Zrodzony z fantastyki

 
krakowski_sen
Nowy użytkownik
Nowy użytkownik
Posty: 1
Rejestracja: pn lip 08, 2019 10:27 am

Chmurka

pn lip 08, 2019 10:32 am

Pierwsze skończone opowiadanie, takie na rozgrzewkę.


    Marysia przykucnęła na zimnych deskach parkietu. Skrzypnęło. Dziura w ścianie wielkości arbuza była postrzępiona, na podłodze leżały okruchy tynku. Środek dziury był czerwony od cegły, przypominając otwartą paszczę dużego zwierzęcia. Dopiero co przybiegła z ogrodu ze świeżą porcją liści. Zlodowaciałe stopy były czarne z mokrej ziemi.
Położyła dar przed jamą, przyklepując od góry ceremonialnie, po czym wstała energicznie, jednocześnie odwracając się od ściany. Skuliła się, zakryła oczy rękoma.
    — Raz, dwa, trzy, stara dziura patrzy! — Szepnęła z dziecięcą ekscytacją, wyobrażając sobie, jakie to łupy uda jej się zgarnąć tego dnia.
    Stała tak jeszcze parę sekund — całe wieki dla niecierpliwego dziecka — po czym szybko się odwróciła. Po liściach nie zostało nic, nawet kawałki ziemi, niezgrabnie przytaszczone w kupce, zniknęły. Ale to, co pojawiło się w zamian, skarb, cudeńko, eldorado w oczach dziecka: pomięta paczka czipsów.
    Dziewczynka pochwyciła łup i susem dostała się na łóżko. Zerknęła do środka opakowania i pisnęła z radości, gdy okazało się, że jest prawie pełne. Zdarzało się to nieczęsto: ściana nie miała w zwyczaju dzielić się więcej, niż było to konieczne. 
    — Marysia! Obiad! —  dziewczynka zamarzła niczym zaniepokojona sarna, z zmieloną garścią czipsów w buzi, gdy usłyszała nagłe wołanie taty.
    — Jwuż idwę! 
    — Znowu coś tam pałaszujesz?! Nie odejdziesz od stołu, dopóki nie zjesz wszystkich warzyw!
Wywróciła oczami, po czym zeskoczyła z łóżka i wytarła stopy z ziemi o pluszowy dywan, rozkoszując się jego miękkością. Szybko przeżuła czipsy i schowała resztę do swojej tajnej kryjówki, po czym wybiegła z pokoju.
    Mama Marysi siedziała już przy stole, wybierając nową sukienkę na tablecie. Tata stał przy patelni, nucąc popularną hiszpańską piosenkę, śpiewając jedno słowo w refrenie, które znał (dziewczynka miała teorię, że Hiszpanie dokonali inwazji na polskie radio, a jej ojciec jest ich pierwszą ofiarą).
    — Mamusiu, dzisiaj dziura przyniosła mi pyszne czipsy, ale jeszcze nie odkryłam o jakim smaku.
    — Aha, to niesamowite. Dobrze, że tatuś nie ma takiej dziury w ścianie bo miałby już trzy podbródki - Powiedziała mama z życzliwym uśmiechem. 
    — Słyszałem to… A tak w ogóle, moja piękna, szczupła żono, czy zastanawiałaś się skąd krasnoludki zza siedmiu ścian mają te wszystkie łakocie? Nie pamiętam, żebyśmy ostatnio kupowali jakiekolwiek słodycze.
    — Dobre pytanie, musiałabym zobaczyć co to za czipsy, ale żeby to zrobić, musiałabym znaleźć tajną skrytkę ze słodyczami Marysi — powiedziała podejrzliwie patrząc na córkę, po czym chwyciła ją i zaczęła łaskotać, żądając odpowiedzi — Gadaj! Gadaj gdzie są skarby!
    — Haha… po moi…hihihi trupie!
    Marysia zjadła wszystkie swoje warzywa. Nie chciała żeby rodzice mieli powód, żeby szukać jej skarbów.
    — Dzisiaj czytałem bardzo ciekawy artykuł. Marysiu, czy miałaś już w szkole o atomach? — Tata miał w zwyczaju dzielić się przy obiedzie ciekawostkami, które przeczytał gdzieś w swoich naukowych magazynach. Ani mamy, ani Marysi treść za bardzo nie interesowała, ale lubiły słuchać ekscytacji w jego głosie.
    — Tak tatusiu, to takie wielkie pyłki z których stworzony jesteś ty, mama, i ja. I co siedem lat wymieniamy się tymi pyłkami, następnym razem bym chciała dostać atomy mamy, żeby być taka piękna jak ona! — Mimo swojego młodego wieku, znała już dobrze techniki dyplomacji, wiedziała też, że to mamusia rozkazuje Mikołajowi co przynieść pod choinkę.
    — No… tak, mniej więcej tak to działa. A więc, w tych atomach, są jeszcze mniejsze pyłki, które nazywają się elektrony. No… I te elektrony, to one się poruszają w tym atomie no i ciekawostka jest taka, że one nie są w jednym miejscu, tylko w wielu miejscach naraz. Są jakby chmurą! Ale słuchajcie tego, jeżeli naukowiec spojrzy z bliska, to nagle te elektrony zajmują pozycję i już nie są chmurą, ale punktami.
    — No to bez sensu. Po co patrzeć i psuć całą zabawę, chmury są piękne, a punkty są nudne. Ci naukowcy to muszą być całkiem nudziarze! — Nie na żarty oburzyła się Marysia.
    — Nigdy nie spojrzałem na to z tej strony kochanie, jesteś bardzo mądra.  Ale niestety taka ich już praca, żeby rozkładać wszystko na części.
    — To ja nie chcę takiej pracy, ja chcę taką pracę, że nic nie będę musiała rozkładać... Wiem, będę chmurką!

----

    — Muszę ci coś koniecznie pokazać. Dzisiaj po szkole, u mnie - Stwierdziła Ania, planując Marysi wieczór.     
    — A może mam coś lepszego do roboty? — Dziewczynka nadymała się i zrobiła groźną minę w odpowiedzi, choć obydwie wiedziały, że grafik siedmiolatka rzadko jest pełen naglących planów.
    — Dobrze, przepraszam, po prostu jestem taka podekscytowana! Czy zechciałabyś, najlepsza przyjaciółko, odwiedzić dziś moje włości?
    — Nie wiem co to te włości, ale do ciebie mogę przyjść, tylko zapytam mamy — Odpowiedziała i zatrzymała się nagle jakby uderzyła w ścianę — Ojeju, zobacz jaki piękny!
    Na trawniku, przebijając się przez kołderkę jesiennych liści, kwitł soczysty, niebiesko-fioletowy kwiat. Marysia zanurkowała, lądując miękko na liściach i wetknęła nos tak blisko, że przypominała ogromną pszczołę zbierającą pyłek. Kiedy dziewczynka była w środku oceniania tekstury płatków, roślinka błyskawicznie zniknęła z jej pola widzenia. Kiedy się odwróciła, Ania właśnie kończyła plątać kwiat we włosy.
    — Ej! Wszystko zepsułaś.
    — Po co komu taki piękny kwiat na jakiejś ziemi, skoro może być na tak pięknej głowie. Dobra, lecę, do zobaczenia wieczorem!

----

    Stół podczas kolacji trząsł się niemiłosiernie, napędzany niecierpliwym majtaniem nóg Ani.
    — Dobra, leć już Ania bo zaraz odfruniesz z tym stołem. Co wy znowu wymyśliłyście? — Mama Ani patrzyła na nią z podejrzeniem, celując w nią widelcem z nawiniętym spaghetti.
    — Pewnie jakieś plotki, ploteczki do obgadania — Szukał zaczepki Marcin, starszy brat Ani.
    — A właśnie że nie, na razie to sekret, chodź idziemy — Powiedziała Ania, po czym wystrzeliła chwytając Marysię za rękę.
    Kiedy weszły do pokoju, Marysia dalej nie miała pojęcia co przyjaciółka chce jej pokazać. Pokój jak pokój, nic się nie zmieniło, wszystko dalej pedantycznie posprzątane, kolor ścian taki sam. Kiedy w końcu ją uderzyło, poczuła jakby ktoś oblał ją wiadrem lodowatej wody. Dziura. Prawie taka sama jak u niej w domu, tylko ta była brzydka, szara. Dziewczynka po raz pierwszy raz w życiu poczuła się tak okropnie zdradzona. 
    Dokładnie rok wcześniej, obudziła się rano, zauważając, że jakiś wandal otworzył krater w jej pięknej łące na tapecie ściany. Ubrała skórzane rękawiczki mamy, wyciągnęła zakurzoną lupę i przystąpiła do inwestygacji. Nie znalazła żadnych śladów, ale jej pierwszym podejrzanym był szczur Teodor, który czasami odwiedzał ich spiżarnię. Postanowiła że zwabi intruza i skarci go za swoje zachowanie. Krzywiąc się z niesmaku, położyła rodzynki, które wygrzebała z sernika babci. Kiedy obróciła się i spojrzała znów, żeby upewnić się, że pułapka jest idealnie ustawiona, rodzynek już nie było. Na ich miejscu leżała pogryziona tabliczka czekolady.
    Specjaliści z deratyzacji spędzili w domu 2 dni i nie znaleźli żadnego śladu szczurów. Mniej więcej tyle samo czasu zajęło rodzicom tłumaczenie dziewczynce genezę słowa deratyzacja, oraz dyskusjach filozoficznych dotyczących jej moralności. Udało w końcu jej się namówić rodziców, żeby nie naprawiali dziury, bo używa jej do zabawy. 
    Dbała o dziurę tyle czasu, czasami nawet czytając jej bajki, czując się jedyna, specjalna, walcząc ze sobą, żeby utrzymać sekret, a tutaj okazuje się, że każdy na osiedlu może sobie taką dziurę wstawić, pomyślała.
    — Co masz taką minę? Nie bój się, to nie myszy, to coś lepszego — Wyrwała ją z szoku przyjaciółka. — Patrz.
    Ania wyjęła z kieszeni spodni garść płatków śniadaniowych i położyła przed jamą.
    — One nie lubią słodzonych rzeczy — Powiedziała cicho Marysia.
    — Co mówisz?
    — Nic. No I co teraz? Po co ci te płatki?
    — Obróćmy się na chwilę i zobaczysz.
Dziewczynki stanęły plecami do ściany.
    — Przynieś mi coś dobrego! — Krzyknęła, tonem, jakby przemawiała do samego boga.
    Kiedy spojrzały z powrotem, na miejscu leżał nowiutki baton snickers. Nawet nie był wymięty. Tego było zbyt wiele, Marysia chciała gdzieś się schować i płakać.
    — No, fajna sztuczka. — wzięła się w garść i udało jej się wpleść trochę oszukanego entuzjazmu.
    — To jeszcze nic! Znajdę sposób, żeby dostać górę słodyczy, normalnie fabrykę czekolady tu otworzę. Pożyczyłam od Marcina samochodzik z kamerą, wjadę tam i zobaczę jak splądrować te wszystkie skarby!
    — A nie lepiej zostawić to w spokoju? Mieć słodycze tylko dla siebie, kiedy tylko zechcesz?
    — No coś ty, jak trafiasz na żyłę złota to nie patrzysz się na nią tylko kopiesz, co nie?
    — Jak tam chcesz. — Trzymała kciuki, żeby Ania wszystko zepsuła i to Marysia znowu była jedyną z magiczną dziurą w ścianie.

---

    Dziewczynka na początku trochę obraziła się na swoją dziurę, ale w końcu nie zniosła tego jak ona żałośnie na nią patrzy, z tej czarnej, uroczej czeluści. Ofiarowała w końcu skąpą kępkę trawy. Dostała pogryzione żelki. Pogodziła się z faktem, że nie jest jedyna z dziurą w ścianie - i do tego jakąś gorszą. Po prostu miała, to co miała. Bartek z klasy był okropnym bachorem, rodzicie mieli z nim dużo problemów, a i tak go jeszcze trzymają, pomyślała. Moja dziura jest jakaś dziwna, ale i tak ją kocham.

---

    — Dobra Marysia, próbowałam już wszystkiego, nieważne co wsadzę do tego tunelu to widzę tylko głupią ścianę, nic więcej. Mam tego dosyć, muszę zrobić coś, żeby ich zdenerwować. Chodź pomożesz mi — Ania prowadziła ją na Pole Minowe: łąkę na osiedlu, gdzie wszyscy wyprowadzali swoje psy.
    — Muszę nazbierać dużo, śmierdzących kup. Zobaczymy co oni na tą zniewagę! Będą musieli wreszcie się pokazać.
    — Zwariowałaś? Nie będę zbierać żadnych kup, sama sobie zbieraj!
    — No dobrze, ale żebyś potem nie żałowała.
Wracały do domu Ani ze śmierdzącą torebką psich odchodów. Marysia nie mogła uwierzyć w to co robi jej przyjaciółka, ale nie mogła też powstrzymać swojej ogromnej ciekawości. Przemknęły szybko do pokoju Ani, po czym zamknęli się na klucz.
    Przyjaciółka dała jej klamerkę na pranie i sama spięła sobie nos. Wyrzuciła łajno z torby przed dziurę i dziewczynki obróciły się.
    — Wyzywam was, abyście się pokazali na spotkanie z królową tych włości! — Krzyknęła patetycznie ze złością, trzymając pięść w górze, grożąc bogom, którzy zaszli jej za skórę.
    — Fuuj! Jesteś ohydna! Co to ma być? Mamo!!! — Odpowiedzieli bogowie.
    — Marcin?!

---

    Chaos, jaki nastąpił w domu sprawił, że nikt nie zauważył, jak Marysia wyśliznęła się bez pożegnania. Marcin krzyczał na Anię, Mama Ani krzyczała na Marcina i Anię, a Ania krzyczała na wszystkich i wszystko. Meksykański impas. Zanim wyszła, zdążyła zrozumieć, że to Marcin wywiercił dziurę ze swojego pokoju, do pokoju siostry, żeby ją podsłuchiwać. Pewnego dnia znalazł po drugiej stronie nasiona słonecznika i tak zaczął swoją długą zabawę w kotka i myszkę.
    Marysia biegła do domu ile sił w nogach, po drodze chwytając z ziemi parę szyszek. Wleciała do domu niczym huragan, rzuciła się do pokoju, ślizgając po panelach.
     — Proszę, proszę, proszę — błagała dziewczynka kładąc szyszki ostrożnie na ziemi, jakby były granatami odłamkowymi.
Odwróciła się i zaczęła szeptać.
    — Raz, dwa, trzy, stara dziura patrzy... Raz, dwa, trzy, stara dziura patrzy... Raz, dwa, trzy, stara dziura patrzy... — chwila ciszy.
    — Połowa krówki?! Pycha!
    

                        

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość