Zrodzony z fantastyki

 
Awatar użytkownika
PoPoT
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 262
Rejestracja: śr sty 26, 2005 2:14 pm

Wojownik

sob maja 19, 2007 6:17 pm

Opowiadanie jednoczęściowe. Napisałem je pod inspiracją jednego wiersza mojej dziewczyny. Jest to pierwsze moje opowiadanie o takiej tematyce (kiedyś jeszcze mała próba z klimatami neuroshimy). Zapraszam do komentowania.

Wojownik


W końcu. Spełnienie moich marzeń. W koncu stoję wraz z moimi towarzyszami naprzeciw armii najeźdźcy, który panoszy się po ziemiach mojego pięknego kraju. Stoimy przed nimi w sile dziesięciu tysięcy zbrojnych. Ich jest zaledwie siedem tysięcy. Jestem cały podekscytowany! Czemu to tak długo trwa? Ja chce już wyżynać tych bezbożników.
Trąba. Słychać wszechobecna "HURRAAA!!!". To w końcu ten moment. To w końcu ten czas. Czas bohaterów. Biegniemy. Wszyscy razem. Wyciągam miecz. Gotuje tarcze. Jeszcze tylko kilkanaście metrów. Jak ciężko się biega w tej kolczudze. Dobrze, że nie mam całkiem zakrytego hełmu, bo bym się udusił. Zresztą i tak małe widzę.
WŁÓCZNIA! Uf, było blisko, ale ominąłem. Zderzam się z ich pierwszym szeregiem. Jak na dzikusów trzymają się twardo. Czuje straszliwy napór ludzi z tyłu. Zaraz mnie zmiażdżą! Boże pomóż!
Co to? Czyżby Bóg mnie wysłuchał? Opór puścił. Udało mi się przedrzeć. Zabiłem go! Niech zdycha wszawa kanalia! Ten atakuje. Jak boli ramie, gdy ten uderza swym toporem. Pchniecie. Leży. Jezu ich jest coraz więcej. Atakuje! Nie poddam się! Widzę chorągiew. To dla niej walczę. Dla obywateli.
Jezu, czemu walka jest taka straszna? Zabiłem, juz pięciu. Oni się sami mnożą czy co? Jest ich jakby coraz więcej. Ja już nie chce walczyć. Chce do obozu. Do ciepłego namiotu. Do piwa i dziwek. Nie dekoncentrować się. Wszędzie pełno okrzyków agonii, pyłu, krwi. MATKO PRZENAJŚWIETSZA! W ostatniej chwili uskoczyłem przed mieczem. Teraz tylko zamach i kolejny leży. Obronił się. To może pchnięcie. Odskoczył, ripostuje. Co ja bym zrobił bez tarczy? Odsłonił się. Teraz tylko wystarczy... AAA!!! Jak piecze! Czuje jak coś ciepłego leje mi się spod pachy. Czemu na jego mieczu jest krew? Przecież to moja krew! Boże ja nie chce umierać. Padam na ziemie. Obok pełno trupów. Zapach krwi. Zapach śmierci. Jak oni strasznie wyglądają jak tak leżą ze zmasakrowanymi ciałami, otwartymi oczyma. Te oczy. Takie zielone. Głębokie. Ufne. Widać ze umarł niespodziewanie. Nie widać w nich tego strachu jak u innych. Archaniele Michale czy musi tak strasznie piec? Ja nie chce umierać. Czemu ja chciałem iść na te głupią wojnę? Na co to, komu? Mogłem zostać w domu. Z żoną Elisabet, z córeczką Józefiną. Patrzeć jak zaczyna chodzić. Jak mówi pierwsze słowa. AAA!!! Nie deptajcie mnie! Ja jeszcze żyje! Czemu wszytko staje się tamie zamazane? Już tak bardzo nie boli. Już nie boli...

***

Odejdźcie ode mnie! Puśćcie mnie! Skąd się wzięły te ręce? Takie zimne. Czemu wszędzie jest tak ciemno i zimno? Boże mój! Przecież to ten, którego zabiłem! I ten też. Zostawcie mnie! Bierzcie te ręce! PUŚćCIE MNIE! Musze uciekać! Biec! Jak najdalej. Jak najszybciej. Oni mnie gonią. Jezusie Nazarejski to kolejni. Idą z wyciągniętymi rękoma po mnie. Musze uciekać. Czemu oni są tacy blado-szarzy? Po co snują tę swoją żałosną pieśń? A może to nie pieśń? To brzmi jak jakieś jęki. Jęki trupów? Zostawcie mnie. Upadam. Musze wstać! Nie mogę. Oni nadchodzą. Próbuje się podnieś. Już prawie wstałem. Oni mnie złapali. Puść! Puść mówię! Co on mówi... Tak jakby to nie on: "Jesteś w szpitalu, obudź się... to tylko koszmar...". O co tu chodzi.
CO?! Otwieram oczy. To był tylko sen. Jestem w jakimś namiocie. Mam zabandażowaną rękę. Nie mam siły się podnieś. Nie mam siły się nawet odezwać. Nade mną ktoś stoi. Jakiś stary dziad z pustym, pozbawionym złudzeń, smutnym wzrokiem: "wyliżesz się". Czemu te powieki są takie ciężkie...

***

Oczy... Zielone oczy. One się na mnie patrzą. Dookoła pełno śmierci. Na wojnie nie ma bohaterów. W oddali jakaś dziwna skrzydlata istota z kosą, zbiera coś w zwłokach. Jakiś błękitny jakby cieniutki materiał, jakby nici i je zjada. Ciekawe kto to? Pewnie jacyś biedacy żywią się jakiś prowiantem dzikusów. Boże, jakie maniery. Przy każdym kęsie wyją przeciągle. Oczy... Biedaczyna. Dostał chyba toporem w głowę. JEZU ONE MRUGAJ?! Jak to możliwe?! On porusza ustami. Co on mówi? Coś jakby "co się gapisz?". Niemożliwe. Przecież on nie żyje. Wszytko się zamazuje. Jakby jakaś mgła... Coś mi spływa po gardle. Jakie to obrzydliwe! Wypluwam. "Musisz to zjeść, bo jak nie to umrzesz" - zdaje się mówić jakiś głos. Tak jakby mnie ktoś karmił. Co? Ach tak przecież jestem w szpitalu polowym. To był tylko kolejny sen. Daje się karmić. Jestem słaby. Bardzo słaby...

***

Znowu leże na tym przeklętym polu bitwy. Ci biedacy ubrani na czarno, z kosami są coraz bliżej. Pewnie z tamtej strony jest ich wioska. Wszędzie jest pełno krwi. Jak ja tej wojny nienawidzę. Wszędzie są śmierdzące zwłoki. Pełno karmazynowego błota. W oddali słychać jęki dogorywania. W ta hołota ciągle wyje. Jakby nie wystarczyło to ze mają darmową ucztę to jeszcze muszą tak przeraźliwe wyć. Ciekawe skąd maja takie dziwne szaty? Jakby mnisie. Takie z kapturami. Nie mogę wstać.
Budzę się. To znowu sen? Powieki są takie ciężkie. Podniosę je, dam rade. Widzę dwóch ludzi po miedzy nimi coś jakby nosze, ale przecież na nich nie ma rannych tylko jakieś duże worki kartofli. Co to? Czemu temu workowi opadła ręka na dół? Nie wiem. Nie mam teraz siły na filozofie.

***

Jak ten plebs jest już blisko mnie. Chyba nie mam nic drogocennego żebym niczego nie stracił. Przecież i tak oni kradną te dziwne nici, które zjadają. Czy oni muszą tak strasznie wyć? Znowu te oczy. One się patrzą. One się poruszają. Teraz jestem pewien ze one mrugają. Już nie jest to taki straszne jak przedtem. Ciekawe, co teraz robi moja kochana Anna? Jak strasznie za nią tęsknie. Te tutaj z obozu nie mają z nią żadnych szans w łóżku. Dobrze chociaż, że ten jej przygłupawy maż przez większą cześć roku siedział w kopalni, to mogłem ją często odwiedzać. Miała takie cudowne ciało. Ale... przecież... to ona. Oczywiście. Nikt nie ma takich krągłości jak ona. Staje przede mną. Jestem na łące. Co to? Czemu jej ciało zaczyna się pokrywać jakimiś bliznami? Boże! Pojawiają się jej zmarszczki. Z nosa i oczu zaczyna lecieć krew. Jej piękną cera staje się szara. Każdy cal jej pięknego niegdyś ciała teraz pokrywają setki blizn, z których ciągle sączy się krew. Fuj! Ona śmierdzi!
Znikła. Jaka ta trawa niewygodna. Całe plecy mnie bolą. Jakbym miał odleżyny. Przecież to nie jest łąka tylko znowu ten szpital od siedmiu boleści. Mam mokre łóżko. Znając życie namiot przemaka. Czemu nie jestem już zdrowy. Co tu tak śmierdzi? Jakby moczem? Nie wiem. Mam dość, muszę się przespać.

***

Boże, Ci wieśniacy już są prawie przy mnie. Jeden się tu zbliża. Jak on dziwnie chodzi, tak jakby płynął w powietrzu. Ma jakby czarny habit, i dużą kosę w prawej ręce. Strasznie blada ta ręka. Pewnie jest niedożywiony, skoro musi nawet na pobojowisku jedzenia szukać. Nie widzę jego twarzy, kaptur zasłania wszytko, widać pod nim tylko czerń. Przepastną, głęboka czerń. Ale co to?! On wyciąga do mnie rękę. Ja nic nie mam do jedzenia. Wyciąga do mnie swoją lewa dłoń, która składa się chyba tylko ze skóry, kości i zapuszczonych paznokci. Ma takie strasznie długie palce. Po co on kładzie je na moich oczach. AŁA!! To boli. Jakby wyrywał mi oczy! On mnie za nie ciągnie. AAA!!! Boli jakby wyrywał mi duszę. Ja wstaje. Widzę całe pole bitwy. JEZU CHRYSTE! Ja widzę własne zwłoki! Co się dzieje! To boli. Boli tak strasznie, że aż wyje z bólu. Widzę zęby! Okropne, nierówne, żółte zęby. W jego otwartej paszczy widać tylko ciemność. Nic więcej. On mnie tam wkłada. Jak to boli! Nie jedz mnie. Jak tu ciemnie! Ciemno...

***

Stoję. Dookoła jest ciemno, tylko nade mną jest niewielki strumień światła. Podłoże jest twarde, jakby z kamienia. W około tylko pustka, niezgłębiona otchłań. Widzę przed sobą jakby postać. Siedzi na wielkim kamieniu. To najprawdopodobniej według większości kobiet najbardziej przystojny mężczyzna tego świata. Ma czarne skrzydła i dziwnie ułożoną fryzurę. Jakbym był głupi mógłbym pomyśleć ze to rogi, a za nimi zwisające do ramion kruczoczarne włosy. Jest ubrany w czarną przepaskę, a ten pas materiału zwisający z jego szaty wygląda jakby ogon. Nie mam ran. Jestem czysty. Ubrany w mój najlepszy strój. "Gdzie ja jestem" - zapytałem. "Długo na ciebie czekaliśmy, mości rycerzu. Długo się opierałeś przed przyjściem do mnie" - odpowiedział nieznajomy, po czym wykonał gest ręką pokazując gdzie się mam udać i dodał - "Mefistofelesie, zapewnij odpowiednie wygody naszemu zasłużonemu podopiecznemu"

Piotr "PoPoT" Soja
Ostatnio zmieniony sob paź 30, 2010 3:53 pm przez Klebern, łącznie zmieniany 2 razy.
Powód:
 
Asurmar
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 441
Rejestracja: pt sie 03, 2007 11:47 am

ndz sie 10, 2008 2:23 pm

Trafiłem tu po linku i przeczytałem od początku do końca. Powiem tak...Bracie, świetnie piszesz, ale błędów ortograficznych jak nasiał. Żeby nie być gołosłownym przytoczę ci te najpoważniejsze.

PoPoT pisze:
Słychać wszechobecna "HURRAAA!!!

Wszechobecne.
PoPoT pisze:
Zresztą i tak małe widzę.

Mało.
PoPoT pisze:
Boże pomóż!
Co to? Czyżby Bóg mnie wysłuchał? Opór puścił.

A to jest świetne mości krzyżowcu.:) Tu nie ma błędu, po prostu spodobało mi się.
PoPoT pisze:
Zabiłem, juz pięciu.

Skasuj przecinek i dodaj ż.
PoPoT pisze:
Do piwa i dziwek. Nie dekoncentrować się.

A to, panie święty rycerzu, było jeszcze lepsze.
PoPoT pisze:
Czemu wszytko staje się tamie zamazane?

Takie.
PoPoT pisze:
Próbuje się podnieś

Brakuje "ć" na końcu.
PoPoT pisze:
JEZU ONE MRUGAJ?

A tu "ą".
PoPoT pisze:
W oddali słychać jęki dogorywania. W ta hołota ciągle wyje.

Lepiej by brzmiało: "W oddali słychać jęki konających". I "A" na początku drugiego zdania.
PoPoT pisze:
Czemu nie jestem już zdrowy.

Pytajnik na końcu.
PoPoT pisze:
Przepastną, głęboka czerń.

Ten błąd powtarza się bardzo często. Zamiast "ą" i "ę" mamy "a" i "e".
PoPoT pisze:
Dookoła jest ciemno, tylko nade mną jest niewielki strumień światła.

Może tak: " Dookoła panuje ciemność, tylko nade mną płynie niewielki strumień światła".
PoPoT pisze:
Widzę przed sobą jakby postać.

Ciekawsza wersja: " Widzę coś przed sobą, jakby postać".

To tyle z błędów, które zauważyłem. A co do wartości merytorycznej opowiadania to powiem ci, że mnie bardzo przyjemnie zaskoczyłeś. Tak samo jak wszystkich miłośników śniętych rycerzy, pewnie dlatego komentów brak. Bardzo ciekawie to wychodzi gdy sobie opowiadanie przełożyć na realia D&D (bo rozumiem, że tu raczej Jerozolima i wyprawy krzyżowe) i uczynić bohaterem jakiegoś paladyna. Tak, to są przyjemne klimaty...A końcóweczka z Lordem Piekieł to puenta warta grzechu, powiadam ci.
Co do stylu to rzuca się w oczy głównie skłonność do używania krótkich, dobitnych zdań. Stary trik, skuteczny zwłaszcza podczas bitew. Do tego turpistyczne opisy dobrze oddające charakter owego świętego krzyżowca.
W nagrodę mój szeroki, odciśnięty w betonie uśmiech. A ten wiersz twojej dziewczyny to spróbuj tu do tematu wrzucić, a z chęcią przeczytam. Pozdrawiam.:)
 
Awatar użytkownika
PoPoT
Stały bywalec
Stały bywalec
Posty: 262
Rejestracja: śr sty 26, 2005 2:14 pm

ndz sie 10, 2008 6:34 pm

Dziękuję za krytykę :) Od razu mówię, że opowiadanie pisałem dawno temu i moja ortografia wtedy jeszcze poważnie szwankowała. W dodatku to, że pisałem to ponad rok temu skutkuje tym, że o jaki wiersz Ci chodzi zrozumiałem po przeczytaniu pierwszego zdania mojego postu - szczerze nie pamiętam tego wiersza.

W sumie opowiadanie mniej pod krzyżowca było robione, a bardziej pod polską obronę przed tatarami ;) Wiem, że to troche nie pasuje, ale takie w mojej głowie było założenie ;)

Do tego chce zauważyć ze to moje dopiero 2 opowiadanie (pierwsze w klimacie neuroshimy, a co za tym idzie nie mam gdzie go tutaj zamieścić).

Dodam, że opowiadanie napisane w jeden wieczór, za jednym zamachem. ;)

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości