filipie, choćby to miało trwać wieki. - Gdy wypowiedział ostatnie słowa, z jego piersi wyrwał się błękitny obłok, uformowany na kształt pięknej kobiety, duch strzelił wysoko w górę, i zniknął wszystkim z pola zasięgu. Zaś Jakub, pozbawiony mocy, nie mógł juz trzymać płomieni zdala od siebie. Srebrmny ogień uderzył w niego, z taką siłą, że oddał życie w tej samej chwili.

Dwie godziny później - komnaty gościnne braci Tintranel:

- Belizariusz będzie zadowolony, dopilnowaliśmy by wybraniec tego zasmarkanego Baphometa zginął w cierpieniach. - rzekł z dumą najstarszy.
- Sam niewiem, mam pewne wątpliwości -westchnął najmłodszy - ten duch de Molaya mnie zastanawia, a jeśli tajemne moce Baphometa przekazywane są przez tego ducha ?
- Nie jęcz, napewno wszystko zrobiliśmy dobrze - odparł znów najstarszy z braci.
- Ale.. - jęknął najmłodszy ale trzeci, który się nie odzywał dotychczas mu przerwał:
- Zamknijcie swoje diabelskie pyski, ten stary grzyb Klemens idzie, tylko brakuje by nas podsłuchał.

Jakub de Molay spłonął wraz z templariuszami. Życie potoczyło się dalej, klątwa którą rzucił sprawdziła się, Klemens zmarł krótko po egzekucji na poważną chorobę. Filipa zaś spotkał wyznaczony mu los.

18 marca A.D 1315 - Paryż - Komnata Filipa - południe:

Służacy wszedł do komnaty, król był tego dnia roztrzęsiony, zamknął się w jednym pokoju, obawiając się zemsty Mistrza Tempariuszy. Filip był do tego stopnia wystraszony że co chwile coś psuł. Tak więc służący był potrzebny dość często. Tym razem król zbił dwie zabytkowe wazy. Sprzątacz szybko się z nimi uporał, po czym podszedł do wspaniale zdobionego zegara, i przestawil go o około pięć minut w przód, a zrobił to tak, by król nie widział. I wyszedł. Gdy wrócił do swojego pokoju, blask jego oczu zgasł, a sam służący upadł bezwładnie na ziemię.

18 marca A.D 1315 - Paryż - Komnata Filipa - około północy:

Filip klęczał rozmodlony w małej kapliczce ustawionej w komnacie królewskiej. Był wystraszony.
- Klemensa spotkała kara, więc i mnie powinna spotkać... dziś mija rok... - szepnął zduszonym głosem monarcha. - Ale już prawie północ.. może klątwa nie zadziała.. może czary rzucone przez kleryków uchronią mnie... tak uchronią, jestem bezpieczny.... nie umrę... O ! - prawie krzyknął gdy jego zegar pokojowy wybił północ. Wstał i szczęśliwy wybiegł na balkon.
- Francjo ! - wykrzyknął, a jego głos poniósł się po paryżu - Ja żyję ! - Filip znów był tym samym Filipem co zawsze - Ja oszukałem przeznaczen.... - głos uwiązł mu w gardle, przed nim z błękitnej mgły zmaterializował się młody mężczyzna, około dwudziestoletni, ubrany całkowicie na czarno. Uwagę przerażonego króla przykuły oczy przybysza, znał je... błękitna moc tliła się w oczach, które wyrażały jedynie obrzydzenie.
- Nie, nie udało Ci się oszukać przeznaczenia, jego nikt nie może oszukać - syknął młodzienieć. Król chciał krzyczeć, ale napastnik przyłożył mu szybko palec do usta i szepnął dziwne słowo... król co prawda krzyczał, ale żaden głos nie wydobywał się z jego gardła.
- Coś się stało ? - zapytał mężczyzna, chwytając Filipa, gdy ten chciał się wycofać. Potomek de Molaya kopnął króla w brzuch, aż ten się zaczął zwijać na posadzce balkonu. Następnie zerwał z niego wszelkie odzienie i wyciągnął małą pieczęć, przedstawiającą znak templariuszy. Przyłożył ją do ciała Filipa 54 razy, za każdym razem pieczęć pozostawiała wypaloną ranę. Monarcha zwijał się z bólu, ale to nie wystarczyło napastnikowi, ten wyciągnął jeszcze jedną pieczęć ale większą, przedstawiającą symbol templariuszy, tajemny znak czcicieli Baphometa, i herb rodu de Molay. Tą pieczęć odcisnął mocno na policzku Filipa. Następnie podciągnął go do góry, by mógł mu spojżeć w oczy. Zaklęcie uciszenia już mijało i król mógł wyszeptać.
- Niewiem co się stało, północ minęła, juz jestem wolny od klątwy ale błagam, nie zabijaj mnie, oddam co zechcesz. Pieniądze, ziemię, koronę... tylko mnie nie zabijaj... co zechcesz - jęknął żałośnie monarcha.
- To miło z twojej strony, ale jedyne czego pragne to twój zgon - młodzieniec spojżał w oczy ofierze. Wyciągnął z połaci płaszcza sztylet i wbił go z ogromną siłą w gardło władcy. W tym momencie Filip usłyszał dzwony kościelne, dzwoniły w całym mieście. - Północ - pomyślał król i oddał życie.


Deven i David

David
To było straszne. Widać coś zrobiłeś nie tak jak trzeba było. Deven straciła bardzo dużo krwi, gdy krwawienie pod wpływem eliksiru ustało, myślałeś że to już koniec, że będzie dobrze.... ale nie było. Deven lezała coraz bardziej blada. Ogarnęło Cię przerażenie
~ Nie, nie, nie mogę jej stracić ~ myślałeś rozpaczliwie.
Jednak ona już nie oddychała, wszystko na nic, odeszła. Twoje oczy napełniły się łzami, pierwszy raz od tak dawna, teraz załowałeś że poświęciłeś życie Oficjum, zamiast poświęcić je miłości, zamiast poświęcić je Deven.
Jednak to nie koniec nieszczęść. Usłyszałeś jedynie szmer za sobą, gdy się odwróciłeś ujżałeś..... trudno to nazwać inaczej niż strach. Stała przed tobą humanoidalna bestia złożona z cienistej masy, miała duże, ostre jak brzytwa szpony, i parę dziwnych rubinowych oczu. Na swoje nieszczęście spojżałeś w te mroczne ślepia, poczułes zawrót głowy a później zobaczyłeś całe swoje życie, wszystkie najgorsze sceny migotały Ci przed oczyma,a potem..... scena która wydażyła się ledwie kilka sekund temu. Deven raniona nożem padła na ziemię... była taka blada.. była martwa.
W tym momencie zrozumiałeś co stoi przed tobą, miałeś przed oczami strach, on ukazał Ci to czego najbardziej się bałeś..... najbardziej bałeś się stracić ukochaną.....
Mimowolnie zacząłeś krzyczeć, w odpowiedzi na to i potwór krzyczał, a z jego oczu wydobyły się wiązki czerwonej mocy, które Cię przeszyły po kilka razy. Poczułeś kłucia w sercu, jakby wkłuwało się w nie tysiąc strzał, ból był nie do wytrzymania. Osunąłeś się na kolana, a bestia wyszeptała głosem.... identycznym jak Deven.
- Spokojnie, grzecznie, bez walki - szepnął cienisty potwór, patrząc jak padasz koło swojej ukochanej - odejdź z tego świata. - dokończył, gdy bezwładne ciało Davida spoczeło martwe na ziemi.

Deven
Wszystko to widziałeś z ciemności, stałaś obok, ale nie mogłaś się ruszyć. Już raz, w lochach królewskiego pałacu doświadczyłać tego stanu. Wszystko wokół ciebie było rozmazane, twoja sylwetka półprzezroczysta. Teraz ponownie byłaś zdala od swojego ciała, jednak widziałaś jak potwór zabija twojego ukochanego, i nie mogłaś nic na to poradzić, więc niewiele satysfakcji przyspożyło Ci to iż monstrum również upadło na ziemię i zaczeło zwijać się w potwornym bólu i zmieniło się w wijący kłąb ciemnej masy. Nie mogłaś już na to patrzeć, jednak wciąż nie byłaś w stanie się ruszyć. Stałaś tak jeszcze przez kilka sekund. I nagle usłyszałaś głos.... znajomy, z pewnością należał do tej samej osoby lub istoty, tego niewiedziałaś.... widziałaś jednak że ostatnim razem bardzo wam pomógł. W tym samym momencie poczułaś że możesz się ruszać.....
- Odwróć się, nie patrz - powiedział dobrodusznie głos - Postaram się pomóc Ci, najlepiej jak będę mógł. Odwróć się i biegnij, biegnij do wioski, tam w gospodzie znajdziesz pomoc........
Ty zrobiłaś jedyną rozsadną rzecz jaką mogłaś zrobić, odwróciłać się i biegłaś.....

Deven proszę o kontakt na priv.

Am'Sarin
Przeszywał go potworny ból, tak jak przy każdej przemianie. Nie łatwo było mu żyć z tym darem.... przekleństwem, czy jakby to nazwać. Umiejętność przeistoczenia się w czysty strach, potrafiący zabijać, to była rzecz której wielu mogło pragnąć. Sarin był pewien, że gdyby tacy ludzie doświadczyli bólu towarzyszącego przemianie, szybko by zrezygnowali z tej potęgi, jednak zabójca nie mógł z niego zrezygnować, to było jego brzemię, które musiał nosić. Gdy z mieszaniny cienia wrócił do swojej normalnej postaci, rozejzał się po pokoju. Przed nim leżały dwa trupy.
- Tak, to oni, mistrzyni będzie zadowolona - pomyślał z satysfakcją Sarin. - To by było w ich sprawie wszystko, a teraz idziemy po książkę - mimo bólu który przeżywał jeszcze przed chwilą, assasyn był bardzo zadowolony. Wyciągnął przed siebie złoty medalion, i wzniósł go nad siebie. Następnie wyszeptał kilka słów, a z medalionu trysnęły czerwono-czarne wązki energi, tworząc wokół niego swego rodzaju pole energetyczne.
- Ostrożności nigdy za wiele - pomyślał Sarin, który był wdzięczny swojej pani za medalion do przepędzania umarłych. Zabójca skoncentrował się na medalionie, magiczne pole nieco urosło. Ponieważ nie poczuł żadnego oporu, to znaczy że był bezpieczny, a w pobliżu nie było żadnego nieumarłego. Tajemniczy assasyn ruszył pewnym krokiem w labirynt korytaży w posiadłości czarnoksiężnika.

David
~ Uznał mnie za martwego ~ pomyślałeś, gdy zabójca twojej ukochanej zniknął za zakrętem. Choć widziałeś że to twoje ostatnie chwile, miałeś dziwną satysfakcję. Mogłeś dokładnie zobaczyć medalion z którego kożystał potwór. Byłeś zaskoczony iż na medalionie widniał herb Filipa Pięknego, króla francji sprzed około 250 lat, jednak nie mogłeś się już nad tym dłużej zastanawiać.... zapadła ciemność.

Proszę Davida o niepostowanie i kontakt na priv (to zaczyna mi wchodzić w krew :wink: )

Mantz Glav'rin
Musiał przyznać iż moc amuletu zrobiła na nim wrażenie. Energia przeszyła jego umarłe, niematerialne ciało. Jednak dzięki sile swojego umysłu był w stanie oszukać medalion, i nie dał się wykryć. Zastanowiło go co herb fancuskiego króla robi tutaj, ale nie to było teraz najważniejsze.Wiedział też że David żył jeszcze w momencie gdy zabójca odchodził. I wiedział też o tym że David rozpoznał medalion, w końcu cień był potężnym telepatą. Mantz odczekał więc chwilę, aż ex-inkwizytor wyzionie ducha. Potem wyszedł z ściany i przemieścił się w stronę ciał. Gdy upewnił się iż dwójka leżąca przed nim jest faktycznie martwa.
Następnie stanął na środku pomieszczenia i rzekł:
- Chodźcie tu moje drogie dzieci - rzekł cicho, a nieumarłe cienie w tym pomieszczeniu zebrały się wokół ojca. Psion poczekał chwilę po czym rzekł:
- Coś dziwnego się tu dzieje, muszę zawiadomić pana. Wy tu pilnujcie i dajcie znać jakby coś się stało - szepnął krótko po czym skoncentrował się. Moc jego umysłu nagieła rzeczywistość. Psion-cień powoli zdematerializował się, by chwilę później pojawić się przed swoim panem.
~ Pan bedzie ze mnie zadowolony ~ pomyślał, po czym opowiedział sytuację swojemu mistrzowi.

Wieszcz z Islandi
Coraz mniej rozumiał z tego wszystkiego. Niewiedział już kto z kim i dlaczego, i to go niepokoiło.
~ Najpierw ten dziwny zabójca zabija dwójkę tak ważną dla ratowania korony, a potem pojawia się ten cień w pełnym pancerzu, władający dziwną mocą, i co do tego wszystkiego ma Filip Piękny ? ~ - myślał karzeł - Muszę wysłać list do arcymagów wiernych koronie.... oni muszą coś z tym zrobić... - szepnął do siebie mag, po czym rozpoczął pisanie listu.

Bartolomew i Harald
Chwil rozmawialiście o dziwnej kobiecie gdy nagle stanęła ona przed wami. Obaj poczuliście potężną aurę mocy, promieniującej z kobiety. Mimo wszystko uraczyła was swoim wyglądem. Była kobietą, której uroda przyćmiewała wszystkie inne. Jej złote oczy wpatrywały się w was z przyjaźnią i dobrocią.
- Witam was, nazywam się Laria Glav'rin, przypuszczam że jesteście tu by wspomóc Koronę - tu zrobiła pauzę i uśmiechnęła się tajemniczo - nie wnikam z jakich pobudek chcecie pomagać królowej, ale by naprawde pomóc, musimy działać razem. Więc chciałabym byście dołączyli do mnie i mojej grupy, i razem odnajdziemy Davida i Deven. - w tym momencie mistyczka odwróciła się w stronę swojej grupy i wskazując ręką przedstawiła - Tamci dwaj w zbrojach - wskazała dwóch sztywno stwojących mężczyzn w pełnych zbrojach płytowych - to magiczne konstrukty, nie mają własnej woli, w sumie naszą drużynę tworzę ja, jestem uzdrowicielką, Albert - wskazała na człowieka w czarno-zielonych szatach - jest czarodziejem, no i Erm - mówiąc to imię, kobieta zmarszczyła brwi - nie znam go dobrze, przydzielono mi go poprostu, jest specjalistą od zabezpieczeń..... miło by mi było gdybyście i wy do nas dołą... - i urwała, po czym odwróciła się do wejścia, a jej ręka spoczęła na sakiewce z siarką.

Laria Glav'rin
Widziała że coś się tu zbliżało, co gorsza, czuła że to nie jest żywe. Jej mistrz, Maxime nie powiedział jej że mogą wystąpić aż takie komplikacje. Normalnie już by spopieliła dużą część karczmy, razem z tym czymś co tu nadciąga, jednak życie nauczyło ją że nienależy odrazu chwytać za miecze. Jednak dla bezpieczeństwa przygotowała się do rzucenia czaru...

Tajemniczy wędrowiec
- Laria dobrze sobie radzi.... mój mały piesek na posyłki - pomyślał czarownik siedzący w najciemniejszym kącie karczmy. - Ale to dobrze, dużo ją nauczyłem, teraz mi się przyda....

Grupa przebywająca w Londynie

Henrik Arlaband
Nieznajomy ponownie się odezwał chóralnym głosem:
- Na próżno Henriku ukrywasz swoje emocje, ja przenikam twoją duszę, wiem o tobie wszystko, wszystko Henriku - tajemnicza postać dokończyła prawie szeptem. W tej samej chwili usłyszałeś przekaz swojego ducha opiekuńczego. ~ Uważaj.... ta istota... czuje od niej taką moc.... mogła by oddzielić mnie od twej duszy, i potem miesiącami zabijać nasze esencje życiowe.... uważaj, postępuj roztropnie i nie daj temu czemuś powodu, do zabicia nas, a i on niewie o mnie ~ ostatnia wypowiedź była naznaczona zaskoczniem samego ducha. Jednak zanim zdążyłeś zareagować, zamaskowana istota kontynuowała.
- Daję Ci wybór, wyplączę Cię z tego morderstwa i unikniesz śmierci, ale wzamian wykonasz dla mnie zadanie..... albo niezgodzisz się i twój los przestanie mnie interesować. - mruknął wielogłosem nieznajomy, po czym nagle dodał z ożywieniem. - A za pół minuty będa tu magowie którzy wykonają egzekucję... więc znikamy czy mam zniknąć sam ? To co powiedziała zamaskowana istota przeraziło Cię, ale jeszcze straszniejsze były kroki na korytarzu.... kroki zbliżającej się do ciebie śmierci.

Jonatan MacPherson
To wszystko było bardzo dziwne. Gdy usiadłeś, nie mogłeś się powstrzymać by obejżeć się za siebie, w stronę karczmarza. Gdy zobaczyłeś iż biała istota zmaterializowała się za karczmarzem, chciałeś wstać, ale ona była szybsza, błyskawicznie pojawiła się koło ciebie. Nie mogłeś uwierzyć w to co widzisz, stał przed tobą duch żony karczmarza. Kobieta była zatroskana i smutna, w końcu przemówiła.
- Ehhh i pomyśleć że własny mąż mnie zabił.... - zamyśliła się - cóż, widać tak musiało być, sama kusiłam los, spotykając się z kochankiem w karczmie swojego męża - teraz jej oblicze rozpogodziło się - nakrył nas na.... - tu jednoznacznie urwała - on uciekł, a mąż mnie zabił.... ale ja nie o tym, jeszcze za życia miałam pewną wizję, widziałam w niej własną śmierć..... i Ciebie - zrobiło Ci się głupio, rozmawiałeś z duchem, którego nikt inny nie widzi. Jednak ona dalej mówiła. - Ja i Kartius chcemy Ci pomóc - szepnęła.
Tak samo niespodziewanie jak pojawił się duch, nagle pojawił się obok ciebie około 18 letni blady młodzieniec. Ubrany był w czarne, eleganckie ubrania. Odrazu domyśliłeś się że masz doczynienia z kimś bardzo bogatym.
- To ja jestem Kartius - szepnął do ciebie chłopak, a gdy mówił, zauważyłeś że ma małe kły. - Chcę Ci pomóc... w sumie to muszę, mogę Ci pomóc w odzyskaniu pamięci, rodziny, bogactwa, statusu... jeśli tylko chcesz oczywiście, zainteresowany ?

Tombe d'Lirant
Dochodziła północ, stałeś pod szubienicą. Oprócz ciebie był tam jeszcze starzec, który nie był zdolny do dłuższego chodzenia. Nastepnie pojawił się młody płomienno włosy człowiek odziany w zbroję krytą, wykonaną z nieznanego ci metalu promieniującego błękitną aurą. Przybysz miał przy sobie wspaniałej roboty korbacz. Narzucony miał na siebie czarny płaszcz z czerwonymi obszyciami. Zbliżył się i stanął koło Ciebie opierając się o jedną z szubienic.
- Ignus Flamel - mruknął po czym zamyślił się.

Zann
Teraz już miałeś do towarzystwa dwóch dziwaków. Jakiś obrzydliwy oprych i milczący, zapewne mało inteligentny rycerzyk. Ale wiedziałeś że to konieczność, musiałeś z nimi iść, gdziekolwiek się wybierają. Lepsze takie towarzystwo, niż gniew twojego pana...

Bastian Herebe
Widziałeś z okna rynek jak na dłoni. Widziałeś że przybyło już trzech osobników. A właśnie dochodziła północ, czas najwyższy by sprawdzić o co wogóle tu chodzi......

Tombe, Zann, Bastian
Wszyscy trzej poczuliście nagle ogromną ilość mocy, która zmierzała w kierunku rynku.... coś się tu zblizało...
 
Awatar użytkownika
Demoon
Wyróżniony
Wyróżniony
Posty: 1295
Rejestracja: sob sty 29, 2005 4:34 pm

czw paź 13, 2005 10:08 pm

Shandehezzad Zann:

Zdziwi³a go moc magicznej potêgi, oraz ciut zaniepokoi³a faktem i¿ zbli¿a³a siê do rynku. Starzec rozgl±dn±³ siê; nie by³o ¿adnego miejsca, za które móg³by siê schowaæ. Poza tym nie chcia³ niszczyæ pozorów, a¿eby dwóch nowych dalej uwa¿a³o go za starego mêdrca. Tedy, dla zachowania wizerunku, przemówi³ g³osem innym ni¿ zwykle; by³ to g³os ³ami±cy siê, padaj±cy z wyczerpania oraz ogarniêty mocn± chrypk±. G³os prawdziwego starca na skraju ¶mierci.
- Widzê tutaj nowych dwie osoby.. jeden niezbyt stary, drugi te¿ m³ody. Spytaæ czy móg³bym, có¿e¶cie tu robi±? Zadanie jakie¶, czy paznokcie skrobi±? Udawanie - udawaæ nie musicie, skoro i tak pewnym, ¿e mnie widzicie.. - po tym bardzo dobrym jak na wymy¶lony improwizacyjnie wiersz starzec skierowa³ wzrok na dwie osoby, po czym w zamy¶leniu przeczeka³ na odpowied¼. Po chwili skierowa³ spojrzenie w jakie¶ odleg³e miejsce, przez co wygl±da³ jak ob³±kaniec. Ten wzrok by³ tak prawdziwie nieobecny, ¿e nawet gdyby kto¶ powiedzia³ m³odzieñcom i¿ starzec udaje, to nie uwierzyliby. Zann zacz±³ delikatnie ko³ysaæ siê do przodu i do ty³u. Tak na prawdê intensywnie my¶la³, jakby tu ukryæ swoj± moc. Skoro kto¶ w³ada tak± potêg±, ¿e jest ona wyczuwalna ju¿ tutaj, to znaczy ¿e i on potrafi wyczuwaæ Sztukê.. a je¿eli jest inkwizytorem? Zaniepokojony Shandehezzad w my¶lach rozpocz±³ powtarzanie kilku zapomnianych formu³ek w abysalnym jêzyku.. ci±gle jednak szepta³:
- Skrzyd³a demona, skrzyd³a demona..
W ka¿dej chwili by³ gotowy do natychmiastowego ruchu rêk± oraz wykorzystania s³abych ju¿ miê¶ni pleców, by znikn±æ st±d. W razie czego mia³ jeszcze inne bronie..
 
Awatar użytkownika
Cristof
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 450
Rejestracja: sob kwie 05, 2003 1:48 pm

ndz paź 16, 2005 1:38 pm

Deven

Stała tam. Patrzyła jak jej ukochany umiera, zabijany przez jakieś dziwne 'coś'.

- NIEEE!!!!! - krzyknęła ile sił w sobie miała, w jej oczach pojawiły się łzy. Nagle usłyszała znajomy głos.

- Odwróć się, nie patrz - powiedział dobrodusznie głos - Postaram się pomóc Ci, najlepiej jak będę mógł. Odwróć się i biegnij, biegnij do wioski, tam w gospodzie znajdziesz pomoc........

-Ragon? - mimowolnie zaczęła się rozglądać jakby poszukując źródła głosu. Jednak nikogo nie było. W jej głosie tliła się nadzieja.

-Tak, tak, nawet niesiesz jakie miałaś szczęście że akurat obserwowałem posiadłość arcymaga, inaczej już byście nie żyli. A teraz szybko, nie ma czasu do stracenia - ponaglił spokojny, nieco dziecinnie brzmiący głos.

-Pomóż mu proszę! Pomóż! On nie może umrzeć! Proszę! – jednak głos nie odpowiedział... Nie mogła nic innego zrobić niż posłuchać się Ragona. Szybko ruszyła z powrotem, ale magiczne drzwi przy wejściu były zamknięte. Nagle jakby sobie o czymś przypomniała. Skoncentrowała się i ruszyła na drzwi. Przelatując przez nie. Biegła dalej, jak najszybciej mogła. Jak najszybciej potrafiła. Przed nią już rozciągała się wioska.

- Ragon! Gdzie mam biec? – Zawołała, nie przestała biec.

- Do karczmy... – powiedział spokojnie głos. Bez chwili zastanowienia skręciła w stronę karczmy. Wejście było z drugiej strony ale nie przejmowała się tym tylko ponownie się skoncentrowała. Biegła wprost na ścianę. Wniknęła w nią. Jej błękitny duch przedostał się do środka. Był półprzeźroczysta, biła z niej jasnobłękitna energia i lekki światło. Rozejrzała się po karczmie.

- Widzisz tę trójkę, ta kobieta w czarnej zbroi i tych dwóch obok niej... – Nie dokończył bo Deven już ruszyła w ich stronę.

- Proszę musicie mi pomóc! David on tam umiera! Proszę pomóżcie mu szybko!!
 
Awatar użytkownika
Urko
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 896
Rejestracja: śr sty 07, 2004 2:53 pm

ndz paź 16, 2005 10:22 pm

Harald

Mężczyzna wysłuchał Larii, pogardliwie wydymając usta, kiedy ta uśmiechnęła się, w jej mniemaniu, tajemniczo. Druidowi cała ta panienka wcale się nie podobała, czemu dawał znak swoim nieufnym spojrzeniem spod przymrużonych brwi.
-Gdyby nie duchy, śmiałbym ci się teraz w twarz, krześcijanko. Ale wiedz, że ze względu na... - nie dokończył wypowiadanego pogardliwym tonem zdania, gdy zobaczył, że kobieta najwidoczniej szykuje się do rzucenia jakiegoś czaru. Wydał z siebie basowy pomruk, brzmiący jak rozdrażniony niedźwiedź, uginając się na nogach i szykując do skoku na zdradziecką magiczkę. Zastanowiło go jednak to, że wpatrywała się w drzwi - i to właśnie odwiodło go od ataku.

Zrobił mały krok do tyłu, ciągle przygotowany do skoku, czekają, aż źródło tego niepokoju ujawni się. Kiedy w drzwiach pojawiła się widmowa, półprzezroczysta postać kobiety Harald zacisnął pięści i zawołał, zaciskając zęby.
-Ved Thor! Forbannet, forbudt sjel - forsvinner!

Nie bał się. Mało rzeczy w ogóle go przerażało. Nie chciał po prostu, aby doszło do konfrontacji z bytem, który tak trudno przepędzić...
 
Garret Jorinson
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 314
Rejestracja: pn kwie 05, 2004 8:23 pm

pn paź 17, 2005 7:36 pm

Bartolomew Hohenheim

Przez ca³y monolog tej, która przedstawi³a siê jako Laria, Bartolomew milcza³. Nie zwraca³ uwagi na to co siê dzieje...
I znowu jaka¶ dziwna si³a. Dos³ownie sekundê pó¼niej ujrza³ to, co by³o jej ¼ród³em- odpadki egzystencji ka¿dego, zwane potocznie przez chrze¶cijan "dusz±".
~ Ciekawe... lecz dlaczego oboje siê tak zdenerwowali? ~ pyta³ sam siebie Bart, widz±c siegaj±c± do sakiewki Lariê i s³ysz±c krzycz±cego Haralda.
-Có¿, pani, wiem, ¿e mo¿e trochê milcza³em, ale chyba to odpowiedni moment aby siê z pani± zapoznaæ. Bartolomew Hohenheim- mi³o mi. Najpierw niech pani jednak powstrzyma swój gniew i zobaczmy o co chodzi... Nie mo¿na w koñcu niszczyæ wszystkiego, co jest przezroczyste, prawda? Haha- i chod¼ mia³o to brzmieæ jak ¶miech, brzmia³o prêdzej jak odg³os wydawany przez kogo¶, kto lubi ¶miaæ siê z czêsto¶ci± odwrotnie propocjonaln± do humoru sytuacji. Tak, by³ to ¶miech nerwowy.
~ Chyba ca³kiem nie¼le wyszed³ ten zdenerwowany g³osik ~ zastanawia³ siê w my¶lach.
Jednocze¶nie wyci±gn±³ z kieszeni parê skórzanych, czarnych rêkawiczek z dziwnymi, geometrycznymi wzorami na wierzchu. Za³o¿y³ je powoli, i równie powoli wstaj±c. Dopiero teraz widaæ by³o, ¿e by³ ca³kiem wysoki jak na swoje czasy.
-Nie s±dzicie, ¿e jest troszkê zimno?- po czym dyskretnie i cicho wyszepta³ dziwne s³owa, jednocze¶nie przyk³adaj±c ¶rodkowe i wskazuj±ce palce lewej d³oni do lewego policzka. Na u³amek chwili rozb³ys³o zielonkawe ¶wiate³ko wokó³ znamienia, które wcze¶niej by³o trudno dostrzec, gdy¿ by³o czê¶ciowo zas³oniête przez p³aszcz.

Postaæ pod wp³ywem czasu Comprehended Languages
 
LightFencer
Częsty bywalec
Częsty bywalec
Posty: 169
Rejestracja: pt lis 11, 2005 8:31 pm

wt paź 18, 2005 7:41 pm

Jonatan MacPherson
Jonatan był bardzo zadziwiony, a raczej zaintrygowany tą całą sytuacją. Najpierw duch. Przypomniał sobie w tym momencie scenę z przed paru minut i karczmarza. Tak to, co ona mówiła było dość prawdopodobne. Lecz nawet po tylu wcześniejszych spotkaniach z tymi istotami, to tak bliskie tak odczuwalne wstrząsnęło nim lekko. Postanowił ją na chwile jednak zignorować. Teraz ten, Kartius. Cóż, ma racje. Nie pamiętał swojej rodziny zbyt dobrze, o ile można było powiedzieć, że w ogóle. Dla niego domem był cały świat. Już przyzwyczaił się do tego. Zaakceptował to. Lecz skąd on mógł to wiedzieć. Może był magiem? Popatrzył jeszcze raz na jego twarz i na twarz zabitej kobiety.
- Może jednak warto zaryzykować. - Pomyślał na podsumowanie.
- Poniekąd. - Odpowiedział wreszcie na pytanie, wykonując gest, który miał zachęcić go by mówił dalej. Jonatan wyczekiwał odpowiedzi a Kartius tylko uśmiechnął się tajemniczo, a w jego uśmiechu było coś złowieszczego...
 
Awatar użytkownika
Zsu-Et-Am
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 9825
Rejestracja: sob cze 26, 2004 11:11 pm

pt paź 21, 2005 11:45 pm

Tombe d'Lirant

Tombe podszedł do starca, patrząc na niego spod kaptura z czymś w rodzaju mieszaniny ciekawości i wątpliwości. Wyprostował się dumnie, jak na szlachcica przystało mówił z godnością, choć przy zachowaniu możliwej prostoty. Okazując nieco pogardliwą grzeczność, skłonił przed towarzyszami z przypadku głowę, po czym zwrócił się do starszego z nich:

- Moje miano Tombe d'Lirant. A wasze, starcze? Kimże jesteście i czym się tak niepokoicie?

Coś nie odpowiadało mu w wyglądzie starca. Zachowywał się dziwnie w sposób tak naturalny, że musiał udawać. Skupił się. Czuł się dziwnie, wokół powietrze przybrało nieco metaliczny zapach i lekko oleistą konsytencji. Magia dosłownie promieniowała w pobliżu. Jednocześnie cos dziwnego, jakaś ledwie odczuwalna aura, wypływało od starucha. Tombe skupił się na tych odczuciach, zamykając oczy. To było jak nagłe uderzenie - potężna fala, żywioł zakrzywiający rzeczywistość i godzący we wszystkich, oślepiający starajacych sie go zrozumieć tak, jak słońce oślepia patrzących wprost na nie. Wydał z siebie stłumiony jęk, osuwając się na ziemię i podpierając jedną ręką o szubienicę. W głowie czuł pulsujący ból, tępy, pusty. Przez ciało przebiegł mu lekki skurcz, a oczy zadawały się płonąć. Starając się wciąż odzyskać równowagę, zsunął na piekące oczy opaskę z materiału, która do tej chwili przytrzymywała włosy nad czołem. Naciągnął przy tym kaptur. W jego głowie kotłowała się gorączkowa myśl: Przeklęta sztuka... Czy jesteśmy tak ważni, żeby przychodziło do nas coś zbliżonego potęgą do arcyczarnoksięznika Zakonu? Do reszty zwrócił się, kierując skrzywioną twarz w kierunku starca:

- Idzie tu jakieś wyjątkowe paskudztwo. A może wiecie o co tu chodzi i tylko ja pozostaję nieuświadomiony? - w tym momencie splunął i przekręcił głowę w kierunku tej dziwnej siły. Szykował się...
 
Awatar użytkownika
Demoon
Wyróżniony
Wyróżniony
Posty: 1295
Rejestracja: sob sty 29, 2005 4:34 pm

sob paź 22, 2005 12:14 am

Shandehezzad Zann

- Moje miano Shandehezzad, ale mo¿esz waæpan mówiæ mi Shan. Nie obra¿ê siê - doda³ starzec z czym¶ na kszta³t pokrêtnego u¶mieszku na twarzy. Spojrza³ z pewn± dociekliwo¶ci± na Tombe'a, ale nie wyszuka³ niczego nowego. Sam jednak wygl±d nowego towarzysza zdradza³ poniek±d jego cechy - Zann od pierwszy chwil podejrzewa³, ¿e ten jest czym¶ na kszta³t czarnoksiê¿nika. Ale có¿, jego wybór. Zastanowi³o go tylko, czemu ten cz³owiek z takim zaciekawieniem siê na niego patrzy..
Odkry³, gdy zobaczy³ co sta³o siê z nim. Wed³ug domy¶leñ starca, wykrywa³ magiê, a si³a zbli¿aj±cej siê tu istoty uderzy³a w niego z wielk± si³±. Dziwne - czy on nie pomy¶la³? Przecie¿ t± moc czuæ bez ¿adnych dodatkowych prób, po có¿ nara¿aæ siê dodatkowo na pranie mózgu poprzez wykrywanie magii? Shandehezzad jednak w duchu dziêkowa³ swoim w³adcom i¿ nie pozwolili Tombe'owi wykryæ jego prawdziwej to¿samo¶ci. Tym samym dziad u¶miechn±³ siê, dalej nie daj±c po sobie poznaæ ¿e uczestniczy w jakich¶ plugawych dzia³aniach. Byæ mo¿e wygl±d czarnoksiê¿nika który sta³ naprzeciw te¿ by³ myl±cy i tak naprawdê dzia³a na rzecz korony? A gdyby wtedy przejrza³ Zanna to by³oby z tym drugim kiepsko..
- Tombe, przecie¿ t± si³ê czuæ ci±gle. Radzê ukryæ to, co masz do ukrycia i czekaæ. W razie czego uciekaæ - Zann powiedzia³ te s³owa wyj±tkowo ponuro, w swoim prawdziwym stylu. A¿eby nie utraciæ opinii, szybko doda³ z wielkim u¶miechem - Ale mi siê fajnie zrymowa³o, prawda?
 
Awatar użytkownika
Elvin
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 655
Rejestracja: ndz sie 21, 2005 6:45 pm

sob paź 22, 2005 5:53 pm

[center:269638cc57]Za plecami królowej[/center:269638cc57]

14 sierpinia A.D 1556 - Anglia - Londyn - miejsce nieznane - późna noc

Dwie postacie spacerowały ciepłą noca po londyńskich ulicach. Było to spotkanie tajne, i nikt o nim nie wiedział. Szli rozprawiając o polityce angli wobec reszty świata. Oboje byli ubrani w czarne płaszcze z kapturami zarzuconymi na głowy. Pierwsza postać to z pewnością mężczyzna, ubrany w czarną zbroję, i z kuszą przy pasie. Druga osoba ubrana była w szatę, poza tym nosiła maskę, która w magiczny sposób mutowała głos, więc nie można było stwierdzić jakiej jest płci.
- No więc, mój drogi mam dla Ciebie zlecenie. - zaczeła grzecznie postać w szatach.
- Zlecenie ? - mruknął zainteresowany mężczyzna - brzmi ciekawie, i chętnie je przyjmę.. ale chciałem najpierw o coś zapytać, mogę ?
- Naturalnie - głos jak zawsze nie wyrażał żadnych uczuć.
- Tyle razy wykonywałem zlecenia dla Ciebie, a niewiem kim jesteś, chciałbym się dowiedzieć. - głos mężczyzny był niepewny, wiedział tylko że ma doczynienia z potężnym czarodziejem, lub czarownicą.
- Heh... wiedziałem że kiedyś o to spytasz, więc cóż, jestem jednym z Arcymagów królewskich - powiedziala zamaskowana postac bez ogródek, zaś ton głosu nie zmienił się, co uspokoiło zabójcę - Nie mogę Ci powiedzieć nic więcej, z przyczyn oczywistych, gdybym powiedział coś jeszcze, wiedziałbyś kim jestem. Więc więcej się o mnie niedowiesz...z resztą tym lepiej dla Ciebie.
- Rozumiem..... hah, sam Arcymag królewski prosi mnie o zabicie kogoś... cóż dziwne, ale tak jak zawsze przyjmę twoje zlecenie z radością - zabójca był coraz szcześliwszy, arcymag dobrze płaci, a teraz gdy on wie że jego stały zleceniodawca jest arcymagiem, będzie mu płacił jeszcze więcej.
Szli jeszcze dobre dziesięć minut, osoba która twierdziła że jest arcymagiem znów podjęła temat polityki. Rozmawiali o decyzjach królowej jeszcze dobre pół godziny. Aż w końcu zaszli pod dom zabójcy. Tam powrócił temat zlecenia.
- Dobra, to teraz bardzo bym chciał się dowiedzieć kto jest celem - powiedział odważnie morderca - i przyszłym trupem.
- Tu masz moją propozycję wykonania zlecenia, możesz ją wykozystać, ale nie musisz. - tajemnicza postać podała zabójcy kopertę. - Później przeczytasz sobie. - Zabójca przyjął kopertę i włożył ją za pazuchę. Po czym ponownie zapytał:
- No... to kto jest celem, który przeszkadza Ci na tyle że należy go usunąć ze świata żywych ?
Tajemnicza postać zupełnie jakby ignorowała go:
- Tu masz zaliczkę, mało ale tylko tyle teraz zdołałem uzbierać, po zleceniu dostaniesz dziesięć razy tyle - mag wypowiedział magiczne słowo i w jego reku pojawiła się całkiem spora sakwa. Rzucił ją zabójcy, a gdy ten sprawdził jej zawartość prawie krzyknął ze zdziwienia. W woreczku znajdowały się kamienie szlachetne: rubin, szafir, diament, szmaragd i czarny jak noc opal, wszstkie kamienie były dwukrotnie większe od pięści.
- No... niewiem co powiedzieć, jeśli mam dostać dziesięć razy tyle to ten osobnik musiał bardzo Ci zaleźć za skórę... dziesięć razy... przecież za to będzie można kupić anglię.. - powiedział zabójca, wciąż oszołomiony tym co widzi, i trzyma w ręku.
- Cieszę się że nagroda Ci się podoba - powiedział arcymag i rzucił czar, po czym zaczął się dematerializować powoli - Czas na mnie.
- Noo ale kogo mam zabić - syknął zabójca do maga, który był już prawie przezroczysty. W końcu mag zniknął, pozostawiając zabójcę samego przed domem. Zanim jednek skrytobójca zdołał się ruszyć dobiegł go głos maga, brzmiący bardziej złowieszczo niż zawsze.
~ Królową ~



Grupa I

David
Jednak nie dane Ci było zaznać spokoju... z ciemności wyrwały Cię głosy, głosy dziwnie znajome, lecz odległe...
Otworzyłeś oczy, znajdowałeś się w owalnej komnacie. Stałeś wewnątrz kryształowego kręgu, a twoje ręce skuwały łańcuchy wykonane jakby z diamentu. Wiedziałeś gdzie jesteś, czesto tu przebywałes w przeszłości, ale nigdy po tej stronie.
Inkwizycja jest okrótna, wywołuje ból u heretyków nawet po śmierci. Najpierw zabija się ciało, może to trwać dni, ale też tygodnie. Gdy więzień wyzionie ducha, jego dusza jest chwytana i umieszczana w takich komnatach.... tu sprawia się cierpienia samej duży, tu inkwizytorzy ścierają dniami duszę w nic niewarty pył. Niszczą osobę skazanego ostatecznie.
Najwyraźniej ty tym razem byłeś skazanym. Stałeś chwilę, mimo iż byłeś duchem i zgodnie z prawami którymi rządzą się "ciała" upiorów powinieneś móc odejść stąd, jednak magiczne kryształowe łańcuchy niepozwalały Ci na to. Minął może kwadrans, gdy stałeś w półmroku, aż wszystkie pochodnie w sali rozbłysły białym ogniem. Główne drzwi się otworzyły a do pomieszczenia wkroczyło sześciu inkwizytorów. Dwóch stanęło za tobą. Wiedziałeś kim są, byli oni strażnikami-egzekutorami, to oni zadawali ból duszy. Trzech do długiego stołu który stał przed tobą, oni byli sędziami, oni wydawali wyroki i kary. Ostatni inkwizytor stał tuż za sędziami, domyśliłeś się że to kapłan pobierający nauki, sam kiedyś tam stałeś i przyglądałeś się procesom. Wszyscy inkwizytorzy mieli na sobie białe szaty, jednak wszyscy się różlini nieco. Strażnicy mieli czarne rękawice i kaptury. Sędziowie mieli na szyjach zawieszone złote łańcuchy. Gdyby nie te szczegóły, nie byłbyś w stanie domyśleć się który jaką funkcję pełni. Jednak wszyscy bez wyjątku mieli na twarzach kryształowe maski, kryształ potwornie zniekształcał twarz inkwizytora, uniemożliwiając jego rozpoznanie, najwyżej mógłbyś rozróżnić kolor oczu. Jednak nie miałeś czasu nad tym rozmyślać, przewodniczący rady zabrał głos:
- Davidzie, byłeś jednym z nas, więc będziesz mial szansę by powiedzieć nam coś zanim.... zanim zostaniesz ukarany za zbrodnię przeciw inkwizytorium, jaką jest zdrada. - rzekł po czym odwrócił się do "ucznia" - Zawsze okazujemy łaskę i miłosierdzie "naszym", nawet jeśli zbłądzili... - gdy mówił, przykuła twoją uwagę osoba młodego inkwizytora.... mimo maski poznałeś ją. Kryształ nie zmieniał koloru oczu, a znałeś tylko jedną osobę której oczy lśnią wszystkimi kolorami tęczy, wciąż zamieniającymi się miejscami.
- Dorian - pomyślałeś patrząc na niego. Przykro Ci było że twój najlepszy przyjaciel z czasów nauki w Oficjum, bedzie uczestniczył w twojej ostatecznej egzekucji. Ale i ty zauważyłeś w jego oczach smutek i żal.
......
- Więc, co chciałbyś nam powiedzieć ? - ponaglił przewodniczący rady sędziowskiej.

- Grupa w karczmie:

Laria Glav'rin
Już była gotowa do zniszczenia upiora pędzącego w jej stronę, ale poznała ten głos.
- Deven ? - jęknęła zdziwiona. -Ccco, co sie stało, czemu ty.....chodź i uspokój się, powiedz co się stało - kobieta w końcu zaczęła trzeźwo myśleć. Gdy to mówiła za nią stał już jej mały oddział, ona zaś zwróciła się do dwóch druidów siedzących obok niej:

Bartolomew i Harald
Laria była dość zaskoczona całą sytuacją, mimo to sprawiała wrażenie osoby która najwięcej wie o tym co tu się dzieje. Wypowiedziała imię, prawdopodobnie należące do ducha kobiety stojącego przed wami.
- Spokojnie to była... tzn to JEST przywódczyni grupy na którą tu czekacie... jednak nie spodziewałam się że możemy ją odnaleść w TAKIM stanie.... - chwilę zamyśliła się, po czym dodała - Nie ma co się denerwować, napewno nam wszystko wyjaśni. - tu zwróciła się do ducha Deven: - Na przykład to dlaczego jesteś duchem, gdzie jest David i czemu ruszyliście do posiadłości maga nie czekając na wsparcie. - to ostatnie dodała z lekką irytacją w głosie.

Deven
Najwyraźniej kobieta stojąca przed tobą znała Cię, mimo iż ty ją widziałaś pierwszy raz na oczy. Już miałaś jej opowiedzieć, ale usłyszałaś Ragona.
~ Dobrze, spokojnie, bez nerwów, tak nic nie osiągniesz. Musisz się uspokoić, dopiero gdy bedzie wszytko jasne ruszycie. Ja sam zamotałem się w tym wszystkim, więc muszę to wszystko przemyśleć. Postępuj roztropnie, ja nie bedę mógł się odezwać aż do jutrzejszego wieczora..... ~ - chciałaś jęknąć w myślach, ale bylo zapóźno, poczułaś dziwną pustkę, uczucie czyjejś obecności opuściło Cię.

Tajemniczy Wędrowiec
- Ona "żyje" ? Ojjj tego nie przwidzieliśmy, trzeba się wspólnie zastanowić co z tym fantem począć.... - pomyślał wędrowiec. Po czym zaczął się stapiać z cieniem aż w końcu zniknął niezauważony.

Am'Sarin
Miał już tego dość. Był świadom tego iż podąża za nim pokaźna grupa Cieni, gdyby nie medalion byłoby po nim. Mijał korytaże zgodnie z instrukcją, którą dostał od swojej pani. W końcu dotarł do magazynu, nie zwracał uwagi na to że magazyn jest zalany, na szczęście woda sięgała poniżej kostek, więc nie przeszkadzało mu to.
- No, tu musi być tajne przejście na dół. Teraz znajde klape i ide po skar.... - nie miał okazji dokończyć. Drzwi za nim się zatrzasnęły, a po ścianach zaczęła bardzo powoli spływać woda.
- Przeklęte magowskie sztuczki, no to muszę się pospieszyć. - przypuszczał że ma dużo czasu, zanim pułapka go utopi. Ponieważ nie zauwazył nic ciekawego, uczynił kilka koków na przód, i wtedy zmroziło mu krew w żyłach. Za starymi pudłami leżało kilkadziesiąt ciał. Dopiero teraz dotarł do niego smród, który wydzialały pozostawione na działanie wody trupy. Jednak to nie był koniec niespodzianek. Assasyn usłyszał za sobą chlupnięcie, a gdy odwrócił się, ujżał pod drzwiami.... małą dziewczynkę, ubraną w stare szmaty. Dziewczynka stała z głową spuszczoną na dół, zaś jej długie czarne włosy, całe przemoczone, opadały jej na twarz...
W tym momencie Am'Sarin pierwszy raz w życiu poczuł strach.....


Grupa II

Henrik Arlaband
Sam niewiedziałeś czemu nie byłeś w stanie nic powiedzieć, poprostu odebrało Ci mowę. Tajemnicza postać czekała kilka chwil. Aż w końcu syknęła:
- Nie to nie...... głupcze - powiedziała istota a później zniknęła w kłębie czarnej mgły.
Ty zaś zobaczyłeś trzech magów wchodzących do twojej celi. Cofnąłeś się pod ścianę. Dwóch stało naprzeciw Ciebie, mając ręce wyciągnięte w twoją stronę. Trzeci zaś odchrzaknął i powiedział:
- Henriku Arlabandzie, zostajesz skazany na całospalenie, za uśmiercenie jednego z naszych agentów. Czy chcesz coś powiedzieć, nim wyrok zostanie wykonany ? - rzekł, a ty poczułeś że teraz śmierć jest już naprawde blisko, bliżej niż kiedykolwiek.

Zann i Tombe
Trwaliście w oczekiwaniu na tę moc która zmierzała w wasza stronę. W końcu pojawiła się. Ta aura magiczna przyćmiewała wszystkie inne. A stała przed wami humanoidalna istota odziana w czarną szatę. Na jej twarzy spoczywała porcelanowa maska. Wszyscy byliście pod wrażeniem magicznych mocy, którymi musiało władać to coś, które stało przed wami. W końcu zamaskowany przybysz przerwał ciszę. Gdy mówił, odnosiliście wrażenie że mówi do was cały chór.
- Witam, miło iż przybyliście, choć liczyłem na więcej osób. Tutaj trzy, plus jedna w drodze, no i jedna.... w pobliżu.Poczekamy jeszcze kilka minut, może zjawi się was więcej, wtedy przejdziemy do omówienia sprawy...

Tombe
Ból wywołany impulsem magicznym już przemijał. W tej chwili pojawiła się istota. Ujżałeś postać w czarnej szacie, z porcelanową maską... ale widzałeś to tylko przez chwilę. Twój wzrok wciąż był w pewnym stopniu wyczulony na magię.
Biały błysk przed oczami. I widziałeś tę istotę zupełnie inaczej. Stał przed tobą potężny archanioł. Jego oczy pełgały wewnętrzną mocą, tak wielką że nie byłeś w stanie sobie wyobrazić potęgi tego, co stoi przed tobą. Jednak zauważyłeś coś niepokojącego. Różnił się od aniołów jakie przedstawiało inkwizytorium, a także najwięksi mistrzowie przywołań. Włosy każdego anioła powinny być białe.... tego były czarne. Oczy, zawsze pełne złotego światla były błękitne. Ten anioł nie posiadał również śnieżno białych skrzydeł, te były mieszaniną ciemnych i jasnych piór koloru szarego..
Nie trwało to nawet skundy, kolejny błysk przed oczami, i znów widziałeś odzianego w czerń, potęznego maga w masce...

Jonatan MacPherson
- W porzadku, milo iz sie zgodziles na wspólprace z nami - wampir usmiechnal sie dziwnie. Nastepne co zobaczyles to bezgraniczne ciemnosc, poczules powiew zimnego wiatru, a chwile pózniej cienie rozwialy sie, ukazujac Ci ciemna uliczke. Twoją uwagę przykuło to iż Kartius nie był już ubrany w eleganckie czarne ubrania. Teraz miał na sobie długą, luźną tunikę o ciemnoczerwonym zabarwieniu, szata miała czarne obszycia na dole, kołnieżu i rękawach. Cała szata była poprzeszywana fioletową nicią, tworząc drobne wzrorki, przypominające pajęczynę rozchodzącą się po całej powierzchni szaty. Wampir szedł spokojnie, acz szybko. Lekki wiart szarpał delikatnie jego długimi bląd włosami. Teraz wyglądał nieco upiornie, jego blada skóra tak kontrastowała z jego ciemnymi szatami, iż można było stwierdzić że Kartius napewno już nie należy do żywych.
Nagle uslyszales odgłosy zabawy -Karczma - pomyślałeś. I nie myliłeś się, szliście w ciszy przez chwilę, i staneliście przed karczmą
- Niestety nie bawimy się w karczmie, nasz cel jest tam. - nieumarły wskazał ręką rynek przed wami. Zauważyłeś iż pod szubienicami czeka kilka osób, i właśnie pojawiła się kolejna, od której biła niezwykle potężna aura magiczna.
- O nic nie pytaj, zgodziłeś się, odzyskasz wszystko z nawiązką... jeśli tylko mn.... nas nie zawiedziesz. Jeśli wiesz o czym mówię. - mówiąc to, krwiopijca wsunął rękę pod szatę i wyjął z niej małą książkę którą Ci podał. A następnie szepnął:
- W podróży mogą dziać się dziwne rzeczy, jeśli coś takiego zauważysz, napiszesz o tym w tej książce, rozumiesz ? - powiedział tonem wskazującym na to iż nie oczekuje odpowiedzi, i chce urwać rozmowę.
Ruszliście w stronę szubienic i osób pod nimi zebranych.

Zann i Tombe
Dosłownie kilka chwil po pojawieniu się waszego zleceniodawcy, na rynek przyszło dwóch mężczyzn. Jeden bogato ubrany mag o bladej twarzy i równie blady człowiek w pancerzu. Mag podszedł do zamaskowanej istoty, szepnął jej coś do ucha, po czym oddalił się kawałek, stojąc za magiem w czarnych szatach..

Bastian Herebe
Wszystkiemu przyglądałeś się z okna. Najpierw przybyła niezwykle poteżna istota. Później jeszcze dwie osoby. W tym momencie na rynku stało sześć osób. Widać czas rozpoczać zebranie...
 
Awatar użytkownika
Cristof
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 450
Rejestracja: sob kwie 05, 2003 1:48 pm

sob paź 22, 2005 6:46 pm

Deven

- Deven ? – kobieta przed nią jęknęła zdziwiona. – Ccco, co się stało, czemu ty.....chodź i uspokój się, powiedz co się stało.

- sskąd mnie znasz? – Deven była nie mniej zdziwiona co kobieta. – Ale nie ma czasu, musimy iść do posiadłości Nelofona! Szybko! David! On tam umiera! Trzeba mu pomóc!

~~ Dobrze, spokojnie, bez nerwów, tak nic nie osiągniesz. Musisz się uspokoić, dopiero gdy będzie wszystko jasne ruszycie. Ja sam zamotałem się w tym wszystkim, więc muszę to wszystko przemyśleć. Postępuj roztropnie, ja nie będę mógł się odezwać aż do jutrzejszego wieczora.....~~ Poczuła, że Ragona już nie ma przy niej. Jego obecność uspokajała ją. Postanowiła jednak nawet bez niego uspokoić się, on miał racje nerwami nic nie zyska...

- Weszliśmy do posiadłości arcymaga, ale tam był dziwny człowiek przybity do ściany, myśleliśmy z Davidem że nie żyje, jednak ten jakby ożył i rzucił we mnie sztyletem... – duch kobiety machinalnie przyłożył rękę do piersi w którą została trafiona. – Poźniej David został zaatakowany przez jakiegoś stwora i trafiony jakimiś promieniami, leży tam, on umiera musicie mu pomóc, jak najszybciej. Proszę! Ratujcie go, mojego najdroższego, on nie może zginąć!

- Spokojnie to była... tzn to JEST przywódczyni grupy na którą tu czekacie... jednak nie spodziewałam się że możemy ją odnaleść w TAKIM stanie.... – Nieznajoma jej, przynajmniej tak się jej zdawało, kobieta zwróciła się do dwóch mężczyzn, którzy stali obok niej. - Nie ma co się denerwować, na pewno nam wszystko wyjaśni. - tu zwróciła się do ducha Deven: - Na przykład to dlaczego jesteś duchem, gdzie jest David i czemu ruszyliście do posiadłości maga nie czekając na wsparcie. - to ostatnie dodała z lekką irytacją w głosie.

- David leży niedaleko wejścia do zamku... tak samo i moje ciało... Był jeszcze Kilian, ale gdzieś zniknął przed wejściem.... – głos Deven, a raczej jej ducha, był bardzo delikatny, kobiecy i pełny smutku. – Wsparcie? Jakie wsparcie?! Nic nie wiedzieliśmy o żadnym wsparciu! – krzykneła ze złością. – W ogóle kim ty jesteś? – po chwili jakby się otrząsnęła – Ale to nie jest do cholery czas na pogaduszki! Trzeba szybko biec ratować Davida!
 
Ymir__
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 396
Rejestracja: czw wrz 09, 2004 8:15 pm

sob paź 22, 2005 7:23 pm

Bastian Herebe

Bastian siedzia³ wygodnie na podstawionym pod okno krze¶le. Ogl±da³ rynek z umiarkowanym zainteresowaniem. Owszem, co najmniej jedna z osób na rynku dysponowa³a niesamowit± moc±, ale dopóki nie spali tego miasta, to tematu na balladê raczej nie bêdzie. Przez moment rozwa¿a³ czy nie udaæ siê do innej, gorszej dzielnicy miasta i nie znale¼æ sobie jakiej¶ kobiety na noc. Jednak gdy na plac wesz³y dwie nastêpne osoby i jedna z nich szepnê³a co¶ do istoty, bêd±cej najprawdopodobniej magiem, Bastian zdecydowa³, ¿e jednak zejdzie tam na dó³ i dowie siê o co w tym wszystkim chodzi. Z reszt± o tej porze i tak najlepsze dziewki maj± ju¿ towarzystwo.

Z karczmy wyszed³ bogato odziany aasimar i zbli¿y³ siê do grupy na rynku. Przy ka¿dym jego kroku broñ przypiêta do pasa pobrzêkiwa³a teatralnie. Podszed³ do mê¿czyzn, zdj±³ kapelusz ukazuj±c piêkn± i zadban± twarz o ostrych rysach, wykona³ przesadnie niski uk³on. Ciê¿ko odetchn±³ nie pierwszy raz ¿a³uj±c, ¿e nie wzi±³ ze sob± orszaku s³u¿±cych. Z braku innego wyj¶cia przedstawi³ siê sam.
- Moje miano to Bastian a ród to Herebe. – zanim kto ktokolwiek zd±¿y³ odpowiedzieæ, muzyk zacz±³ mówiæ swym g³osem, którego wyæwiczenie zajê³o mu kilka lat – Dziwne to spotkanie w takim miejscu o jeszcze dziwniejszej porze. Jednak¿e, wygl±da na to, ¿e ja równie¿ zosta³em zaproszony. Mo¿e przeniesiemy siê w jakie¶ inne, wygodniejsze miejsce? Znam wiele lokali, które mog± nas wspaniale przyj±æ.
 
Awatar użytkownika
Kejmur
Fantastyczny dyskutant
Fantastyczny dyskutant
Posty: 1684
Rejestracja: wt cze 15, 2004 4:35 pm

ndz paź 23, 2005 10:58 pm

David Lynch

Otwarcie oczu okazało się niezbyt dobrym pomysłem. Znalazł się w owalnej komnacie, w środku kryształowego kręgu. To tutaj Inkwizycja więziła dusze i je dobijała. Tych niewiernych. Nigdy się nie spodziewał, że tutaj trafi. Widać, że ONI są wszędzie i mogą dopaść każdego. Mimo tego, nie żałował tego wyboru. Podniósł wyżej wzrok i ujrzał wchodzących inkwizytorów. Każdy miał na twarzy kryształowe maski, świetne zniekształcające twarze. Naprawdę solidnej roboty. Z zadumy wyrwał go głos.

- Davidzie, byłeś jednym z nas, więc będziesz mial szansę by powiedzieć nam coś zanim.... zanim zostaniesz ukarany za zbrodnię przeciw inkwizytorium, jaką jest zdrada. - rzekł po czym odwrócił się do "ucznia" - Zawsze okazujemy łaskę i miłosierdzie "naszym", nawet jeśli zbłądzili...

Gdy rozpoznał postać Doriana, poczuł ogromny smutek. Jego najlepszy przyjaciel, wierny druh i kompan z czasów Oficjum. Żal mu było w tym momencie nie siebie, ale jego. Wiedział, że to dla niego trudna decyzja. Wiedział, że dostał rozkaz z góry i musiał go wykonać. Nie był na niego zły. W tym momencie pomyślał o Deven. Biedna Deven. Oby dała sobie radę w tym świecie. Mimo wszystkich tych złych okoliczności uśmiechnął się w duchu - Deven i Dorian w pewnym sensie byli dla niego podobni - obu wielce szanuje i dla obu by zrobił wiele. Wręcz wszystko. Nawet ich kochał. Cóż, nadszedł czas rozliczeń. Jego spojrzenie było spokojne, wręcz niewzruszone. Lekki uśmieszek pojawił się na ustach. Rzekł:

- Chciałbym rzecz, iż w moim życiu wiele się zmieniło. Odkąd przybyłem do Angli, moje życie nabrało zdecydowanego tempa - przeżyłem parę przygód, zabiłem kilku "heretyków" - David mocno podkreślił słowo "heretyków", w czym dało się wyczuć lekki sarkazm. Po chwili kontynuował. - Poznałem niesamowite rzeczy - ujrzałem najprawdziwego smoka, poznałem kilku arcymagów królestwa i osobę, za która bym oddał wszystko, włącznie z życiem. Zwie się...

W tym momencie jego uśmiech znacznie się poszerzył, ukazując jego białe zęby. Był w tym stanie, że mało co go obchodziło. Był gotów na wszystko. Nawet gniew Inkwizycji.

- Jednak wam nie powiem, nie dam wam tej przyjemności. I tak wiedziałem, że moje zdolności w końcu spowodują, że byście się mnie pozbyli. Prędzej czy później. Tam nie traktowano mnie jak wasalnego sługi, ale kogoś o wyjątkowym talencie. Szanowano mnie i pomagano w wielu sytuacjach. Dziękuje wam za wychowanie i przeszłość, ale nie żałuję swojej decyzji.

Spojrzał na Doriana. Mimo tej rozłąki był dla niego nadal przyjacielem. Szkoda, że ponowne spotkanie odbyło się w takich okolicznościach. Cóż, tak los chciał. Trudno...

Oboje ciągle patrzyli sobie głęboko w oczy. Każdy czuł ten sam smutek i pustkę. David ponownie uśmiechnął się, jednak leciutko.

- Witaj. Wiec jedno - nie mam do ciebie ani krzty żalu. Musisz robić to, co musisz. Czyń swoja powinność. Jeszcze jedno. - Tu jego spojrzenie stało się bardziej matowe, poczuł lekkie wzruszenie. - Nigdy ci tego nie mówiłem, ale byłeś dla mnie najlepszym przyjacielem. Dziękuje ci za naszą przyjaźń, wciąż dla mnie cenną. W innych okolicznościach byśmy byli najlepszymi kumplami, pewnie byśmy razem się bawili i korzystali z życia. Cóż, nie dane nam było się o tym przekonać. Rób swoje. Jestem gotów.

Wiedział, że za chwilę wszystko się skończy. Wiedział, że nie zmarnował swojego żywota. Czuł żal za wszystkich, których zabił. Jednak wiedział, że zrobił też coś dobrego. Przynajmniej się starał. W tym momencie wiedział, że mógł odejść. Będzie tęsknił za wszystkim, co miało dla nieggo wartość. Ale duchem zawsze pozostanie z najbliższymi. Przynajmniej taką miał nadzieję. Czekał na wyrok z czystym sumieniem...
 
Awatar użytkownika
Urko
Zespolony z forum
Zespolony z forum
Posty: 896
Rejestracja: śr sty 07, 2004 2:53 pm

pn paź 24, 2005 3:55 pm

Harald Bjornson

Mężczyzna patrzył na wszystko rozszerzonymi ze zdziwnienia oczami. Jego krzaczaste brwi uniosły się wysoko - zjawa zamiast zawodzić i wyć, jak to zwykle czyniły duchy, stała przed nimi i mówiła jak normalna kobieta. Do tego okazało się, że to właśnie z nią miał się spotkać. Harald głośno klapnął szczęką i momentalnie zmrużył oczy, podnosząc się z krzesła.

-No to co tak stoimy i czekamy? Do dworu, ale chyżo!

Ręka, którą chciał chwycić Deven za ramię i pociągnąć za sobą napotkała tylko na zimnę , niematerialną sferę. Druid niskim dźwiękiem wyjawił swoje znierciepliwienie, po czym ruszył do drzwi karczmy, po drodze dopijając swój napar i odrzucając cynowy kubek w kąt.
Kiedy był już przy wyjściu, trzymając się futryny, obrócił się do pozostałych i huknął:
-No dawajcie, ruszamy w drogę! Może ten chłystek jeszcze żyje!
 
LightFencer
Częsty bywalec
Częsty bywalec
Posty: 169
Rejestracja: pt lis 11, 2005 8:31 pm

pn paź 24, 2005 5:08 pm

Jonathan MacPherson
Był bardziej niż zaciekawiony tym wszystkim. Zanim jeszcze wszedł w grupę, zdołał schować do swej torby księgę otrzymaną chwilę wcześniej. Pomyślał szybko o możliwościach rozciągających się przed nim, o nowych osobach, z którymi jak przeczuwał miał współpracować. Najbardziej przytłaczający był zamaskowany osobnik, z którym rozmawiał Kartius, czuł jego magie tak samo jak ziemie pod stopami, ale nie przejął się tym zbytnio. Z tego, co przeczuwał zamaskowany i nieumarły są w jakiś pokrętny sposób wspólnikami, więc jeśli miałby zginąć, już by nie żył. Popatrzył po twarzach reszty. Uśmiechnął się czując już, że wszyscy oni mają ze sobą coś wspólnego. Wiedział, że jeśli przyjdzie, co, do czego każdy z nich wepchnąłby sztylet w plecy drugiemu.
- Witam – powiedział kiedy doszli i znów przeszedł do obserwacji.
 
Garret Jorinson
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 314
Rejestracja: pn kwie 05, 2004 8:23 pm

śr paź 26, 2005 9:52 pm

Bartolomew Hohenheim

~ O bogowie... Duch, prosz±cy o pomoc, bo w³a¶nie zosta³ zabity? ~
-Nie s±dzê, ¿eby taka porywczo¶æ skoñczy³a siê dobrze. Kto wie- Mo¿e ten, kto Was zabi³, chce i nas ¶ci±gn±æ, aby wyeliminowaæ wszystkich zainteresowanych Nelo... fonem?- powiedzia³ obojêtnym tonem, wodz±c wzrokiem najpierw na Haralda, a potem na ca³e zgromadzenie.
Przede wszystkim, kim jeste¶ ty, która zaprzeczasz prawom natury?- ponownie siê odezwa³, po krótkiej wymianie zdañ miêdzy Lari± a duchem.
~ Ojciec... my¶l o ojcu... ~
Bartolomew mia³ pustkê w g³owie. To miejsce by³o... nie wiedzia³ jak to okre¶liæ. Powoli zapomina³, po co sie tutaj zjawi³. Zdecydowa³, ¿e dowie siê tego, mo¿liwie szybko, póki nie zapomni, ¿e zapomina...
-I co w tej¿e posiad³o¶ci jest takiego, co wymaga ca³ej armii, aby siê tam dostaæ i wyj¶æ... ¿ywym?- przed wypowiedzeniem ostatniego s³owa spojrza³ siê jeszcze raz na ducha piêknej kobiety.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości