Zrodzony z fantastyki

 
Awatar użytkownika
Jack Dylan
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 19
Rejestracja: śr gru 01, 2010 5:56 am

Księżycowy szlak

wt maja 10, 2011 12:03 am

Księżycowy szlak

Wspinałem się po stromym zboczu w kierunku sierpowego księżyca płonącego na wyciągnięcie ręki. Byłem uwikłany długą wędrówką, podróżując od dobrych kilku dni. Srebrzyste światło delikatnie wypełniało moje oczy a było takie błogie i tak kojąco działało na moje strudzone zmysły, że – przysięgam - stało się jedynym powodem, dla którego szedłem dalej. Wpatrywałem się w blade lico mojego przyjaciela na niebie łapiąc każdą jego smugę, jako dar zrodzony przez noc – tylko i wyłącznie dla mnie!

Miałem na sobie znoszone ciemne ubranie, twarz osłaniałem kapturem zaciągniętym głęboko na oczy. Długi płaszcz podróżny opadał mi niedbale na ramiona i osłaniał przed wyjącym wiatrem.

Widok z urwiska rozciągał się na samotne wrzosowisko daleko w dole. Podmokłe połacie ziemi porośnięte dziką roślinnością skąpane były w blado-niebieskim świetle księżyca. Był to trupi odcień, straszliwy i posępny do tego stopnia, że ciężko mi to opisać. Nierówności terenu odznaczały się osobliwie przywodząc na myśl zorane pole o głębokich koleinach, wijących się po wrzosie niczym węże. Wśród zakrzywionych górskich szczytów otaczających mnie z zachodu, szumiał wiatr. Uderzał w skaliste grzbiety kłębiącymi podmuchami przypominającymi wiązki spiralne utkane przez eter.

Nim wzejdzie słońce muszę znaleźć schronienie w jakiejś grocie lub jaskini. Wiem, że cała góra pokiereszowana jest wyżłobionymi pod ziemią tunelami i mrocznymi korytarzami gdyż – nim udałem się w podróż – spędziłem wiele czasu studiując księgi i pradawne plany opisujące to dziwne miejsce. Ów osobliwe woluminy stały się przyczyną wzrastającej we mnie ciekawości. Z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej pragnąłem zbadać to miejsce i odkryć jego mroczne sekrety, pozostawione na dłoni minionych stuleci.

Księżyc chylił się ku niewyraźnej linii horyzontu. Pamiętam, że wyglądał wtedy jakby przepływał przez czarne jezioro nocy swoją wyświechtaną, srebrną łódeczką. To był znak zwiastujący dla mnie długi, głęboki sen. Znalazłem grotę porośniętą poskręcanymi korzeniami i zasnąłem w jej objęciach, choć mimo wycieńczenia, spałem niespokojnie śniąc o przeszłości.

Mistrz mój, człowiek uczony i obyty ze światem, osiedlił się u podnóża góry niedaleko wioski, w której przyszedłem na świat. Zamieszkał w starej, podniszczonej wieży wznoszącej się ku niebu niczym jakiś zakrzywiony szpon zdeformowanej ręki. Zewsząd otaczał go gęsty las a do tajemniczej budowli nie prowadził żaden przetarty szlak bądź droga. Żył tam jak pustelnik, studiując osobliwe woluminy, zwoje i spłowiałe pergaminy o suchym, niemalże rozsypującym się obliczu. Któregoś zimowego dnia przybył do naszej wioski uzupełnić zapasy. Dostrzegłem go a on – zdawało się, że dostrzegł też mnie. Załadował jedzenie i wodę na wóz a potem odjechał w kierunku zachodzącego słońca. Musiał poczuć mój wzrok na swoich ramionach gdyż, kiedy znajdował się już na końcu drogi, odwrócił głowę i spojrzał prosto w mą twarz. Zmroził mnie swoim hipnotyzującym wzrokiem a ja nie mogłem nawet drgnąć.

Ci, co zapuścili się głęboko w ramiona lasu, opowiadali jak to późnymi nocami, nad konarami drzew unosi się zielonkawa poświata i wiązki migoczącego, raz po raz, światła. W wiosce zapanował zgiełk. Ludzie szeptali do siebie a ja obserwowałem ich twarze. Widoczne grymasy na ich licach przyprawiały mnie o mdłości. Mężczyźni wyglądali jak osłupiali szaleńcy, trwający w bezdźwięcznym krzyku zdziwienia i zgrozy. Ja jednak zachowałem rozsądek. Czułem się na tyle podekscytowany, co ciekawy ów mężczyzny i jego wieży, że którejś nocy wymknąłem się z domu i pognałem pochyłą ścieżką w głąb szkaradnych sylwetek drzew.

Przedzierałem się przez leśną gęstwinę na oślep, nie mając pojęcia, dokąd zmierzam ani w którą stronę mam się kierować. Prowadziła mnie osobliwa intuicja albo jakaś namiastka zmysłu, który pobłyskiwał wewnątrz mej głowy obrazem utkanym przez mrok. Biegłem czując na sobie spojrzenia rodziców wznoszące się nad dachem naszego domu. Niebo było posępne i atramentowo-ciemne. Chłodne oddechy wiatru uderzały w moją gołą szyję z dzikim okrucieństwem. Cierniowe krzewy o suchych kolcach wiły się pośród ciemnego podszycia lasu, rozrywając moją skórę w okolicach nóg aż do krwi. Czułem ciepłe, szkarłatne strugi owijające się wokół moich łydek niczym całuny. Biegłem chyba całe wieki wsłuchując się w nieregularne bicie mojego serca, aż wpadłem na trawiastą polanę spowitą głębokim światłem księżycowym. Upadłem na ziemię, lecz niemalże momentalnie podniosłem wzrok. Poczerniałe mury wzbijające się w niebo owinięte były bladą poświatą. Z wąskich okien emanował stłumiony blask wiecznego spokoju. Spadzisty dach wżynał się w poszarpane chmury niczym nóż zabójcy wiszący nad swoją ofiarą – pokochałem tą budowlę od pierwszego wejrzenia.

Obudziłem się późnym popołudniem. Resztka słońca tonęła na nieboskłonie niczym wrak statku na Krwawym Morzu. Gęsto porośnięta linia drzew wznosząca się daleko za wrzosowiskiem była jeszcze widzialna. Barwy nieba przypominały kolory zorzy wiszącej nad światem. Do wieczora pozostała nie więcej jak godzina. Wysunąłem się ze swojej groty i szczelnie nasunąłem kaptur na twarz. Zacząłem się ponownie wspinać ku szczytowi.

Od dawien dawna nie śniłem o przeszłości. Odciąłem się od niej a ona wróciła w moje ramiona jak syn marnotrawny po latach rozłąki. Zastanawiałem się czy ma to jakikolwiek związek z tym miejscem, z tą górą – uśmiechnąłem się lekko. Wcześniej przeszłość nawiedzała moje sny częściej, prawie każdej nocy, ale spowodowana były czynem, którego raczej nigdy już nie wymaże z pamięci. Czynem strasznym, jaki i zabawnym – patrząc na to z perspektywy czasu. Zatonąłem we własnych myślach…

Zostałem z nim. Nie mogłem wrócić do wioski, w której każdy dzień wygląda tak samo. Nie chciałem zostać farmerem, nie interesowała mnie praca fizyczna ani żadne pozytywy z nią związane. Przekonałem się, że nauka jest bliska mojemu sercu - tak jak ta wieża i odrębny w niej świat. Mój mistrz nauczył mnie alchemii, razem studiowaliśmy dziwaczne księgi i zgłębialiśmy tajemnice gwiazd. Byłem jego uczniem a on moim mistrzem i to on zagnieździł mrok w moim sercu.

Najpierw skupił moją uwagę na subtelnych księgach i zwojach zaprawiających o prawach istnienia i czegoś, co nazwałem wtedy – namacalną energią płynącą ze źródła śmierci. Z czasem owa literatura przybrała ciemniejszych kolorów i osobliwszych treści – fundamentów pradawnej magii zza grobu, czystego zła, którego pożądałem… Zacząłem o nim śnić przemierzając straszliwe krainy mych szaleńczych wizji trwając zawieszony między nicością a jawą. Widziałem umarłych ludzi powstających ze swoich nietkniętych grobów; przywołani przez podejrzane źródło moich westchnień. Pomyślałem, że postradałem zmysły, lecz ów obawa rozmyła się momentalnie ustępując miejsca dzikiej fascynacji zrodzonej głęboko w moim wnętrzu. Mój mistrz bacznie mnie obserwował za dnia i w nocy, pieczołowicie czuwając nade mną i każdym krokiem zagłębiającym mnie w gęstym mroku. Którejś nocy zapytał mnie czy boje się śmierci. Pytająco uniosłem brew myśląc, że żartuje, lecz on był śmiertelnie poważny. Wbił we mnie swój wzrok zaglądając głęboko w duszę – on wiedział, tak jak wiedziałem i ja… Następnej nocy udaliśmy się na zapuszczone w lesie, zrujnowane cmentarzysko. Gęste opary mgły wisiały nad pochyłymi grobami i zwieńczonymi krucyfiksami wbitymi w zmarzniętą ziemię. Pamiętam tylko, że ukazane przez niego opactwa wryły się głęboko w moją psychikę pozostawiając po sobie zrujnowane strzępy zgrozy, rozpaczy i strachu – strachu tak namacalnego, że prawie wyczuwalnego każdym moim zmysłem. Wróciliśmy do wieży a ja z wycieńczenia od razu usnąłem. I znowu śniłem a kiedy obudziłem się rano, mój umysł zaczął się przejaśniać. Wiedziałem, że stąpam po kruchym moście, z którego nie ma już odwrotu…

Mój mistrz przekazał mi cała swoją wiedzę, jaką kiedykolwiek posiadał. Po wspólnie spędzonych latach przewyższałem go zdolnościami niemalże kilkakrotnie. Dostrzegłem to w jego oczach, ten słaby przebłysk strachu - całe dekady po dniu, w którym spotkaliśmy się po raz pierwszy. Byłem klasycznym przykładem ucznia, który przerósł swojego mistrza. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę - próbowałem odejść, lecz on mi nie pozwolił. Wmawiał mi, że jeszcze tyle musze się nauczyć, choć tylko się okłamywał – był żałosny i taki niepotrzebny. Którejś nocy zakradłem się do jego łóżka i stojąc przez chwilę w mroku, wpatrywałem się w jego strudzone od zmarszczek lico. Spał spokojnie, kiedy owinąłem swe ręce wokół jego gardła i zacisnąłem mocno. Nawet nie wierzgał, poddając się temu jakby wiedział, że takie o to żniwo zebrał mu los. Wpatrywałem się w jego chłodne oczy z rozkoszą, lecz nic w nich nie zobaczyłem. Gdy w końcu głowa opadła mu niedbale, w pustych źrenicach ujrzałem satysfakcję – zdziwiłem się.

Pozbyłem się ciała w lesie, zostawiając je wilkom na pożarcie. Od tej pory wieża i jej cenne woluminy należały do mnie – stała się moim schronieniem na całe stulecia.

Wiele podróżowałem. Odwiedziłem Samotne Góry na południowym krańcu, Krwiste Morze na wschodzie, odległe ziemie należące do Siedmiu Faraonów z Dehhateru - pustynne pustkowia i rozsiane po nich, zrujnowane szańce. Widziałem Starożytne Grobowce Inervy wzniesione pośród bagnistych stepów i wrzosowisk o bujnej roślinności. Wszędzie gdzie się udałem prowadziłem badania, pogłębiałem moją wiedze tajemną, która odznaczyła na mnie swoje piętno. W Zakazanym Woluminie Necronis natknąłem się na pewną ciekawą wzmiankę. Dotyczyła ona zaćmienia słońca i układu planet zdarzającego się raz na czterysta lat. Podczas takiego właśnie zestawienia ciał niebieskich: gwiazd i planet, nasycenie mroczną energią stawało się niewyobrażalnie potężnym źródłem mocy. Tak potężnym, że mogło przechylić losy świata na korzyść tego, który potrafił tę moc okiełznać.

W Krainie Wiecznego Wichru znalazłem następny fragment pasujący do mojej układanki. Czułem jak ogarnia mnie niesamowite podniecenie:

Wiele pokoleń temu, gdy świat był jeszcze młody, na szczycie góry wzniesiono fortecę o grubych murach – nigdy nietkniętych przez wrogi ogień i zahartowane żelazo. W krainie panował pokój a lud żył w dostatku i miłości. Jednak został on najechany przez wrogie oddziały sąsiadujących królestw, które aspirowały do poszerzenia swojego terenu i wpływów. U podnóża góry stoczono bitwę o losy państwa. Rzeki spłynęły krwią, ciała poległych piętrzyły się po ziemi usypaną stertą zwłok. Zdobyto fortecę i wyrżnięto w pień jej prawowitych władców. Konający kapłan przeklął swoich oprawców i rzucił na nich klątwę: PRZEKLINAM CIĘ!... NIECHAJ TWÓJ LUD SZCZEŹNIE W NAJGORSZYCH CHOROBACH A CIAŁA POLEGŁYCH NIGDY NIE ZAZNAJĄ SPOKOJU!
Zebrani zadrwili sobie z aktu bezsilności starego kapłana, lecz gdy miesiąc później ludzie zaczęli padać ofiarą nieznanej dotychczas choroby, przypomnieli sobie słowa klątwy i poczuli zgrozę. Zaniechano niezdobytej niegdyś twierdzy i pozostawiono ją samotną pośród zakrzywionych szczytów by dzikie pnącza i mech, porosły ją całkowicie zamieniając minioną dumę w upadłą ruinę kamieni. Ziemia, na której stoczono walkę zaczęła się zmieniać. Tam gdzie przelała się niewinna krew, zaczęły wyrastać dziwne rośliny o nieznanych dotąd kształtach i absurdalnych wielkościach. Krążyły też pogłoski, że na ów dziwacznych stepach, w nocy słychać pojękiwania zgładzonych wojowników snujących się po wrzosowisku jak zjawy… Samotna forteca obserwowała wszystko swoim smutnym, oszukanym wzrokiem. Wzniesiona na urwisku, przetrwała całe wieki…


Do zaćmienia pozostało tylko trzy dni. Oglądałem niebo i wpatrywałem się w gwiazdy - one do mnie przemawiają. Droga ciągle się wznosi, ale widać już zarys tkniętych przez czas wież i posępnych blanków. Głęboka paszcza głównych wrót zieje otworem a przenikające mnie oczy wędrujące przez liczne okna budowli, zdają się ukradkiem na mnie spoglądać licząc, że ich nie widzę - choć już dawno je dostrzegłem. Teraz mogę już zdjąć kaptur, nikt się tu nie zapuszczał od stuleci. Chwyciłem wyciosany, głęboki materiał okrywający mą twarz i wprawnym ruchem zrzuciłem go z głowy. Blade światło księżyca obmyło moją gołą czaszkę i puste studnie oczodołów. Luźna szczęka wykrzywiła się w grymasie przypominającym coś, co mogło kiedyś być uśmiechem…
Ostatnio zmieniony śr maja 11, 2011 8:23 pm przez Jack Dylan, łącznie zmieniany 10 razy.
Powód:
 
Awatar użytkownika
Courun Yauntyrr
Użytkownik zaawansowany
Użytkownik zaawansowany
Posty: 52
Rejestracja: czw sty 04, 2007 2:27 pm

Księżycowy szlak

wt cze 14, 2011 9:29 am

W pierwszej kolejności powinieneś to raz jeszcze wszystko przeczytać i dodać brakujące przecinki. Rozumiem, że twórczość artystyczna i z tej racji można się pokusić o pewne ułatwienia, jednak brak interpunkcji zbytnio raził i utrudniał odbiór. Być może skrzywienie zawodowe ;)

Kolejna kwestia to owe zaszczepienie mroku w sercu. Trochę to takie zbyt szybkie i prosi się o głębszą dygresję. Może niechęć do pracy fizycznej wywołała nienawiść do osób, które zmuszały bohatera do jej wykonywania wbrew jego woli?

Także wspomnienie o lesie i o tym, jak to ludzie opowiadają co w nim nie widzieli - fajnie, gdyby tych ludzi jakoś ulokować, trochę rozbudować kwestię położenia geograficznego. Także sam wygląd twojej postaci, ubranie - dziwnie ubogo wygląda na tle mocno rozbudowanej części dotyczącej odczuć.

Nie zrozum mnie źle - czyta się przyjemnie i nie żałuję tych kilku minut spędzonych nad "Księżycowym szlakiem".

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości