Dziecię świątyni
W ciemności było słychać odległy krzyk, a potem kroki. Rilisa wiedziała, że to po nią idą. W pierwszej chwili wstała z łóżka ogarnięta paniką. Zaraz potem zdała sobie sprawę, że w ciemności ma nad nimi przewagę, widzi w niej wyraźnie, a napastnicy nie maja takiej zdolności. Szybko porozkładała krzesła po całym pokoju i schowała się za drzwiami. Kroki były coraz bliżej, po chwili skrzypnęły drzwi, ktoś wszedł do środka. Poczuła czyjeś ręce na swoich ramionach.
- Rilisa, Rilisa obudź się dziewczyno. Znów miałaś zły sen?- Nimra pochyliła się nad córką. Jak zwykle miała na głowie śnieżnobiały czepek, a pod nim idealnie upięte, lekko siwiejące włosy. Sukienkę miała szarą zapiętą pod samą szyję, a na niej związany z tyłu biały fartuch.- Pamiętaj dzisiaj twój wielki dzień, zjedz śniadanie i idź do lasu. Musisz znaleźć idealny prezent dla mistrza. Tylko proszę cię, wysil się, nie dawaj mu wianka. Ibnel to w zeszłym roku zrobiła i nie był zadowolony. Następnego dnia jej matka musiała przez sześć miesięcy sprzątać oborę. Mistrz Kedarkuc jest sprawiedliwy, ale wymagający.
Rilsa przypomniała sobie wczorajszą rozmowę z matką. Kobieta przerwała jej mycie podłogi głównej sali gospody i oświadczyła, że następnej nocy stanie się wybranką Kendarkuca. Dziewczyna powinna dziękować Mrelitowi, ich bogu, za takie wyróżnienie. Ona jednak nie czuła się wyróżniona. Tishisa, zanim rok temu zaginęła w lesie, opowiedziała jej w sekrecie, że mistrz potrafi być brutalny.
Rilsa szybko odgoniła smutek, ma być wybranką mistrza, to wielkie wyróżnienie. Nie może zawieść matki, która od kilku lat po cichu na to liczyła. I jeszcze te sny takie realistyczne. Rilsa nikomu nie mówiła, że czasami zdarza jej się śnić na jawie. Najbardziej przerażające jest to, że te wizje, co do jednej jej się spełniają. Ostatnio gdy pomagała mamie i innym kobietom kroić warzywa na zupę, zobaczyła jak Jaer, jeden ze strażników osady wchodzi po drabinie. W następnej chwili wszyscy usłyszeli rumor na zewnątrz i krzyk z bólu wspierany przekleństwami. Rilsa wiedziała co się stało, Jaer spadł z drabiny. Dziewczyna nikomu o tym nie mówiła, nawet matce, czuła że wspólnota nie jest takim rajem na ziemi jak stara się im to przedstawić mistrz. Już w to nie wierzyła jak jeszcze parę lat temu. Po za tym, w snach ciągle widziała obrazy z jej życia, ale jakieś takie odległe z innego miejsca. Rilsa nie pozwalała sobie na nawet najmniejszy skrawek nadziei, że kiedyś może za jakiś czas wyrwie się z tego miejsca i pozna prawdziwy świat. To kiedyś, natomiast teraz musi pomyśleć o upominku dla mistrza i nocy w której będzie musiała ogrzać łoże tego ubóstwianego przez wszystkich mężczyzny.
Nie chciała tego wyróżnienia. Dla Rilsy, Kendarkuc był już starcem i na pewno nie wybrała by go na partnera. Dzieliły ich czterdzieści cztery lata i inne spojrzenie na świat. Czasami nie wierzyła w słowa Kendrakuca i jego poglądy na rolę kobiety w społeczeństwie. Nie dzieliła się z nikim swoimi wątpliwościami, ale silne poczucie, że nie jest jedyna nie opuszczało jej ani na chwilę. Wstała i skierowała się do stolika, na którym stała misa z wodą. Chciała umyć twarz.
- Co robisz? Nie marnuj wody dziś czeka cię kąpiel, a teraz ubieraj się i leć do lasu. Może znajdziesz tam zioło do fajki mistrza. Pospiesz się dziewczyno- Nimra przyjrzała się córce.- Rilsa wiesz, że na ciebie liczę? Jak spodobasz się mistrzowi, to wyniesie mnie wysoko. Kto wie, może zasiądę w radzie. Nie panikuj- uniosła dumnie głowę- też kiedyś byłam wybrana.
- Matko, czy ty kiedyś mnie kochałaś? To co jest dobre dla ciebie, niekoniecznie oznacza to samo dla mnie.
- Nie marudź. Widać, że przykładałaś się w szkole.- twarz matki wykrzywił szyderczy uśmiech. -Drill powinna starannie dobierać wam lektury. O! Pierwszy gość dzisiaj. Muszę iść wiesz co robić? Postaraj się i głowa do góry, kto wie może ci się to jeszcze spodoba? No już dziewczyno uśmiechnij się, nie idziesz na ścięcie. Jeszcze będziesz z uśmiechem wracać do tych wspomnień.
Po tych słowach Nimra wręcz rzuciła się do wyjścia. Gdy tylko pojawiła się na schodach było słychać jej krzyk.
- Witamy szanownych gości!
Rilsa nie chciała być obserwowana przez matkę jak wychodzi, nie była też ciekawa gości gospody, skierowała się w boczne wyjście. Po dwóch krokach zatrzymała się rażona kolejna wizją. Zobaczyła mężczyznę, młodego może dwudziestoletniego, w pełnej płytowej zbroi i młotem bojowym w ręce. Wizja była tak wyrazista, że bała się o swoje życie. Nagle paladyn, bo to był paladyn, tylko oni tak wyglądają. W wizji podniósł rękę do ust i nakazał jej zejść na dół. Zrobiła to bez protestu i to była najlepsza decyzja w jej życiu. Pierwszy krok do przygody, która pociągnęła za sobą serie zdarzeń mających wpływ nie tylko na jej losy, ale i całego świata.
Zeszła na dół, ale nie wchodziła do głównej sali. Zatrzymała się na korytarzu i słuchała o czym rozmawiała jej matka z paladynem z jej wizji.
- Będzie w wieku twojej córki pani, ale to nie tylko wiek się zgadza. Włosy ma barwy mleka tak jak nasza kapłanka.
- I włosy mojej matki za młodu. To żaden dowód panie, tak się składa, że wiele dziewcząt w jej wieku ma takie włosy.
- Nie sądzę pani abyś urodziła elfkę.
W tym momencie zauważyła ją Nimra.
- Rilsa! Dobrze, że tu jesteś, dziecko zgarnij włosy i pokaż panu uszy, on szuka elfiej dziewki w naszej gospodzie!- Nigdy nie widziała matki tak zdenerwowanej. Nimra miała zazwyczaj bogatą mimikę, a Rilsa bardzo często mogła odczytać co kobieta myśli. Po raz pierwszy dostrzegła w jej oczach nie widzianą nigdy przedtem emocje. Rilsa straciła pewność co do tego jakie myśli kłębiły się w głowie matki, ale to co zobaczyła w jej oczach mogła z łatwością odczytać. Widziała w nich strach. Rilsa z nieznanej sobie przyczyny poczuła satysfakcje na widok wyraźnie przestraszonej matki. Odgarnęła włosy i pokazała uszy nieznajomemu. Przez chwilę pomyślała sobie co by było gdyby naprawdę okazała się elfką? Czekało by ja inne życie z dala od matki dbającej tylko o swoje interesy, zawistnych koleżanek, pracy od świtu do nocy i w reszcie od samego mistrza. Jak tak rozmyślała zdała sobie sprawę, że te gorzkie słowa są właśnie kwintesencją jej życia i zapragnęła czegoś, co było niemożliwe. Zapragnęła stąd uciec. Niestety nie miała elfich uszu. Prawda wyszła na jaw gdy tylko podniosła włosy.
- Myślę, że to panu wystarczy, chyba że mam zawołać inne dziewczęta.
- Nie ma takiej potrzeby już z nimi rozmawiałem. Pani córkę zostawiłem sobie na koniec.
Nimra spojrzała na Rilse. I obudziła w sobie uśpiony wcześniej apodyktyczny ton.
- Co tak stoisz dziewczyno leć do lasu!
Wybiegła jak rażona piorunem. Do lasu, swojego życia i swojej przyszłości jako nałożnicy mistrza. Pozycji, której będzie jej zazdrościła połowa koleżanek, a druga połowa podkładała jej kłody pod nogi i czekała na jej spektakularny upadek.
Wtedy go usłyszała cichutki głosik mówiący jej, że tak nie musi być, może zmienić swoje życie, a okazja do tego pojawia się już teraz. Będzie śledzić tego nieznajomego i podążając za nim ucieknie z osady. Może z czasem zgodzi się zabrać ją ze sobą.
- Nie będzie takiej potrzeby, możesz zrobić to już teraz. – Usłyszała głos za sobą, o wiele głośniejszy od jej wewnętrznego głosiku. Momentalnie odwróciła się zaskoczona.
- Umiesz czytać w myślach?
- Tylko w tych oczywistych. Od razu widać, że jesteś zagubiona i najchętniej opuściłabyś osadę, najlepiej jeszcze dzisiaj.
- Tak tylko, że ja nie jestem elfką.
- Jesteś i to w dodatku tą której poszukuje.
- Przecież widziałeś moje uszy, są normalne.
- Tak się składa, że elfie uszy kształtują się po osiemnastym roku urodzenia. Mało kto o tym wie. Za dwa lata, dla wszystkich stało by się jasne, że Nimra nie jest twoją matką. Jednak podejrzewam, że Kendrakuc o tym wie. Nie chcę cię straszyć, ale za dwa lata może żądać od ciebie pełnego oddania, jeśli wiesz o co mi chodzi.
- Doskonale wiem o co ci chodzi. Tak się składa, że to się zdarzy najpóźniej za sześć godzin.
- W takim razie chodź ze mną, twoja prawdziwa matka już od lat na ciebie czeka.
Stała i patrzyła na niego. Nagle napadły ją wątpliwości, pomyślała, że może jest jednym z tych błędnych rycerzy. Kiedyś do ich gospody zagościł bard, który opowiadał o takim paladynie, walczącym z urojonym przeciwnikiem, może właśnie trafiła na takiego. Skarciła siebie za takie myśli, a co jeśli to jej szansa na normalne życie.
Nieznajomy odezwał się do niej łagodnie.
- Mogę to udowodnić, ale najpierw przedstawię się i powiem czego od ciebie chcę.- Wyciągnął do niej rękę.- Jestem Tagnoss z zakonu Spiżowego Gryfa, ku chwale Isebri bogini- królowej.
- Isebri? Nie słyszałam o takiej bogini.
- To bogini twojej matki, a ty jesteś jej ulubienicą. Pozwól niech twoje wnętrze przemówi. Zobacz masz gęsią skórkę na samo wspomnienie bogini-królowej. No, ale do brzegu jesteś córką kapłanki Isebri w północnej świątyni Koires- gdy zobaczył jej minę przerwał na chwilę.- Wiem, że ta nazwa nic ci nie mówi. To miasto na zachód od osady. Dziewczyno nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, że wychowałaś się i żyjesz w sekcie, jeśli teraz jej nie opuścisz, przepadniesz dla świata na zawsze.
Czy jeszcze przed chwilunie pragnęła tego najbardziej na świecie? Z drugiej strony porzucić z marszu raz na zawsze jedyne znane jej życie? Uciec z nieznanym mężczyzną i oczekiwać- czego? Szacunku i wsparcia od nieznanych jej osób. Pomyślała o matce i mistrzu. Co jej pozostaje, jak nie rzucić się w ramiona nieznanego losu? Tagnoss miał racje żyła w sekcie, może to jedyna szansa aby się od niej uwolnić.
- Dobrze pójdę z tobą, tylko musisz mi obiecać, że jeśli się okaże, że nie jestem tą której szukasz, to nie odeślesz mnie z powrotem.
Na te słowa szczerze się roześmiał, może po raz pierwszy od ich spotkania.
- Jesteś taka sama jak nasza kapłanka i na Isebri, jeśli to nie jest dowodem na to, że jesteś córką Naelinie, to nic nią nie jest. Dobrze, ale to dla ciebie żaden argument. Powiedz mi Rilso, czy nie widzisz w ciemności o wiele lepiej niż wszyscy ludzie z którymi miałaś do czynienia? Czy nie nawiedzają cię bardzo realistyczne sny i wizje w dzień podczas nawet najprostszych czynności? No dobrze jeśli się okaże, że to nie ciebie szukam, to pozwolę ci pozostać w świątyni tak długo jak będziesz chciała i obiecuje, że nie odeślę cię z powrotem. Powiedzmy, że to będzie moje wykupne za twoje towarzystwo.- Wyciągnął do niej rękę.- Chodź pojedziesz ze mną na koniu. Jesteś lekka jak piórko, więc Hogor nie powinien narzekać. Do świątyni spora droga będziemy jechać przez cały dzień i część nocy, nie wiem czy nie będą cię szukać. Tacy ludzie jak Kendrakuc są nieprzewidywalni. Tym bardziej, że miałaś zostać ofiarowana temu padalcowi.- Na widok jej miny uśmiechnął się szeroko.- Nie martw się, wiesz co mówią tego światu, pół światu. Jak nie ten to inny, już nie ubolewaj tak.-Po ciosie z łokcia w plecy zaśmiał się jeszcze głośniej. – Wykapana Naeline.
Podróż przez las przebiegła im spokojnie i bez niespodzianek. Rilsa była zdania, że powinni oddalić się od lasu, bo gdy zapadnie zmrok pewnie tam jej będą szukać. Dziewczyna nie miała pojęcia, że Nimra od razu po rozmowie z Tagnossem pobiegła do mistrza, a ten kazał swoim zaufanym ludziom śledzić paladyna. Nie wiedziała także, że gdyby nie zbieg raczej niefortunnych zdarzeń ludziom Kendrakuca udałoby się porwać dziewczynę i zaprowadzić przed oblicze mistrza, a to przypieczętowało by jej los.
Nie uprzedzajmy jednak faktów. Najpierw przy pełnym poparciu Hogora, około północy Tagnoss zarządził odpoczynek. Rozpalili małe ognisko, a Rilsa była tak zmęczona, że momentalnie zasnęła. Paladyn nakarmił konia i usiadł przy ogniu, popijając pitnego miodu z bukłaka.
Musiał drzemać, bo gdy otworzył oczy jakieś kreatury kradły mu konia. Zerwał się na nogi i zobaczył jak koboldy, wyprowadzały Hogora w najbliższe krzaki. Spojrzał na Rilse dziewczyna spała w najlepsze zupełnie nieświadoma powagi sytuacji. Nigdy by jej nie budził, ale bez konia nie dotrą do świątyni przed zimą. Poza tym to był jego koń, a on nie pozwoli, aby Hogor trafił jako danie główne koboldziej uczty. W innym celu raczej nie był tym poczwarą potrzebny. Potrząsnął dziewczyną.
- Rilsa obudź się kradną nam konia!
Nie tłumacząc dalej, ruszył biegiem za znikającymi w zaroślach koboldami. Rilsa nie chciała się tak śpieszyć. Czasami koboldy robiły żarty ludziom i kradły im konie, aby potem je wypuścić na najbliższej polanie. Podejrzewała, że tym razem jest tak samo. Dopiero gdy usłyszała krzyk „teraz” i zobaczyła lecącą w jej kierunku siatkę, zdała sobie sprawę, że tym razem to nie głupi żart.
Mimo wszystko, nie chciało jej się wierzyć że skończy jako niewolnik koboldziej bandy, bo chyba ich nie zjedzą. Taką przynajmniej miała nadzieję. Kurczyła się ona szybko, kiedy zauważyła stado tych stworów zajętych krępowaniem jej i Tagnossa.
- No chyba macie za duże ego koboldy! Pojmać paladyna! W tej chwili nas wypuście!
- Nie gorączkuj się tak kapłanie, nie o ciebie nam chodzi. Po co mamy zabijać paladyna chodzi nam o elfa, a tu mam przed sobą wspaniały okaz, jak by to powiedzieć jeszcze pisklę.- Na przód wysunął się kobold o ciemnozielonej skórze. Wyglądał jak mały goblin, ale one nie miały zazwyczaj włosów na głowie. Poza tym gobliny były po prostu głupie, a koboldy były do tego złośliwe.
- Hola Vilaf najpierw musi ją zobaczyć wódz, jak podróżuje w towarzystwie Spiżowego Gryfa musi być coś warta.- Przybyły zwrócił się do Tagnossa.- Co kwoko, na pewno jest jakaś przyczyna, dla której tak zaciekle bronisz to pisklę?
- Tyko o to wam chodzi? – Tagnoss nie ufał w ani jedno słowo kobolda.- Co z waszą wojną, przysięgą każącą w najlepszym przypadku uwięzić każdego elfa, wy nienawidzicie elfie krwi?
- Nic się nie zmieniło w tej kwestii, Vilaf zwiąż ich porządnie. Urządzimy zawody. Kto wygra, ten będzie mógł zabić elfa. Człowiekiem później się zajmę sam ma się rozumieć!- Nie było co do tego dwóch zdań, mieli do czynienia z wodzem. Nie był może najroślejszym koboldem jakiego Tagnoss w życiu widział, ale jako jedyny oprócz przepaski biodrowej nosił skórzaną kamizelkę i siwe włosy na głowie. – Teraz rozejść się wystawcie tylko dwóch strażników. Chcę poczuć ich strach.
Koboldy szybko opuściły komnatę z więźniami. Tak jak zapowiedział wódz pojmanych pilnowało tylko dwóch strażników.
- Xavr podaj mi piwa z manierki, jak nas ominą zawody, niech przynajmniej ten trunek osłodzi mi rozczarowanie.- Pozostawiony na straży kobold wyraźnie odczuwał zawód z powodu wyłączenia z zawodów. Koboldy bardzo lubiły sytuacje, w której mogły bezkarnie bić innych.
- Nie mam już piwa Xinzag.- Kobold przezornie schował swoją manierkę.- Przeszukaj człowieka na pewno ma jakiś trunek, oni zawsze mają. Tylko nie dotykaj elfa, bo jak się o tym dowie wódz, to będziesz musiał się wykapać.
- Nienawidzę kąpieli.- Xinzag splunął z pogarda na ziemię.
- Ja mam miód pitny tylko musicie tu podejść i nas rozwiązać.- Tagnoss postanowił wykorzystać sytuację i zająć czymś koboldy, żeby nie zauważyły, jak rzuca czar.
- Zamilcz! Nie słuchaj go Xavr podobno paladyni uczą się magii już od pierwszego roku w zakonie.
- Ja też się znam na magii.
- Już ci mówiłem Xavr produkowanie gigantycznego bąka nie jest magią.
- Zależy jak na to spojrzysz.
- Musimy go zakneblować, żeby nie rzucił na nas czaru.
- Za późno. Relfin omnos fliturt mono!
W koboldy uderzyła fala barw. To nie była tęcza, to było coś potężniejszego o wiele. Epatowała z tej palety barw taka moc, że Rilsa musiała zamknąć oczy. Poczuła jak ktoś rozwiązuje jej więzy.
- Chodź musimy uciekać.- Odezwał się Tagnoss w ciemności. Zdała sobie sprawę, że nadal zaciska powieki.
Zobaczyła przed sobą leżące koboldy, z daleka wyglądały jak małe zielone figurki. Gdyby nie to, że chcieli ich zabić, a w ciemności jest pełno ich pobratymców z również morderczymi zamiarami, Rilsie byłoby ich żal.
- Spokojnie tylko pozbawiłem ich przytomności.- Tagnoss jakby czytał jej w myślach. – Mamy ich z głowy na jakieś pół godziny. Chodź.- Złapał ją z rękę i zaprowadził w ciemność.
- Wiesz którędy iść?
- Nie mam zielonego pojęcia, ale prowadzi nas bogini, a ja jej ufam bardziej niż sobie.
- Te barwy, co im zrobiłeś co to był za czar?
- Mało znasz się na magii, prawda? Nie rzucam czarów jak twierdziły te kmiotki, przemawia we mnie moc bogini, a to był promień barw rodzaj iluzji, której nie wytrzymuje ludzki umysł. Bardzo proste wykorzystanie mocy, ale zaskakująco skuteczne. Nie wypróbowałem tego na koboldach, bo te szczury widzą nawet w ultrafiolecie, ale widać, że zadziałało.
- Zapomniałam, że tylko ja widzę w ciemności, ty nie. Jak więc sobie radzisz?
- Dzięki mocy bogini prowadzi mnie twoja aura, jesteś dla mnie widoczna jak w dzień.- Przez chwilę stał i nasłuchiwał.- Słyszę ich musimy się poruszać bezszelestnie, chyba poznaję ten zakręt.
Już miał zawrócić kiedy Rilsa zatrzymała się jakby na coś wpadła. Pokazała mu białą kość.
- Elfia wyczuwam ją to była kobieta w moim wieku.- Zatrzymała się pod naporem swojej wizji.- Tędy uciekła.
Chciała go poprowadził, ale złapał ją za ramię i zatrzymał w miejscu.
- Rilsa to oznacza, że musimy iść w odwrotnym kierunku, bo jeśli trzymasz jej kość to znaczy że ta biedna istota nie uciekła koboldom.
- Wiem, ale zgodzisz się z tym, że kierunek w którym szła jest lepszy, niż po prostu wrócić się po swoich śladach, bo tego będą od nas oczekiwać.
- Mylisz się będą od nas oczekiwać, że wpadniemy w ich pułapkę tak jak wielu przed nami. Wracając po swoich śladach możemy ich zaskoczyć i może uda nam się wyjść z tego cało.
Dotknęła ściany tunelu i stała jak zaczarowana. Nagle zobaczyła tysiące lat w jednym mgnieniu oka i już wiedziała podążali dobra drogą.
-Pośpieszmy się skała płacze, a to oznacza tylko jedno.
- Lawinę, tunel się zawali. Teraz mi wierzysz, kiedy mówiłem, że jesteś córką naszej kapłanki?- Zobaczył jej minę i opanował złość. – Dużo przeszłaś ostatnio chodź widzę światło, przynajmniej zatrzymamy pościg.
-Pościg?
- Podążają za nami od jakiś trzech minut.- Nagle skierował wzrok przed siebie i rozbłysły mu oczy.- Widzę wyjście z tunelu, zdążymy. Dzięki ci Isebri za łaskę!
Wydostali się na zewnątrz, ale Rilsa nie mogła jeszcze uspokoić bicia serca, musieli się oddalić, bo lada chwila a tunel się zawali i nie wiedziała skąd dokładnie to wie. Miała wrażenie jakby to skała jej powiedziała. W ostatniej chwili opuścili koboldzie tunele, potem odczuła coś na kształt pożegnania i tunel się zawalił. Usiadła na trawie i zalała się łzami.
Płakała długo i głośno, jakby razem z tunelem spadło z jej barków całe napięcie ostatnich dni. Żal do matki, za pchanie jej do łóżka mistrza, zakłamanie w jakim żyła i szok kiedy dowiedziała się prawdy o swoim pochodzeniu. Nie wspominając już o porwaniu przez koboldy i ucieczce, która bez jej mocy skończyła by się o wiele gorzej. Bardzo pomogła też magia paladyna. To jego troska sprawiła, że gdy przestała płakać, rozpłakała się na nowo. Tagnoss dzielnie zniósł widok tych łez i dopiero kiedy zniknęła ostatnia delikatnie podniósł dziewczynę i posadził na koniu. Biedny Hogor szybko uciekł od złodziei i czekał na swojego pana przy wejściu do tuneli.
- Wierny druhu prowadź do świątyni.- Zarządził Tagnoss.
Wschodziło słońce, a wraz z nim rosła szansa na nowe przygody. Paladyn żywił cichą nadzieję, że cokolwiek ich spotka, zawsze będzie im towarzyszył blask słońce, a nie ponure stepy z krainy umarłych. I nagle usłyszał cichy śmiech i szept.
- Wasz czas jeszcze nie nadszedł.
Przyjął słowa bogini jak błogosławieństwo i pogonił konia. Wschód słońca był zawsze taki sam piękny i pełen nowej nadziei.

